Wydawca: Wydawnictwo Bezdroża
Data wydania: 7 stycznia 2026
Liczba stron: 192
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena det.: 49 zł
Tytuł recenzji: Opowieści z lądolodu
Grenlandia niewątpliwie jest teraz na ustach całego świata, więc Paulina Tondos nie mogła lepiej trafić z czasem opublikowania swojej książki. Poprzednio wydała dwie publikacje o Islandii, ale ponieważ żyłem tam prawie trzy lata, nie paliło mi się do tego, by przeczytać kolejną książkę o wyspie lodu, która w porównaniu do Grenlandii ma dużo silniejszy międzynarodowy PR, a jest on tak doskonale skonstruowany, że na maleńką Islandię rwą się po lekturze książek masy turystów, a potężną lodowatą Grenlandię omija się dosłownie szerokim łukiem – chyba że jest się pasażerem statku wycieczkowego, który zresztą cumuje także w Islandii, i to w kilku miejscach. Bardziej niż aktualność tematyki geopolitycznej (której autorka poświęca dużo miejsca na końcu publikacji) przyciągnęła mnie do tego tytułu burza – w dodatku z feministyczno-seksistowskim tłem – która przed laty wybuchła między Iloną Wiśniewską a Adamem Jarniewskim.
Paulina Tondos nie jest pierwszą, która pisze o Grenlandii, podobnie jak wielu opisywało Islandię. Ciekaw jestem natomiast odbioru jej książki przez wspomnianą dwójkę. W tamtym sporze szło generalnie o to, że Jarniewski uważał, iż Wiśniewska opisuje nieprawdziwą Grenlandię. Padły zarzuty, że żyjący tam od lat Polak ze specyficznym charakterem zna wyspę lepiej i nie może znieść niekompetencji i indolencji Ilony Wiśniewskiej. Za autorką stała masa popleczników z jej ogromnym wydawcą włącznie. Jarniewski był właściwie sam. Teraz jest tak, że oboje napisali swoje książki o Grenlandii, więc ucichł spór o narrację o niej. Tyle że Wiśniewską czyta cała Polska, a Jarniewskiego – być może niesłusznie – nie, albowiem jedną ze swych książek wydał własnym sumptem, a tylko jedną zdecydowała się opublikować Muza.
Skąd ten wstęp? Pewnie stąd, że powyższe kłótnie i przekomarzania można by – banalizując i upraszczając – określić mianem konfliktu pod tytułem „Ja wiem więcej o tej wyspie, a ty piszesz o niej bzdury”. Tak się składa, że doświadczyłem ataków podobnej treści, gdy śmiałem opowiadać, jak odmienne są moje doświadczenia na prowincji Fiordów Zachodnich Islandii w porównaniu z tym, czego doznawali krytykujący mnie ludzie żyjący w regionie stołecznym. Nie wydaje mi się, aby książka Pauliny Tondos polaryzowała opinię publiczną, choć przyznać jej trzeba, że po tym, co napisała, nie nabiera się wielkiej chęci, by odwiedzić Grenlandię. I być może paradoksalnie jest to wartość najcenniejsza tej książki, albowiem są miejsca, które – mówiąc ogólnie – powinno się zostawić samym sobie, a o reszcie pisać tylko przez pryzmat własnych doświadczeń. Zupełnie inne były te Wiśniewskiej, która była na Grenlandii czasowo. Inne są Jarniewskiego, człowieka, który żyje tam na stałe i – co chyba najważniejsze – w innym niż opisywane przez Wiśniewską rejonie Grenlandii, założył tam rodzinę i jeśli nawet nie zna grenlandzkiej kultury i mentalności od podszewki, to jest o krok od tego, bo spędził na tej potężnej wyspie bardzo wiele lat i nie jest zwykłym przyjezdnym.
Przyjezdną jest Paulina Tondos. Podkreśla to, opowiadając, jak trudno czasem dostać się drogą lotniczą do Grenlandii z powodu zmieniających się i zwykle bardzo trudnych warunków atmosferycznych. Trudno jest także określić gatunek tej książki. Nie jest to klasyczny reportaż. Pojawia się jakaś rozmówczyni, w innym miejscu kolejna, ale zasadniczy tok narracji należy do autorki. Nie wiem, co to może być, bo mam wrażenie, że po pierwsze – nie ma tezy, a po drugie – tonie w ogólnikach i być może dzięki temu Tondos nie oberwie dlatego, że „inni wiedzą lepiej”. Autorka tylko dyskretnie zaznacza, w jakich miejscach była, przede wszystkim wspomina miejscowość Ilulissat. Ale to mimo wszystko bardzo ciekawie skonstruowana książka. Z jednej strony pełna informacji o kulturze, obyczajowości czy historii Grenlandii, które bez problemu można znaleźć w Internecie, z drugiej jednak – łączy encyklopedyzm z mroczną baśnią, którą czytając, możemy „przestraszyć się na śmierć”, ale przede wszystkim zrozumieć różnorodność małego narodu rozsianego po wielkim terenie. Tondos wychodzi od geologii, przeprowadza nas między innymi przez zagadnienia gramatyczne tamtejszego języka, by w końcu opowiedzieć kilka mrożących krew w żyłach legend i pokazać, jak trudno, naprawdę trudno żyje się Grenlandczykom na co dzień, choć starają się zachować pogodę ducha i dbają o to, by społeczności miały rodzinny charakter. Nieistotne, że czasami takie rodziny są patologiczne, a na Grenlandii mógłby się rozegrać niejeden zapierający dech w piersiach thriller psychologiczny. Mnie do tego miejsca przyciągnęła właśnie literatura piękna.
Zatem moje pierwsze prawdziwe literackie spotkanie z Grenlandią to nie był reportaż, lecz powieść. Poruszająca do głębi „Dolina Kwiatów” Niviaq Korneliussen to była książka, która mocno wryła mi się w pamięć. Stworzenie mrocznego klimatu na skutej lodem ziemi, gdzie często nie dociera słońce, a ludzie z samotności lub głodu postanawiają popełnić samobójstwo, byłoby banałem, czego Korneliussen uniknęła. Wprowadziła jednak taki rodzaj niepokoju, który spowodował, że o Grenlandii jako wyspie myślałem w bardzo specyficzny sposób. Paulina Tondos stara się dość dużo punktować, konkretyzować, nazywać po imieniu, uzupełniać po swojemu podania i legendy, ale nie szukać ścieżek interpretacyjnych. Nie chce subiektywności relacji jak Ilona Wiśniewska. Chce pokazać, jak bardzo skomplikowane jest życie na wyspie, która zapiera dech w piersiach rozmiarami i wciąż pozostaje niezmierzoną przestrzenią pełną mrocznych tajemnic dusz jej mieszkańców.
O nich też jest sporo. O ich biedzie. Niemożności wybicia się na niepodległość. Przeszkodach w dostępie do edukacji. Codzienności ubarwionej tradycją, ale zagrożonej przez alkohol, którego tuż po jego przywiezieniu z kontynentu autochtoni wcale nie lubili. Podoba mi się to, że analizując przeszłość, niekoniecznie tę dalszą (choć są tu też wikingowie!), Tondos przez moment rezygnuje ze swojego sprawozdawczego stylu i pochyla się nad dramatem tożsamości narodowej Grenlandczyków. Wspomina duńskie eksperymenty mające na celu uczynienie dzieci Inuitów pełnymi Duńczykami i opisuje, jak fatalne były skutki. Opowiada o tym, jak silne były i są zakusy mocarstw na ląd, który oczywiście jest cenny ze względu na znajdujące się tam surowce mineralne, ale to przede wszystkim opowieść o ludziach, którzy wciąż znajdują się pod presją innych narodów. Chcąc być sobą, coraz mocniej gubią się w tym, kim nie są. Tondos celnie punktuje wiele kwestii, kiedy swoje rozważania ukierunkowuje na to, co to znaczyło być Grenlandczykiem, co to znaczy teraz i co może znaczyć za chwilę, jeśli – co przecież bardzo prawdopodobne – wyspę siłą przejmą Stany Zjednoczone.
I chociaż sporo tutaj szkolnych określeń typu, że coś jest „nieziemskie”, choć korekta nie przyłożyła się do posprzątania literówek i choć na początku ta książka wydaje się zwyczajnie nudna, opowieść Tondos – wielowątkowa i niełącząca zasadniczo tych wątków – to solidna dawka interesującej wiedzy o Grenlandii, która jest tu specyficznym domem. Takim, którego nie chce się opuszczać, jest się zalęknionym, będąc wewnątrz, i nie ma się pojęcia, czy istnieje jakaś inna jego definicja. Interesujące jest też pokazanie, jak wiele ekscentryczności i obcesowości kryje się w inuickich wierzeniach i przekonaniach. Grenlandia sama w sobie to różnorodność, nieprzewidywalność i trochę ekscentryzmu właśnie. Walkę o nią, która rozgrywa się na naszych oczach, także można zdefiniować za pomocą tych określeń. Nie bójcie się tego, że Tondos chwilami jest zachowawcza i encyklopedyczna. Ona wam odsłoni kawał Grenlandii, słusznie kryjąc swą tożsamość. Żeby znowu nie było, że „ja bym to napisał inaczej i lepiej”.
---
Jeśli podoba Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz