2023-09-04

„Mam do pana kilka pytań” Rebecca Makkai

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 6 września 2023

Przekład: Rafał Lisowski

Liczba stron: 552

Oprawa: twarda

Cena det.: 64,90 zł

Tytuł recenzji: Bolesna pamięć

Obszerna nowa powieść Rebeki Makkai złożona jest przede wszystkim z tez, wątpliwości i licznych znaków zapytania. Właściwie cała jest zagadką, a jednocześnie przepełniona niepokojem oraz niepewnością głównej bohaterki – której wizerunek psychologiczny wnosi jeszcze więcej tego niepokoju, gdy zorientujemy się, że walczy ona nie tylko z niedającymi jej spokoju wspomnieniami ze szkolnych czasów. „Mam do pana kilka pytań” to świetnie dobrany do tej powieści tytuł, albowiem Makkai nieustannie mnoży rozmaite teorie dotyczące niewyjaśnionych spraw z przeszłości. Jest to jednak proza tak skonstruowana, że napięcie odczuwa się także we fragmentach odnoszących się do teraźniejszości. Sposób, w jaki autorka łączy retrospekcje z relacjonowaniem dylematów swojej bohaterki, której w wielu aspektach daleko do egzystencjalnego spokoju, jest zasadniczą zaletą tej książki, bo dzisiaj trudno utrzymać uwagę czytelnika na ponad pięciuset stronach, a Rebecca Makkai robi to znakomicie. To rzecz, w której padają pytania trudne i jednocześnie oczywiste. Boleśnie retoryczne. Pytania o niesprawiedliwość, powtarzaną krzywdę, o to, dlaczego wobec sprawców nie wyciąga się konsekwencji za strukturalną przemoc wobec kobiet. To też odważna książka o tym, jak ogromne znaczenie dla wymierzania kary adekwatnej do czynu ma to, kim się urodziliśmy, jaki mamy kolor skóry, pozycję w społeczeństwie, a przede wszystkim opinię w nim.

Makkai zaczyna znakomicie. „Kojarzycie ją?” – proste pytanie z jakże istotnym zaimkiem. Tak, tę znaną z codziennego życia. Tę ze szkoły. Tę z pracy. Tę z miasteczka. Tę, której przydarzyło się nieszczęście, ale trudno o nim myśleć jedynie ze współczuciem, bo zaimek jednocześnie upodmiotawia i deprecjonuje. Ta, którą mamy skojarzyć, na pewno pojawiła się w życiu każdego z nas. Jakaś dziewczyna, która stała się ofiarą przemocy. Ta, którą zgwałcono. Ta, której odebrano szansę na dalsze życie. Ona, żyjąca tuż obok, niewadząca innym, czasami przezroczysta, istotna dopiero po swojej śmierci. Zatem kojarzycie ją? Czy może bardziej kojarzycie sytuację, w jakiej się znalazła? Osaczona przez przeciwnika nigdy nieponoszącego kary za zbrodnię, którą popełnił. Ta, której już nie ma. Pozostaje tylko pamięć krzywdy. Albo rozpamiętywanie tego, dlaczego do niej doszło.

Bodie po dwóch dekadach od tragicznego wydarzenia, które na zawsze naznaczyło pewną elitarną szkołę z internatem, powraca do miejsc, gdzie zdobywała nowe doświadczenia życiowe, ale powraca przede wszystkim mentalnie – do zdarzenia wbitego w jej świadomość na zawsze. Rozdarta między dramatami codziennego życia a tym, co i w jaki sposób pamięta, bohaterka usiłuje zrozumieć to, nad czym nikt już nie chce się zastanawiać. Jako charyzmatyczna opiekunka inspiruje młodych ludzi do tworzenia podcastów o intrygujących wydarzeniach z historii szkoły, którą kiedyś skończyła. Jednym z takich wydarzeń była mroczna śmierć siedemnastolatki. Ta, o której się kiedyś mówiło, a potem dość szybko zapomniało, ma imię i nazwisko – to Thalia Keith, dziewczyna utopiona w basenie. Nie ma już osoby noszącej to imię i nazwisko. Jest jedynie to, co pozostało po niej w pamięci innych. A niewielu tak obsesyjnie myśli o tej dziewczynie jak Bodie. Zaczyna się intrygująca i przerażająca podróż w przeszłość. Makkai wraz ze swoją bohaterką zada w tej powieści mnóstwo pytań – nie tylko o krzywdę wyrządzoną Thalii. Bo jest to przecież opowieść o tym, że pewne sprawy dzieją się wciąż na nowo. Wciąż gdzieś ktoś unika odpowiedzialności za przemoc. I zwykle jest to szanowany przez otoczenie dobrze sytuowany biały mężczyzna, gotów popełnić największą zbrodnię bez konieczności poniesienia za nią odpowiedzialności.

Największą zbrodnią, o której opowiada ta powieść, jest zbrodnia niepamięci. Bodie wskrzesza denatkę, poprzez starania, by jej historię ujrzano z innej perspektywy. Nie z perspektywy zamkniętego śledztwa, które ujawniło winnego płacącego teraz za to, co zrobił. Tylko że przed laty wcale nie wydarzyło się to, co funkcjonuje obecnie w świadomości tych, którzy chcą jeszcze pamiętać tamten fragment przeszłości. Jaki związek z dramatycznymi wydarzeniami sprzed lat ma mężczyzna, o którym mówi tytuł powieści? Kim jest pan, któremu Bodie chce zadać kilka zasadniczych pytań, aby uwolnić się od udręki pamiętania krzywdy, za którą stało także wiele mrocznych spraw z jej życia? „Mam do pana kilka pytań” to książka o bardzo przemyślanej konstrukcji. Niepokojące nieścisłości dotyczące zgonu nastolatki pęcznieją tutaj i tworzą fundament dużo bardziej przejmującego niepokoju egzystencjalnego. Bodie jest pełna wątpliwości, a jednocześnie wściekłości i bezradności. Jej dawna koleżanka nie żyje. Ona swoim życiem może dać świadectwo tego, jak mocno zakorzeniają się w nas traumatyczne wspomnienia i jak bardzo można przejąć się losem kogoś, czyj los nie obchodzi choćby w najmniejszym stopniu oprawcy usiłującego uciec przed wymiarem sprawiedliwości.

Pojawia się w tej powieści wyraźnie zaznaczona refleksja, że zwykle nie uważamy kogoś za zdolnego do popełnienia potwornego czynu, ale to wcale nie znaczy, że ten człowiek naprawdę nie jest do tego zdolny. Bodie jest wyrazicielką sprzeciwu i gniewu autorki. Makkai chce opowiadać o wszystkich tych dziewczynach i kobietach, które zostały zdeprecjonowane, które lekceważono w ich cierpieniu, które po swojej śmierci stały się po prostu numerami ewidencyjnymi śledztwa. Śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach bardzo ciekawie jest tu wciąż zestawiana z pulsującym niepokojem życia. Można cierpieć w imieniu kogoś, czyje cierpienie już się zakończyło. Można umierać w inny sposób niż podczas brutalnego morderstwa: to śmierć mentalna wynikająca z mnożących się wątpliwości i zagadek. Bodie jest wyrazicielką cierpienia i lęku, których doświadcza przez wiele kobiet. Ale także swoistą ambasadorką dążenia do prawdy o każdym rodzaju ludzkiej podłości. Zaczynając czytać, nie sposób przewidzieć, jak głęboko i boleśnie wedrzemy się w pozornie zamkniętą przeszłość. Jesteśmy opowieścią o krzywdzie przez cały czas, kiedy o niej pamiętamy – to jedna z ciekawych tez, które można wysnuć, czytając Makkai. Druga dotyczy tego, w jakim kierunku mogą prowadzić próby rekonstrukcji zdarzeń, do których nikt z różnych powodów nie chce wracać.

Bodie wraca do miejsca, w którym zdobywała doświadczenie, ale również spotyka się z rówieśnikami. Te konfrontacje będą równie ciekawe jak cały proces odtwarzania mrocznych zdarzeń, by odsłaniać coraz bardziej przerażające szczegóły. Intrygujące jest to, w jaki sposób pamięć zderza się tutaj z mentalnością osób w tak zwanym dojrzałym wieku. Kto i dlaczego usiłuje wyprzeć z pamięci czas przeszły? Kto i dlaczego go zracjonalizował? Z kim tak naprawdę chciałaby porozmawiać Bodie i co się z nią dzieje, kiedy wciąż nie może zapomnieć tego, co było, i nie jest w stanie racjonalnie spojrzeć na wyrok sądu, spojrzeć na skazanego, który przecież jest niewinny?

„Mam do pana kilka pytań” z każdym kolejnym rozdziałem zagęszcza atmosferę podejrzeń, natomiast środek ciężkości rozkłada się tu częściowo na młode osoby, które pod kierunkiem Bodie próbują zajrzeć w otchłań przeszłości. Jeśli jest to książka o obsesji, to z pewnością nie o obsesji pamiętania, która może rujnować. Bardziej o tym, jak obsesyjnie próbujemy jak najszybciej znaleźć oraz ukarać w swojej świadomości sprawcę zbrodni, która czasem jest tak zawikłana, że nie sposób jej zracjonalizować. Makkai opowiada o każdej kobiecej krzywdzie, która nie doczekała się sprawiedliwości w postaci ukarania krzywdziciela. To rzecz o tym, czym jest milczenie wobec krzywdy. Jak się w nim kryjemy i dlaczego tak się dzieje. Główna bohaterka to postać jeszcze bardziej skomplikowana przez to, w jakiej relacji znajduje się ze swoim mężem, co tę relację nadwyręży i co każe Bodie zdawać egzamin z lojalności. W tym wszystkim nieopowiedziana wprost, ale nietrudna do odczytania uniwersalna opowieść o tym, że kobiece krzywdy mają kamienną twarz. Twarz unieruchomioną i zaklętą w ogromie cierpienia, o którym się milczy. Ta powieść sugeruje, że wyobcowanie może być pokłosiem niesprawiedliwości milczenia lub alienacji społecznej. Ktoś komuś wyrządził okrutną krzywdę. Ktoś komuś odebrał życie. To przypadkiem ta, którą znamy, nie my sami. Ale i ta, która szuka sprawiedliwości. Albo stara się zerwać zasłonę milczenia, by zadać niewygodne, lecz ważne pytania. Pełna napięcia, epickiego rozmachu w portretowaniu egzystencjalnych wątpliwości i przede wszystkim bardzo ważna społecznie powieść. Zapada w pamięć. Nawet jeśli pamiętanie będzie niewygodne.

2023-08-31

„Moja chińska babcia” Lars Saabye Christensen

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 30 sierpnia 2023

Przekład: Iwona Zimnicka

Liczba stron: 216

Oprawa: miękka

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Artysta i proza życia

Czasami dużo ciekawsze niż śledzenie rozwoju twórczego danego pisarza wydaje się przyglądanie jego konfrontacji z faktami. I ta książka jest taką konfrontacją, a także staje się dla twórcy fikcji literackiej wyzwaniem. Lars Saabye Christensen przyzwyczaił nas do obszernych powieści, dlatego od razu rzuca się w oczy lakoniczność „Mojej chińskiej babci”. Myślę, że jest świadoma i celowa. Że oto na naszych oczach rozgrywa się coś bardzo intymnego, może nawet intymniejszego niż w zmyślanych powieściach – ogromna chęć posłużenia się oswojonym narzędziem pracy twórczej, czyli wymyślaniem fikcji literackiej, którego nie można dopasować do opowieści o fascynującej pisarza osobie z jego rodziny. Tu zresztą nie otrzymamy jakiegoś pomnikowego, kompletnego i realistycznego wizerunku tytułowej babci. Christensen odwołuje się do czegoś, z czego nie zdajemy sobie sprawy tak dogłębnie, choć przecież każdy z nas ma to z tyłu głowy. Walcząc z upływem czasu, wciąż niedostatecznie oddajemy pamięci innych to, co przeżywamy najintensywniej: swoje codzienne życie. „Moja chińska babcia” to nie tylko dowód fascynacji kobietą, która w wieku dwudziestu sześciu lat odbyła długą podróż z Kopenhagi do Hongkongu, by tam układać sobie życie. I ta fascynacja nie wynika tylko z tego, że była to postać charyzmatyczna i w przeciwieństwie do innych kobiet, których biografie były przemilczane, a życie toczyło się w cieniu ważnych mężczyzn, potrafiąca zająć między mężczyznami zauważalne i godne miejsce.

Jak to jest napisane? Formalnie zmierza ku literaturze faktu, bo opiera się na charakterystycznych dla reportażu tekstach. Lars Saabye Christensen analizuje między innymi wpisy do ksiąg parafialnych, listy, zapisy na pocztówkach czy zdjęcia, które stara się przedstawiać z detalami, pozostawiając opisowi więcej miejsca niż interpretacjom. Ale widzimy wyraźnie niemal w każdym akapicie, że autor jest prozaikiem, nie reportażystą. Że to nie książka mająca składać się z odtworzeń, lecz intymny zapis egzystencjalnych niepokojów twórcy, który z jednej strony uznaje, że tak zwane prawdziwe życie może być jakimś balastem nie do uniesienia, z drugiej jednak – szuka nowej inspiracji, by opowiedzieć o sobie w podobny sposób, jak zrobił to w powieściach. Hulda Thomsen i jej historia podróży określane są bardzo wyraźnie. Losy babci autora to dla niego temat na powieść, którą zawsze chciał napisać. Jednak z kilku powodów tego nie zrobi. Nie tylko dlatego, że nie może. Co staje na przeszkodzie zbeletryzowaniu losów tej postaci, skoro wszystkie zdarzenia z jej życia można by było twórczo przekształcić?

Lars Saabye Christensen nie chce żadnych przekształceń, chce lojalności wobec faktów. Ta opowieść to po części historia udręczenia kogoś, kto bezskutecznie usiłuje znaleźć narzędzie, by opowiedzieć cudze życie. Jednocześnie jest to również dowód na to, jak wiele twórczych zachwytów może wywołać rozmyślanie o losach osoby, która szczegóły swojego życia zabrała do grobu. Przyglądając się jednemu i drugiemu, stale powinniśmy pamiętać, że Christensen stara się tu eksperymentować, jednak jest to eksperyment w dużym stopniu kontrolowany. A jednocześnie zdominowany przez coś, nad czym pisarz nie może zapanować: przez bezkompromisowość prozy życia.

To jednak także książka o tym, jak pamiętamy samych siebie, swoich bliskich, co powinniśmy pamiętać i co sprawia, że nasza pamięć jest twórcza. Z mroków przeszłości wyłania się pewien obraz portretowanej postaci, ale to trochę tak, jakby ten portret skrywał się za mgłą. Czasem staje się widoczny, innym razem nie da się dostrzec nawet konturów. Metaforyczne zamglenie opowieści o losach niezwykłej kobiety staje się niezwykłe samo w sobie, kiedy dostrzegamy, w jaki sposób autor daje sobie tu lekcję pokory wobec opisywania złożoności tego, co w świecie i w człowieku. Ogromną rolę odgrywać też będą rozważania o tym, czym jest czas oraz w jaki sposób jego upływ może być destrukcyjny dla naszej świadomości. Christensen fantazjuje o istocie czasu, całkiem wprost informując nas, że w jego odczuciu wiąże się ściśle z przestrzenią. Nie jest to zatem powieść, ale książka do odczytania na kilka sposobów – tak jak powieść. Ukazuje skomplikowane próby doboru narzędzia do opisu przeszłości bliskich i proponuje jednocześnie ciekawy punkt widzenia na tych, którzy już nie mogą opowiadać o sobie.

A jednak nie jest tak do końca. Dyskretnie zarysowywane, lecz wciąż czytelne tło tej opowieści daje o sobie znać już na samym początku. Oto bowiem syn usiłuje wykraść resztki życia z ojca, który zdecydowanie przegrywa ze śmiercią. Potem zaś dzieje się coś innego, jakby inne wykradanie. Walka syna z formalną stroną tego, w jaki sposób opowiedzieć skończone życie babki, łączy się tu z walką jego ojca o zachowanie godności do samego końca. O to, by na przekór śmierci zaglądającej w oczy i do szpitalnej sali próbować celebrować coś wręcz przeciwnego: swoje urodziny.

Schorowany ojciec, który nadal trzyma się życia, jest w pewnym sensie pomostem między tym, co zapomniane i niemożliwe do odtworzenia, a tym, co można odtworzyć, bo pozostało w pamięci żyjącego. Staruszek ma problemy z pamięcią, a jego syn z tym, w jaki sposób zapamiętać i opowiedzieć ten okres historii rodzinnej, w którym nie uczestniczył albo który nie pozwala się uporządkować poprzez retrospekcje, bo i one nie zawierają czegoś, co je spoi. Dlatego też przechodzimy płynnie od tekstów źródłowych przez próby interpretacji do stanowczych i jednostronnych zaprzeczeń lub twórczych buntów. Chwilami czujemy opór, jaki stawiała Christensenowi ta książka, a właściwie pomysł na nią, który dopiero potem staje się zwartą narracją. Z drugiej jednak strony: ta narracja ma w zasadzie charakter wyzwalający i przynoszący autorowi ulgę. Być może dzięki temu, że przychodzi mu opowiadać o czasie, którego nikt nie zapisał ani nie zapamiętał. Nie był to również czas nowoczesności, która staje się złodziejką tożsamości. W tym znaczeniu bardzo ciekawie wypada porównanie podróży pisarza do Chin – by promować dawną powieść – z tym, w jaki sposób jego babka dotarła przed wiekiem do Hongkongu.

Myślę, że ta opowieść jest też próbą śmiałego zmierzenia się z tym, co dotychczas dla Christensena jako prozaika było niedostępne, a także mu niepotrzebne. Ciężar tego, czym jest fakt z czyjegoś życia, może stać się trudny do uniesienia, kiedy ów fakt podlega interpretacjom. Z jednej strony jest życie, które naprawdę można opowiedzieć w sposób uporządkowany. Z drugiej jednak – w kolejnych rozdziałach ujawnia się coraz bardziej bezradny wobec jakiegokolwiek porządku twórca, który mierzy się z czymś dla niego nowym i skomplikowanym. Pragnie rekonstrukcji, jednocześnie pragnąc swobody w rekonstruowaniu. „Moja chińska babcia” jest książką kategoryzującą rzeczywistość przez pryzmat tego, w jaki sposób się o niej komuś opowiadało. Z zaskoczeniem tym, jak teraz opowiedzieć… o kimś. Mądra rzecz o pokorze wobec życia i o różnych formach egzystencjalnej słabości prezentowanych przez autora w cieniu tej, która zawsze wydawała się silna i zwycięska. O szacunku wobec przodków, z którego zrodziła się każda forma naszej wrażliwości.

2023-08-21

„Wszystkie winy mojej matki” M. M. Perr

 

Wydawca: Wydawnictwo Prozami

Data wydania: 17 sierpnia 2023

Liczba stron: 360

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 46,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzinne tajemnice

Książki takie jak ta udowadniają, że odpowiednio dobrany tytuł i dopasowana doń okładka to już połowa sukcesu wydawniczego. Bo tak się składa, że nie znałem dotychczasowej twórczości autorki skrywającej się pod pseudonimem artystycznym M.M. Perr, ale informacja o tej powieści przykuła moją uwagę. Okazało się, że na dłużej – i jestem bardzo usatysfakcjonowany, bo pomijając niejednoznaczność gatunkową tej opowieści, warto docenić, w jaki sposób pisarka wykorzystuje pozornie wyeksploatowane motywy literackie takie jak dom, zniknięcie czy toksyczne relacje rodzinne. Autorka stosuje także bardzo prostą linię narracyjną, gdy opowieść córki, która niesie w sobie pokłady wielu negatywnych emocji do matki, są uzupełniane właśnie matczyną narracją pierwszoosobową. Nie ma zatem niczego niezwykłego w tym, na czym bazuje ta książka. Jednakże interesujące jest to, w jaki sposób „Wszystkie winy mojej matki” pokazują, że najsilniejsza relacja w życiu większości z nas może być intensywna w naprawdę zaskakujący sposób. Tu bohaterki skontrastowane są kilkoma metodami, spośród których najbardziej spodobało mi się umiłowanie bieli przez córkę i miłość, jaką do kolorów żywi matka. Jednakże dużo ciekawsze jest przyglądanie się temu, co zostaje tu zarysowane nie przez kontrast, lecz w półcieniach. To historie i ludzie z tła zaczną mieć większe znaczenie, niż moglibyśmy przypuszczać. I to jest najcenniejsze w tej powieści – warto z uwagą śledzić każdy wątek, by zrozumieć potem, jak intrygującą strukturę obyczajową stworzyła tutaj pisarka.

Gabriela od lat mieszka w Gdańsku. Z dala od rodzinnego Krakowa i z dala od matki będącej artystką. Zdecydowała, że sama nie będzie matką. Nie po tym, jak czuła się odtrącona, jak utraciła swoje dziecięce poczucie bezpieczeństwa i jak trudno było jej potem wybaczyć mentalne oddalenie matce, która powinna się córką opiekować. Po latach Gabriela staje się zgorzkniała i uprzedzona. Udało jej się zamknąć przeszłość, jednakże sytuacja losowa sprawia, że kobieta musi wrócić do Krakowa i skonfrontować się z tą, której przez lata nie mogła wybaczyć. „Za co ty ją tak nienawidzisz?” – pyta Gabrielę siostra Zu, kobiety najbliższej i jednocześnie najdalszej głównej bohaterce. Czy to nienawiść? Czy jedynie głęboka niechęć? A może w dystansie Gabrieli wobec matki kryje się coś jeszcze bardziej mrocznego?

Zuzanna wie, że nie była dobrą matką. Wspominając własną rodzinę, zwraca uwagę na przekazywany być może z pokolenia na pokolenie defekt. Ludzie z jej najbliższego otoczenia byli „skażeni nieumiejętnością czystego kochania”. Zuzanna pokochała kogoś bardziej niż własną córkę. Dziś przebywa w szpitalu, a wcześniej próbowała coś odkryć w swoim domu. Zu z krwistą szminką na ustach staje się bezwolną, pozbawioną dotychczasowej witalności postacią, która leży na szpitalnym łóżku i nawet wówczas, po latach, nie pozwala córce na jakiekolwiek zbliżenie. Zresztą Gabriela wcale ku niemu nie dąży. Żyje zadaniowo. Tym razem musi przygotować dom matki do sprzedaży i ustalić plan opieki nad nią. Nie będzie się spodziewała tajemnic oraz zagadek, z którymi się zderzy, gdy zajmie się starym domem rodzinnym.

To książka o tym, że bardzo często miłość w rodzinie skupiamy na jej jednym członku. Nie umiejąc dać innym podobnej bliskości, często czujemy się przez nich odtrącani. „Wszystkie winy mojej matki” to wielowątkowa opowieść obyczajowa o tym, czym może być nadmiar i deficyt miłości kogoś bliskiego. O rodzinach, które musiały żyć w ponurym cieniu tragedii, ale przede wszystkim o dzieciach dorastających bez przekonania, że są ważne dla swoich rodziców. W tym kontekście ciekawe jest pojawienie się wątku kuzyna Gabrieli. Mężczyzna dokonuje aktu wyzwolenia się od toksycznej matki – na innych zasadach niż Gabriela, ale z równie silnym przekonaniem o słuszności swoich poczynań. Okazuje się, że M.M. Perr obok barwnej opowieści o skomplikowanych relacjach matki i córki prezentuje nam ciekawych bohaterów drugiego planu, którzy niekoniecznie pozostaną na nim do końca. Sugeruje, że poczucie odrzucenia dziecka przez matkę jest tak samo traumatyzujące bez względu na płeć. Ale autorka dyskretnie zaznacza coś jeszcze: fakt, że miłość do własnego dziecka wcale nie musi być bezwarunkowa. Może być czymś, czego kobieta się uczy. Albo czego nie chce się nauczyć, bo miłość może być cierpieniem. Wie to dobrze Zuzanna. Wie równie dobrze ktoś jeszcze, kto znajduje się wciąż blisko matki i córki, którym po latach bardzo trudno jest nawiązać jakiś kontakt.

Podoba mi się w tej powieści logiczny porządek odsłaniania kolejnych rodzinnych tajemnic. Kilku kwestii można się domyślić, kilka pozostanie enigmatycznych do samego końca. W śledzeniu tej historii przydaje się również wrażliwość na detale. Bohaterki ukazywane są przez swoje wybory, przekonania i przez to, co robią i do czego nie są zdolne. Perspektywa opisu jest bardzo ciekawa. To, co mogła na swój temat powiedzieć Zuzanna, jest zamkniętą przeszłością. To, co myśli o matce obecnie dorosła córka, ukryte jest w bezpiecznej trzecioosobowej narracji. Tymczasem napięcie narasta, choć konfrontacje tych postaci nie są spektakularne. Jednocześnie M.M. Perr snuje opowieść o niezwykłej więzi, która została z jakichś powodów zniszczona. Symbolika wspólnego tworzenia skrzydeł z piór czy pisania bajek przez matkę i córkę jest czytelniejsza wówczas, kiedy ujrzymy, jak życiowe okoliczności podzieliły te kobiety. Bo coś stało się w momencie, w którym ze szczęśliwego domu rodzinnego znikł ktoś inny. Gabriela po latach ucieka w niepamięć. Zuzanna jest świadoma przeszłości, ale wie, że sama w niej zbyt często uciekała choćby w sztukę i teraz nie będzie już okoliczności łagodzących, relacje z córką pozostaną napięte. Perr opowiada historię, której struktura wciąż nie jest przed czytelnikiem całkowicie odsłonięta. Cały czas nie zdajemy sobie w pełni sprawy, jak głęboko wchodzimy w portretowaną relację i co tak naprawdę się kryje za tym, co możemy dostrzec. Jednocześnie „Wszystkie winy mojej matki” to powieść konsekwentnie odsłaniająca pozornie niewidoczne karty. Matka i córka opowiedzą wspólnie jeszcze jedną historię. Nie mniej wstrząsającą niż dramaty ich obu.

To książka dla wszystkich przekonanych o tym, że ból odtrącenia zawsze intensyfikuje traumatyczne wspomnienia, nie pozwalając wyjść poza przestrzeń, w której zostaliśmy odtrąceni. Pozornie nie ma tu żadnych okoliczności łagodzących, a tak naprawdę jest to historia wielu niedopowiedzeń, w których skrywa się to, czego boimy się najbardziej – niegotowość kogoś bliskiego na zbliżenie do nas. Bo jest to również opowieść o kobietach w szponach lęku. Zu na szpitalnym łóżku nie jest już pewną siebie i odważną kobietą sprzed lat. Zuzanna czegoś się boi. Nie tylko ona. A M.M. Perr w naprawdę przekonujący sposób opowiada nam o lęku, emocjonalnych deficytach i przede wszystkim o ludzkiej samotności.

2023-08-18

„Babetta” Nina Wähä

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 23 sierpnia 2023

Przekład: Justyna Kwiatkowska

Liczba stron: 336

Oprawa: twarda

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: W imię przyjaźni

Nina Wähä w swojej drugiej powieści przeniesie nas z chłodnego (przede wszystkim symbolicznie) pogranicza szwedzko-fińskiego do upalnej Francji. Tym razem nie zdecyduje się na tak wielowątkową i panoramiczną historię, jaka tworzyła „Testament”. „Babetta” jest bardzo kameralna, choć i tym razem szwedzka pisarka dużo głębiej oraz szerzej, niż się wydaje, analizuje zasadniczy problem swojej powieści. To właściwie historia jednej postaci. Jakkolwiek nierozwojowa wydawałaby się narratorka tej książki, jest dużo ciekawszą postacią niż ta druga – najlepsza przyjaciółka, w której cieniu zawsze tkwiła, czekając na zainteresowanie oraz odrobinę czułości. Wähä rozpoczyna tę narrację pytaniem o istotę przyjaźni, które otwiera drogę do dość oczywistego przesłania „Babetty”, kończy zaś na przyzwoitym poziomie klasycznego skandynawskiego thrillera. To krótsza i zdecydowanie inna niż „Testament” powieść. A jednak rozpoznawalna jest ta czujność autorki wobec detali, na podstawie których opowiada się o człowieku, jego pragnieniach, potrzebach, fascynacjach i rozczarowaniach. Zatem po książce ukazującej nieoczywisty wizerunek rodzinnych traum otrzymujemy teraz coś, co w równie nieoczywisty sposób jest fantazją na temat przywiązywania się do drugiego człowieka, a w szerszym ujęciu – także feministycznym – staje się mroczną historią o uległości i bierności wynikających z tego, że zbyt wiele kobiet wciąż godzi się na wielowiekowy patriarchalny porządek świata wciąż zaskakująco skutecznie stygmatyzujący płeć żeńską.

Katja opowiada tu o sobie oraz prezentuje swoją przyjaciółkę. A raczej dziewczynę, z którą kiedyś zbliżyły ją okoliczności, a teraz główna bohaterka rozpaczliwie usiłuje odnaleźć ślady tej bliskości. Bo przecież są przyjaciółkami, prawda? Zresztą Lou, która rozpoczęła międzynarodową karierę aktorską jeszcze jako nastolatka, dokładnie tak nazywa Katję, kiedy widzą się we Francji. To tam ma przyjechać pełna wątpliwości kobieta, która wciąż wierzy w tę piękną nastoletnią bliskość. Bo przecież wszystko można odbudować, a świat show-biznesu pochłonął jej przyjaciółkę tylko na jakiś czas. Kim jest Lou? A może warto zadać sobie dużo ciekawsze pytanie: kim jest Katja? Przecież to jej oddany jest tu głos, jej narracja pierwszoosobowa wprowadza nas w świat skomplikowanych, podszytych wulgarną seksualnością relacji dwóch kobiet i jednego mężczyzny. Dziewczyna, która stała się kobietą w inny sposób niż jej przyjaciółka. Dojrzała i dorosła inaczej. Lou świeciła blaskiem gwiazdy, Katja zawsze była cieniem – także siebie samej. Gotowa na jedyny życiowy bunt, czyli ścięcie włosów, które potem ponownie zapuszcza. Niegotowa na jakąkolwiek głębszą relację, gdyż wciąż przekonana o tym, że taką posiada. Tylko z różnych powodów tę przyjaźń nazywa się uzależnieniem. Toksyczną relacją, której naturę oraz konsekwencje Nina Wähä ujawni w niekoniecznie oczywisty sposób. To już drugi literacki dowód na to, że ta pisarka bierze na warsztat temat pozornie wyeksploatowany literacko. I znowu zaskakuje, gdy ujrzymy, ile różnorodnych interpretacji może mieć „Babetta”. Nie wiem, czy „Testament” nie poruszył mnie bardziej. Paradoksalnie dlatego, że mocno trzymał czytających na dystans wobec większości bohaterów, a w nowej książce jest się czytelnikiem, który zbliża się za bardzo. Z pewnością jednak jest to powieść, która usatysfakcjonuje wielbicieli „Testamentu”, a także tych, którzy z twórczością autorki spotkają się na kartach „Babetty” po raz pierwszy.

Rzecz jest o kultowym filmie i kameralnym dramacie. O blasku sławy, którego konsekwencje dobrze znamy, i nieszczęściu bycia tą gorszą, bycia w oddaleniu i oczekiwaniu na to, by przyszedł czas zainteresowania. Lou jako młodziutka aktorka debiutuje w filmie, o którym mówi potem cały świat. Podoba mi się to zestawienie wspomnianej już kultowości: mamy dzieło filmowe z jego analizami i interpretacjami (także tymi Katji), którymi zajmuje się cały świat, i mamy postać, ale tu już pojawia się bardzo intymna wiwisekcja tego, kim tak naprawdę jest prawdziwa przyjaciółka. Kim jest Lou w relacji, która z każdą kolejną stroną staje się coraz bardziej skomplikowana, a Katja pragnąca zbliżyć się do przyjaciółki po latach doświadcza innych zaskakujących zbliżeń. Czasem obrzydliwych, na które się godzi. Z fascynacji, niepokoju, niepewności czy nieświadomości?

Należy nazwać rzecz po imieniu: w dosłownym i symbolicznym znaczeniu „Babetta” będzie o gwałcie, którego dokonuje mężczyzna na kobiecie. O wiekach przemocy wpisanych w historię ludzkości, lecz również o tym, jak bardzo dotkliwa staje się przemoc seksualna. Wähä oddaje głos kobiecie, która wcale nie jest gotowa na doświadczenia z płcią przeciwną, jakie stają się jej udziałem. Jednocześnie jest to kobieta zadziwiająco biernie akceptująca pewne patologiczne zjawiska. Kto i dlaczego je sankcjonuje? Jak nazwać relację, która kojarzy się z poczuciem bezpieczeństwa, kiedy tuż obok niej czają się rozmaite zagrożenia i traumatyzujące przeżycia? „Babetta” jest historią o tym, co mężczyzna uznaje za swoje, co zawłaszcza, jak manipuluje i jak nieoczekiwane konsekwencje może mieć ta dominacja. Dodatkowo Nina Wähä ukazując kobiece uprzedmiotowienie w poświęceniu dla sztuki. Pyta ustami swojej narratorki o to, gdzie znajdują się granice – głównie moralne – tego, co można zrobić w imię sztuki. Dysharmonia między męskością a kobiecością rozegra się tutaj w tym, jak opowiadany jest tytułowy film, jak wiele skomplikowanych problemów będzie się kryło w relacji aktorki i reżysera, a w końcu – jak dyskomfortowo będzie się czuć, analizując to wszystko, dziewczyna sprzed lat, która wie, że wcale nie jest tym, kim nazywa ją Lou, nie jest najlepszą przyjaciółką. Kim się w takim razie staje? I co wydarzy się wówczas, gdy długo zaprzyjaźnione kobiety zajrzą głębiej w siebie, kiedy ta druga po latach pojawi się obok?

„Babetta” jest również powieścią o toksycznej relacji przypominającej trochę lustrzane odbicie. A właściwie odbicie w krzywym zwierciadle – jednym z tych z gabinetu luster, w którym niektórzy się śmieją, niektórzy dziwią, a niektórzy są pełni niepokoju. „Ona woła, ja przychodzę” – tę deklarację Katji czytamy już na samym początku. A potem coraz trudniej jest określić, czy bohaterka chce być za wszelką cenę blisko swej przyjaciółki, czy też po prostu się nią stać. Symboliczna jest tu scena przymierzania filmowej sukienki lub próba zracjonalizowania aktu seksualnego, który przecież nie powinien nigdy nastąpić. Czy Wähä pisze zatem o partnerstwie w przyjaźni, czy może o tym, co się wydarza, kiedy drogi życiowe bliskich sobie osób rozejdą się w zasadniczy sposób, co zdeformuje i zrujnuje tę przyjaźń? „Babetta” to historia kobiety, która przez całe życie nie dawała sobie prawa do tego, by być szczęśliwą i spełnioną. Jednocześnie to pasjonująca opowieść o egzystencjalnym nieszczęściu oraz niespełnieniu – w kilku zaskakujących znaczeniach, bo jakkolwiek skondensowana jest ta narracja, ma moc wzbudzania wielu wątpliwości – jak „Testament”. Znakomita skandynawska powieść obyczajowa o tym, czym jest rola: filmowa, życiowa, w relacji z bliską osobą, w akcie seksualnym, w porządkowaniu rzeczywistości podzielonej przez płeć. I tym, kto lub co tę rolę wyznacza oraz utrwala.

2023-08-11

„Pomroka” Agnieszka Jeż

 

Wydawca: Wydawnictwo Luna

Data wydania: 23 sierpnia 2023

Liczba stron: 336

Oprawa: miękka

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Prowincja i zbrodnia

Czytelnicy moich omówień literackich wiedzą, że pisarka literatury środka, którą zawsze jestem gotów polecić w ciemno, to Magda Knedler. Ale jest też druga twórczyni, o której mogę napisać to samo. I zresztą napisałem, recenzując jedną z wcześniejszych powieści Agnieszki Jeż. To również autorka, po której książki zawsze sięgnę z przyjemnością i wiem, że bez względu na podjętą tematykę będą po prostu bardzo dobrze napisane. I choć nie czytam Jeż może tak regularnie jak Knedler, bo prawdopodobnie nie każdy jej utwór to moja czytelnicza działka, „Pomroka” po raz kolejny udowodniła mi, że absolutnie się nie mylę: Agnieszka Jeż wie, jak tworzyć znakomitą literaturę środka, lecz poza tym umie coś, z czym ja bym sobie jako pisarz nie poradził. Tworzy po prostu bardzo ciekawe i wielowątkowe kryminały, w których miejsca również są bohaterami. Po tym, jak na przykład w „Odpłacie” Jeż przeniosła nas na Podhale, o mentalności jego mieszkańców pisząc bezkompromisowo i zajmująco, i po tym, jak udało jej się dotrzeć bliżej do intymności Beskidu Niskiego w powieści „W cieniu góry”, tym razem trafiamy w pobliże miasta, z którego raczej się ucieka, niż do niego przybywa. To Wałbrzych, ale nie tam będzie się toczyć akcja „Pomroki”. Książki koncentrującej się przede wszystkim na zjawisku wypierania – ze świadomości osobistej, ale też lokalnej czy społecznej – zła, po którego doświadczeniu można normalnie funkcjonować, bo ono przestaje istnieć w pamięci. Jednak się wydarzyło. W nowej powieści Jeż dzieje się bardzo wiele złego. Jednocześnie po raz kolejny otrzymujemy od tej autorki rasowy kryminał znakomicie połączony z powieścią obyczajową o ważnej tematyce społecznej.

Na marginesie, który nie powinien się tu może pojawiać, zaznaczę, że to niezwykłe doświadczenie przeczytać o samym sobie, a raczej o swojej drodze życia i życiowych wyborach, które zainspirowały pisarkę na tyle, by poświęcić mi kilka akapitów. Ale to tylko świadectwo tego, że Agnieszka Jeż jest autentyczna w każdej swojej książce, ponieważ jej inspiracjami zawsze są rzeczywiste zdarzenia, problemy, relacje i emocje. „Pomroka” to również książka, która odsłania oblicze pewnej tragedii sprzed lat w nowy, niecodzienny sposób. Bo też nieprzypadkowo główna bohaterka fascynuje się twórczością Olgi Tokarczuk i wspomina jej słowa o tym, że literacka opowieść to dawanie życia temu, co nieopisane być może mogłoby umrzeć w pamięci. Tutaj mamy do czynienia zarówno z dramatyczną historią brutalnego odebrania życia nastolatce, lecz również o tym, że pamięć ludzka tak naprawdę niczego nie usuwa na stałe. I dlatego cenne jest to, jaki nadano tej książce tytuł. Bo Jeż opowie o niesamowitej sile wypierania, ale również wieloaspektowo ukaże dramat przypominania sobie różnych zdarzeń. Lub procesu, który bierze na siebie ktoś inny. Na przykład dociekliwa policjantka.

Po sierżant Wierze Jezierskiej czas na nową postać. Będzie nią komisarz Sonia Kranz. Kobieta w średnim wieku, która znalazła się na życiowym zakręcie. A w zasadzie ma go za sobą i z różnych powodów nie udało jej się wyjść na prostą w dalszym życiu. Kranz obejmuje opiekę nad prowincjonalnym komisariatem policji i nad nastoletnią córką. A okaże się, że zabita nastolatka była w wieku osoby najbliższej prowadzącej śledztwo kobiecie, która musi rozpaczliwie miotać się między emocjami matki a profesjonalizmem policjantki na tropie zabójcy. W tym tkwi siła „Pomroki”: w zmuszeniu czytelnika do obserwowania, w jaki sposób z najsilniejszymi emocjami radzi sobie matka, która spotyka się z tą drugą – tracącą bezpowrotnie swoje dziecko. Nie chodzi tylko o złożony wizerunek emocjonalnego zapętlenia Kranz wyobrażającej sobie, że na miejscu zabitej mogłaby być istota, którą kocha ponad życie. To również fascynujący obraz konfrontacji dwóch matek, z których jedna jest bezgranicznie wdzięczna losowi za to, że jej córka nadal żyje, a druga nie może unieść rozpaczy, kiedy traci wszystko. Jak prowadzić śledztwo w sposób profesjonalny, skoro jest się tak mocno zaangażowaną emocjonalnie w nie kobietą, która poza obowiązkami ma przede wszystkim ogromne pokłady empatii dla cierpienia z powodu utraty dziecka?

U Agnieszki Jeż nic nie jest zwyczajne, choć czasem autorka wychodzi od sytuacji, które mogą wskazywać na pewną przewidywalność. Na przykład na to, że w „Pomroce” główna bohaterka straci zawodową czujność albo poprowadzi swoje działania śledcze niezgodnie z protokołem. Oczywiście, że tak będzie. Wydarzy się jedno i drugie, jednakże Jeż wcale nie proponuje przewidywalnych rozwiązań fabularnych. W dodatku umieści akcję swojej powieści w miejscu, w którym ludzie doświadczali dramatów przesiedleń. W miejscu, gdzie przeżywano najboleśniejsze życiowe zmiany i gdzie sama Sonia Kranz wciąż doświadcza czegoś nowego. I dowiaduje się nowych rzeczy o tajemnicach ukrywanych nie tylko przez lokalną społeczność, której członkowie albo sporo pamiętają, albo równie dużo usiłują zapomnieć. Pisarka opowie o tym, jak wiele ludzkich emocji należy ukryć lub ujawnić i jak bardzo obydwa procesy mogą być bolesne. A poza tym jesteśmy we wręcz sielankowym świecie. Na prowincji, na której żyje się spokojnie i bezboleśnie. Gdzie życie przejawia się na wiele sposobów. Gdzie życie zostaje nagle odebrane.

Kiedy recenzowałem „Odpłatę”, wspomniałem o czymś, o czym Jeż pisze ponownie. Tutaj męskość to pewna fatalna siła, a mężczyzna jest źródłem opresji. Tyle tylko że w przeciwieństwie do „Odpłaty” jest tu również mężczyzna, który fascynuje i przyciąga. Bohaterka „Pomroki” zderzy się nie tylko z dylematami związanymi z tym, że tropi zabójcę dziewczyny, która mogłaby być jej córką. Kranz z jednej strony odkrywać będzie coraz bardziej mroczne aspekty bycia dominującym mężczyzną, a z drugiej – wbrew zdrowemu rozsądkowi będzie zbliżać się do mężczyzny, dla którego jest gotowa coś poświęcić, a może przede wszystkim coś zmienić. Bo Jeż opowiada o tym, jak bardzo jesteśmy skłonni przekazywać sobie z pokolenia na pokolenie apatię lub lęk przed jakimikolwiek zmianami. Że w imię społecznie usankcjonowanego spokoju gotowi jesteśmy zapomnieć bardzo wiele. „Pomroka” to historia w zasadzie trzech relacji łączących matki i córki. Najtrudniejsza jest chyba ta, która stanowi tutaj tło. Myśli o matce przysparzają Kranz wiele bólu. A Agnieszka Jeż pokaże, że matka nie musi być w żaden sposób demoniczna, by traumatyzować. Czasami do końca życia pamięta się opresyjny charakter polecenia, by łączyć kropki. I Sonia Kranz to pamięta – teraz jako policjantka, skoncentrowana na swoim zadaniu, a jednocześnie zdekoncentrowana z powodu tego, co podpowiadają jej pamięć oraz wyobrażenia na temat okoliczności zbrodni popełnionej na młodziutkiej ofierze. Musi połączyć kropki inaczej. Tym razem po to, by znaleźć zabójcę.

O czym jeszcze jest ta książka? O nieoczywistości zbrodni. O tym, co może zaskoczyć i zaskakuje nawet samego zabijającego. Agnieszka Jeż opowiada przejmującą historię o kilku kameralnych dramatach, które łączą się w coraz bardziej intrygującą historię. Bo im dalej od schwytania złoczyńcy jest główna bohaterka, tym bardziej interesująca jest fabuła tej powieści. A później autorka nie bierze jeńców i stawia na niebanalne rozwiązania fabularne. „Pomroka” to świetnie skonstruowany kryminał, ale również książka, która na każdym kroku i w każdym detalu stara się pokazać, że nie jest to gatunek tak oczywisty, jak mogłoby się wydawać, kiedy pomyśli się o tym, ile takich powieści już napisano i jak wiele razy je zepsuto. Jeż jest po prostu bardzo dobrą autorką. Zaangażowaną w to, co opisuje. Wbrew pozorom zmyślającą najmniej jak to możliwe. „Pomroka” to fikcja literacka, lecz również niewątpliwie odbicie rozmyślań i przeżyć, których Jeż doświadczyła z dużą intensywnością. Dlatego napisała tę książkę z sercem i bez żadnych jednoznacznych elementów, bo przecież Sonia Kranz zastanawia się także nad problemem ostracyzmu wobec zbrodniarza zamiast możliwości resocjalizacji, o której się z różnych powodów nie myśli. Będzie zatem kolejny piękny polski zakątek, do którego wedrze się to, czemu daleko do piękna. Zło, którego wykładnię Agnieszka Jeż jak zawsze odsłoni niebanalnie.

2023-08-02

„Otchłanie” Pilar Quintana

 

Wydawca: Wydawnictwo Mova

Data wydania: 9 sierpnia 2023

Przekład: Iwona Michałowska-Gabrych

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Lęki dziecka

Otrzymujemy właśnie drugą przetłumaczoną na język polski powieść Pilar Quintany. Podobnie jak „Suka” jest krótka, bardzo intensywna w swojej wielowarstwowej symbolice i z pewnością to, co łączy te dwie książki, to motyw macierzyństwa oraz sugestywne opisy kolumbijskiej natury. O jednym i drugim zostanie tutaj opowiedziane jednak zupełnie inaczej niż w „Suce”, choć pewne elementy będą wspólne. Pewne jest to, że obie narracje kolumbijskiej pisarki wchodzą głęboko pod skórę dzięki nieoczywistości swojego przesłania. Bo o ile Quintana we wcześniej wydanej książce opowiadała o boleści niespełnionego macierzyństwa, tym razem opowie o tym, ile niespełnienia kryje się w nim samym. A wszystko portretowane ze znakomicie dobranej perspektywy. Dziewczynki, która widzi i słyszy bardzo wiele, ale z interpretacjami tego wszystkiego pozostaje całkiem sama. „Otchłanie” – z tytułem przywoływanym tutaj kilkukrotnie – to liryczna i jednocześnie brutalnie naturalistyczna powieść o ludzkiej samotności i pragnieniu zakończenia swojego życia. „Niektórzy ludzie chcą umrzeć” – stwierdza młodziutka bohaterka tej książki. Niektórzy tu umrą. Niektórzy pozostaną z tymi śmierciami, a ich dalsze życie zostanie naznaczone mrokiem oraz niepewnością. O życiu w cieniu umierania i o potrzebie rozstania się z życiem Quintana opowiada poetyckim językiem, choć tym razem bardzo się stara – choćby z racji przyjętej perspektywy narracyjnej – by upraszczać kwestie, które w tej powieści stają się swoistymi obsesjami.

Claudia żyje w cieniu matki, której istnienie samo w sobie jest cieniem. Surowa i zdystansowana kobieta stale jest zagadką – dla czytających i swojej córki, której mówi wprost: „(…) ty zrujnowałaś mi ciało”. Ale symboliczna ruina rozpisana jest tu na kilka historii. Między innymi w retrospekcjach pokazujących, jak mogłoby wyglądać życie kobiety, która teraz macierzyństwo traktuje jak balast. Czy obie bohaterki łączy tylko to samo imię? Ich związek jest niepokojący ze względu na różnego rodzaju deficyty i to, w jaki sposób córka czuje się niespełniona, a matka – rozczarowana sobą i swoim małżeństwem. Jednocześnie to więź niezwykle silna. Młodziutka Claudia z miesiąca na miesiąc staje się coraz bardziej czujna, gdy widzi, że matka chciałaby odejść – w symbolicznym i rzeczywistym wymiarze. Do tego pojawiają się tu również mroczne uzupełnienia w postaci opowieści o kobietach, które z różnych powodów i w różnych okolicznościach pożegnały się z życiem. Zniknęły. Znika na naszych oczach najsilniejsza z więzi, przekształcając się w skomplikowaną zależność. Dziecko kocha matkę bezinteresownie i instynktownie. Matka jest gotowa przysporzyć dziecku cierpienia, bo sama nie jest w stanie znieść jego ogromu, który uderza w nią niczym morska fala o brzeg.

Tak, podobnie jak w „Suce” Quintana będzie opisywać swoiste przypływy i odpływy wielu bolesnych emocji. Cierpią tutaj w zasadzie wszyscy. Jakby każdy był nie na swoim miejscu, choć te miejsca wyznaczają na przykład społeczne konwenanse. Pilar Quintana rozpoczyna od sugestywnego opisu życia, które rozrasta się instynktownie, bo to życie natury. Pełen zieleni i jej ciągłego wzrastania dom staje się jednocześnie coraz bardziej surową przestrzenią opresji. I niewiele pomaga to, że bohaterowie opuszczają ten dom. Poza nim Claudia z rodzicami zaczyna czuć się jeszcze bardziej bezradna. I oswaja się z tym, co słyszy na temat śmierci. Na przykład z informacją, że niektórzy wcale nie czekają na to, kiedy przyjdzie, lecz z przerażającą śmiałością wychodzą jej naprzeciw wcześniej, niż zaplanuje to los.

Claudia obserwuje, analizuje, coraz bardziej się niepokoi. Quintana opowiada o dziewczynce, która żyje wśród „zgliszcz pewników”, coraz mniej rozumie i coraz mocniej czuje wielkie wyobcowanie, choć przecież mimo dystansu stwarzanego przez matkę jest bardzo blisko z ojcem. To właśnie wizerunek ich intymnego wspólnego czasu, obrazu ciotki w tunice czy podróży krętą górską drogą to jedne z ciekawszych fragmentów, bo Pilar Quintana operuje tutaj niebanalnymi opisami. Jednocześnie dynamizuje akcję tej krótkiej powieści dialogami wyrażającymi coraz więcej egzystencjalnej niepewności.

To historia tego, co zostaje zbyt szybko zabrane, zbyt intensywnie dane albo za późno wyjaśnione. Wszystko rozgrywa się w jakichś ponurych półcieniach, choć w portretowaniu kolumbijskiej natury dominuje przede wszystkim jasność, palące słońce. Ale krajobrazy współgrają z tym, jak wyglądają dusze bohaterów. Nie mamy do nich w zasadzie żadnego dostępu, bo narracja zdominowana jest przez to, jak odbiera rzeczywistość dziewczynka zmuszona do zmagania się z takim rodzajem samotności, w którym nie można rozczulać się nad sobą, gdyż trzeba bacznie obserwować bliskich, gdy między nimi zanika powoli jakakolwiek czułość.

Quintana opowiada w zasadzie o dwóch rodzinach, bo ważne retrospekcje uwiarygodniają portret psychologiczny kobiety, dla której z wielu powodów życie jest po prostu nie do zniesienia. Przejmujący jest wizerunek dziecka, które chciałoby żyć otoczone troską i zainteresowaniem, a wszystkie atawizmy związane z opieką oraz czułością przenosi na swą lalkę. To, co dzieje się z tą lalką później, również ma kolosalne znaczenie dla zrozumienia tej powieści. Pilar Quintana wprowadza nas w świat przeżyć dziecka, które usiłuje zrozumieć, co przeżywają dorośli, którym przygląda się bardzo uważnie. „Otchłanie” to także powieść, w której wciąż narasta niepokój. Jest coraz bardziej odczuwalny, gdy zaczyna być werbalizowany. Jednakże stale tkwimy w niepewności tego, w jakim kierunku rozwinie się ta historia. Kto i kiedy da się pokonać życiu, a kto przekona się, jak bardzo jest ono istotne, gdy żyje się dla kogoś, a czasem w jego imieniu.

To też bardzo poruszająca historia tego, w jaki sposób eskapizm przeradza się w obojętność wobec świata oraz najbliższych. O straumatyzowanej przez wiele czynników rodzinie, która z różnych powodów nie może dać szczęścia dziecku ani stać się relacją jakiekolwiek pewności, jakiegokolwiek przywiązania do siebie. To studium tego, w jaki sposób rozwija się niechęć do istnienia, zaprezentowane w dekoracjach świata natury, który bezwzględnie oraz konsekwentnie dąży do tego, by żyć i się rozwijać. Bo jest tu też mowa o żywiołach. Tych wziętych z natury i o żywiołach trawiących rozgoryczone rzeczywistością umysły. Do czego można się posunąć, będąc przekonanym o byciu w niewłaściwym miejscu i odgrywaniu niewłaściwej roli? Czego nie da się zmienić, gdy stupor uniemożliwia jakąkolwiek zmianę i każe coraz bardziej obojętnieć? Jak kochać matkę, która nigdy nie pokochała samej siebie ani też prawdopodobnie człowieka, który stał się jej mężem? „Otchłanie” to nie tylko powieść przesycona fatalizmem, który jest tu punktem wyjścia do szerszych rozważań o tym, dlaczego z taką konsekwencją potrafimy odpierać i kwestionować możliwości, jakie daje nam życie. To w dużej mierze opowieść o niebywale smutnym dzieciństwie i o dziecku gotowym na wszystko, by uratować od zagłady związek rodziców oraz walczyć o miłość swojej matki. Kameralna, lecz jednocześnie uniwersalna historia takiego sposobu doświadczania dzieciństwa oraz macierzyństwa, które pozostawiają po sobie bolesne ślady. Ale sugestie, jak są bolesne, to już chyba nie zamiar autorki. Quintana ponownie zaprasza do zagadkowego oraz mrocznego świata kolumbijskiego niepokoju emocjonalnego i moralnego. Bardzo poruszająca książka.

2023-07-24

„Wszyscy tak jeżdżą” Bartosz Józefiak


Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 28 czerwca 2023

Liczba stron: 392

Oprawa: twarda

Cena det.: 56,90 zł

Tytuł recenzji: Na speedzie

Kiedy w kwietniu tego roku w dniu 45. urodzin zdałem w Islandii egzamin na prawo jazdy, zauważyłem tę książkę w zapowiedziach wydawniczych i wiedziałem, że koniecznie muszę ją przeczytać. Nie tylko dlatego, że jako kierowca zdobywający doświadczenie chciałem wiedzieć, co się dzieje, gdy nabiera się zbytniej pewności siebie za kółkiem, a przede wszystkim: dlaczego tak się dzieje. Chciałem zrozumieć, dlaczego przez całe życie bałem się w Polsce samochodów – tego, kto nimi jeździ, i tego, żeby samemu zacząć prowadzić. A książka Bartosza Józefiaka odpowiada na potężnym speedzie na wiele z moich pytań. Bo czyta się ten reportaż – a w zasadzie zbiór tekstów częściowo już publikowanych – na jednym wdechu i po lekturze z pewnością inaczej spojrzy się na to, jak wygląda świat wokół, gdy prowadzimy metalowe pudło, ale także na to, jak ten świat widzi nas, kierujących pojazdami mechanicznymi.

Mój islandzki instruktor jazdy powtarzał to, co powtarzają wszyscy. Samochód daje poczucie wolności. Na pewno nie myślał o tym w takich kategoriach, w jakich myślą polscy kierowcy, którym Józefiak przysłuchuje się bardzo uważnie, a niektórych może jedynie podglądać. Sprawcy śmiertelnych wypadków drogowych, mężczyźni tuningujący swoje auta, wielbiciele ścigania się, ludzie zarabiający jazdą samochodem, przypadkowi kierowcy z BlaBlaCara czy też ci, dla których jazda samochodem jest specyficzną filozofią życia. Ta książka porusza bardzo wiele kwestii, choć oczywiście najsilniej rezonuje w niej problem odpowiedzialności za wypadki drogowe. Jest tu również mowa o tym, jak iluzoryczna jest wspomniana wyżej wolność. W jaki sposób samochód potrafi zniewolić – także emocjonalnie, kształtując zaskakujące światopoglądy.

Bo najbardziej fascynujące i jednocześnie przerażające jest czytanie u Józefiaka o tym, w jaki sposób kierowcy zabijający ludzi – pieszych albo innych kierowców – racjonalizują sobie oraz porządkują argumenty, dzięki którym zmniejszają zarówno presję emocjonalną, jak i zwyczajne poczucie winy za spowodowany wypadek. Na polskich drogach – w przeciwieństwie do islandzkich – giną rocznie tysiące ludzi. „Wszyscy tak jeżdżą” próbuje znaleźć odpowiedź na pytanie o to, dlaczego tak się dzieje, jednak autor nie idzie po linii najmniejszego oporu i nie serwuje nam tu truizmów. Koncepcja tej książki i wspomniana wielowątkowość świadczą o tym, że Józefiak widzi problem polskiej „samochodozy” bardzo różnorodnie, gdyż gotowy jest ujrzeć, ale też doświadczyć różnych perspektyw. Na to, jak się jeździ, dlaczego tak się jeździ i skąd biorą się problemy, bo przyczyny tragedii są dość oczywiste.

Zatem poza rozmowami z rodzinami ofiar wypadków drogowych mamy również odwiedzanie licznych polskich miast i przyglądanie się temu, w jaki sposób się tam jeździ, co się dzieje z infrastrukturą drogową, ale przede wszystkim próbę odpowiedzi na pytanie o to, czy za bezpieczeństwo na polskich drogach będzie odpowiadać to, co uważamy za oczywiste i rozsądne rozwiązanie. Rozsądku brakuje bardzo wielu bohaterom tego reportażu – od kierowców szalejących w autach w terenie zabudowanym po włodarzy miast decydujących o rozwiązaniach komunikacyjnych. Ale Bartosz Józefiak chce się przyglądać także postawom dalekim od rozsądku. Wysłuchuje ludzi i spisuje najbardziej nawet absurdalne oraz przerażające w swej absurdalności argumenty, za pomocą których wiele osób usiłuje przekonać samych siebie, że wcale nie postępują niewłaściwie.

Jeden z tych argumentów – wcale nie taki absurdalny i ciekawie tutaj przedstawiony w kilku ważnych aspektach – zawiera się w świetnie dobranym do tej książki tytule. Otóż każdemu może się zdarzyć. Przekroczyć dozwoloną prędkość, zniszczyć samochód, potrącić człowieka, zabić go. Józefiak wysłuchuje ludzi, którzy opowiadają to, czego sam się potwornie boję jako początkujący kierowca: jak nabiera się przekonania, że doświadczenie za kółkiem uniemożliwi jakąś tragiczną sytuację. Zawsze kiedy jeżdżę samochodem, mam z tyłu głowy myśl o tym, że wystarczy sekunda nieuwagi i albo zginę, albo przeze mnie zginie ktoś inny. I ta myśl nigdy stamtąd nie ucieknie. A wielu rozmówców autora tej książki wykazuje się wyjątkową wybiórczością w myśleniu. Tak, doświadczenie za kółkiem czyni każdego z nas lepszym kierowcą. Takim, który wie, że nie spowoduje wypadku, nie będzie sprawcą tragedii. Z drugiej strony jest tu mowa o wszystkich tych, którzy zapominają o tym, o czym ja pamiętam podczas każdej minuty prowadzenia samochodu. Którzy myślą, że każdemu może się zdarzyć, ale mnie się nie zdarzy. A jeśli się zdarzy, to spróbuję z tego wyjść obronną ręką – jeśli sam przeżyję – bo przecież wszyscy wcześniej czy później gotowi są jeździć niezgodnie z przepisami i zbyt pewnie naciskać pedał gazu.

„Wszyscy tak jeżdżą” to nie tylko książka o kierowcach, pieszych, samochodach, problemach komunikacyjnych (z wykluczeniami małych miejscowości) i nie jest to także książka mająca przestrzegać, by po prostu jeździć rozsądniej. To bardzo ciekawa socjologiczna wiwisekcja polskiego społeczeństwa. Tego, kim dla siebie dzisiaj jesteśmy, jak się wzajemnie postrzegamy i jak potężna doza nieufności tkwi w każdym z nas, kiedy decydujemy się na to, by z kimś innym współpracować lub na kimś polegać. Józefiak opowiada o tym, że większość polskich kierowców bazuje po prostu na intuicji. Wiedzą, jak jeździć, i wiedzą, dlaczego nie powinno się jeździć wolno. Dużo ciekawsza jest jednak opowieść o tych wszystkich ludziach, którzy w pojeździe mechanicznym zamknęli całych siebie. Bo jedna z tez tego reportażu głosi, że polski kierowca to egoista oraz egocentryk. W dodatku wiecznie sfrustrowany, spóźniony, zmęczony, poirytowany. Ale są tu też opisani inni ludzie. Tacy, dla których miłość do jazdy za kółkiem staje się niebezpieczną obsesją. Najmocniej jednak dotykają historie tych, którzy z powodu takich obsesji stracili życie.

Czy to ma być książka ostrzeżenie? W dużej mierze tak. Jednakże opowieści o tym, czym jest Polska kierowców oraz udogodnień i niedogodności dla nich, to także obraz licznych absurdów, które dotykają nas w takim stopniu, że często determinują nielogiczne i niebezpieczne myślenie. Nie wiem, czy jest to rzecz dla tych, którzy jeżdżą zbyt szybko, czy też dla tych, którzy chcieliby jedynie utwierdzić się w przekonaniu, co jest złe na polskich drogach i co nigdy nie będzie ich udziałem. Józefiak sporo miejsca pozostawia tu ludziom takim jak ja, którzy przez czterdzieści pięć lat nie prowadzili samochodu, jednak musieli przejść na drugą stronę ulicy, dojechać dokądś i byli zmuszeni do tego, żeby mimo wszystko mieć jakiś kontakt z pojazdem na kółkach. Piesi są tu jakby bohaterami drugiego planu, jednakże wokół nich ogniskuje się również sporo problemów, które Bartosz Józefiak jedynie punktuje. Gdyby opowiadał o wszystkim dokładnie, byłaby to zbyt długa narracja w swoim gatunku. A to i tak jeden z dłuższych reportaży, bo zbliża się do niebezpiecznej liczby czterystu stron. Przypominam, że pochłoniętych przeze mnie z wypiekami na twarzy.

I jeśli kilka dni przed lekturą tej książki postanowiłem sobie dość śmiało powiedzieć, że zdobyłem dużo doświadczenia za kierownicą, bo przejechałem już tysiące kilometrów, to po przeczytaniu zdecydowanie zmieniam zdanie. Tylko kiedy i na jakich zasadach przychodzi do nas tak zwane doświadczenie kierowcy? Przecież niektórzy zabijający ludzi na drodze mieli go bardzo wiele. Nie mamy u Józefiaka oczywistych kontrastów, choć są przecież ofiary, a także historie bezmyślności nadmiaru testosteronu w połączeniu z brakiem zrozumienia podstawowych praw fizyki. Mamy za to sporo różnorodnych historii skłaniających do refleksji nad tym, czy nie upraszczamy kwestii, które wydają się dużo bardziej skomplikowane niż sposób naszego myślenia o nich. Autor na wstępie symbolicznie zaznacza, byśmy zapięli pasy. Mam wrażenie, że po lekturze można poczuć się tak, jakbyśmy zakończyli jazdę, zgasili silnik samochodu, bezpiecznie zaparkowali, a i tak trudno byłoby nam z emocji te pasy odpiąć.

2023-07-17

„Pewnego razu w Wenecji” Magda Knedler

 

Wydawca: Wydawnictwo Mando

Data wydania: 12 lipca 2023

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka

Cena det.: 46,90 zł

Tytuł recenzji: Trzy tęsknoty

Wszyscy, którzy od lat śledzą dokonania pisarskie Magdy Knedler, wiedzą być może także, iż staram się recenzować każdą jej książkę, bo każdej jestem po prostu ciekawy. Nie po raz pierwszy napiszę publicznie, że dla mnie Knedler to jedna z najbardziej utalentowanych pisarek literatury środka, ale charakteryzuje się jeszcze czymś: niebywałą wrażliwością w portretowaniu kobiet. Dlatego nową powieścią rozłożyła mnie na łopatki. Nie tylko dlatego, że jest to coś zupełnie nowego gatunkowo w jej dorobku twórczym. Tym razem pisarka zdecydowała się opowiedzieć o mężczyźnie. Niebanalnym, choć z pozoru takim, jakich wielu. Niespokojnym, chociaż konsekwentnie dążącym do tego, by stworzyć tak zwane uporządkowane życie rodzinne. Niespełnionym, bo przecież poznajemy go w momencie, w którym jest świadom tego, że nie stoi za nim ani nie tkwi w nim żadna historia, że to go bardzo boli, że nie przeżył niczego wystarczająco poruszającego, by powiedzieć, iż ma jakieś życiowe doświadczenie. Janek to jednak postać najważniejsza w tej powieści z innego powodu. Przede wszystkim dlatego, że to bohater rozwojowy. Z jednej strony odsłonięty ze wszystkimi, najbardziej nawet intymnymi emocjami. Z drugiej jednak – wciąż zagadkowy dla czytelnika ze względu na to, jaka kumulacja przeżyć tego mężczyzny opisywana jest na kartach powieści. I pisze to Magda Knedler – ta od kobiet, specjalistka od kobiecej wrażliwości, kobiecych dylematów, kobiecych historii. Tu również będą kobiety i to przez nie albo dzięki nim autorka opowie swego mężczyznę lepiej. Wiem jednak, że Knedler przywraca mi wiarę w to, że męski bohater literacki może być równie ciekawy jak kobieta. Dawno już w to zwątpiłem. A teraz jestem po prostu usatysfakcjonowany.

Czy można tak się zachwycać czymś, co gatunkowo jest romansem i być może znajdzie się na niewłaściwej półce, bo dystrybutorzy nieznający treści nie będą wiedzieli, jak wielowarstwowa i fascynująca jest to powieść obyczajowa? Wszystko tutaj wymyka się romansowym ramom. Niebanalny początek tak banalizowanego formalnie gatunku daje już nadzieję na to, że będzie tu coś innego. Nie trzy osoby, z których jedna jest zbędna i tworzy zamęt. Będą dwie kobiety, jeden mężczyzna i bardzo wiele skomplikowanych relacji. Sprawczynią dramatu jest „tamta”. Tak nazywa sąsiadkę partnerka Janka, nie mając pojęcia o tym, jak ważny stanie się potem ten zaimek i jak rezonować będzie jego znaczenie. Podoba mi się na początku również dbałość o detale w opowieści o tworzeniu i scalaniu związku, by później uwiarygodnić jego rozpad. I jeśli ktokolwiek myśli, że będzie to książka, w której żonaty mężczyzna zdradza swą kobietę, a potem pojawiają się tego konsekwencje, obrazi Magdę Knedler, jej twórczą oryginalność i to, w jaki sposób opowiada pisarka swoje historie.

Wszystko jest tu niebanalne, choć autorka nie pisze o czymkolwiek, co nie byłoby doświadczeniem tysięcy ludzi. O czymś, czego każdy z nas nie znałby z autopsji albo opowieści przyjaciół lub znajomych. W gruncie rzeczy taka opowieść o tym, czym jest życiowy wybór, oraz o ponoszeniu konsekwencji każdego z wyborów, mogłaby być uproszczona, wtórna albo przewidywalna. A nic takiego się tutaj nie dzieje. Sporo za to dzieje się w Wenecji. Nie ma bardziej banalnego miejsca na romans, prawda? Tak też pomyślałem przed lekturą. Knedler pokaże, że zarówno miejsce, jak i romans można pokazać zaskakująco inaczej. I przede wszystkim w taki sposób, by nie grać na prostych emocjach czytelników, nikogo nie szantażować egzystencjalnymi wyborami bohaterów, nie zmuszać do opowiadania się po czyjejś stronie, przenoszenia sympatii i antypatii na konkretne postacie.

Zatem Wenecja. Wycieczka, która zmienia wszystko. A może zbieg okoliczności, dzięki któremu dochodzi do zaskakujących zdarzeń we włoskim mieście, które będą mieć swój ciąg dalszy w Polsce. Jednakże trudno tu ustalić początek i koniec, bo w zasadzie ta opowieść nie ma ani jednego, ani drugiego. Jest historią tego, że każda fascynacja może być piękna i jednocześnie niebezpieczna. Każde przekonanie o słusznym wyborze serca może stać się niepokojącą iluzją prowadzącą do cierpienia. Najciekawiej z wszystkich opowieści (bo w tej książce skryło się ich kilka, także takich formalnie rozprawiających się z kwestią tego, czy historię należy opowiadać z użyciem znaków interpunkcyjnych) prezentuje się tutaj fantazja o znanym micie. Orfeusz i Eurydyka otrzymują coś w rodzaju nowego życia, a ich wybory oraz dokonania poddane są ciekawym interpretacjom. Natomiast emocje fantazjom. Dlatego „Pewnego razu w Wenecji” to w dużym uproszczeniu opowieść o tym, że nie zawsze chce się wychodzić z mroku ku istocie obiecującej miłość i nie zawsze można odwzajemnić miłość kogoś, kto kocha bez granic, do szaleństwa.

Magda Knedler wie, że o miłości napisano mnóstwo książek i nie chce dydaktyki, kiedy opowiada o tym, w jaki sposób i na jakich zasadach rozpada się związek. Nie chce również wskazywać winnych i niewinnych, bo taki rozpad to zawsze coś dużo bardziej skomplikowanego niż sytuacja, w której ktoś jest ofiarą, a ktoś okrutnie krzywdzi. Jest tu dużo więcej niż fascynująca wiwisekcja wspólnego życia, które staje się fasadowe, gdy uczucia wygasają. Mamy opowieść o trzech osobach szukających w życiu sensu, a w sercu empatii dla kogoś, kto być może na nią nie zasługuje albo jej nie zrozumie. Anna jest skoncentrowana na czymś, co nie interesuje jej męża. Wioletta koncentruje się na kwestiach będących znowu czymś, co nie znajduje zrozumienia u Janka. Ta trójka bohaterów to trzy zupełnie inne wrażliwości, jednakże Knedler opowiada o czymś uniwersalnym dla nich i dla każdego z nas – o potrzebie lub braku potrzeby bycia z kimś tylko dlatego, że chciałoby się w drugiej osobie widzieć odbicie samego siebie.

Istotna jest tu obecność sztuki, którą postacie z tej książki komentują albo którą się zajmują. Literatura, muzyka, teatr. Jest dużo więcej. Ta historia opowiada się przez archetypiczne wzorce różnych dziedzin sztuki, którym wychodzi naprzeciw w postaci nowych perspektyw. Dlatego ważne jest śledzenie opowieści i tych pozornie pobocznych kwestii, które nie wpływają zasadniczo na fabułę. A jednak mają duże znaczenie. Knedler chce być dodatkowo pełną wrażliwości portrecistką miejsca, o którym napisano już tak wiele i które z tak wielu powodów obecne jest w świadomości większości Europejczyków. W tej książce nie tylko zwiedzamy Wenecję i śledzimy skomplikowane relacje bohaterów. Jesteśmy w mieście, które samo w sobie jest literacką historią. Oraz z bohaterami, którzy próbują swoje historie zestawić z tymi znanymi – opowiedzianymi, namalowanymi, wyreżyserowanymi. Co właściwie deklaruje Janek, sugerując na początku, że nie stoi za nim żadna historia? W jakim celu do włoskiego miasta wybiera się z nim starsza kobieta, która ocenia go, analizuje, uważnie się mu przygląda i czegoś mu zazdrości? Powieść o miłości, której nie ma, którą się traci i którą odnajduje. O jej wielkiej potrzebie, która potrafi determinować każde działanie w życiu. O miłości, która może być uśpiona, może wygasnąć, może również wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Zdecydowanie nie tylko dla wielbicieli romansów. Zdecydowanie dla czytelników Magdy Knedler – zaskoczy was bardzo tą książką.

2023-07-04

„Przeciw-ciało” Ewa Szawul

 

Wydawca: Nisza

Data wydania: 4 maja 2023

Liczba stron: 270

Oprawa: miękka

Cena det.: 45 zł

Tytuł recenzji: Oddalenia i zbliżenia

Czytałem kilka mniej lub bardziej satysfakcjonujących narracji o matkach i córkach, ale podczas lektury powieści Ewy Szawul przypominała mi się przede wszystkim książka koreańskiej pisarki Kim Hye-jin „O mojej córce”. Może dlatego, że w opisywanej tam relacji – tak jak w „Przeciw-ciele” – na pierwszy plan wysuwały się lęki i narastające przerażenie, ale przede wszystkim niepewność. „My obie” u Szawul rezonują tak samo sugestywnie i niepokojąco. Mamy matkę, która jest w zasadzie cała swoim czasem przeszłym, swoimi traumatycznymi doświadczeniami dziewczynki z okresu drugiej wojny światowej i szeregiem narastających wątpliwości, kiedy niepewnie wchodziła w dorosłe życie i kiedy jej ciało okazało się felerne, niezdolne do ofiarowania światu życia. Córka wydaje się przede wszystkim przyszłością – to myślenie o niej, planowanie czasu licealnego, który niebawem nadejdzie, ma być swoistym antidotum na pustkę oraz zagubienie w sobie. Tym bardziej że obie bohaterki Ewa Szawul zamyka w swoistych klatkach. Ta bardziej dosadna i rzeczywista, gdzie znajdzie się Luśka, to szpital mający w założeniu „naprawić” nastolatkę. Świetnie portretowany z perspektywy ciekawej go dziewczyny, a jednocześnie kogoś, kto jest tym wszystkim przerażony. Bardziej symboliczna i mroczna klatka to pamięć Maryli, myślenie o tym, jak wiele straciła. Aż w końcu kobieta uświadamia sobie, że mimo upływu czasu sporo można zyskać.

Jesteśmy chyba bliżej nastolatki, bo narracja Luśki jest pierwszoosobowa, opowieść Maryli zaś prezentuje się w narracji trzecioosobowej – nie tylko dlatego, że jest ona dla autorki wygodna, by ukazać bardzo ważne retrospekcje. „Przeciw-ciało” jednocześnie zbliża do swoich bohaterek i oddala od nich. Dlaczego? Bo jest to w dużej mierze książka o tym, jak opresyjna, a czasami toksyczna może być bliskość i jak wiele wyzwolenia, nadziei i szans na polepszenie relacji oferuje oddalanie się od siebie, odnajdywanie bezpiecznego dystansu.

Luśka nie czuje się bezpiecznie, choć przecież ma kochającą rodzinę. Matkę, która kocha może zbyt zachłannie, zaborczo. Nieco lepiej rozumiejącego ją ojca, ale jednocześnie mężczyznę z dalekiego tła tej historii, które podkreśla stosunek Maryli do męża. Dorastająca dziewczyna nie tylko nie radzi sobie z emocjami, lecz przede wszystkim wchodzi w bardzo niepokojący związek ze swoim ciałem. Ciałem odmawiającym posłuszeństwa. Ciałem, które nie chce przyjmować pożywienia. Ciałem, które niknie w oczach, jakby chciało zakomunikować całemu światu, że Luśka właśnie znika. I nie może znaleźć pomocy, bo w opresyjnej przestrzeni szpitala czuje się jeszcze gorzej niż w domu. Znacznie gorzej, kiedy zetknie się z przerażającym doświadczeniem granicznym, które na zawsze naznaczy jej wrażliwość.

Tymczasem Maryla bardzo się stara. Chce być dobrą matką i wypełniać wszystkie swoje matczyne powinności tak jak należy. Tego nauczyło ją życie. Deficyty, które trzeba było wciąż akceptować, ale także poczucie sprawczości. Maryla zawsze radziła sobie sama. A została sama na skutek przejmującego zbiegu okoliczności, z powodu którego czuje się winna. Tak jak wtedy, gdy po latach wydarzyło się jeszcze coś, może nawet bardziej potwornego. Maryla nigdy nie mogła cieszyć się tym, że jest czyjąś córką. Teraz stara się kompulsywnie działać, by być matką, jakiej nie miała. Ale im bardziej się stara, tym mocniej oddala od dziewczyny, dla której istnieć to być niewidzialną, a istnieć powoli przestaje jej poczucie własnej wartości.

Świetne jest to, że Ewa Szawul pozwala swoim bohaterkom doświadczać trudnych emocji bez moralizowania na ten temat. Nie ma tu też żadnego dydaktyzmu. Wszystkie niejednoznaczności w tej ciekawej relacji domagają się interpretacji od czytelnika. O ile dla młodziutkiej Luśki ciało jest wrogiem, z którym nie potrafi walczyć, o tyle dla Maryli przekonanie, że walka ze swoim ciałem jest bezsensowna, narasta i pęcznieje. „Dziś jesteśmy poza czasem” – mówi do bohaterki jej przyjaciółka i bardzo wyraźnie widzimy, jak zdecydowana na funkcjonowanie poza upływem dni i lat staje się Maryla, gdy wie, że sporo straciła. Przede wszystkim ważną relację, która mogłaby być najpiękniejszą w życiu. I tak jak Luśka, która usiłuje odzyskać panowanie nad swoim ciałem oraz nabrać do niego ponownie szacunku, tak Maryla zdecydowanie opowiada się za tym, by jej ciało realizowało potrzeby, a nie pielęgnowało traumy, gdy umysł rozpaczliwie liczy minione lata i boi się, że przeżyte zostało już wszystko, co najważniejsze.

„Przeciw-ciało” to także bardzo istotna powieść o tożsamości kształtującej się wokół tego, że czegoś w życiu było za dużo albo za mało. Ewa Szawul interesująco wyjaśnia, dlaczego to anoreksja jest jednym z problemów Luśki. Równie ciekawie stara się zobrazować stosunek do swego ciała kobiety przekonanej, że czekają ją już tylko powinności, a ciało jest bolesnym balastem. Obie bohaterki usiłują odpowiedzieć sobie na pytanie o to, czego dzisiaj szukają – w swych emocjach, ale również ciałach, od których przecież nie mogą się uwolnić. Szawul jest znakomitą i pełną empatii portrecistką kobiecej niepewności. Dużo więcej znaków zapytania niż odpowiedzi przyniesie książka formalnie przecież mało skomplikowana, bo autorka w przeciwieństwie do wielu współczesnych polskich twórców dąży do tego, by przede wszystkim opowiedzieć nam historię. Rozpisaną na dwa głosy, ale z czasem stającą się jednością. Jedną historią żegnania się z życiową martyrologią i otwierania się na nowe możliwości.

To także powieść o tendencjach ucieczkowych. Maryla jest wręcz pewna, że chciałaby emigrować od siebie. Luśka nie ma może jeszcze tyle świadomości, jednakże jej wnioskowanie o świecie i o sobie samej czasami jest znacznie bardziej pragmatyczne niż myślenie matki o tym, w jaki sposób rozwiązywać pewne problemy. Tu bohaterki uciekają od siebie i świata na kilka sposób. Najbardziej mroczne i najciekawsze jest to, że za każdym razem jednak muszą wrócić. Portretuje związki ciał, których nie można pokochać, i rozpaczliwe próby pokochania siebie, by dać także miłość komuś innemu, Ewa Szawul snuje fantazje o tym, w jaki sposób może nam pomóc albo nas skrzywdzić najbliższa relacja. „Przeciw-ciało” to również mądra książka o samodzielności w walce z demonami – tak bardzo potrzebnej, zanim uzyska się pomoc kogoś innego, co czasem jest trudne, a czasami niemożliwe. W tej powieści otrzymamy również kilka odpowiedzi na pytanie o to, czy niemożność zaspokojenia potrzeb swoich oraz innych ludzi prowadzi do dysfunkcji spoglądania na świat, widzenia tam siebie jako kogoś potrzebnego. Inteligentny dwugłos o tym, co jest stałe i niezmienne – o samotności, która przychodzi zawsze wtedy, kiedy w odosobnieniu cierpimy z powodu swojego ciała.