2014-12-22

"Ślepnąc od świateł" Jakub Żulczyk

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 22 października 2014

Liczba stron: 448

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Warszawskie mglistości

Trudno mi zauważyć w nowej powieści Jakuba Żulczyka coś, co byłoby w jakikolwiek sposób nowatorskie, twórcze i zmuszało do oryginalnych przemyśleń. Jeśli cała ta mroczna opowieść o zaćpanej kokainą Warszawie i młodym cyniku, którego gubi pewność siebie, jest jedną wielką zgrywą - autorowi należy się szacunek, bo oto podważa wszelkie fabularne kalki młodej, gniewnej, wulgarnej i epatującej przemocą prozy, by dokonać autoironicznej diagnozy tego, jak opowiadamy o dzisiejszym świecie. Jeżeli jednak "Ślepnąc od świateł" to powieść jak najbardziej serio, można jedynie zastanowić się nad tym, co ją formalnie broni, bo czyta się to na początku z nieustannym znużeniem powtarzalności scen, a w oczekiwaniu na spektakularny finał przewiduje co najmniej kilka autorskich rozwiązań i pozostaje z niemym pytaniem o to, czy to już wszystko, naprawdę wszystko i czy tylko tyle Żulczyk ma nam do powiedzenia.

Najnowsza rzecz autora "Instytutu" bardzo przecież prowokacyjna, przekorna i napisana drapieżnie, jest pewnego rodzaju moralitetem, w którym kryją się i lęki ludzi wynikłe z ich atawizmów, jakie wymagają czasem temperowania, i kara ponoszona za poddawanie się egoistycznym pobudkom, za podporządkowanie sobie rzeczywistości, zamiast pokornego do niej dostosowania. Książka o poszukiwaniu prawdziwej wolności i o złudzie istnienia naprawdę. Mocno uderzająca w kilka czułych punktów, ale mocno też przegadana. Z bohaterem prowadzącym, który sam nie zdaje sobie sprawy z tego, jak mało jest przekonujący i jak bardzo osadzony w świecie, od którego próbuje się dystansować. Ze światem przedstawionym, który wyolbrzymia to, co wyolbrzymiano już wielokrotnie. I z personifikowanym miastem, labiryntem, żywym mechanizmem, wiecznie na jawie i wiecznie w ruchu - to także coś, co już się wydarzyło i zostało opisane na kilka sposobów. Żulczyk usiłuje dowieść, że to, co się odbywa po pierwsze jest czymś ważnym, a po drugim może się odbyć tylko w Warszawie.

Co zatem może przyciągać do "Ślepnąc od świateł"? Paradoksalnie to, co wydaje się od tej książki odpychać. Im mocniej wchodzimy w ten brudny świat po zmroku, w którym niejedno zombie pragnie jedynie namiastki szczęścia w postaci białego proszku, tym bardziej trzymamy się blisko Jacka - dostawcy niewidzialnego, przezroczystego, poza układami i znajomościami. Trzymamy się go, bo wydaje się jedynym rozsądnym, choć mądrzy się niemiłosiernie i w opiniach o tym, co go otacza, jest dydaktycznie nieznośny i po pewnym czasie irytujący. Ale to Jacek jest postacią pierwszego i jedynego planu, choć Żulczyk niemało wysiłku wkłada w to, by wiarygodnie portretować wszystkich złych oraz szarych z jego otoczenia. Jedynie Jacek nakreślony jest wyraźną kreską, ale ta wyrazistość zacznie być podważana. Mamy bowiem zabieg, w którym powierzamy resztki zdrowego rozsądku temu, co daje się oszukać. Temu, który mimo wszystko jest częścią systemu i składa się na niego w tak samo elementarnym stopniu, co jego klienci, z których potrafi ironicznie drwić, wiedząc jednocześnie, że tylko dzięki nim utrzymuje się przy życiu.

Sama istota żywotności Jacka jest sprawą ciekawą, bo jest bohaterem teoretycznie wolnym od wszystkiego, co uzależnia ludzi z jego otoczenia. Nie wchodzi w to, w co weszli wszyscy zniewoleni przez słowa, handel i narkotyki. Czuje się inny, choć niekoniecznie lepszy. Ma plan, chce wyjechać, chce przede wszystkim zacząć żyć naprawdę. Zarobione pieniądze stają się tylko martwą lokatą, są gwarantem szczęścia w bliżej nieokreślonej przyszłości; dają ogromny komfort, a jednocześnie niewolą dużo bardziej niż przewożona i dystrybuowana kokaina. Jacek jest w gruncie rzeczy małym chłopcem, który uwolnił się od prowincji, nieudanych relacji rodzinnych i towarzyskich. Samostanowi się w tej najbardziej ostrej z form, bo chce być poza konkurencją, poza układami i gdzieś poza ludźmi. Jacek jest ludzki w pełnym tego słowa znaczeniu, choć kwestionuje człowieczeństwo tak w ogóle, dostrzegając w nich tylko atawizmy, od jakich ucieka. Tymczasem ma w sobie ludzkie uczucia, bo jest w nim jakiś ślad po sentymentalnej miłości oraz coś na kształt resztek przyjacielskiego przywiązania do jedynej osoby, która w tej książce ma szansę cokolwiek wygrać i powalczyć o lepszą przyszłość.

Żulczyk tworzy rzeczywistość jak z mrocznego snu, gdzie nie ma gotowych rozwiązań problemów, a przemoc warunkuje większość działań. Jacek porusza się niezauważalnie po stolicy i zatrzymuje tylko w punktach na mapie swoistego chaosu. Jest zatem Warszawa miejscem, w którym ludzie zniewoleni są przez pieniądz i pragnienia na własne życzenie. Nie ma co im współczuć. "Nie licząc niektórych rodzajów raka, wszystko, co spotyka ludzi, wyrządzają sobie sami". Po pewnym czasie dochodzimy do tego, co wyrządził sobie sam Jacek. Lektura staje się ciekawa mniej więcej w połowie, kiedy pojawiają się pierwsze pęknięcia w fabule - wpada najlepszy klient, sypie swego dostawcę, kolejne zdarzenia to już efekt domina i w związku z tym uporządkowany świat Jacka zaczyna się rozpadać.

Odnoszę wrażenie, że w tej powieści niczemu nie można zawierzyć i wszystko zostaje potem przez autora zakwestionowane. Jacek pragnie odejść od szarego przeznaczenia smutnych proli, dla których nie ma szans na zrobienie w życiu czegoś wyjątkowego. Jego droga nie jest jednak żadną alternatywą. Wolności nie ma jako takiej, bo o wolności bohaterowie tej książki mogą jedynie rozmyślać. Jacek usiłuje uwolnić się od wszystkiego, co go wiązało z życiem w przeszłości, a przyszłość widzi jedynie jako drogę pewnego eskapizmu, bo tu i teraz, z tysiącami w kieszeni i z płaszczem za 1200 euro, nie widzi ani sensu, ani swobody, nie widzi siebie i nie jest w stanie określić, na ile tak naprawdę jest przezroczysty.

Żulczyk składa ukłon w kierunku tej grupy docelowej, która nie będzie zainteresowana wulgarną, obsceniczną i agresywną prozą męskiego nurtu. Jacek jest więc rycerski i za największą krzywdę uznaje przemoc wobec kobiety. Tej znieść nie może. Definicja kobiecości jest tu co najmniej niewyraźna, są bowiem obok kobiet wymagających obrony zwyczajne dziwki do używania. Jest w tej rycerskości Jacka tyle samo nieznośnego fałszu, co w jego cynicznym patrzeniu na świat, z którego wcale nie wyrasta gdzieś ponad. A jednak to kobieta na kartach tej powieści zadaje jedno z ważniejszych pytań...

Brzmi ono tak: jak wygląda dziś twoje szczęście? Jacek nie ma żadnej definicji szczęścia. Dla Jacka nie ma nawet czegoś takiego jak "dzisiaj". Jak wygląda coś, co mogłoby być alternatywą od pełnego przemocy świata, od którego uciekać można tylko w kolejną przemoc? Jakub Żulczyk zjada tutaj trochę swój własny ogon, zapętla swych bohaterów w szeregu sytuacji bez wyjścia i sam ukazuje jakąś niemoc i niepewność tego, co w zasadzie zrobić z tym przesyconym złem światem, do którego wprowadza czytelników. "Ślepnąc od świateł" to proza energetyczna, złośliwa i dwuznaczna, ale tak naprawdę proza bez wyraźnie czytelnych przesłań. Trudno jest ją klasyfikować gatunkowo, ale przede wszystkim trudno cokolwiek z niej wynieść. Być może jest przeszarżowana, a być może niewiarygodna. Nie można obok niej przejść obojętnie, ale równie trudno wziąć z niej coś dla siebie.

2014-12-19

"Rumun goni za happy endem" Bogumił Luft

Wydawca: Czarne

Data wydania: 15 października 2014

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka lakierowana ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Dwa państwa, dwie perspektywy

Książka Bogumiła Lufta niesie w sobie potencjał, który jest trochę zaprzepaszczony. To wnikliwe, kompetentne, uczciwie napisane i wieloaspektowe kompendium wiedzy o historii i dniu dzisiejszym dwóch niewiele w Polsce znanych krajów - Rumunii i Mołdawii. Czyta się Lufta dobrze, ale całość nosi znamiona sprawozdania z placówki dyplomatycznej albo rzeczowego wykładu przeznaczonego dla węższego grona odbiorców. Staje się ta publikacja nieco hermetyczna, i nieco też nużąca w niektórych fragmentach.

Zabrakło mi perspektywy innych. Podpytywania ludzi, udzielenia im głosu. Autor ochoczo oddaje go na przykład duchownym. Pozostali rozmówcy? Pojawiają się sporadyczne sądy i opinie. "Rumun goni za happy endem" to historyczny i socjologiczny esej w dużej mierze subiektywny, a jeśli już prezentuje fakty - nie odbiega w tym od encyklopedycznych źródeł. Temat za to wyborny i potraktowany bardzo poważnie. Daleka nam Rumunia, przez lata traktowana jako ta gorsza i jeszcze dalsza Mołdawia. Nie tylko dlatego, że ten drugi kraj daleki jest sam w sobie, bo z głównego dworca kolejowego w Kiszyniowie jedyny kurs na Zachód wykonywany jest do Bukaresztu. Bogumił Luft ujawnia pasję badacza i wnikliwość byłego dyplomaty. Dużo dyplomacji i czasami sporo uogólnień w tej publikacji. To, co niedopowiedziane i przynoszące uczucie niedosytu, można sobie wyobrazić. Bo Rumunia wraz z Mołdawią potrafią działać na wyobraźnię.

Jeżeli już Luft kogoś pyta, uzyskuje ważne odpowiedzi. Choćby ta jednego dziennikarza: "Nam, Rumunom, wciąż ktoś coś kradnie albo czegoś nie daje". Stosunkowo młode państwo rumuńskie wielokrotnie było okradane w wielu możliwych wymiarach, a nieustannie stojąc między wpływami Wschodu i Zachodu, siłą rzeczy traciło możliwości, jakie otrzymywały na przełomie XX i XXI wieku kraje europejskie umiejscowione gdzie indziej na kontynencie. Dla Rumunów przeszłość dzisiaj zdecydowanie domaga się zapomnienia. Jak żaden z innych europejskich narodów żyją przede wszystkim dniem dzisiejszym. Bogumił Luft analizuje historię kraju w taki sposób, że możemy odnieść wrażenie, iż zapisuje ważne daty i zdarzenia za tych, którzy nie chcą już o nich myśleć. Nic bardziej mylnego. Rumunia latami doświadczała okrucieństwa i jego ślady pozostają widoczne w kolejnych pokoleniach. Czytelna jest symbolika rozświetlania Bukaresztu, który w czasach komunizmu - wyjątkowo podle traktującego ten skrawek świata - tonął w ciemnościach; po omacku z codziennym życiem bez konturów innych niż nakreślane przez Securitate musieli radzić sobie ci, co donosili i nieustannie składali samokrytyki. Ci także, którzy - jak w Braszowie - podjęli karkołomną próbę sprzeciwu. Rumuni w swej krótkiej historii narodowej doświadczyli bardzo wielu upokorzeń i rozczarowań zarówno we własnych granicach, jak i poza nimi - bo Rumunia innym blaskiem świeciła w orbicie wpływów Wschodu, a innym objawiła się Europie przyjmującej ją do siebie w 2007 roku. Metafora ciemności jak żadna inna obrazuje wiele problemów tego izolowanego często od świata kraju.

Luft wyznaje, że to podczas stanu wojennego "zachorował" na  Rumunię. Potem związał się z tym krajem zawodowo i zbliżył do Rumunów na tyle, by poznać specyfikę ich państwowości oraz gorycz okradania ze złudzeń i składania często fałszywych obietnic. Jego bliskość z Rumunią to taki specyficzny stan wyjątkowy, ale mimo najszczerszych chęci nie byłem w stanie zrozumieć jego genezy. Być może to jest tak, że "Rumun goni za happy endem" miała nie być książką szczerych wyznań, lecz dokładnie przemyślanych deklaracji. Poza tym bardzo dużo u Lufta faktografii, stosunkowo niewiele ocen. Tkwi on w rumuńskości, ale sprawia wrażenie, jakby nikogo nie chciał dopuścić do tego wspaniałego stanu bycia wewnątrz. Opowiada nam o kraju i mentalności, do jakich docierało zbyt wiele wpływów. Ukazuje klęski i chwile szczęścia. Stoimy jakby gdzieś obok. Nie do końca można zrozumieć, co kryje się pod słowami z końca publikacji - "ja po prostu lubię Rumunów".

Jest też o Mołdawii, wtulonej w coraz bardziej oddalającą się od niej Rumunię i buntowniczo samodzielnej, chociaż odnieść można wrażenie, że czas niepodległości Mołdawii od 1991 roku jest historyczną i społeczną równią pochyłą. Problem nieprzystawania Mołdawii do świata, w jakim znalazła się jej sąsiadka Rumunia, dyskretnie sugeruje przedstawianie problematycznej wymiany torów kolejowych, które wciąż nie są dostosowane do tych europejskich - po nich Rumuni szybko przemierzają dużo bliższy im Zachód. To oczywiście nie o tory chodzi, lecz o skomplikowaną historię oraz dużo bardziej skomplikowaną teraźniejszość. Prowincjonalna Besarabia w orbicie wpływów Wielkiej Rosji chce zmieniać się w innym kierunku, jednocześnie jednak tkwi wciąż w bezdechu po przydeptaniu przez silniejszego wschodniego sąsiada, który groźnie pomrukuje w separatystycznej Republice Naddniestrzańskiej. W opowieściach o Mołdawii widać więcej czułości Lufta; takiej esencji odczuwania przy zaniku zdroworozsądkowej maniery porządkowania faktów, o jakich traktuje książka. O ile Mołdawia wciąż jest zdezorientowana, o tyle Rumunia wybrała wyraźny kierunek, w jakim kroczy. Bogumił Luft wskazuje różnice między krajami, ale też pięknie pisze o ich wzajemnej bliskości; takiej symbiozie na wieki, czasami okupionej rozczarowaniami.

"Rumun goni za happy endem" to - jak sugeruje tytuł - książka o procesie stawania się. Dynamika rozwoju portretowanych państw to wiele szans i sporo zagrożeń. Luft uchwycił te momenty z niedawnej historii obu krajów, jakie każą im ruszać do przodu bez oglądania się w przeszłość. Tak się pisze o miejscach, do których się przynależy. Książka Bogumiła Lufta to z jednej strony zaproszenie, z drugiej jednak - nacechowana pewnym dystansem opowieść o miejscach, do jakich wciąż daleko. I to jest problem książki, która dużo w sobie kryje, ale buduje wokół siebie dystans. Solidnej literatury faktu unikającej emocji.

2014-12-16

"Siedem dobrych lat" Etgar Keret

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 20 października 2014

Liczba stron: 174

Tłumacz: Maja Lavergne, Agnieszka Maciejowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Inna perspektywa

Etgar Keret konsekwentnie trzyma się krótkich form prozatorskich. Jego najnowszy zbiór tekstów - nie są to bowiem opowiadania i nie ukazały się w Izraelu - to zwrot ku sobie samemu, wzruszająca opowieść o rodzinie, miejscu do życia, o ustawicznym zagrożeniu i o cudzie nowego istnienia, czyli o dorastającym synu, Lwie, któremu nie tyle trzeba zapewnić opiekę, co przede wszystkim go chronić. Izrael w opowieściach z tomu "Siedem dobrych lat" to nie jest kraj skryty w metaforze i grotesce tak, jak to było w "Rurach". Keret opowiada o kilku rodzajach przynależności. Do swej przeszłości, do swojego kraju, do własnych czterech ścian i do syna właśnie, który zmienia jego optykę i każe spoglądać na trud bycia człowiekiem z jeszcze innej niż dotychczas perspektywy. To trud w kraju, w którym samo istnienie niesie w sobie groźbę nagłego końca, gdzie odpowiedzialny i zatroskany ojciec musi tłumaczyć je na nowo i inaczej, bo dziecku oraz sobie. A wraz z dzieckiem osadza się w życiu mocniej bez względu na to, jak bardzo ono jest efemeryczne i ilu możliwości zagrożeń codziennie doświadcza.

To także zbiór opowieści autotematycznych, z których jedno obrazuje moment, w jakim Keret postanowił zostać pisarzem. Sam proces pisania to czasami antidotum na zastaną rzeczywistość, a czasami sposób na nudę - stąd też w zbiorze znajdą się teksty pisane w samolocie, gdzieś na kolanie, w poczekalni świata wrażeń, do jakich jeszcze się nie dotarło. I są to teksty słabe, ale na szczęście dominują w zbiorze te, w jakich autor naprawdę ma coś do powiedzenia. O samym pisarstwie chociażby. O tym, że należy pokornie znosić stan osadzenia gdzieś między opisywanym światem a techniką jego opisu. Że posiadanie umiejętności wyrażania świata w prozie to nie powód do poczuwania się lepszym lub bardziej świadomym tego, co wokół.

Etgar Keret na otoczenie patrzy inaczej nie tylko dlatego, że bycie ojcem to spoglądanie wokół bardziej baczne i zdecydowanie bardziej czujne. Wprowadzając w świat małego Lwa, Keret opowiada o silnej więzi emocjonalnej z własnym ojcem, którego musi pożegnać (poruszająca scena wchodzenia w ojcowskie buty) i o więzach rodzinnych w ogóle; o bliskości z bratem, który błyskawicznie nauczył czytania przy pomocy gumy do żucia i z siostrą, co metaforycznie umarła, uciekając w ortodoksyjny świat życia w wiecznych granicach. A te Keret wraz ze swym synem zmuszony jest przekraczać nieustannie. Choćby wtedy, kiedy uświadomi sobie, dlaczego Lew uznaje się za kotka i jak silny związek tej przemiany można ujrzeć z izraelskim życiem publicznym.

Jest dowcipnie, ale i śmiertelnie poważnie. Nie można inaczej i nie tylko dlatego, że opowiada się o umieraniu, o traumatycznej przeszłości rodziny ocalałej z Zagłady czy o niwelowaniu dziecięcego lęku przy alarmie bombowym podczas zabawy w kanapkę z pastramą. Keret w całej swojej twórczości stara się przesuwać granice między tym, co śmieszne i tragiczne, i nie inaczej jest w tym zbiorze, który otwiera przejmujący obraz porodu oraz konsekwencji zamachu. Mamy jednocześnie piękno i okrucieństwo - w tym zagubionego człowieka, który musi się w owym rozdźwięku odnaleźć. Teraz razem ze swym potomkiem. Dzieckiem, o jakiego przyszłości nie można myśleć bez fantazji o służbie wojskowej czy o świecie, w którym pokoju nie ma i który domaga się wręcz regularnej wojny, bo ta podjazdowa w swej niepewności i nieprzewidywalności jest w stanie zabić skuteczniej. Izrael Kereta to miejsce,  z którego wyrastają lęki i niepokoje, ale także punkt początku wędrówki po świecie. Tym spokojniejszym może, bardziej różnorodnym, niewątpliwie zapominającym o poczuciu zagrożenia. I o tym, który jest daleko, ale jednocześnie niezwykle blisko, bo na przykład Polska ze swymi absurdami współczesności staje się krajem, co rekompensuje wojenną przeszłość rodzinną i daje Keretowi dom. Wyjątkowy dom.

Symbolika domu jest wyraźna i wieloznaczna. Mamy we wspomnieniu bajecznie wielkie mieszkanie, w którym nie ma podłóg, wyczarowanych potem magicznie przez ojca autora. Jest dom żony i dziecka, wilgotne ściany i tynk na twarzy śpiących. Zadbać o to w momencie, kiedy całkiem realne wydaje się zagrożenie bronią atomową ze strony Iranu? Jest też specyficzna domowa przestrzeń we wszystkich miejscach, w których Keret jest na chwilę. Zapadają one w pamięć nawet mimo faktu, że nie ma czasu na ich oswojenie. Jest ostatecznie dom małego Lwa. To wszystko wokół, ale też trudne do zdefiniowania "wszystko" tam, gdzie Lew jeszcze nie dotarł, a gdzie niewątpliwie się znajdzie. "Siedem dobrych lat" to także opowieść o tym niezwykłym domu, który zawsze nosi się w sobie i nigdy się go nie opuszcza, zapraszając jedynie kolejnych domowników.

Keret snuje rozważania o tym, w jaki sposób można uciec od dyskomfortu związanego ze swym pochodzeniem i miejscem zamieszkania. Opowiada o oswajaniu strachu i umiejętności życia z nim. Pojawiają się także opowieści o tym, jak łatwo przekroczyć na jawie granicę między uporządkowaną rzeczywistością a paranoją. W końcu w świecie po Auschwitz nie zmieniło się wiele, skoro ślady antysemityzmu Keret widzi na każdym kroku. Nawet wtedy, gdy są to tylko złudzenia - dyskomfort i złość narastają. A męskość, ta wpajana Lwowi, polega także na tym, by rozumnie dać upust złości. Stąd też ojciec i syn z sobie znanych powodów dają swym pięściom prawo do tego, by w pewnych sytuacjach dać komuś obcemu w ryj.

"Siedem dobrych lat" iskrzy od energii. Niebywałe, skąd można ją czerpać. To zbiór zupełnie inny od dotychczasowej twórczości izraelskiego pisarza, ale przecież najbardziej osobisty, choć w wielu tekstach nie wątki autobiograficzne są przecież najważniejsze. Te teksty to wyraźne próby przełamywania lęków poczuciem humoru. Historie o braku asertywności i o jej niezwykłym przypływie. Keret analizuje własne sny oraz bacznie obserwuje świat wokół. Kryje swoje lęki, bo trzeba być dzielnym przed synem. To czas, w którym zmiana w człowieku jest równie nieodwracalna co moment, gdy w ramionach trzyma się nowe życie, jakie trzeba chronić. To naprawdę niemały wysiłek uwierzyć w potęgę życia tam, gdzie jest ono w stanie wiecznego zagrożenia. Keret jako ojciec to być może inny, lepszy pisarz. A prawdopodobnie jest tak, że pisze dojrzale, bo wie o czym i teraz, w przeciwieństwie do czasu napisania w wojsku pierwszego opowiadania, wie także do kogo. Siedmiolatek to odbiorca domyślny i przyszłościowy. Status ojca to powinność dokonania pewnych zmian we własnym warsztacie pisarskim. Inspirujące mimo niepokoju!

2014-12-13

"Drach" Szczepan Twardoch

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 4 grudnia 2014

Liczba stron: 400

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Historia miejsca i ziemi

Autor "Morfiny" swą najnowszą rzecz pisał przemyślanie, ale też trochę kompulsywnie. To niejako czuć w tej narracji achronologicznej, w narracji totalnej - wszystko zapisane w tym samym czasie, a czas upływa nielinearnie, bo w opowieści bezkompromisowego dracha czas jest ponad tym wszystkim, co drach widzi, łączy, obserwuje... zrozumienie pozostawiając czytającym, którym nie będzie z nową powieścią Szczepana Twardocha wygodnie. Najbardziej przejmujące wydaje się to, co autor powiedział o tej książce w rozmowie z Justyną Sobolewską. Jakkolwiek nieludzkie wydają się opisywane historie, nie możemy na nie tak patrzeć, bo wszystko, co czynią ludzie, to ich czyny. Nasze, rzekłbym może, ale nasza, ludzi z XXI wieku, w tym obecność jest jak obecność papierowego udręczonego Nikodema, który tonie w pieniądzach, sławie i nienawiści, porzuca chorą żonę, potem dostaje kosza od kochanki, a już motyw skrzywdzonego dziecka w jego biografii nie tyle nie wzrusza, co dopełnia biografii rozpaczliwie karykaturalnej w swej niemocy; w bierności skrytej za tym wszystkim, co stanowi o dzisiejszym godnym byciu, a czego nie mają przodkowie Nikodema, wyraźni i kreśleni w swych odruchach oraz instynktach, nie w zdegenerowanym konsumpcyjnie pseudointelektualizmie.

Nikodem Gemander to jednak byt będący końcem tej specyficznej sagi rodów i miejsca. Teoretycznie, bo złośliwy narrator stale wskazuje, iż w snutej opowieści nie ma początku i końca. Drach udowadnia, iż historie dziada i pradziada Nikodema Gemandera, a wcześniej jeszcze jego rodziców oraz czasu, jaki wyrósł z miejsca traumatycznie naznaczonego w historii siedemnastoma latami pewnej granicy, mogą być bez znaczenia. Dlaczego? Bo jednostkowa historia nie wyrasta poza ziemię i utopić się może w błocie wielkiej Historii tak jak bóg topi się we flandryjskim błocie otaczającym pradziada Nikodema i potem nie ma już o nim ani słowa, gdyż liczy się tylko drach i jego wszechwiedza.

Drach to smok. Drach to przynależność do ziemi. Górny Śląsk to za mało, by nakreślić zasadnicze miejsce akcji książki. Znaczna jej część bowiem kryje się pod ziemią. Tam, dokąd latami po doświadczeniach frontu pierwszej wojny światowej zjeżdżał Josef Mangor, Nikodemowy pradziad i tam, gdzie pewnego dnia chciał się skryć przed hańbą i własnym okrucieństwem. Bo tylko ziemia jest sprawiedliwa, przyjmuje wszystkich i nikomu nie odmawia schronienia. Szczepan Twardoch uderza w górnolotny ton, gdy zaświadcza ustami dracha, że "wszystko z ziemi pochodzi i wszystko do ziemi wraca" oraz że "wszystko, co żyje, jest tylko pulsowaniem ziemi". Opowieści o ludziach wyrosłych z ziemi i do niej powracających przeplatają się z różnymi formami animizacji - świat zwierzęcych instynktów staje się paralelny do świata ludzkich działań. Zachowań warunkowanych pochodzeniem i świadomością, często jej brakiem, niemocą oraz przemocą jednocześnie, słabościami i chęcią zemsty. "Drach" snuje opowieść o tych, których już nie ma. Przeszłości jako takiej także nie doświadczymy. Wszystko, co w tej niełatwej przecież, bo trójjęzycznej prozie, porządkować można dzięki zaznaczanym w tytułach rozdziałów datom, to jedynie nad wyraz ułomne i niepewnie wątpliwe budowanie ładu tam, gdzie w ludzkie losy wdziera się chaos.

Kiedy Josef Mangor wraca z frontu, jest już tylko śladem prawdziwego Josefa Mangora. Jego życie stanie się wkrótce egzystencją wiecznego snu, ale zanim do tego dojdzie, Josef wyprze ze swej pamięci większość z tego, co doświadczył. Zapomni, że w okopach narobił w spodnie, bo będzie chciał pamiętać o tym, co kojarzy się z nowym życiem. Tym, jakiego doświadcza Górny Śląsk po traumie pierwszej wojny światowej i z cieniem jedynie tej drugiej, bo na ziemi portretowanej przez dracha najważniejsze są te lata zaraz po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku. Za nimi szły górnośląskie niepokoje, kolejne powstania, wspomniana granica na lat siedemnaście, a tak naprawdę na zawsze i instynkty, jakie nakazały bronić swego tak, jak instynkt każe uciekać świni przed oprawcą w rozpoczynającym tę okrutną narrację obrazie, który mimo nagromadzenia piekielnych wręcz kolejnych scen pozostaje do końca i być może na zawsze.

Josefa i Nikodema łączą więzy krwi, ale wydaje się, że niewiele więcej. Może to przez to, że ojciec Nikodema nie zjechał nigdy do kopalni, odciął się od zależności od ziemi, skończył polonistykę i wychował syna inaczej. Nie tak jak chciałby wychowywać swoje dzieci Josef, gdyby mu to było dane. Ten Josef, który zapominał, że człowiek i błoto to jedno, gdy rozkosznie ciepłe uda kochanki dawały mu namiastkę raju, jaki potem zamienił się w piekło. Josef Mangor to taka alternatywna biografia Nikodema. Bo - jak wspomniałem - rozterki i problemy dzianego architekta nie poruszają tak bardzo jak dylematy prostego górnika, byłego żołnierza, nieświadomego miłości (a miłość to tylko stygmat), ślepo przywiązanego do rodziny, mordującego bez premedytacji i wiedzącego, że człowiek, błoto i kał znaczyć mogą dokładnie to samo.

"Drach" to opowieść, która nie daje wytchnienia, bo nie ma go żaden z bohaterów. Mężczyźni zdeterminowani przez los i Historię pragnący zachować tożsamość i bez wahania walący w pysk, gdy ktoś im tę tożsamość śmie deprecjonować. Kobiety skazane na samotność, nieustannie bierne i pogodzone ze złym losem, bo los jest jaki jest, a ich pragnienia oraz chęć bycia szczęśliwymi żonami czy matkami niewiele do tego losu mają. Szczepan Twardoch opowiada o losie nie tyle fatalnym, co naznaczonym wiecznymi niemożnościami. I śmiercią, bo tej najwięcej - zda się dużo ważniejszą częścią życia niż cokolwiek innego. Autorski świat, wciąż nękany przez niepokoje, to rzeczywistość tych, co błąkają się w chaosie, mając za nic zdrowy rozsądek, poddani instynktom i przegrywający bez świadomości przegranej. "Drach" to nie jest jednak powieść przesycona fatalizmem, choć nic tu przecież nie kończy się dobrze i nikomu nie dane jest zaznać spełnienia. Ta książka opowiada o losie konkretnego miejsca i o konkretnych uwarunkowaniach, które z jego mieszkańców czyniły wiecznie podbijanych, choć równie wiecznie dumnych i samodzielnych.

To nie jest rzecz o pamiętaniu i o dziejowej niesprawiedliwości. "Drach" zda się kwestionować to, co w człowieku najbardziej ludzkie tylko po to, by wyrzucić go poza obręb życia warunkowanego ludzkimi odruchami. "Drach" to instynkt, strach, bezradność i paradoksalnie wielka z tego wszystkiego siła. Twardoch prowokuje do dyskusji o ludzkiej kondycji, ale i kondycji Górnego Śląska. O losie i o ludzkim życiu, którego nie można sobie było wybrać tak, jak nie można było przeżyć świadomie wszystkiego tego, co drach z tak okrutną precyzją opisuje. A my mamy rozumieć... To najtrudniejsza sztuka podczas lektury nowej powieści Szczepana Twardocha.

2014-12-10

"Wiza do Iranu" Artur Orzech

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 22 października 2014

Liczba stron: 294

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Miłość życia

Zawsze, kiedy widzę na pierwszej stronie okładki wyeksponowane zdjęcie autora, mocno zastanawiam się nad tym, czy zawartość książki jest efektem autopromocji czy też ma mówić o czymś ważnym i konkretnym. Artur Orzech uciekł od linii odpychającej literatury celebryckiej i rzetelnie napisał o swojej pasji oraz swej drugiej ojczyźnie, którą kocha bardzo mocno, ale która nie zawsze tę miłość odwzajemnia. "Wiza do Iranu" stawia sobie za cel rozhermetyzowanie naszych poglądów o kraju, który - jak wspomina dziennikarz - staje się narzędziem straszenia w mediach zawsze wtedy, gdy nie dzieje się na świecie nic szczególnie działającego na wyobraźnię i siejącego panikę. Szkoda wielka, że do tego sprowadzić można miejsce tak bardzo przecież fascynujące na wiele sposobów.

Iran Orzecha to kraj, gdzie codzienne życie jest trudne, ale i miejsce szczególnej uwagi, bo w gruncie rzeczy żyjące własnym rytmem od 2500 lat - dalekim od tego, o czym przekonane są media. To, na co warto zwrócić uwagę w Iranie Artur Orzech punktuje już na wstępie. "Gościnność, poczucie bezpieczeństwa i niesamowite krajobrazy". Potem stara się pokazać ten kraj z dwóch różnych stron. "Bo jeden, zwany Zaher, jest tam, za murem i drzwiami, na ulicy, w biurach i szkołach, a drugi zaś - Baten w domu, pośród zaufanych". Dwa Irany? Niekoniecznie. Być może warto wejść do irańskiego domu, zaznać jego gościnności, spotkać się z Irańczykami naprawdę, a przede wszystkim porzucić te stereotypowe sądy i przekonania, jakie zakorzenia w nas nasza kultura, która w gruncie rzeczy być może czegoś zazdrości państwu tak bajecznie wpisanemu wciąż w swą tradycję, kulturę i wyjątkowe wyczucie estetyki w poezji czy literaturze.

Ta książka stara się zobrazować specyficzną dychotomię - tworzą ją ludzie i system. Orzech zwraca uwagę na to, iż w państwie wyznaniowym osadzonym w surowych normach i tradycji bujnie kwitnie życie towarzyskie, ludzie mają własne definicje wolności i choć kraj tak wiele zakazuje, potrafią sprytnie niektóre z zakazów obejść, inne zaś traktując jako coś gwarantującego porządek i akceptowanego w pełni w każdym możliwym znaczeniu. Współczesny Iran obrazować może czytelna metafora chustki, która co rusz zsuwa się z kobiecej głowy, nie wywołując zgorszenia i testując jednocześnie, na ile mocno zsuwać się może. Bo to w dużej mierze opowieść o irańskich kobietach, dla których znajduje się coraz więcej miejsca w przestrzeni publicznej i które zdolne są kontestować ustalone od wieków reguły, robiąc to w taki sposób, by nie nadużyć tych symptomów zmian, jakie kierują młode pokolenie Irańczyków w inną stronę niż ich często kostycznych przodków.

Artur Orzech wędruje po Iranie własnymi ścieżkami. Nie sposób poznać go podczas masowego wyjazdu zorganizowanego i uporządkowanego co do minuty. Nie jest łatwo poznać ten kraj naprawdę, bo trzeba mieć do tego przygotowanie. "Żeby poznać i zrozumieć współczesny Iran, należy go odwiedzać często, najlepiej znając język perski, i próbować wtopić się w lokalne życie". Lokalne życie, wspomniany Baten, to prawdziwe serce kraju, gdzie każdą opisywaną specyfikę Artur Orzech osadza w kontekście, w związku z tym ta książka nie jest żadnym przewodnikiem dla początkujących, a dowodem prawdziwej pasji, miłości i zrozumienia, które wykracza mocno poza ramy europocentryzmu.

Chyba najciekawsze rozdziały to te koncentrujące się wokół dwóch zaimków. "Ona" ma różnorakie znaczenia, "on" także wiele twarzy i właściwości. O specyficznej roli kobiety, o jej ograniczeniach i sile, sporo wiemy już z kilku ważnych przekładów choćby Szarnusz Parsipur, którą Orzech wspomina. Wspomina także wiele kobiecych postaci, które przekraczały normy i granice, by pokazać, że nawet w Iranie liberalny postęp ma od dawna miejsce, choć dla samych kobiet nie ma czegoś takiego jak wolność bezwarunkowa. Ciekawie sportretowana jest też kondycja mężczyzny-męża obwarowanego równie dużą liczbą ograniczeń, co kobieta u jego boku. W nieco żartobliwy sposób Orzech komentuje przytaczane wyimki z małżeńskich nauk Irańczyków, zwracając uwagę na konieczności i absurdy, opowiadając o sytuacjach dramatycznych oraz traktowanych jako ciekawostki obyczajowe. Jest mowa o swobodach, do których dążą młodzi i o dramacie rozwodu, możliwego i czasami koniecznego, świetnie ukazanego w znanym filmie Ashgara Farhadiego "Rozstanie". Artur Orzech sporo miejsca poświęca miłości - tej często gdzieś z drugiego, prywatnego obiegu. Jest w irańskim życiu obyczajowym wiele tajemnic oraz faktów, z jakimi człowiek Zachodu styka się zszokowany. Jest jednak w "Wizie do Iranu" subtelny element opowieści o wzajemnym szacunku małżeńskim i o tym, komu i kiedy wszelkie widziane przez nas ograniczenia są bardzo na rękę i sprawiają, że świat staje się bardziej uporządkowany.

To oczywiście nie jest żadna bajkowa opowieść, nie unika tematów trudnych i nie pomija faktów z historii oraz współczesnego życia Iranu, które dla nas - ludzi z Europy - są dowodem na to, iż Iran budowany jest na krzywdzie, przemocy czy niesprawiedliwości definiowanej na kilka możliwych sposobów. Myślę, że autorowi chodzi przede wszystkim o to, by oddać choć fragment miłości własnej do kraju, z którym związał się zawodowo i mentalnie, ale przede wszystkim na płaszczyźnie fascynacji tym, co w Iranie niezwykłe oraz ponadczasowe. Stara się opowiedzieć o tym, na czym polega irańska potęga i wskazać, za co można kochać ten kraj. Jak wspomniałem we wstępie - miłość niekoniecznie może być odwzajemniona.

Tu pojawia się problem tytułowej wizy, czyli możliwości tylko dla wybranych. Iran jest gościnny dla turystów, ale jednocześnie mocno się przed nimi zabezpiecza. Czy wojowanie o wizę, które śledzimy między kolejnymi opowieściami, wynika jedynie z tamtejszego lęku przed innym? A może jest elementem kultury, do jakiej trudno dotrzeć, specyficznej i zwyczajowej gry towarzyskiej? Iran chce wiedzieć, że temu, kto doń dociera, naprawdę na tym zależy. Arturowi Orzechowi zależy na opowieści o miejscu, które nosi w sobie. Takim, jakim widzi je na co dzień i takim, jakie warte jest poznania. "Wiza do Iranu" to także książka wzbogacona o liczne fotografie, które uzupełniają tę barwną, choć niepozbawioną czasem goryczy i elementu krytyki opowieść o kraju, jakiego nie widzimy naprawdę na odległość...

2014-12-08

"Willa Triste" Patrick Modiano

Wydawca: Znak

Data wydania: 26 listopada 2014

Liczba stron: 254

Tłumacz: Joanna Polachowska

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Czas zatrzymany

Byłem w gronie tych, których zaskoczyło przyznanie literackiej Nagrody Nobla Patrickowi Modiano. Nie będę w fałszywym tonie znawcy pisał o wielkości jego pisarstwa. Napiszę o "Willi Triste", mojej pierwszej literackiej przygodzie z francuskim prozaikiem. O powieści inicjacyjnej, która snuje historię młodziutkiego pesymisty ogarniętego lękiem przed wojennymi niepokojami, sentymentalnie osadzonego w urokliwym francuskim miasteczku, niepokojąco umieszczonego między tajemnicami sezonowych przyjaciół a wewnętrznym strachem, który każe uciekać przed francuską mentalnością i jej formami, a jednocześnie boleśnie się w nich zasadza. Tytułowa willa smutku stanie się miejscem tragedii. Nic nie zapowiada jej nadejścia - ani piękne lato, ani niepowtarzalne noce, ani też zapachy i smaki w czasie izolowanym od reszty świata, zatrzymanym w słodkim bezruchu, powracającym w żywych wspomnieniach po 12 latach, kiedy bohater Modiano decyduje się na spisanie historii tamtego lata i pewnego świata, którego już nie ma...

Osiemnastoletni Victor Chmara ucieka z Paryża przed prawdopodobnym poborem związanym z konfliktem algierskim. Sennie i leniwie spędza czas wśród lektur i filmów, odmierza godziny i dni w przestrzeni, którą zadekretował sobie przede wszystkim po to, by odsunąć gdzieś w dal chaos oraz okrucieństwo świata, do jakiego nie chce przynależeć. Victora elektryzuje i fascynuje dwudziestodwuletnia Yvonne. Tajemnicza, kusząca, bardzo szybko zmniejszająca dystans do młodego adoratora, zaskakująco ekspresyjna i wyjątkowo wieloznaczna. Tajemnice Yvonne pozostają tą częścią życia, do jakiej Victor nie ma dostępu tak, jak uniemożliwia sobie dostęp do wiedzy o szaleństwie świata, w którym widmo wojny to tylko jeden z sygnałów, że w tym świecie można czuć zagrożenie. Ktoś czuje je wyraźnie. Tym kimś jest Victor. Rozumie efemeryczność relacji z ludźmi letniska i zdaje sobie sprawę, że Yvonne opowie mu o sobie tylko tyle, ile sama będzie chciała zdradzić. Do tej dwójki dołącza także René Meinthe, syn męczennika Ruchu Oporu, pozorny birbant i lekkoduch, zmagający się jednak z przeszłością, o jakiej nie może zapomnieć i ze wspomnieniami swych kochanków, co opuścili albo zbyt szybko, albo niezbyt zrozumiale.

Zdanie Modiano, które zapada w pamięć już na wstępie, łącząc się ze wskazaną powyżej myślą, pozostaje z nami do samego końca tej niezwykle plastycznie opisanej historii. "Byliśmy ostatnimi świadkami pewnego świata". Tamten czas, gdy Yvonne i Meinthe zdobyli Puchar Elegancji, to okres, w jakim szczęście nazywane było przez Victora na nowo. Być może po raz pierwszy świadomie. Młody paryżanin tkwił wówczas w czymś, co niepokoiło. Przeszłość niosła ze sobą stygmaty, przyszłość była czasem niewiadomego. Jedynie w tym, co teraźniejsze, Chmara i jego dwójka przyjaciół, odpierali ataki czasu, który z każdym z nich obszedł się co najmniej srogo. Modiano sygnalizuje, że czas subtelnie zarysowanej wakacyjnej sielanki to pewien graniczny etap - zarysowuje z perspektywy kolejnych dwunastu lat, w jaki sposób tamten letni epizod zapisał się w pamięci z detalami, nie sygnalizując w żaden sposób, jak zmieniło się życie opowiadającego. "Willa Triste" może być zatem odczytywana jako metafora czasu, w którym zamknęły się wszystkie kształtujące na zawsze zmiany w ludzkim życiu. To okres przełomu i formowania czegoś nowego. Czas,  w jakim naiwne plany, rojenia i śmiałe wizje to przede wszystkim symptomy tęsknot nie do zaspokojenia. Wciąż zadajemy sobie pytania o to, kim stał się potem Victor dzięki swym wakacyjnym doświadczeniom. Wciąż pozostajemy w niemym zdziwieniu i zachwycie nad narracją pulsującą gdzieś wewnętrznie. Gdzieś na granicy czasu, choć nie wiemy, o jaką granicę może chodzić.

Nieprzypadkowo książkę otwiera coś na kształt topografii czasu minionego. Przeszłość u Modiano jest czasem, w którym pozostaje nam to, co krańcowo zmieniło nasz punkt postrzegania rzeczywistości. "Willa Triste" to proza o poszukiwaniu tożsamości. Victor, Yvonne, René - każde z nich szuka po swojemu. Jednemu z nich pisana jest klęska, ale tamtego lata każde z nich usiłuje wykrzesać z siebie radość z życia. Śladów przyszłej tragedii wcale jeszcze nie ma. Czas przyszły wydaje się tak daleki, że tylko tu i teraz bohaterowie Modiano mogą żyć naprawdę; w takim znaczeniu opisywane lato jest czasem przełomu. Czasem, w jakim zapisują się słowa i gesty, z którymi bohaterowie książki ruszają w dalszą drogę. Można odciąć się od losów świata, ale nie ma sposobu na zapomnienie o własnej biografii. To, co kształtuje nas na stałe, to doświadczenia rozumu i serca, a takie zdobywa Victor Chmara, który w arystokratycznej nieco wyższości wobec Francuzów skrywa swój lęk i wiele niepewności. Ten bohater będzie niepokoił także tym, w jaki sposób pewni ludzie lub zdarzenia skojarzą mu się z tą odległą dla niego przeszłością, na którą nikt już nie ma wpływu, ale w której cieniu szarmancki młodzieniec z monoklem znajduje się przez cały czas. Nie wiemy, czego szuka w uroczym kurorcie przy granicy ze Szwajcarią, ale zdajemy sobie sprawę, że tego nie zdobywa i nie mam tu na myśli pięknej Yvonne o enigmatycznej przeszłości.

"Willa Triste" jest niewątpliwie poruszającą historią dorastania do samego siebie i opowieścią o śmierci, tajemnicach oraz o głodzie życia bez przywiązania do czegokolwiek. Trudno mi orzec, na ile powieść sprzed blisko czterdziestu lat jest reprezentatywna i czy na jej podstawie można wypowiadać sądy o pisarstwie Modiano. Jest w niej na pewno dużo skrytego fatalizmu, który nie pozwala jego bohaterom na szczęście. To nie jest kwestia jego zdobywania. To zdaje się problem niemożności bycia szczęśliwym i wiecznego poszukiwania czegoś, co przerasta w każdy możliwy sposób. Modiano opowie z równą czułością o pełni życia oraz o okrucieństwie śmierci z własnej ręki. "Willa Triste" zapada w pamięć, kiedy myśli się o niej jak o symbolicznym obrazie ludzkiego zagubienia i samotności, z jaką jej bohaterowie radzą sobie na kilka nieudolnych sposobów. Rzecz zdecydowanie warta uwagi.

2014-12-06

"Patron" Mateusz M. Lemberg

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 9 października 2014

Liczba stron: 512

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 36 zł

Tytuł recenzji: Śmierć w habicie

Zabalsamowany trup w kanale oraz szalone rozgrywki nekrofila. Morderstwo w klasztorze i zabójca planujący kolejne trupy. Atmosfera podgrzana do czerwoności już od pierwszych zdań. Policjanci wikłający się w tropach tak jak we własnych biografiach, które nie są proste. Wyraźna, mocna i przerażająca - taka jest najnowsza rzecz Mateusza M. Lemberga.

Autor swoją pierwszą książką, "Zasługą nocy", bardzo wysoko postawił poprzeczkę zarówno swoim kolejnym dokonaniom literackim, jak i wielu debiutantom kryminalnym, co próbują pisać, bo jest moda i każdy teraz czyta kryminały. "Patron" unosi ciężar pierwszej powieści Lemberga, chociaż mamy tutaj do czynienia z zupełnie inną fabułą. Wątki obyczajowe, tak wyraźnie eksponowane w debiucie, kryją się gdzieś na drugim planie, choć nadal zarysowane są z werwą, przez co poznawanie okaleczonych emocjonalnie bohaterów "Zasługi nocy" będzie równie pasjonujące, co wcześniej. Co ważne - czytelne dla tych, co nie znają poprzedniej książki. W "Patronie" na pierwszy plan wysuwa się seria makabrycznych morderstw. Okaleczany trup ściele się gęsto, a intryga kryminalna, która ma zdemaskować psychopatycznego zabójcę, koncentruje się na kręgach kościelnych, bo pierwszą z ofiar jest biskup, a kolejne mordy mają wyraźnie zarysowane tło religijne.

Trudno jest napisać taką książkę. Sami fikcyjni bohaterowie stwierdzają, że w naszym kraju nikt z takim okrucieństwem żadnego biskupa nie zamordował. To nie tylko kwestia tego, że motywy zabójcy powiązane są z mroczną zakonną tajemnicą, a jego zabijanie to zemsta i za kostyczność kleru, i za fałsz skrywany gdzieś pod habitami, i też za samą instytucję, która anachronicznymi metodami wymaga bezwzględnego posłuszeństwa dogmatom. Lemberg gra na czułej nucie. Zabity biskup słynął z liberalnego nastawienia do antykoncepcji. Jedna z bohaterek przekonana jest o tym, że ciąża to balast i zamierza ją usunąć. Karykaturalnie przedstawiona jest organizacja Pro Life - zbiorowisko buntowników, którzy stają się głośni wszędzie tam, gdzie ktoś wspomni jedynie o zabezpieczaniu się przed niechcianą ciążą. Motyw ten dodatkowo kształtuje trudny już zarys fabularny, w którym komisarza Krzysztofa Witczaka, udręczonego schizofrenią i usilnie usiłującego zapanować nad głosami w głowie, autor przesuwa gdzieś na dalszy plan. Siłą "Patrona" jest dynamizm i trochę skandynawska konstrukcja fabuły, bo śledzimy wydarzenia rozgrywające się symultanicznie w kilku miejscach, a sprawa zabitego biskupa łączy się też z innymi kryminalnymi historiami, jakie w finale znajdują swoje rozwiązanie.

Czytałem "Patrona" trochę jak pewną rozprawę z ludzką hipokryzją. Tło cichego klasztoru, w którym odnajduje się umęczony szpitalnymi doświadczeniami Witczak, jest jednocześnie przestrzenią kryjącą wiele tajemnic sprzed lat. Zakonnicy niosą w sobie brzemię, o jakim nie wolno im rozmawiać. Kościół usiłuje wpływać na działania policji i choć wpływ ten jest żaden, widzimy wyraźnie, że warszawscy policjanci nie czują się pewnie, penetrując przestrzeń uznaną za wyizolowaną od reszty życia. W tej przestrzeni dzieją się dramaty kształtujące nam, czytającym, obraz seryjnego zabójcy. Człowieka, którego finał powieści odziera nieco z tajemniczego rysu psychopaty. To jedyny minus "Patrona". Reszta to świetna robota, nad którą Mateusz M. Lemberg pochylał się z uwagą, dbając o każdy szczegół i pozostawiając kilka kwestii nadal niewyjaśnionymi.

O ile zmagający się z chorobą umysłu Witczak, którego autor darzy szczególną sympatią nie tylko dlatego, iż jest jego rówieśnikiem, walczy przede wszystkim sam ze sobą i stara się być błyskotliwy, choć brakuje mu już werwy i czujności, o tyle portretowana w poprzedniej książce Agnieszka Cynowska zagarnia dużą przestrzeń i sporo naszej uwagi. Cyna boryka się z kryzysem w związku oraz ze świadomością, iż zmiana płci, o jakiej marzy, jest procesem długotrwałym i skomplikowanym. Jej prywatne problemy rzutują na to, jak pracuje. A obok sprawy Patrona ma do wyjaśnienia jeszcze jedną, bardzo osobistą. Cyna w śledztwie dopuszcza się niesubordynacji, zataja pewne fakty i usiłuje odwieść uwagę innych od pobocznego, acz ważnego wątku śledztwa zabójcy biskupa. Szyki miesza jej Misia - policyjna pani psycholog o irytującym cienkim głosiku. Misia tak jak Cyna zdecyduje się prowadzić swoje własne śledztwo. Zaskakujące będą jego wyniki, a Lemberg udowodni, że kobiety cechują się dużo większą wrażliwością na detale i sprawniej rozwiązują zagadki oparte na psychologii działania nieznanego sprawcy. Dwie prywatne sprawy Cyny i Misi dodatkowo ubarwiają niezwykle ciekawą fabułę zapewniającą nieoczekiwane zwroty akcji oraz wywołującą czytelnicze przekonanie, iż zabójca wciąż wyprzedza wszystkich o krok.

Jest tajemnicą, w jaki sposób Lemberg poradzi sobie z dalszym pisaniem po wydaniu dwóch różnych, ale w obu przypadkach bardzo dobrych książek. "Patron" epatuje okrucieństwem i taką formą przemocy, która wdziera się gdzieś do podświadomości w sposób bardzo perfidny, nieprzewidywalny. To bardzo mroczna książka i odważna także. Penetruje środowisko, do którego niewielu z nas ma dostęp. Buduje sprytną kryminalną intrygę wokół tych, którzy winni świecić dla wiernych przykładem, a którzy na różny sposób pogrążają się w marazmie, od jakiego zwykły człowiek stara się uciekać między innymi w stronę czegoś mistycznego. "Patron" nie jest mistyczny, lecz krwisty, bezkompromisowy i jednocześnie wzbudzający zainteresowanie, bo dotykający kilku palących problemów, które wciąż są niewygodne tak, jak niewygodne z jakichś powodów były ofiary psychopaty z misją duchowego ratunku przez zabójstwo.

2014-12-03

"Nie oświadczam się" Wiesław Łuka

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 13 października 2014

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 38 zł

Tytuł recenzji: Zbrodnia i milczenie

Moi rodzice byli w tłumie, który wysłuchiwał w Sandomierzu czterech wyroków kary śmierci przyjmowanych przez oskarżonych bez cienia skruchy i choćby jednej łzy. W 1984 roku wraz z rodziną przeprowadziłem się do Połańca. Dorastałem w mieście, które przyjęło na siebie odium po Zrębinie; wsi tuż obok miejsca, w którym podczas wigilijnej nocy 1976 roku rozegrała się niewyobrażalna tragedia i gdzie ślad po niej pozostał na zawsze. Utkwił bowiem w społeczności, jaka okopała się w milczeniu, utrudniając i tak już skomplikowane śledztwo, które dopiero po latach dało prawdziwy obraz tego, co wydarzyło się pewnej grudniowej nocy na drodze między Połańcem a Zrębinem.

Co się wydarzyło? Ciężarna kobieta z mężem oraz swoim bratem została wywołana z kościoła podczas pasterki. Zasugerowano im szybki powrót do domu. Poszli. W śniegu, lodowatym wietrze. Do Zrębina z Połańca niedaleko, kilka kilometrów. W ślad za nimi ruszyli oprawcy. Jeden kierował autokarem z grupą podpitych pasażerów. Najpierw potrącono, później brutalnie zamordowano całą trójkę, a z okien makabryczny spektakl oglądali ludzie. Ci ludzie, którzy złożyli potem magiczną przysięgę, całowali krzyżyk i obiecywali milczenie, odkrywając w kieszeniach naprędce wkładane banknoty. Morderstwo upozorowano jako wypadek. Świadkowie wrócili do połanieckiego kościoła, by szukać tam alibi. Sprawcy uznali, że nikt nie piśnie słowem o tym, że bili i zabili. To miała być zemsta za posądzenie o kradzież wędlin na weselu. Absurd? Być może, bo konflikt między rodem mordujących i zamordowanych sięgał w mroczną przeszłość i piekło tych animozji Wiesław Łuka jedynie delikatnie kreśli. Bardzo wyraźnie za to prezentuje czas procesu oskarżonych o potrójne zabójstwo. Usiłuje po swojemu rozbić zrębińską zmowę milczenia. Dać odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego ludzie złamali dwie przysięgi - najpierw tę sądową o mówieniu całej prawdy, a potem tę nocną, gdzie bezpośrednio po morderstwie zawierali pakt krwi i obiecywali, że świat nigdy się nie dowie o tym, iż na ich oczach zamordowano trzy osoby.

Przez lata nie miałem świadomości, że żyję w mieście, obok którego dokonano jednej z najbardziej niewyobrażalnej w swym okrucieństwie zbrodni w PRLu. Wiesław Łuka opowiedział o niej już w 1981 roku, zaś obecnie, po ponad trzydziestu latach, ten wstrząsający i z czasem niesłusznie zapomniany reportaż ponownie wzbudza grozę, a mnie osobiście - jako byłego mieszkańca Połańca - wchodzi boleśnie pod skórę. Jak to możliwe, że duża liczba osób we wsi skutecznie wypierała z pamięci sceny widziane w nocy, gdy Lech Wojda - imiona i nazwiska oprawców we wznowieniu reportażu zmieniono - z chirurgiczną precyzją zlecał kolejne działania, które miały na celu najpierw zabicie małżeństwa Łukaszków i Miecia Kality, a potem upozorowanie wypadku drogowego? W tę wersję przez pewien czas wierzono, gdy Prokuratura Rejonowa w Staszowie i milicjanci z Połańca nieudolnie analizowali pozostawione dla nich przez bandę Wojdy dowody. Ślady po makabrycznym spektaklu. Pytanie najbardziej zastanawiające w tym wszystkim - dlaczego mordercy nie zaplanowali cichej eliminacji, dlaczego do swych zbrodniczych czynów przywieźli w autokarze nieme audytorium? Dlaczego nikt z pośród obecnych na miejscu zbrodni następnego dnia nie opowiedział organom ścigania o tym, co się wydarzyło? Łuka zasugeruje kilka odpowiedzi.

Tytuł to słowa z karykaturalnej wręcz linii obrony oskarżonych. Zapomnieli sensu słów tak, jak zagubili się w swych matactwach. Pojęcie sprawiedliwości i dobra zostało w ich umysłach wypaczone na tyle, że już po wyroku - ostatecznie wykonano tylko dwie  kary śmierci - mówią Łuce o tym, że są ofiarami prześladowania i że giną niewinni. Tę wersje potwierdzały rodziny oskarżonych. Korumpowały świadków i starały się utrudnić dochodzenie, jednocześnie powołując się na boską sprawiedliwość oraz zarzucając wszystkim, iż oskarżeni są ofiarami, a winę za chaos ponosi skłonny do brania łapówek i ograniczony umysłowo lud Zrębina, tej wsi naznaczonej fatalizmem w 1976 roku chyba już na zawsze. Wiesław Łuka zarysowuje szkic socjologiczny środowiska, w jakim doszło do zbrodni. Połanieccy dorobkiewicze bez wykształcenia, zrębińscy chłopi i chłoporobotnicy żyjący w biedzie, wpatrzeni w majętnego Lecha Wojdę jak w obrazek, bo to przecież zrębiński pan na włościach, jedyny z ciągnikiem, z masą pieniędzy i z siłą, by terroryzować innych. Obraz wsi koło Połańca nabiera znamion piekła na ziemi. Tylko jedna, najbardziej uboga rodzina, nie poddała się dyktatowi Wojdy, który co rusz na przemian groził i proponował pieniądze, mieszał w swoich zeznaniach i starał się - jeszcze przed aresztowaniem - wpływać na konfabulacje innych.

Jedna z rozmówczyń wspomina historię, przejmująco komentując wydarzenia ze Zrębina: "Gdyby Kościuszko przypuszczał, co się tu stanie, nie obiecywałby wieśniakom wolności". Ta wolność okupiona została siecią układów i zależności. Konflikt Wojdów z Kalitami oraz jego dramatyczny finał to tylko jedno z ponurych oblicz Zrębina tamtych czasów, gdzie w mrocznym PRLu każdy był dla siebie wrogiem, a siłą spajającą społeczność były wzajemne zależności. Ludzie więc darzyli się niechęcią, ale żyli w okrutnej symbiozie. Niewiele też zmieniło się po tragedii i po procesie. Zrębin nadal żyje. Nadal  jest hermetycznie zamknięty i nawet po 35 latach Wiesław Łuka nie jest w stanie się do niej dostać. To taki stygmat na zawsze - miejsce, w którym ludzie zakwestionowali człowieczeństwo zabijanych na ich oczach, ale przede wszystkim własne człowieczeństwo, swoje sumienie i moralność. O tym wszystkim zapomniano tak jak o widoku gonionej przez pole Krystyny Łukaszek, która naiwnie wierzy w to, że zdoła uciec mordercom, których oddech czuje na plecach...

"Nie oświadczam się" to reportaż chropowaty, pełen pęknięć, nieznośny w czytaniu i szalenie realistyczny. Wiesław Łuka śledzi wydarzenia ze Zrębina, ale przede wszystkim podsłuchuje świadków. Najpierw zeznania, potem konfrontacje - po wyeliminowaniu licznych kłamstw - a następnie przejmujące mowy końcowe. Łuka jest na sali sądowej, ale przede wszystkim w tej części Zrębina, do której nie dano dostępu organom ścigania czy innym dziennikarzom. "Nie oświadczam się" stale pyta o wspomniane sumienie i o moralność, o  której mieszkańcy Zrębina jakby zapomnieli. Jeden z rozmówców wspomina: "Co to jest sumienie? Jeżeli człowiek z bałaganu może zrobić porządek w głowie, to jest sumienie". Wielu zrobiło ten porządek. Często dopiero wtedy, gdy byli zatrzymywani w areszcie za składanie fałszywych zeznań. Bo Łuka w swym reportażu oferuje nam niezwykle mroczny obraz - anatomię zastraszenia i jego konsekwencji. Strach i słowa były obecne obok siebie. W spirali zależności mieszkańcy Zrębina wspierali się w konfabulacjach i łamali w nich, być może znajdując to, co wyżej nazwano sumieniem. Podczas skomplikowanego śledztwa przesłuchano ponad dwustu świadków, w trakcie procesu kolejnych dwustu. Niewyobrażalne liczby, niewyobrażalna też sieć oszustw sterroryzowanych przez siłę demonicznego Wojdy. Aż wierzyć się nie chce, że całą tę sprawę system sądowniczy PRLu rozwikłał na tyle, iż dziś możemy zadawać sobie setki dramatycznych pytań, jakie wywołuje Wiesław Łuka. Wracać do niemożliwego, by wejść w mroczny świat zależności i kłamstw, przelanej krwi oraz miejscowych animozji. By doświadczyć złości i bezradności w matni konfabulacji żywej aż do dziś.

Połaniec, z którym już się pożegnałem, stara się pożegnać także wspomnienie sprawy zrębińskiej. Oczyścić miejskie sumienie. Być może zapomnieć tak, jak chcieli zapomnieć ci, co widzieli morderstwa. Łuka zadaje dramatyczne pytanie. "Ile jest warte ludzkie życie? W okolicach Połańca nabiera ponurego wymiaru konkretnego - może być warte od pięciu do pięćdziesięciu tysięcy złotych łapówki". To, co się wydarzyło, mogłoby się wydarzyć w każdym innym miejscu. Zdarzyło się w Zrębinie. We wsi, która po procesie zamilkła tak jak w czasie dochodzenia, gdy kolejne prawdy okazywały się kłamstwami. "Oświadczam się" jest niewątpliwie najsilniej dotykającym mnie reportażem ostatnich lat nie tylko dlatego, że wszystko wydarzyło się tuż obok, gdzieś blisko. Wiesław Łuka stworzył wieloaspektowe studium zła - ludzkiego zła i zła ludzkich zależności. Pokazał zbrodnię, za którą odpowiedzialni byli nie tylko zabójcy, ale także wieś, co wyparła z pamięci, bo przecież ludzie szybko zapominają. Dlaczego mieliby pamiętać zdarzenia z nocy wigilijnej 1976? To dzięki "Nie oświadczam się" my pamiętamy za tych, co pamiętać nie chcą. Bo ludzkie okrucieństwo  w zapominaniu wydaje się nie mieć granic.

2014-12-01

"Szcze ne wmerła i nie umrze. Rozmowa z Jurijem Andruchowyczem" Paweł Smoleński

Wydawca: Czarne

Data wydania: 21 listopada 2014

Liczba stron: 176

Oprawa: twarda

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Niemożność i siła

Rozmowa Pawła Smoleńskiego z Jurijem Andruchowyczem to żywiołowy i przejmujący dowód zatroskania o Ukrainę, która teraz - po latach ciągłego przegrywania szans na zmiany - staje w obliczu rewolucji, o jakiej za wschodnią granicą nikt do tej pory nie myślał. To także rozmowa o historii państwa skażonego kolejnymi szkodliwymi prezydenturami, państwa podzielonego na zachód i wschód oraz kraju, gdzie po Euromajdanie skończyły się bezkrwawe rewolty. Rok temu na ulice Kijowa wyszli młodzi ludzie, którzy nie godzili się na ograniczenia w procesie integracji z Europą. Wielu z nich zginęło tylko dlatego, że opowiedziało się za wolnością. Czy ktoś pochyla się dzisiaj nad tymi śmierciami? Majdan przyniósł zaskakujące europejską opinię publiczną rozwiązania. Zrodził się w gniewie i doświadczony był przemocą. Andruchowycz opowiada o strukturze tychże, zaznaczając jednocześnie, że na przełomie roku 2013 i 2014 najmocniej pokochał swą ojczyznę w czasie, w jakim Historia zaczęła dla niej zapisywać zupełnie nowe karty.

Paweł Smoleński podzielił książkę na trzy części. Każdą określił mianem "moje sprawy". Jest o formowaniu się, stabilności i brutalnych atakach na Majdan. Jest dużo o problemach wschodniego sąsiada, na które wraz z rozmówcą spoglądają z perspektywy całego tego czasu, odkąd Ukraina uzyskała niepodległość i z trudem dawała sobie z nią radę. Ostatnia część tego tryptyku to rozważania głównie o współczesnej Rosji - groźne i niepokojące, odnoszące się do problemów całej Europy i osadzające ukraińskie trudności w bardzo szerokich kontekstach. Czyta się to wszystko z wielką uwagą, czasami z gniewem, niekiedy z poczuciem bezradności i ze świadomością, iż wydając wyroki w sprawie, sami sprawy owej nie znamy. Propaganda dyskredytuje liczne ruchy, jakie zaistniały od początku Euromajdanu. Było w nich oczywiście wiele impulsywności i braku zdrowego rozsądku, ale na co mogli zdobyć się ojcowie i matki, których dzieci były pałowane i zabijane za to, iż zdecydowały się wyjść na ulice Kijowa?

Zasadniczy sens rozmów osadza się w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania o to, dlaczego od początku swojej państwowości Ukraina nie może się wydostać z różnego rodzaju niemożności. Wciąż towarzyszy jej pech, stale torpedowane są pomysły zmian, wciąż daleko jej do Europy w każdym możliwym sensie i za to wszystko odpowiadają także konkretne osoby, które nigdy nie zostały pociągnięte do odpowiedzialności. Jurij Andruchowycz opowiada o bezsilności i złości jednocześnie. Bezlitośnie obnaża mechanizmy władzy - zwłaszcza czasów Kuczmy i Janukowycza - punktując słabości i momenty, kiedy ukraińska demokracja padała bez szans na podźwignięcie się i dalszą stabilność. Smoleński pyta o powody - historyczne, społeczne i polityczne - dla których ukraińska tożsamość, z podziałem na wschodnią i zachodnią, jest tak trudna do zrozumienia nie tylko dla współczesnego Europejczyka, ale także dla samego Ukraińca przepełnionego goryczą kolejnych politycznych rozczarowań, które manewrują sobie dowolnie kierunkiem, w jakim zmierzać ma przyszłość kraju. Andruchowycz wielokrotnie podkreśla, dlaczego ukraińskość jest wiecznie na celowniku Kremla. Opowiada o kraju, który nie wyzwolił się z sowieckości, bo nie dane było wielu oderwać się od piętna biedy i zniewolenia przez rządzących. Ale to nie tylko to. Jest w ukraińskiej sile przetrwania jakiś fatalizm, mrok Historii wciąż zasnuwa lata ukraińskiego czasu o samostanowieniu. W tym wszystkim bardzo wiele negatywnych emocji. Nienawiść, złość, gniew. Czasami dzikie instynkty, które dają o sobie znać i szkodzą wizerunkowi Ukrainy niepodległej. Tej, która gotowa była, by podpisać umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, jaką zanegował Wiktor Janukowycz, dając impuls do wyjścia na ulice Kijowa.

Struktura Majdanu opisana jest ze szczegółami. Godzina po godzinie, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu - silne fasady, coraz większa determinacja, bolesne doświadczenie przemocy i świadomość, iż walka jest jedynym rozwiązaniem. Najbardziej przejmujące jest chyba wspomnienie młodej dziewczyny z Winnicy, która musiała odbierać połączenia w zebranych od zabitych telefonach, informując o śmierci i co chwilę widząc na wyświetlaczu słowo "mama". Smoleński i Andruchowycz nie starają się jednak grać na emocjach. Rozprawiają się przede wszystkim z medialnym fenomenem Prawego Sektora i z etykietami nazizmu, wspomnieniami Bandery oraz interpretowaniem działań euromajdanowców zawsze pod kątem propagandowego klucza. Europa zdaje się wierzyć w część głosów Rosji o tym, co wydarzyło się na Ukrainie. Jednocześnie rozmówcy boleśnie obnażają absurdalność tych doniesień, które chciały zdyskredytować nie tylko ideę, ale i przebieg Majdanu. Całe zło wydaje się wynikać z tego pełnego determinacji pragnienia uniezależnienia się od rosyjskich wpływów. Problem jest na tyle złożony, że Andruchowycz unika rozmyślania o tym, co będzie dalej. Ta rozmowa ma nakreślić historyczny i społeczny kontekst wydarzeń, jakie naznaczyły Ukrainę na tyle silnie, że doszło do otwartej wojny na wschodzie kraju i wciąż dochodzi do aktów różnego rodzaju przemocy, z których interpretacją nie radzi sobie nie tylko europejska opinia publiczna.

"Szcze ne wmerła i nie umrze" jest zapisem rozmów o kraju, w jakim trudno jest rozmawiać; trudno budować słowne kompromisy, podpisywać ugody, redagować i wprowadzać w życie traktaty osiągnięte dzięki wspomnianym kompromisom. Ta książka to spojrzenie wstecz, by wyjaśnić dramatyczne "teraz", które - tu odrobina optymizmu Anduchowycza - wyraźnie cementuje narodową jedność i jest być może czasem naprawdę przełomowych zmian. Publikacja dla każdego z otwartym umysłem, kto nie szufladkuje, nie posiłkuje się stereotypami oraz czuje napięcie, którego źródeł nie jest świadom, a w tej książce je znajdzie. Zapis rozmów autora "Moscoviady" z Pawłem Smoleńskim ukazuje się w rocznicę początku dramatu Majdanu. Ku przestrodze, ale głównie dla tych, co chcą zrozumieć. Przede wszystkim dla tych, którzy spoglądają krytycznie i dla których niniejsza publikacja będzie źródłem być może nowych, nienazwanych jeszcze refleksji.