2016-07-08

"Nie zgadzam się" Per Petterson

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 18 maja 2016

Liczba stron: 320

Tłumacz: Iwona Zimnicka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Męski smutek

Czwarta książka Pera Pettersona, którą polski czytelnik ma okazję poznać, nie zaskoczy nas niczym nowym. Norweski prozaik od lat pisze wciąż tę samą powieść. Motywy znane są doskonale z tych trzech poprzednio wydanych – Petterson znowu napisze o ludzkim zagubieniu, poczuciu straty czasu i utracie kogoś bliskiego, a także o przejmowaniu w kolejnym pokoleniu tych lęków i frustracji, z którymi nie można sobie poradzić. Ja nie mogę nic poradzić na to, że czyta się to wszystko z dużą uwagą i żal każdej kolejnej strony. „Nie zgadzam się” to książka, która, niestety, hipnotyzuje. Fatalizm autora obezwładnia już od samego początku, a przeskoki czasowe każą nam obserwować historię dwóch przyjaciół, rozdzielonych przez los przed 35 laty.  Spotykając się na nowo, wracają do bolesnych doświadczeń z przeszłości, uzmysławiając sobie łączącą ich silną więź, która przetrwała tak długi czas. Bohaterowie, podobnie jak Arvid z "Przeklinam rzekę czasu", są rówieśnikami Pettersona. Ponownie poznajemy skomplikowane relacje dwóch mężczyzn, nakreślane w nieco innym wymiarze w „Kradnąc konie”. Wizerunek opresyjnego domu to cecha charakterystyczna "Na Syberię". Wydaje się, że autor nie jest w stanie wyjść poza zaklęty krąg mrocznych tematów egzystencjalnych. I nie wychodzi. Tym razem serwuje nam bardzo surową i oszczędną w środkach wyrazu opowieść o dwóch rodzajach męskości. Jim stał się po latach cieniem mężczyzny, a Tommy prezentuje coś na kształt męskości agresywnej. Obaj byli sobie bliscy. Obaj przeżyli pewne graniczne doświadczenie, po którym ich relacje uległy zmianie. Obaj wspominają, tęskniąc za sobą. Obaj pogrążają się w rozpaczy wspomnień. Czy po latach jeden z nich zdoła uratować drugiego mimo tego, co pewnego dnia wydarzyło się na skutym lodem jeziorze?

Jim nigdy nie widział ojca. Tommy doskonale czuł wszystkie razy, jakie jego ojciec zadawał mu, boleśnie kopiąc. Jim tkwił w bezpiecznym domu, z oddaną mu matką i światem perspektyw spokojnej egzystencji. Tommy otrzymał od swego ojca śmieciarza o jeden raz za dużo. Przestał być bierny. Zawalczył o normalność. Okupił to rozdzieleniem rodzeństwa, bo sfrustrowany ojciec nagle ich opuścił. Tak jak przed laty matka, która zdobyła się na akt swoistego heroizmu, opuszczając małą społeczność, ale jednocześnie też porzucając swoje dzieci. Wydaje się, że traumy będące udziałem Tommy’ego zamienią jego późniejsze życie w piekło. A jednak układa się inaczej. Odwrotnie – jak to określają bohaterowie na samym początku powieści, przypadkowo spotykając się po latach. Co to znaczy odwrotnie? Jak miało się poukładać? Kto w prowincjonalnym Mørk miał wydobyć się z ciemności, a kto w nich na zawsze pozostać? Chłopięca przyjaźń miała być orężem w walce o normalność. W miasteczku, w którym działo się wiele nienormalnych rzeczy. Przyjaźń wyrastała z przestrzeni opresji i bólu. Kształtowała się bardzo specyficznie i nie była typową relacją bliskości dwóch mężczyzn.

Petterson ujmująco pisze o męskiej przyjaźni, kreśląc bardzo sugestywne sceny bliskości – jak ta, w której młodzi Jim i Tommy kopią w nocy rów, wiedząc, że robią coś absolutnie intymnego i tylko ich. Pokazuje także momenty, w których do przyjaźni wdzierają się mrok, niepewność, zagubienie i wiele wątpliwości. Jeden z bohaterów pozostanie w tym życiowym mroku na zawsze. Drugi będzie walczyć o godne życie i o to, by nikt więcej już go w życiu nie opuścił. Po 35 latach obaj odbierają pewne sprawy podobnie. Obaj borykają się z tym nieznośnym poczuciem osamotnienia, które każdego z nich dopadło na innym etapie życia i w innych okolicznościach. Petterson nie sugeruje, że mamy licytować, który ogrom cierpienia – Jima czy Tommy’ego – jest bardziej nieznośny i zasługuje na miano cięższego życiowego balastu. Pozostajemy w sferze wielu niedopowiedzeń. Jesteśmy świadkami zbyt wczesnych porzuceń przez bliskie osoby i wchodzimy do toksycznego domu, w którym nie ma miłości i ten deficyt pozostanie gdzieś w dalszym życiu z jego małymi mieszkańcami.

Nikt już jednak nie jest mały ani nieporadny. Każdy musi zmierzyć się z taką materią życia, jaka kształtuje temperament. Mężczyźni Pettersona zżyli się mimo wielu różnic i nawet po latach potrafią odczuwać to samo, żyjąc diametralnie inaczej. Nie zgadzam się” to książka o wielu dotkliwych brakach, których nie da się zrekompensować. Także o tym, że obierając w życiu inne azymuty, potrafimy być rozpaczliwie naznaczeni samotnością, z której wydobyć się nie sposób. Wszyscy bohaterowie Pettersona tkwią w matni mogącej irytować i męczyć czytelniczo. Ta książka to kolejny dowód na to, że norweski autor pochyla się nad ludzką bezwolnością i tragizmem, za nic mając jakiekolwiek przejawy witalizmu. A przecież jego bohaterowie odczuwają na własnej skórze, czym jest prawdziwe życie, aż za mocno i nazbyt intensywnie.

Tytułowa niezgoda to pewien światopoglądowy i egzystencjalny upór, który nie pozwala uporządkować rzeczywistości. Jest w tym także przejaw pewnej niezgody na siebie. Lata mijają i być może przychodzi czas, by na pewne sprawy i pewnych ludzi spojrzeć z innej perspektywy. Petterson opowiada o niemożliwości tej zmiany. O takim wewnętrznym bólu, w którym zastygamy na zawsze, wiedząc jednocześnie, jak wiele przez to tracimy. A przyjaźń? Męskie relacje w tej książce udowadniają, iż autor nie wstydzi się tego, czego wstydzą się mężczyźni doświadczający traum. Nie każe im świetnie radzić sobie w życiu. Nie zmusza do przepracowania lęków i wyjścia naprzeciw rzeczywistości bez nich. Petterson nie sankcjonuje jednak bezwoli. Z głęboko humanistyczną wrażliwością udowadnia, że wielu z nas może być słabych i nigdy swych słabości nie przekuje w siłę. Nie tkwi jednak w bezruchu. Dodatkowo fantazjuje o tym, co się dzieje z ludźmi, którym albo nie dano odczuć żadnej czułości, albo też zaoferowano jej zbyt wiele. „Nie zgadzam się” to książka o definiowaniu życia w cierpieniu i o tym, że za wielką przyjaźnią i równie wielkimi rozczarowaniami może stać też inny, zaskakujący rodzaj emocji. Stonowana i kameralna, ale mocno chwytająca za serce proza.

2016-07-06

"Podróż w stronę czerwieni" Sylwia Zientek

Wydawca: MUZA

Data wydania: 27 kwietnia 2016

Liczba stron: 416

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: W drodze

Istniejące na rynku wydawniczym pozycje o kobiecych fascynacjach innymi nietuzinkowymi kobietami raczej udowadniają tezę, że bardzo dobrze ma się tutaj literatura non-fiction z osobistymi wycieczkami, których ramy konwencja określa dosyć ściśle. Nie tylko twórczość Angeliki Kuźniak tego dowodzi. Tymczasem Sylwia Zientek – nieprawdopodobnie wręcz skoncentrowana na dramatycznym życiorysie Marii Komornickiej – usiłuje swym fascynacjom nadać beletrystyczne ramy. Z dość kiepskim skutkiem. Podróż w stronę czerwieni” to książka, która niewiele oferuje. Na pierwszych ponad stu stronach właściwie zupełnie nic. Bronią jej jedynie fragmenty oraz autorska czułość do tych wszystkich dwuznaczności, na których rozpina się od lat naukowy – i nie tylko – dyskurs o Komornickiej. Nie można wciąż dla niej znaleźć odpowiednich narzędzi opisu i wymyka się wszelkiemu kategoryzowaniu, co Zientek – w rozterkach i pytaniach swojej bohaterki – wyraźnie nam sygnalizuje.

Poza tym jednak buduje dwie równolegle się toczące narracje. Nie znalazłem ani jednego momentu, w którym powieść drogi o doświadczeniach życiowych stołecznych czterdziestolatek połączyłaby się z historią kobiety napiętnowanej, skazanej na niebyt z męską tożsamością, doskonale obrazującej wizerunek młodopolskiej artystki wyklętej i również megalomanki, choć o tym raczej się nie mówi. Sylwia Zientek proponuje powieść o różnego rodzaju brakach życiowych – o tych kompulsywnie rekompensowanych i o tych, które na zawsze pozostają w tożsamości niepełnej jakby, nieświadomej, podążającej za bezpiecznymi wzorcami i modami. Oferuje historię mało atrakcyjną z tego prostego względu, że zbyt wiele w sobie mieszającą. Autorka, sięgając do biografii Komornickiej i racząc nas wypisami z niej w dość szkolnym stylu, chce zdefiniować kobiecość w różnych kontekstach i rolach. Chce napisać o tym, co w kobiecie ukryte, przygaszone, co zaskakujące i co wyraźne. Operuje jednak truizmami i składa swą opowieść na kształt przekazu krytykowanych mediów społecznościowych – fragmentaryczność i chaos są odczuwalne od początku do końca. Poza momentami, w których Zientek szczerze pisze o tym, co ją fascynuje w tajemnicach Komornickiej.

Poznajemy Ewę – wypaloną pracownicę korporacji, niespełnioną w miłości żonę, matkę tęskniącą za dziecięcymi kształtami swych powoli wchodzących w dorosłość dzieci. Ewa czuje deficyt miłości i nie może jej tak naprawdę zdefiniować. Jej życie osadziło się na przewidywalnych torach, nie ma w nim już śladu po jakiejkolwiek namiętności, nie ma pasji i poczucia, że można jeszcze coś odkryć. Przede wszystkim w sobie. Bohaterka Sylwii Zientek przez dłuższy czas niewiele ma nam do powiedzenia o świecie, skupiając się na swoich potrzebach i utyskując, jak to wszystko źle się w życiu potoczyło i że na pewno egzemplifikuje to fatum kobiecego niespełnienia oraz zgorzknienia obecnego w jej rodzinie od dwóch pokoleń. Ewa odkrywa pokrewieństwo dusz z Marią Komornicką, stawiając sobie coraz więcej pytań o to, kim była Maria. Dostrzega, że tak jak młodopolska poetka nie czuje się ze sobą. I ma wrażenie, że to początek intymnej więzi. Zgłębiania losów kobiety, która poszukiwała wolności, tkwiąc latami w przeświadczeniu, iż jest mężczyzną, odcinając się od wszystkiego, co na drodze twórczej zgotowało jej los outsiderki.

Tymczasem wolność to dla Ewy możliwość zrobienia sobie tatuażu, zakupu wibratora oraz pociągnięcie ust czerwoną szminką. Kobieta czuje narastającą w sobie potrzebę podróży. Chce być w ruchu, zbudować egzystencjalną kontrę do doświadczeń, które wywołały w niej jedynie niepokój i frustracje. Zbliża się z Komornicką i decyduje na wyjazd. Ułatwia jej to mąż, który wyjeżdża wcześniej. Relacje z nim przedstawione są dość jednostronnie i niewiele wnosi uwiarygodnienie narracji czytanymi potem fragmentami pamiętnika Pawła, z których żona najprawdopodobniej – wnosząc z jej reakcji po lekturze – niewiele zrozumiała. A przecież „Podróż w stronę czerwieni” to książka o empatycznym spojrzeniu na świat wielu niedostrzeganych dotychczas możliwości. Przekroczenie granicy czterdziestu lat jest podkreślane tak często i z taką natarczywością, że odnosi się wrażenie, iż Zientek coś sugeruje nieco młodszym czytelniczkom. Niebawem będą miały wszelkie prawo do tego, by odpłynąć i zrobić sobie dobrze w wymiarze i kształcie, do których dotychczas wstydziły się przyznać. Zupełnie nie rozumiem zabiegu polegającego na tym, że do chcącej zmian i przemieszczania się Ewy autorka dodaje – całkowicie na siłę, co się czuje już od samego początku – dwie przyjaciółki, które w planach mają coś innego niż Ewa. Główna bohaterka chce znaleźć się w miejscach, po których bruku chodziła kiedyś Komornicka. Jej koleżanki generalnie chcą się najeść i wyrwać kawałek świeżego męskiego ciała. Dynamicznie rozprawiając o swojej niezależności, wchodząc z każdą kolejną stroną w następny stereotyp, z jakim tylko pozornie dyskutują.

Zientek prowadzi swe bohaterki śladami Komornickiej, ale tylko Ewa tak naprawdę chce z tej podróży wziąć coś więcej niż rozpaczliwy hedonizm chwili, za którym kryją się kompleksy, niedobory, życiowa bezwola i maskująca wszystko niezależność. To podróż wbrew mężczyznom, a jakby z nimi. Historia, w której pojawiają się rozważania na temat nietrafności ludzkiego doboru w pary. Kobiety Zientek pozwalają sobie na szczere rozmowy o własnych pragnieniach, ale niewiele mają do powiedzenia na temat tego, co te pragnienia uwarunkowało i dlaczego stały się takie, jakie są właśnie teraz, w tym tak mrocznym wieku po czterdziestce. Zasadniczo nic ich ze sobą nie łączy i we trójkę niewiele mają czytającym do powiedzenia. Duch Marii Komornickiej obecny jest jakby z boku. Dramatycznie egzaltowane dialogi tworzące scenariusz filmu, nad jakim pracuje w podróży Ewa, udowadniają, że Zientek mimo wszystko niewiele nowego ma do powiedzenia o kimś, o kogo można przede wszystkim pytać. Pytań jest sporo, tez również. Dlaczego Komornicka nie popełniła samobójstwa? Czy kochała Przesmyckiego? Jakie życiowe braki najbardziej jej doskwierały i z czym zupełnie sobie nie poradziła? Opowiadając o Komornickiej, Zientek proponuje narrację domysłów i w lekko manierycznym tonie domaga się od nas samych rozmyślań, z porzuceniem dat i faktów życiorysu artystki. Poza tym otrzymujemy opowieść o życiowych wariatkach, które chcą tak naprawdę tego samego, tylko nazywają to nieco inaczej.

To trochę za mało, żeby przykuć uwagę. Czyta się tę powieść w pewnym rozproszeniu. Sylwia Zientek opowiada o tym, jak bardzo jesteśmy sterowalni przez mody i trendy i jak mocno nas to wykoślawia wewnętrznie, gdy stajemy się karykaturami samych siebie. Czy inspiracja życiorysem Marii Komornickiej mająca tworzyć mocny fundament tej książki nie wynikła też z jakichś modowych trendów? Chcę wierzyć, że autorka jest szczera. Bo pewnie jest, ale niewiele ma nam do powiedzenia.

2016-07-04

"Czarne liście" Maja Wolny

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 6 lipca 2016

Liczba stron: 376

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Poszukiwania

Nowa powieść Mai Wolny nieprzypadkowo ukazuje się w siedemdziesiątą rocznicę pogromu kieleckiego. Punktem wyjścia dla tej przejmującej książki są wydarzenia z lipca 1946 roku, które obrosły legendą i hipotezami na temat tego, kto stał wówczas za zbrodnią. Ludność pochodzenia żydowskiego przetrwała koszmar wojny i obozów, by zakończyć życie, bo sfrustrowany tłum postanowił użyć siły na wieść o tym, iż polski chłopiec został uprowadzony przez Żydów. Henio Błaszczyk się odnalazł, ale w Kielcach polała się krew i życie straciło wielu z tych, którzy na nowo po wojnie uwierzyli w jego siłę. Brutalne ataki za pomocą łomów i żeberek kaloryferów, dodatkowo strzały i ta siła nienawiści w gromadzie, która wyrządziła wielkie zło. Czy była to zbrodnia? Tak, i Maja Wolny podkreśla to z całą stanowczością. Jej bohaterowie znajdą się w orbicie wpływów tamtych wydarzeń. Czasu, o którym Kielce chciałyby zapomnieć. Poznamy zatem tych, których los bezpośrednio związał z pogromem, i tych, dla których to wydarzenie będzie życiowym punktem odniesienia. Czarne liście” to książka z wyraźnym kontekstem historycznym, ale w gruncie rzeczy bardzo uniwersalna opowieść o tym, jak niezwykle istotna jest rola prawdziwego rozrachunku z przeszłością – tą historyczną, ale też z prywatnymi demonami zabranymi w życiową podróż z domu rodzinnego.

"Dom tysiąca nocy" był o silnych kobietach, które radziły sobie z traumatycznymi wspomnieniami. Nowa książka zarysowuje podobny problem. Narracja toczy się dwutorowo. Poznajemy losy Julii Pirotte, która swoim aparatem fotograficznym uwieczniała ślady po pogromie kieleckim. Śledzimy również perypetie Weroniki Czerny – matki samotnie wychowującej dziewczynkę, która pewnego dnia znika bez śladu. Weronika jest historyczką, która walczy ze swoją prywatną historią rodzinną. Nie utrzymuje kontaktu z matką od wielu lat. Jej rodzina była zamieszana w śmierć żydowskiej rodziny i ta krew na rękach wywołuje u Czerny wstyd. Bohaterka Mai Wolny naukowo zaangażowana jest w sprawy postaw wiejskiej ludności cywilnej wobec Żydów w okresie wojny. Owładnięta tematem, nieoczekiwanie nakreśla nowy horyzont poszukiwań własnego dziecka. Tymczasem Julia Pirotte, komunistka i mistrzyni fotografii, pamięci o przeszłości nie jest w stanie uporządkować. Doświadczona ogniem wojny traci na niej wszystkich bliskich. Wszystkich, o których istnieniu wiedziała. Jej narzędziem do walki z niesprawiedliwym światem odbierającym życie jest leica elmar 3 – aparat fotografujący prawdę ludzkich twarzy. Weronika po latach chce natomiast poznać prawdę zdarzeń, w których uczestniczyła Julia – postać autentyczna, obdarzona przez autorkę fikcyjną biografią. Mamy zatem książkę o dwóch zdeterminowanych kobietach. Jedna z nich musi oswoić pustkę wokół siebie. Druga ma możliwości, by zmienić życie. Wyjść naprzeciw wspomnieniom sprzed lat i powalczyć o wybaczenie, bez którego Julia nie mogła sobie radzić.

Maja Wolny sytuuje swoją współczesną bohaterkę w miejscu, z którego każda droga może być tylko drogą pytań. Jej córka znika, tak jak przed laty zniknął Henio Błaszczyk. Także wokół tego wydarzenia narasta atmosfera podejrzeń i coraz to nowych teorii spiskowych. Czy działalność naukowa Weroniki miała wpływ na prawdopodobne porwanie córki? Czy jest za to odpowiedzialny ojciec dziecka  – człowiek zmagający się z szaleństwem, które otrzymał w rodzinnym spadku? Wydarzenia wikłają się, a z pomocą zrozpaczonej matce przychodzi komisarz Mirosław Zaremba. Człowiek, który przez całe życie nie zetknął się ze śladami pogromu kieleckiego i jak wielu kielczan żył w nieświadomości mrocznego zdarzenia sprzed lat. Zaremba ma swoje własne kłopoty. Jest jednak typem poczciwego policjanta, który zbliża się do Weroniki, fundując nam mało frapujący i dość pretensjonalny fragment tej świetnej książki, czyli opowieść o miłosnym zbliżeniu w obliczu napierających na siebie, niewygodnych zdarzeń.

„Czarne liście” to książka o trudnych stosunkach polsko-żydowskich widzianych przez pryzmat świętokrzyskiej ludności wiejskiej tworzącej własne rewiry i społeczności zdecydowanie wrogiej jakiejkolwiek formie inności.  Weronika wierzy w przemianę pokoleniową, w to, że inaczej patrzą na świat młodzi ludzie, z którymi spotyka się na uczelni. Ci ludzie często pochodzą ze wsi, w których kryją się mroczne tajemnice i niewygodny światopogląd. Ta powieść to też efekt prywatnej próby rozliczenia się z wydarzeniami, dla których przez lata brakło definicji, a ich interpretacje kryją się w wiejskich domach, gdzie każdy ma własne zdanie, ale nikt o nim głośno nie mówi. Maja Wolny buduje świat przedstawiony w sposób bardzo przejmujący i uczciwie łączy ze sobą fakty i zmyślenia, dając nam do rąk opowieść o trudzie zapominania i niemożności porozumienia. Przeszłość rzutuje na bohaterów tej książki w kilku możliwych wymiarach. Weronika zabrała z rodzinnego domu wstyd i kompleksy, ojciec Laury – cień szaleństwa, który potem uniemożliwia mu normalne życie. Julia Pirotte lata wcześniej musi mierzyć się z potworną pustką, bo dla niej – w przeciwieństwie do Weroniki – nie ma już innych możliwości niż rozpamiętywanie śmierci oraz bolesnych śladów po najbliższych.

To nie jest zatem obyczajowa historia o antysemityzmie i o kobietach walczących o godność. „Czarne liście” to przede wszystkim książka o tym, w jaki sposób przyjmujemy traumę lat minionych i co robimy, żeby sobie z nią poradzić. Nieprzypadkowo córka Weroniki staje się małą kobietą doświadczoną trudem rodzinnego nieporozumienia już w trzecim pokoleniu. Tymczasem wokół tego nieporozumienia buduje się pewien ideologiczny mur. Pogrom kielecki wciąż na nowo odradza się w wielu formach pamięci i nie sposób będzie go wymazać. Weronika nie może wymazać wstydu, pozbyć się dyskomfortu swego istnienia. Szaleńczo oddaje się wąskiej specjalizacji historycznej, by bezowocnie porządkować własną pamięć. Jej córka patrzy na nią, uczy się od niej. Weronika poczuje doskwierającą pustkę, gdy Laura zniknie. Podobnie znikali bliscy z życia Julii Pirotte. Czerny ma jednak szansę na to, by powalczyć o odzyskanie dziecka. Także o spokój, którego od lat pragnie i nie może uzyskać. Powieść Mai Wolny jest zatem historią wewnętrznego rozrachunku z czasem minionym i pogodzenia z tym, czego nie można już zmienić. To rzecz pełna melancholii oraz poczucia odpowiedzialności za fakty historyczne. Wolny zmusza do zastanowienia się nad tym, skąd wyrośliśmy i co niesiemy w sobie jak brzemię. Opowiada także o tym, że zawsze jest czas na wybaczenie. Mądra i piękna książka.


PATRONAT MEDIALNY

2016-07-01

"Dym wciska się do oczu" Caitlin Doughty

Wydawca: 4A Oficyna

Data wydania: 4 maja 2016

Liczba stron: 284

Tłumacz: Adam Wawrzyński

Oprawa: miękka

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Porozmawiajmy o śmierci

Są tematy poważne. Śmiertelnie poważne. Takie jak te, którymi zajmuje się Caitlin Doughty, barwnie i pasjonująco opowiadając o ludzkim umieraniu. Autorka wychowana na niebiańskich Hawajach zstępuje do piekieł zarysowanych przez ogień kremacji. Ale nie rozważa tego, że piekłem jest śmierć. Chodzi o nasze jej wyobrażenia i o to, jak rozpaczliwie cierpimy, nie mogąc się z nią pogodzić, przyjąć jej do świadomości. W ciągu minuty umiera dwoje ludzi. Podczas czytania tej recenzji umrze sporo. Przy lekturze książki dużo więcej. Pewnego dnia jednym z tych ludzi będę ja lub będziesz ty, czytelniku. Czy mamy się panicznie bać oczywistości? Niekoniecznie. Doughty oswaja nasze koszmary, podkreślając jednocześnie, że w naszej kulturze całkiem zgrabnie omijamy bezpośrednie pytania o śmierć. Unikamy pytań natury egzystencjalnej, ale także boimy się pytań wprost. „Dym wciska się do oczu” to pewnego rodzaju poradnik, dzięki któremu zrozumiemy, że nigdy nie jest za wcześnie, by zadawać pytania o koniec życia. Tego ludzkiego, które eksponujemy przez cały czas i nawet starość obchodzimy za pomocą skalpeli chirurgów plastycznych – byle tylko nie uwierzyć w koniec. Nie myśleć o doświadczeniu, które będzie kiedyś doświadczeniem każdego z nas.

Autorka doskonale wie, o czym pisze. Jej fascynacja śmiercią to nie objaw neurotycznej osobowości młodej kobiety, która wbija się w glany, słucha metalu, jest abnegatką i myśli o samobójstwie. Nie, wrażliwość i czułość Doughty to przejaw jej empatii oraz silnego humanizmu. Jak na humanistkę przystało, okrasza swoje rozważania licznymi – mniej lub bardziej trafnymi – odniesieniami do tekstów kultury, do myśli filozoficznej, do różnego rodzaju mitologii, legend, podań i wzorców oferowanych przez różne grupy ludzi na wiele różnych sposobów żegnające się ze zmarłymi. „Dym wciska się do oczu” to jednocześnie książka, która nie stroni od drastycznych opisów tego, czym zajmuje się autorka. A zajmuje się żegnaniem zmarłych. Kremuje ich, podejmuje się także balsamowania, do którego ma dość ambiwalentny, a właściwie negatywny stosunek. Czytając Doughty, dowiemy się tego, w jaki sposób wydobywa się spalone kości z wnętrza pieca krematoryjnego i dlaczego zwęglenia muszą być czerwone, a nie czarne. Przeczytamy o tym, jakie płyny wprowadza się do organizmu, który trzeba zabalsamować. Dowiemy się, że autorka robi coś, za co jako czarownica byłaby spalona na stosie – mle kości niemowląt w specjalnie do tego celu przygotowanym naczyniu. To nie wszystko. O wszystkim też nie można napisać, bo odruch zniechęcenia albo zbulwersowania musi się pojawić. Koniecznie. Materia, którą zajmuje się Caitlin Doughty, nie jest niczym łatwym do przyswojenia. Łatwo natomiast zrozumieć – po uważnej lekturze – dlaczego sami sobie pewne rzeczy obrzydzamy, od pewnych uciekamy i tworzymy w umysłach bariery, które powinny zostać przełamane.

Jedną z nich jest nasza niechęć do śmierci i rugowanie jej z przestrzeni publicznej. Doughty opowie o różnego rodzaju usługach internetowych, dzięki którym każde umieranie można szybko zamieść pod dywan. Opowiada także o często heroicznych próbach rodziny, by pożegnać zmarłego godnie, być z nim do końca. Także do momentu, w którym zostanie on wsunięty do pieca krematoryjnego. Bo jest to wynalazek stosunkowo nowy i choć wielu kojarzy się z piekłem drugiej wojny światowej, dzisiaj jest już najbardziej sprawnym i stosunkowo niedrogim narzędziem do pożegnania ze zwłokami. Wszystkie są traktowane przez autorkę podmiotowo. Można by powiedzieć, że zmarli to jej przyjaciele. Caitlin Doughty oferuje im czułość i zainteresowanie, jakich być może nie zaznali w życiu. „Dym wciska się do oczu” – z dość prowokacyjnym tytułem – jest przecież książką o szacunku i rozwadze. To pokłosie sześciu lat pracy w amerykańskim przemyśle pogrzebowym i świadectwo uważnych lektur, którym autorka oddawała się od lat. Wiedziała, z czym się mierzy, i zdawała sobie sprawę z tego, że sfera jej zainteresowań może być uznana za dziwactwo. Ale tak naprawdę dlaczego?

Boimy się śmierci i wszystkiego, co z nią związane. Autorka punktuje nawet, czego dokładnie lękamy się w związku ze swoim zgonem. Nie dziwi fakt, że książkę o takiej tematyce wydaje niszowy wydawca. Ci dominujący na rynku pewnie baliby się tematu. Czegoś, co powinno być wprowadzone jako jeden z oczywistych kierunków dyskusji o współczesnym świecie. Świecie coraz większej liczby starzejących się osób, które z różnych powodów nie mogą umrzeć godnie. Caitlin Doughty opowiada o deficytach tej godności, kiedy żyjący mierzą się ze śmiercią, oraz o wszystkich innych aspektach związanych z końcem ludzkiego życia, które spotykają się ze społecznym odium. Albo milczeniem lub przerażeniem jednocześnie.

Styl tej opowieści urzeka dużą dozą autoironii i zgrabnym poczuciem humoru. Niewiele jest satyry, choć sporo gorzkich przemyśleń. Doughty nie kategoryzuje ani nie moralizuje. Pokazuje, że można zerwać z utrwaloną tradycją eufemistycznego nazywania śmierci albo niewłaściwego jej definiowania. Pierwsze doświadczone przez autorkę umieranie to odejście jej rybki, podmienionej szybko na kolejną, żywą. Taki ogląd śmierci wpaja nam kultura masowa – sugeruje, że można śmierć oszukać. A jeśli nie jest to możliwe, po prostu staje się ona tematem tabu. Czymś, z przeświadczeniem bliskości czego wszyscy żyjemy, ale mało kto potrafi o tym rozmawiać. Szczerze i uczciwie, bez przekłamań i bez napuszonych metafor.
Pewnie, że trudno spojrzeć śmierci w twarz. Ponoć Mata Hari miała tyle odwagi i inni nieliczni także zmierzyli się z tym, co przeżyją na samym końcu. Caitlin Doughty opowiada o swej pracy, pokazując, na ile sposobów potrafimy ukrywać śmierć i jak bardzo może być ona wstydliwa. W świecie, w którym jesteśmy w stanie rozmawiać o naprawdę wszystkim, nadal nie możemy zdecydować się na to, by uczciwie porozmawiać o umieraniu. „Dym wciska się do oczu” daje nam możliwość przemyślenia tego, jak rozumiemy własny koniec. Czego boimy się w umierających obok nas i czym ontologicznie jest dla nas kres ostateczny. Interesująca i wartościowa książka.

2016-06-29

"Zginę bez ciebie" Robert Ostaszewski

Wydawca: MUZA

Data wydania: 18 maja 2016

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Odejścia i traumy

Kiedy za pisanie kryminału zabiera się ktoś, kto od lat analizuje powieści kryminalne i potrafi być bardzo surowy dla wszelkich ich braków, możemy spodziewać się rzeczy co najmniej dobrej. „Zginę bez ciebie” to taki prztyczek w nos dla wszystkich twórców narracji kryminalnych, którym zdecydowanie nie wychodzi, ale przekonani są o czymś wręcz przeciwnym. Robert Ostaszewski pokazuje, jak napisać świetną powieść kryminalną. To jednak nie jest żaden manifest typu „patrzcie i uczcie się”, albowiem to, co najciekawsze, kryje się w warstwie obyczajowej książki. Tak się złożyło, że w krótkim czasie pojawiły się na rynku dwie powieści analizujące dramaty samobójstwa. Po Ostaszewskim wydano "Koniec warty" Kinga, który z mozołem tłumaczy wszem wobec każdy aspekt zabijania się, portretuje postać skłaniającą do samobójstw, wszystko rozwija i wyjaśnia w każdym najdrobniejszym nawet szczególe. A autor „Zginę bez ciebie” jest lepszy od Kinga, bo nie narzuca nam interpretacji, lecz pozostawia w sferze domysłów. Wielu. Jego historia naturalnie wyróżnia klasycznego złoczyńcę i każe mu się zmierzyć w finale z przedstawicielem prawa, jak na kryminał przystało, ale w gruncie rzeczy pozostajemy ze znakami zapytania, usiłując dociec, co takiego wydarzyło się w umysłach ciechanowskich nastolatek, że zdecydowały się na zbyt szybkie pożegnanie z życiem. To bowiem książka o tym, ile bolesnych pytań bez odpowiedzi pozostaje w każdym żyjącym, który konfrontuje się z samobójstwem bliskiej osoby. Emil Cioran uznawał, że jedyne prawo, jakie nam przynależy, to prawo do odebrania sobie życia. Ostaszewski pokazuje, jakie są konsekwencje tego aktu dla tych, którzy z Cioranem mogliby się nie zgodzić.

Postać podkomisarza Konrada Rowickiego, który jest pierwszoosobowym i trzecioosobowym narratorem powieści, mnie osobiście nie przypadła do gustu. Cynizm i zgorzknienie są do przełknięcia i mają być przecież cechami dystynktywnymi gliny z dobrego kryminału. Irytujące bon moty czy czające się na każdym kroku poczucie wyższości wobec kolegów z pracy – to zdecydowanie odpycha od głównego bohatera, który stał się taki, jaki jest, z powodu kilku osobistych traum. Zamknięty w sobie dąży do bezkonfliktowego trwania, do zaliczania kolejnego dnia w rutynie i samotności. Ze stuporu wyrwie go sprawa samobójstwa córki wiceprezydenta Ciechanowa. Tam bowiem Rowicki rezyduje po tym, jak rozpadło się jego życie w Krakowie, i po tym, gdy mężczyzna zagubił sens istnienia. Ciechanów jest wygodny do zachowawczego trybu życia. Niewiele się w nim dzieje. Do czasu zabicia się Jowity Dudek. Sprawa zostaje szybko zamknięta, a Rowickiemu wyraźnie zaleca się, by nie grzebał w niej głębiej. To jednak będzie niemożliwe, bo konfrontacja z trupem młodej osoby obudzi demony przeszłości, a podkomisarz zmuszony będzie do bardzo emocjonalnej reakcji. Dziewczyna, która odebrała sobie życie, każe mu sięgać myślami wstecz. Czuć podniecenie i przywoływać falę gorąca. Przeć do przodu z przekonaniem, iż teraz ma być może jedyną w swoim rodzaju możliwość rekompensaty za czas, w którym zabrakło mu determinacji, by zatrzymać przy życiu inną kobietę…

Bo przeszłość jest dla Konrada Rowickiego udręką, przed którą można uciec tylko w cynizm i obojętność. W taki rodzaj zgorzknienia, przy którym nie można już oczekiwać jakichkolwiek uniesień. Nie wierzy się w to, że serce zabije szybciej, a codzienna egzystencja wykroczy poza stałe rytuały związane z fizjologią. Przeszłość powraca w postaci zanurzonej w wannie z wodą i krwią. Ponownie Rowicki staje przed zagadką odebrania sobie życia. Przed laty wyrzekała się go najbliższa mu osoba. Ta, z którą chciał związać się na całe życie, stanowiąca sens jego egzystencji. Bezsilnie patrzył na jej odchodzenie. Teraz w gniewie i bezsilności myśli o Jowicie, która zdecydowała się na dramatyczny krok. Śledztwo dotknie czułych strun, a Rowicki zostanie od niego dość szybko formalnie odsunięty. Rozpocznie się węszenie samotnego wilka. Przesycone poczuciem odpowiedzialności za coś niewytłumaczalnego. Podkomisarz Ostaszewski musi zmierzyć się z zagadką, wobec której trzeba zachować dystans. Po to, by ponownie nie zaprzepaścić szansy zrozumienia tego, co pcha drugiego człowieka ku temu, by odebrać sobie życie.

W retrospekcjach Robert Ostaszewski odważnie mierzy się z problemem depresji. Nie nazwałbym Rowickiego typem depresyjnym mimo sugestii otwierających jego kartki z dziennika. Główny bohater tej książki jest przede wszystkim wyjałowiony emocjonalnie, ale wciąż pełen sił do tego, by zdobywać każdy kolejny dzień. Nawet jeśli ma być on bliźniaczo podobny do dnia poprzedniego i nie burzyć struktury powtarzalności oraz rutyny. Tymczasem „Zginę bez ciebie” kreśli obraz trudu obcowania z osobą, którą depresja pożera stopniowo. W taki sposób, który nie jest męczący dla otoczenia, ale z czasem staje się źródłem pytań bez odpowiedzi. Powieść Ostaszewskiego to przejmujące studium bezwoli i tego, jak witalne instynkty zachowawcze znikają, pozostawiając umysł w ruinie. To także książka o bezradności, o żalu i gniewie, a także o wyrzutach sumienia bolących wciąż na nowo – to wszystko przeżywa człowiek, który bezradnie patrzy na rozpad tego drugiego. Autor pokazuje te dramatyczne momenty, w których nie potrafimy już walczyć o siebie i jesteśmy skazani na metkę malkontenta albo lenia, kiedy najprostsze nawet codzienne czynności urastają do rangi wielkich wyzwań.

Co działo się w umysłach dziewcząt, które zabiły się tak jak Jowita? Co zrodziło się w umyśle Marii, doprowadzając do jej śmierci? Rowicki to mężczyzna postawiony wobec kobiecych zagadek, jednocześnie bardzo silnie związany ze swą babką Felicją – staruszką przepełnioną życiową energią, którą dzieli z wnukiem, gdy ten nie jest w stanie już jej z siebie wykrzesać. Ważne jest w zakończeniu tej powieści nie to, czego dokonuje autor, by spektakularnie rozwiązać zagadkę odejścia Jowity i innych ciechanowskich dziewcząt. Istotne jest, z iloma niedopowiedzeniami nas zostawia. Z jaką kondycją psychiczną pozostawia w finale samego Rowickiego. Ostaszewski doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że trzeba uszanować pytania bez odpowiedzi i nie być egzystencjalnym mentorem niczym King, wyjaśniający każdy detal historii o prowokowanych masowych samobójstwach. W „Zginę bez ciebie” ciche odejścia są kameralne. Przez to jeszcze bardziej uwierają, wywołują więcej bólu. To książka o różnych rodzajach bólu spowodowanego tym, że śmierć wyznacza swe granice zbyt wcześnie i zbyt gwałtownie. Dobra powieść kryminalna, świetna narracja obyczajowa o utratach, z którymi nigdy mentalnie się nie pogodzimy.

2016-06-27

"Szkielet białego słonia" Iza Klementowska

Wydawca: Czarne

Data wydania: 4 maja 2016

Liczba stron: 216

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Doniesienia ze smutnego raju

Raj w ruinie, z której usiłuje się podnieść – to obraz Mozambiku, bohatera kolejnego reportażu Izy Klementowskiej. Autorka powraca do tezy sygnalizowanej na kartach "Samotności Portugalczyka": przede wszystkim świadomość przeszłości właściwie ukształtuje tożsamość danego miejsca. Szkielet białego słonia” to w dużej mierze opowieść o tym, co Mozambik spotkało, ale trudno w tej mocno przygnębiającej książce znaleźć naprawdę czytelne zapisy tego, jaki Mozambik jest dzisiaj. Przyznam, że dużo więcej o tym kraju opowiedział mi w swych magicznych i metaforycznych narracjach Mia Couto, z którym Klementowska rozmawia i dzięki spotkaniu z nim nakreśla nam specyficzną kondycję białego drugiej kategorii w tym pięknym kraju, ufającym duchom przodków i zamykającym się w sobie, kiedy trzeba opowiedzieć o traumach dwóch wojen i gdy wolność okupiona jest milczeniem oraz licznymi ranami, które wciąż nie mogą się wygoić. To bardzo rzetelnie napisany reportaż, bo i historia Mozambiku wymaga tego, by poświęcić jej szczególną uwagę. Autorka dodatkowo śledzi także tutaj swojego Portugalczyka, ze jego kompleksami, radościami, rozczarowaniami i oczekiwaniami.

A mozambicki Portugalczyk ma się dużo gorzej niż ten europejski. Z drugiej strony – silne przywiązanie do odległej ziemi sytuuje go bliżej świata, któremu Portugalia usiłowała narzucić swoją perspektywę i który później zmagał się najpierw z wojną kolonialną, a zaraz potem z domową. Raj bezsensownie przelanej krwi to także miejsce, w którym antagonizują się rasy ludzkie. Klementowska odchodzi od ogólnikowych definicji rasizmu, nie stara się też zobrazować konfliktów między białymi a czarnymi przez klisze znanych nam wzorców interpretacyjnych. Ten reportaż wchodzi bardzo głęboko – w czas miniony i dramaty uwięzionych w Mozambiku, ale i kochających go bezwzględnie. Byłaby to świetna narracja, gdyby opowiedziała jednak więcej o rytmie dnia codziennego kraju. Opis posiadówek w ulubionej kafejce gubi swoją celowość, gdy chłonny atmosfery Maputo czytelnik musi obejść się smakiem. I domysłami, gdyż Klementowska wiele kwestii sugeruje, ale żadnej zasadniczo nie potwierdza.

Pewne jest natomiast to, że opisywany kraj popadł w ruinę na skutek wielu skomplikowanych zależności, które ukazane są tutaj poprzez losy postaci pełnych fatalizmu i ludzi staczających się po równi pochyłej. Często po to, by spotkać się ze śmiercią. Ta nie oszczędzała Mozambiku, ale nie chodzi tylko o ofiary dwóch wojen i naznaczone nimi dwa pokolenia, pośród których funkcjonuje wielu umarłych za życia, wciąż wskrzeszających przeszłość i opłakujących jej straty. Chodzi o to, co umarło w Mozambiku w minionych latach i wiekach, co nie pozwalało krajowi się rozwijać, co tak bezwzględnie powiązało go z Portugalią, wpływając na tyle destrukcyjnie, że dzisiaj mozambicka codzienność jest dla wielu nie do zniesienia. Przepiękny kraj w południowej Afryce jest przecież krajem malarii, licznych ruin przy głównych arteriach (z nomenklaturą o arcyciekawej historii); miejscem, gdzie praca jest przywilejem, i państwem, w którym rzekomo tylko jeden procent ludności jest syty i szczęśliwy. Być może trudno wydobyć z tego iskrzące opowieści o dniu dzisiejszym, a być może reportaż Klementowskiej ma takie założenie – opowiadać o czasie minionym, a niespełnione oczekiwania czytelnicze dotyczące codzienności pozostawić przede wszystkim w sferze domysłów.

„Szkielet białego słonia” stara się nakreślić kilka rodzajów tożsamości. To wspomniany już biały drugiej kategorii i biały wyobcowany. Także ktoś, kto nadal uważa się za pana, któremu podlega służący, bo ta bolesna dychotomia ma stale miejsce, wciąż gdzieś jest akcentowana. Klementowska usiłuje przede wszystkim zarysować to, co tworzy tożsamość Mozambijczyka. Jest w tym bolesny żal za okres kolonizowania, za rugowanie, narzucanie wizji świata nieprzystawalnej do rzeczywistości, w której magnetyzm buszu idzie w parze z lokalnymi wierzeniami i przekonaniami. Jest trudna do sprecyzowania duchowa wolność, która ma różne oblicza. Mozambik jest niepodległy od wielu lat, także wiele lat minęło od ostatnich konfliktów zbrojnych. Napięcie wisi jednak w powietrzu, tkwi gdzieś między ludźmi, tymi milczącymi i dokonującymi osobistych rozrachunków, bez obecności dawnego wroga, któremu można przebaczyć. To także tożsamość zagubienia. Wrośnięcie w pewną tradycję, ale i gotowość na to, że wszystko może zostać zabrane i zniszczone, bo przeszłość przywołuje przemoc wciąż na nowo. Kondycja Mozambijczyka to także kompleksy i lęk. Iza Klementowska szuka w zasłyszanych historiach odpowiedzi na pytanie o to, kim są dzisiaj mieszkańcy kraju tak długo podnoszącego się z ruiny i tak czytelnie o niej przypominającym na głównych ulicach miasta.

Maputo ma swoje wewnętrzne granice. Jest miastem podzielonym przez pamięć o historii, ale także zdeprecjonowanym tym, w jaki sposób Mozambijczykami zarządzali kolonizatorzy. To miasto dwóch tożsamości. Dawne Laurenço Marques pozostało nim na zawsze pośród tych, którym bliżej do zniszczonej architektury niż dynamicznego rozwoju tego, co nowoczesne, w pełni niepodległe. Klementowska opowiada o dramatach stolicy, ale także dramatach tych wszystkich ludzi, którzy pamiętają miasto inaczej. Maputo nie jest miejscem, gdzie dużo mówi się o raju. Raj rozciąga się wszędzie, wzdłuż ponad dwóch tysięcy kilometrów linii brzegowej i pośród tysięcy hektarów buszu, w którym jednych zabijano, a innym dawano szansę na to, by poznali siebie.

Uważność i czułość – to można dostrzec na niemal każdej stronie tego reportażu. Historia opisywanego miejsca nie czyni z niego męczennika dziejów. Jest jednak wiele gorzkich rozczarowań i niezamkniętych do dziś problemów, które – jak autorka gdzieś przeczytała – nie przestają nimi być tylko dlatego, że ludzie się do nich przyzwyczaili. Czasami brak oddechu, kiedy czyta się o tych wszystkich mrocznych zdarzeniach i o ludzkich historiach, które opowiadane są być może po raz pierwszy z taką wrażliwością na szczegóły. Brak oddechu szumiącego nieopodal oceanu i brak opisu witalności ludzi, którzy mozolnie budują swoje niepodległe państwo. Opowieści o śmiechu w ciasnocie busów czy o szczęściu, które w Mozambiku odnaleźli niektórzy rozmówcy Izy Klementowskiej, to jednak trochę za mało, by opisywany kraj poczuć. Nie chodzi o antynarrację dla wszystkich tych, którzy w Mozambiku zamykają się w hotelach, na plażach, w bezpiecznej przestrzeni oddalonej od bolączek kraju. Chodzi o to, że historia – jednak! – to nie wszystko, by zrozumieć tożsamość kraju, o którym tak niewiele wiedzą nawet Portugalczycy zdecydowani niegdyś na to, by zaprowadzać swe porządki w afrykańskim raju. „Szkielet białego słonia” to zatem dobry reportaż pozostawiający w niedosycie. Szkoda, bo „Samotność Portugalczyka” świetnie łączyła to, co minione, z tym, co wokół – nawet z dala od tras turystycznych.

2016-06-24

"Koniec warty" Stephen King

Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Data wydania: 8 czerwca 2016

Liczba stron: 480

Tłumacz: Rafał Lisowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 38,50 zł

Tytuł recenzji: Koniec, który rozczaruje

Każdy, kto zamykał "Znalezione nie kradzione", przeżył dreszcz emocji i nadzieję na genialną kontynuację. Oto bowiem seryjny morderca, Brady Hartsfield, ujawnia niezwykłe zdolności, wpływając na ruch przedmiotów wokół niego. Każdy miał nadzieję na to, że nie tylko umiejętności telekinetyczne ożywią – symbolicznie – przykutego do łóżka bohatera, który nadawał ton dynamicznej narracji „Pana Mercedesa” i był świetnym spiritus movens „Znalezionego nie kradzionego”, najlepszej książki tryptyku nazwanego detektywistycznym. Tymczasem „Koniec warty” to klapa i rozczarowanie na wielu możliwych poziomach. Otrzymujemy powieść, gdzie King usiłuje dość nieudolnie zamknąć historię, dla której zamknięciem – poza ostatnimi zdaniami – była już druga powieść cyklu. W tej, niestety, nieprawdopodobieństwa mnożą się na wielką skalę, bujdy na resorach przebijają jedna drugą, a całość stanowi bardzo przewidywalną opowieść, w której nie zaskakuje właściwie żaden rozdział. To, co może skupiać uwagę, to wielość niedorzeczności, którymi Stephen King raczy nas w powieści o tym, jak w niezwykły sposób odbudować swoją tożsamość i jak popchnąć innych na skraj przepaści, poza którą nie ma już niczego, bo życie przestaje mieć jakąkolwiek wartość.

Bill Hodges – w tej części wyjątkowo nijaki – zmaga się z poważną chorobą oraz przeczuciami, że sprawa Brady’ego nie została należycie zamknięta. U jego boku oddana i ambitna Holly – dużo mniej labilna emocjonalnie niż w poprzednich częściach i równie dynamiczna, jedyna warta uwagi kreacja w tej powieści. Hodges mierzy się z tajemniczymi zgonami, za którymi ktoś może stać. Jedną z ofiar jest Martine Stover – kobieta będąca w paraliżu po brawurowym ataku Hartsfielda na tłum czekający przed City Center. Ona i jej matka umierają nagle. Wszystko wskazuje na samobójstwo, ale pojawiają się niejasności. Obie kobiety były zadowolone z życia mimo trudnego losu i przekonania, iż nic się nie odmieni. Ktoś wpłynął na ich świadomość i spowodował śmierć. To dopiero początek dramatycznej gry. Toczonej między Hartsfieldem a Hodgesem w przestrzeni, której nie moglibyśmy sobie wcześniej wyobrazić.

To, co King robi z zabójcą z mercedesa, przyprawia doprawdy o zawrót głowy. Brady przechodzi potajemnie eksperymentalną kurację. Skomplikowana relacja lekarza z pacjentem mocno w duchu frankensteinowskim wywołuje szereg zaskakujących wydarzeń, z których najbardziej nieprawdopodobne stanowią trzon innej historii. Opowieści o tym, jak w XXI wieku można uwieść ludzi na odległość i jak za pomocą nowoczesnych technologii narzucić im ogląd świata. Co więcej – skutecznie zachęcić do odebrania sobie życia. Bo tak całkiem na poważnie King snuje gorzkie rozmyślania o tym, jak bardzo podatni na wpływy mogą być ludzie z kompleksami, co można z nimi zrobić i jak pokierować, by zamienić ich życie w koszmar. „Koniec warty” to opowieść o tej mrocznej sferze ludzkiej natury, którą zdajemy się kontrolować i zapominamy o skłonnościach autodestrukcyjnych, mając wyraźnie nakreślony życiowy azymut. Tych, których zmanipuluje Hartsfield, widzimy w sytuacjach granicznych, ale także w takich, kiedy dają się uwieść pewnemu elektronicznemu gadżetowi. To tu rozmywa się całkowicie wiarygodność powieści. Stephen King żegluje w jakieś szaleńcze rewiry. To jego cecha dystynktywna z licznych poprzednich narracji, ale tym razem rzecz ociera się o absurdy. Opowieść o tym, co może Brady, wiąże się z historią uzależnienia od konsoli do gry, łączy ze stroną internetową i wiedzie na manowce, bo nie ma w tym wszystkim ani mistyki, ani metafizyki, nie ma po prostu sensu i zdarzenia kleją się ze sobą na siłę, a my bezradnie przyglądamy się temu, w jaki sposób amerykański pisarz pogrąża się w swej najnowszej narracji.

„Koniec warty” ma być powieścią z rozwiązaniami radykalnymi. Wystarczy nam znajomość kilku zdań z okładki, by podążać za bohaterami ze znudzeniem. Męczą nie tylko przekombinowane historie i przekonanie o tym, że właśnie teraz King łączy ze sobą fanów powieści realistycznych i tych wcześniejszych, w których mimo wszystko panowała jakaś logika oraz atmosfera niezwykłości. W nowej książce nie ma ani jednego, ani drugiego. Autor nie sili się na to, by pokazać jakieś inne relacje między bohaterami niż te, które znamy. Wiemy, że będzie to powieść o zemście, ale nie spodziewamy się, jak bardzo można uczynić fabułę abstrakcyjną, by motyw zemsty dokonał się w możliwie oryginalny sposób. „Koniec warty” męczy również tym, że powiela wzory zachowań czy relacji międzyludzkich, które znamy z poprzednich powieści o zabójcy z mercedesa. Tym razem zabójstwa będą mieć innych charakter, King zasugeruje kilka oczywistych tez dotyczących ludzkiej podatności na wirtualne wpływy, będzie chciał uczynić Brady’ego mistrzem kamuflażu i narracyjnych wolt, a w gruncie rzeczy oddaje do naszych rąk dość nudną opowieść z przesłaniem, które jest zbyt czytelne. To nie jest już narracja ‘Znalezionego nie kradzionego’, gdzie sugerowane były rozmaite tezy i gdzie bawiła oraz intrygowała wielowątkowość. Tutaj mamy nieco śnięte rybki komputerowe, niezbyt rozgarniętego Hodgesa (pewnie z racji choroby), miniwykłady o tym, że każdego i zawsze można zmanipulować na odległość, oraz finał ujęty w klasyczne ramy, takie boleśnie przewidywalne zakończenie. Nic nie można wziąć dla siebie, bo wszystko jest wytłumaczone i objaśnione. Poza tym „Koniec warty” tonie w męczących retrospekcjach. Czytelnicy poprzednich powieści cyklu będą tym śmiertelnie znudzeni. Ci, którzy nie znają poprzednich książek, zagubią się w mnogości przywoływanych zdarzeń.

Trzecia książka cyklu detektywistycznego Kinga to taka opowieść o tym, co było, która stanowi sporą część objętości. To szkolna rozprawka o tym, ilu zagubionych frustratów można doprowadzić do zguby i jak niewiele do tego potrzeba. To także książka o bohaterze, który umiera, ale tak naprawdę nie umiera. Także o kimś, kogo śmierć na pewno dopadnie. O tym, że walczymy ze złem do ostatniego tchnienia, i o tym, że szpitalny humanitaryzm w traktowaniu ludzkiego potwora nie spowoduje, że ominie go odpowiedzialność za swoje czyny. „Koniec warty’ jest dydaktyczny i przekombinowany. Smutne, że po lekturze niewiele w nas pozostaje. Nie ma wyrazistych postaci ani czytelnie nakreślonych zdarzeń. Z tej powieści naprawdę wieje nudą i to mnie zaskoczyło. Książka jest letnia i wcale nie w tym znaczeniu, że zaserwowana nam na początku lata. Duże rozczarowanie i ulga, że tak komponowana dalej historia wreszcie dobiega końca.

2016-06-21

"Mam na imię Lucy" Elisabeth Strout

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 18 maja 2016

Liczba stron: 224

Tłumacz: Bohdan Maliborski

Oprawa: twarda

Cena det.: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Schyłek i odrodzenie

Powieść Elisabeth Strout jest książką o pozorach i o tym, czego możemy się domyślać – na temat świata i samych siebie. Będzie to z jednej strony mglista narracja niepozbawiona elementów kiczu jak symboliczne samotne drzewo na polu kukurydzy czy irytującej manieryczności głównej bohaterki, która co chwilę informuje, że o tym opowie, a o tamtym nie, wybierze fragmenty i zanalizuje relacje z matką, punktując jej nieczułość i pomijając milczeniem fakt niechęci powrotu do domu – po latach, kiedy demony dzieciństwa przestały być tak straszne. Jest to opowieść ogniskująca w sobie wszystkie ważne tematy. Strout zapłacze nad Indianami wyrugowanymi ze swych ziem – słusznie. Doda opowieść o tym, jak buduje się tożsamość pisarska w opozycji do innej obserwowanej pisarki – niepotrzebnie. Pojawią się informacje o rewolucji obyczajowej lat siedemdziesiątych minionego stulecia, odniesienia do wojny w Wietnamie, będzie o pokłosiu drugiej wojny światowej i o tym, dlaczego wciąż boimy się niemieckości, pojawi się także wątek homoseksualizmu oraz trudności pożycia małżeńskiego bez choćby sugerowania początków erozji związku. A mimo wszystko, mimo tematycznego bałaganu i mimo prób sygnalizowania zbyt wielu problemów, w swej analizie ludzkich domysłów jest to powieść naprawdę bardzo dobra.

Przede wszystkim to narracja zwierzenia. W niej kryją się prawdy i konfabulacje, ale głównie niedopowiedzenia – tam trzeba szukać, czasem na oślep, wyjaśnienia dla kondycji egzystencjalnej, w jakiej – po latach – bohaterka książki opowiada o długich tygodniach spędzonych w szpitalu i niespodziewanej wizycie matki, która mogła zmienić skomplikowane relacje między kobietami. Warto przypomnieć najważniejsze zdanie z tej książki, a brzmi ono następująco: „Tak wiele w życiu wydaje się domysłem”. Strout uwięzi swoją bohaterkę w dość toksycznej sieci domysłów, pozwoli jej na niemożliwy przez całe życie dialog z samą sobą, a czytających pozostawi w niemym zdumieniu, bo to książka o tożsamości, która długo nie mogła się narodzić.

Dlaczego? Dzieciństwo Lucy Barton było opresyjne. Prowincjonalne Amgash, w którym Bartonowie dodatkowo się izolowali. Dorastająca Lucy nie mogła się nauczyć życia, bo nie otrzymywała odpowiedzi na fundamentalne pytania. W rodzinie były milczenie, ciężka praca i niechęć do wzruszeń albo okazywania słabości. Rodzice okopali się na swoich pozycjach. Ojciec latami przeżywał wojenny koszmar, a matka bezpiecznie czuła się w świecie bez wyjaśnień, bez miłosnych wyznań, bez czułości i okazywania najbliższym tego, czego potrzebują – zainteresowania. Zaskoczenie Lucy jest ogromne, kiedy któregoś dnia matka zjawia się w szpitalu i postanawia spędzić z córką pięć dni. To czas rozmów o innych, o problemach im odległych. Czas, w którym niezdarnie próbują stworzyć płaszczyznę porozumienia, i czas, kiedy nie padają żadne ważne słowa. Istotne są gesty, za nimi będzie szło coś więcej w przyszłości. To Lucy odwiedzi matkę w szpitalu i to ona powie jej, że ją kocha. Mimo wszystko. Miłość idealna przecież nie istnieje, a między Lucy a matką tkwiły gdzieś bolesne doświadczenia uniemożliwiające wyznanie tej miłości.

To druga niedawno wydana, świetna narracja o relacjach matki i córki po "Skórze" Toni Morrison, gdzie domysłów było znacznie mniej, dużo więcej za to świadectw oddalenia. Strout pisze o oddaleniu w fenomenalny sposób. Czyni to dyskretnie i dosadnie jednocześnie. Pokazuje, jak skomplikowane mogą być relacje ludzi oparte na wiecznym porównywaniu się do czegoś, punktowaniu wad drugiej osoby. Gorzka diagnoza społeczna Strout obrazuje społeczeństwo, w którym poprawiamy sobie samopoczucie, deprecjonując innych. Lucy w dzieciństwie była wyjątkowo zdeprecjonowana. Przez biedę, rodzinną izolację, przez tworzące się latami kompleksy i poczucie, że zawsze należy przepraszać. Tożsamość Lucy rodzi się z deficytów i pragnień. Zbyt długo od siebie uciekała, aby spotkać się z sobą naprawdę. Zbliżenia, do jakich dochodzi w szpitalnych salach, są jedynie bolesnymi dowodami tego, jak daleko można być od najbliższej osoby i jak druzgoczące jest to dla rozwoju człowieka, przede wszystkim rozwoju jego umiejętności prospołecznych.

„Mam na imię Lucy” to książka o schyłku rodziny i małżeństwa. Jednocześnie powieść o tym, że na gruzach może rodzić się coś nowego. Nie chodzi tylko o pewność siebie. Także o pożegnanie się z tym etapem życia, na którym szukanie jakiegokolwiek punktu zaczepienia i elementu bezpieczeństwa powodowało, że poczciwych ludzi można było pokochać na zawsze. Lucy bezpieczniej czuje się, wspominając dobroć ludzką na swej drodze. Ci najważniejsi są gdzieś w oddaleniu. Ważne jest to, jak wiele wzięła od nich bohaterka, bo w gruncie rzeczy wszystko, co ją ukształtowało, musiało pochodzić od obcych, w rodzinie były cisza i pustka.

To również bardzo ciekawa powieść autotematyczna. Droga pisarska Lucy Barton jest nieustannym mierzeniem się z nieprzenikliwością świata. To próby opowiadania siebie, ale także konstruowania pewnej wizji rzeczywistości. Pisanie wynikłe z samotności i wychodzące naprzeciw tym, którzy dzięki czytaniu mogą zapomnieć o tej swojej. Lucy dobrze wie, obserwując inną znaną pisarkę, że pisanie o ludziach to dodatkowy problem, albowiem ludzkiej natury opisać się nie da. Bohaterka usiłuje więc nadać kształt własnej. Nie dowiemy się jednak zbyt wiele, bo tematów jest sporo, ale ich pogłębienia brak. Wiemy, że Lucy wybrała drogę aktywności zawodowej, która daje jej satysfakcję. Na przekór opresyjnemu czasowi rodzinnemu i trudnemu małżeństwu. Strout ujmująco opowiada o tym, że jej bohaterka nareszcie czuje się u siebie. Dobrze ze sobą i swoimi odczuciami. Z brakami, których nie zrekompensowała, i z marzeniami, które po części udaje się zrealizować. „Mam na imię Lucy” to książka o trudnym szczęściu i jeszcze trudniejszym udowodnieniu sobie, że można na nie zasłużyć.

Można powiedzieć, że to jedna z wielu narracji o tym, iż poczucie własnej wartości prędzej czy później trzeba w sobie umocnić, by przestać mierzyć się z demonami przeszłości i kompleksami. Elisabeth Strout dodaje do tego jeszcze jedną ważną sugestię. To, kim się stajemy, w dużej mierze zależy od sfery naszych przeżyć, emocji i odczuć. Od tego, jaki obraz nas samych odbija się w oczach innych ludzi. O tym, że są oni potrzebni, by poznać się naprawdę, bo tylko wśród ludzi wiele domysłów może zamienić się w pewność. Siebie i tego, kim się jest.

2016-06-18

"Biała Rika" Magdalena Parys

Wydawca: Znak

Data wydania: 1 czerwca 2016

Liczba stron: 304

Oprawa: twarda

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Jesteśmy pamięcią

Najnowsza powieść Magdaleny Parys to dowód na to, że literatura nie wydobywa się z pisarza samoistnie, że potrzebne czasem są bodźce, sugestywne nakłonienie, impuls od kogoś z zewnątrz. „Biała Rika” – jak to zdradza autorka w zakończeniu – powstała w dużej mierze dzięki namowom innych. Być może z opowieści, zbieraniny faktów, z konfabulacji i z domysłów. To formalnie dość odważny projekt, bo dynamiczna konstrukcja książki opiera się na licznych wtrętach, wstawkach, niechronologicznych wspomnieniach, na zapisie emocji i uczuć oraz na przeskokach czasowych, wciąż gdzieś na marginesach życia, wciąż wokół faktów interpretowanych w różny sposób.

„Biała Rika” nie jest powieścią uporządkowaną i nie opowiada historii w sposób linearny. Wciąż jednak zmierza ku określonemu końcowi, wychodząc z równie wyraźnego początku. Narracja Parys, inspirowana osobistymi doświadczeniami i złożonym losem własnej rodziny, wymyka się kategoriom i nie chce być zaszufladkowana jako powieść danego rodzaju. Bazą są wspomnienia, filarami fakty. Wokół nich sporo interpretowanych na nowo zdarzeń, sporo wspomnień ludzi mówiących i zachowujących się być może inaczej niż w opisie. To sentymentalna topografia Szczecina, Gdańska, Berlina oraz ludzi, którzy ukazują dzieje rodziny w zaskakujący sposób. Babka narratorki wyjeżdża z Niemiec do Polski i po latach słyszy, że nie może już być Niemką. Dagmara – snująca opowieści i wciąż na nowo przypominająca sobie wszystko – opuszcza Polskę, by zamieszkać w Niemczech. To historia ludzkiej migracji i bliskości oraz niezwykle barwna wycieczka w przeszłość. Bolesna i dowcipna, ale przede wszystkim trudna na kilka możliwych sposobów. Biała Rika” to opowieść o pamięci i jej ułomności. O zapamiętaniu i patologicznym chwilami drążeniu przeszłości, by wydobyć z niej to, co oparło się pamięci. Książka bardzo osobista, trudna w odbiorze, ale jednocześnie sugestywnie kreśląca uniwersalną wręcz opowieść o ludzkiej tożsamości. Jesteśmy bowiem tym, co sobie przypomnimy. A rzadko o tym pamiętamy.

Już na samym początku widzimy tę autorską zadziorność i przekonanie, że stworzenie „Białej Riki” będzie nie lada wyzwaniem. Nie chce mi się dzwonić i szukać, i pytać. W ogóle mogę pisać, co chcę, i wymyślać, co chcę, i nie będę niczego sprawdzać. Nie i koniec”. Wcale nie koniec. Zaczyna się pełna ekspresji podróż w głąb samej siebie. Tej, która dorasta w mrocznych czasach stanu wojennego i potem w początkowo obcym sobie kraju. Dagmara jest w tej książce postacią z jednej strony zagubioną, z drugiej jednak – najbardziej konsekwentną w rodzinie, jeśli chodzi o przypominanie sobie zdarzeń. Ważnych lub mniej istotnych, ale na pewno mających wpływ na to, jak ukształtowała się jej rodzina. Drzewa genealogiczne ze swoimi stałymi modyfikacjami pokazują trud, z jakim narratorka gromadzi informacje o złożonych oddziaływaniach na siebie ludzi z jej rodziny. Rodziny, w której jest wiele babć. One są początkami różnych historii, w nich też historie się zamykają. Babcia Rika w maju 1945 roku rodzi syna w obozie dla uchodźców, a jej bliźniacza siostra Gerda opłakuje porzucenie przez mężczyznę, który stanął u boku Riki. Być może Gerdzie zabrakło odwagi do działania, jakiego podjęła się siostra, a być może jeden mężczyzna dla dwóch sióstr miał być jednocześnie kimś, kto zbawia i wrzuca w otchłań porzucenia. Obie siostry są od siebie daleko. Dagmara usiłuje zbadać istotę tego dystansu. Nadać wspomnieniom wyraźny kształt i jednocześnie odmalować w wyobraźni to, o czym nikt już nie chce pamiętać. Zaczyna tworzyć barwną, choć ryzykowną dla czytelnika opowieść. Historię o tym, jak wiele z naszych przodków może tkwić w życiu, które dopiero kształtujemy.

„Biała Rika” to książka o przypominaniu sobie i o bezsilności wobec luk, które tworzą się w pamięci. To także opowieść o pewnego rodzaju mitologizacji rodziny i barwna narracja o szarych czasach, w których widmo wojny ponownie pojawiało się w świadomości tych, którzy tę wojnę, drugą światową, zaczynali już zapominać. Czy można zapomnieć o piekle, w którym rodziło się nowe życie? Czy czas powojennej zawieruchy na zawsze naznaczył rodzinę rozbitą na podgrupy i społeczności oddzielone od innych przez wspomnienia, przesądy, niewybaczone grzechy i przez zaniechanie? Chodzi o zaniechanie bliskości i rozsypkę, w której tkwią ludzie, dla których Dagmara usiłuje znaleźć wspólną płaszczyznę. Rysowane i poprawiane na nowo drzewa genealogiczne to wyraz dziecięcej bezsilności i jednocześnie determinacji – fakty trzeba ze sobą połączyć, wspomnienia powiązać, oddać głos niemowom i kazać zamilknąć tym, co powiedzieli za dużo. Magdalena Parys na naszych oczach rozgrywa także swoiste pojedynki z redaktorką oraz osobami weryfikującymi to, co przypomina sobie i usiłuje nazwać po swojemu. „Biała Rika” to zatem powieść o kilku prawdach i przekonaniach. Opowiada o tym, co się wie, i o tym, co można sobie wyobrazić. O myśleniu życzeniowym, które pomaga porządkować chaos czasu minionego. O tym, że najmocniej pamięta się swoje własne przeżycia, ale sięga się także głębiej – skądś się pochodzi, po kimś dziedziczy się cechy. Po kimś przejmuje trudny los i historie pełne tajemnic.

Ta książka nie kreśli nam tylko anatomii bezradności wobec własnej pamięci. Pokazuje siłę, z jaką można wydobywać od innych wspomnienia oraz namawiać ich na zwierzenia, które porządkują czas miniony. To również opowieść o mowie grobów i o rozważaniu głosów, które przebrzmiały już dawno, ponownie się nie odezwą. „Biała Rika” to także pełna anegdot opowieść o dziewczynce, która dorasta w świecie pełnym absurdów i niedoborów. Są też niedobory pamięci albo jej wybiórczość. Są liczne poszukiwania. I ciągła niepewność tego, jaki ostatecznie nadać kształt tej narracji.

Parys zaczyna od krótkich i rwanych zdań, by pogłębiać stopień opisu rzeczywistości, a w zakończeniu sprawiać wrażenie najzupełniej pewnej tego, o czym i jak pisze. To trudna droga mierzenia się z przeszłością, ze skomplikowaną strukturą rodzinną i z tym, że każdy człowiek w jakiś sposób ukształtował tożsamość dorastającej Dagmary. Tej, która odbywa potem drogę w przeciwnym kierunku niż ten obrany przez zakochaną w Polaku Niemkę. „Biała Rika” staje się na naszych oczach, choć w gruncie rzeczy opowiada o wszystkim, co już się wydarzyło. A jednak nie mamy pewności, jak wiele w tej powieści prawdy, a ile zmyślenia. Magdalena Parys odważnie komunikuje nam prostą prawdę – zawsze widzimy świat przez pryzmat wyobraźni i wybiórczych wspomnień. Zawsze staramy się go porządkować subiektywnie. Czasami robimy to po wyraźnych namowach innych. Wszystkim, którzy wpłynęli na stworzenie „Białej Riki”, należałoby podziękować, bo Magdalena Parys daje nam powieść oryginalną, jednocześnie bawiąc i smucąc. Każąc myśleć o własnym czasie przeszłym i tym, skąd wydobyliśmy się tacy, jacy jesteśmy.