2019-05-14

„Dziwka” Anna Mazurek


Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 10 maja 2019

Liczba stron: 360

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Ciało i śmierć

Tak spektakularny debiut literacki nie zdarza się często! Niesamowita wyobraźnia młodej autorki buduje nam świat z największego koszmaru. Tyle że ten koszmar powstaje z naszych wyobrażeń i to my jesteśmy głównymi aktorami spektaklu zła. „Dziwka” to bardzo mocny i bezkompromisowy głos młodego pokolenia. Opowieść o zbrutalizowanym świecie, w którym możemy funkcjonować jako marionetki koszmarnych zbiegów okoliczności. Już na wstępie pada ważne dla zrozumienia tej powieści zdanie: „Prawie wszystko jest dziełem przypadku. Reszta to jego konsekwencje”. Na ile bohaterowie tej książki zanurzeni są w gorzkich koincydencjach, na ile zaś świadomie kreują swój los i nazywają własną tożsamość – to jedna z zagadek tej bardzo enigmatycznej powieści. Stworzonej w konwencji kryminału noir, ale wydobywającej się z niej na wiele różnych sposobów. Dwudziestotrzyletnia pisarka trzyma czytelnika w szachu od pierwszej do ostatniej strony. W żelaznej klamrze kompozycyjnej. Proponuje mroczne studium autodestrukcji i wyobcowania, ale kreśli też śmiały i nadzwyczaj trafny obraz czasów, w których to, co złe i okrutne, wydobywamy ze środków masowego przekazu, karmimy się tymi treściami, kształtujemy swoje poglądy i osobowości w straumatyzowanym kanonie wartości, które zawsze i wszędzie można podważyć.

Mery przybywa do miasta, w którym nie powinno jej być. Dzieje się to tuż po tym, jak ciało jej przyjaciółki, potwornie skatowane, zostaje odnalezione w zimnym lesie. Dziewczyna jeszcze żyje, ale nie będzie mogła wskazać mordercy. To, co przydarzyło się Weronice, znajduje odzwierciedlenie w kompulsywnych działaniach Mery i sposobie jej myślenia. Weronika w opinii wielu zasłużyła sobie na swój los. Używała ciała i dawała innym możliwość, by traktowali ją przedmiotowo. W końcu ktoś posunął się do czegoś, czego denatka może nie przewidziała. Mery widzi więcej, niż wydaje się czytelnikowi. Postanawia dowiedzieć się, kto stoi za tym okrutnym zabójstwem, ale jednocześnie wejść w przerażający krąg wspomnień, które ukształtowały jej obecne życie. Rozpoczyna się walka z czasem i analizowanie dowodów wskazujących na to, kto chciał śmierci Weroniki. Poza pytaniem o to, kto ją zabił, pojawiać się będą także dużo trudniejsze pytania o to, kto jest kim w układance zdarzeń, jaką proponuje nam Anna Mazurek.

„Dziwka” jest dynamiczną powieścią z ogromnym potencjałem. Wychodzi poza ramy gatunkowe, które sama na początku wyznacza. Autorka opowiada o ludzkiej fascynacji złem, o zadawaniu sobie i innym bólu oraz o tym, w jaki sposób zdegradowana została moralność naszych czasów. Jak w tych warunkach mogą funkcjonować młode kobiety, jak łatwo im zgubić życiowe priorytety i jak często decydują się na gry z otoczeniem, które deprecjonuje ich role w tych grach, zupełnie nie rozumiejąc motywów postępowania. Mery będzie starała się odtworzyć ostatnie dni życia Weroniki, ale coś tutaj będzie nam zgrzytało, bardzo do siebie nie pasowało. Coś zmusi do myślenia o tym, jaki świat i czyją rzeczywistość Mazurek będzie chciała sportretować. Czy będzie to tylko historia odkrywania mrocznej zagadki kryminalnej? „Dziwka” opowiada o tym, jak traumatyczne mogą być nasze relacje, jeśli zbudowane są na ciągu traum z przeszłości. To książka kryminalna na tyle, na ile wskazuje innego rodzaju zabójcę niż ten, którego chcielibyśmy poznać. Co i w jaki sposób jest zabijane? Kto jest gotów naprawdę przekroczyć granicę życia i śmierci?

Wszyscy bohaterowie niosą w sobie gorycz życiowego niespełnienia. Dokonują wyborów, które mogą mieć tragiczne konsekwencje. Wkraczają w rejon znajomości, które wymuszają zależność. Takie mroczne podporządkowanie, w którym towarem będzie ciało. Anna Mazurek obrazuje seksualność jako targowisko próżności. Coś, co jednocześnie uwypukla i ośmiesza cielesność. Ktoś decyduje się na to, by użyć czyjegoś ciała. Ktoś zezwala na to, bo wie, że chce się upodlić. Ale w tym wszystkim jest jeszcze bardzo wiele niejednoznaczności. Droga od ciała, które zostało wykorzystane, do umysłu zainfekowanego chęcią niebytu jest wyjątkowo krótka. I bardzo dramatyczna. Dlatego wszyscy bohaterowie „Dziwki” to ludzie podejrzani i niepewni. Każdy niesie w sobie albo socjopatyczną niezdolność do współodczuwania, albo też nadmierną empatię, która może doprowadzić do zguby. Ważna jest postać nieobecnej, ale równie ważne śledzenie zależności między tą, która chce odkryć prawdę, a tą, która tę prawdę zabrała ze sobą z tego świata.

Ten niebywale sprawny konstrukcyjnie debiut to gorzka rozprawa z tym, kim chcemy być, i tym, kim mamy być, bo proponują to wzorce zewnętrzne. Mazurek obrazuje, w jaki sposób możemy znienawidzić siebie, wchłaniając pewną medialną strukturę narracji o tym, że ciało i funkcjonowanie w nim może być opresyjne. Nikt nie żałuje ofiary, jeśli wcześniej decydowała się na ryzykowne działania, oddawała swoje ciało innym, pozwalała na rozbicie przestrzeni własnego bezpieczeństwa. Weronika funkcjonuje tutaj jako pewien punkt odniesienia – poprzez jej śmierć widzimy rozpaczliwe próby mierzenia się z życiem tych, którzy w mniejszym lub większym stopniu czują się odpowiedzialni za tragedię. Ale „Dziwka” to przede wszystkim powieść o tym, jak sterowalne w życiu ludzkim jest zło, do czego prowadzi jego upowszechnienie oraz banalizacja i kiedy tak naprawdę pojawia się instynkt mający na celu zatrzymanie tego zła. Czy jest to instynkt samozachowawczy? Mazurek pisze o wojnie z życiem, a nie odnajdywaniu się w nim. O seksualności jako jednym z frontów tej wojny. Ale także o rozpaczy samotności i niezrozumienia. Wszystko w dekoracjach miejskich, w których wkraczamy do tych mrocznych przestrzeni, gdzie ciało i umysł podlegają destrukcyjnym wpływom.

„Dziwka” to także odważny debiut mówiący o kobiecym samostanowieniu i świadomych próbach kontestacji tego, kim widzi kobiety otoczenie. Dużo silniejsze są tu postacie dziewczyn podlegających różnym formom opresji niż mężczyźni zagubieni w mrocznych neurozach i wynikających z nich zachowaniach, które można jednoznacznie określić jako złe. Zło w tej powieści ma wiele oblicz, ale to, co najciekawsze, to próby ukazania, gdzie i w jakim stopniu się osadziło. To studium ludzkich wstydów, kompleksów i różnego rodzaju upadków. Takich, których konsekwencją może być już tylko śmierć. Wykorzystanie motywu śmierci także prezentuje się tu niebanalnie i świeżo. Wszystko w pełnej niedomówień narracji, która trzyma w emocjonalnym klinczu i serwuje wyjątkowo świeże wolty w zakończeniu, po którym lektura „Dziwki” to już trudne do uniesienia doświadczenie egzystencjalne. Świetna książka. Mroczna, bolesna i zadająca wiele niewygodnych pytań. O złości i bezsilności. O chęci zemsty za świat, w którym każdy z każdym musi walczyć. Mocna rzecz!

2019-05-10

„Mama mordercy” Ida Linde


Wydawca: LOKATOR

Data wydania: 24 kwietnia 2019

Liczba stron: 192

Przekład: Justyna Czechowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Przynależności

Bardzo rzadko odnoszę się do oprawy graficznej omawianej książki, ale najnowsza powieść Idy Linde – w pewnym stopniu odmienna od pozostałych – doczekała się prawdziwego dzieła sztuki, albowiem jej okładka za pomocą czerni i czerwieni nie tylko trafnie symbolizuje problematykę powieści, lecz jest po prostu piękną rzeczą. I taką książkę chciałoby się mieć na półce. Artystyczna oprawa zapowiada także znakomitą treść. „Mama mordercy”, jak już zaznaczyłem, jest nieco inną powieścią szwedzkiej pisarki. Wyróżnia ją to, że ma bardzo linearną akcję, zawiera niewiele retrospekcji, a znana już z poprzednich dokonań Linde poetycka wieloznaczność nieco skrywa się tu w tle, bo to dość mroczna narracja zawierająca elementy powieści kryminalnej. Mrok oczywiście nie jest dosłowny i Linde jak zawsze potrafi obiekt swojego opisu doskonale zniuansować, niemniej przy lekturze tej książki częściej zadajemy sobie oczywiste pytania związane z rozwojem fabuły, niż wchodzimy w rejestr poetyckich metafor obrazujących kondycję emocjonalną przeżywającej dramat kobiety, która swą tożsamość oparła na przynależnościach. Tracąc jedną z nich, rozpaczliwie usiłuje znaleźć kolejną. „Mama mordercy” to doskonała historia o tym, że przynależymy do siebie tylko poprzez podobieństwa. Ale to także intrygująca fantazja o trudnym macierzyństwie odbiegająca od przesłania „Poleciały w kosmos” i obrazująca matczyny dramat w zupełnie innych kontekstach.

Henrietta swojemu chłopcu podporządkowała życie. Odrzuciła wszystkie jego przejawy i aktywności. Poza pracą, która daje utrzymanie. Ale bohaterka jest przede wszystkim projekcją marzeń o wspaniałym życiu syna, który niepostrzeżenie wymyka się jej troskliwości i przestaje być słodką istotą, której oddechy liczy się z czułością i dla której jest się gotowym do największych poświęceń. Poświęcić można także swoją potrzebę szczęścia i samozadowolenia. Bo Henrietta jest swoim chłopcem – to on nadaje kształt jej życiu i tylko dzięki niemu nie przygląda się narastającej samotności, która dopada ją wielopłaszczyznowo, tworząc klaustrofobiczną atmosferę życia wyłącznie dla kogoś, bez potrzeby kontaktu ze światem oraz innymi ludźmi.

Syn Henrietty dorasta i kieruje się w stronę cienia, którego ogromu matka zdaje się nie zauważać. Na początku są to koszmary senne znamionujące coś, z czym bohaterka nie będzie w stanie się zmierzyć, bo oniryczne projekcje syna są już poza granicami jej pojmowania i możliwości zaopiekowania się. Tymczasem jej chłopiec dokonuje zbrodni. Z chwilą, w której przełamuje jakąś wewnętrzną barierę, staje się kimś obcym. A jednocześnie przecież nadal kochanym przez matkę. Henrietta będzie musiała zrewidować swoje poglądy na to, co znaczy troska o syna. Zostaną rozdzieleni. To będzie pewien dramatyczny koniec, ale równie dramatyczny początek osobności. Bycia z samą sobą, swym niedopasowaniem, swym macierzyńskim rozczarowaniem i przede wszystkim z rozpaczą. Ta rozpacz da w powieści także pewien początek. Nawiąże się nowa, specyficzna relacja. Henrietta skonfrontuje się z kimś, kto tak jak ona jest w stanie oszukiwać emocjonalnie, by wydobyć się z mroku pustki i goryczy. A może ta nowa znajomość będzie jednak szansą, by ujrzeć siebie i relację z synem z zupełnie innej perspektywy?

Ida Linde nie oszczędza bohaterki, ale także czytelników. Tytuł funkcjonuje jako stygmat, ale także jako wrota innego rodzaju porozumienia. Henrietta będzie świadkiem tego, że silną więź emocjonalną może stworzyć z kimś innym niż z synem. Ale będzie to więź zniewalająca, wymuszająca pewne kompromisy. Bardzo intensywna relacja, która wciąż na nowo będzie kazała przypominać sobie wszystko to, o czym bohaterka chciałaby zapomnieć. I tu Linde stawia pytania o to, czy jakąkolwiek traumę jesteśmy w stanie zapomnieć. Jak upływ czasu rozprawia się z naszymi boleściami? Przecież od momentu odkrycia koszmarnej prawdy matka i syn rozpoczynają coś nowego. Osobno. Pierwszoosobowa narracja wyraźnie wskazuje, że emocjonalność chłopca, który dopuścił się zbrodni, skrywa się tutaj w tle. W ogóle śmierć pojawia się w tej powieści zupełnie inaczej niż np. w „Na północ jedzie się, by umrzeć”. Jej ślad to świadectwo pewnej zmiany. Nie ma tu opozycji między życiem a nieistnieniem. Jest bardziej życie emocjonalne skontrastowane z nieistnieniem po tym, gdy ta emocjonalność ulegnie zaskakującej przemianie. Ida Linde idzie dalej – zwraca uwagę na kondycję kobiety, matki i kochanki niemogącej odnaleźć się w zupełnie nowym dla siebie rejestrze przeżyć, odbierania życia. Dlatego „Mama mordercy” tak mocno przejmuje. Wraz z bohaterką konfrontujemy się z pewnego rodzaju pustką, którą musi kompulsywnie czymś wypełnić. Zerwana bliskość i najważniejsza życiowa relacja nie będą do odbudowania. W zamian pojawi się szansa na to, by uratować kogoś innego. A może siebie. Bo ratunek nadejdzie wówczas, gdy przeniesiemy własne cierpienie na drugą osobę, a na swoje barki weźmiemy taki rodzaj dramatu, który nie dotyka nas osobiście.

Ta książka zadaje także pytanie o to, kto i na jakich zasadach ma prawo decydować o naszym szczęściu, definiować to szczęście i zmuszać do emocjonalnej zależności, która doprowadza do wyobcowania. Bohaterka nowej powieści Linde jest rozpaczliwie samotna i ta rozpacz samotności pogłębia się za każdym razem, gdy Henrietta chce udowodnić światu, że może być szczęśliwa. Mimo stygmatu, ostracyzmu, niepewnych spojrzeń ludzi wokół i świadomości, że jej chłopiec nigdy już nie będzie dzieckiem, nad którym z troską będzie można się pochylić. Aresztowany dziwi się, że matka może przejawiać zadowolenie z życia, którego wolność jest mu odebrana. A Henrietta z pełnym przekonaniem daje sobie prawo do tego, by nie dzielić rozpaczy syna. Linde obrazuje tu tę emocjonalną zależność, która nakreślona była w tak zwanych normalnych okolicznościach, a tutaj poddana jest próbie. To, co się dzieje w życiu matki i syna, może być próbą ich miłości i przywiązania.

To także o opowieść o tym, w jaki niekontrolowany sposób wyzwala się pożądanie. Nie tylko po to, by zapełnić emocjonalną pustkę, ale także po to, by stanowić nowy rodzaj życiowego wyzwania. Linde opowiada także o roli zastępczej miłości. O niemożności tkwienia w pustce, choć przecież fasadowe życie podporządkowane jednej osobie może być naprawdę rozpaczliwie puste. „Mama mordercy” to ciekawa historia tego, czym jest miłość, jak bardzo może być intensywna i do czego prowadzić, jeśli istnieje w nadmiarze. Bo poszukiwanie prawdziwej miłości to szukanie kogoś, kto nie jest tym poszukującym. A Linde opowie o tym, że miłość potrafi być zgubna, ślepa, ale także silniejsza niż śmierć. Krótka, lecz zapadająca mocno w pamięć narracja. Szwedzka pisarka wie, że jej powieści nie muszą wychodzić poza lingwistyczny minimalizm, by były wielkie. Ta najnowsza to dowód na to, że Ida Linde wciąż ma nam coś nowego do powiedzenia.

2019-05-08

„Czarnobyl. Instrukcje przetrwania” Kate Brown


Wydawca: Czarne

Data wydania: 24 kwietnia 2019

Liczba stron: 496

Przekład: Tomasz S. Gałązka

Oprawa: twarda

Cena det.: 43,90 zł

Tytuł recenzji: Po katastrofie

Monumentalny reportaż Kate Brown opowiada o tym, w jaki sposób z katastrofą czarnobylską poradził sobie świat, racjonalizując i przyjmując za pewnik oględne doniesienia o zdarzeniu, a także o tym, jak nie poradzono sobie z nią na miejscu. Autorka proponuje nam model analityczno-dokumentalny – prezentuje przede wszystkim dane, które uzyskała z analiz dokumentów. Onieśmiela trochę forma książki. Brown wykorzystuje ponad tysiąc przypisów, które zajmują jedną piątą objętości reportażu. Choć w jego skład wchodzą również doświadczenia wydobyte z bezpośrednich spotkań z ludźmi, cała ta precyzyjna maszyneria z asystentkami autorki i wieloma trochę żmudnymi wyliczeniami oraz punktowaniami osłabia nieco czytelniczą uwagę. A szkoda, bo „Czarnobyl” mógłby być bardziej sugestywnym reportażem o tym, jak reagujemy na katastrofy atomowe, jak porządkujemy sobie informacje o nich. Brown napisała również – nawiązując do kolejnej katastrofy tego typu w Fukushimie – o powtarzającym się schemacie bezradności, bezsilności, lekceważenia oraz wybiórczości w postrzeganiu tego, co dzieje się ze światem skażonym przez atom. Okazuje się, że po katastrofach atomowych potrafimy doskonale funkcjonować w normalnym trybie. Nie słysząc, nie myśląc, nie wiedząc. Analizując to, co wydarzyło się po tragedii w Czarnobylu, amerykańska reporterka dodatkowo portretuje coś wyjątkowo absurdalnego. Przygląda się temu, ile energii, konsekwencji i determinacji można włożyć w walkę nie ze skażeniem, lecz z ludźmi, którzy o tym skażeniu chcą po prostu napisać prawdę.

To, co wydarzyło się 26 kwietnia 1986 roku za naszą wschodnią granicą, do dzisiaj wzbudza wiele mrocznych fantazji. Czy w tamtym czasie dostatecznie wcześnie i we właściwych ilościach otrzymaliśmy postapokaliptyczne antidotum? Czy wzmożone zachorowania na różnego rodzaju nowotwory nie są przypadkiem pokłosiem wybuchu w elektrowni atomowej? Czarnobyl może być prywatnym straszakiem dla każdego, kto w dniu wybuchu był już na świecie. Kate Brown chce opowiedzieć tę tragedię w nieco inny sposób. Oczywiście, że odwołuje się do wszystkich skutków ubocznych oraz analizuje, w jaki sposób skażenie radioaktywne w bezpośredni i pośredni sposób oddziałało na ludzi oraz na środowisko. Ale jej reportaż skupia się przede wszystkim na tym, jakie tragedia atomowa odcisnęła piętno w pamięci zwykłych ludzi, badaczy, polityków, lekarzy… Autorka przygląda się najpierw temu, co działo się bezpośrednio po wybuchu, ale potem dużo uważniej analizuje źródła wskazujące na to, jak wiele nieścisłości pojawiało się w badaniach naukowych, komunikatach władzy, jak bardzo niepewność uderzała w relacje międzyludzkie, lecz także wpływała na oblicze relacji międzynarodowych. Ślad zimnowojennych podchodów w mistyfikacji również mocno zaznacza się w czasie po apokalipsie.

„Czarnobyl” to także reportaż stawiający jedno zasadnicze pytanie: czy współczesna energia jądrowa wraz ze swoimi możliwościami i kreowanymi szansami na lepsze życie nie jest przypadkiem lekceważona, gdy nie myśli się o wszystkich prawdopodobnych skutkach ubocznych, jeśli w jej pozyskiwaniu coś pójdzie nie tak? Czarnobyl to przecież mroczne memento dla wszystkich wierzących w niezawodność i skuteczność elektrowni atomowych. Ciekawe jest to, co autorka mówi o zrzucaniu odpowiedzialności za katastrofę. Okazuje się, że winni byli ludzie aktualnie znajdujący się wtedy w pracy. Co z konstruktorami czy ludźmi długofalowo odpowiedzialnymi za eksploatację? Co z tymi, którzy na tej elektrowni zarabiali najwięcej i wraz z nią wiele zdobywali? Rzucone oskarżenia, o których wspominam, to w zasadzie czubek góry lodowej absurdów, z których rodziły się kolejne konflikty i które narzucały opinii publicznej myślenie o katastrofie. Maskowanie, tuszowanie, manipulowanie danymi. Aparat opresji miał się doskonale. Ci, którzy ucierpieli najbardziej, nigdy nie dowiedzą się, co tak naprawdę ich wyniszczyło. Ci, którzy uważają się za cudownie wolnych od skażeń, nie mają pojęcia, co i w jakiej formie przyjęli. Mam na myśli zarówno dawki promieniowania, jak i zasięg propagandy. Bo dramat Czarnobyla miał trwać możliwie najkrócej – w świadomości ludzi z jego najbliższego otoczenia, ale także obywateli świata, z których większość po niedługim czasie odetchnęła z ulgą, gdyż nic dramatycznie groźnego się nie stało. Otóż stało się, i Kate Brown bardzo drobiazgowo odtworzy, co się wydarzyło po fatalnym wybuchu.

Ta książka obrazuje także w znakomity sposób rys psychologiczny człowieka sowieckiego. Jego tendencje do tego, by szybko zapominać, wypierać ze świadomości, kształtować wolę i rozsądek zgodnie z tym, co narzucone odgórnie. Sowieckość jest tu portretowana jako połączenie ugodowości z wyjątkową umiejętnością wyrzucania z pamięci tego, co kontrowersyjne i dyskusyjne. Brown świetnie prezentuje, w jaki sposób ukraińskie, białoruskie i rosyjskie przemilczenia oraz fałszerstwa odsłaniały się i wychodziły na jaw, nie budząc większego wstydu. Autorka pokazuje wprawność w tym, co i jak tuszować. Sowiecki minister ochrony zdrowia Jewgienij Czazow mówi nawet wszem wobec, że katastrofa czarnobylska nie niesie za sobą żadnych konsekwencji zdrowotnych. Niesamowite jest to, jaką energią i pomysłowością wykazywano się w tworzeniu kłamstw, zamiast  walczyć ze skutkami wybuchu reaktora. Bo Kate Brown pokazuje i udowadnia, że można było części skażeń zapobiec. Czasem działając szybciej, a niekiedy nie podejmując niewłaściwych działań. Ta książka bowiem jest również opowieścią o tym, w jaki sposób ze skażeniem radziły sobie środowisko naturalne oraz różne ekosystemy. Brown nie pominie ani jednego ważnego tematu, ani jednego śladu jakichś nieoczywistości. Dlatego „Czarnobyl” imponuje, ale także onieśmiela swą strukturą, gdzie może trochę jest za dużo polityki, za dużo socjologizowania, zbyt mało kontaktu z żywymi ludźmi, a nie z tym, co napisali, zatwierdzili, opublikowali i po pewnym czasie porzucili.

A jednak ci, którzy pojawiają się na kartach tego reportażu, sportretowani są bardzo wyraźną kreską. To postacie mające odwagę mówić o tym, jak było naprawdę po wybuchu, ale przede wszystkim to zdeterminowani w swych działaniach przedstawiciele organów społecznych, politycznych, różnego rodzaju instytucji pozarządowych oraz prężnych organizacji, dzięki którym Czarnobyl nie jest już zagadką. Szkoda, że był nią tak długo. Że ludzie mimo wszystko z różnych powodów nadal nie rozumieją, iż zajmowanie się energią atomową może być śmiertelnie niebezpieczne. Jest jeszcze jedna istotna teza, zasugerowana gdzieś na marginesie rozważań Brown. „Katastrofy bez wyraźnego końca utrudniają wyciąganie wniosków”. Katastrofa czarnobylska się nie skończyła – mimo że wielu chciałoby widzieć jej koniec już dawno temu. Opowieść Kate Brown sugeruje, że wydobywanie na światło dzienne zapomnianych faktów to jedna z reporterskich konieczności. „Czarnobyl” jest więc reportażem o przeszłości, ale tak naprawdę o tym, jak żyjemy z przeszłością niewyjaśnioną i bez poczucia, że coś złego się stało i nadal dzieje.

2019-05-06

„Biała Plama” Lech Mucha


Wydawca: eSPe

Data wydania: 5 kwietnia 2019

Liczba stron: 380

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Ludzkość i dżungla

Przyznam, że już dawno nie przeczytałem żadnej książki w tak szybkim tempie. Lech Mucha nie daje czytelnikowi wytchnienia. Buduje powieść niezwykle dynamiczną, w której krótkie, rwane rozdziały składają się niczym elementy domina na spektakularną opowieść o kondycji ludzkości, jej słabościach, okrucieństwach, ale także zagubieniu. „Biała Plama” to historia przede wszystkim sensacyjna – mnogość wydarzeń, które budują fabułę, łączy trzy kontynenty i ludzi o zdumiewająco różnych priorytetach, motywach postępowania i sile charakteru. Ale w tym wszystkim skryte są interesujące myśli filozoficzne, odniesienia do socjologii, teorii ewolucji, również świetnie nakreślone tło polityczne i obyczajowe jednego z największych krajów afrykańskich, który staje wobec wyzwania odzyskania niepodległości. Czyta się to z niesłabnącym zainteresowaniem także dlatego, że autor sytuuje w afrykańskiej dżungli ludzi, dzięki którym przyglądamy się kształtowi i granicom świata tak zwanej cywilizacji, oddalonej od klaustrofobicznej atmosfery zielonej przestrzeni, gdzie ludzie właśnie będą musieli mierzyć się z najgorszym z niebezpieczeństw – obecnością drugiego człowieka, który w przeciwieństwie do dzikich zwierząt poluje na przedstawiciela swojego gatunku z dziką przyjemnością…

Ron Webber bada zachowania stada szympansów bonobo. Do udziału w swych działaniach zaprasza amerykańską naukowiec Kim Novak. Kobieta na początku nie jest do końca świadoma, w jakim kraju się znalazła, z czym przyjdzie jej się mierzyć oraz jakie znaczenia ma jej misja. Oboje przyjrzą się niezwykłemu odkryciu Webbera z różnych punktów widzenia. Jeden z badanych szympansów ma umiejętność, której obserwacja wydaje się czymś fascynującym, ale chodzi głównie o to, jakie znaczenie dla rozumienia powiązań świata zwierząt i ludzi ma to spektakularne odkrycie. I ku czemu może prowadzić. Bo szybko okaże się, że dwoje naukowców z tak zwanego cywilizowanego świata zda się na pomoc i empatię nie tylko ludzi z dżungli. Mucha obrazuje, jak krucha jest kondycja ludzka w niezmierzonej przestrzeni afrykańskiego lasu, pokazując jednocześnie, w jakich okolicznościach ujawniają się ludzkie cechy dystynktywne, które nie tylko pomagają przetrwać, ale również przeanalizować zagrożenie, dostrzec trudności związane z próbą pokonania go i poradzić sobie z nim w bardzo niekonwencjonalny sposób.

Do kongijskiej dżungli trafiają także dwaj poszukiwacze skarbów. Obaj wykreowani niczym Indiana Jones w nowej wersji, ale obarczeni egzystencjalną niepewnością, nad którą nie zastanawiają się aż do momentu, kiedy na ich drodze staną uciekający przed prześladowcami naukowcy. Robert i Ludwig stanowią zgrany tandem. Ich przeszłość w Legii Cudzoziemskiej, niezwykłe umiejętności, gotowość do podejmowania się zleceń prawie niemożliwych – to świadectwo tej cechy ludzkości, która czasem umożliwia postęp, a niekiedy prowadzi do zagłady. Bezkompromisowość i odwaga mężczyzn wyruszających do Konga, by odnaleźć tajemniczy skarb skryty we wraku samolotu, zderzy się z racjonalnością, ale także specyficznym rodzajem transcendencji, jakie zaproponują im towarzysze niedoli w dżungli. Lech Mucha zestawia ze sobą bardzo silne jednostki i niezwykle silne osobowości. Muszą przyjąć jeden front obrony. Będą zmuszeni bezpardonowo walczyć o życie, ale zagrożeniami nie będą dla nich okoliczności przemieszczania się przez dżunglę.

„Biała Plama” to historia ludzkiej małostkowości oraz chciwości. Jednocześnie opowieść o ludziach, którzy są gotowi przyjąć inną perspektywę, zrozumieć ją, nauczyć się empatii… od szympansa bonobo. Mucha rozważa zagadnienie wolnej woli i związanej z tym intencjonalności. Idzie w swych rozważaniach bardzo daleko, bo nakreśla czytelne konteksty i zderza ze sobą różne punkty widzenia. Wszystko dzięki temu, że jego bohaterowie są bardzo przekonujący. Czasem można odnieść wrażenie, że cechują się jakimiś mało prawdopodobnymi umiejętnościami, ale sensacyjny sznyt tej opowieści wymusza niejako postawy bardzo bohaterskie, nieprawdopodobnie heroiczne czy zaskakujące pod względem tego, w jaki sposób inteligentnie poradzić sobie z trudnościami. Przestrzeń dżungli jest symboliczna i bardzo ważna. W niej toczy się walka na śmierć i życie, ale tam również odbywają się istotne rozmowy dotyczące tego, co i w jakim zakresie jesteśmy w stanie znieść, jak przewidujemy przyszłość i czy potrafimy naprawdę uważnie spojrzeć w oczy i duszę drugiego człowieka.

To, co zwraca szczególną uwagę, to bardzo interesujące postacie kobiet w tej powieści. Są odważne, inteligentne, zdeterminowane. Mają w sobie więcej siły samostanowienia niż dzielni mężczyźni z bronią w ręku. Każda z kobiecych postaci wydobywa się na początku jako fragment tła, ale status ich drugoplanowości zmienia się i dostrzegamy, że potrafią w doskonale przemyślany sposób zrealizować swoje cele oraz zamierzenia. Będzie to między innymi zemsta, ale nie tylko. Mucha zobrazuje kobiety stojące dzielnie na straży własnych przekonań, umiejętnie wydobywające się z różnych przestrzeni opresji, ale przede wszystkim stawiające ważne pytania o kondycję ludzkości. Dlatego uważam, że „Biała Plama” to powieść o spuściźnie, sile i konsekwencji w działaniu z dość wyraźnym feministycznym przesłaniem. Ale to nie wszystko. Lech Mucha chce zobrazować ludzkość jako pochodną pewnych procesów opisanych przez naukowców i pośród egzystencjalnych wątpliwości, jakie rozwiać może na przykład wiara.

To także ciekawa narracja o solidarności w obliczu zagrożenia, której kluczowym hasłem jest powtarzane kilkakrotnie zdanie „wróg mojego wroga jest moim przyjacielem”. Autor portretuje ludzi w sytuacjach granicznych. Doświadczają czegoś, przy czym poziom adrenaliny urasta do granic niemożliwości. Jednocześnie są to ludzie doskonale zdający sobie sprawę z własnych atutów, ale także empatyczni wobec inności. To odróżnia ich od oprawców – w tej powieści nakreślonych wyjątkowo grubą kreską, trochę za pomocą uproszczeń, bez żadnych dwuznaczności. Mucha otwiera przed nami świat przygody, niebezpieczeństw, filozoficznej niepewności, ale również tej niepewności bardzo namacalnej. Walcząc o życie, bohaterowie udowadniają, że ludzkość z jednej strony wyróżnia się przede wszystkim pomysłowością i inteligencją, z drugiej jednak – w każdym cywilizowanym zakątku świata wciąż na nowo przemierza po omacku gęstą dżunglę. Bez pewnego kompasu przekonań i być może też moralności. To intrygująca opowieść przygodowa, która mimo wszystko jest też ważnym głosem w dyskusji o tym, jak maskujemy na co dzień swoją ludzką słabość.

2019-05-02

„Spotkajmy się w muzeum” Anne Youngson


Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 24 kwietnia 2019

Liczba stron: 192

Przekład: Magdalena Słysz

Oprawa: miękka

Cena det.: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Listy i konfrontacje

Człowiek z Tollund doczekał się kolejnej obecności w literaturze. Tym razem nie jest to poezja Seamusa Heaneya, lecz zgrabny debiut prozatorski Anne Youngson. To historia o tym, że przypadek zbliża dwa światy, dwie wrażliwości i dwie narracje. Książka stworzona z listów. Natychmiast i intensywnie wzbudzająca czytelniczą ciekawość tego, czy piszący do siebie spotkają się wreszcie. Zmumifikowane zwłoki człowieka epoki żelaza staną się punktem wyjścia do rozważań o uniwersalizmie tego, co przeżywamy w relacjach – zawsze tak samo i zawsze z podobnym natężeniem emocji, ale jednocześnie zawsze oryginalnie. Żyjący ludzie są dla siebie równie wielką zagadką jak wydobyte z bagien ciało, które tworzy tu początek intrygującej opowieści o tym, w jaki sposób możemy stać się dla siebie wyjątkowi.

Tina żyje w otoczeniu angielskiej farmy, Anders w duńskim świecie obowiązków kustosza muzeum. Ona otoczona jest wieloma formami życia, celebruje teraźniejszość, docenia swój czas (nie jest młoda) i potrafi przyglądać się witalizmowi świata z wyjątkową uwagą oraz czułością. On zasadniczy i kostyczny, mieszkający wedle funkcjonalnych skandynawskich wzorców w mieszkaniu bez duszy, skoncentrowany na pracy, metodyczny, racjonalista bez umiejętności wejścia w kontakt ze swoimi prawdziwymi emocjami. Tina zbliży się do Andersa w bardzo specyficzny sposób. Żadne z nich nie będzie udowadniać drugiemu, że jego sposób na życie jest lepszy czy ciekawszy. Youngson skonfrontuje ze sobą dwie silne osobowości, które na co dzień żyją inaczej, ale potrzebują i oczekują od drugiego człowieka tego samego. Może empatii, a może umiejętności określenia, kim są z innej perspektywy. Bo listy wymieniane przez Tinę i Andersa to także świadectwa takiej nonszalanckiej, ale bardzo intensywnej ciekawości tego, w jaki sposób postępowanie i rozmyślania widzi ta druga strona. Autorka rozepnie most porozumienia między Anglią a Danią, ale w gruncie rzeczy opowie o tym, czym jest kontakt międzyludzki, czym taka konfrontacja jest dla tożsamości. Opowie jednak przede wszystkim o tym, w jaki sposób rodzą się bliskość i wzajemny szacunek. Z tych listów wiele można byłoby się nauczyć. O takcie, rozsądku, umiejętności wczuwania się w problemy innych, ale przede wszystkim o tym, w jaki sposób nienarzucająco określić własne zdanie, spojrzeć na życie drugiego człowieka krytycznie, ale i z dużą dozą szacunku.

Anne Youngson interesuje ludzka potrzeba przynależności. Zarówno Tina, jak i Anders doskonale wiedzą, skąd pochodzą, kim się stali, od czego są zależni i co ich kształtuje. A jednak wymieniając listy, odkrywają, że nie ma aż tak wielu pewników w życiu żadnego z nich, bo to drugie potrafi pokazać pewne niedostrzegalne niuanse. Na nich zaś zasadza się czasem fasadowość tego, czemu ufaliśmy przez całe życie. Zdecydowanie bardziej rozwojowym bohaterem jest tutaj Anders. Tina jest od początku otwarta, empatyczna, skłonna do dialogu, poznawania czegoś nowego. Anders wszelką uczuciowość chciałby zastąpić racjonalizmem, jednak szybko zdaje sobie sprawę, że wymiana listów z kobietą, która jako dziewczyna była zafascynowana badaniami archeologicznymi ogniskującymi się wokół eksponatów jego muzeum, będzie zaskakującą przygodą. Intelektualną, ale i emocjonalną. Oboje wrócą do tych zdarzeń z historii, które nakazały im ostrożność, pewną zachowawczość uczuciową. Oboje ujrzą siebie w nowym świetle. Wymiana listów stanie się dla obojga istotnym doświadczeniem egzystencjalnym. To niesamowite, jak ze zwykłej znajomości Youngson tworzy nam opowieść o wyjątkowej przyjaźni, w której nikt nikogo nie ocenia, lecz stawia mądre i zasadne pytania o tożsamość i poczucie sensu w życiu.

„Spotkajmy się w muzeum” to powieść, w której tak dramatyczne kwestie jak śmierć bliskich osób ukazane są w taki sposób, że nie mamy poczucia, iż boleśnie ingerujemy w świat przeżyć bohaterów, czytając nieprzeznaczone dla naszych oczu wyznania. Sama konwencja książki wymusza wiele dodatkowych pytań o to, kim są i czy w jakikolwiek sposób kreują się przed drugą osobą ludzie, których dialog to wymiana zapisanych kartek papieru. Przechodzi potem w korespondencję elektroniczną, aby zasygnalizować współczesny czas powieści, jednak jej bohaterowie pozostają w taki magiczny sposób staroświeccy. W tym, jak zwracają się do siebie, jak komentują ważne wydarzenia ze swojego życia, i w tym, kim ostatecznie się dla siebie stają w tej relacji. Treść listów to jedno, ale z tyłu głowy wciąż pozostaje pytanie, o którym wspomniałem na wstępie. Bardzo pomysłowa narracja Youngson przykuwa uwagę, bo każe zastanowić się nad tym, co w zasadzie przedstawia – rzetelną wiwisekcję duszy dwojga zbliżających się do siebie ludzi czy pewną kreację stworzoną na odległość i kontynuowaną z każdym kolejnym listem?

Ale i tak najbardziej ujmujące są te momenty książki, kiedy bohaterowie będący przecież w jesieni życia odkrywają doznania i wzruszenia, którym poddają się z dziecięcym wręcz żarem i niefrasobliwością. Tina będzie musiała podjąć kilka ważnych decyzji, a może i tę najważniejszą w życiu. Anders wydobędzie się ze swego surowego skandynawskiego wnętrza – dosłownie i metaforycznie, bo dzielący go od Tiny dystans zatrze umiejętnościami, które zdobędzie poddany także czemuś w rodzaju życiowej próby. „Spotkajmy się w muzeum” to czuły zapis bliskości międzyludzkiej, o którą tak trudno i która być może bez komunikacji pisemnej nie mogłaby się pojawić, zaistnieć, zaznaczyć swojej obecność i doprowadzić do zmian. Czyta się to z niesłabnącą nadzieją na to, że nie zatraciliśmy umiejętności werbalizowania swoich emocji oraz przeżyć i że bohaterowie książki potrafiliby do siebie mówić tak, jak piszą. Dlatego Youngson wzbudza emocje, ale także pytania. Pomysłowa konstrukcja książki obnaża to, w jaki sposób ludzie oddalają się od świata własnych przeżyć, ale jednocześnie uzmysławia, że w sprzyjających okolicznościach jesteśmy w stanie opowiedzieć sobie zwyczajne, a jednak niezwykłe rzeczy. W tym wszystkim duch zmumifikowanych zwłok, w których kiedyś też tliły się życie i jakieś emocje. Wychodząc od archeologicznej fascynacji, autorka pokazuje, że żyjący ludzie mogą dla siebie stanowić nie mniejsze wyzwanie niż fantazjowanie o człowieku z odległej przeszłości. Mogą spotkać się tu i teraz, czyniąc swoje przewidywalne życie niezwykłą przygodą – oczekiwania, odpowiedzi, bliskości mimo oddalenia. Ciekawie skonstruowana opowieść o tym, czego wciąż na nowo w sobie szukamy. I o tym, że wbrew pozorom dość łatwo to odnaleźć.

2019-04-30

„Piękna młoda żona” Tommy Wieringa


Wydawca: Pauza

Data wydania: 13 marca 2019

Liczba stron: 128

Przekład: Alicja Oczko

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Bez współczucia

Wydawnictwo Pauza ceni sobie sztukę kondensacji treści w dobrych powieściach, bo po „Naszym chłopaku” Daniela Magariela i „Historii przemocy” Édouarda Louisa otrzymujemy trzecią powieść o charakterze raczej jej szkicu. Tommy Wieringa już udowodnił polskiemu czytelnikowi, że potrafi stworzyć książkę klasycznego rozmiaru, ale myślę, że to nie „Joe Speedboat” powinien być pierwszą przygodą czytelniczą z pisarstwem holenderskiego prozaika, lecz właśnie „Piękna młoda żona”. Rzecz naprawdę dojrzała, doskonale przemyślana i gotowa rzucić wyzwanie czytelnikowi, stawiając przynajmniej kilka ważnych pytań retorycznych. Przejmująca opowieść o empatii. Tak skonstruowana, że każdy, nawet pozornie niepotrzebny w tej krótkiej formie wątek okazuje się elementem mistrzowskiej układanki wówczas, gdy Wieringa opowiada o zaniku współodczuwania u współczesnego człowieka. Rozgrywa ten temat dwuplanowo – obserwujemy małżeńską zapaść i rozpacz sfrustrowanego także starzeniem się mężczyzny, ale otrzymujemy również wykłady o metodycznej i analitycznej pracy przy największym zagrożeniu dla ludzkości oraz opowieści o zwierzętach, które rzekomo nie odczuwają żadnych silnych emocji. Te trzy płaszczyzny tworzą książkę naprawdę znakomitą. Nasza cywilizacja przejrzy się w niej ze swą hipokryzją, uprzedzeniami, wybiórczością współczucia i zatomizowaniem. Ale i tak najważniejsze będą łzy. Niepodważalne świadectwo cierpienia. Symboliczny przejaw tego, że czujemy. Czy umiemy także współodczuwać i rozumieć innych?

Jeśli przyjrzeć się głównemu wątkowi powieści, wyda nam się zaskakująco wtórna. Typowa opowieść o tym, co sobie robimy w związku, by stał się on opresyjny i przestał nas satysfakcjonować. On, dużo starszy od niej, chce przestać być „kolekcjonerem pierwszych razów” i przeżyć naprawdę głębokie uczucie, za które chyba nie jest gotów wziąć odpowiedzialności. Ona, bardziej enigmatyczna niż on, decyduje się na związek z nieco innymi oczekiwaniami. On będzie walczył z pokusami ciała, ale przede wszystkim wstydził się swej starości (Wieringa używa tylko kilku zdań, ale niesamowicie oddaje ten wstyd, tak wszechobecny i tak skrywany). Ona zdecyduje się na to, co w jego planie na dobre małżeństwo raczej się nie mieści. Oboje zaczną od pełnego emocji, erotycznych fascynacji i planów na przyszłość zbliżenia, które w pewnym momencie zacznie zamieniać się w niezwykle trudną konfrontację. Ktoś będzie w niej przegranym. Ten, kto zwycięży, nie weźmie jeńców. Widać bardzo wyraźnie wszelkie pęknięcia, które rozsadzą zwartą strukturę małżeństwa. Związku, co do przyszłości którego niektórzy już na wstępie mają wątpliwości. Ale nie przewidują tego, co naprawdę może się wydarzyć. Nikt nie przewidzi prawdziwych okoliczności tego, co będzie mieć miejsce.

Wieringa opowiada o ludziach, których zbliżają seksualne napięcie i fantazje o tym, co atrakcyjnego mogą sobie zaoferować. O ludziach, dla których ważne jest ciało – estetyzują je, fetyszyzują także. Autor prowadzi nas przez całą skomplikowaną ścieżkę odbioru ciała – swego i drugiej osoby w związku. Od jędrności, która kusi, by uprawiać seks właściwie wszędzie, po sflaczały brzuch i piersi będące źródłem nieopisanej frustracji. W chwili, kiedy ciało przestanie być ważne, relacja skręci w dość mroczny rejon. I zamieni się w koszmar, którego jedno z kochanków nigdy by się nie spodziewało.

Holenderski prozaik mocniej i dosadniej koncentruje się na Edwardzie – nie tylko dlatego, że daje nam większy dostęp do jego emocji, skrupulatnie odnotowuje ścieżkę naukowej kariery czy zwraca uwagę na te wspomnienia, które na zawsze ukształtowały go takim, jaki jest. On absorbuje uwagę, bo jest też obsesyjnie skupionym na sobie typem, który za późno i zbyt nierozważnie dochodzi do wniosku, że samodzielnie przez życie nie jest w stanie się przeprawić. Ruth jest zagadkowa, ale przede wszystkim ma w sobie zupełnie inną energię. Na początku zdajemy sobie sprawę z tego, że to energia młodości. Potem jej konsekwencja oraz determinacja przeradzają się w pewną srogą karę dla mężczyzny, który zdecydował się na bliskość. Edward jest bardzo ambiwalentny, Ruth statyczna. Podział na płeć buduje tutaj dodatkowe napięcie i w rezultacie ta dwutorowość sprawia, że „Piękna młoda żona” to na pewno doskonały materiał dla bibliotecznych klubów dyskusyjnych. Ale odnoszę wrażenie, że dramat jest tu jeden i dotyczy tego, ile z samego siebie możemy dać drugiej istocie. Ile jesteśmy w stanie zrozumieć tylko dlatego, że możemy to poczuć. Tommy Wieringa opowiada o rozpaczliwych próbach zbudowania czegoś trwałego w cywilizacji i kulturze, które przecież są nadzwyczaj trwałe (nie boją się bomby atomowej i zawsze skutecznie zwalczają nowe wirusy), a mimo wszystko cementują je ludzie o chwiejnym charakterze, labilni emocjonalnie, poszukujący uczuć jak małe dzieci i jak te dzieci płaczący z powodu utraty tego, czego nie byli w stanie unieść, zrozumieć. Ta cywilizacja jest gotowa unieść wszystko i zmierzyć się ze wszystkim, ale nie jest gotowa, by ujrzeć łzy i by zrozumieć, skąd bierze się czasem rozpaczliwy płacz.

Ta powieść opowiada o tym, jak „triumfy i wyzwolenia” zamieniają się w gorycz oraz w taki rodzaj bezradności, że nie można otworzyć już serca i umysłu na kogoś, kto dotychczas był adorowany i uznawany za najważniejszego na świecie. To również przygnębiająca opowieść o tym, jak świetnie się trzymamy jako świat i jak fatalnie emocjonalnie jesteśmy rozsypani jako ludzkość. Ten kameralny dramat opowiada o problemie wydobywającym się poza czas i uwarunkowania. Wieringa odchodzi od widocznej np. w powieści „Joe Speedboat” koncentracji tego, co holenderskie, by uczynić to synonimem czegoś uniwersalnego. Tu historia szybko i konsekwentnie wydobywa się z prywatnych perypetii dwójki zakochanych w sobie ludzi. W tym znaczeniu ta mała powieść mówi nam o świecie naprawdę wielkie rzeczy. I jest bardzo bezkompromisowa. Pełna rozpaczy, ale i szerszego ujęcia tego, skąd ta rozpacz się wydobywa i w jaki sposób rozprzestrzenia. To jedna z tych książek, po których lekturze powinno się uściskać bliską osobę i zapewnić ją oraz siebie, że ta historia nigdy nie będzie wspólną historią. Jest jednak odbiciem tego, z czym zmaga się współczesny świat. Brak empatii to najgorszy i najtrudniejszy do zwalczenia wirus.

2019-04-27

„Mnich. Historia życia, którego nie było” Tadeusz Bartoś


Wydawca: Marginesy

Data wydania: 20 marca 2019

Liczba stron: 272

Oprawa: twarda

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Księga sentencji

„Mnich” jest historią o bardzo specyficznej formie opresji. O strukturze, która zniewala, niszczy, degraduje osobowość i niezwykle destrukcyjnie wpływa na rozwój tożsamości. To też historia, jaką dobrze znamy. Bartoś opowiada o nadziejach, żalu, rozczarowaniu oraz frustracji. Chce również opowiedzieć o frustracji i rozgoryczeniu w tych krótkich momentach, kiedy usiłuje nadać „Mnichowi” kształt powieści. Bo to nie jest powieść. Naukowiec, intelektualista, teolog absolutnie nie odnajduje się w tej formie. Nie potrafi uplastycznić fabuły i nie działa na wyobraźnię. Buduje coś na kształt traktatu filozoficznego z elementami eseju. W bardzo koturnowym stylu, w którym dominują sentencje. Momentami też przedstawiającym truizmy ubrane w gustowne metafory. Z bohaterem literackim, którego nie ma, jest tylko rozważanie o nim, sam jest papierowy, przezroczysty, stanowi ledwie tezy narratora. Nie pomaga to, że przez moment jest mu oddany głos. Nie czuję Jana-Benedykta jako człowieka, widać tam tylko hamletyzującą postać. Trudno zrozumieć, dlaczego promuje się „Mnicha” jako powieść, bo tam, gdzie ona usiłuje nią być, mamy bardzo toporną konstrukcję, zupełny brak polotu w opisach zdarzeń czy przeżyć, a całość może zaintrygować jedynie dzięki temu, że daje mocne, dosadne świadectwo przemocy stosowanej w strukturach Kościoła katolickiego. O samym katolicyzmie autor wypowiada się też bardzo ostro, a jedno ze zdań jest niezwykle prowokujące. Czy warto przeczytać „Mnicha”? Ja się zmęczyłem i rozczarowałem. Nie dowiedziałem się właściwie niczego nowego o tym, czym jest droga zakonna, struktura zamkniętej przestrzeni i jej wpływ na psychikę ludzką.

Jan pewnego dnia postanawia pożegnać codzienność i przenieść się do zakonu. Zostaje tam przyjęty ot tak, po prostu. Czy rok studiów filozoficznych to wystarczający bilet wstępu do hermetycznej struktury rzekomych wybrańców bożych? Bohater wkracza do świata, który oferuje mu złudzenia, i stara się zaspokoić swoją potrzebę przynależności, ale widzimy wyraźnie, że cały ten pobyt jest przede wszystkim złudnym antidotum na życiową samotność. Niemniej „Mnich” rości sobie prawa do tego, by zajrzeć gdzieś głębiej. Na pewno nie w duszę swojego bohatera, którego przemiana zaznaczona jest symbolicznie zmianą imienia, a potem pozostajemy już bez kontaktu z nim, bo istotniejsze stają się rozważania filozoficzne natury egzystencjalnej, obrazujące dodatkowo strukturę zakonu jako przestrzeń innego rodzaju myślenia o tym, czym jest wolność wyboru, wolność tak w ogóle, potrzeba przynależności i chęć duchowej ekspiacji.

Tadeusz Bartoś przybliża to, w jaki sposób funkcjonuje zakon na co dzień, ale to funkcjonowanie stara się oddać w szeregu dość patetycznych rozmyślań. Tworzy się gęsta od znaczeń narracja, która jednak nie odsłania nam niczego naprawdę zaskakującego. To wykłady, relacje, analizy i oderwane od dylematów głównego bohatera myśli o tym, czym w sensie ogólnym jest zakon, w jaki sposób niewoli i co skłania ludzi takich jak Jan do zamknięcia się w społeczności charakteryzującej się przecież tymi samymi słabościami, ułomnościami i dramatami, jakie mają miejsce także poza nią. A przecież celem „Mnicha” jest rozpatrzenie i rozpamiętywanie utrat, nie zysków Jana-Benedykta. Bohater uświadamia sobie, że w zakonie jest jeszcze bardziej samotny niż w życiu, z którego się wydobył. Autor usiłuje wskazać momenty zwrotne w jego pojmowaniu zasadności własnej decyzji sprzed lat. Chce zwrócić uwagę na to, z czym mężczyzna nie zgodził się jako katolik i z czym nie zgadza się jako poszukujący odpowiedzi na pytania o to, kim naprawdę jest.

W tym, co przeżywa bohater „Mnicha”, więcej jest takiej chłopięcej formy naiwności i nieokrzesania niż męskiej dojrzałości, która zmusza do tego, by uważnie przyjrzeć się sobie, podjętym decyzjom oraz funkcjonowaniu w rewirze, w którym zasadniczym wymogiem jest ufność w pewien porządek. Tyle że ten porządek jest opresyjny, stawia wymagania, wciąż na nowo każe być w gotowości do kolejnych wyzwań, a jednak… nie daje ani duchowej ekspiacji, ani też poczucia, że jest się częścią czegoś ważnego, niezwykłego. Czegoś w kontakcie z transcendencją, lepszą formą widzenia człowieczeństwa. Duchowość bohatera oraz ludzi z jego otoczenia to duchowość w znacznym stopniu fasadowa. Rozczarowania, których będziemy świadkami, nie są w żaden sposób oryginalne. Tadeusz Bartoś chce opowiedzieć o tym, w co jesteśmy w stanie uwierzyć i czemu zaufać, by zrozumieć jakąś wyjątkową rolę w naszym życiu naznaczonym gorliwą wiarą, ale opowiada jednak historię jakich wiele. Obudowując ją filozofią i niestety dydaktyzmem, nie czyni z niej czegoś niezwykłego. Dlatego ta książka mocno rozczarowuje. Jest zbiorem tez i hipotez, które można wysnuć, nie wnikając tak obsesyjnie w temat pożądania duchowej doskonałości czy gotowości do kompromisów, aby w strukturze zakonu odnaleźć dla siebie jakieś niezwykłe miejsce. Problem polega na tym, że „Mnich” obrazuje dość przewidywalny proces – od euforii, przez nadzieję, po gorzkie rozczarowanie. A to, co opowiada nam o obyczajowości zakonników, wszyscy chyba dobrze wiemy i nie musimy im zaglądać do cel, pod habit czy czytać o podłych intrygach oraz aferach, bo gorzką prawdę o życiu zakonnym demaskował już choćby Ignacy Krasicki i od tego czasu za murami oraz w celach niewiele się w zasadzie mogło zmienić.

Mam wrażenie, że Bartoś proponuje nam serię miniwykładów z elementami powieści obyczajowej, kiedy to jego bohater staje się tym zrozpaczonym własną niemocą mężczyzną z krwi i kości. Rwana struktura książki zbudowana jest na krótkich tekstach – spójnych w obrębie samych siebie, ale niekoniecznie spójnie budujących całość. W dużej mierze „Mnich” to także rzecz hermetyczna, ideologicznie skomplikowana, z przesłaniami tyleż czytelnymi, ile w jakiś sztuczny sposób naznaczonymi metaforyką. To ważny głos o tym, że religia ze swej intymności wydobyła się już dawno, stając się niepokojąco silnym narzędziem ingerencji w życie społeczne, w myślenie polityczne i wartościowanie kwestii dalekich od czegoś intymnego. Na pewno to daje dużą wartość tej książce. W moim odczuciu jednak jest to publikacja nieumiejętnie balansująca między kilkoma gatunkami literackimi, proponująca ich nietuzinkowy synkretyzm, ale jednocześnie wewnętrznie rozbita i w gruncie rzeczy nieprzyciągająca do siebie uwagi. Nie wiem też za bardzo, dla kogo jest ta książka. Stwarza duży dystans do siebie. Nie daje się w sobie odnaleźć, choć chce przed czytelnikiem pokazać kilka swoich twarzy.

2019-04-24

„Szklany las” Cynthia Swanson


Wydawca: Wydawnictwo Kobiece

Data wydania: 24 kwietnia 2019

Liczba stron: 448

Przekład: Przemysław Hejmej

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzinne sekrety

Czytając „Szklany las”, odkrywa się zupełnie inną powieść, niż można byłoby przypuszczać. Swanson bowiem nie napisała klasycznego thrillera czy powieści kryminalnej. Sięgając do czasów drugiej wojny światowej i koncentrując bieżącą narrację na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych minionego stulecia, autorka opowiedziała historię emancypacji i determinacji w walce o wolność, portretując dwa typy kobiet, a także nastolatkę uwięzioną w sieci mrocznych zależności. Dlatego czyta się to z dużym zaskoczeniem oraz fascynacją – amerykańska pisarka stopniowo i umiejętnie zdziera maski z twarzy swoich bohaterów, portretując czasy powojennego prosperity w USA i narastanie nastrojów antykomunistycznych, sygnalizując także problem rasizmu, uwypuklając szowinizm i tworząc intrygującą narrację o złu w pewnej rodzinie przechodzącym fatalnie z pokolenia na pokolenie.

Mieszkająca w Wisconsin Angie uznaje, że los obdarował ją wspaniałym mężem i doskonałym życiem. Naiwna, uwięziona w schematach katolickiego pojmowania świata młoda kobieta nazywana jest przez starszego od niej małżonka Paula aniołem. Angie wie, że czeka ją wspaniała przyszłość, bo zdobyła wszystko, o czym mogłaby marzyć taka kobieta jak ona. Sielankę rodzinną burzy telefon od bratanicy męża. Ruby informuje, że jej ojca znaleziono martwego nieopodal domu, a matka zniknęła, pozostawiając enigmatyczny list. Żona wbrew woli Paula dociera wraz z nim do straumatyzowanej Ruby, a na miejscu zaczyna odkrywać, że zarówno dom rodziny dziewczyny, jak i mąż Angie skrywają wiele tajemnic. Otoczenie, do którego przybywają, wie coś na temat mrocznej przeszłości. Dużo więcej niż młoda żona Paula, która przygląda się małomiasteczkowym zależnościom i stopniowo odkrywa przerażające tajemnice rodziny męża. Poznając je, będzie uświadamiać sobie, kim tak naprawdę sama jest, czego oczekuje od związku i jak chce żyć dalej. Będzie musiała podjąć decyzje, na jakie nie będzie gotowa. Ale przede wszystkim zmuszona będzie ujrzeć swojego męża takim, jaki jest i jaki był naprawdę. A będzie to dla niej najtrudniejsze życiowe doświadczenie…

Mężczyźni u Cynthii Swanson to dość mroczne postacie, o których dowiadujemy się coraz więcej, śledząc ich relacje z otoczeniem. Retrospekcje przedstawiające życie zaginionej matki Ruby odsłaniają nam życiorys niezależnej i silnej kobiety, która znalazła się w sytuacji bez wyjścia, nie mogąc uwolnić się od toksycznego małżeństwa. Angie nie pozna żony brata Paula, ale czytelnicy doskonale zorientują się w motywach postępowania zaginionej kobiety. Dużo szybciej niż główna bohaterka zrozumiemy, jak żyła Silja i jakie mogą być powody jej zniknięcia. Ale autorska uwaga koncentruje się przede wszystkim na wyobcowanej, zamkniętej w sobie nastolatce. Ruby była świadkiem czegoś, o czym nikt nie opowiada. Czegoś, co zaburzyło spokój małej miejscowości. Ale ten spokój został zaburzony już dziewięć lat temu. Wtedy w Stonekill, do którego teraz przybywa z żoną i synkiem, Paul zrobił coś, co miasteczko zapamiętało na zawsze. A jego brat robił rzeczy, których Angie nie będzie mogła pojąć…

„Szklany las” obrazuje dwa rodzaje małżeństw naznaczonych przemocą wobec kobiet. Ta przemoc funkcjonuje w ukryciu, lecz ma się dobrze. Portretowane kobiety nie będą bite, lecz ulegną innym formom opresji. Zostaną zmanipulowane, ale będą gotowe stawić czoła tym manipulacjom. Swanson zestawia ze sobą dwie zupełnie różne kobiece osobowości. Młodziutką dziewczynę z prowincji, którą otoczenie nazywa panienką, choć to matka i żona, kobieta świadoma swojego statusu społecznego i dumna z męża. Obok niej córkę fińskich imigrantów, gotową zawsze brać los w swoje ręce, odważną, stanowczą i inteligentną kobietę sukcesu. Osiągającą ten sukces tak, że jej mąż był w cieniu, ale skrył się tam na własne życzenie. Tych kobiet nic nie łączy, pochodzą z różnych światów oraz środowisk. A jednak powiązań będzie wiele. Łącznikiem między nimi stanie się Ruby, wyjątkowo doświadczona dramatami siedemnastolatka.

„Każdy mężczyzna ma swoje małe brudne tajemnice” – tak twierdzi jedna z bohaterek książki i tę tezę Cynthia Swanson udowodni w sposób bardzo przemyślany. Świetnie stopniowane napięcie powieści uwalnia coraz trudniejsze do zrozumienia i zaakceptowania fakty. Za śmiercią brata skrywa się przerażająca przeszłość Paula. Obok zagubionej w niewiedzy Angie wciąż czujna i pewna siebie Ruby, która wie dużo więcej, niż mogłaby wyobrazić sobie jej młoda ciotka. Świetnie dobrany tytuł mówi także o przestrzeni opresji, z której nie sposób się wydobyć. Ktoś metodycznie i z dużą determinacją kogoś krzywdzi. Ktoś inny walczy o samostanowienie oraz poczucie sensu swojego życia. Ktoś staje wobec zbyt trudnych dla niego zagadek. Ale także przed tajemnicami skrytymi gdzieś w przeszłości.

Swanson z dbałością o detale odtwarza pierwsze po drugiej wojnie światowej dekady życia w USA, obrazując przemiany społeczne w biografiach zwyczajnych bohaterek. A jednak mają one w sobie dużo heroizmu i nietuzinkowości. „Szklany las” to umiejętnie napisana powieść rozwojowa, gdzie rysy charakteru poszczególnych postaci są najpierw delikatnie cieniowane, a potem bezkompromisowo uwypuklane. Lektura o tajemnicach, pośród których skrywają się silne emocje, i o niedopasowaniach. O społecznym pozwoleniu na rozwój wszelkiego rodzaju ekstremizmów myślowych, ale także o tym, jak fasadowa może być rodzinna sielanka, której możemy przyjrzeć się bliżej i przerazić tym, co zobaczymy. Mimo że jest to powieść dość długa, ani na moment nie traci mocy przykuwania uwagi. Zbyt uproszczona dychotomia między cechami płci jest może małym mankamentem tej prozy, ale mimo wszystko nic nie jest u Swanson jednoznaczne. Przemyślana i ciekawa narracja o kobiecej determinacji i męskim demonizmie. O tym, jak wiele traumatyzujących kompromisów zawiera się w imię małżeństwa. Jak zaskakująco mroczny może być jego wewnętrzny obraz. A może to książka o tym, że w relacjach z bliskimi osobami możemy być bardziej nieszczerzy niż w kontaktach z ludźmi dla nas obcymi. Do przemyślenia.

2019-04-22

„Kokon” Joanna Lech


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 3 kwietnia 2019

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Studium przemocy i niemocy

Szanuję i podziwiam dobór problematyki. Opowiedzieć o wyobcowaniu i szykanach w prosty sposób, w którym obiekt tychże wywołuje w obserwatorze atawistyczne współczucie, to generalnie nie jest wielka sztuka. Zdać relację ze studium neurotycznego upodlenia, w którym rozmywa się, stale przecież obecne w bohaterce, poczucie przynależności do czegoś i kogoś, to już rzecz wymagająca odwagi oraz przemyślenia. O ile Joannie Lech nie zabrakło odwagi wraz z bezkompromisowością, o tyle mam wrażenie, że zabrakło głębszych przemyśleń nad strukturą tej książki. „Kokon” w bardzo obrazowy sposób przedstawia szereg ułomności głównej bohaterki niebędącej w stanie dopasować się do środowisk, które ją wykluczają. Obserwujemy także pełne szalonej determinacji próby przywiązania do siebie mężczyzn funkcjonujących tutaj jako symboliczne narzędzia opresji. Nie chcę trywializować, ale wydaje mi się, że Iga zostanie nam w pamięci jako najwięcej wymiotująca postać współczesnej prozy polskiej Z treścią wymiotów bohaterki, a także sposobami ich wydalania zapoznamy się bardzo szczegółowo. Co jeszcze się zapamięta? Przede wszystkim oczekiwanie, aby zrozumieć, ku czemu ta powieść zmierza. „Kokon” męczy nie tylko konstrukcją i przesłaniem. To książka, w której – poza nakreśleniem problemu bez sugerowania jakichkolwiek przyczyn sportretowanych objawów – nic się nie dzieje, wszystko jest statyczne, wciąż na kolejnych stronach czytamy o tym samym i aby zorientować się w problematyce powieści, wystarczy uważna lektura pierwszych kilkudziesięciu stron.

Iga to taki mroczny rewers Marianny z „Maszkarona” Patrycji Pustkowiak. Iga sięga ku autodestrukcji, Pustkowiak portretuje bohaterkę przekładającą swoje lęki i neurozy w bunt wobec otoczenia. Obie autorki starają się zwrócić uwagę na to, co odpycha i oddala od kobiet zmagających się z takimi, a nie innymi deficytami – niemogących zwyczajnie wziąć się w garść, bo nie mają możliwości oraz narzędzi, aby to zrobić. Lech i Pustkowiak enigmatyczne przesłania swoich powieści starają się zatrzeć za pomocą eksperymentów językowych. Joanna Lech radzi sobie chyba lepiej, bo poetyckość książki o najbardziej naturalistycznych objawach zaburzeń osobowości i odżywiania to sztuka, której warto się przyglądać, choć – jak już wspomniałem – podziwiać można przez chwilę. Nie chodzi mi o to, że tak przedstawione bohaterki jak te z „Maszkarona” czy „Kokonu” mają wzbudzać estetyczny niepokój i to w związku z nim odpychać od lektury. Odnoszę wrażenie, że obie książki portretują problemy, nie wchodząc w żadne próby ich diagnozowania. Pozostawiają w niedosycie, ale jednocześnie tworzą na tyle spójne wizerunki antypatycznych kobiet, że są wyraźne. Wyraźna powieść to nie zawsze znaczy dobra powieść. I o tym być może autorki nie pomyślały.

Iga jako dziecko bała się ciemności. Dlaczego? Potrafiła przez kilka miesięcy milczeć. Co było przyczyną? Joanna Lech porzuca choćby próby sygnalizowania problemów już od samego początku tej historii. Opowieści, która w zasadzie nie ma początku ani końca, a pomieszanie perspektyw czasowych potęguje celowy oczywiście chaos. Przyglądamy się kobiecie, dla której opresyjne było właściwie wszystko, z czym się zetknęła. Wydobyła się z domu, w którym matka wciąż na nowo podkreślała jej zbędność i nieprzystosowanie. Ze szkoły, której unikała, bo było to dla niej miejsce wyjątkowo opresyjne. Ze związków z mężczyznami, którzy nigdy nie dawali poczucia bezpieczeństwa. Iga na wiele sposobów doświadcza również przemocy, jest to przemoc systematyczna i destrukcyjna dla niej. Ale najciekawsze jest śledzenie tego, w jaki sposób jej pokłady przenoszą się do wnętrza bohaterki i dlaczego Iga z taką determinacją umie krzywdzić swoje ciało i swój umysł. Nie chce zostawić mężczyzny, który ją upokarza, i nie potrafi funkcjonować w żadnym środowisku, gdzie mogłaby wykazać się kreatywnością, przedsiębiorczością, wziąć odpowiedzialność za swój los. Bierność Igi jest tu wielopoziomowa. Jest prostym mechanizmem samoobrony, który nie jest skuteczny. Jest też sposobem na przetrwanie, ułożenie się ze swoimi neurozami. Choć wspomniane już zwracanie treści żołądka znamionuje wewnętrzny bunt, poczucie wypełnienia obcą treścią. W niej są wszystkie niechciane i brutalne gesty, wszystkie przerażające i deprecjonujące słowa, jakie Iga słyszy. Ale stale jest to tylko odreagowywanie. Nie będziemy mieli możliwości zrozumienia, skąd bierze się piekło bohaterki. Możemy jedynie kroczyć po jego piętrach, obserwować narastające poczucie bycia ofiarą. Bo Iga jest ofiarą, ale składa w ofierze także samą siebie.

Interesująca metafora przepoczwarzania się motyla (choć tytuł funkcjonuje także w innym znaczeniu!) wzbudza kolejny niedosyt, bo nie jest to powieść rozwojowa, a wręcz można powiedzieć, że zjada swój ogon. „Kokon” to ciąg sytuacji i zdarzeń, w którym obserwujemy niedopasowanie głównej bohaterki i jesteśmy świadkami tego, w jaki sposób Iga chce wyartykułować albo pokazać, że czuje, iż nigdy do niczego nie przynależy, a sama dla siebie jest najbardziej toksyczna. Joanna Lech pisze w taki sposób, że żal przeradza się w niechęć, a empatia słabnie, bo widzimy za dużo niewygodnych dla percepcji kontekstów, w których ona sama staje się po prostu irytująca. I choć mamy do czynienia z narratorem wszechwiedzącym, ani na chwilę nie przekraczamy granicy ustalonej w tej powieści na samym początku. To takie trwanie w czytelniczym kokonie. Nie wydobywamy się z niego, nie wyniesiemy z tej książki jakiejś ważnej i istotnej refleksji. Możemy się tylko okopać w irytacji albo wykazać wyjątkową wyrozumiałością.

Problem polega jednak na tym, że ta narracja nie da żadnej ekspiacji – ani bohaterce, ani czytelnikowi, choć chwiejące się trochę w konstrukcyjnych posadach zakończenie chce udowodnić coś innego. Nie znajdzie się w niej nic, co pozwoli realnie zaskoczyć, a tym samym zakorzenić się gdzieś w umyśle, zabrać ze sobą „Kokon” na długo po lekturze. Joanna Lech sprawnie i inteligentnie prowadzi nas przez przestrzenie furii, rozpaczy i bezsilności. Sprawia jednak wrażenie przewodnika z rodzaju tych, których na wycieczkach słuchają tylko najpilniejsi uczniowie. Reszta przygląda się temu, o czym przewodnik opowiada, ale w dużej mierze chciałaby się znaleźć gdzie indziej. Bo to nie jest powieść o labilnej emocjonalnie histeryczce, której mimo niechęci trzeba przyznać moc współczucia, gdyż jest to konieczne i w dobrym tonie. To historia – jak wspomniałem – celowo chaotyczna, ale poziom chaosu i nierozpoznania czytelnego znaczenia może być dużo bardziej zgubny, niż autorka mogła to przewidzieć. Rozczarowanie.