2015-01-16

"Mała Zagłada" Anna Janko

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 14 stycznia 2015

Liczba stron: 262

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Ten straszny czas...

Kiedy pod koniec 2013 roku rozmawiałem z Anną Janko, powiedziała mi wówczas o książce, która wywarła na niej ogromne wrażenie. Był to "Pamiętnik Dawida Rubinowicza", świadectwo dziecka z kieleckiej wsi, które podczas okupacji składało słowa z tego wszystkiego, co pozostawiła w nim Zagłada. Czy wówczas autorka myślała już o napisaniu swej najnowszej książki? O tym nie rozmawialiśmy. Dzisiaj dowiadujemy się, że matka Anny Janko była tylko o trzy lata młodsza od Dawida, kiedy tak jak jemu niebo spadło jej na głowę, rujnując świat i każąc mu opisywać rzeczywistość pustki. To Teresa Ferenc, dziewięcioletnia dziewczynka ze wsi Sochy nieopodal Zamościa, jest główną bohaterką tej przejmującej narracji. Dziewczynka, której zniszczono wieś i zabito rodziców. Te okrutne formy bezosobowe... Jedna z tych szczęściar losu, jakim dane było przeżyć niemiecką pacyfikację wioski w 1943 roku. Ale nie tylko Terenia jest bohaterką "Małej Zagłady". Anna Janko usiłuje rozmawiać sama ze sobą, podążać śladem skrzywdzonej matki w sobie i zadawać pytania o wojnę, która przecież nigdy się nie kończy, nigdy nie odpoczywa, nigdy nie pozwala o sobie zapomnieć i zawsze jest okrutna.

Teraz rozumiem, co pisarka miała na myśli, mówiąc na końcu naszej rozmowy z 2013 roku, że lubi stan, kiedy nie musi się bać. Teraz też inaczej patrzę na jej enigmatyczne wtedy odpowiedzi dotyczące zmiany miejsca zamieszkania. "Mała Zagłada" - tak odmienna od poprzednich książek Janko - pozostawia ślad na zawsze, bo mówi o rzeczach, o których nikt nigdy nie powiedział wystarczająco wiele. Może dlatego, że nie da się opisać strachu, okrucieństwa; można jedynie próbować zrozumieć zło, które tkwi w człowieku od wieków i które za każdym razem domaga się nowego, humanistycznego zdziwienia. Złu ciężko się przeciwstawić, można nad nim zapłakać. Można zapłakać nad sobą i nad swoim rozumieniem życia w cieniu traumy matki. To jest trochę tak, że Anna Janko właśnie teraz, wiele lat po wojnie, czule ociera łzy swej płaczącej matki - dziewczynki. Próbuje zabrać od niej cierpienie, ale zmierzyć się także z własnym. Tym podsycanym lękami i wyobraźnią.

Bo Janko nie opowiada historii matki dla siebie czy dla niej. Wszystko, co ma nami naprawdę potrząsnąć, musi mieć twarz, biografię, kontekst i imię. To, co wydarzyło się rankiem 1 czerwca 1944 roku w Sochach, to takie zdarzenie "z twarzą". Wokół niego koncentrować się będą zdziwienia, pytania, gorzkie refleksje i brutalna konfrontacja faktów z wyobrażeniami o wojnie, która wciąż jest przecież obecna, wciąż gdzieś nieopodal. Wojna jest tu swego rodzaju symbolem zarówno stanu duchowego, jak i okaleczenia istoty ludzkiej w kilku możliwych wymiarach i na kilku płaszczyznach. To wspomnienie o zabitych soszanach, ale przede wszystkim refleksja nad tym, co po brutalnym mordzie wioski pozostało. Teraz i w konkretnej świadomości. Dlatego boli czytanie "Małej Zagłady", bo zbliżamy się niebezpiecznie do spraw najintymniejszych. Jesteśmy jednocześnie świadkami rozrachunku z przeszłością, stawianiem mocnych pytań oraz formułowaniem oskarżeń.

Specyficzna jest konstrukcja książki. Po części to monolog wewnętrzny, pozbawiony nadmiaru niepotrzebnego patosu i unikający grania na emocjach odbiorcy. Równie ważne są zapisy rozmów matki i córki. Ta druga nie tyle interpretuje mroczne zdarzenia z 1943 roku, co przedstawia ich świadkowi nowe interpretacje. Janko poprawia matkę, uzupełnia ją. Prowadzi do tego momentu przypominania sobie, do którego Teresa Ferenc jest gotowa powrócić. Opowiada historię dziewięcioletniej ocalonej, która zbyt wcześnie musiała dojrzeć do tragedii i zbyt mocno się od niej potem oddaliła. Anna Janko wyrusza więc na własne poszukiwania prawdy o tym, co wydarzyło się przez laty. Okazuje się, że pacyfikacja wioski na Zamojszczyźnie to pewne imię i pewien kontekst do opowiadania o okrucieństwie, któremu zabiera się tożsamość. "Mała Zagłada" dotknie fundamentalnego problemu odporności na to, co z ludzi wyszło, choć nie wydaje się ludzkie, bo jest nie do wyobrażenia. Terenia musiała odciąć się od zgliszcz po wsi, w której tak nagle, zupełnie niespodzianie, zupełnie oderwana od kontekstu i jakichkolwiek zależności, w jednej chwili stała się sierotą, co przez rok płakała po stracie. Okazuje się, że ta książka to przede wszystkim rzecz o stracie córki tej, która przeszła piekło. I o odwadze - zarówno poszukiwań, jak i formułowania pytań o to wszystko, co z jednej strony niewygodne, z drugiej zaś nadal do dziś niepojęte.

Zbieranie śladów, gromadzenie wspomnień, liczne lektury, wizyty w miejscach zbiorowej kaźni... To wszystko ma służyć odciążeniu pamięci matki i wzięciu na siebie obowiązku córki, która musi zrozumieć dużo więcej, bo inaczej nie będzie mogła normalnie funkcjonować. Czym jest normalność? Wiecznym poczuciem, że za chwilę może nastać TEN CZAS. Historia nie zna moralnego postępu, ludzkość wyciąga tylko pewne wnioski, zło odpowiedzialne za wojnę pod każdą postacią ma się doskonale w każdym czasie i pod każdą szerokością geograficzną. Anna Janko podąża śladami matki, by odnaleźć ślady tych wszystkich, którym można wykrzyczeć oskarżenie i przed którymi przyznać się do niemocy. Bo stan zwany wojną w 1943 roku ujawniał najbardziej bestialskie z oblicz. Ale to nie tylko o ten potwornie okrutny 1943 rok chodzi. Chodzi o świadectwa istnienia i świadectwa doświadczeń, dla których nie ma już czasu ani miejsca, bo niewielu ocalałych z wojennej pożogi dostanie w prezencie od losu dziecko decydujące się o zadbanie, by czas dzikości i strachu raz na zawsze pożegnać, w każdy możliwy sposób.

"Mała Zagłada" to książka o znaczeniu uniwersalnym i bardzo mądry traktat o istocie zła. Wokół niego lęk, potem przerażający strach. Dużo jest w tej książce strasznych słów, których nie ma się siły wypowiedzieć i z trudem można je odczytać. Dużo jest opowieści o tym, co strach i zniewolenie robią z ludzką świadomością. Anna Janko niespiesznie idzie własną drogą i coraz silniej gruntuje się w przekonaniu o tym, jak wiele przypadku, zwyczajnej niefrasobliwości losu oddziela czas normalnej egzystencji od czasu szaleństwa, ale przede wszystkim od tego czasu, który może zostać brutalnie i bez żadnego usprawiedliwienia odebrany. Czytamy także o kilku rodzajach stanów gdzieś między śmiercią a życiem. O samej śmierci, bezkompromisowej i potwornej, jest w tej książce bardzo wiele. O Bogu też sporo. Także o potrzebie zrozumienia i przebaczenia. Przede wszystkim jednak "Mała Zagłada" to jedno z tych wstrząsających wyznań, po którym nie można spoglądać na świat inaczej niż przez pryzmat kilku przemyśleń autora. Są takie strony, które zapamiętuje się w całości. Choćby - jak dla mnie - strona 102. Wiele zdań, wiele obrazów - one wywołują poczucie duszności. Takich odważnych, bezkompromisowych i przepełnionych niezwykłą wrażliwością książek naprawdę nam brakuje. Świadectw człowieczeństwa, które mogą stać się orężem, kiedy TEN CZAS ponownie zagości. Wojna nie umiera, upomina się o swoje. Janko odbiera jej część siły, choć wie, że do walki siły mieć nie będzie. Piękny ukłon w stronę ocalonych i pomordowanych. Wielka rzecz, lektura bezwzględnie obowiązkowa!

2015-01-13

"Magik" Magdalena Parys

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 19 listopada 2014

Liczba stron: 624

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Sofia, Berlin, pamięć i życie

O "Magiku" można napisać wiele, bardzo wiele. Rzadko kiedy spotyka się prozę tak wielowątkową, która daje przyjemność czytania i miłośnikom thrillerów, i zwolennikom intrygi kryminalnej, i tym skupiającym się na ludzkich przypadłościach zamkniętych w pokaleczonych życiorysach bohaterów pierwszego planu. Dla mnie osobiście ta epicka rzecz Magdaleny Parys jest  w dużej mierze rozprawą z enerdowską skazą, z tym przejmującym stygmatem drugiego pokolenia Niemców, którzy zapominają o nazistach, ulegając jednocześnie innego rodzaju złu - skrytemu w okrutnych namiętnościach i w surowym systemie. Tam, gdzie nie sposób dbać o człowieczeństwo, kiedy trzeba dbać o siebie. Paradoks? Bynajmniej. I nie tylko o tym jest ta książka.

"Magik" opowiada o szaleństwie odbierania ważności aktom, które teraz, po latach, mają świadczyć przeciw zbrodniarzom w białych rękawiczkach. Takich, którym obce były egzystencjalne dylematy, bo postępowali tak słusznie, jak słusznie nakazywał system. Parys opowiada o ludziach, którzy przysłużyli się mitowi nowej, powojennej niemieckiej hańby. Ta proza sugeruje i prowokuje, ale prawie wcale nie ocenia jednoznacznie. Tych, którzy w "Magiku" widzieć będą czarno - białe, dobre i złe postaci, pozostaje wrażenie słuszności tez autorki, ale ona przede wszystkim pyta, nakreśla coraz to nowe perspektywy; oskarża jednoznacznie tylko wtedy, kiedy dana postać ma służyć udowodnieniu tezy o tym, że Niemcy mogą się wstydzić nie tylko za nazizm i wojnę. W wielkiej międzynarodowej intrydze kryją się jednak dramaty, które przykuwają uwagę najbardziej. Osobiste dramaty, trudne wybory, konsekwencje tych wyborów...

Do Sofii przybywa pewien niemiecki fotoreporter. Przez lata nie podejmował tematów ważnych i odważnych, ciekawie opowiadał o niczym. Tymczasem w Bułgarii zadaje bardzo niewygodne pytania i szuka odpowiedzi, jakich lepiej nie szukać. Kiedy umiera, zostaje porwany Frank Derbach - wieloletni pracownik Urzędu do spraw Materiałów Stasi, który latami grał podwójną rolę tylko po to, by ujawnić fakty z czasu, gdy na granicy bułgarsko - tureckiej tracili życie wszyscy ci, co chcieli przekroczyć inne nieco granice - upokorzenia w systemie nazywającym ich opozycjonistami. W Sofii rozpoczyna się mroczna intryga poznawania niewygodnych faktów z życia kilku ważnych współczesnych ludzi, którzy przeszłość zapomnieli tak, jak zapomniano o zabitych podążających okrężną drogą ku wolności.

Reporter Gerhard Samuel spełnia pewną osobistą misję. Jest coś komuś winien. Derbach, którego trup zaskoczy i przerazi niemieckie służby bezpieczeństwa oraz policję, także podjął się gry. Ryzykownej. Likwidator akt Stasi uchodził za bliskiego przyjaciela Christiana Schlangenbergera, ambitnego polityka z krwią na rękach, o jakiej pamiętają już nieliczni. Rozpoczyna się brawurowo przedstawiona intryga, której celem jest ustalenie, kto stoi za śmiercią Derbacha i jakie tajemnice zabrali do grobu ci, dla których zamknięta w archiwach przeszłość wciąż na nowo ożywa we wspomnieniach nadal żyjących.

Berlin stanie się centrum zdarzeń i to w Berlinie ogniskować się będą przedstawione przez Parys problemy na kilku różnych płaszczyznach. Mnie zainteresował ten Berlin emigrantów. Tych, co uważają miasto za swoje, a w gruncie rzeczy nie mają do niego pełnego prawa. Wokół sofijskich zabójstw zaczynają działać dwie nieznajome sobie osoby. Pierwszą jest komisarz Thomas Kowalski, który zostaje odsunięty od śledztwa, by prowadzić własne i odkryć tajemnice, jakie nosił w sobie Derbach. Druga osoba dramatu to Dagmara Bosch, która z różnych względów staje na celowniku tych, co za wszelką cenę chcą uniknąć kompromitacji Schangenbergera i ujawnienia spraw, o jakich współcześni Niemcy wiedzieć już nie powinni. O ile Kowalski angażuje się w działanie w wrodzonej ciekawości, wnikliwości i by uciec od życiowej pustki, o tyle Dagmara musi dowiedzieć się prawdy, skoro wraz z już nieobecnymi wraca do niej sprawa umarłego przed laty, zabitego na granicy. Jej ojca, polskiego opozycjonisty.

Thomasa i Dagmarę łączy pochodzenie. Pierwszy przeprowadza się regularnie w obrębie Berlina, by poczuć większą bliskość z tym miastem. Jego miastem, jak uważa, a przecież jest tylko zagubionym w życiu Tomaszem z Gdańska, dla którego los był łaskawy i przekorny jednocześnie, sytuując go w mieście, gdzie popada w marazm. Dagmara Bosch nigdy nie zapomniała o swoich polskich korzeniach. O czasie, w jakim dotarła przed laty do Berlina Zachodniego i o mentalności, którą przypomina sobie, przyjeżdżając do Polski po latach. Dziennikarskie zacięcie Bosch każe jej poszukiwać naprawdę angażujących tematów i widzi je właśnie za wschodnią granicą, niemieckie dziennikarstwo oceniając następująco: "Wiecznie przestraszeni, ostrożni niemieccy komentatorzy z tą winą zbiorową, z ciężkim piętnem przeszłości, z przesadną przesadnością, z tą profilaktyką, z tą poprawnością". Dagmara nie jest poprawna w żadnym możliwym znaczeniu tego słowa. Nosi w sobie jednak ślad z przeszłości, który każe jej wciąż na nowo przypominać sobie o tym, kim jest i co osiągnęła. Zdobyła dużo więcej niż Kowalski. Oboje jednak są tylko emigrantami w Berlinie. To miasto ich wchłonęło, jak chłonie pamięć i zaciera ślady, ale tak naprawdę nakazało im, by byli dzielni. O tym harcie ducha i dzielności na przekór wszystkiemu Magdalena Parys opowiada najbardziej sugestywnie, przez co "Magik" jest także powieścią o nieuporządkowanej przeszłości niekoniecznie w aktach Stasi, ale przede wszystkim we własnych wspomnieniach i zranionym sercu.

Budując sensacyjną intrygę, autorka w gruncie rzeczy przede wszystkim podkreśla i sygnalizuje widoczne rysy sytego, uporządkowanego społeczeństwa, które w poczuciu winy nazbyt szybko zrobiło porządek z tym czasem w Historii, o jaki nadal trzeba pytać. Wciąż na nowo i wciąż z uporem. "Magik" osadzony mocno we współczesności przenosi nas jednak do czasu, gdzie podjęto niewłaściwe decyzje, błędnie oceniono swoje szanse. Dokonano zbrodni i okrucieństw, po czym wybielano samych siebie. Magdalena Parys rozlicza się z czasem minionym w sposób bardzo osobisty, ale także na płaszczyźnie historycznej. Mimo domknięcia wszystkich wątków pozostawia na końcu z wieloma pytaniami. One zapowiadają początek ciekawej trylogii. Oby autorka miała siłę unieść ciężar pierwszej jego części, bo "Magik" to naprawdę dobra powieść.

2015-01-11

"Ja, judaszka" Ewa Bartkowska

Wydawca: JanKa

Data wydania: 26 października 2014

Liczba stron: 372

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det: 34,86 zł

Tytuł recenzji: Miłość i inne dramaty

Debiutancka powieść Ewy Bartkowskiej gra przede wszystkim na emocjach. Nie ma tam niczego ponad to, niestety. To zmarnowanie dość dobrego potencjału nie tyle powieści inicjacyjnej, co narracji dotyczącej życiowego spełnienia, jakie może mieć miejsce poza społecznymi ramami, towarzyskim porządkiem i kliszami, którymi posługują się ci, co oceniają zasadność związku dwojga ludzi w różnym od siebie wieku. Punkt wyjścia - interesujący. Realizacja tematu - co najmniej rozczarowująca. Tej książki nie chciało mi się w pewnym momencie czytać dalej. W swej wieloznaczności jest tak naprawdę bardzo przewidywalna.

"Ja, judaszka" jest powieścią, w której jest po prostu za dużo słów. Przesyconą nadmierną egzaltacją - zarówno w stosunku do portretowanych postaci oraz ich relacji, jak i tego, w jaki sposób postrzegają świat i mówią o nim. Bartkowska raczy nas truizmami o istocie miłości i związku. Próbuje przekonać, że miłość między pokoleniami jest czymś nadzwyczaj oryginalnym. Napięcie buduje, bazując na bardzo prostych środkach. Kiedy coś złego zaczyna się dziać między kochankami, nie mamy wyjścia. Trzeba się nad nimi pochylić z czułością i współczuciem. Wszystko osadzone jest w jakimś efemerycznym klimacie miłosnych udręk preromantycznych bohaterów oraz w filozofii, która raz to ociera się o to, kim jesteśmy, przeżywając swe uczucia świadomie, raz o jakieś marne kawałki o reinkarnacji, przeznaczeniu czy wiecznym cierpieniu za dwoje. To powieść o tym, że niczego nie ma na zawsze, że każdy nasz świadomy wybór prowadzi do wyzwolenia i o przyjmowaniu cierpienia jako nieodłącznego elementu egzystencji. Czy pośród tych zagadnień jest choć jedno, które czyniłoby tę rzecz nowatorską i ważną?

Temat związku dojrzałego mężczyzny i młodej kobiety podjął niedawno choćby Zbigniew Kruszyński w "Kuratorze". O ile tam miłosna relacja była wybawieniem od pozbawionego konturów świata, w którym każdą wartość można podważyć i zbyt wiele (również ciało) kupić, o tyle Ewa Bartkowska skupia się przede wszystkim na kobiecym przeżywaniu dramatu dojrzałości do niekonwencjonalnego związku, a potem - uniesienia w sobie bólu i żalu po przedwczesnej utracie. Kruszyński był bardziej wiarygodny nie tylko dlatego, że jego podstarzały zakochany nie wyglądał tak doskonale jak Wiktor z powieści "Ja, judaszka". Autor "Kuratora" analizuje miłosny fatalizm w kilku głębszych aspektach. Bartkowska przenosi nas do sfery przeżyć kobiety, która z jednej strony uświadamia sobie, kim jest bardzo wcześnie i bez potrzeby wchodzenia w bliższą relację z kimkolwiek, z drugiej jednak - nie jest w stanie unieść swego życia w pojedynkę. Tak jakby miłosna relacja wykruszyła w niej tę witalną siłę i tę mądrość bycia sobą naprawdę. A to ona przyciąga do nastoletniej Alicji tajemniczego Wiktora, zachowawczego mężczyznę po przejściach. O czym jest ta książka w zasadzie? O relacji dopełnienia czy o utracie mimo woli? Siebie czy samej siebie w drugim człowieku?

Zaczyna się jak dobry romans z odrobiną obyczajowej pikanterii. Mamy bowiem uczennicę i nauczyciela. Ona pochodzi z prowincji, stara się być przezroczysta, oddalona od rówieśników i zamknięta w świecie własnych przeżyć, na które składają się przede wszystkim przekonania o zdrowym egoizmie i wartości, jaką ma w sobie ktoś, komu los podarował dorosły umysł w młodym ciele. Nie jest wyjaśnione - a mogłoby to być ciekawe - dlaczego Alicja jest dokładnie taka, jaką pochłania umysł Wiktora, bo to umysł na początku tej miłosnej historii odgrywać będzie nadrzędną rolę. Równie wiele znaków zapytania Bartkowska stawia w przypadku swego starszego bohatera. Wiemy o kostycznej rodzinie, sporym majątku, nieudanym małżeństwie i początku życia z odzysku. Dość dobrego życia. W epoce Pewexów i wiecznego niedoboru Wiktor bez żadnych problemów podróżuje za granicę i posiada dokładnie to, co chce posiadać. A jednak brak mu czegoś, co odnajdzie w Alicji. Ta znajomość zmieni jego życie na zawsze i każe zastanowić się nad tym, jak wiele ryzykuje, oddając siebie pod opiekę starej maleńkiej, tak niezwykle dojrzałej i świadomej swego czaru.

Ewa Bartkowska niespiesznie prowadzi nas przez kolejne miesiące i lata życia tych dwojga. To nie jest po prostu płomienny romans. To dojrzała znajomość oparta na świadomości utraty. "Ja, judaszka" jest narracją o kompromisach na drodze miłości. O tym, że dojrzewamy do wchłonięcia  w siebie drugiej osoby i że nie ma to związku ani z metryką, ani z pochodzeniem. Nie ma nic niezwykłego w bliskiej znajomości nastolatki z mężczyzną grubo po czterdziestce. Niezwykłe, a raczej nieprawdopodobne jest to, w jaki sposób ta znajomość się zacieśnia, co sobie mówią bohaterowie i jak niebezpiecznie balansują wciąż na granicy kiczu i nieprzekonującej wzniosłości. Bartkowska chce uwiarygodnić opisywane sytuacje poprzez komplikowanie sfery oczekiwań, jakie mają wobec siebie zakochani. Są momenty, kiedy truizm i sztampa uciekają gdzieś na chwilę, dając nam chwile obcowania z niezłą prozą obyczajową. Są to jednak tylko fragmenty. Całość udowadnia, że najważniejsze, co może nam się w życiu przytrafić, to moment, w którym dokonamy niemożliwego, czyli zrozumiemy nasze emocje.

Alicja dedykuje Wiktorowi następujące słowa: "Największą zaletą pisania jest możliwość obdarzania własnymi grzechami (i marzeniami) stworzonych postaci". To zdaje się jest credo pisarskie Ewy Bartkowskiej. Mamy tutaj marzenie o porywającej powieści, która ma wzruszyć i zakwestionować wszystkie te dotychczasowe wyobrażenia o miłości i przywiązaniu, jakimi raczyliśmy się w uporządkowanym świecie. Mamy także grzech wtórności tematycznej oraz grzech zaniedbania. Autorka zdaje się nie myśleć o czytelniku, wpisując w swych zakochanych cechy niemiłosiernie irytujące swą egzaltacją. A jeśli myśli o nim, to zapewne w kategoriach rozchwianego emocjonalnie odbiorcy, którego może porwać niekonwencjonalna historia o zdobywaniu szczęścia i jego utracie. "Ja, judaszka" jest prozą, która manipuluje czytelnikiem. A to jeden z największych błędów każdej powieści. Jeden z powodów, dla których Bartkowska nie tyle nie przekonała mnie to swojej historii, co zmęczyła pewną manierycznością w jej przedstawianiu.

2015-01-08

"Cudowna" Piotr Nesterowicz

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 10 listopada 2014

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39 zł

Tytuł recenzji: Stygmaty objawienia

"Dowody na Istnienie" to oficyna, która po raz kolejny - po "Nie oświadczam się" Wiesława Łuki - wprowadza nas w mroczny świat zależności polskiej prowincji i komunistycznej władzy. Łuka ukazywał mikroświat Zrębina, w którym ludność była w stanie tuszować i wyprzeć z pamięci okrutne zabójstwo dokonane przy świadkach. Piotr Nesterowicz zabiera nas na Podlasie, gdzie w 1965 roku na jednej z łąk wydarzy się coś, co na zawsze podzieli społeczność Zabłudowa, ale przede wszystkim da władzy zielone światło, by powalczyć nie tyle z ludową religijnością, co przede wszystkim ludzką świadomością tego, że może być coś więcej niż system, jakaś transcendencja, cokolwiek pozwalającego wyjść poza narzuconą perspektywę, poza szare i nudne życie.

Czegoś takiego doświadczyła czternastoletnia Jadwiga. Ujrzała i usłyszała Matkę Boską. Nie wiedziała jeszcze, że to doświadczenie naznaczy ją na zawsze. Stanie się stygmatem, z którym trudno będzie potem żyć, ale Nesterowicz rozmawia po latach z Jadwigą pokorną, pogodzoną z losem i wierzącą w to, co kiedyś usłyszała na podlaskiej łące. Cudowna dziewczynka. Świadek objawienia i cudu. Córka labilnej emocjonalnie kobiety i wycofanego mężczyzny, których oskarżono potem o to, że uknuli spisek - przeciw władzy w dużej mierze. Jadwiga, która po pewnym czasie prosi tylko o jedno: "Chcę nieznacznego życia". To życie stanie się na tyle interesujące, by na bazie biografii Jadwigi stworzyć poruszający reportaż o ludzkim okrucieństwie, o absurdach PRL-u w sferze obyczajowej i o zawiści, ogromnej ilości prowincjonalnej i mocno polskiej zawiści. A w tle cud - tych przecież wiele, Polska w 1965 roku cudem stoi, na Podlasiu Matka Boska pojawia się coraz częściej. Ślady, po których pełza sobie ludowa religijność. I jarzmo władzy walczącej o wpływy z Kościołem, racjonalizującej absurd, dociekającej przyczyn, stygmatyzującej i dzielącej opinię publiczną. Trudno zdecydować, który z problemów zarysowanych z wielką uwagą przez Piotra Nesterowicza jest w "Cudownej" najistotniejszy. Najsilniej oddziałują słowa samej Jadwigi. Po latach nie straciła wiary i nie pożegnała się z tym, co widziała i słyszała na łące. W międzyczasie zmienił się system, wyrosło nowe pokolenie, przebudowano Zabłudów i zapomniano o zbiorowej histerii 1965 roku oraz o jej konsekwencjach. A pamięć pozostaje. Jej oddaje hołd autor tego reportażu, wprowadzając nas w świat wiary, urojeń, świat władzy, wzajemnych wpływów, ludzkich słabości i systemowej bezwzględności.

To czy czternastoletnia dziewczyna w 1965 roku cokolwiek sobie uroiła - to jedna sprawa. Druga to rzeczywistość po tym urojeniu. Konsekwencje, w wyniku których przyszło do Zabłudowa niepokojące zainteresowanie surowych organów władzy. Po tym, co zobaczyła Jadwiga, okoliczne łąki i pola uginały się pod ciężarem licznych pielgrzymów. Zaczęło mieć miejsce coś, co nigdy nie jest totalitarnej władzy na rękę, a mianowicie zgromadzenia bez ściśle określonego celu czy statusu. Najpierw z cudem Matki Boskiej Zabłudowskiej mierzyła się wiejska społeczność. Nie wszyscy dawali wiarę temu, co się stało i nie każdy stał pod oknem domu Jadwigi, by spojrzeć na dziewczynkę, która została wybrana. Wieś absorbowała fakty w sposób tylko sobie właściwy. Zmieniały się interpretacje, role wiejskich komentatorów. Tworzyły się sojusze, pojawiała się podejrzliwość i zawiść. Wszystko było źródłem nieustających komentarzy w podzielonych światopoglądowo domach. Jadwiga mówi rzecz oczywistą: "W małych miejscowościach ludzie widzą wszystko. I to, co jest i to, czego nie ma. I o wszystkim mówią". Nesterowicz wysłuchuje swych zabłudowskich rozmówców, budując historię zachwytu, zazdrości, zapomnienia i złości. Badanie tego, w jaki sposób Zabłudów zrósł się z cudem albo odeń odcinał, to jeden z wątków tego pasjonującego reportażu.

Bo z Matką Boską Zabłudowską musiała zmierzyć się także władza. Wytaczając procesy, aresztując, manipulując faktami i starając się nie dopuścić do tego, by opinia publiczna dowiedziała się o podlaskim cudzie. Zjawisko dla władz niepokojące i fenomen, z którym nie można sobie poradzić, bo trudno go zaszufladkować jako wrogi ustrojowi i porządkowi. Prolog reportażu to scena walki o porządek - zomowcy w akcji "Zjawa" próbują wywalczyć z pielgrzymami ład nakreślony prawami władzy. Mają miejsce wahania - atakować, odpuścić? Równie wiele wahań pojawia się w miejscowym kościele, potem na linii proboszcz - biskup, bo Kościół katolicki boi się o swą pozycję, którą może narażać zarówno akceptacją cudu, jak i kontestacją tego zbiorowego szaleństwa, o którym nikt właściwie po roku czy dwóch nie pamiętał, ale którego okrutne ślady pozostały na zawsze w zabłudowskich domach i w ich mieszkańcach. Piotr Nesterowicz pokazuje prymitywny mechanizm walki z działaniami niepoprawnymi w punktu widzenia władzy. Obserwacja poczynań tych, dla których cud w Zabłudowie stał się sprawą wagi państwowej, to kolejny wątek do uważnej obserwacji. To nie tylko sprawa dotycząca tego, jak władza zabijała cud. Mowa jest również o tym, jak bezsilni byli wobec niewytłumaczonego wszyscy ci, co na co dzień tłumaczyli, jak funkcjonować w państwie ówczesnego prawa.

"Cudowna" opisuje recepcję podlaskiego cudu - wszelkie wyolbrzymienia i konfabulacje. Nesterowicz opowiada o ludzkiej ciemnocie, ale i bezkompromisowości. O tych wszystkich negatywnych emocjach, które uczyniły ze sprawy cudu sprawę walki o przekonania. W Zabłudowie szybko pojawia się odium sąsiedzkie, ta wioska zdaje się ujawniać wszystkie najgorsze strony polskiej prowincji - w gruncie rzeczy jednak pokazuje problem bycia innym w uporządkowanym świecie społecznych norm. Tych, dla których cud był czymś wywołującym chaos. "Cudowna" jest opowieścią o kalekiej polskości z jej wszelkimi możliwymi stygmatami oraz historią nierównej walki władzy z podmiotami oraz osobami, którym na starcie odmawiano siły i przekonania. Piotr Nesterowicz zadał sobie trud, aby odszukać i próbować zrozumieć pewien wiejski epizod sprzed lat, ciekawostkę dla reportera, ślad jednak ważny, bo uruchamiający myślenie o bardzo wielu problemach. Także o samej Jadwidze, której życiu daleko było do jakiejkolwiek cudowności. A już na pewno nie było to życie nieznaczne.

2015-01-06

"Do zobaczenia w zaświatach" Pierre Lemaitre

Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Data wydania: 29 września 2014

Liczba stron: 544

Tłumacz: J. Polachowska, O. Hedemann

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39 zł

Tytuł recenzji: Wojna w stanie oskarżenia

Każdy, kto czytał choćby "Alex", wie doskonale, jak mistrzowsko Pierre Lemaitre potrafi manipulować czytelnikiem. Tam sprytnie zacierał granicę między katem a ofiarą, w swej nagrodzonej powieści innego nieco sortu stara się zatrzeć granicę między dumą a upokorzeniem; między tym, co wzniosłe a rzeczami małymi, między patriotyzmem w duchu wojny a chęcią życia w spokoju, z dala od wojennej zawieruchy. "Do zobaczenia w zaświatach" oskarża przede wszystkim wojnę. W sposób najbardziej szyderczy z możliwych, ale przede wszystkim kontrowersyjny. Lemaitre - bazując częściowo na faktycznych zdarzeniach -  buduje intrygę wokół zemsty, która jest jednym z jego ulubionych tematów, co udowadnia wyśmienita fabuła "Alex". Stawia jednak pytania o to, czym jest wojna po jej zakończeniu i jak niespodziewane odmiany losu może nieść dla tych, którzy zwątpią w jej glorię i wielkość.

Ta książka opowiada w gruncie rzeczy o tym, że nie ma nic głupszego niż zginąć na wojnie. Równie głupie jest oczekiwanie na to, iż państwo zagwarantuje cokolwiek tym, którym udało się uniknąć śmierci. "Do zobaczenia w zaświatach" oddaje hołd wszystkim ofiarom pierwszej wojny światowej, których się już nie pamięta i które poniosły śmierć zwyczajną, przykrą - nie tragiczną i w imię jakichkolwiek idei. Bohaterowie książki idą na front z przekonaniem o wojnie w typie stendhalowskim. Brodzą w błocie, wśród szczurów, nie istnieją jako ludzie, w ludzkim wymiarze stają się numerami ewidencyjnymi do odstrzału albo ewentualnie do gloryfikowania po tym ostrzale. Francuskiego prozaika boli w tym wszystkim jedno - prawo do wyznaczania komuś granic jego życia w imię wyższych celów. Lemaitre ujawni dwuznaczne cele wyższe, które doprowadzą do narodowego skandalu, a być może ośmieszą jedynie tych, co w powojennej zawierusze gloryfikują zmarłych i doskonale wycierają z pamięci ślady nadal żyjących.

Sporo jest prowokacji w tej brawurowej książce. Mamy wojskowego, dla którego myśl o końcu wojny jest zabójcza i który jest gotów strzelić w plecy paru swoim żołnierzom, by ostatni raz poczuć adrenalinę walki, kiedy wojna dogorywa. Tenże wojskowy nie widzi żadnego problemu w tym, by mieszać ciała ofiar w mogiłach wojennych, ale sporym szokiem staje się dla niego fakt, że do mogił omyłkowo trafiają ciała wrogów. Mamy szalonego artystę - wizjonera, który przedsięweźmie działanie w pełni demaskujące ład po wojnie opłakującej ofiary, a nie jego kalectwo i niemożność dalszego normalnego życia. Mamy przemianę z pokornego i zawsze godzącego się z losem księgowego, który jest w stanie oszukać miliony Francuzów i choć wiecznie w lęku, konsekwentnie dążącego do demaskacji narodowej pamięci o tych, którym nie jest dany ani należny szacunek, ani też refleksja nad powodami śmierci. Jest dodatkowo cięty, ironiczny język - niezwykłe połączenie tragizmu z komizmem sytuacyjnym i słownym. I przede wszystkim intryga. Błoto okopów, niewyobrażalna wolta akcji już na wstępie, a potem jedynie wspieranie dwóch bohaterów, którzy robią przekręt, bo należą im się nie tyle profity, co satysfakcja, iż chory świat wystrychnęli na dudka razem z jego ideami i wojennym porządkiem rozbitym całkowicie.

Albert Maillard walczy na wojnie, bo musi. Gdyby była jakakolwiek inna możliwość, na pewno w spokoju podliczałby słupki w wygodnym fotelu jakiegoś banku. O tym, że jest zachowawczym nieudacznikiem, przypomina mu nieustannie matczyny głos w głowie - nie ma w nim bynajmniej żadnej troski o płochliwego i nieporadnego syna. Albert umarłby w błocie, gdyby nie Édouard Péricourt, który z tylko sobie wiadomych powodów decyduje się na heroiczny akt grzebania w tymże mimo roztrzaskanej przez pocisk nogi, która - jak się szybko okaże - nie będzie najboleśniej doskwierającą częścią jego ciała, jaka zostanie okaleczona. Obaj żyją. Mamy tutaj ocalonych bez nadziei i bez szansy. Jednych z tych, którymi państwo francuskie nie będzie się zajmować, bo dużo ważniejsze jest celebrowanie pamięci po zmarłych bohaterach oraz zapobieganie chaosowi demobilizacji, wśród którego obaj mężczyźni potajemnie wymkną się prawdziwemu życiu. W jaki sposób? Obaj staną się kimś na kształt antybohaterów i nie tylko dlatego, że jeden z nich zatrze po sobie wszelkie ślady, a drugi uporczywie będzie się starał o to, by nigdy i nikomu nie rzucić się w oczy. Maillard i Péricourt zostają doświadczeni obojętnością losu i Historii, porzuceni gdzieś na marginesie, skazani na skomplikowaną symbiozę i upokorzeni na tyle, by pomyśleć o zemście.

Lemaitre prowadzi nas przez powojenny świat, w którym biznes robi się na wszystkim, na czym można go zrobić, a przede wszystkim na patosie, wzruszeniach i symbolice - ona nakaże bowiem stawiać pomniki poległym, ale w żaden sposób nie troszczyć się o tych, co są przy życiu. Bohaterowie tej powieści, witalni na przekór wszystkiemu, zbuntują się przeciw uwznioślaniu śmierci i wypowiedzą wojnę (sic!) światu, który zaciera prawdziwe wojenne ślady, wypierając z pamięci wszystko to, co niewygodne. Albert i Édouard ujrzą ów świat z perspektywy tych wszystkich wykolejonych, dla których nie ma żadnej szansy na normalność. Ta przyjaźń to także zderzenie dwóch zupełnie różnych od siebie osobowości - artysty, jaki nigdy nie zaznał biedy oraz mieszczanina liczącego każdy grosz i rozważającego każde życiowe posunięcie, co mocno spowalnia go w tejże życiowej aktywności. Między outsiderami nawiąże się więź oraz narodzi pomysł. Nikt nie spodziewa się, że kiedykolwiek świat usłyszy o którymś z nich. A usłyszy, tylko nie będzie wiedział, kim są sprawcy zamętu.

"Do zobaczenia w zaświatach" to doskonale skonstruowana proza będąca oskarżeniem i wypowiadająca niewygodne do dzisiaj opinie. Dzieje się  w niej wiele, iskrzy od samego początku - nieznośnie wieloznaczna, często złośliwa, kpiarska i przygnębiająca bardzo, ale żywiołowa i zapewniająca wiele wrażeń. Lemaitre ukazuje patriotyzm w krzywym zwierciadle. Uwypukla wszelkie ludzkie wady, kreując odrażające postacie chwilami dużo bardziej wyraźniejsze niż dwójka pokrzywdzonych przez los kontestatorów porządku społecznego. Dwuznacznie ukazuje problem postrzegania wojennej śmierci i ironicznie pyta o to, czy polegli to zwycięzcy, a jeśli tak - w jakim znaczeniu. Opowiada o wściekłości i o strachu, ale także prawdziwym przywiązaniu do życia, w którym prawo zemsty wydaje się dużo bardziej wiarygodne niż nakaz walki w błocie za ojczyznę. Z niego to przypadkiem wydobywają się ci, co zagrają w życiowej loterii o lepszy los. Świetna rzecz!

2015-01-04

"Literatura polska po 1989 roku w świetle teorii Pierre'a Bourdieu. Raport z badań" Grzegorz Jankowicz, Piotr Marecki, Alicja Pawęcka, Jan Sowa, Tomasz Warczok

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 22 września 2014

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka

Cena det: 39 zł

Tytuł recenzji: Kondycja literatury

Raport ekipy naukowców z kręgu Korporacji Ha!art jest dość przygnębiający, by nie rzec po prostu - druzgoczący. By ukryć oczywistość pewnych wniosków, a niektórym nadać znamiona czegoś naprawdę odkrywczego, autorzy osadzają swoje badania w teorii Bourdieu, która w dużym uproszczeniu określa literaturę w socjologicznych kontekstach. Ich badanie zwraca szczególną uwagę przede wszystkim dlatego, że - jak twierdzi Grzegorz Jankowicz - sama literatura jest w dużej mierze autonomiczna, ale dalekie od autonomii są wszelkie obszary jej produkcji. W raporcie badana jest nie tylko literatura jako taka. Silny nacisk kładzie się na tak zwane pole wydawnicze oraz zbadanie pozycji piszących. Będziemy mieli do czynienia ze specyficzną nomenklaturą, poznamy aktorów socjologicznej sceny oddziaływania literatury na życie społeczne i dowiemy się, jak w praktyce funkcjonuje rynek wydawniczy - jakie są jego słabe strony oraz jak bardzo zmienił się on po 1989 roku, kiedy określenie "promocja" na zawsze już sprzęgło się z procesem wydawania w zdecydowanym nadmiarze, co także jest pewną bolączką i dużym problemem dzisiejszego świata literackiego.

Wspomniany Jankowicz czyni bardzo sensowny wstęp do problematyki tworzenia, kreowania i recepcji współczesnej literatury w Polsce. Zwraca uwagę na szalenie istotne przemiany rynku książki, przygląda się poziomom realizacji celów przez wielkiego i niszowego wydawcy, wyciąga wiele konstruktywnych wniosków, ale także podąża w stronę powtarzania oczywistości bądź też stwierdza rzeczy nieprawdziwe. Jeśli chodzi o pierwsze - naprawdę niczym odkrywczym nie jest stan współczesnej polskiej edukacji literackiej na poziomie szkoły ponadgimnazjalnej, każdy z nas to przeszedł. Tutaj - mimo upływu czasu i zmiany formuły egzaminu maturalnego - wszystko raczej stoi w miejscu. Literatura dla uczniów kończy się wraz z Szymborską czy Herbertem. Kiedyś poloniści stawiali sobie ambitne cele, by omówić historię literatury choćby do czasów Nowej Fali. To, o czym pisze Jankowicz, nie wymagało szczególnych badań. Obcowania ze współczesną literaturą polską w szkołach praktycznie nie ma. System zawęża zatem horyzonty młodych, ale przede wszystkim nie pozwala na rozwinięcie nowych kompetencji czytelniczych. Doświadczenia z literaturą polską po 1989 roku mogą być zatem uwarunkowane tylko i wyłącznie osobistą ciekawością oraz chęciami poszukiwań. Tych nie straciło Wydawnictwo Znak, które - zdaniem Jankowicza - zarzuciło praktyki własnego konkursu na prozę, co nijak ma się do faktu, iż za chwilę ukaże się książka, która zdobyła pierwszą nagrodę w takim konkursie, a mam na myśli "Dom z witrażem" Żanny Słoniowskiej.

Jeśli edukacja nie jest trampoliną do tego, by uważnie i świadomie uczestniczyć dziś w życiu literackim, trudno jednoznacznie orzec, co przyciąga uczestników tego życia, odbiorców literatury oraz ich krytyków w każdym możliwym znaczeniu. Autorzy badań zwracają uwagę na to, iż życie literatury jest krótkie i trudne. Przestrzeń symboliczna, w jakiej funkcjonuje literacki przekaz, nie tyle się zawęża, co mocno hermetyzuje. Dużo więcej czasu i środków przeznacza się na promocję, ale w gruncie rzeczy czyni się to przede wszystkim dla zysków, rzadziej dla określonego przez naukowców kapitału symbolicznego. W nowym bezkompromisowym świecie walki o każdego kolejnego świadomego odbiorcę pojawiają się nowi gracze i nowe funkcje dość szczegółowo przebadane oraz opisane. Mam na myśli agentów literackich oraz redaktorów prowadzących. Linia ich postępowania to jednocześnie kierunek, w którym dynamicznie dąży się do osadzenia samej literatury w świecie społecznych wpływów. Samo już pisanie nie jest dzisiaj czynnością samotniczą, a bardzo silnie osadza się w polu aktywności komunikacyjnych i społecznych właśnie. O tym mówią ankietowani pisarze, których pozycję w dzisiejszym świecie także pozaliterackim bada Jan Sowa, odwołując się do wykonanych pod jego kierunkiem badań ankietowych.

To, co mówią pisarki i pisarze o sobie, może być mrocznym rewersem ich twórczości, dla której - jak nigdy chyba w historii - tło socjologiczne i warunki, w jakich jest tworzona, odgrywają niezwykle ważną rolę. Piszący zdecydowanie podkreślają, iż nie ma czegoś takiego jak zawód pisarza. Z pisania po prostu nie można się utrzymać. Wiodą podwójne życie, zaczepieni na etatach (szczęściarze) i zwykle po nocach, w mocno ograniczonym wolnym czasie piszący z potrzeb i konieczności, o jakich także chętnie mówią. Autorzy raportu osadzają twórców w ich codziennym życiu, ale zwracają też uwagę na relacje łączące ich z wydawcami oraz całym polem wpływów tych, przez których ręce przechodzi książka, także w procesie żmudnej promocji, do jakiej piszący mają ambiwalentny stosunek.

Relacja pisarz - wydawca jest przedstawiona z kilku możliwych punktów widzenia, ale to nie w niej przecież zasadza się recepcja literatury po 1989 roku. Przestrzenie rozmaitych relacji są heteronomiczne i autonomiczne. Literatura pozostaje gdzieś pomiędzy. Jest dzisiaj towarem, który podlega prawom sprzedaży tak jak każdy inny towar. Raport mówi o tym, w jaki sposób i w jakich okolicznościach towar ten dociera do potencjalnego nabywcy. Mówi także o tym, iż dzisiaj zdecydowanie spada rola różnego rodzaju komentatorów literatury. Krytycy mogą czuć się odrzuceni i niedoceniani w równym stopniu, co sami pisarze, dla których coraz częściej osiągnięciem jest samo wydanie książki, a nie zarabianie na niej, ale czyż nie był to cel nadrzędny literatów na długo przed tym, gdy bezkompromisowe prawa rynku wdarły się także do sfery literackiej?

Autorzy raportu dochodzą w podsumowaniu do wniosku, że coś takiego jak habitus literacki nie wyodrębnia się wyraźnie i nie jest widoczny. Badanie zależności między procesem pisania, redagowania, wydawania oraz promocji zaciera gdzieś tę przykrą konstatację o marginalnej bytności literatury w życiu społecznym, dla którego przecież literatura była kiedyś wyraźnym punktem odniesienia do formowania idei czy tez rewolucjonizujących czasem owo życie społeczne. Odnosi się wrażenie, że przeanalizowany na kilka możliwych sposobów świat literatury coraz mniej oddziałuje i tym samym hermetyzuje się też mocno, czyniąc z siebie coś na kształt sfery wzajemnych adoracji. I animozji także, to bardzo widoczne. Bo obszary produkcji współczesnej literatury to obszary bezustannej walki o wpływy. Równie silnej co walka piszących z przekonaniem, że jest dla kogo i o czym dzisiaj pisać.

2015-01-01

"Ostatnia posługa" Christiane Fux

Wydawca: Dom Wydawniczy PWN

Data wydania: 20 października 2014

Liczba stron: 344

Tłumacz: Olga Kłys

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Śmierć i wojenna tajemnica

Czasami pojawiają się na rynku wydawniczym kryminały, których opisy wzbudzają wielką ciekawość, a już pierwsze strony studzą zapał i zmuszają do zastanowienia się nad tym, czy przypadkiem nota wydawnicza nie jest złożonym z pięknych słów oszustwem. Takie kryminały ma się ochotę porzucić albo też o nich zapomnieć zaraz po lekturze. Taką powieścią kryminalną jest, niestety, "Ostatnia posługa".

Christiane Fux popisowo marnuje spory potencjał i naprawdę żywą, zwłaszcza wśród Niemców, tematykę nazistowskich zbrodni na ludziach upośledzonych i niepełnosprawnych. Bazuje na licznych faktach, stara się z nich zbudować sugestywną historię, odważnie mówi o winach i paraliżującym już trzecie pokolenie złu tkwiącym w ludziach, dla których po latach podążanie ścieżką wojennych zbrodni jest naturalną koleją rzeczy, bo ich psychopatyczne myślenie o świecie usuwa w cień emocje i empatię. Niestety, autorka serwuje nam kryminał będący czymś na kształt czarnej komedii omyłek, przedstawia bohaterów błąkających się bez sensu i bez celu oraz jedyną wyraźną postać, którą uśmiercić trzeba już na początku książki dla dobra fabuły rozwijającej się bardzo przewidywalnie.

Na początek to, co stanowi oryginalną wartość tej prozy. Śledztwa w sprawie zamordowania wiekowej Anny Florin nie będzie prowadził policjant ze wszystkimi typowymi cechami dystynktywnymi jak spaprana przeszłość, nałóg, samotność czy ekscentryczność. Z rozwiązaniem zagadki śmierci będzie mierzyć się były chirurg, który po pewnym czasie zdecydował, iż będzie patologiem. Trzydziestoczteroletni Theo ma za sobą traumę śmierci najbliższej osoby oraz odejście matki, której życie odebrał ktoś, kogo nigdy nie ukarano. Bliskość śmierci jest dla mężczyzny czymś naturalnym być może dlatego, że spogląda na nią inaczej niż inni. Odchodzenie to proces, którego ciężar potrafi wziąć na swoje barki zawsze wtedy, kiedy nie dają sobie z tym rady najbliżsi denata. Dla Theo - jak i dla jego zawodowej partnerki z rezolutną córką bawiącą się między innymi w pogrzeby Barbie - śmierć nie jest niczym nieprzyzwoitym. Theo angażuje się w rozwikłanie tajemnicy ostatnich dni Anny, albowiem tkwi w jego przeświadczeniu silny imperatyw. To, co należy zrobić ze zmarłym to "nie zostawiać go na koniec samemu sobie". Anna umarła samotnie i wcale nie stało się to z przyczyn naturalnych. Theo wraz z tureckim przyjacielem staruszki oraz obrotną dziennikarką śledzić będą poczynania starszej pani sprzed momentu jej śmierci. Podążać będą ku tajemnicy mrożącej krew w żyłach, ku mrocznej historii rozpoczętej w czasie II wojny światowej w pewnym prowincjonalnym szpitalu dziecięcym...

Kat, którego postać Fux nakreśla pospiesznie i zdecydowanie za szybko, to bardzo niejednoznaczny człowiek. Ma na rękach krew niewinnych, ale jest także sprawcą cudu. Ukrywający się pod pseudonimem utytułowany badacz mózgu przyjeżdża do Hamburga, by przypomnieć sobie pewien czas. Los chce, że przypominają mu się także ludzie z okresu, kiedy uporczywie walczył  z losem i przeznaczeniem, aby zatrzeć ślady swojej niepokojącej działalności medycznej. Podążając tropem wiekowego zwyrodnialca, dla którego geny okazały się bardzo łaskawe, Theo i jego zaniepokojona śmiercią Anny ekipa, muszą zdobyć wiele cennych informacji, jakie słyszą z ust nadzwyczaj żywotnych świadków zdarzeń sprzed sześćdziesięciu lat. Christiane Fux nie stara się nawet, by mylić tropy; wiemy od samego początku, co prawdopodobnie miało miejsce. Nie wiemy tylko, co rozegrało się przed laty, ale wszystko zostanie wyjaśnione. Poza jednym, a to mogłaby być bardzo mocna strona tej powieści. Pojawia się gdzieś między dynamicznie zbudowanymi rozdziałami proste, a zarazem niezwykle przecież skomplikowane pytanie o to, dlaczego ścigany stał się zły, co legło u podstaw jego psychopatycznych zachowań i skąd wzięła się determinacja, by konsekwentnie wypierać ze świadomości morderstwa oraz wszelkie inne złe czyny charakterystyczne dla człowieka specyficznej psychiki. "Ostatnia posługa" byłaby niewątpliwie wartościowa psychologicznie, gdyby niemiecka autorka podrzuciła nam kilka hipotez.

Tymczasem Fux nie zasiewa niepokoju, lecz prowadzi nas przez kolejne etapy nieprofesjonalnego śledztwa z naiwnością swoich bohaterów, którzy zachowują się czasem irracjonalnie i niekiedy tak, iż jedyną naprawdę rozsądną osobą z całego grona staje się wspomniana dziewięciolatka - wielbicielka zabaw w pogrzeb. Policja wkracza oczywiście do akcji, ale dopiero wówczas, kiedy tak naprawdę niczego więcej z tą dość kaleką fabułą nie można zrobić. Ostatnia nadzieja -  historia ambiwalentnego stosunku zmarłej do swego syna - także legnie w gruzach, gdy dowiemy się, w jakich okolicznościach Anna urodziła Erika, wobec którego przez całe życie była mocno zdystansowana.

Co nam pozostaje? Sympatyczny mops dla miłośników zwierząt biorących udział w literackich zdarzeniach. Czułość Fux do Hamburga, w którym rozgrywają się zdarzenia. Topografia miasta idzie w parze z pejzażem niepewnej siebie hanzeatyckiej zimy. Hamburg darzy się sympatią i może nawet czułością, ale to przecież nie o barwne portretowanie miasta miało tu chodzić. Christiane Fux zadała sobie wiele trudu, by prześledzić mroczne fakty z przeszłości i chciała skonstruować powieść ważną przede wszystkim dla swych rodaków. To przecież powieść o sile pamięci i o sprawiedliwości, która nie zna upływu czasu. Także o bezkompromisowej walce o ludzkie dobro i o prawdę, dla której niektórzy tracą życie. Szkoda, że wszystko zostało nam podane w konwencji zbytnio rozrywkowej. "Ostatnia posługa" niesie za sobą wiele rozczarowań. Zbyt wiele, niestety.

2014-12-30

"Noc generała" Gabriel Mérétik

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 10 listopada 2014

Liczba stron: 328

Tłumacz: Michał Radgowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 44 zł

Tytuł recenzji: Okrutny spektakl

To doskonały pomysł, by 25 lat po wydaniu "Nocy generała" wznowić ten dynamiczny i mroczny reportaż, bo dzisiaj to wszystko, co przed laty napisał nieżyjący już francuski dziennikarz Gabriel Mérétik, jest czytane inaczej i z pewnością spotka się z bogatszą recepcją, osadzoną w kontekstach czasu, którego początek dawały dopiero wybory 1989 roku. Lidia Ostałowska w przedmowie do tego wydania gorzko stwierdza, co następuje: "Gry miejskie, gry planszowe, happeningi, inscenizacje. Stan wojenny bywa na przemian propagandowym sloganem i gadżetem popkultury". Otrząsnęliśmy się z grozy wydarzeń zainicjowanych w mroźną grudniową noc 1981 roku, wielu tamtej nocy po prostu nie pamięta, jeszcze więcej czyści pamięć z tego, co niewygodne i wieloznaczne, kreśli na nowo genezę zjawiska, buduje nowy szkielet interpretacyjny tamtych posunięć i za każdym razem inaczej patrzy na spektakl historyczny okrutnych animatorów, którzy w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku postanowili wyprowadzić czołgi na ulice.

Mérétik przyjął dynamiczną formę zapisków określających kolejne godziny, podczas których orientowano się, co zaczyna mieć miejsce w Polsce. Autor doskonale wie, że aby zrozumieć stan wojenny, trzeba sięgnąć daleko wstecz i przeanalizować wiele poczynań lokalnych i za granicą, które doprowadziły do zaskakującego cały kraj, a przede wszystkim solidarnościowców, zdarzenia na skalę niewyobrażalną wówczas w Europie. Gabriel Mérétik napisał ten reportaż być może także dlatego, by uciszyć wyrzuty sumienia po tym, jak zbyt wcześnie opuścił Polskę w 1981 roku i nie mógł znaleźć się w centrum wydarzeń, które tak sugestywnie opisuje minuta po minucie z bardzo wielu perspektyw i z solidną wiedzą historyczną. Powstaje dramatyczna opowieść o przewrocie, który był planowany bardzo dokładnie i o którym nikt tak naprawdę nie wiedział. A może nie chciał się dowiedzieć. Dla państw europejskich najważniejsze było pytanie o to, czy w kraju, do którego nie można się dodzwonić ani zadepeszować, nastąpiła radziecka interwencja, o jakiej mówiło się sporo. Nie mówił nikt na temat tego, co Wojciech Jaruzelski zaplanował nieprzypadkowo na tę mroźną grudniową noc. Mérétik sugeruje, że wiedzę na temat przygotowań do stanu wojennego zdobył Ryszard Kukliński, ale Amerykanie nie wykorzystali jej do tego, bo cokolwiek zrobić. Sugestywnie sportretowany jest paraliż także całej Europy, która zamiera w trwodze, a po złapaniu oddechu i uświadomieniu sobie, że stan wojenny to sprawa wewnątrzpolska, wydaje zaskakujące niekiedy komentarze, zachowawcze i odcinające się od tego, co dzieje się w Polsce.

W tej Polsce, która wierzy w pomoc Zachodu. Informacje o zdarzeniach dramatycznej nocy rozchodzą się powoli i fragmentarycznie. Czytamy o zaskoczeniu polskich ambasadorów, o problemach z wystosowaniem not dyplomatycznych, skomplikowanych procesach formułowania jakichkolwiek słów w odpowiedzi na coś, czego w wielu językach nie można było jednoznacznie określić mianem stanu wojennego. Z racji pochodzenia autora dość dużo miejsca poświęcone jest reakcji Francji oraz francuskiej opinii publicznej, ale najbardziej przejmujące i najbardziej wyraziste jest portretowanie reakcji tych w Gdańsku i w Warszawie. Zaskoczonych, a jednocześnie przytomnych i świadomych, mimo internowania niezłomnych, pozornie pokornych i tym samym coraz bardziej rozwścieczonych. Bo nikt naprawdę nie był w stanie przewidzieć tego, co się wydarzyło. To naprawdę była noc generała. Nocny spektakl w siarczystym mrozie - trzaskające wyważane drzwi, głuche telefony, stukot wojskowych butów na ulicach, pod którymi znalazły się jakiekolwiek szanse na dialog władzy z opozycją.

Stan wojenny to była totalna konfrontacja z władzą. Mérétik oddaje atmosferę ogromnej niepewności i gorączkowego poszukiwania możliwości jakiejkolwiek rozmowy. Z kim? O czym? Jak wyglądać ma przyszłość kraju, w którym za kolejne miesiące odpowiada garstka ludzi w wojskowych mundurach? "Noc generała" sugestywnie kreśli sylwetki tych, których z różnych względów internowano w nocy z 12 na 13 grudnia. Stara się ukazać, dlaczego właśnie ci ludzie trafiali do miejsc odosobnienia. Mérétik celowo nie cytuje Jaruzelskiego ani Wałęsy. Obcowanie z ich słowami w tym reportażu byłoby z pewnością uproszczeniem naszej jego recepcji. Tej, która 25 lat po wznowieniu publikacji będzie zapewne inna niż wcześniej. Otrzymujemy poza tym różne punkty widzenia na sprawę i bardzo rzetelną wyprawę po świecie, który budzi się 13 grudnia 1981 roku z niemym buntem wobec polskich spraw, ale także z oczekiwaniami, by zrozumieć, co naprawdę stało się za zamkniętymi granicami.

Gabriel Mérétik pewne sprawy sugeruje, snuje także domysły, chwilami prowokuje i zadaje fundamentalne pytania o kontekst stanu wojennego, które padały już wielokrotnie i nawet teraz nie znajdują odpowiedzi. "Noc generała" to rozedrgany zapis czasu, w którym zaraz po zaskoczeniu przyszła bezradność połączona ze złością. Nie udało się przeprowadzić bezkrwawej rewolucji wojskowej, bo naznaczyły ją ślady krwi górników kopalni "Wujek". Mérétik wskazuje też inne ślady, jakie zapisały się w pamięci zaskoczonych. Opowiada także - nie wprost i chwała mu za to - o ogromnych emocjach, jakie niósł w sobie czas, kiedy planowane od roku widowisko zaczęło się z taką precyzją i taką determinacją.

Kalendarium wydarzeń po stanie wojennym obejmuje w tej książce zapisy do końca roku 1989. Potem zaczęto odczytywać te zdarzenia w jeszcze innych kontekstach. Mérétik nie uczestniczył już w debacie publicznej o stanie wojennym, jaka w latach choćby dziewięćdziesiątych XX wieku zaskakiwała wnioskami tych, którzy coraz chętniej przyznawali rację Jaruzelskiemu, gdy mówił, że stan wojenny uratował Polskę od jeszcze większego dramatu. "Noc generała" rozważa kwestię mniejszego zła, ale pokazuje przede wszystkim skomplikowany mechanizm pacyfikacji opozycji przy jednoczesnym stwarzaniu złudzenia słuszności działania w jednym, wyraźnie zaznaczonym kierunku. Gabriel Mérétik wskazuje tych, co byli bezbronni i tych, którzy zabierali wówczas głos. Prowadzi nas minuta po minucie przez ten moment historii Polski, który na długo pozostał interpretowany wieloznacznie, a dzisiaj przypomnienie go ważne jest przede wszystkim dla młodego pokolenia, któremu określenie "nocy generała" niewiele mówi...

2014-12-28

"Najlepsze buty na świecie" Michał Olszewski

Wydawca: Czarne

Data wydania: 18 listopada 2014

Liczba stron: 256

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Polskie ułomności

Dobrze jest zebrać ślady swojej działalności w jednym tomie. Michał Olszewski zrobił to bardzo sensownie i cieszę się, że mogę poznać efekty jego dziennikarskich poszukiwań z jedenastu lat pracy, nie wertując archiwalnych numerów "Gazety Wyborczej" czy "Tygodnika Powszechnego". Autor podzielił książkę na pięć mrocznych rozdziałów, które badają wszystkie widoczne pęknięcia i rysy naszej smutnej często polskości, w którą wdzierają się bieda, kompleksy, agresja, ignorancja czy po prostu zwykła ludzka bezradność. Nie jesteśmy jednak bezradni wobec tych pięciu odsłon Polski, o jakiej nie chce się pamiętać. Jesteśmy źli, oburzeni, zbulwersowani, ale i zaskoczeni. Olszewski opowiada o kondycji polskich księży, którym można wybaczyć wszystko, łącznie z pedofilią. Opisuje agonię miejsc gdzieś na prowincji, o jakich nikt nie myśli. Opowiada o tym, jak to dzisiaj między Polską a Niemcami się układa oraz analizuje ślady po wojnie i Auschwitz, którym poświęca najwięcej reportaży. Jest też o Polkach i Polakach na zakręcie, a raczej o zakrętach losu, który wzmaga bezradność, frustrację, gniew i poczucie wykolejenia. Jest dużo polskiej szarości, polskich ograniczeń i polskiego biadolenia.

Jest też uważny obserwator i kilka wyraźnych reportaży z tezą.  Tytułowa symbolika butów może mieć zatem różne znaczenie. Michał Olszewski przemierza Polskę w butach niewygodnych, bo wcale nie jest komfortowo odwiedzać opisane miejsca i słuchać ludzi, którzy wrośli w nie czasami w sposób totalny, odizolowani od szans i możliwości niesionych przez obcy świat gdzieś dalej - za miedzą, za murami więzienia czy ośrodka pomocy, gdzieś za ostatnim domem wsi czy z dala od prowincji wdzierającej się boleśnie pod skórę.

Tytułowy reportaż jest jedynym, który nie został wcześniej opublikowany. Mocny i działający na wyobraźnię. Opowiadający o tym, z jaką radością można odtwarzać wojnę, z jaką przyjemnością się w nią bawić i z jaką fascynacją traktować mundury Wehrmachtu. Olszewski rozmawia z tymi, którzy rekonstruują działania wojenne -  jakby świadomie tęsknili za nimi i uznawali, że stan wojny to stan jak najbardziej dla mężczyzny sposobny. To taki teatr historyczny. A może to, co robią bawiący się w wojenkę jest sygnałem niezdrowych zapędów i mrocznych tęsknot? Może blisko siedemdziesiąt lat po wojnie to już czas, w którym co niektórzy oczekują kolejnej? Nie wiem, co może być fascynującego w odtwarzaniu scen przemocy, ale rozmówcy Michała Olszewskiego widzą w tym nie tylko sens, dorabiają do tego swoistą ideologię. Wojna ciągle żywa w świadomości tych to także przejaw braków, jakie mogą nie mieścić się w głowie. Braku poczucia zagrożenia. A jednocześnie tęsknoty za porządkiem, lśniącymi butami, groźnym mundurem czy resztą frontowego wyposażenia.

O wojnie w tej publikacji jest bardzo dużo, bo Olszewski z obsesyjną niemal wnikliwością stara się przyjrzeć temu, w jaki sposób jej mit dzisiaj funkcjonuje - przede wszystkim w miejscach doświadczonych najokrutniej, czyli w Oświęcimiu czy Chełmnie, miejscu pierwszych nazistowskich eksterminacji ludności. Dzisiaj sposób mówienia o wojnie to - słowa autora - "pole interpretacyjnych gier". Olszewski wysłuchuje różnych teorii i poglądów ze stoickim spokojem, ale w jego reportażach widać, jak mocno w środku uwiera go to, co słyszy. Wspominanie wojennych doświadczeń Polski i odwoływanie się do nich przyjmuje nieco groteskowy charakter, ale trudno orzec, czy można śmiać się czy raczej bać tego, co rozmówcy mówią na temat czasu interpretowanego wciąż na nowo. Żadnych nowych interpretacji nie wymaga ślad po Auschwitz. Olszewski zbiera poruszające świadectwa ocalałych i sam rozmyśla o Holokauście, pisząc poruszający list do swej chrześniaczki ujawniający osobiste postrzeganie Auschwitz oraz świata po nim.

Bo autora "Najlepszych butów na świecie" interesuje przede wszystkim to, w jaki sposób życie odrodziło się w miejscu, które Zagłada naznaczyła na zawsze. O ile zasadne jest poszukiwanie tych śladów życia w biografiach i zajęciach współczesnych oświęcimian (ponownie pojawiają się buty, poruszający reportaż o tych, którzy konserwują ślady po zbrodni, dbając o wciąż dobry wygląd obuwia gazowanych), o tyle zupełnie niezrozumiałe jest dla mnie odwiedzanie szkoły podstawowej w Brzezince i przyglądanie się temu, czy dzieci są naznaczone traumą, ucząc się w szkole na obrzeżach byłego obozu. To tak jakby w miejscu byłej kaźni nie miała prawa rozwijać się młoda brzoza, rosnąć trawa, dorastać nowe pokolenie. Miejsce Auschwitz w rozumieniu Olszewskiego nie powinno chyba mieć w sobie żadnej witalności. Tak jakby sama pamięć i świadomość czasu przeszłego nie wystarczały.

"Najlepsze buty na świecie" to świadectwo uważności i tego, że można pojawić się wszędzie tam, gdzie pozornie nas nie chcą. Tematy podejmowane w reportażach są nie tylko niewygodne. One przypominają o tym, jak zlepiona jest ta Polska współczesna, pełna zabobonów i złych nawyków, pełna uprzedzeń i sama się deprecjonująca. Olszewski rozmawia ze społecznikami skazanymi na wymarcie i z ludźmi, którzy mimo wszystko starają się robić dobre rzeczy. Zła jest aura, polityka, warunki społeczne czy po prostu zbieg okoliczności. Niejeden tragiczny, niejeden przykry na życzenie tych, co mają pod górkę. To są reportaże ze świata boleśnie żywych. Nie tylko osadzonych w czasie i przestrzeni naznaczonych kiedyś okrucieństwem wojny. Dużo większe okrucieństwo ma miejsce teraz. Na wsi, gdzie lokalna społeczność chce wybielić pedofila w sutannie. W ośrodku pomocy ofiarom przemocy, które wrastają w bezradność i bezruch. W przepełnionych więzieniach, gdzie nie ma szans na resocjalizację ani na wyjście z narkotykowego nałogu. W uzdrowiskach z zatrutym powietrzem, z którym niewiele się robi. Tak, to świadectwa polskości ułomnej. A może takiej, która domaga się wyraźnego portretowania, bo w Polsce kontury biedy i beznadziei od lat skutecznie się zacierają?

Ta niewygodna publikacja dedykowana jest wszystkim, którzy chcą widzieć te elementy polskiej rzeczywistości, od jakich często odwracamy się z zażenowaniem. Michał Olszewski wcale nie prowokuje, choć zmusza do refleksji o świecie pozlepianym z bylejakich elementów. Polska bywa bylejaka, ale jest też w tych reportażach czułość i bliskość z krzywdą, od której autor się nie dystansuje, bo w jakiś sposób jest z nią zrośnięty. Absurdy, bolączki, rozterki i złość - wszystko w przejrzystym zwierciadle, które podstawia ktoś drżącą ręką, bo tego kogoś też bardzo boli wszystko, co podgląda i podsłuchuje.

2014-12-26

"Janion. Transe - traumy - transgresje. 2. Profesor Misia" Kazimiera Szczuka

Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 1 grudnia 2014

Liczba stron: 208

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wyznania z gotyckiej jaskini

To naturalna kontynuacja książki, która zaczęła się pisać w chwili publikacji pierwszej części wywiadu-rzeki, jaki Kazimiera Szczuka przeprowadziła ze znaną badaczką romantyzmu; w tej rozmowie nie tylko przecież określającą się mianem naukowca, ale podsumowującą etapy swego życia i naukowej działalności w nomenklaturze, na jaką nie zdobyłaby się być może poza nią wcale. Druga część wywiadu to znakomite świadectwo tego, że dwie intelektualistki wyruszyły już wcześniej w wartościową podróż poznawczą, a teraz skupiają się we wspomnieniach głównie na latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Na okresie trudnym, bo przecież po Marcu 1968, kiedy część wybrała emigrację, a Maria Janion w całym trudzie samoświadomości postanowiła pozostać w kraju. Tym kraju, dla którego jest fenomenem lokalnym, wspaniałą badaczką nieznaną szerzej za granicą. A przecież Janion wciąż tkwiąca w polskim romantyzmie przez cały czas zwracała uwagę na jego europejskie konteksty.

Sam zapis rozmowy razić może tylko w tych fragmentach, w których Kazimiera Szczuka nadmiernie cytuje prywatne zapiski swojej rozmówczyni, wymuszając na niej komentarze do nich. Czyni to czasami nawet wtedy, kiedy Janion nie chce komentować, bo zapis jest niekompletny, częściowo oderwany od kontekstu albo po prostu nie wymaga komentarza po latach. Na tych motywach autobiograficznych w odniesieniu do kilku kluczowych pojęć powracających jak bumerang w tej publikacji Szczuka wydaje się opierać bezzasadnie w takim znaczeniu, że łamie barwne wspomnienia dociekliwymi powrotami do wyimków przeszłości, nad którymi Maria Janion być może nie chce dyskutować. Poza tymi fragmentami czyta się zapis rozmowy bardzo dobrze i z dużą uwagą, bo niezauważalne są te momenty, w których Janion zamienia naukowy dyskurs na rozmowę o kontekstach osadzonych w codziennym życiu. Widzimy zatem świadomą swoich dokonań badaczkę w jej gotyckiej jaskini zarzuconej papierami, książkami i zapiskami, które wciąż mają swoje ważne miejsce. Widzimy też profesor Misię w kontekście towarzyskim, dostrzegamy w jej obecności ważność choćby Mirona Białoszewskiego, od którego tekstu - śmiało parafrazującego romantyczne motywy i czyniącego Janion papieżycą - rozpoczyna się ta opowieść. O czym? O bardzo trudnych latach mierzenia się z nowymi pojęciami romantyzmu, mieszaniną marksizmu i faszyzmu, z egzystencjalną zadumą nad ludzką kondycją w niemieckiej kinematografii Herzoga oraz z hermeneutycznym postrzeganiem związków między dziełem a jego kontekstem i z własnymi słabościami pozwalającymi Marii Janion ulegać temu, co zmuszało czasami do zboczenia z wytyczonej drogi badawczej.

Ważny jest czas, wyraźnie nakreślony granicami wydarzeń przełomowych dla Polski i wydarzeń, które kształtowały życie Janion. Sama przyznaje: "Lata siedemdziesiąte to były dobre lata, mimo że następują po marcu, w atmosferze wielkiej klęski". Także dla polskich humanistów, nad kondycją których Maria Janion zastanawia się szczególnie mocno. Nakreślane są zadania właśnie humanistów - te realizowane w innym czasie i systemie oraz te będące pokłosiem działalności sprzed lat. Janion jest humanistką uważną i nie przeszkadza jej fakt upływu czasu, różnego rodzaju niemożności, ograniczeń oraz świadomości, że być może najważniejsze odkrycia i słowa za nią. Bycie humanistą to stan wyjątkowo niesprecyzowany. Czy można go uznać za zawód? Czym było to bycie zaraz po okrucieństwie Marca'68, a czym stało się wtedy, kiedy po latach przyszedł czas na odrabianie lekcji za tych wszystkich badaczy, którzy kiedyś podjęli trud recepcji romantycznych dzieł sztuki w duchu zupełnie innym niż dzisiejszy? Zadając między innymi te pytania, widzimy wyraźnie pewien trud docierania do czasu minionego, w którym dzisiaj nie zawsze widzi się to właściwe, ten najważniejszy paradygmat, najistotniejsze idee i stany, w jakich bywało się podczas pracy twórczej.

A jednak profesor Misia wszystko pamięta doskonale, każdą aktywność, każdy trud tej aktywności. Szczuka rozmawia z nią w przestrzeni, którą wyznaczają ślady po myślach wciąż poruszających i wciąż zmuszających do rozważań o celowości takiej, a nie innej drogi twórczej. W tym wszystkim wybija się na pierwszy plan pracowitość i specyficzne zbieractwo dowodów połączone z pewnego rodzaju chciwością. Janion jest jak "kloszard metafizyczny" - zbiera i ogląda wciąż na nowo kolejne fragmenty wiążące ze sobą historię literatury w akceptowany dla badaczki sposób. W tej metafizyczności jest również samotność, choć doświadczanie tego stanu nie wiąże się dla Marii Janion z niczym negatywnym. Twórcza samotność i twórcze życie - obok tego twórcze opowieści, także o innych ludziach wokół, choć obecności samego Białoszewskiego za mało jakby, zbyt skąpo o nim, tak niewiele prawdziwych śladów, więcej skryte gdzieś w cieniu, niewyraźne.

Maria Janion opowiada o dziejowych obronach romantyzmu i o momentach, w których romantyzm upominał się o nią tak zachłannie, że nie mogła temu nie ulec. To zapis rozmowy badacza zdeterminowanego do pewnych granic, nie zachłannego i izolującego się od rzeczywistości. To wspomnienie fantastycznego pedagoga i wykładowcy, wspomnienie ważnego czasu w Gdańsku oraz rozmowa o zatrzymaniu z tego czasu tego, co pozostało ważne na zawsze. Druga część wywiadu-rzeki ogniskuje się na osadzeniu pracy badaczki w kontekście burzliwych przemian, w czasie zmian światopoglądowych i w tych momentach, w których dyskusja o kształcie romantycznych mitów i romantycznych motywów nabiera nowego znaczenia.

W tej opowieści o wszystkich możliwych bliskościach z czasu przeszłego, z rozmowy o ważnych ludziach i tym, co powiedzieli, wyłania nam się także obraz nowego postrzegania badaczki, która godzi się na to, że dzisiaj łączy się z jej osobą lewacki feminizm. W nawiązaniu do współczesności zbyt dużo tutaj śladów obecności samego wydawcy, zbyt mało Janion osobiście. To jednak fragmenty rozmowy. Tak jak te, o których wypowiedziałem się krytycznie na wstępie. Całość jest spójną historią o świadomej własnej drogi twórczej badaczce, wokół której konstruuje czasem dość przewrotne teorie historycznoliterackie jej rozmówczyni, Kazimiera Szczuka. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którzy są w posiadaniu pierwszej części wywiadu; dla tych, którym pozostał w pamięci i zostanie uzupełniony przez kolejne opowieści, tym razem osadzone czasem pośród traum mocniej niż wśród transgresji.