2016-08-19

"Idealna" Magda Stachula

Wydawca: Znak

Data wydania: 17 sierpnia 2016

Liczba stron: 384

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Podglądanie, zdrada i zemsta

Wydawnictwo Znak zastosowało nową strategię promocyjną mającą na celu zachęcić do lektury… słowami odpowiedzialnych za proces wydawniczy danej książki. Nie tyle to nowe, ile nieco kontrowersyjne, ale z pewnością przyciąga uwagę. Bo interesujący debiut Magdy Stachuli czyta się rzeczywiście z dużą uwagą. Nie z racji wiodącej intrygi, niestety. Tam, gdzie są dwie młode kobiety, gdzie pojawia się mężczyzna i mowa o ciąży – planowanej, urojonej, utęsknionej, dramatycznej – wiadomo już z grubsza, o co może chodzić i kto komu zechce przytrzeć nosa. To, co stanowi trzon narracyjny tej powieści, jest historią dość przewidywalną. Nie udało mi się zatem – jak zachwalają redaktorki – przeczytać tej powieści od razu i gdy mniej więcej zorientowałem się, kto z kim walczy oraz jakimi środkami, powód wydał się boleśnie trywialny, a ja… spokojnie zamknąłem książkę, by się wyspać i dokończyć ją następnego dnia. Nie o historię z wyraźnie zarysowaną ofiarą oraz katem mi chodzi, kiedy piszę o tym, że książka jest interesująca. Również nie o różnorodność narracji. Stachula prezentuje kilka punktów widzenia, ale stawia przede wszystkim na sprawozdawczość – można zatem pomieszać akapity, w których wypowiadają się bohaterki, i tak naprawdę niewiele je będzie różnić, a przede wszystkim na kolosalnych różnicach – charakteru i mentalności – zbudowany jest dramatyzm tej powieści! Co jest naprawdę interesujące? Po kolei.

Anita zawsze była kobietą sukcesu. Pewną siebie, swoich możliwości, atrakcyjną dla mężczyzn, kontrolującą każdą sytuację życiową. Poznajemy ją w momencie, w którym do jej życia wdziera się chaos. Anita nie jest pewna siebie, swoich myśli, podejrzewa męża o jakieś szkodzące związkowi zamiary, ale przede wszystkim tonie w rozpaczy, bo nie może mieć dziecka. Jego posiadanie z czasem staje się obsesją bohaterki. Wszystko podporządkowane jest temu, by w jej idealnym domu i idealnym – na pozór – związku pojawiło się to idealne dziecko. Mały człowiek zmieniający wszystko. Mający wpływ na relacje, nastroje, emocje i działania. Anita jest zdeterminowana. Jej mąż, Adam, wyraźnie zmęczony napiętą atmosferą. Ucieka z domu, kiedy tylko może. Obecność żony jest dla niego deprymująca. Czar roztaczany przez Anitę w przeszłości prysł bez powrotu. Zostało jej przesiadywanie w domu, monotonne pozycjonowanie stron przy komputerze, nieliczne wyjścia i kontakt ze światem zewnętrznym, a właściwie tylko z jedną osobą stamtąd – jej zaufaną ginekolożką, która mimo przeszkód wciąż podtrzymuje Anitę na duchu. Bo dziecko przecież musi się pojawić. Po nim wszystko zmieni swój kształt. Proste, prawda? Ktoś jednak wszystko komplikuje. Ktoś wdziera się w życie Anity i Adama. Metodycznie ich śledzi, konsekwentnie zaognia rany, stwarza sytuacje konfliktowe, burzy porządek i wprowadza coraz więcej niepokoju.

Główna bohaterka w przerwach, gdy nie myśli o niespełnionym małżeństwie, lubi sobie spoglądać na obrazy z kamer internetowych. Stachula składa ukłon współczesnemu voyeuryzmowi, przed którym nie możemy się już obronić i który wiąże się z szeregiem ambiwalentnych odczuć – jedni zgadzają się na podglądanie w zamian za złudne poczucie bezpieczeństwa, inni od niego za wszelką cenę chcą uciec. A „Idealna” to taka fantazja na temat tego, do czego może nas doprowadzić przyglądanie się innym ludziom. Co może zrobić z naszym poczuciem własnej wartości, ku jakim zaskakującym rozmyślaniom skierować, jak ostatecznie zmienić punkt widzenia na własne życie. Bo przecież podglądając, czujemy się panami życia innych. Wolimy patrzeć niż stawać się obiektem spoglądania. Anicie podglądanie daje możliwość ucieczki od coraz bardziej opresyjnej rzeczywistości. Zaskakujące jest to, do czego może doprowadzić przyglądanie się pewnemu prażaninowi. Olśniewające zaś to, że podgląd kamery z zagranicznego tramwaju nasunął Stachuli pomysł na całą tę książkę.

W gruncie rzeczy każdy obserwuje tutaj każdego. Nie ma bohatera, którego nie oceniałby drugi człowiek przez pryzmat tego, co widzi, i tego, co w związku z tym konstruuje jego wyobraźnia. Zderzenia myśli i faktów dotyczących drugiej osoby są w tej powieści bardzo ciekawe. Także spojrzenia przez pryzmat płci. Rewelacyjnie rozegrany jest ten moment narracji, który zbliżenie seksualne z punktu widzenia Anity portretuje jako okrutny gwałt, a z punktu widzenia Adama jako czułość, za którą długo tęsknił i której wyczekiwał. W „Idealnej” każdy powinien się mieć na baczności przed drugim człowiekiem i każda nowa relacja z kimś nieznanym może być źródłem udręki. Ta atmosfera wiecznego osaczenia, stałej niepewności, rozpaczliwej walki zdrowego rozsądku z rujnującymi wewnętrznie przeczuciami stanowi o wyjątkowości tej książki i czyni z „Idealnej” powieść interesującą. Co poza tym? Motywacje do działań są dość uproszczone. Świat przedstawiony nie komplikuje się na tyle, na ile moglibyśmy przypuszczać po lekturze dość brawurowo poprowadzonych pierwszych kilkudziesięciu stron. Magda Stachula zepsuła być może efekt oraz wartość swojej powieści po prostu tym, że zaserwowała nam bardzo wtórną historię o zemście oraz towarzyszącej jej zawiści. Taką, której poskładanie w całość nie wymaga uważnego czytania do końca. A jednak jest w tej prozie pewna urzekająca świeżość. Jest też jeden interesujący wątek, który rozświetla szarość przewidywalnej intrygi. Nie jest źle, aczkolwiek jest to jedna z tych powieści, przy której zdarzy się, niestety, ziewnąć.

„Idealna” to literacka wiwisekcja zdrady. Dwuznaczność autorki w jej portretowaniu świadczy o tym, że Stachula nie kategoryzuje jak jej bohaterki, nie wyciąga daleko idących wniosków, nie ocenia i przede wszystkim nie szufladkuje. Zdrada przez większość fabuły uznawana jest za coś obrzydliwego, zdecydowanie godnego potępienia. Dlaczego? Co kieruje zdradzającymi? Autorka „Idealnej” puszcza do nas oko w zakończeniu. A może ironicznie się uśmiecha. Zdrada sankcjonowana jako zemsta może być okrutna, jednak co tak naprawdę nas ku niej prowadzi? To także ciekawa powieść o tych wszystkich pęknięciach w związku, które powodują, że najpierw przestajemy się do siebie odzywać, a potem mamy sobie do powiedzenia tylko najgorsze rzeczy. Za tym wszystkim idzie wszechobecny chaos. A główna bohaterka tej książki nie może znieść chaosu tak jak myśli o tym, że nigdy nie zostanie matką.

Magda Stachula dokonuje zbyt wielu uproszczeń, zbyt łatwo daje swoim bohaterom zwodzić się, karać, robić sobie na złość i potem pewne sprawy wyjaśniać. Zbyt wiele tu nieprawdopodobnych przypadków i za dużo łatwych okoliczności, dzięki którym kolejne zdarzenia się zazębiają. Ogólnie: powieść jest mało wiarygodna, choć opowiada o intrydze zrodzonej z krwi i kości. „Idealna” wywołała we mnie dwuznaczne emocje. Z pewnością tak nie pisze każdy debiutant. Z pewnością też potrzeba więcej wyobraźni, a przede wszystkim empatii i bardziej wyczulonego na niuanse pióra, by oddać odmienne postaci z należytą ich indywidualizacją. Tu wszyscy nieco się rozmywają, choć kat i ofiara to stale widoczna dychotomia. Co z Magdą Stachulą zrobić? Na pewno to, co zapowiadają materiały promocyjne – zapamiętać jej nazwisko. Przede wszystkim dlatego, że spod jej pióra może wyjść naprawdę dobra książka. Następna.

2016-08-17

"Kochanek" Jacek Melchior

Wydawca: Wydawnictwo "Krytyki Politycznej"

Data wydania: 17 czerwca 2016

Liczba stron: 480

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Rzeczywistość to rzeczywistość

Bardzo mi się podoba ewolucja pisarska Jacka Melchiora, któremu mocno kibicuję, bo ma nam z książki na książkę naprawdę coraz więcej do powiedzenia. Jego pierwsza powieść, "XXL", wcale tego nie zapowiadała. Studium samotności i egocentryzmu w połączeniu z cielesnymi (bo przecież nie miłosnymi) podbojami homoseksualnymi z debiutu nijak ma się do iskrzącej dowcipem, czarnym humorem, pełnej empatii i uważnego portretowania świata powieści „Kochanek” – świetnej narracji o tym, że życie nie jest czarno-białe, nie jest oparte na stereotypach i wciąż każe konfrontować się z czymś, co jest inne, a przestaje nim być dzięki oswojeniu. Podobnie jak w "Regina zamyka drzwi" autor coraz bardziej precyzyjnie pokazuje, czym może być życiowa walka o siebie. Podobnie jak w drugiej powieści portretuje silną kobietę, udręczoną i walczącą z udręką matkę – świetną postać drugiego planu, która chwilami przyćmiewa dwóch najważniejszych bohaterów. Melchior decyduje się na panoramiczną powieść o losach Polski postrzeganych przez pryzmat bliskich sobie osób, których bliskość warunkuje przede wszystkim oddalenie. Ten paradoks podkreślają także inne wolty narracyjne. „Kochanek” to przecież książka o formowaniu się rodziny – nie między ludźmi, których łączą więzi krwi, lecz między ludźmi przełamującymi opory przed zaakceptowaniem świata w drugim człowieku. Świata odmiennego od ich wyobrażeń, w którym bliskość potrafi zatrzeć uprzedzenia i bunt. Melchior brnie w niejednoznaczne sytuacje, aby pokazać, z jaką łatwością można rozsadzać słownik pojęć. Jego historia i barwni bohaterowie wciąż na nowo tworzą nowe ich definicje. Starają się zetrzeć na proch już utarte, bo w świecie przedstawionym tej powieści nic nie będzie takie, jakim określa to norma czy język.

Obejmująca dwie dekady narracja rozpoczyna się w momencie, w którym dwudziestotrzyletni Damian, student kulturoznawstwa, podąża przez miasto za przyciągającymi jego uwagę mięśniami. Śledzi facetów przepełnionych testosteronem. Goni za kolejną udręką, która zmusi go potem do rozpaczliwego onanizmu i fantazji o tym, obok czego był tak blisko, a czego nie mógł dotknąć, zasmakować. Jego filmowa, malarska i literacka wyobraźnia przywołuje fantazje, dla których gotów byłby się spalić w żarze chwilowej rozkoszy. Damian mógłby śpiewać z Dianą Ross jej „Muscles”, ale zdecydowanie bardziej ceni sobie Cassandrę Wilson. To przy dźwiękach jej muzyki oswoi Aleksandra – wypatrzonego w metrze seksownego bydlaka. Kogoś, kto w nadmiarze wielkomiejskich wrażeń straci czujność i pozwoli na zbliżenie z rachitycznym blondynkiem, dla którego ziemia rozstąpi się nagle i zdarzenie to będzie przełomem w dotychczasowym, nijakim przecież życiu.

Tak zaczyna się specyficzna znajomość mężczyzn, którzy mogą być sobie bliscy tylko wówczas, gdy wiodą życie z dala od siebie. Alek pochodzi z Białegostoku, jest ratownikiem medycznym, jego życie cechuje dość prosta estetyka i takie też marzenia – mieć dziewczynę, potem żonę, z nią dzieci i bezpieczny dom. Odkąd na jego drodze stanie Damian, nic już nie będzie bezpieczne. Alek ze zdziwieniem i zbulwersowaniem odkrywa, że oto dał się uwieść drugiemu mężczyźnie. Niewyobrażalne! On, samiec alfa, przyszły ojciec i mąż, zarządzający światem, taki zaradny, męski przecież, męski absolutnie i pies na baby. A jednak w mieszkaniu Damiana, który kryje swe fantazje seksualne przed matką i siostrą, dochodzi do pewnego przełomu. Obu połączy zależność oczekiwania. Nieco toksyczna, pełna skrytej namiętności, osadzona jednak w prozie życia, zbyt śmiała, by komukolwiek o tym opowiadać.

Z upływem lat Aleksander zaczyna w życiu kręcić się w kółko niczym żółty wagonik przywieziony przez matkę z NRD. Wchodzi w kolejne związki z kobietami i obok nich albo wbrew nim coraz chętniej – lecz rzadko – wraca w ramiona Damiana. Alek żeni się z córką sołtysa – taki układ za karę, po którym pozostaje drobny wyrzut sumienia, czyli charyzmatyczna Bogusia, dziecko wyjątkowe pod wieloma względami. To z nią świetny kontakt nawiąże Damian. Alek będzie nadal szukał szczęścia w heteronormatywnym świecie, wciąż będzie zdobywał kobiety, wciąż się łudził… i zawsze wracał do rachitycznego przyjaciela, którego może określić na wiele sposobów, ale nigdy nie nazwie go kochankiem.

Melchior każe Damianowi i Alkowi spotykać ich najgorsze demony z wyobraźni. Konfrontuje ich nie tylko z trudem budowania własnej przestrzeni porozumienia w świecie, który absolutnie nie jest w stanie zrozumieć ich relacji. Każe im mierzyć się z wyobcowaniem oraz przyglądać światu złożonemu z wartości, pojęć, działań i mechanizmów opartych przede wszystkim na normie społecznej. „Kochanek” to opowieść o rozsadzaniu tych norm. Nie jest to żadna homoseksualna love story, choć dźwięki muzyki Cassandry Wilson wiążą bohaterów w sentymentalnym i kiczowatym nieco uścisku. Dużo ciekawsza i bardziej dynamiczna jest paralela rozwoju ich znajomości z budową warszawskiego metra, którym Alek tak jest zafascynowany, pokazuje pewien progres, wychodzenie naprzeciw czemuś nowemu. Nowe wyzwania, nowe okoliczności. Przyjaciele czy kochankowie? Czym jest łącząca ich więź? Jak zaskakująco wiele osób z ich otoczenia też zbliży do siebie?

Wspomniana już na wstępie matka to rodzicielka Damiana. Postać drugiego planu, do której czytelnicza uwaga kieruje się zaskakująco często. Małgorzata latami mierzy się z prawdą o synu. Nie tyle dojrzewa do niej, ile próbuje uporządkować chaos, gdy dowie się przypadkiem, a później będzie już śledzić tylko jakieś katastroficzne wiadomości o tym, jak homoseksualizm jest szykanowany. To Małgorzata wbrew sobie okaże wielkie serce wyobcowanej Bogusi traktującej Alka i Damiana jak dwóch ojców. To ona także, na złość wszystkiemu, w 2005 roku wybierze porządek skrajnie prawicowej partii, na którą odda swój głos, jakby tym głosem mogła uciszyć sumienie i swój świat znów uczynić zrozumiałym, czarno-białym. Ona również w zakończeniu wyrazi swój bunt i uczciwie przyzna, że przegrała, nie rozumiejąc, nie akceptując, nie mogąc wyjść poza samą siebie.

„Kochanek” jest opowieścią o tym, w jak różnorodny sposób doświadczamy w życiu inności, jak od niej uciekamy i jak bronimy się przed tym, co niemożliwe do zrozumienia. Niemożliwe? W świecie przedstawionym nowej powieści Jacka Melchiora wszystko jest możliwe. Co więcej – jest to absolutnie prawdopodobna fikcja literacka. Prezentująca świat takim, jakim jest, a nie takim, jakim chcemy go widzieć. Być może najbardziej tragiczną postacią jest Alek, wciąż na siłę tkwiący w uporządkowanym świecie norm, okopujący się z dala od odmiennych przeżyć, kwestionujący te przeżycia, kwestionujący jakąkolwiek bliskość z mężczyzną, który jest mu przecież najbliższy na świecie. A może nie o tragizm tutaj chodzi, a jedynie o zarysowanie tego, w jaki sposób postrzegamy bliskie relacje i na jakich zasadach je budujemy. Jacek Melchior pokazuje, że wokół głównych bohaterów z czasem tworzy się specyficzna rodzinna bliskość. Każdy ma jakiś interes w tym, by ta rodzina trwała. Każdy bierze z niej coś dla siebie, nie oczekując niczego w zamian.

To książka o różnorodnych możliwościach i o brzemieniu niespełnienia. O tym, że zbyt często boimy się wybrać, jeśli wybór związany jest z ryzykiem. To również opowieść o tym, że cel życia często zaspokajamy w bardzo prosty sposób, obudowujemy się jakimiś substytutami szczęścia. Intrygująca historia nieszczęść wywołanych imperatywami tak zwanej normy i narracja o tym, że normalne może być absolutnie wszystko, co nie przynosi krzywdy drugiemu człowiekowi. Barwna opowieść o czasach, w których każdy z nas liczył się z jakimiś nadziejami, gdy świat wokół zmieniał się dynamicznie. Książka o kilku nadziejach pogrzebanych i o konsekwentnej walce o samostanowienie. Różnorodna jak życie. Bardzo dobra i każąca się interpretować na wiele sposobów. Bez słownikowych ograniczeń.

2016-08-15

"Zimne popioły" Valentin Musso

Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Data wydania: 5 sierpnia 2016

Liczba stron: 352

Tłumacz: Oskar Hedemann

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Mroki przeszłości

Potworne fakty związane z drugą wojną światową stały się kanwą tysięcy powieści i przypuszczam, że kolejne tysiące jeszcze powstaną – ogrom dramatyzmu do literackiego zagospodarowania jest przecież nie do określenia. Valentin Musso – brat słynnego francuskiego pisarza Guillaume’a – stworzył opowieść będącą mrocznym memento dla wydarzeń, jakie miały miejsce w niemieckich ośrodkach Lebensborn, w których przychodziły na świat aryjskie dzieci dla wzmocnienia rasy panujących i gdzie z równą pieczołowitością likwidowane były jednostki słabe i ułomne. Wyspecjalizowane szpitale czy komórki zabijania? Musso nawiązuje do istnienia francuskiego oddziału Lebensborn, w którym na świat przychodziły między innymi dzieci Francuzek ze związków z nazistami. Ci ludzie w dorosłym życiu rzadko kiedy poznawali swoją przeszłość. Żyli w nieświadomości, pośród niewygodnych dla francuskiej opinii publicznej faktów. Dzieci, które poznały swój mroczny rodowód, zaraz po wojnie były szykanowane i narażane na różne formy odrzucenia. Francuzi do dziś nie wiedzą, jak wiele z nich naznaczonych było piętnem wymuszonego często kontaktu francuskiej matki z niemieckim oprawcą – ojcem i katem. Autor podnosi poziom dramatyzmu swojej książki, wyraźnie sugerując nam fakt, że oto mamy do czynienia ze świadectwem odszukiwania bolesnych prawd w przeszłości przez ostatnie powojenne pokolenie, które może cokolwiek wyraźnie pamiętać. Proponuje książkę o ułomności, fragmentaryczności, wybiórczości i bolesności ludzkiej pamięci. O zapominaniu tego, co złe, i o obłędzie pamiętania wszystkiego. Czy na pewno wszystkiego? Kto w „Zimnych popiołach” będzie niósł w sobie najbardziej bolesną traumę z przeszłości? Ktoś, kto pamięta wszystko, czy ktoś, kto dowiaduje się tylko części prawdy? A może ktoś jej zupełnie nieświadomy?

Aurélien Cochet jest paryskim nauczycielem. W jego życiu nie wydarzyło się nigdy nic, co mógłby nazwać wstrząsem. W miarę bezboleśnie ślizga się po powierzchni życia, cechują go stoicki spokój i dystans do otaczającego świata. Ma za sobą związek, w którym się nie sprawdził. Nigdy tak naprawdę nie obdarzył uczuciem kobiety, do żadnej nie przywiązał się na stałe. Mężczyzna może się uznać za szczęściarza. A w jego uporządkowanym życiu zdarzyło się właściwie tylko jedno dramatyczne wydarzenie. Była to śmierć ojca, która przełamała tę harmonię, w której Aurélien tkwił nieświadomy prawdy o własnej rodzinie. A ta prawda wydaje się niemożliwa do ogarnięcia. Odsłania się przed nim zaraz po tym, gdy jego dziewięćdziesięcioletni dziadek odchodzi z tego świata. Bohater Musso był do niego bardzo przywiązany. Henri był autorytetem – zawsze pracowity i sumienny, przekazał Aurélienowi miłość do kina. Ten obraz zacznie się rozpadać w świadomości mężczyzny w momencie natrafienia na pewien wstrząsający film z lat czterdziestych minionego stulecia. Widzi dziadka w otoczeniu Gregora Ebnera – architekta Lebensbornu. W otoczeniu młodych, jasnowłosych i ciężarnych kobiet. Henri kolaborował z Niemcami? Służył instytucji działającej jak fabryka do tworzenia jedynych słusznych ludzi? Aurélien przeżywa szok. To dopiero początek jego drogi poznawania rodzinnych sekretów. Nie spodziewa się, że ta droga zmieni go na zawsze. Nie tylko jego.

Valentin Musso sprawnie rozgrywa swą rodzinną psychodramę, serwując nam zaskakujące zwroty akcji. Szybko zrozumiemy, że to nie przemiana Auréliena będzie w tej powieści najważniejsza. Powieść obrazuje studium obłędu, do jakiego doprowadza obsesyjne myślenie o tym, kim byli nasi przodkowie. Zupełnie niespodziewane staną się związki rodziny Auréliena z francuskim oddziałem Lebensborn. Nie takie, jakie moglibyśmy przewidzieć – czytający oraz bohaterowie. Ten główny zarzuca sobie, że oddalił się od siostry Anny. Anna bardzo przeżyła przed laty śmierć ojca, borykała się z depresją, miała tendencje samobójcze. Rodzeństwo odsunęło się od siebie, a Aurélien chce zmienić tę postać rzeczy. Nie ma pojęcia o tym, co tak naprawdę utrudni mu zbliżenie się z Anną i co siostra nosi w sercu. Co pamięta, a czego dowiedziała się przypadkiem. Do czego to później doprowadzi.

Miesiąc przed zgonem Henriego ginie w innej części Francji Nicole Brachet. Tę samotną i zgorzkniałą staruszkę ktoś zabija, starając się zatrzeć po sobie ślady. Pojawiają się jednak tropy przeszłości, w której tkwili oboje – ona i zmarły potem Henri. Ta przeszłość będzie upominać się o swoje prawa. Niewygodne fakty, przerażające sploty wydarzeń. Morderca Nicole nie chce, by wywoływać demony przeszłości. Nie chce także, by Aurélien zaglądał w przeszłość. Tymczasem mężczyzna jest zdeterminowany. Wie, że fragmentarycznymi prawdami nie sposób się zadowolić. Cierpi i odkrywa kolejne mrożące krew w żyłach fakty. Czas wojennej zawieruchy powraca ze zdwojoną siłą. Powracają ludzie i zdarzenia – nigdy nie powinny zagościć w pamięci trzeciego pokolenia po wojnie. Prawda bowiem rujnuje – o tym przekonają się boleśnie Aurélien i jego siostra. On sam szczególnie mocno: rozpadnie się świat jego wyobrażeń i przekonań o rodzinie. Bezpieczny kokon, w którym tkwił latami. Nieświadomy powiązań własnych przodków z koszmarnymi wydarzeniami naznaczającymi Francuzów podczas okupacji wojennej. To będzie czas próby dla wielu ludzi. Czas ratowania się przed paranoją, kiedy szokujące zdarzenia ujawnią swe oblicze. Czas, w którym nie każdemu uda się obronić przed obłędem…

Valentin Musso prezentuje wydarzenia w taki sposób, że stopniowanie napięcia wychodzi mu doskonale, aczkolwiek w finale wszystko staje się nadmiernie dramatyczne, przez moment niewiarygodne, później jednak całkowicie zrozumiałe. Zaskakujące jest to, jak wiele złych wspomnień może unieść jednostka ludzka i jak wiele dodatkowego zła czynią te pokłady w psychice niezdolnej zaakceptować czegoś, co nie mieści się w granicach jej percepcji. Zimne popioły” to bowiem książka o traumach, których nie jesteśmy w stanie przyswoić. O takim rodzaju dochodzenia do prawdy, który wiąże się jedynie z szokiem i bólem. Musso snuje opowieść o rodzinnych kłamstwach mających ocalić żyjących. O tym, że tajemnica rodzinna to źródło wieloaspektowego bólu dla tych, którzy ją odkryją. To także książka o tym, iż zacieranie niewygodnych faktów z czasu minionego może być jedyną szansą na zachowanie normalności. Pozornego spokoju. Rodzinne kłamstwa w tej powieści to kobierzec, po którym poruszają się latami niczego nieświadomi członkowie rodziny. Najbardziej pokrzywdzony jest Aurélien – na niego wszystko spada nagle, ze zdwojoną siłą. Kto jest tu jednak powiernikiem największego nieszczęścia i bólu? Kiedy dzieje się ta prawdziwa tragedia? Tragedia związana z przerwanym życiem albo życiem bezwolnym, przesyconym strachem, naznaczonym piętnem okrucieństwa wojny na zawsze? Czyta się „Zimne popioły” z niesłabnącą uwagą. Ze świadomością, iż wiele, bardzo wiele francuskich rodzin może chować w swych czterech ścianach zabójcze dla nich sekrety. Ta historia opowie o jednej z takich rodzin. Zderzy ludzką percepcję z ludzkim okrucieństwem, bezkompromisowością, ale też z niezłomnością, heroizmem i dzielnością. Musso stworzył powieść pełną dwuznaczności, a jednocześnie bardzo czytelną. Przełamaną smutkiem i melancholią, ale dynamiczną od początku do ostatniej strony.

2016-08-12

"Gdzie jest Mia?" Alexandra Burt

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 2 czerwca 2016

Liczba stron: 416

Tłumacz: Grażyna Woźniak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Walka o siebie

Etykietowanie nie służy książkom. W zasadzie nigdy. Zestawienie ciekawej powieści Alexandry Burt z "Dziewczyną z pociągu" zbudowano jedynie na paraleli labilności emocjonalnej głównej bohaterki. O ile w przywoływanym bestsellerze, naprawdę kiepskiej powieści, ta chwiejność i chaos są czymś co najmniej irytującym, o tyle Burt buduje na nich naprawdę wiarygodną powieść o dramacie macierzyństwa, egzystencjalnej samotności, o poczuciu wyobcowania i pozostawieniu samej ze sobą i wszystkimi przykrymi zdarzeniami losu. Bo „Gdzie jest Mia?” to opowieść o bezkompromisowej walce nie tyle o dobro własnego dziecka, ile przede wszystkim o możność samostanowienia wraz z wyzbyciem się demonów przeszłości. To historia straumatyzowanej kobiety, której jedyną przychylną w życiu osobą staje się lekarz wydobywający ją z ciemnej otchłani amnezji. Estelle będzie zmuszona do konfrontacji z tym wszystkim, co niewygodne. Z tym, z czym borykała się przed urodzeniem córki, i całym koszmarem po tym, gdy siedmiomiesięczna Mia zniknęła.

Macierzyństwo to temat niezwykle wdzięczny i szeroko wykorzystywany w literaturze współczesnej każdej szerokości geograficznej. Można je połączyć z Historią, nadając opowieści zarys rzeczy, która rozlicza, definiuje i ukazuje panoramiczny obraz przemian mrocznego okresu – tak uczynił Pavol Rankov w "Matkach". Można relacji matki z córką nadać znaczenia symboliczne, poruszać się gdzieś w przestrzeni niedomówienia, wabić dwuznacznościami i jednocześnie pokazywać trudność tej relacji – to zobrazowała doskonale Ida Linde w zbiorze miniatur literackich "Poleciały w kosmos". Alexandra Burt stawia na dramaturgię nagłego rozstania. Ginie dziecko, z którym matka właściwie codziennie walczyła. O te chwile bez płaczu, o odrobinę spokoju i stabilizacji. Estelle nie wywiązywała się z obowiązków matki wzorowo. Ciąża zaskoczyła ją, wychowywanie dziecka stało się uciążliwe. Bohaterka przez cały czas walczy o to, by Mia czuła się w jej towarzystwie bezpiecznie. Chce jej zapewnić najlepsze warunki rozwoju. Tymczasem sama rozpada się wewnętrznie. Do jej umysłu wdziera się chaos. Pojawiają się mroczne, groźne myśli. Myśli o ostatecznym uciszeniu tego wiecznego płaczu. A może Mia jest chora? Może sygnalizuje matce coś, czego ta nie jest w stanie właściwie odczytać? Każdy doradza Estelle, jak ma postępować. Na czele z mężem, który od zawsze pouczał i strofował. Bohaterka Burt coraz bardziej gubi się w sobie. Wydaje jej się, że coś zrobiła, coś usłyszała – w rzeczywistości tak nie było. Coraz trudniejsze macierzyństwo wieńczy tragiczny finał. Pewnego dnia matka zastaje puste łóżeczko. Co więcej – zniknęły wszelkie ślady obecności dziecka w domu. Ktoś je porwał? Dlaczego Estelle nie zgłasza zaginięcia na policję? Dlaczego nie informuje o tym ojca dziecka? Czy sama zdaje sobie sprawę z tego, co zaszło, skoro z dziewczynką u boku miała duże problemy, by porządkować rzeczywistość i zdawać sobie sprawę z tego, co jest realne, a co tworzy jej wyobraźnia?

Spektakularny początek powieści mocno przykuwa uwagę. Okazuje się, że Estelle miała wypadek w jakiejś odległej okolicy, której nigdy nie odwiedzała. Wprowadzona w stan śpiączki farmakologicznej traci pamięć o wydarzeniach sprzed wypadku. Pamięta jedynie, że nie ma jej córki. Że Mia zniknęła, a ona nie była w stanie temu zapobiec ani później odnaleźć jej na żaden z możliwych sposobów. Rozpoczyna się walka o to, by przypomnieć sobie czas miniony, by właściwie postawić pytania o to, co się stało, i by odnaleźć zaginione niemowlę. Alexandra Burt wykorzystuje często eksploatowany literacko motyw amnezji po to, by nadać zdarzeniom bardziej dramatyczne oblicze. Oto bowiem z mgły we wspomnieniach wyłaniać się będą kolejne mroczne zdarzenia. Zaskakujące, czasami nieprawdopodobne, za każdym razem jednak uwiarygodnione, bo Burt dba o detale i nie oddala nas od prozy życia, prawdopodobieństwa opisywanych wydarzeń. Bohaterka będzie zmuszona także do konfrontacji z własną przeszłością. Z trudną relacją z matką, która nie poświęcała córce należytej uwagi. Z momentem nagłej śmierci rodziców, który połączy Estelle z kimś, z kim nigdy nie chciałaby mieć nic wspólnego…

Burt świetnie buduje początkową dramaturgię. Jest naturalistyczna w opisach – nie oszczędza czytelników ani swej bohaterki. Estelle będzie zmuszona przejść gehennę. To, czego do tej pory doświadczyła, będzie niczym w porównaniu z przerażającym odsłanianiem kolejnych faktów. Poszlaki niezbicie wskazują na to, że zrobiła Mii krzywdę. Sprawa staje się medialna, opinia publiczna wydaje wyrok. Estelle pozostaje absolutnie sama. Właściwie tak jak przez całe swoje życie. Bo szansa na odmianę, jaką miał być związek z Jackiem, była jedynie rojeniem o szczęściu, gdy małżeństwo przypieczętowała ciąża, a jego rozpad stawał się jak najbardziej realny już od momentu zniknięcia dziecka.

Alexandra Burt opowiada o tym, jak wiele matka jest w stanie poświęcić dla dziecka. Ukazuje jednocześnie trud codziennej opieki nad niemowlęciem i sugeruje, że ta codzienność może przysparzać więcej przykrości niż radości. Autorka doskonale manipuluje percepcją czytelnika. Od początku do samego prawie końca nie możemy mieć pewności tego, co dzieje się rzeczywiście, a co jest urojeniem. Estelle walczy z demonami w sobie, a policja szukająca Mii – z czasem. Jedna z tych walk będzie wygrana. Burt nakreśla skomplikowaną sytuację kobiety, która zdaje się nie panować nad sobą i na długo przed tragedią nie nazywa poszczególnych elementów rzeczywistości ich właściwymi nazwami. „Gdzie jest Mia?” to także pasjonująca wiwisekcja toksycznego związku. Estelle jest podległa woli chłodnego racjonalisty, coraz bardziej zbuntowana wobec siatki nakazów i zakazów, coraz bardziej wściekła w matni upomnień i sugestii. Amerykańska autorka opowiada o ludzkim szaleństwie, ale także niezwykłej determinacji. Ogrom przeżyć głównej bohaterki jest wprost nie do nazwania. Szaleństwo idzie w parze z walką o resztki szacunku do samej siebie i o córkę, której Estelle – mimo swoich licznych niedopatrzeń i błędów – nigdy nie chciała skrzywdzić. Czy matka i córka się spotkają? Jakie jeszcze symboliczne znaczenie może mieć rozłąka niemowlęcia z kobietą niekontrolującą swoich emocji? Burt jest wiarygodna, stworzyła prozę pełną intensywności i przykuwająca uwagę na tyle, że czyta się to wszystko świetnie, właściwie jednym tchem.

2016-08-09

"Syn ogrodnika" János Háy

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 11 maja 2016

Liczba stron: 260

Tłumacz: M. Biniecka, J. Jarmołowicz, M. Jęcz, W. Kasprzak, M. Roguska, K. Szymanowska-Szymańska, K. Ślęzak

Oprawa: miękka

Cena det.: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Gdzie mieszka wolność?

János Háy napisał piękną książkę o pasji życia, o nowych dla człowieka uczuciach, o pewnej zaklętej przestrzeni i pragnieniu wydobycia się z niej – wprost w ramiona wielkiego świata, tego największego, określonego przestrzenią wolności i muzyką rock’n’rollową. To także powieść inicjacyjna o szukaniu życiowych alternatyw, nazywaniu pojęć, odczuć i ludzi oraz świetne ujęcie drogi w męskość prowadzącej w jedną stronę, bez możliwości powrotu. Syn ogrodnika” to jedna z tych absolutnie pozytywnych książek, które są w stanie zawsze podnieść na duchu i pokazać piękno świata. Tu z perspektywy węgierskiego chłopaka, który przenosi się z prowincji do Budapesztu, poznaje nowe otoczenie, chłonie miasto, próbuje się z nim zintegrować, a ostatecznie marzy o podróży do Stanów Zjednoczonych, gdzie gra jego ulubiona muzyka i gdzie tak naprawdę – w jego mniemaniu – mieszka prawdziwa wolność. Háy czyni swego młodego bohatera świetnym gawędziarzem, ale przede wszystkim ukazuje nam moment mentalnego przejścia z dzieciństwa, nieskażonego doświadczeniami innymi niż policzek za drobne przewinienie albo podkładanie czosnku nielubianej nauczycielce, do wielkiego świata – egzemplifikowanego przez Budapeszt, ale nie będzie tutaj chodzić o wielkość w sensie przestrzeni. Węgierski prozaik akcentuje momenty prób i nieoczywistych dla chłopca doświadczeń. Pokazuje, kiedy staje się mężczyzną, na jakich warunkach i jakie to niesie dla niego konsekwencje. Wszystko w słodko-gorzkiej tonacji i z ponurym obrazem komunistycznych Węgier ubarwionym jednak w wyobraźni bohatera.

Tam, skąd pochodzi, wszyscy tkwią w jednym miejscu. To taki bezruch bez perspektyw, ale także najnormalniejsza w świecie perspektywa oglądu świata. Ważne jest to, co na podwórku, w bliskim otoczeniu. Wakacje zawsze spędza się tam, gdzie się jest. Z prowincji się nie wyrasta, prowincję się w sobie nosi. To tam rosną krzewy owoców jagodowych, których zbieraniem zajmuje się ojciec chłopca. Jego filozofia życiowa jest prosta – należy zrywać jak najwięcej owoców, a wówczas świat stanie się mało skomplikowany. Skomplikowana jest jednak dla ojca konstrukcja psychiczna młodszego syna. Nie chce on iść w jego ślady, nie spełnia ojcowskich oczekiwań, staje się wiejskim odmieńcem i człowiekiem, nad którym nie można zapanować nakazami czy uderzeniami w twarz. Jednak dla syna ojciec również jest kimś oryginalnym. Autorytet zbudował na byciu innym, specyficznym, jedynym w swoim rodzaju z punktu widzenia syna. Tymczasem ich relacje poddane zostają próbie. Bohater przenosi się do stolicy, żeby uczyć się w średniej szkole. Ojca Budapeszt szokuje i zastanawia. Metro, ruchome schody, tapety na ścianach mieszkań. W dodatku kobietom wolno swobodnie palić. Za dużo i zbyt kontrastowo. Woli być tam, skąd pochodzi. A bohater Jánosa Háya chce właśnie uciekać od stagnacji. Nie tylko w świat dźwięków ukochanej muzyki i instrumentu. Także tam, gdzie można zmienić perspektywę, przyjrzeć się światu zbędności, odkryć nową przestrzeń dla siebie i zasmakować innego życia.

Pojawia się wyobcowanie, kiedy młody bohater musi liczyć już tylko na siebie. Oswajanie miasta nie jest łatwe. Ono się wdziera do świadomości na własnych zasadach, trudno jest to kontrolować. Ale czy przypadkiem Budapeszt nie jest synonimem tej wielości doznań życia, od których można uciec na prowincję, ale które wcześniej czy później upomną się o siebie? János Háy barwnie opisuje rozczarowania, zaskoczenia, momenty wzniosłe i w trywialny sposób niepowtarzalne. Węgry to jednak „kraj do dupy”, w którym nie ma wolnej miłości, nie ma szalonej miłości do rock’n’rolla i nie ma jeszcze czegoś. To bohater musi znaleźć sam. Jaka będzie jego konfrontacja z tym naprawdę wielkim światem, kiedy uda mu się przekroczyć węgierską granicę? Co będzie w stanie za nią zostawić i jaki emocjonalny bagaż zabierze w podróż?

„Syn ogrodnika” to opowieść o ludzkim pragnieniu budowania wokół siebie ładu wedle ściśle określonych, wewnętrznych praw. Miłość do muzyki wyróżnia wiejskiego chłopca, potem ukształtowanego przez takie a nie inne doświadczenia mężczyznę. Jest czymś stałym i niepodważalnym, punktem odniesienia dla myśli i działań. Jest także swojego rodzaju przekleństwem. János Háy portretuje dzieciaka zakochanego w tych przejawach wolności, dla których nie ma miejsca w komunistycznych Węgrzech. Potem dojrzałego człowieka, dla którego świat otwiera się nazbyt gwałtownie. To także opowieść o możliwościach, jakie stwarza życie, i o naszej bezradności względem nich. Co robimy z danymi nam szansami? Jak wykorzystujemy niepowtarzalne spotkania z innymi ludźmi? Na jakim etapie życia uczymy się siebie najpilniej i kiedy jesteśmy pewni, co sobą reprezentujemy? „Syn ogrodnika” to książka o trudnym, ale pięknym odkrywaniu świata. O wyzwalaniu się z piętna swego pochodzenia, ale także o tym, że zawsze jesteśmy tymi, którzy do czegoś przynależą. Háy pokazuje także paralelę między trudami oswajania angielszczyzny – niezbędnej do tego, by śpiewać ukochane piosenki – i kolejnych zakrętów losu niosących w sobie niepewność, często obawy, rzadziej poczucie odnalezienia się w czymś nowym.

To bardzo plastyczna proza. Widać przestrzeń, z której wydobywa się bohater, ale także miejsca oswajane przez niego. Zostają w pamięci sytuacje oraz dialogi, które János Háy kreśli z czułością i dużą wrażliwością na piękno – otoczenia, ojczystego języka. To książka, która zaczyna się od prostych marzeń o dżinsach, a kończy na zdobywaniu świadomości tego, co jest marzeniem, a co po prostu trudnym do osiągnięcia elementem rzeczywistości. Syn ogrodnika” – powieść nieco gorzka w swej wymowie – to literacki ukłon dla każdego przejawu młodości, dla ludzkiej niefrasobliwości i dla tych wszystkich cech z dzieciństwa, których musimy się pozbywać, by przyswajać nowy, tak zwany dojrzały świat. Háy pięknie opowiada o dziecięcych tęsknotach i męskiej melancholii. Pozostawia nas z otwartym zakończeniem. Życiowa droga jego bohatera dopiero się zaczyna. Frapujące i inspirujące!

2016-07-25

"Felix Austria" Sofija Andruchowycz

Wydawca: Czarne

Data wydania: 13 lipca 2016

Liczba stron: 288

Tłumacz: Katarzyna Kotyńska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,80 zł

Tytuł recenzji: W Stanisławowie

Sofija Andruchowycz namiętnie i obsesyjnie zajmuje się w swojej twórczości kwestią kobiecej tożsamości. Po mało wyraźnych opowiadaniach ze zbioru "Kobiety ich mężczyzn" i interesującej „Siomdze” otrzymujemy powieść zatrzymanego czasu i miejsca, w której zaznaczy się konfesyjny ton opowieści o złudzeniach, nadziejach, marzeniach i o życiowej goryczy. Ukraińska pisarka bohaterką pierwszego planu uczyni Stefanię Czorneńko, służącą w domu Adeli Anger, mieszkanki Stanisławowa – portretowanego z czułością i topograficzną dokładnością – w 1900 roku, kiedy monarchia austro-węgierska ma się nie tylko dobrze, jest dla Stefanii rajem i punktem odniesienia. Dlaczego jednak w bohaterce „Felix Austria” jest tak wiele żalu i frustracji? Co łączy ją z jej panią, z którą zrosły się i pozostały na zawsze w na poły toksycznej, na poły wyzwalającej zależności? To pamiętnik złożony z groteskowych, ironicznych, smutnych i przezabawnych fragmentów komentujących rzeczywistość wokół. Tę widzianą z perspektywy służącej. Codzienne życie, a w nim galeria barwnych postaci pieczołowicie portretowanych, wyraźnych oraz dających możliwość snucia refleksji o naturze człowieka i świata. Piękna powieść zanurzona w czasie przeszłym i ukazująca pewien fragment rzeczywistości społeczno-politycznej. W niej zagubiona Stefcia, dla której świat to wytyczone przez innych normy. Także tęsknoty i rozczarowania, troski dnia powszedniego, ale i czasami furia. Czorneńko to bardzo charakterystyczna postać. „Felix Austria” jest dzięki temu książką, która mocno zapadnie w pamięć.

Stefania i Adela to byty niezależne, ale jednocześnie połączone specyficzną więzią, z której nie mogą się wyzwolić. Nakreślony podział ról – pani i służąca – nie ułatwia nam interpretacji wzajemnych relacji. To pewien intymny związek, w którym czają się wzajemne pretensje oraz utyskiwania, mniej lub bardziej werbalizowane. Kobiety zbliżyła wspólna śmierć matek, ale to nie wszystko. Nie są dla siebie jak siostry, nie jak przyjaciółki – a jednak połączone czymś niewidzialnym, nie do końca zrozumiałym. Stefania jest gwarantem normalnego życia dla nieporadnej Adeli, która nie potrafi się sama ubrać, jest niczym marionetka wymagająca prowadzenia przez innych. Żyje w związku z mężczyzną, który ma talent do figur cmentarnych. Obdarza je większą czułością niż żonę, ale Adela jest przekonana o tym, że każdy element jej życia znajduje się na właściwym miejscu. Także Stefcia, która ma służyć. Ale bohaterka Andruchowycz nie jest pokorną służką. Wpada w furię, wylewając zawartość nocnika czy wyrzucając przyrządzone liny przez okno. Obserwujemy tygiel emocjonalny Czorneńko, dla której punktem wyjścia do rozważań jest zawsze porządek gwarantowany przez bycie obok Adeli.

Stefcia jest właściwie stale obok. Obok głównego nurtu tętniącego życiem Stanisławowa, w którym żyją ze sobą ludzie różnych kultur i wyznań. Perspektywa służącej pozwala przyglądać się ludziom z miasta bardziej uważnie. Stefania przecież głównie obserwuje z boku. I widzi zadziwiająco dużo, zaskakująco dokładnie. Interpretuje fakty po swojemu, czasami naiwnie wierząc w to, że Bóg jej pewne sprawy wyjaśni. A jest sporo do wyjaśniania, albowiem porządkowany przez Stefcię świat rozpada się. Ludzie okazują się inni, niż sądziła. Pośród pozorów pozostaje jej wewnętrzna godność, szczerość i gotowość do tego, by skomentować ludzkie przywary, a także poglądy i zachowania. Sofija Andruchowycz prezentuje kronikarkę czasu, w którym każdy czuje, że może zrobić wiele i jest przekonany o tym, iż Stanisławów to centrum tętniącego życiem wielkiego świata. W tym mieście kryje się wszystko, co dla danego czasu istotne. Autorka nie traktuje historii wybiórczo. Nie koloryzuje i nie interpretuje faktów. Pozostawia swoją Stefcię w zadumie i złości, kiedy życie przyjmuje inne kształty, niż zakłada służąca, a dynamiczny Stanisławów staje się przez moment prowincją z ludzkimi słabościami, do których nikt nie chce się przyznawać.

To powieść także o wycofaniu i osobności. Petro, mąż Adeli, żyje w swoim własnym świecie, podobnie jak przygarnięty chłopiec z syndromem Ehlersa-Danlosa, giętki i sprytny, potrafiący skryć się w zaskakujących miejscach, szkicujący być może alternatywną mapę miasta. Stefania nie potrafi żyć jak Petro. Stanowiła zawsze część życia Adeli i tylko w związku z nią widzi siebie naprawdę. „Felix Austria” to zatem książka o tym, w jaki sposób poszukuje się własnej tożsamości i jak bardzo chciałoby się stanowić o samym sobie, ale jest to nie tyle trudne, ile niezrozumiałe tak do końca. Stefcia jest samotna, ale chciałaby zmienić ten stan. Nie chodzi o to, by odnaleźć kawalera, z którym połączy swoje życie. Chodzi o pewien rodzaj odrębności – ktoś powinien się z nią liczyć, za pewne działania szanować, być może też podziwiać. Tymczasem jest Adela, która potrafi okrutnie odrzucić i użyć słów, które ranią, powiększając życiową pustkę. A jednak Stefania walczy o siebie. Chce uporządkować wokół tyle, ile się da, i chce mieć nadzieję na to, że Bóg i los wyznaczają sensowną drogę, której celu jeszcze nie zna.

Jest w tej prozie sporo nostalgii przełamanej znakomitym poczuciem humoru autorki, albowiem niektóre fragmenty książki bawią do łez. Inne znowu mogą przywołać łzy wzruszenia. Andruchowycz nie oszczędza czytelników, tak jak nie oszczędza głównej bohaterki. Proponuje nam podróż po świecie, z którego pozostało w pamięci już niewiele, a przecież pamięć porządkuje cały świat przedstawiony „Felix Austria” i to w pamięci o czymś, co już nie istnieje, Andruchowycz zawiera swoje fantazje o kobiecości silnej, a jednocześnie zaniedbanej – smutnej, lecz przepełnionej witalizmem. Niespodziewającej się tego, co może nastąpić, bo symboliczne zakończenie na pewno zaskakuje czytającego. To opowieść o pielęgnowaniu złudzeń i o odwadze samostanowienia. O tym, że pozycja społeczna nie determinuje zachowań oraz myśli. To także książka o niezwykle silnej kobiecej zależności – o jej subtelnych niuansach kreślonych tutaj z czułością oraz empatią. Mimo chwilami rozrywkowego charakteru jest to jednak książka przesycona melancholią. Wyrosła z czasu, w którym coś w powietrzu zapowiadało katastrofę, a jednocześnie kazało brać życie garściami. Piękny pokłon dla galicyjskiej prowincji i świetnie opowiedziana historia ciekawości świata – w takim kształcie, który wydaje się obcy i jednocześnie bardzo bliski. Świetna książka, czuła i mądra.

2016-07-20

"Stasi i dziecko" David Young

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 6 lipca 2016

Liczba stron: 368

Tłumacz: Katarzyna Sosnowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Zagadki reżimu

Podjęcie w książce tematyki opresyjnego reżimu byłej NRD niesie ze sobą wyzwania. Choćby z tego względu, że trudno wyjść poza opis aparatu deprecjonującego człowieka i zmuszającego do wiary w jedyną słuszną ideologię. Metody pracy Stasi, piekło jej więzień, preparowanie dowodów czy wszelkiego rodzaju manipulacje podczas śledztw zmuszające więźniów do uległości – to wszystko zostało już zobrazowane i opisane, do tego też David Young wraca w swoim thrillerze. Myślę, że „Stasi i dziecko” jest dobrą powieścią przede wszystkim dlatego, że oferuje nam bardzo wyraźne, sugestywne postacie pierwszego i drugiego planu. Opowiada o udręce funkcjonowania w reżimie, ale środek ciężkości przesuwa w stronę dylematów etycznych i moralnych swoich bohaterów. Ta książka to pokłosie uważnych lektur i jak sam autor wspomina – fikcja łączy się tu z pewnymi elementami świata rzeczywistego. Otrzymujemy opowieść o trudzie lojalności samemu sobie, ale przede wszystkim rzecz o determinacji w działaniach. Prowadząca śledztwo milicjantka Karin Müller spektakularnie działa w różnych skomplikowanych kontekstach, pokazując niezłomność mimo atmosfery nieufności, bo nikomu wokół tak naprawdę nie można w narracji Younga wierzyć do końca.

Autor przez pierwsze kilkanaście rozdziałów nie proponuje czegoś wyjątkowego. Fabuła zagęszcza się w drugiej części książki, kiedy zaczynamy składać ze sobą dwie opowieści – tę o poczynaniach porucznik Müller i tę związaną z losami pewnej nastolatki zesłanej do ośrodka wychowawczego w Brugii. Najważniejsze jest to, że nieustannie zaskakiwana zwrotami akcji jest sama główna bohaterka, w związku z tym i nam trudno jest oderwać się od lektury. Zwłaszcza w momentach, gdy przychodzą finałowe rozwiązania. Tymczasem dowiadujemy się o przeszłości Karin Müller. To jedyna kobieta w NRD na czele wydziału kryminalnego i ktoś postarał się o to, by była tą pierwszą. Karin ma całkowicie zindoktrynowaną osobowość i mam tu wielki żal do Younga, iż nie pogłębił tego w stopniu wystarczającym. Kobieta postrzega rzeczywistość wokół jako jedyny słuszny ustrój. Nic, co obce, nie może być dla niej dobre. Wszystko wzbudza nieufność przy jednoczesnym przekonaniu, że kraj, któremu służy, jest najbardziej uporządkowanym systemem polityczno-społecznym, jaki mógł się wydarzyć. To wszystko jest ważne, biorąc pod uwagę, jakie fakty podczas swego śledztwa odkrywa Karin i jak wpływają one na jej sposób postrzegania NRD. Poza porządkiem w światopoglądzie jest jeszcze duży chaos w sferze emocji, albowiem bohaterka Younga zmaga się z traumatyczną przeszłością, dla której wciąż nie może znaleźć wytłumaczenia. Przed laty wydarzyło się coś, co naznaczyło Karin na zawsze. Wpłynęło także destrukcyjnie na jej związek z mężem.

Jak zaczyna się fabuła? Zostają odnalezione zwłoki dziewczyny. Młodziutkiej, co tym bardziej przygnębia. Po śmierci okaleczono ją i zgwałcono. Sprawca dość nieudolnie zadbał o to, żeby myślano, iż denatka została zastrzelona, kiedy przekraczała granicę. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do wielu uciekinierów miała się kierować na wschód. Zastanawiające są także ślady kół samochodu i sygnały wskazujące na to, że mogłaby to być jakaś zbrodnia polityczna. Jak jest w istocie? Najciekawszy wydaje się fakt, iż sprawą – z różnych względów – zainteresowane jest Stasi, ale działania podejmuje Milicja Ludowa z mniejszymi uprawnieniami i możliwościami dalszego działania. Karin Müller u boku swego zawodowego partnera, z którym łączą ją stosunki także inne niż służbowe, podejmuje się zadania wciąż utrudnianego przez różne dziwne okoliczności. Dojdzie nawet do tego, że śledzący sprawę milicjanci zostaną odsunięci od działań. Kto i jaki interes ma w tym, żeby sprawę śmierci dziewczyny prowadziła właśnie Karin? Tym bardziej że nie będzie to jedyny trup, a kolejna ofiara wskaże berlińskim milicjantom zaskakujące nowe tropy.

Mamy tymczasem Brugię i ośrodek dla nieprzystosowanych społecznie. Także dla tej części młodzieży, która z różnych powodów uznana jest za wrogów ojczyzny. Ta portretowana przez Younga ojczyzna swój aparat opresji buduje także na indoktrynowaniu i uzależnianiu od siebie młodego pokolenia. Powieść czytelnie w samym tytule sygnalizuje najważniejszy problem – manipulacje aparatu bezpieczeństwa, który wykorzystuje do swych działań już nastolatków. Taka nieszczęśliwa trójka z Brugii stanie się symbolem tego mrocznego zniewolenia. Ale to nie wszystko. Jest to bowiem książka o tym, że marzenia o ucieczce do lepszego świata – uznawanej przecież za najcięższe przestępstwo w NRD – towarzyszą już najmłodszym Niemcom, którzy z różnych powodów widzą świat takim, jaki jest naprawdę, a nie takim, jakim prezentuje go reżim.

Ważny jest wątek partnerskich relacji Karin i jej męża. Związek przeżywa ciężką próbę i najtrudniejsze dopiero przed nimi. Ta małżeńska współzależność wydaje się wyjątkowa, bo wskazuje na to, że tylko oni – mimo skrajnie różnych postaw i oczekiwań względem życia – są wobec siebie naprawdę lojalni. A to pewność przekonania, której Karin nie ma na żadnym etapie śledztwa. Zdarzenia zmieniają się dynamicznie, a berlińska milicjantka nie wie, komu zaufać i jak skutecznie działać dalej. Nie rozumie też pewnych działań jej przełożonych. Nie ma świadomości, że w prowadzonym śledztwie jej osoba może być celem szczególnej manipulacji.

David Young pokazuje pewną bezkompromisowość trudnego życia w NRD dokładnie do ostatniej strony swojej powieści. To, jak postrzega się świat, może zostać doskonale zmanipulowane. To, jak się o nim myśli, dodatkowo zmodyfikowane przez aparat opresji z wieloma jego możliwościami. Stasi i dziecko” to powieść, która pokazuje, co dzieje się z ludźmi w trybach morderczej machiny reżimu. Zwycięzcy nie mogą się nimi czuć, a nawet jeśli się czują – nie mają pojęcia o tym, że mogą być przegranymi. Tutaj nie będzie tak, że sprawiedliwość zatriumfuje, a udowodniona wina będzie szła w parze z zasadną dla niej karą. Young pozostawi nas w niemym zaskoczeniu i przerażeniu. Pozostawi z książką, w której nic właściwie nie będzie tym, czym się wydaje.

2016-07-18

"Mężczyźni z różowym trójkątem" Heinz Heger

Wydawca: Ośrodek KARTA

Data wydania: 13 czerwca 2016

Liczba stron: 152

Tłumacz: Alicja Rosenau

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: Wyjątkowe świadectwo

Opublikowano już ogromną liczbę wstrząsających świadectw obozowych. Takich, w których autorzy mogą domagać się rozliczenia za doznane krzywdy i zazwyczaj ten rozrachunek ma miejsce. Świadectwo Heinza Hegera – spisane na przełomie lat 1967 i 1968, wydane po raz pierwszy w latach siedemdziesiątych minionego stulecia – to opowieść człowieka, który ze swoją krzywdą, zhańbieniem, deprecjonowaniem jako istoty ludzkiej i wspomnieniami okrucieństw musiał pozostać sam. Na wiele lat po zakończeniu wojny. Podobnie jak inne homoseksualne ofiary nazizmu, dla których zadośćuczynienie za wojenną przemoc nie przychodziło. Co więcej – ci, którzy przeżyli piekło obozu ze stygmatem „zwyrodniałego elementu narodu”, nigdy przez ów naród nie zostali potem dostrzeżeni ze swym cierpieniem. Zmienił się porządek świata, ale nie stosunek do ludzi innej orientacji seksualnej. „Mężczyźni z różowym trójkątem” to opowieść o mężczyznach skazanych z paragrafu 175 obowiązującego do końca lat sześćdziesiątych XX wieku, ale w posłowiu Joanny Ostrowskiej jest także mowa o kobietach, których inna orientacja seksualna stworzyła obozowe piekło i poobozową traumę, jakich nie da się po prostu wyrazić.

Nie da się też czytać tej książki bez robienia sobie przerw na złapanie oddechu. Niewyobrażalne okrucieństwa i opisy tortur w obozach Sachsenhausen i Flossenbürg to jedno. Drugie to mowa nienawiści i ciągłe podkreślanie, że homoseksualiści to kasta ludzi bez wartości, poniżana bardziej i częściej niż reszta współwięźniów. Autor trafia do piekła, którego ramy są dla niego nie do wyobrażenia. Zostaje odarty z godności za to, że kocha inaczej. Potem jest coraz gorzej. Takich jak on było bardzo wielu. Spośród niewielkiego procenta tych, którzy przeżyli, nikt właściwie nie ośmielił się opowiadać o swoich przeżyciach. Josef Kohout – bo tak naprawdę brzmi imię i nazwisko autora, który w lęku przed reakcją opinii publicznej wydał swoje zwierzenia pod pseudonimem – skupia się na szczegółach, opisując czasami nieważne detale. Hipnotyzuje tą opowieścią, bo każdy kolejny akapit opowiada o tym, jaką bestią może być człowiek, oraz pokazuje potworną hipokryzję wszystkich tych, dla których potępiany w Rzeszy seks był po prostu kartą przetargową w obozach pracy.

Heger nie unika opowieści o tym, co może być odebrane dwuznacznie moralnie. O tym, że niejednokrotnie był kochankiem kapo albo blokowego. Po to, by przeżyć. Tamci heteroseksualni mężczyźni traktowali obcowanie z więźniami różowego trójkąta jako działanie zastępcze, w każdym możliwym wymiarze sankcjonowane w ich umysłach tak potępiających homoseksualizm jawny, uznawany za potworność do całkowitej eksterminacji. Heger opowiada o tym, że bycie w związkach ze strażnikami więziennymi zapewniło mu przetrwanie. Tu nie chodziło o sferę seksualności, upodobania czy jakikolwiek wolny wybór. Żył, by dawać się wykorzystywać. Tylko na tym oparta była jakakolwiek przyszłość. Tylko to dawało szansę na przetrwanie tych niezliczonych upokorzeń, pośród których przede wszystkim lojalność i determinacja pozwoliły bohaterowi na opuszczenie obozu.

„Mężczyźni z różowym trójkątem” to jednak opowieść o tym, że koszmar dyskryminacji nie ma w zasadzie końca i że koniec ekstremalnych doświadczeń obozowych niósł za sobą jedynie życie w ukryciu. Paragraf 175 przestał być narzędziem nagonki i pośrednikiem wrogości, ale wielu ludzi tak jak Josef Kohout do końca swoich dni kryło się nie tylko ze swą orientacją seksualną, ale przede wszystkim z ogromem traumy, która nigdy nie została przepracowana. Nigdy też nikt nie podjął się w szerszym zakresie badania losów osób homoseksualnych, doświadczonych w obozach pracy wyjątkowo okrutnie, bo była to charakterystyczna kategoria podludzi, na którą wiecznie spadał największy gniew. Jest to zatem publikacja w symboliczny sposób oddająca głos wszystkim tym, którzy musieli milczeć. Pełna goryczy do samego końca, kiedy autor wyraża mimo wszystko wciąż aktualną refleksję następującej treści: „My, homoseksualiści, czy to w Wiedniu, czy gdzie indziej, możemy prowadzić najbardziej przyzwoite życie, a pogarda bliźnich, brak szacunku w społeczeństwie oraz dyskryminacja i tak będą takie same jak przed trzydziestu czy pięćdziesięciu laty – postęp ludzkości nas ominął”.

To temat, który nie interesuje wydawców, i historia, od której opinia publiczna odwraca wzrok. Rzeczy zbędne i niepotrzebne, i bez nich jest tak wiele zła do przepracowania w kolejnym powojennym pokoleniu. Tymczasem to książka o wyjątkowych stygmatach i o ludzkim okrucieństwie wyrażanym wprost poprzez agresję i tortury oraz pośrednio, bardziej boleśnie – przez milczenie, które boli wyjątkowo mocno. Heger nie tylko opowiada o zdeformowanej sferze ludzkiej seksualności w obozie. On w każdym dramatycznym rozdziale podkreśla, że kwestia preferencji seksualnych była wystarczającym powodem, by uczynić z człowieka istotę niewartą tego, by żyć. Istotę ośmieszaną, poniewieraną, poniżaną i poddawaną wyjątkowym formom opresji. Gorszą od najgorszych kryminalistów i zdegenerowanych osobowości ratujących się w heteronormatywnym świecie. To opowieść o ludzkich instynktach i o niezwykłej woli życia. Tragiczne świadectwo losu tych, których nikt nigdy nie wysłuchał i nigdy o to wysłuchanie nie śmieli prosić. Książka taka jak ta w wyjątkowy sposób pokazuje, że niewyobrażalny ogrom cierpienia musimy nosić w sobie tylko dlatego, że nie podporządkowujemy się określonym normom. Heger wykazuje się wielką odwagą i determinacją. Opowiada te historie z takim trudem, z jakim przyszło mu się mierzyć z każdym kolejnym dniem upokorzeń.

„Mężczyźni z różowym trójkątem” to świadectwo wielkiej odwagi. Nie chodzi tylko o przełamywanie milczenia. Chodzi o pokazanie tego, jak podły może być gatunek ludzki i jak niewiele jest potrzebne człowiekowi do tego, by błyskawicznie znaleźć cel ataku agresji. Heger zechciał zabrać głos w imieniu tych, którzy – w mniemaniu Rzeszy – stanowili zagrożenie dla społeczeństwa. Jednocześnie pokazuje, co grozi wszystkim w każdym miejscu i w każdym czasie – to nienawiść, nietolerancja, frustracje i przekonanie o tym, że mimo upływu setek lat i rozwoju ludzkości nadal możemy innych porządkować wedle stworzonych przez nas etykiet.

2016-07-13

"Nienachalna z urody" Maria Czubaszek

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 17 maja 2016

Liczba stron: 256

Oprawa: półtwarda

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Zabawnie i z powagą

Maria Czubaszek pożegnała się z życiem na chwilę przed tym, gdy „Nienachalna z urody” pojawiła się na półkach w księgarniach. Jako jej ostatnia książka być może będzie kupowana częściej, może uważniej niż poprzednie czytana. Bo autorka nie kryje się z tym, że pisze, gdyż musi zarabiać. Tak, dorabia do polskiej emerytury, która jest głodowa. Robi to z wdziękiem i zdecydowanie nienachalnie. Utrwalił się już pewien wizerunek Czubaszek jako tej, która prezentuje mądry celebrytyzm. W dużym uproszczeniu polega to na tym, iż jako celebrytka sprzedająca swoje słowa, bo musi mieć na utrzymanie i papierosy (albo odwrotnie, biorąc pod uwagę jej priorytety), wyraźnie i otwarcie mówi o wszystkim tym, do czego mnóstwo osób w tym kraju bałoby się przyznać publicznie. Czyli – w przeciwieństwie do celebrytów wydających książki na potęgę – ma po prostu coś do przekazania.

„Nienachalna z urody” to taka spowiedź słownikowa, opowiadanie o wszystkim przy narzuconych hasłach – formalnie niezbyt ciekawe, ale w każdym zdaniu szczere. To książka, do której każdy łatwo może się przypiąć. Uzna choćby, że też nie lubi herbaty, gotowania lub sprzątania – i już jest kupiony. Ale chyba nie o to w tej publikacji chodzi. Mam wrażenie, że to pewien głos rozsądku, który słyszymy w polskich domach, ale milknie on w przestrzeni publicznej. Głos osoby bardzo przejętej tym, jak wygląda Polska, co ją kształtuje, ku czemu ewoluuje i jaka może być jej przyszłość. Maria Czubaszek nie opowiada o niczym innym niż o sobie. Staje się kimś na kształt trybuna ludowego walczącego z hipokryzją. Nic to, że dopycha się czasem objętość wypisami z jej bloga czy fragmentami znanej już twórczości. Ta książka będzie żyła. Warto ją znać. Warto ją sobie opowiadać i przekazywać do czytania.

Już na wstępie dowiadujemy się, że treść stanowią zwierzenia kobiety „w rozwojowym okresie później dojrzałości”. Autorka zdaje sobie sprawę, że w każdej chwili może ją szlag trafić. Także z tego, że wiek odpowiednio odstrasza od niej lub przyciąga do niej pewne grupy ludzi lub instytucji. Chociaż nie odpowiada jej forma monologu, daje sobie z nim jednak radę. Pisze o tym, co większość jej zwolenników już wie. Ponownie o swoich rozczarowaniach, ale także o tym, co daje jej siłę do życia. Tego życia, którego już przecież nie ma, ale pozostała książka – mroczna tak naprawdę, bo wyrażająca przekonanie o tym, że w dzisiejszej Polsce Czubaszek nie chciałaby być osobą młodą, startującą w życie.

Jak wspomniałem, dużo jest o tym, co wszyscy robią lub myślą, ale co wolą z różnych względów pominąć milczeniem. Albo zamaskować paskudną hipokryzją. „Nienachalna z urody” to opowieść o tym, że chirurgia plastyczna to dziś rozwojowy biznes. O tym, że wielu z nas może odczuwać brak potrzeby bliskości z rodziną, a Boże Narodzenie odpuściłoby sobie, gdyby było można. To też rozważania o tym, że człowiek nie jest z natury dobry, że czasem wciąż trzeba się z czegoś tłumaczyć (kontrowersyjna kwestia publicznego przyznania się do aborcji) i że trudno właściwie autorce określić, dlaczego z tym, co wciąż powtarza, tak chętnie zapraszają ją różne media. Czubaszek przy okazji wyrazi swoje zaniepokojenie stanem po ostatnich wyborach, mentalnością Polaków i z czułą ironią przysoli kilku znanym publicznie personom. To nie jest jednak publikacja skandalizująca czy bazująca na jakichś prostych instynktach czytelników. Nie. Nienachalna z urody” to i kolejna spowiedź, i uzupełnienie głoszonych już tez, i w końcu narracja o tym, jak trudno jest się dzisiaj osadzić w wielu polskich kontekstach. Jak wiele w nas, Polakach, chęci, by ktoś decydował albo myślał za nas. Gorzkie to wszystko, ale jednocześnie bardzo wyraźne. Czubaszek nie bawi się w metafory, nie ironizuje dla samych figur retorycznych i nie sugeruje czegoś, czego nie napisała. Wszystko jest jasne i klarowne. Ale to gorzka pigułka dla wielu z nas.

Świetne są rozważania o małżeństwie – pierwszym nieudanym i tym drugim, scementowanym między innymi przez to, że małżonkowie ze sobą nie sypiają. To dość odległe wycieczki w przeszłość, ale niezbyt obszerne. Czubaszek przekonuje, że tę przeszłość lepiej mieć za sobą i do niej nie wracać. A jednak wraca, bo chce tego konwencja książki. Zgrabnie i bezkompromisowo, gdyż pewnych myśli i odczuć teraźniejszych nie można wyjaśnić bez czasu minionego. I te zapiski są jak dwa małżeństwa – niektóre zlepione z kilku truizmów i niewiele wnoszące, inne zaś wyraziste i sugestywne. W nich Czubaszek unika mówienia, czego lubi lub co ją irytuje, zmieniając perspektywę i stając się uważnym obserwatorem rzeczywistości. Takim mocno zdziwionym, ale i humanitarnie otwartym. Niektóre fragmenty „Nienachalnej z urody” warto byłoby sobie napisać gdzieś na ścianie lub przykleić na lodówce. Jest tam coś, czego wielu ludziom z otoczenia Marii Czubaszek na różnych etapach życia brakowało – przyzwoitość, empatia i szacunek dla tego, co odmienne. Akurat ta książka jest o wielu rodzajach odmienności, którym autorka przygląda się bardzo uważnie.

Katastrofistka w duchu Allena nadzwyczaj uważnie dostrzega te elementy codziennego życia, które świadczą o jego witalizmie i są nadzieją na dobrą zmianę. Nie tę puentowaną ironicznie. Tę, którą każdy z nas powinien przejść, by wyzbyć się stereotypów, a przede wszystkim chęci oceniania. Maria Czubaszek do samej siebie podchodzi z charakterystyczną autoironią i jest w stanie wskazać to, z czego gorzko się rozlicza po latach, co być może ją samą uwiera. Jednocześnie pokazuje, że otwarty umysł to umysł człowieka umiejącego się mądrze konfrontować z tym, co inne i niekoniecznie zgodne z jego światopoglądem. „Nienachalna z urody” to książka o wielu takich konfrontacjach i o śladach, jakie pozostawiają w kimś, kto wciąż chce się uczyć świata oraz innych ludzi.

To jedna z tych rzadkich opowieści o sobie, w których dostrzec można słuszny dystans do wszystkiego, co jest wokół. Także do własnych opowieści. Książka pełna humoru – często dość mrocznego i nie dla każdego przyswajalnego. Ważna opowieść kogoś, kto – niestety – postawił już ostatnią kropkę i nie przypomni nam w zdroworozsądkowym tonie o oczywistościach, które nazywamy problemami lub powodami do konfliktów. Nienachalnie, z klasą i mądrze. Do tej właśnie ostatniej kropki.