2015-10-23

"Wojna i terpentyna" Stefan Hertmans

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 23 września 2015

Liczba stron: 416

Tłumacz: Alicja Oczko

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wobec pamięci wieku...

Powieści - wyznania miewają niekiedy tendencję do tego, by stawać się hermetyczne przez swój introwertyzm, wywołując czytelnicze przekonanie bycia gdzieś obok wspomnień i wyznań. Nie odczujemy tego przy lekturze "Wojny i terpentyny", albowiem Stefan Hertmans z rodzinnych wspomnień buduje przede wszystkim symboliczny obraz jednego z najbardziej dynamicznych i niezwykle okrutnych wieków w historii ludzkości. Tytuł sugeruje dwa zakresy tematyczne obecne przy analizie wspomnień dziadka autora, ale dodatkowo sygnalizuje jeszcze jedną złożoną dychotomię. Mamy bowiem do czynienia z zestawieniem delikatności i pełnego wymiaru okrucieństwa. Ulotnych wrażeń i namacalnego bólu, obecności śmierci w jej najbardziej naturalistycznym przejawie. Ta książka buduje pomost do rodzącego się wieku nowoczesności oraz prowadzi nas przez archaiczny i nieco ekscentryczny świat doznań, którym nieżyjący już dziadek nadał we wspomnieniach inne, ponadczasowe znaczenie.

Urbain Martien umiera w 1981 roku, mając dziewięćdziesiąt lat. Przekazane wnukowi wspomnienia to pamiątka życia, nad którym ktoś powinien się pochylić ze szczególną uwagą. Hertmans robi to. Porządkuje wspomnienia, przepisuje zapiski sprzed lat. Stara się zdążyć przed setną rocznicą wybuchu Wielkiej Wojny. Tej, która naznaczyła całą rodzinę Urbaina, bo w długich żywotach jej członków wszystko określała ta wyraźna cezura czasu sprzed pierwszej wojny światowej i po niej. Ta druga wojna skrywa się w milczeniu. Dużo ważniejsze są doświadczenia z frontu niż trwanie gdzieś z dala od wojennej zawieruchy. Obok śmierci w okopach i błąkania się po kontynencie w wojskowym uniformie - delikatność kopiowanych obrazów i subtelność ich przekazu. A w tym wszystkim pamięć przodka i wnuka, któremu wspomnienia dziadka uwalniają inną perspektywę patrzenia na te detale własnego życia, jakim nigdy nie poświęcił należytej uwagi. Stąd też wyraźna dygresyjność tej narracji. Niedające spokoju asocjacje... Zapisana spuścizna wyznacza trwały imperatyw moralny, by przez pamięć budować tożsamość i w pamięci doszukiwać się tych wzruszeń, o których dziadek nie mógł przekonująco napisać, bo nie miał do tego predyspozycji i nie spojrzał na nie tak, jak spogląda wnuk - refleksyjny, zaniepokojony, szukający śladów i odbicia czasu przeszłego w tym, czego próżno dziś szukać w znajomym krajobrazie.

Martiena w jego długim życiu naznaczyło kilka istotnych momentów i Hertmans stara się zaakcentować przede wszystkim dwa z nich. Pierwszym jest makabryczny widok w fabryce żelatyny. Zwierzęce łby na bruku - symbol życiowego brudu wchłanianego przez innych bezrefleksyjnie, bezwolnie. Być może wbrew temu wszystkiemu pojawia się pasja rysowania i malowania. Malować, by zatrzeć tę mroczną warstwę egzystencji... Paleta barw staje się tarczą obronną i w taki sposób odbiera ją autor, obserwując jeden z późnych autoportretów dziadka. Człowieka, który oddany sztuce malarskiej, przeżywał dramat mylenia barw i przez całe życie odtwarzał treści, których przyswajanie po swojemu było złożonym procesem - tak jak odczytywanie obrazów Martiena po latach. Drugi znaczący moment w jego życiu to odkrycie w Liverpoolu fresku, na którym ojciec pozostawił wieczny ślad trwałej relacji z synem. Pociąg do malowania to przecież scheda po ojcu Urbaina - przedwcześnie utraconym, odradzającym mu fach, ostrzegającym przed nieprzystawaniem malarstwa do prozy okrutnego życia przełomu XIX i XX wieku...

Autor "Wojny i terpentyny" zaznacza dyskretnie także własne przełomowe momenty w śledzeniu i kopiowaniu intymnych zapisków dziadka. Otwiera się mu nowa droga rozumienia samego siebie. Przede wszystkim jednak wychodzi na jaw wrażliwość, której ramy naznaczają bolesne wspomnienia mężczyzny, dla którego wojna była przełomem w życiu przepełnionym różnego rodzaju niedostatkami, u boku ważnych i trudnych do zrozumienia kobiet. Z czułością i dokładnością portretowana jest matka Martiena, po wojnie także dwie jego kochanki będące dla siebie siostrami oraz córka, która urodziła wnuka pochylającego się nad spuścizną po człowieku tragicznym, ale odważnym i zawsze uczciwym. Hertmans zapisuje swe odczucia i wchodzi w rolę dziadka. Wszystko w takiej impresjonistycznej technice na pohybel zapomnieniu. Cała ta książka jest wielowymiarową apoteozą pamięci i procesu zapamiętywania, poszukiwaniu czegoś ogólnego w rozsypanych szczegółach czasu dawno minionego.

To książka o walce z pamięcią, ale także narracja składająca hołd życiu. Temu życiu, w którym doświadczany już od młodych lat niedostatkiem Urbain, zrekompensował sobie jego obecność własną twórczością i szczerymi relacjami z tymi wszystkimi ludźmi, których udało się przy sobie zachować i nie odebrała ich ani choroba, ani koszmar wojny. Ta wojna hartowała i nadawała szyk późniejszej życiowej postawie Martiena. Bo to taki zapomniany bohater wojenny, który nie tylko przeżył, ale także zapamiętał, co czyni człowieka słabym wobec życia i co może mu to życie odebrać niespodzianie. Nawet niezwykła brutalność, która skazuje młodzieńczy idealizm na zagładę, nie odebrała tego rodzaju wrażliwości, która potem wyrażała się w malarstwie. Analizując dzieła dziadka, Hertmans nawiązuje także refleksyjny dialog ze znanymi twórcami sztuki, wędruje ich tropami, interpretuje dzieła literackie w innym, bardzo osobistym kontekście.

Taka proza uspokaja i ujmuje, choć traktuje o okrucieństwie losu oraz takim rodzaju bezkompromisowości życia, względem którego można łatwo popaść w otępienie. "Wojna i terpentyna" to piękny pean na cześć sztuki życia i życia wedle kanonów sztuki. Naznaczona melancholią oraz smutkiem książka w gruncie rzeczy daje nadzieję. Jest barwną historią o ludzkiej bliskości, o rodzinnym przywiązaniu i o tym, że nie istniejemy naprawdę bez pamięci i tożsamości swoich przodków. Refleksyjna proza, dzięki której wspomnienie nabiera nowego znaczenia, inaczej jest interpretowane. To nie tylko czas przeszły zachowany w umyśle ludzkim. To także nowy rodzaj życia przekazany wraz ze specyficzną wrażliwością i tym rodzajem witalizmu, którego nie złamie żadna, nawet wojenna, apokalipsa. Bardzo mądra, wartościowa powieść.

  KUP KSIĄŻKĘ

2015-10-20

"Jestem egzaltowaną lentilką" Petr Měrka

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 8 września 2015

Liczba stron: 148

Tłumacz: Elżbieta Zimna

Oprawa: miękka

Cena det.: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Skryte w prowokacji

Mariusz Szczygieł ma własne wydawnictwo, w którego ramach poleca nam do czytania literaturę czeską. Jego prawo. Prawem uważnego czytelnika jest bycie krytycznym. Pozwolę sobie z tego skorzystać. Wcale nie dlatego, że muszę się sytuować w jednej skrajnej sytuacji odbioru - w potępieniu zamiast zachwytu. "Jestem egzaltowaną lentilką" to książka, która nie wzbudziła we mnie żadnych większych emocji. Wszystko przypomina zgrywę licealisty, któremu zadano do napisania wypracowanie na dowolny temat. Takich zgryw jest sporo. Nie widzę w niej niczego wyróżniającego. Nie rozumiem też motywacji do promowania zapisków czeskiego autora w Polsce.

Petr Měrka ma własne zdanie na temat krytyków. "Krytycy to czubki i megalomani, którzy nie kierują się rozumem, tylko popędem". Osobiście kieruję się poczuciem zdrowego rozsądku i daleko mi do ferowania opinii opartych na odwołaniach do poczucia estetyki, które mają konotować tę wspomnianą już, jedną wybraną skrajną reakcję na książkę. Chodzi przede wszystkim o to, że te opowiadania są po prostu słabe literacko. Proponowana wizja świata, nagromadzenie szalonych efektów opartych na purnonsensie i grotesce, morze słów budujących truizmy i całe to mroczne wizjonerstwo nie proponują żadnej oryginalnej idei przewodniej i nie mówią o świecie niczego ponad to, co zostało już wielokrotnie stwierdzone przy pomocy nieco mniej dosadnych środków formalnych. Dodatkowo irytują wklejone do książki kartki, które mają sugerować interpretację i wskazywać, że Měrka to nie tylko nonszalancki szaleniec. Ta opowieść złożona z absurdalnych historii broni się swoją konsekwencją, ale nie dostarcza żadnego rodzaju przyjemności. Co więcej - chwilami jest to proza dość topornie prowokująca. Wszystko w pięknej, oryginalnej oprawie, w której kryje się rozczarowująca zawartość.

Świat przedstawiony sieje przerażenie. Życie można stracić w każdej chwili, jego sens podważa nieludzkie traktowanie bliźnich oraz poczucie niespełnienia, bo tylko garstce ludzi udaje się cokolwiek osiągnąć i zwykle robią to, podążając po trupach - także dosłownie. To świat wyuzdanej wręcz seksualności. Już panie przedszkolanki obnażają się przed dziećmi. Potem ludzkie ciało eksponuje się właściwie wszędzie, kusząc do jego używania, czyli do jedynej przeznaczonej mu funkcji. Przemoc i gwałt w sferze seksualnej sankcjonuje społeczny porządek oparty na różnego rodzaju wykorzystywaniu. Już same nazwy instytucji mówią za siebie. Mamy reedukację w Zakładzie Zmarnowawczym, smutne kolejki w Urzędzie Niezatrudnienia, mamy Licea Sadystyczne czy Urząd Bezpieki Społecznej. Są także - jakaż nieprzemyślana prowokacja! - obozy koncentracyjne dla bezdomnych, a furorę na rynku robi sprej do eliminacji starców. Wizja jest zatem jednoznaczna. Kondycji człowieka nie sposób opisać, bo nie ma dla niego moralnego prawa do istnienia i rozwijania się w świecie, który zdołał złamać wszelkie zasady i upodlić człowieczeństwo do tego stopnia, że jedynym przejawem jego kultury jest pornografia.

Zbliżenia seksualne są kompulsywne i agresywne. Najlepiej jest być homoseksualistą, który nie musi brać odpowiedzialności za własną spermę. Ciąża to stan patologiczny. Seksualność to jedyna sfera jakiejkolwiek wolności, w której można sięgać po wszystko, na co ma się ochotę. Jest jeszcze pewna alternatywa, ucieczka w stan nirwany. Ona jednak czasem doprowadza do obłędu, intensywny seks zaś relaksuje. Chwilowo. Měrka prowokuje bowiem do dyskusji o kondycji społeczeństw, w których nie chroni się jednostki, a opresyjne formy funkcjonowania społecznego przynoszą jedynie poczucie rozpaczy i niepewność każdej formy egzystencji. To groźne wizje snute przez choćby naśladowców Orwella. Opowieści Měrki zamiast przejmować i wzbudzać egzystencjalny lęk, prowokują do rozmyślań o cielesności ludzkiej i o instynktach, którym podporządkowane jest życie w społeczeństwie seksualnej konsumpcji. Szkoda, że mroczne wizjonerstwo pisarza tak obsesyjnie koncentruje się na tych aspektach.

Śmierć u Měrki pojawić się może w każdym momencie. Następuje szybko i bardzo boleśnie. Odnosi się wrażenie, że autor uśmierca swoich bohaterów jak postacie z gry komputerowej. Miłość to występek. Śladowe ilości miłosnych uniesień świadczą o tym, że ludzie nie dbają już o emocjonalny rozwój i nie kierują się pobudkami związanymi z przeżywaniem świata. Nie przeżywa się już niczego poza coraz bardziej mrocznym poczuciem wszelkiego rodzaju utraty. Ta wykładnia życia jest groźna i w swym absurdzie jeszcze bardziej przejmująca. Měrka za pomocą obrazów i symboli wypowiada wojnę jakiejkolwiek formie porządku i przewidywalności w otaczającym nas świecie. Problem w tym, że podąża naprawdę donikąd. To nie jest żaden przemyślany nihilizm czy jakaś oryginalna dekonstrukcja ładu społecznego. Historie Měrki to takie zapisy sugerujące bardzo wyraźnie, że istnieje szansa na ekspresyjne wypowiadanie się nawet wówczas, gdy niewiele istotnego ma się do powiedzenia. Bo prowokacje wraz z czarnym humorem rozsadzają teksty czeskiego prozaika. Poza nimi tkwią gdzieś słowa bez znaczenia i kontekstu oraz obrazy obsesyjnie skupione na konkretnych czynnościach, takich jak defekacja, gwałt czy eliminowanie słabszych.

Petr Měrka odbiera człowiekowi wszystkie podstawowe prawa. "Ludzie są od tego, żeby trzymać mordy na kłódkę i robić to, co się im każe". Ludzie ludziom gotują kolejne piekło i z bezrefleksyjną satysfakcją poddają się instynktom - właściwie wszelkim poza instynktem przetrwania. To sposób ukazywania humanitaryzmu w wersji odwróconej. Pseudowykłady o zakamuflowanym kształcie świata. Purnonsens, w którym skryć można każde właściwie przesłanie. Stosowany czasem także wówczas, gdy Měrka chce wywołać wrażenie, że oto właśnie napisał o czymś istotnym, tylko genialnie to zakamuflował.

Nie kupuję ani tego rodzaju poczucia humoru, ani też estetyki. Nie dlatego, że inne są mi bliższe, ale dlatego, że literatura taka jak "Jestem egzaltowaną lentilką" ma naprawdę niewiele do powiedzenia. To regionalny ekscentryzm, który z trudnych do określenia powodów w ojczyźnie autora wzbudza większe zainteresowanie i jest komentowany. Petr Měrka przeprowadza ryzykowną wiwisekcję ludzkich neuroz, uprzedzeń i form agresji. Obawiam się, że chwilami autor nie bierze pełnej odpowiedzialności za swoje słowa. Nas zaś zwalnia z odpowiedzialności dostrzeżenia w tych historiach czegoś istotnego. I wcale nie na przekór temu, że w zaburzonym świecie Měrki to właśnie bycie pisarzem obok bogactwa daje uprzywilejowaną pozycję. To mogłaby być ciekawa opowieść o tym, jacy jesteśmy przed sobą nadzy w sensie symbolicznym. Uwiera jednak formalnie i kompozycyjnie. Granica między oryginalnością a pustką przekazu jest naprawdę krucha i autorowi najwidoczniej nie udało się jej dostrzec.

2015-10-18

"Wakacje" Stanley Middleton

Wydawca: Wiatr od Morza

Data wydania: 28 września 2015

Liczba stron: 282

Tłumacz: Bartosz Lewandowski

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Decyzje i wspomnienia

Gdański wydawca wydobył z historii literatury brytyjskiej coś niezwykle ważnego, czyli wykonał zabieg, który z trudem wychodzi głównemu bohaterowi powieści. "Wakacje" to bowiem powieść o przypominaniu sobie istotnych rzeczy i o selekcji wspomnień. Książka oddająca klimat rozleniwienia przy jednoczesnym napięciu - to bowiem opowieść o trudnym tygodniu rozrachunku. Narracja dotycząca różnego rodzaju utrat i traktująca o tym, jak można się z nimi pogodzić i z którymi należy walczyć. Middleton stylem wyważonym i budującym opowieść o pozornie leniwie upływającym czasie opowiada o pewnej rozpaczliwej emigracji, kiedy to w smutku i odosobnieniu widzi się rzeczy oraz gesty nabierające innego znaczenia. To ambitna powieść o nadziejach, których spełnianiu często sami przeszkadzamy, oraz o tym, kim jesteśmy dla siebie wówczas, gdy znajdziemy się w niebezpiecznym oddaleniu. Historia wydana w 1974 roku nie utraciła swej ważności. Middleton opowiada symbolicznie o czasie, którego utraty nie możemy sobie zrekompensować, i o lęku przed tym, co może nas czekać z samymi sobą, o niegotowości na odchodzenie, starość i zależność od innych. Czyta się to z niesłabnącym poczuciem pewności, że każdy z nas doskonale wie, jak zaradzić życiowej stracie, ale nie każdy ma w sobie tyle odwagi, by świadomie mierzyć się ze zmianą, po której życiu brakuje pewnej treści.

Trzydziestodwuletni Edwin Fisher przybywa do Bealthorpe, gdzie przed laty bywał, czerpiąc z dziecięcego stanu beztroski i poczucia upływu czasu, który w cichym kurorcie zdawał się zatrzymywać. Tym razem tygodniowy pobyt tylko pozornie związany jest z odpoczywaniem. Wolność, o jakiej ironicznie wspomina Fisher, nie jest dla niego stanem komfortowym. Rozstanie z Meg przysporzyło mu wielu rozczarowań i teraz, zagubiony i samotny, czuje się w obowiązku odtwarzania przeszłości w celu pełniejszego ujrzenia momentów, gdy w jego związku pojawiły się bolesne pęknięcia. Czas spędzany w Bealthorpe to z jednej strony czas przyglądania się i przysłuchiwania innym ludziom, by uchwycić w nich te ślady życia, dla których nie ma już miejsca w biografii Fishera. To także czas niespiesznie odzyskiwany, bo reminiscencje nie pozwalają na wewnętrzne pogodzenie się ze stanem osobności. Z tym że Meg naprawdę odeszła, a wraz z nią tak wiele marzeń, których w pojedynkę nie da się zrealizować.

Fisher to wykładowca uniwersytecki zajmujący się filozofią edukacji. Teoria nijak ma się do praktyki i jego rozmówcy sprowadzają akademickie problemy Fishera do poziomu prozy życia, w której idea odległa jest od rzeczywistości. Fisher dokonuje pewnej selekcji tych, z którymi styka się podczas swego urlopu. Ustala status ludzi wedle ich akcentu, doboru słów, zachowania czy gestów. Czuje, że ta ludzka mnogość wokół niego jedynie zaciemnia mu widzenie samego siebie. Z jednej strony rozpaczliwie próbuje się dopiąć do czyjegoś życia i choć na moment w nim osadzić. Z drugiej jednak - wszyscy rozmówcy jakby blakną, kiedy zaczynają się zwierzać i wpuszczać Fishera w niedozwolone rejony, których penetrowanie nie jest jego celem.

Na pewno jednak musi zmierzyć się z samym sobą i swoim poczuciem ładu w świecie, który tak brutalnie naznaczyło rozstanie z żoną. Impulsem staje się obecność w Bealthorpe teściów (przypadek?) podejmujących pewne działania, by pojednać skłóconych małżonków. Z ust teścia Fisher słyszy to, czego nie dopuściłby samodzielnie do swojej świadomości. Jednocześnie może ujrzeć Meg w nieco innym świetle. Zrozumieć wszystko to, czego nie mógł zrozumieć u jej boku. Trzeba też cofnąć się i raz jeszcze wspomnieć gorączkowe zakochiwanie się, labilność emocjonalną partnerki, w końcu domową tragedię i zrodzoną po niej pustkę, której ramy zaczęli kreślić osobno, w oddaleniu. Middleton prezentuje nam anatomię rozpadu związku, ale punktuje wydarzenia w taki sposób, że nie mamy pełnej perspektywy, nie widzimy przyczyny, nie do końca rozumiemy przejawy agresji i tej chłodnej niechęci, która kazała małżonkom pożegnać się ze sobą. "Wakacje" to książka, w której musimy się skonfrontować z pozornie nieistotnymi drobiazgami, by w nich szukać wskazówek i zrozumieć, co tak naprawdę się wydarzyło, a przede wszystkim  - co dzieje się z Fisherem podczas jego samotnego urlopu.

To książka o tym, jak wielką krzywdę czynią uprzedzenia i oceny. Wszystkie są subiektywne i wszystkie naznaczone piętnem ludzkiego kalectwa. Dlaczego? "Wszyscy oceniamy innych z perspektywy swojej własnej niedoskonałości". Fisher postanawia pożegnać bolesne ślady po ojcu, ale mimo wszystko zachowuje się tak, jak on. Kategoryzuje i ocenia wedle zasad wypracowanych przez te wszystkie lata, w których trzeba sobie było radzić z chaosem świata i niepewnością bliskich mu ludzi. Meg także tkwi w świecie własnych uprzedzeń. Małżonkowie odbili się od siebie siłą własnej niechęci, ale ona sama nie zrodziła się przypadkowo. Stanley Middleton wskazuje tę ludzką ubogość w sferze rozumienia innych oraz wywoływanych przez nich sytuacji. Każe się swoim skłóconym bohaterom skonfrontować. Prowadzi ku dość teatralnemu finałowi, ale zamyka go w sposób pozostawiający w niepewności. Właśnie o to chodzi w "Wakacjach" - ta wielowymiarowa dwuznaczność na granicy świata rzeczywistego i sfery wspomnień buduje nam dramatyczną narrację o potrzebie pozbycia się części siebie, pożegnania bolesnych wspomnień. Kryje się w niej także refleksja o ludzkiej niegotowości na ciągłe przemijanie oraz o istocie pewnego rodzaju ignorancji i konformizmu. Te dwa ostatnie pojęcia przedstawione są w związku z lękiem. Przed czymś nowym i obcym. Przed perspektywą oglądania znajomego kurortu w samotności.

Middleton prezentuje brytyjską powściągliwość wielokrotnie łamaną przez tematy tabu i ten rodzaj wspomnień, w którym mówi się lub robi coś poza konwenansem, społeczną umową. Specyficzny humor powieści czasami jest groteskowy, ale to także siła samego Fishera, który musi się uśmiechać, a nie smucić czy gwałtownie dziwić. Oswaja lęk przed wyobcowaniem. Rozumie potrzebę powrotu do przeszłości. Jednocześnie kompulsywnie chwyta te przejawy życia, które wiążą się z beztroską, pożegnaną przecież już dawno i chyba na zawsze.

"Wakacje" to mądra i ujmująca lektura o tym, że niezwykle istotne staje się dla nas zazwyczaj to, co nieobecne. O tym, że uciekamy, by powrócić. O świadomie przeżywanym smutku i wewnętrznej niezgodzie na smutne życie. Middleton uwodzi lekturą pozornie senną, skrywającą wewnętrzne dramaty i prowadzącą ku poznaniu samego siebie.

  KUP KSIĄŻKĘ

2015-10-13

"Przetwórnia" Zbigniew Zawadzki

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 9 września 2015

Liczba stron: 318

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Pamięć i rodzina

Tematycznie książka Zbigniewa Zawadzkiego może nie wzbudzić większego zainteresowania, bo zawiera w sobie przemyślenia dość licznie już umieszczane w szeregu wspomnieniowych czy rozliczeniowych publikacji autorów średniego pokolenia. Jeśli jednak pojawi się czytelnicza ciekawość tego, co jeszcze można napisać o roku 1968, 1989, o przemianach ustrojowych i o widmie wojny przekazanym w spadku po rodzicach, uda się dzięki temu zapoznać z lekturą wielowymiarową, niepokojącą i barwnie opisującą wszystkie te skomplikowane zależności, które w finale opowieści zmuszą głównego bohatera do zwierzenia o treści: "Moja tradycja jest taka, że nie mam tradycji". "Przetwórnia" to także książka pozwalająca na konfrontację z własną pamięcią i z pamięcią zbiorową. Opowieść o rodzinnych zależnościach, przekazywanych prawdach i lękach, o dojrzewaniu w wielu różnych wymiarach oraz o Historii, dla której nie ma rzeczy oczywistych, prawd wyjaśnionych i zdarzeń jednoznacznie zinterpretowanych.

Zawadzki kreuje postać S., człowieka doświadczonego przez los i naznaczonego do roli odkrywcy rodzinnych sekretów. S. nie jest autorem, to ma być fikcyjna spowiedź z nadbudową autobiograficzną, które to połączenie definiuje ostatnie zdanie książki. Autor "Przetwórni" zaznacza: "To jest opowieść o moim świecie: nic więcej i nic mniej". Wkraczamy do świata wspomnień i teraźniejszości. Odkrywamy rok po roku nakładające się na siebie wspomnienia, a S. stara się przede wszystkim porządkować ślady - te realne i pozostałe w pamięci, zbiegające się z kilkoma ważnymi wydarzeniami z życia rodzinnego. Zawadzki porządkuje świat przedstawiony, ale jednocześnie stale go destabilizuje. Kolejne mroczne sekrety zmieniają perspektywę oglądu świata, a dodatkowe teksty wplecione w narrację to opowiadania, w które S. włącza elementy znanego mu świata, kierując bohaterów ku ich własnej wolności.

Zaczyna się od mijania brata, który obojętnie przechodzi drugą stroną ulicy. To już czytelny sygnał tego, z jakiego rodzaju brakami mierzyć się będzie przez całe życie S. Musi mentalnie pożegnać się z członkami rodziny, by móc w miarę obiektywnie o nich opowiedzieć. A jest o czym, bo rodzina portretowana w "Przetwórni" to miejsce dla tajemnic i dla wyrażonych uprzedzeń. Żydowskie pochodzenie matki, jej traumatyczna młodość, komunizm we krwi ojca i upadek jego mitu jako kogoś silnego. To przede wszystkim odbija się na świadomości chłopca, który dorastając, dowiaduje się o kolejnych gałęziach drzewa genealogicznego, porządkując rozpaczliwie zdobyte informacje, by zrozumieć tych, którzy w przeszłości niekoniecznie znajdowali zrozumienie dla siebie.

Matczyna maca z jej rodzinną tradycją i skomplikowane losy wojenne - te ostatnie są dla S. takimi Tuwimowskimi "ślicznościami tkliwymi", które wdzierają się do świadomości na tyle silnie, by potem budzić z lękiem lub wciąż na nowo zadawać pytania o tych wokół matki, którzy ocaleli lub zginęli w wojennej zawierusze. Matka zawsze potrafiła wyciągać od ludzi ich największe sekrety i zjednywała ich w sposób tak bezpretensjonalny, że wszelkie własne tajemnice skrywane przed synem wydają się na tyle problematyczne, iż nie ma się pewności, z jaką kobietą miało się na co dzień do czynienia. Rodzice licytujący się o to, kto doświadczył w życiu większego zła. Ciągła dynamiczna przepychanka słowna, ale też walka w ciszy, gdy kłótnie wypełniły już otoczenie swoim groźnym brzmieniem. S. podgląda i podsłuchuje, usiłując zrozumieć samego siebie - kim się stał i dlaczego jest tym, kim jest, ile w tym fatalnego spadku po rodzicach.

Zawadzki portretuje te znaczące wydarzenia, dla których po latach trzeba na nowo szukać jakiejś interpretacji. Powracają niczym koszmary senne i każą pamiętać o Polsce, w której niektórzy walczyli z systemem, a inni się doń dopasowali. Tymczasem niespodziewanie pośród zmian pojawia się ta najtrudniejsza do zrozumienia. Oto bowiem świat rozpada się całkowicie po 1989 roku, gdy S. skłonny jest zakończyć kanadyjską emigrację i wziąć się za polskie życie naprawdę, bez uprzedzeń i tendencji ucieczkowych. Wówczas rozpada się porządek rodzinny i system wartości, w którym dorastający S. wciąż starał się określić swoje miejsce. Wspomnienia są dramatyczne, a te z ostatnich lat - przepełnione poczuciem tymczasowości i bliżej nieokreślonej pustki. Ani bowiem żydowskość matki, ani też partyjność ojca czy buntowniczość brata nie wpłynęły na S. na tyle silnie, by pozostawić trwały ślad. "Przetwórnia" opowiada o kilku rodzajach zapomnienia i o tej właściwości ludzkiej pamięci, która nie daje spokoju, bo zbyt wiele nie zostało określone w przeszłości jednoznacznie.

Zawadzki poświęca miejsce polskiemu antysemityzmowi obecnemu w kolejnym pokoleniu i zmieniającym obraz świata, w którym coraz trudniej było się odnaleźć. Ważne są także luki, te pominięte lata, bliżej nieokreślony czas bycia pomiędzy własną przeszłością a świadomym patrzeniem w przyszłość, budowaniem w niej czegoś trwałego. Jest swoista wrogość upływu czasu i poczucie pewnego rodzaju utrat. To one naznaczają Annę z opowiadań S. i to one także w dużym stopniu kształtują świadomość kogoś, dla kogo odkrywanie własnej tożsamości to proces stawiania pytań. Część odpowiedzi na nie zabrali do grobu rodzice. Niejedna mogłaby się kryć w głowie brata, gdyby tylko nie mijał S. z taką obojętnością...

Trudno jednoznacznie orzec, czy mamy do czynienia z prozą wspomnienia, czy też gorzkich rozliczeń. Świat przedstawiony budują elementy rodzinnej rozsypanki zdarzeń sprzed lat oraz te znaczące momenty, w których poczucie pustki i niepewności naznacza całe dorosłe życie. Bohater Zawadzkiego przejmuje od rodziny tę część lęków, która latami ukrywana, na nowo zaznacza swą obecność w dziecku - świadku nieporozumień, dramatów i wielu dwuznaczności. Myślę, że "Przetwórnia" to taka gorzka opowieść o tym, jak bezradni możemy być wobec wspomnień, i o tym, iż mamy w sobie taką potrzebę bycia zaopiekowanymi na zawsze. Nawet przez tych, których już nie ma i którzy potrafili mnożyć tajemnice, zamiast wyjaśniać świat - co przecież jest naturalną i naczelną rolą każdego rodzica.

To książka o tym, że mitologizujemy sobie rodzinę i że gorzko płaczemy, kiedy mit okazuje się złudą. O tym, że trudno jest sprostać życiowym oczekiwaniom w dorosłym życiu, kiedy podczas dorastania oczekiwania nie były precyzowane, a groźny świat wokół wyznaczał kolejne dramatyczne granice, poza które nie można było się przedrzeć. Bycie w opozycji do samego siebie to także pewien stygmat i źródło nadziei. Zawadzki pisze o czasie zamienianym w coś legendarnego i o przyszłości nadchodzącej pośród trudnych pytań. To w gruncie rzeczy bardzo osobista książka i jedna z wielu powieści obrazujących losy filozofów swego życia. Smutnych, tragicznych oraz podążających wciąż do przodu z nadzieją i z odziedziczonym uporem. Kameralna proza i jednocześnie proza pokoleniowa. Jedna z istotnych książek o dorastaniu oraz o poczuciu zagubienia pośród zmian.

  KUP KSIĄŻKĘ

2015-10-11

"Otolit" Katarzyna Gondek

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 23 września 2015

Liczba stron: 190

Oprawa: twarda

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Samotność i podróż

Autorka "Horror Vacui" nie zawodzi nas w swej drugiej książce. Widać, że ujawniony w debiucie talent jest świadomie rozwijany i Katarzyna Gondek doskonale, wie co i w jakiej konwencji opowiadać. "Otolit" jest powieścią, która zaciera pewne granice, jednocześnie zaś bardzo wyraźnie przedstawia zarówno wizje, jak i rzeczywistość, od której wychodzi, prowadząc nas być może na manowce, a być może w głąb świata, którego odbieranie wymaga odpowiedniego rodzaju wrażliwości.

Narracja rozpoczyna się od stwierdzenia faktu zniknięcia, być może nieodwracalnego. Narratorka opisuje sen poprzedzający otrzymanie niepokojącej wiadomości. Wędruje w nim po popiele i mimo szarości wokół czuje radość. Telefon z rodzinnego miasta oddalonego o kilkaset kilometrów burzy porządek poranka. Policjant informuje kobietę, że zaginęła jej Matka. Córka nie widziała jej od lat. Kobiety nie ma od tygodnia. Ola podejmuje impulsywną decyzję o przyjeździe, nie informuje swojego partnera Łukasza, w pośpiechu na pidżamę zakłada strój wyjściowy...

Mamy tutaj doskonale przykuwającą od samego początku intrygę, która z czasem zmienia się w na poły oniryczną, na poły realistyczną historię zstępowania do wnętrza samej siebie młodej kobiety, której matka rzekomo zaginęła przed tygodniem, wracającej do rodzinnego miasta, by zmierzyć się z pustką po tej, co nigdy nie była bliska. Ola powtarza, że przybywając w rodzinne strony, wstępuje do prywatnego piekła. Będzie to piekło powrotów do czasu minionego i przeżycia raz jeszcze zadanych ran; tych, które wydawały się zabliźnione, bo przeszłość traum rodzinnych jest czasem odległym i dalekim, przecież wszystko wydarzyło się setki lat temu - tak długo Ola nie widziała matki i tak długo nie musiała wracać do przykrych wspomnień.

Narratorka musi oddzielać ślady od wyobrażeń. Podąża coraz bardziej zawikłaną drogą ku przeszłości skrywającej zdarzenia, o których nie będzie tutaj do końca mowy. Oli nie interesował byt rodzicielki, natomiast teraz niezwykle zainteresowana jest jej niebytem. Odczuwa brak czegoś, co było opresyjne, więziło ją w sobie, nie dawało ujścia emocjom, blokowało w ich przeżywaniu; nieprzypadkowo bohaterka popadała w omdlenia, uciekała w inny świat, odcinała się od rzeczywistości i od opresji bycia inną. Tak jak wyobcowana matka samotniczka cierpiąca na depresję. Autorka konsekwentnie podąża tropami wyznaczonymi przez jej pierwszą powieść, "Horror Vacui". Tu także mamy dążenie do zamknięcia się w życiu wewnętrznym; mamy jednostkę nadwrażliwą i niezdolną do stawiania czoła światu, pragnącą chować się przed tym światem do bezpiecznego środka, odizolowanego od rzeczywistości. Mamy obudowywanie tej rzeczywistości opowieściami, legendami, fikcyjnymi historiami - tworzą one coś na kształt kosmogonii, są sposobem buntu wobec zastanego świata, w którym nie ma miejsca na takie życie, jakie chce wieść bohaterka.

Figura Matki jest wieloznaczna. Ona buduje alternatywny świat, alternatywne miasto w Mieście. Osłania się legendami i rości sobie prawo do ich prawdziwości, choć legendy nie tworzy jedna osoba i jedna historia, jednostkowe przeżycie. Matka jest tą, którą należało porzucić, aby zacząć żyć samodzielnie i po swojemu. Silna symbioza nie pozwala jednak na rozdzielenie. Matka i córka wspólnie zatapiają się w wyimaginowanym świecie - ich Miasto przemianowane zostaje na Otolit, za problemy zdrowotne Oli odpowiedzialne są przemieszczające się kamyczki błędnikowe, odpowiadające w szerokim znaczeniu za równowagę; tej w sensie dosłownym ani metaforycznym nie było i nie ma w życiu Oli.

Bohaterka stale usiłuje nas przekonać, że nie zamknęła się w świecie przeżyć własnej Matki, nie poddała się jej obłędowi, wyobcowanie nie jest jej stanem. Mogła je odziedziczyć, bo mimo wszystko wciąż czuje się obca sama ze sobą. Pozostaje w zawieszeniu. Jej obecny partner to papierowa postać. Nie dołącza do niej w trudnych chwilach, niczego o nim nie wiemy. Ojciec jest stary i nieobecny, pojawiają się fascynacje erotyczne i fantazje - jest kierowcą, prowadzącym śledztwo sierżantem. Ola jest bezwolna w relacjach z mężczyznami, bo siłę czerpie jedynie z toksycznej więzi z Matką. Tymczasem widzimy wyraźnie, że więź oznacza jedność; opresyjną i na zawsze pozostawiającą w niepokoju. Ola odziedziczyła po matce skłonność do wizjonerstwa, do ratowania się ucieczką w wyimaginowane światy od rzeczywistości, jakiej nie jest w stanie unieść, zrozumieć. Matka to symbol zniewolenia, ale jednocześnie wolności wewnętrznej. Nie pozwoliła światu na to, by dostał się do jej wnętrza. Teraz, po rzekomym zniknięciu, mści się w symboliczny sposób. Miasto, które ukochała, i które chciała ratować po swojemu, doświadcza odcięcia przez śnieżycę, zapada się, ulega symbolicznemu rozpadowi. Mamy tutaj wymiar egzystencjalny i symboliczny apokalipsy, jaka ma miejsce wokół i w samej bohaterce; w jej sposobie rozpamiętywania Matki, rozumienia jej nieobecności oraz opresji wynikłej z niezrozumienia sfery własnych emocji, które kształtowane przez inną, zaborczą dość osobę, nigdy nie pozwoliły Oli być sobą i rozumieć, co znaczy istnienie jako osobna jednostka. Groźnie brzmi zapowiedź, iż być może Ola stanie się za chwilę matką noszonego w sobie płodu...

To świetnie skonstruowana, wieloznaczna przypowieść o powrocie do samego siebie. O niemożności wydobycia się z piekła postrzegania świata jako wrogiego. O samotności, która zabija, ale jest jedyną metodą radzenia sobie z istnieniem. Więź między matką a córką to więź wspólnie odciętych od reszty - na własne życzenie, bezwarunkowo i na zawsze. To książka o bytach alternatywnych w wyobraźni i o alternatywie ucieczki - w omdlenie, zanik świadomości, w świat nieobecności. Figura matki zastępczej, kalekiej Matki Boskiej to być może pragnienie, marzenia, fantazmat życia w oderwaniu od nadzwyczaj silnej i bardzo niepokojącej więzi z tą, która urodziła, ale która nie pokazała, jak żyć naprawdę, bo jej życie było udawaniem, chowaniem się w sobie i odcinaniem od świata, do którego blokowała sobie dostęp.

Świetna proza psychologiczna, doskonale manipuluje uwagą czytelnika, dwuznaczności czyni największą zaletą, doskonale ukazuje proces zapadania się w sobie i próby powrotu do rzeczywistości poprzez zrzucanie winy za swój introwertyzm na kogoś innego, najbliższego w każdym możliwym znaczeniu i najbardziej obcego jednocześnie.

2015-10-09

"Łaskawszy niż samotność" Yiyun Li

Wydawca: Czarne

Data wydania: 16 września 2015

Liczba stron: 376

Tłumacz: Michał Kłobukowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Przeszłość i milczenie

Ta książka zniewala, tłamsi i chwilami odbiera oddech. Proza Yiyun Li zamyka nas w dość dusznej atmosferze budowanej przez niespieszną narrację przemycającą w sentencjach pewne prawdy niewypowiedziane przez bohaterów. Po lekturze książek takich jak "Łaskawszy niż samotność" każdy z nas musi sobie odpowiedzieć na pytanie o to, ile w nim empatii wobec świata i na ile bezpiecznie jest tę empatię okazywać. To historia ludzi samotnych i zagubionych, życiowych outsiderów kryjących przed innymi to, co noszą wewnątrz. A dźwigają niewyobrażalnie wielką traumę związaną z odejściem, ale i własnym poczuciem tymczasowości, które w późniejszym życiu każe im mieć świat w pogardzie lub odcinać się od niego w obojętności, osobności. Yiyun Li w bardzo oszczędny sposób opowiada o nagromadzonych latami złych emocjach. O potrzebie wybaczenia samemu sobie i o życiu, w którym odgrywa się rolę kogoś z marginesu. Ta książka to studium wyobcowania, dla którego trzeba znaleźć wiele uzasadnień, by nie być martwym za życia jak ta, która w 1989 roku wypiła zatruty napój i dalszą egzystencję przypłaciła kalectwem, odległa już od tej rzeczywistości, wobec której się buntowała.

We wstępie trzydziestoośmioletni Boyang konfrontuje się ze śmiercią. Zmarła Shaoai, której życie było jedną wielką wegetacją, utrzymywaną tylko dzięki miłości bliźnich. Boyang wysyła dwa maile z wiadomością o śmierci Shaoai. Odbiorczyniami są Moran i Ruyu - kobiety znajdujące się gdzieś po drugiej stronie globu. Obie wyjechały z Chin po śmierci tej, z którą los związał je na zawsze. Obie mają tę przejmującą świadomość, że pożegnały czas i osobę, którym być może były coś winne. Obie milczą, ale każda odczytuje wiadomość. Boyang, jedyny z dawnej szkolnej paczki, pozostał w Pekinie. W mieście, które kiedyś adorowali i z taką radością pokazywali Ruyu, przybyłej z prowincji, zamieszkałej u Shaoai. Mężczyzna nazywa w myślach dawne przyjaciółki dezerterkami. Każda z nich uwikłana była w zatrucie, a w konsekwencji każda z nich także miała wpływ na dalsze życie Shaoai. Tej, która w 1989 roku w imię prawdy i wolności słowa gotowa była wejść w konflikt z całym światem oraz poddać się ostracyzmowi zamykającemu jej drogę rozwoju. Kiedyś buntowniczka, przez lata uwięziona w swoim ciele - nie do końca wiadomo, co się wydarzyło przed laty i czy zatrucie było próbą zabójstwa, czy może pożegnania się z życiem przez samą Shaoai.

Tymczasem Moran i Ruyu konsekwentnie realizują plan życia w odosobnieniu. Obie decydują się na tę świadomą samotność, która ma zapewnić im równowagę. Moran przed laty czuła się zbędna i to na niej skupiło się zbyt wiele wyrzutów sumienia, to ją chyba najbardziej przejęło samo otrucie. Po latach małżeństwa, w którym wtopiła się w rolę poczciwej żony, mierzy się teraz z rychłym odejściem byłego już męża. Bliskość odczuwa chyba tylko z nim. Rodzice są daleko - geograficznie i mentalnie. Powrót do Chin nie wchodzi w grę. Moran ustawicznie wzmacnia siłę swojej osobności, bo doskonale wie, że tylko taka droga umożliwi jej zapominanie. Proces niemożliwy, bo nie da się zapomnieć o tym, co stało się z Shaoai. Konfrontacja z przeszłością wciąż jest tak silna, że czas teraźniejszy nabiera znamion czegoś miałkiego i bezcelowego.

Ruyu nie boryka się z rzeczywistością tak dramatycznie jak Moran. Przez lata wypracowała bezpieczny dystans, który dzieli ją od ludzi i ich problemów. Kiedyś imponowała zatrutej koleżance swą niezależnością i siłą wynikającą z pewnego rodzaju obojętności na zdarzenia wokół. Dziś czuje się równie silna, może nawet bardziej. Pożegnała się z Bogiem, którego wtłoczyły jej do głowy prowincjonalne opiekunki, i ze wspomnieniami - tymi z rodzinnej miejscowości oraz tymi pekińskimi. W wielkim mieście niepozorna sierota, przybysz z daleka, mogła jedynie obserwować ludzi i troskę kierować tylko do umierających. Dziś wie, że życie w zawieszeniu po zdarzeniach sprzed lat to pewne mgliste przekleństwo pamięci, ale można się z nim uporać. Dlatego podejmuje decyzję, której pewnie nie zdołałaby podjąć Moran. Obie jednak wiedzą, że zapomnienie nie jest możliwe.

"Łaskawszy niż samotność" to książka opowiadająca o tym, co deformuje czas we wspomnieniach, a co go niebezpiecznie wyostrza. Każde z bliskich znajomych zmarłej ma po latach własną, wypracowaną wizję świata i pojęcie tego, kim się w tym świecie jest. Tylko Boyang próbuje walczyć o resztki normalności i być może resztki prawdziwych uczuć do drugiej osoby. Kobiety - z różnych względów - się poddały, choć Moran potrafiła przywiązać się do byłego męża tak naprawdę. Tymczasem we współczesnym Pekinie nie ma czasu na miłość i nie zdarzają się okoliczności, w których można powiedzieć sobie, że wybory sprzed wielu lat mogły być nietrafione. Podobnie za oceanem, w Stanach Zjednoczonych, gdzie Moran i Ruyu tkwią w miejscu coraz bardziej świadome tego, że nigdzie się nie wpasowały. Autorka wnikliwie portretuje stany emocjonalne młodych Chińczyków i przemiany, jakie zachodzą w nich po latach, gdy są już obywatelami świata. Wszyscy bronią się przed poznaniem i zrozumieniem zależności, które połączyły ich dawniej wokół dramatycznego zdarzenia. Być może rozumieją ich sens, ale boją się go zwerbalizować. Bo to w dużej mierze książka o strachu przed tym rodzajem emocji, dla którego nie znajdzie się racjonalnego wytłumaczenia i porządku w życiu wedle schematów.

To także barwna opowieść o Chinach i o czasie, w którym schizofreniczna bolesność bitych i tańczących tłumów na placu Tiananmen dowodzi opresyjności oraz obłudy systemu, w którym tylko Shaoai zdecydowała się na bunt. Powieść obrazuje także chińską rodzinę - panujące w niej układy, zwyczaje, trudne zależności czy niewytłumaczalne komplikacje. Bohaterowie są w wieku zbliżonym do wieku autorki. Ona sama opuściła Chiny i w jej biografii z pewnością skryła się jakaś nić łącząca rzeczywistość z wyobrażonymi losami Moran, Ruyu i Boyanga. "Łaskawszy niż samotność" to bolesna książka o tym, że w każdym z nas tkwi jakiś destrukcyjny pierwiastek, który każe okopać się gdzieś z dala od świata - dla własnego bezpieczeństwa. Yiyun Li snuje rozważania o przekleństwie pamiętania i o samej istocie pamięci, która kształtuje człowieczeństwo. To narracja o tym, że "nieobecni potrafią zawłaszczyć więcej przestrzeni" przede wszystkim wówczas, gdy pozostaną niewypowiedziane słowa i niewykonane gesty oraz ten bolesny rodzaj pamięci, który uwiera, ale paradoksalnie też daje siłę, by przetrwać.

2015-10-07

"Co to jest islam? Książka dla dzieci i dorosłych" Tahar Ben Jelloun

Wydawca: Karakter

Data wydania: 17 września 2015

Liczba stron: 256

Tłumacz: D. Zańko, H. Sobieraj

Oprawa: miękka

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Wbrew uprzedzeniom

Jeśli w ogóle możemy uznać, że dana książka jest potrzebna akurat teraz i wszystkim nam, żyjącym w tej chwili, to publikacja Tahara Ben Jellouna jest właśnie taka. "Co to jest islam?" to pełna taktu, rozwagi i erudycji podróż przez wieki oraz dynamiczna analiza współczesności. Wszystko po to, by udowodnić, że religia ponad miliarda ludzi na świecie nie zasługuje na tak silne jak dzisiejsze uprzedzenia. Ben Jelloun kreśli obraz islamu, który nie jest ani nienawiścią, ani tyranią. Wokół tej najmłodszej z monoteistycznych religii skoncentrowało się wiele strachu i przekonania o tym, że mamy do czynienia z czymś barbarzyńskim, ze wstecznictwem. Autor wyraża niepokój rosnącą skalą agresji oraz coraz to nowych obaw przed islamem, w związku z czym stara się wyjaśnić, co stanowi istotę tej religii. Separuje od niej ruchy fundamentalistów oraz kreśli wielowątkową opowieść o rozwoju islamu. Tworzy dość czytelną anatomię lęku i stara się ten lęk zdekonstruować. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, jak trudne jest umiejscowienie islamu w świecie nowoczesności i wolności oraz analizuje mechanizmy obrony tej religii przed tym, co buduje nowoczesne łady społeczne. "Co to jest islam?" to książka dla każdego, kto się boi, i każdego, kto poszukuje. Przewrotna konstrukcja tomu zawiera najpierw zapisy rozmów autora z córką, potem przedruki felietonów i esejów z prasy francuskiej. Bo to jest tak, że o czymś rzekomo groźnym wielu ludziom trzeba opowiadać tak jak dziecku. Z rozwagą, cierpliwością i otwarciem. Ta książka to przejaw troski o dzisiejszą formę islamu i opowieść o religii, której priorytety zmienili sami ludzie, tłumacząc sury Koranu na własny użytek i bez pogłębionych rozmyślań.

Jakakolwiek szersza dyskusja na temat analizowanej przez Ben Jellouna religii rozpoczyna się w tych dramatycznych momentach, kiedy na niewinnych ludzi porywają się szkoleni do tego samobójcy. Wówczas strach jest czymś naturalnym, ale za nim idą jeszcze inne, dużo bardziej mroczne emocje. Przede wszystkim szereg uprzedzeń. Analizowanie anachronizmów, które stanowią codzienność wyznania muzułmanów. Niepewne spoglądanie na każdego, kto jest Arabem bądź go przypomina. Coraz większa izolacja, także wobec muzułmańskiej społeczności w krajach naznaczonych atakami terrorystycznymi. Po jakimś czasie pojawia się milczenie i pozorna obojętność, ale są one bardzo groźne, bo właśnie wtedy utrwalają się stereotypy. Nikt nie myśli wówczas o tym, że Koran potępia samobójstwo czy zabójstwo. Nikt nie zadaje sobie pytania o to, kto wyprał na bazie islamu umysły tych wszystkich, którzy dokonują zniszczeń czy zabijają siebie oraz innych. Niewielu zda sobie sprawę, że ta okrutna apologia śmierci zamachowców i nie tylko ich wytworzyła się ewolucyjnie i pod wpływem konkretnych zdarzeń. Że przeciętny muzułmanin nie ma ochoty zabijać, wojować, nie chce nikogo podbijać i nie ma w sobie woli pokazywania światu, że to właśnie islam jest jedyną właściwą religią monoteistyczną. Że agresja z tytułu islamu to także pokłosie pewnych uwarunkowań geopolitycznych i niewłaściwej interpretacji Koranu, którego objaśnianiem zajmują się niekompetentne osoby, często przesycone zawiścią i złością, ksenofobiczne i manipulujące innymi.

Autor "Świętej nocy" rozpoczyna od spokojnych, rzeczowych odpowiedzi na pytania zalęknionej atakami 11 września córki. W dialogu dochodzą także do wydarzeń ze stycznia 2015 roku, które wstrząsnęły Francją. Jest tu jednak mowa przede wszystkim o historii, rozwoju, a potem dopiero o konfliktach i podziałach w świecie islamu. O wszelkich doktrynach oraz odłamach - o mrocznym separatyzmie myślowym i nie tylko. Otrzymujemy podstawową wiedzę, której - niestety - wielu nie posiada. Autor operuje szeroką perspektywą i przede wszystkim stara się być obiektywny. Mówi między innymi o tym, że Koran ma wzmacniać wiarę, a nie rozum, i w związku z tym wielu boi się z nim wejść w dialog, zbliżyć do szeregu symboli i metafor, nie poddawać się ignorancji i pobieżnemu rozumieniu. Bo wiara sama w sobie jest dla Ben Jellouna czysta i obojętna wobec świata. To sprawa prywatna, a jej wykorzystanie w polityce wzbudza zawsze zamęt i służy złej propagandzie. Pojawiają się bardzo czytelne słowa mówiące o intymności wyznania. "Wiara żyje ciszą, niepotrzebne jej wzburzenie ani widowisko". Prawdziwy islam to sfera kontemplacji. Jego różnorakie wykorzystanie dla własnych celów wzburza i wywołuje te wszystkie okrutne widowiska. Stąd poczucie, że nie chcemy znać tego, co wydaje się złowrogie. A islam, jak żadna religia, nie ma w sobie wyraźnie złowrogiego pierwiastka. To, w jaki sposób jest postrzegany z różnych niewłaściwych perspektyw, wyjaśniają teksty z drugiej części książki. Dynamiczne, pełne współczucia, ale także złości. Na tych, którzy żyją uprzedzeniami, oraz na tych, którzy te uprzedzenia utrwalają.

Tahar Ben Jelloun opisuje dość tragiczną kondycję części dzieci dawnych muzułmańskich imigrantów. Ci dorastający dzisiaj chłopcy nie mają już rozumnego kontaktu z tradycją, bo ich rodzice zasymilowali się z krajami europejskimi, w których przed wydarzeniami w Iranie z 1978 roku nie byli szczególnie zauważalni. Ta młodzież nie czuje się częścią Europy, ale też nie do końca związana jest z kulturą, z której wyszli jej rodzice. Tkwi gdzieś na marginesie, jest stygmatyzowana. To pole do działania dla ekstremistów i fundamentalistów. Dla ludzi, którzy potrafią połączyć religię z polityczną ideologią i uczynić z niej oręż w wyobrażonej wojnie. Tam, gdzie pojawia się terroryzm, zawsze istnieje niedostosowanie i pustka. Ben Jelloun zwraca uwagę na kilka niebezpiecznych sytuacji oraz kontekstów, w których kryje się to, co dziś określa się stereotypowo mianem złego islamu. Jednocześnie podkreśla, jak ważna jest tożsamość imigranta i jak istotną rolę odgrywa laicyzacja wszędzie tam, gdzie może zapobiec instrumentalnemu traktowaniu religii.

Sporo rozważań dotyczy kobiet muzułmańskich. Ben Jelloun nazywa te w burkach zjawami, wyraźnie zaznaczając, iż taki rodzaj stroju nie jest nakazany przez wyznawców islamu. Pisze o podmiotowości kobiet, o pewnego rodzaju seksistowskiej patologii, ale też o roli, którą odegrają muzułmańskie kobiety w przyszłości, kiedy będzie się stopniowo zmieniał stosunek do nich - nie tylko w krajach muzułmańskich. Autor zaznacza bardzo wyraźnie: "To kobiety są motorem rewolucji. Wszystko, co się zmienia i będzie się zmieniać w świecie arabskim, zawdzięczamy właśnie im. Kobieta naprawdę jest przyszłością mężczyzny i przyszłością islamu". To jeden z wątków rozmyślań o przyszłości, w której islam musi znaleźć narzędzia do kontaktu ze współczesnym, rozwijającym się światem. Zbyt wielu i zbyt często odczytuje teksty z VII wieku, nakładając je na to, co życie oferuje w wieku XXI. Utopią wydaje się współgranie islamu z tym, co nowoczesne, ale Ben Jelloun nakreśla, dlaczego i w jaki sposób jest to wciąż możliwe.

Ta książka opowiada o tym, jak emocje zastępują wiarę i o konsekwencjach wykorzystywania religijnych dogmatów do działań pozbawionych taktu, empatii i mądrości nakazywanych przez islam. To zbiór tekstów, które powstały z gniewu i z bezsilności. Naznaczone są jednak humanizmem oraz otwartością. Wskazują i punktują te przekłamania, które potem kreują obraz religii dalekiej od wyobrażeń na nich zbudowanych. Tahar Ben Jelloun występuje w tej publikacji jako ambasador pojednania - nie tylko między Wschodem a Zachodem, ale przede wszystkim między religiami i mentalnościami. Wielu z nas bowiem zapomniało, że harmonijne współistnienie daje ludzkiemu życiu więcej wartości oraz możliwości niż poparta lękiem i stereotypami walka. Dlatego "Co to jest islam?" to książka dziś potrzebna każdemu. Przede wszystkim tym, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, jak wiele niepotrzebnego gniewu i frustracji rodzi się tam, gdzie naszą wiedzę o innym świecie budujemy z obserwacji fragmentów tego świata. Także religijnego.

  KUP KSIĄŻKĘ

2015-10-05

"Mennica" Mateusz M. Lemberg

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 10 września 2015

Liczba stron: 422

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Przeszłość i prywatne demony

Trzecia powieść kryminalna Mateusza M. Lemberga idzie w stronę sensacji z wyraźnie nakreślonymi wątkami obyczajowymi obecnymi już we wcześniejszych książkach. Czytając "Mennicę", odnoszę wrażenie, że dwie poprzednie narracje były jedynie przygrywką do tej trzeciej. Pojawia się myśl, iż autor "Zasługą nocy" oraz "Patronem" torował sobie drogę do zaskakującej opowieści trzeciego tomu cyklu. Żywo powracają wspomnienia i postacie z tamtych książek, opisywane wtedy relacje układają się w pewną spójną całość, a śledztwo dodatkowo komplikuje się i toczy wielotorowo. Już nie ma policyjnej sztamy między Witczakiem, Tymańskim i Cyną. Każde radzi sobie na swój sposób z osobistymi demonami, każde ma nad wyraz skomplikowaną aktualną sytuację osobistą i każde odegra inną rolę w opowieści o pamięci i zemście. Tak w dużym uproszczeniu można określić "Mennicę", ale to książka wymagająca wyjątkowej czujności czytelniczej i poprowadzona ku zakończeniu w taki sposób, że możemy, niestety, odnieść wrażenie, iż to już koniec fascynującego cyklu zapoczątkowanego "Zasługą nocy".

Formalnie powieść uwiera i kieruje na manowce. Na początku Lemberg stosuje zabieg antycypacji. Z ciekawością wyprzedzamy zdarzenia, ale ich nie rozumiemy. Wiemy jedynie, że Witczak nie jest już policjantem w czynnej służbie i że wplątał się w sieć mrocznych zależności między innymi przez swe dolegliwości psychiczne, które mocno przybrały na sile. Kiedy autor zrównuje czas zdarzeń, w których bierze udział Zero, z losami Cyny i Hifa, ponownie zaburzona zostanie konstrukcja książki, bo zaczną mieć znaczenie liczne retrospekcje. Okazuje się, że aktualna intryga ma związek z wydarzeniami sprzed kilkunastu lat. Z czasem, w którym miało miejsce coś, co na zawsze naznaczyło Witczaka i zmieniło układ sił w jego życiu osobistym oraz wywołało skrywane latami pragnienie zemsty. Tymczasem Agnieszka Cynowska boryka się z depresyjnym nastrojem i ciążą, śladem po wieloletnim oprawcy. Zdecydowana na zabieg zmiany płci, otrzymuje czytelny komunikat, że po nim nie będzie już mogła powrócić do czynnej służby. Tymański zaś tkwi w sieci zależności od dwóch kobiet życia i boryka się z krnąbrną córką oraz chorobą synka. Odnosi się wrażenie, że w takich stanach emocjonalnych bohaterowie nie są w stanie skutecznie działać w śledztwie. A jednak mamy do czynienia i z determinacją, i z przekonaniem o słuszności swoich działań. Wszystko pośród krytej gdzieś złości i niechęci do świata, którego kształt dawno różni się od oczekiwanego przez policjantów po przejściach.

Schizofrenia i transseksualizm - to bolesne i kontrowersyjne tematy, z jakimi Lemberg mierzy się w trzeciej swojej książce w sposób dość radykalny. Witczak znajduje schronienie u rodziny Saksów. Alina Saks też przeżywa katusze, a kontakt z nią ma wyprowadzić Zero na prostą. Sytuacja jest poważna, bo do omamów słuchowych dochodzi także postać Starca. Witczak czuje jego stałą obecność, a toczące się wydarzenia wyjaśnią, skąd bierze się ta postać. Cyna nie jest już Agnieszką, lecz Maksem. Wymusza na otoczeniu zmianę form gramatycznych przy zwracaniu się do niej. Cierpi w dwójnasób - z powodu uwięzienia samej siebie w niewłaściwym ciele oraz z powodu płodu wciąż przypominającego o tej wstydliwej kobiecości, z którą Cyna chce się pożegnać. Ona tak jak Witczak cierpi w samotności. Oboje mierzą się ze swymi demonami w pojedynkę, choć przy nim są przyjaźni mu ludzie, a obok Cynowskiej współczująca matka. Ta dwójka zostanie jednocześnie zrzucona przez Lemberga na drugi plan, bo w pełnej gotowości do podjęcia zadań stanie Hif, doświadczony nieco inaczej Tymański, poznający mroczną przeszłość Witczaka i zmuszony do konfrontacji z podejrzeniem o zawodową zdradę, która mogła mieć miejsce przed laty i powtarza się właśnie teraz.

Intryga zaczyna się od przypadkowego odkrycia zwłok młodej dziewczyny w młodniku, nieopodal którego Tymański oddaje się swojej pasji - polowaniu. Okazuje się, że to nie jedyny trup zakopany w lesie. Tkwią tam również cztery szkielety, które świadczą o nieodkrytej zbrodni. Czy pogrzebana niedawno kobieta ma związek z ofiarami sprzed lat? Dlaczego Witczak podejmuje się ryzykownej pomocy Janowi Saksowi wprowadzającemu go w sieć zależności, od której nie można się uwolnić bez oskarżeń ze strony stróżów prawa?

Zdarzenia toczą się bardzo szybko. Znów jesteśmy wbici w ich wir i możemy wypaść z tego biegu, jeśli nie skupimy się dostatecznie. Lemberg bowiem wnikliwie łączy ze sobą kilka spraw i oddaje głos tym, którzy nie mogą już niczego powiedzieć na swoją obronę. Pojawiają się międzynarodowe wątki, gangsterzy z Belgii i z Włoch. Kilka spraw zazębia się w morderczym tyglu i ostatecznie nie jesteśmy w stanie wskazać, kto i jak bardzo angażuje się w dramatyczne zdarzenia, które autor umieszcza w okolicach malowniczych Międzyzdrojów. Nieprzypadkowa jest metafora polowania zaakcentowana już na wstępie. W "Mennicy" krąg myśliwych znacznie się rozszerza. Ktoś poluje na kogoś, kto staje się ofiarą osoby trzeciej. Mateusz M. Lemberg brawurowo prowadzi swych bohaterów przez zdarzenia, które na zawsze pozostawią w nich ślad. Wątek fałszerzy pieniędzy służy jedynie za tło rysu skomplikowanych relacji między Witczakiem, Tymańskim i Cyną, którzy nie są przekonani, czy stoją po jednej stronie barykady.

"Mennica" -  jak wspomniałem na wstępie - odważnie kroczy ku dynamicznej sensacji. Tym razem książka niekoniecznie będzie czytelna bez znajomości poprzednich narracji. Uderza w niej poczucie zagubienia, które pożera od wewnątrz, wyzwalając jednocześnie dodatkowe siły, by walczyć z organizacjami przestępczymi. Mnogość wątków przypomina trochę pisanie Katarzyny Bondy i kto wie, czy Lemberg nie za bardzo się zapatrzył w jej technikę konstruowania narracji. Szczęśliwie wszystkie tropy zostają wyjaśnione, a zakończenie sugeruje, że układ sił z poprzednich powieści rozpada się i uniemożliwia tryb oraz formę pracy, do której przyzwyczaiły nas dwie pierwsze powieści o perypetiach stołecznych policjantów naznaczonych domowymi traumami i osobistymi dramatami bez prostego ich rozwiązania.

2015-10-02

"Hey, Jude!" Emilia Walczak

Wydawca: FORMA

Data wydania: 19 września 2015

Liczba stron: 122

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det.: 28 zł

Tytuł recenzji: Uprzedzenia i przyjaźń

Jak ma się polski antysemityzm w kolejnym, najmłodszym pokoleniu? Kto i kogo dzisiaj w Polsce wysłałby do komór gazowych? Ile nienawiści kryje się w stadionowych hasłach i w rozprawach z tkanką miejską przenoszonych poza stadion? Kto odpowiada za to, że słowo "żyd" stało się jakimś mrocznym wytrychem, dzięki któremu skłębione frustracje narodowców i ksenofobów ujawniają się tak często i tak zaskakująco boleśnie? Między innymi na te pytania odpowiada przewrotna i ironiczna powieść Emilii Walczak "Hey, Jude!". Znana piosenka Paula McCartneya funkcjonuje w tej prozie jako mroczny stygmat młodej dziewczyny wydobywającej się z miazmatów judaistycznej tradycji rodzinnej, i z okowów wstydu oraz mierzącej się z bolesnym poszukiwaniem własnej tożsamości, w tym także seksualnej. Ale to także opowieść o miłości, szacunku i takim rodzaju czułości, który wyraża się niewerbalnie, zbliżając do siebie dwójkę outsiderów. Obok nich niemy i dynamiczny bohater, czyli Bydgoszcz. To kolejna książka po "Innej duszy" Łukasza Orbitowskiego, w której miasto nad Brdą będzie świadkiem zdarzeń, za które Polska i Polacy mogą się jedynie wstydzić. Pozostaje zaś trudny do określenia dramat wiszący gdzieś w powietrzu, dodatkowo naznaczający biografie Czarnej i Emfazego Różewicza. Bardzo czytelne biografie.

"Hey, Jude!" to nakładające się na siebie narracje, które obrazują dwa punkty widzenia na to, czym jest dzisiejsza polska wrogość wobec innego. Czarna - urodzona w tym samym roku co autorka -  wychowała się w rodzinie, gdzie należało postępować, zachowywać się i myśleć zgodnie z tradycją stygmatyzowaną potem w dorosłym życiu bohaterki przez otoczenie pełne zdziwienia, kim ona tak naprawdę jest. Okazuje się, że wygląd narzuca interpretacje i błyskawicznie szufladkuje. Czarna staje się dla jednych kimś egzotycznym i fascynującym, dla innych zaś uosobieniem wszelkiego rodzaju lęków przeradzających się w skrywane gdzieś pod skórą pokłady nienawiści. Czarna czuła się niedowartościowana już w cieniu brata i decyzja o mentalnym pożegnaniu z rodziną była dla niej punktem wyjścia do zbudowania własnej tożsamości na nowo. Walczak kreśli te momenty w życiu swojej bohaterki, które kazały jej konfrontować się ze sobą, pytać o istotę świata tak bardzo skażonego nieufnością i grozą, szukać ukojenia w przypadkowych ramionach oraz znaleźć bliskość z kimś, kto tej bliskości nie potrafił odwzajemnić.

A tuż obok Czarnej jej bydgoski adorator, doktor filmoznawstwa, dżentelmen i samotnik. Emfazy określa się mianem lumpeninteligenta. Niebezpiecznie osadził się na granicy tego, co dozwolone dzięki politycznej poprawności i niebezpieczne, bo przekraczające jej granice. Em. zdecydował się na kibicowanie wrogiej Bydgoszczy drużynie piłkarskiej. Przez pryzmat jego doświadczeń i przemyśleń przyglądamy się Polsce kibolskiej XXI wieku. Walczak penetruje ją z mikroperspektywy, ale też zarysowuje ogólny obraz ksenofobii i agresji wyrażanej wobec wszystkich, którzy stanowią o świecie inny niż ten bydgoski - określany przez przynależność, szalik i przyśpiewkę. Emfazy ryzykuje i prowokuje jednocześnie. Chce ujrzeć w tej skłębionej, mrocznej masie prawdziwą twarz, odartą z iluzji siły tkwiącej w grupie i w przejawach agresji. "Hey, Jude!" prezentuje tego wstydliwego ducha narodu polskiego, o którym nie mówi się za wiele i nad którym jedynie załamuje ręce, czytając kolejne prasowe doniesienie o burdzie stadionowej albo demolce miasta przez złych kibiców. Em. kontestuje porządek i prawo, które budują skrzywiony i karykaturalny obraz kibica unoszącego pięść przed każdym innym, obcym. A inni są przecież przede wszystkim w składach drużyn, bo polska ekstraklasa od dawna nie jest tylko biała i tylko chrześcijańska. Wybiórczym rasistom nie przeszkadza piłkarz innego koloru skóry czy wyznania.

Em. zbliża się do Czarnej stopniowo i bardzo skutecznie. Oboje zdają się drżeć przed kolejnymi przejawami nietolerancji i agresji, ale nie pozostają wobec nich bierni. Ciekawa jest perspektywa, z jakiej patrzą na to bydgoskie piekiełko nienawiści i uprzedzeń. Emfazy widzi świat w filmowych kadrach, Czarna w muzycznych tonach. On rozpoznaje fragmenty ulubionych filmów, ona zaś koncentruje się na tych utworach muzycznych, które wiążą się z określonymi, silnymi przeżyciami. Bohaterów Walczak dzieli bardzo wiele, ale łączy potrzeba bycia w opozycji do świata, który nie tyle irytuje i zasmuca, ile przede wszystkim każe konfrontować się z ludzkim złem skrytym gdzieś na ulicy, ale także w świadomości tych, którzy usiłują zbliżyć się do Czarnej i Emfazego. Rację ma cytowana na okładce "Hey, Jude!" Kazimiera Szczuka, pisząc, że to mógłby być początek większej opowieści. Emilia Walczak poprzestaje na zaprezentowaniu dwóch punktów widzenia i odzwierciedleniu dwóch rodzajów wrażliwości. To taki początek, określenie relacji, której istotę musimy zdefiniować sami. Autorka pozostawia nas bowiem z poczuciem pewnego niedosytu i z wieloma pytaniami, czyli w podobnym stanie emocjonalnym, w jakim znajdują się bohaterowie - dla nich przecież życie, choć wyraźne i konkretne, wciąż jest areną poszukiwań, podążaniem drogą do samostanowienia, rozumienia siebie.

Emilia Walczak w charakterystycznym stylu przesyconym niekiedy złośliwą ironią, a czasem znamionującym erudycję i sarkazm, zadaje wciąż na nowo pytanie o to, dla kogo w Polsce XXI wieku naprawdę jest miejsce, a kto i z jakich powodów winien pogodzić się ze smutną etykietą "persona non grata". To także niezwykle oryginalna książka o istocie różnego rodzaju uprzedzeń i o tym, jak utrudniają one życie także tym, którzy chcą się od nich na zawsze uwolnić. Wyraźnie sportretowani bohaterowie stoją na rozdrożu. Emocjonalnie i egzystencjalnie nieco rozbici. Niepewni także statusu łączącej ich relacji. Bliscy sobie w lęku i w tej zaskakującej pewności siebie, która każe im się buntować rozumnie i w charakterystyczny dla nich sposób. "Hey, Jude!" to książka o uprzedzeniach i o obsesjach, ale także o poszukiwaniu porządku w niespokojnym świecie i o przyjaźni, która jest na tyle mocna, by przetrwać wszystko. To też narracja złośliwa i żartobliwa jednocześnie. Obcowanie z prozą Walczak wywołuje pewien niepokój, bo nakreślone ramy świata przedstawionego sugerują wiele niejasności. Autorka zarysowuje skryte i widoczne pokłady polskiej nienawiści, kreśląc jednocześnie historię czułości i przywiązania. Na przekór oraz wbrew wszystkiemu. Bo to książka o buntownikach rozumnych i ludziach skrytych gdzieś na marginesie, ale odważnie kroczących ku głównemu nurtowi życia.


PATRONAT MEDIALNY