2026-10-19

„Baba na barykadzie. Opowieść o Annie Świrszczyńskiej” Małgorzata I. Niemczyńska

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 21 października 2026

Liczba stron: 624

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 99,90 zł

Tytuł recenzji: Historia bycia dzielną

Poznałem autorkę w krakowskim radiu, kiedy dołączyła do nas, realizujących kolejny odcinek nieistniejącego już „Koła Kultury” prowadzonego przez zmarłą niedawno Barbarę Gawryluk. Wniosła do naszego grona dynamikę, przenikliwość spojrzenia na literaturę, ogromny witalizm. Ona mnie pewnie nie pamięta, bo to był zaledwie jeden raz, krótkie spotkanie, ale już wtedy wiedziałem, że ta kobieta jest gotowa stworzyć książki wykraczające poza granice gatunkowe, książki o wysokim stopniu wspomnianej przenikliwości, ale również empatii, bardzo widocznej w stosunku do książek recenzowanych na antenie radiowej. W „Babie na barykadzie” Małgorzata I. Niemczyńska miała na pewno wysoko postawioną poprzeczkę. Po eseju wspomnianego tutaj kilkukrotnie Czesława Miłosza „Jakiegoż to gościa mieliśmy. O Annie Świrszczyńskiej” i po wydaniu publikacji naukowej Renaty Stawowy na temat tej samej twórczyni zdecydowała się na kolejną książkę o poetce, o której – takie mam wrażenie – można napisać z kilku perspektyw badawczych i wszystkie one będą one fascynujące.

Niemczyńska trzyma się oczywiście struktury biografii jako takiej, ale ma do powiedzenia o Annie Świrszczyńskiej więcej niż jej poprzednicy, a to przede wszystkim dlatego, że do odsłaniania losów poetki (przy okazji udowadnia, jak wąskie jest to określenie) służy przez cały czas szerszy kontekst. Są fragmenty bardzo intymne, podkreślające wyjątkową więź łączącą autorkę z nieżyjącą już twórczynią i udowadniające, że to żadne pisanie za otrzymane stypendium, lecz obraz ogromnej siły przywiązania do detali. Świetne jest również to, że „Baba na barykadzie” napisana jest niezwykle dynamicznie i właściwie cały czas językiem odbiegającym od tego charakterystycznego dla klasycznej biografii. Życie Świrszczyńskiej zdecydowanie nie było klasyczne czy dające się klasycznie uporządkować. Mnie zaintrygował język opowiadania, gdy Niemczyńska bez pardonu posługuje się wstawkami z języka potocznego, takimi jak „miałam ciary”, „nie w kij dmuchał” czy „no bo sorry”. Autorka przez cały czas jest sobą i stara się udowodnić, że kobieta, o której pisze, również była taka. Jest jakaś nieopisywalna, ale silna moc łącząca je obie, choć Niemczyńska nie mogła porozmawiać ze Świrszczyńską ani nawet jej bliskimi przyjaciółmi, ponieważ już nie żyli. Biorąc pod uwagę treść tej książki, pytań byłoby bez liku. A sama publikacja stworzona została w taki sposób, żeby pośrednio lub bezpośrednio stawiać mnóstwo pytań retorycznych. W momentach, w których autorka to podkreśla, ale również w wielu partiach tekstu, gdy widzimy Świrszczyńską w kontekście jakiejś wątpliwości, zadumy albo konfrontacji z inną osobą.

Otoczyła ją mężczyznami, pokazując patriarchalizm w najgorszej postaci panoszący się pośród mężczyzn z natury światłych, ludzi kultury znanych nam wszystkim. Najbardziej bolesną dychotomię między Świrszczyńską jako twórczynią a kołem wzajemnej adoracji tak zwanych wspaniałych poetów jest zaprezentowana tu sytuacja, gdy młodziutka dziewczyna za nobilitację uznaje to, że jej tekst ukazuje się w „Skamandrze”. Bo taki Tuwim prezentowany jest wręcz pomnikowo, a ci poeci, których Świrszczyńska realnie zainteresowała i zachęciła do zgłębiania swojej twórczości, to mężczyźni, których można policzyć na palcach obu rąk.

A przecież „Baba na barykadzie” to swoisty manifest kobiecej siły, determinacji i gotowości do przekraczania granic, także gatunkowych, w tworzeniu, bo przecież określenie Świrszczyńskiej jako poetki upraszcza wiele, zbyt wiele. Małgorzata I. Niemczyńska, docierając do trudno dostępnych źródeł, a także poszczególnych utworów, odnajduje bohaterkę swojej książki jako kogoś, kto istniał jako uformowana całość – choć nigdy w pełni zadowolenia ze swego życia. Doświadczenia wojenne zdecydowanie wpłynęły na tendencje katastroficzne w tym, co Świrszczyńska pisała i jak żyła. Istniała, bo stworzyli ją ludzie i okoliczności. Ci pierwsi wpływali na pomysły związane z twórczością, te drugie sporo deprecjonowały, ale dawały także niezapomniane lekcje życia.

Najciekawiej zaczyna być, kiedy Niemczyńska rozpoczyna narrację o krakowskim okresie życia Świrszczyńskiej, ale niewątpliwie najmocniej pozostają w pamięci fragmenty dotyczące drugiej wojny światowej i doświadczeń, które stały się udziałem kogoś, kto metaforycznie zawsze chciał nocą przykryć się tą mniej zakrwawioną częścią koca. Sanitariuszka, która nie tylko widziała, ale i słyszała śmierć. Kobieta doświadczająca sytuacji ekstremalnych – nie wszystkie z nich zaś były jej obce. Umierająca w cierpieniu matka wstydziła się rodzinnej biedy, a tego, czego brakowało małej Ani, były przede wszystkim buty – pewien symbol tożsamości, który zabrała ze sobą w dalsze życie.

Córka malarza, żona aktora. Bardzo często między jednym znaczącym wiele mężczyzną a drugim. Jak kochać, kiedy kochanie może zostać wykorzystane? Jak przywiązać się, kiedy rozpad tego przywiązania bywa szybszy niż samo jego stworzenie? Niemczyńska, prezentując feminizm swojej bohaterki, bynajmniej nie idzie na łatwiznę i nie pokazuje, w jaki sposób siłę i godność kobiety Świrszczyńska wydobywała ze swoich utworów i jak często mówiła wprost o niesprawiedliwości płci. Jako matka, która mierzyła się z trudami macierzyństwa, jeszcze bardziej uświadamiając sobie, jak trudne jest życie kobiety, pisała dla dzieci wiersze o dziarskich dziewczynkach. Bo jeśli dziewczynka już od małego zadba o swą autonomię i szacunek otoczenia, niewiele (albo niewielu) w jej życiu ośmieli się to podważać.

A Świrszczyńska bywała deprecjonowana, i to w znaczny sposób. Niemczyńska pokazuje ją jako dumnie stojącą na barykadzie kobietę, której nogi i ręce z kilku powodów się trzęsą, lecz ona nie ma zamiaru pokazywać tego światu. Świat oferował jej możliwości, a potem zabierał. Nauczył żyć w biedzie i empatii wobec biednych. Uświadomił, jaki kształt ma przyjąć poezja, by nie była czymś hermetycznym. Zresztą próby wyjścia z tematami, które mogą być szeroko zrozumiane i komentowane, podejmowała także w dramaturgii. Kim była naprawdę w tym, co tworzyła? Jak często tworzyła po to, by zrozumieć, że jest? Które jej utwory były konfesyjne, a które dawały świadectwo bacznej obserwacji świata przedwojennego, wojennego i tego po wojnie, w którym – jak utyskiwała – rzeczywistość rozmywa się alkoholizowaniem?

Jest jeszcze coś. Czułość wobec prawdy i wrażliwość na jej kaleczenie, gdy opowiada się o Świrszczyńskiej. Charakterystyczna literówka (?) „kos-kot” wspomniana już na wstępie, stanie się swoistą metaforą prowadzącą przez świat, który chciał być może innej twórczyni, komentował ją z drobnymi, lecz zasadniczymi błędami. Ale to również opowieść o tym, jak słowo wraca na swoje miejsce, stoi na baczność i w przypadku każdego utworu Świrszczyńskiej jest na właściwym miejscu. Trudno pisać o kimś, kto już odszedł i nie doda nic więcej do narracji, która czasem sama boi się błądzenia albo niepewności. Wyszła jednak z tego książka kapitalna, dosłownie do pochłaniania, ubarwiona zdjęciami i dzięki temu wciąż przypominająca, że jest to opowieść o osobie, nie tylko o Historii, zjawiskach krytycznoliterackich czy postrzeganiu oryginalności w kobiecej twórczości poetyckiej.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy: