2013-04-22

"Szkoła żon" Magdalena Witkiewicz

Prawdopodobnie nigdy z własnej i nieprzymuszonej woli nie sięgnąłbym po taką książkę. Co ja niby miałbym w niej znaleźć? Wiedziałem jednak, że do niej zajrzę i to już w październiku ubiegłego roku, kiedy nie mogłem odmówić uroczemu uśmiechowi Magdaleny Witkiewicz, która dopiero tę powieść pisała, ale już udało jej się przekonać mnie, bym jednak zajrzał. No to zajrzałem. I problem mam wielki, bo uczucia po lekturze dość ambiwalentne.

Autorka podkradła tytuł Molierowi. Z czasu, kiedy dopiero zaczynał i kiedy takim tytułem sygnował dość kiepskie dzieło. „Szkoła żon” nie jest kiepska, ale kiepsko się wpisała w wydawniczy pęd ku powieściom erotycznym, nakręcony przez pretensjonalną E L James i jej Greya. „Szkoła żon” wychodzi w czasie, kiedy wchodząc do empiku, ma się niejasne wrażenie, iż obecnie wszyscy o seksie chcą czytać i zaprzestali jego uprawiania. Różne odcienie miłości fizycznej i jej barwne opisy, które mają być łykane przez spragnione mocnych wrażeń łóżkowych czytelniczki, przepełniają już półki i wołają o pomstę do nieba, bo ktoś tu kaleczy mocno literaturę zamiast ją propagować. I gdyby patrzeć na „Szkołę żon” li tylko jako kolejną erotyczną opowiastkę do czytania z pensjonarskimi wypiekami na twarzach, można stwierdzić, że tytuł sygnuje znów to samo – kiepską rzecz. A to jednak nie jest – powtarzam! - kiepska rzecz. Gdyby usunąć z niej zupełnie niepotrzebne opisy seksualnych doznań trącących pretensjonalnością, byłaby to pozycja świetna. Dla czytelników płci obojga. Bo każdemu pokazuje, iż nigdy nie jest za późno… by zadbać o siebie i swoje szczęście.

„Pokażę Ci świat kobiet” – tak szepcze w erotycznym śnie jednej z bohaterek właścicielka ekskluzywnej szkoły, gdzie płeć piękna ma wydać fortunę, by poznać prawdę o sobie, wcześniej wyzbywszy się wszelkich kompleksów, oporów i pożegnawszy z konwenansami, jakie każą ich postrzegać siebie w określonych rolach. To mogłoby być motto do tej książki, bo słowa z utworu Moliera ukazują jedynie zapowiedź ironicznej i groteskowej gry, jaką Magdalena Witkiewicz podejmie z pojęciem kobiecości w ogóle. O "Opowieści niewiernej" – poprzedniej książce autorki – napisałem między innymi, iż jest to historia kobiety zapadającej się w sobie bez szans na wyjście z matni i otwarcia się na świat. Bohaterki „Szkoły żon” przechodzą metamorfozy może nie w stylu Owidiusza, ale z pewnością diametralne i czyniące je innymi; dla siebie samych i dla innych. Te kobiety zmieniają się jako ludzie i symbolizują możliwości zmian w postrzeganiu ról, jakie przypisuje im życie. „Opowieść niewiernej” ostrzegała, iż kobieta wcale nie jest istotą monogamiczną i że jej partner nie zna dnia ani godziny, kiedy zorientuje się, że jest rogaczem. W najnowszej powieści zdradzają mężczyźni; to oni są źródłem opresji, lęków, smutku i zaburzenia poczucia własnej wartości ich kobiet. Gdyby Witkiewicz grubą kreską podzieliła bohaterów na złych, oszukujących mężczyzn i anielskie, oszukiwane kobiety, pomysł i koncepcja fabularna pogrzebane byłyby całkowicie. Dlaczego tak nie jest? Bo autorka jest inteligentna i to także inteligentna książka. Chwilami przesłodzona i za bardzo korzystająca z życiowych banałów, ale ciekawie skonstruowana i warta poznania.

Julia pożegnała się ze swoim Romeo i jako dwudziestosiedmioletnia rozwódka celebruje fakt rozstania waniliowym papierosem, którego pali tak, jak przeżywała swe małżeństwo, czyli się nie zaciąga. Nie było z czego czerpać i czym się cieszyć, skoro eksmałżonek oddawał się na boku uciechom cielesnym z sekretarką. Banał do bólu zębów, ale jaka z tego wychodzi potem historia! Okazuje się, że Julia wygrywa pobyt w luksusowym SPA, które okazuje się miejscem jej duchowej odnowy. Bynajmniej nie Julia jest tu postacią najciekawszą, a dwie jej koleżanki z tytułowej szkoły. One trzymają czytelnika w szachu i one nadają tej książce kolorytu. Nawet mimo tego, a może właśnie dzięki temu, że dzieli je różnica pokoleniowa, a łączą przeżycia niezależne od upływu czasu.

Jadwiga może być taką typową czytelniczką tej powieści. Wiedzie jałowe życie emocjonalne u boku coraz mniej nią zainteresowanego męża. Znudzenie i samotność zapija alkoholem, a od świata ucieka do romansów Daniele Steele tak jak sporo czytelniczek będzie szukało prawdziwej radości właśnie na kartach „Szkoły żon”. Jadwiga jest bierna wobec coraz mniej ukrywanych zdrad swego męża. Wypracowali przez lata specyficzne status quo i żadne nie chce zakończyć związku, bo razem być wygodniej. Jadwiga godzi się z tym, że Roman romansuje, bo czuje, iż sama nie ma mu wiele do zaoferowania. Nie stara się o to, by coś zmienić. Tkwi we własnych kompleksach i poczuciu, że jest mężczyźnie swego życia nadal potrzebna, chociaż on poszukuje wciąż nowych wrażeń. O ile Jadwiga świadoma jest podłości małżonka, ale tak jej nie nazywa, o tyle głupiutka z pozoru dziewiętnastolatka Michalina idealizuje swojego Misia wierząc, że jest stworzona tylko po to, by robić mu dobrze – w każdym możliwym znaczeniu tego wyrażenia. Zetknięcie dojrzałej i zgorzkniałej kobiety z młodą oraz naiwną idealistką obu da korzyści, których żadna się nie spodziewa. Bo tam przecież działa szkoła żon, do której się udają. Jedna poświęca na to życiowe oszczędności, drugiej pobyt jest sponsorowany. Obie są najmocniejszymi punktami tej fabuły, a dylematy Julii, która wygrywa pobyt w szkole schodzą jakby na dalszy plan. Także Marty, zajadającej lęki i frustracje słodyczami – bohaterki pierwszego planu, która zjechała autorce gdzieś na margines planu drugiego.

Najważniejsza bowiem nie jest schematyczna dość i przewidywalna fabuła, lecz sposób, w jaki Magdalena Witkiewicz opowiada o trudach poznawania samych siebie i tego, co daje nam przyjemność. W ekskluzywnej scenerii mazurskiego dworku dojdzie do rozlewu łez i wybuchów szczęścia. Dojdzie przede wszystkim do dość specyficznej konfrontacji kobiecości z męskością. I to dzięki niej dostrzega się, że „Szkoła żon” to przede wszystkim barwna i sprytnie opowiedziana historia o prostych tęsknotach i nieumiejętności sięgania po szczęście - to trapi zarówno płeć piękną, jak i tę uważaną za brzydką.

Witkiewicz nie moralizuje, nie osądza, nie wskakuje prostych dróg rozwiązania problemów, choć fabularnie książka wydaje się bardzo prosta. Dla kogoś, kto nie zauważy, co ukryte jest między słowami. Między płciami. Między odwiecznym konfliktem rozsądku z marzeniami. „Szkoła żon” to opowieść o dość specyficznej terapii grupowej i przedstawiona w taki sposób, że zestawianie tej książki z erotyczno – pornograficznymi zapychaczami księgarnianych półek będzie co najmniej nadużyciem. To szkoła dla nas wszystkich – facetów, kobiet, dla poszukujących i bojących się wyjść własnym pragnieniom naprzeciw.

Wydawnictwo FILIA, 2013

2013-04-20

"Obok Julii" Eustachy Rylski

Eustachy Rylski to pisarz, jaki w swej twórczości prezentuje pewien poziom dostojeństwa i uroku, którego brakuje wydawanym nowym autorom. Tym bardziej cieszy, że po dłuższej chwili milczenia otrzymujemy rzecz tak elegancką i głęboką jak „Obok Julii”. Rzadko w omówieniach cytuję pierwsze zdanie, choć często to ono jest najważniejsze. Myślę, że koniecznym jest przytoczenie tego, jakimi słowy Rylski zechce zacząć opowiadać swoją niezwykłą historię o pięknie anachronizmu istnienia i piękną biografię, która wielu wydałaby się biografią pozbawioną uroku. A zaczyna się to wszystko tak: „Życie nas wycenia. Jeżeli w skali od jednego do dziesięciu dostajemy pięć, możemy być zadowoleni. Ja dostałem więcej i będę musiał za to zapłacić, gdyż życie wyceniło mnie ponad moją wartość”. Janek Ruczaj, bohater powieści, wybił się w życiu może nie w oczach innych i nie tak, jak inni by tego oczekiwali. Pozwolił sobie, a raczej zaryzykował i przeżył życie pełne. Pomogła mu w tym tajemnicza rusycystka, która podobnie jak rozkochująca w języku francuskim i życiu Madame Antoniego Libery, na zawsze zmieniła swego ucznia, nie mając pojęcia swojej roli w jego późniejszym życiu.

To nie jest ciepła i radosna powieść, ale mądra. Janka poznajemy gorącego lata 1963 roku. To był podobno czas, w którym jego istnienie osiągnęło apogeum. A przecież wiódł życie zwyczajne. Po zdanej maturze wycofał się raczej na margines życia. Stał się mechanikiem w bazie niczym bohater choćby „Bazy Sokołowskiej” Hłaski. Wraz z przyjaciółmi stworzył niepisany klan Hemingwaya. Zmarły dwa lata wcześniej pisarz całkowicie zawładnął wyobraźnią i marzeniami młodych chłopaków, z których każdy pójdzie potem inną drogą życia. A wszystko tak naprawdę zaczyna się we wrześniu 1948 roku, kiedy czwórka przyjaciół – Jan, Marta, Szymon i Ola – rozpoczynają szkołę. Janek wybiera to, co wybiera. Marta studia medyczne. Szymon drogę, u schyłku której będzie odnosił sukcesy cynicznego farbowanego lisa i cwaniaka. Ola… Ola Hnatiuk przez moment jest dla Janka czymś na kształt substytutu obiektu do lokowania niestałych uczuć. Mogłoby im wyjść razem. Mogłoby. Gdyby Olę nie zagarnął cień rodzinnej traumy i smutny koniec. Tymczasem Janek żyje. Żyje najsilniej w sierpniu 1963 roku. Wtedy do miasteczka powraca w ukryciu jego była wychowawczyni, nauczycielka Julia Neider. Co się z nią działo? Dlaczego tak niewielu poza Jankiem wspomina ją dobrze? Czy aby na pewno kobieta z tekturową walizką jest tą, za którą się podaje? I dlaczego spotkanie po latach, krótkie i fantasmagoryczne po trosze, tak silnie zmieni samego Janka, który przestanie być bierny wobec życia?

W 1963 roku błogość młodości zatruwają mu osobnicy, wobec których czuje, że życie nie jest snem czy bajką, a potrafi mocno dawać w kość. To Wasyl Horanin – nonszalancki i wulgarny kurdupel, który – by obrażać Janka – nazywa kolegę „hrabią”. To również mroczny Benio Wajszczyk – takie żyjące zło, któremu narrator przygląda się z fascynacją i odrazą jednocześnie. Bo Janek tamtego lata inaczej niż inni widzi świat. Ma sympatię dla nienawiści Fabiana Sulgowskiego, który wszystko i wszystkich ma w pogardzie. On i inni powodują, że Janek znajduje się jakby obok bandyckiego świata. Symbolicznie wskazuje na to kastet, jaki nie pasuje na jego wychudzoną dłoń. Janek może wchłonąłby zło, zgorzknienie i cynizm otoczenia, gdyby… nie wrodzone tchórzostwo, takie przed życiem też. I takie, dzięki któremu po latach Ruczaj powie, że żył dzielnie.

Wspomnienia blakną, ale postać Julii mimo lat wciąż jest wyrazista. Nawet gdy upływa ich sześćdziesiąt pięć, a Janek jest warszawskim taksówkarzem utyskującym na brak nowych przyjemności. Zaznał ich, jednak rachunek zysków i strat jest po latach co najmniej gorzki: „Jestem kolekcjonerem przyjemności, który, być może, został z niczym”. Pozostała Julia. Choćby we wspomnieniu. Taka, obok której wciąż podążał. Idealizowana i wciąż obecna. Ze swoim rewolucyjnym zachwytem, fascynacją poezją Błoka i z blizną, która nabiera znaczenia symbolicznego w momencie, kiedy bliżej poznamy biografię tajemniczej nauczycielki.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że „Obok Julii” to chyba trochę autobiograficzna powieść Rylskiego. I o wspomnianym Błoku, i o wciąż obecnym na kartach tej książki Hemingwayu autor zdążył nam opowiedzieć w wydanym przed czterema laty zbiorze esejów "Po śniadaniu". Jest Rylski też fascynującym ekwilibrystą słownym. Obok zwrotów typu „konstytuować egzystencjalne trwogi” stoją siarczyste wulgaryzmy. Obok liryzmu, mądrości i niepowtarzalnej nostalgii wspomnień znajduje się proza życia, ze wszystkimi jej brudami i bolączkami. Janek Ruczaj to taki człowiek – zdobywca. Zdobywa samego siebie. Wciąż obok tej, która zapisała mu się w pamięci na zawsze. Starości się nie boi, bo ze starością wciąż był blisko, mieszkając z ciotką i babką. Boi się śmierci po rozstrzelaniu ojca. I nie da się jej łatwo, choć – jak się okazuje – ktoś zginie z jego ręki…

Eustachy Rylski pięknie opowiada o tym, że bez względu na czas i okoliczności każdy z nas ma wybór. Janek wybiera wielokrotnie. Jego znajomi decydują się na wybory jednorazowe, na stabilizację, na zamknięcie się w społecznych i zawodowych ramach. Tymczasem Ruczaj to – podkreśliłem wcześniej -  zdobywca samego siebie. Mężnieje. Staje się prawdziwym mężczyzną. Ucieka światu, etykietkom, konwenansom i wszelkim zasadom. Jest efemeryczny jak jego Julia, choć przecież jesteśmy z nim także wtedy, gdy starość każe mu ciężar życia znosić w dwójnasób. To ciężar przygnębienia i pustki „teraz” oraz kolorytu wspomnień i wrażeń z „kiedyś”. Rylski łączy kilka płaszczyzn czasowych i tematycznych w jedną, doskonałą książkę. Chciałoby się, by polscy autorzy potrafili wyczarować słowem piękne opowieści o tym, co wcale nie jest piękne, a czasami bywa zwyczajne. Janek Ruczaj zwyczajności się nie daje. Rylski nie daje natomiast czytelnikowi satysfakcji odkrycia pełni tego, o czym napisał. Wiele bowiem kryje się w niedopowiedzeniach, choć autor stara się od pierwszej do ostatniej strony refleksje wiązać z życiem. Tym obok. Bo ten przyimek jest ważny nie tylko w kontekście interpretacji tytułu. Wyborna i zacna rzecz. Proza, którą się naprawdę smakuje. I takich smaków jest, niestety, coraz mniej.

Wydawnictwo Wielka Litera, 2013

2013-04-17

"Pępowina" Majgull Axelsson

Pisarstwo Majgull Axelsson wydaje się być skończone. Czytając jej najnowszą książkę, nie sposób nie zauważyć, że tematycznie niewiele różni się od poprzednich, zwłaszcza od "Lodu i wody, wody i lodu". Pisząc o trudnym macierzyństwie, traumatycznych relacjach matek i córek, o bólu dorastania bez miłości lub przy jej nadmiarze oraz o życiowej nieporadności wynikłej z braku uczuć lub braku umiejętności ich okazywania, Axelsson powtarza się. Niestety. Dylematy, wybory, rysy psychologiczne bohaterek – właściwie wszystko już opisała. „Pępowina” to oczywiście bardzo dobra książka, bo wyszła spod pióra niebywale utalentowanej pisarki. Tylko… wszystko to już było; i specyficzne stopniowanie napięcia, i mówienie zagadkami oraz symbolami, i ból, którego nie sposób opisać, i dokumentalne wręcz odtwarzanie śladów, jakie pozostawia na ciele i umyśle dzieciństwo, którego z różnych powodów nie można było przeżyć.

Axelsson doskonale opanowała technikę prezentacji wiarygodnych bohaterów, którzy pokrzywdzeni przez los, sami wyrządzają krzywdy innym oraz samym sobie. Myślę, że to mistrzyni pisania o traumie relacji z najbliższymi. Nie potrafi stworzyć postaci szczęśliwej, ale za to niejedną da definicję nieszczęścia tych, którzy cierpią. Za swe pierwsze książki otrzymywała nagrody i wyróżnienia. Dwie ostatnie, w tym „Pępowina”, są świetne, ale… nagrodzić Axelsson można już tylko za całokształt twórczości. Bo w jej obrębie nie poznamy chyba żadnej nowej opowieści.

W Arvice, małej miejscowości w zachodniej Szwecji, szaleje sztorm i tygodniami pada. Furia zagniewanej przyrody będzie szła w parze z furią emocji, jakie skumulują się w ludziach, którzy na moment znajdą się wspólnie pod dachem pewnego zajazdu. Restaurację na wzgórzu, której dzięki temu nie ima się woda i zagrożenie, prowadzi Minna, taka nowa „kwietniowa czarownica”, a może przede wszystkim bohaterka prowadząca, wokół której skoncentrują się wszelkie dramaty złego macierzyństwa. U Minny  w czasie deszczu pojawiają się specyficzne postacie: życiowy nieudacznik i mruk Tyrone, była aktorka Marguerite wraz ze swym obcesowym i cynicznym mężem Henrikiem, dziennikarka Ritva z niewyparzonym językiem. Jest także Anette, pracownica Minny. Ponoć na piętrze przebywa także ktoś jeszcze i jest to córka właścicielki restauracji, Sofia. Wydaje się, że w przestrzeni, jaką wspólnie dzielą ci ludzie, napięcie rośnie nie tylko z powodu wciąż trudnych warunków pogodowych. Okazuje się, że pod jednym dachem znalazły się osoby, którym wcześniej coś odebrano, oni odebrali coś innym, a każde z nich przeżywa swój własny dramat, w którym motywem przewodnim – może poza Henrikiem – jest tytułowa pępowina, źle odcięta albo odcięta za szybko. A może taka, która pozostała, niszcząc teraźniejszość bólem przeszłości.

Axelsson jak zawsze po mistrzowsku portretuje tych, którzy sprawiają wrażenie nieco zaburzonych emocjonalnie, ale których emocje nie pozwalają na to, by mierzyć się z własną dojrzałością, dorastaniem. To przede wszystkim poszkodowane dzieci. Tyrone został odrzucony przez matkę, a zmarły mu dawno ojciec wciąż żywi się jego wspomnieniami, żyjąc w nim i niszcząc bez ustanku. Anette także nie miała lekko z rodzicami. Nigdy jej nie chwalili, nigdy nie okazali czułości, wciąż ośmieszali, a ojciec dodatkowo bił. Anette czuje się zbędna, bo takie poczucie utrwalił w niej dom rodzinny, gdzie żadnego ciepła rodzinnego nie było. Przy ciągłej obojętności mogła rodzić się tylko złość, ale mimo złości, nienawiści wręcz, Anette jest wdzięczna za życie. Chce je po prostu przeżyć. Zwyczajnie. Trudno jest żyć w ten sposób Marguerite, której śladem po tacie jest alkoholizm, a codzienność to walka o zainteresowanie bliskich i o samą siebie, pozbawioną już teatralnej maski. Ojciec Ritvy pasożytuje na niej; jest wiecznym i bolesnym wyrzutem sumienia, który zabrał Ritvie prawdziwą wolność. W końcu Minna – dziecko z przypadku, dziecko będące obiektem drwin i dziecko skandalicznej ciąży, przez którą młodocianą matkę wyrzucono ze szkoły. Wiecznie gadająca, wstydząca się wszystkiego i niebywale wrażliwa na jakąkolwiek plotkę o sobie Kristin na szczęście już nie żyje, a Minna nawet za jej życia przeniosła uczucia na siostrę, bo rodzonej matki znieść nie mogła i po niej nie płakała.

Wspomniani ludzie to także w różnym stopniu toksyczni rodzice. Nie zaznawszy w dzieciństwie uczuć, które wciąż straszą pustką, usiłują udowodnić, że mogą być lepsi niż ci, którzy ich wychowywali. Starają się ze wszystkich sił, „ale nie można dać komuś czegoś, czego samemu nigdy się nie miało”. Tyrone oddalił się od swojej córki na tyle, że kiedy odzywa się do niego po latach, nazywając „tatą”, przeżywa silny wstrząs, którego wstydzi się i boi. Córka Anette została właściwie przywłaszczona sobie przez dziadków. Postanowili dać jej wszystko to, czego nie dali córce. Sama Anette czuje się matką niepełną, upośledzoną. Tymczasem Marguerita walczy z niechęcią do życia własnego syna. Nie jest jej wdzięczny za to, co mu dała. Nie chce być wdzięczny za nic i nie ma zamiaru okazywać jej czułości. Podobnie Sofia, dziecko idealne Minny. Tyle tylko, że matka nie była dlań idealna, okłamała ją i spowodowała, że Sofia nazbyt szybko zaczęła szukać substytutu ojca, za którym wiecznie tęskniła. Sofia to dziecko wypieszczone i zagłaskane… na śmierć? A może to Minna nie rozumie, że między okrucieństwem bycia niechcianą córką a podobnym okrucieństwem nadopiekuńczej matki, nie ma w zasadzie żadnej różnicy…

„Pępowina” to przejmująca opowieść o sile pamięci, której nie można się pozbyć. Minna na wstępie oświadcza: „Pamiętam. Więc jestem. Chociaż nie chcę ani być, ani pamiętać”. Poznajemy ją wyrwaną z nicości, w sterylnej szpitalnej przestrzeni, gdzie sen miesza się z jawą, a złudzenia z okrucieństwem prawdy o tym, co było. Nie tylko Minna chce uciec od wspomnień. To niemożliwe – rzecze Axelsson. „Przecież jesteśmy naszą pamięcią. To wszystko, czym jesteśmy”. Pamięć ran zadanych w dzieciństwie to pamięć, jakiej pozbyć się nie sposób. Mimo wiarygodnych i bardzo ciekawych wizerunków uciekających od pamięci o dzieciństwie, nie udaje się Majgull Axelsson powiedzieć niczego nowego niż to, co już na kartach wcześniejszych powieści przekazała. „Pępowina” to wielowątkowa opowieść o tym, że macierzyństwo jest stygmatem oraz o stygmacie słowa, które brzmi obraźliwie przez trzy pokolenia i prowadzi do nieuchronnej tragedii. To nie jest jednak książka o fakcie, że przegrywamy życie już na wstępie, jeśli rodzice nas nie kochają. Axelsson wraz ze swymi bohaterkami stara się udowodnić, iż można uciec od zła z przeszłości; możliwe jest to, że trauma źle przeżytego dzieciństwa nie zdeterminuje naszych działań. W gruncie rzeczy wszyscy pokrzywdzeni odnajdują sens tak trudnego dla nich życia. Tym niemniej „Pępowina” pełna jest niedopowiedzeń i utkana z historii, jakie wzajemnie się zazębiają, wyjaśniając nagromadzone na pierwszych stronach tajemnice książki.

Jest przyjemność w tym, że sięga się po powieść kogoś, kogo dobrej ręki i wyraźnej kreski narracyjnej można być pewnym. Axelsson niezmiennie czyta się zachłannie i z boleścią. Niezmiennie też czyta się o tym samym i przez to pełnej, naprawdę pełnej przyjemności przy czytaniu nie ma. Szkoda. Umiejętność świetnego tworzenia narracji to jedno. Sztuka wyjścia poza tematy mocno już wyeksploatowane to drugie. Liczę na to, że Majgull Axelsson jednak jeszcze nas zaskoczy. Nie tylko potwierdzi, że jest jedną z najwybitniejszych współczesnych pisarek skandynawskich.

tłum. Katarzyna Tubylewicz
Wydawnictwo W.A.B., 2013

2013-04-15

"Dziennik Mistrza i Małgorzaty" Jelena i Michaił Bułhakowowie

Płonące zapiski to motyw charakterystyczny nie tylko w „Mistrzu i Małgorzacie”, ale i symbol – stygmat chyba całego życia Michaiła Bułhakowa, jednego z najmocniej nękanych przez radziecki system pisarzy. Można by powiedzieć, że był tym jednym, któremu mimo wszystko się udawało. System totalitarny paraliżował go, blokował jego działania, ale w gruncie rzeczy doceniał jego talent. Stalin, w którego rękach była władza absolutna, nie miał władzy nad umysłem i przekonaniami człowieka, któremu świat zawdzięcza nie tylko pomnikowe dzieło, w którym na Patriarsze Prudy i do mieszkańców zepsutej do cna Moskwy przybywa szatan, bezsilny wobec ogromu ziemskiego zła, jakie obserwuje. Bułhakow to po dziś dzień człowiek – zagadka, a wydane „Dzienniki Mistrza i Małgorzaty”, zawierające zapiski jego samego oraz notatki czynione ręką trzeciej żony, Jeleny, zagadkę tę jeszcze bardziej komplikują, oddając głos tym, którzy w Związku Radzieckim go nie mieli.

O kim w gruncie rzeczy przeczytamy? O genialnym prozaiku? Dobrym rzemieślniku – dramaturgu, którego wspierano tylko wtedy, gdy wizjami zbliżał się do wizji sowieckiego ładu i porządku? O artyście przeżywającym duchową zagładę, zabijanym już za życia? O neurasteniku z lękiem przestrzeni, prowadzanym po ulicach Moskwy przez żonę niczym duże dziecko? A może o umyśle tak światłym, że wykraczającym zdecydowanie poza czas i miejsce, w którym przyszło mu tworzyć i zmagać się z socrealistycznymi „kanonami” piękna, w jakich czuł się upodlony i ośmieszany? „Dziennik Mistrza i Małgorzaty” to nie tylko pasjonująca historia życia radzieckiego więźnia, któremu władza nigdy nie pozwoliła na opuszczenie kraju. Nie tylko świetnie zestawiona z mrocznymi realiami historia literata, który obserwował cierpienia jemu podobnych, sam będąc obiektem nagonek i niewybrednych ataków. To przede wszystkim książka o człowieku, który zdobył coś, co rekompensowało trudy wegetacji w radzieckim świecie obrzydliwego piękna i fałszywych ideologii. Mam tu na myśli miłość. Oddanie tak wielkie, że wykraczające poza czas, w którym mogło się spełnić. Jelena Siergiejewna Bułhakowa to osoba, dzięki której autor trwał na przekór światu, jaki go nie rozumiał. Ona kochała i rozumiała. Była żoną, kochanką, opiekunką, trochę matką; starała się ze wszystkich sił wspierać męża, pomagać mu w pracy, podejmować się zadań związanych z promowaniem jego działań. Była przede wszystkim jego przyjacielem. Takim, który wierzył w każde napisane przez Bułhakowa słowo. Takim, który potrafił napisać: „Dla mnie, gdy nie pracuje, nie pisze swoich rzeczy, życie traci sens”.

Zebrane, opatrzone wnikliwymi komentarzami i wstępem Wiktora Łosiewa dzieło to opowieść o Mistrzu, którego degradowano i o zwycięzcy moralnym, który nie uległ systemowi łamiącemu niejeden kręgosłup moralny. Publikacja zawiera zapiski samego Bułhakowa z okresu 1921 – 1933 oraz zbiera notatki Jeleny z siedmiu ostatnich lat życia artysty; kobiety zawsze u jego boku, zawsze oddanej, czujnej, kochającej i mogącej iść z nim w ogień bez chwili wahania. Oboje żyli w ogniu. Trawił ich dusze i zatruwał myśli. Nie dawał spać, oddychać, normalnie funkcjonować. Wzmagał lęki Bułkahowa i cierpienia coraz wierniej oddanej mu Jeleny. To dzięki niej mamy „Mistrza i Małgorzatę”. Dzięki jej samozaparciu i wierności mężowi nawet po jego śmierci. Ona ocali pamięć człowieka z obolałą duszą, który walczył do końca z systemem, chorobą, fałszem ludzi i Moskiewskim Teatrem Artystycznym, „cmentarzyskiem jego sztuk”, w którym przez chwilę upatrywał szansę na to, że dane mu będzie rozwijać się twórczo. Wszystko, co pisał, wcześniej czy później było blokowane. Wszystko to znała, doceniała i szanowała Jelena Bułhakowa. Warto poznać historię wielkiej miłości, przyjaźni i obopólnego zaufania w świecie, w którym szukanie tych wartości było pozbawione sensu. Im się jednak udało. Trwać obok siebie i ze sobą na przekór. Mieć przewagę moralną nad światem, który o moralności zapomniał. Być i wierzyć, że jest się sobą. Do końca.

„Pod butem” to zbiór zapisków oraz listów Bułhakowa, który próbował odnaleźć się w Moskwie. W latach 1921 – 1923 pisze przede wszystkim o biedzie, trudnościach życia w radzieckiej stolicy, o rozszalałej inflacji, niepewności jutra, o niemocy twórczej i o tym, że ważniejsze niż najbardziej osobista nawet twórczość są ciepłe walonki i możliwość zaspokojenia głodu. Autor pisze oszczędnie, jakby obawiał się każdego zapisanego zdania. Okazuje się, że obawy były uzasadnione. Kiedy w 1926 roku musi tłumaczyć się z własnej twórczości, dodatkowo prosi władze o zwrot skonfiskowanych dzienników. Ta trauma spowoduje, iż funkcję domowego kronikarza przejmie we wrześniu 1933 roku Jelena, a sam Bułhakow zmagać się będzie z nieustającym strachem o to, że zawsze mogą przyjść, przejrzeć, wykraść, zabrać, odebrać głos…

„Pod butem” to część bardziej dokumentalna. Pisarz opowiada, w jakich okolicznościach radziecka opinia publiczna poznała „Białą gwardię” czy „Fatalne jaja”. Dowiadujemy się, że stale i uporczywie odmawiał zmian we wszystkich tworzonych przez siebie tekstach; także tych dramaturgicznych. To czas korespondencji z Zamiatinem, który przecież wybrał w życiu drogę skrajnie różną niż Bułhakow… Czas, w którym autorowi przyszło się zmagać z oskarżeniami o to, że jest ideologicznym przestępcą. Kiedy jako dramaturg przejawia chwilową ugodowość sceniczną na to, co nakazują władze, przestaje być sobą i cierpi w dwójnasób. Chce wyjechać z ZSRR, jeśli nie może się przysłużyć państwu. Nie wie jeszcze, że pozostanie w tej państwowej klatce na zawsze. Niewiele wie, niczego nie może być pewien. Już w 1923 roku pisze: „Szkoda tylko, że nigdy nie mam pewności, czy to, co napisałem, rzeczywiście jest dobre. Jakbym dostawał paraliżu mózgu i ręki, gdy muszę opisać to, co tak głęboko i prawdziwie czuję i myślę”.

Jelena i jej zapiski od 1933 wskazują przede wszystkim pogłębiające się trudności – nie tylko natury finansowej. Bułhakow duchowo umiera. Tworzy kolejne sztuki. „Bieg”, „Don Kichot” czy „Batum” nie odnoszą sukcesów „Dni Turbinów”, którymi potem władza także zajęła się odpowiednio. Cierpi duchowo, choć ma wsparcie w żonie. Jelena opowiada o tym, jak bał się śmierci i samotności, jak brakowało mu wsparcia mimo tego, że ich mieszkanie było domem otwartym, a życie towarzyskie kwitło nieraz do białego rana. Co z tego, skoro wciąż atakowany, wodzony za nos, krytykowany potajemnie i wprost, nigdy nie zrozumiał, dlaczego jego twórczość tak bardzo jest atakowana. Gorzko o sobie i rodakach: „Jesteśmy dzikim, ciemnym, nieszczęsnym narodem”. Dzikość, ciemnota i nieszczęsny los Bułhakowa – z tym zmagała się kochająca go stale i niezmiennie wielką miłością Jelena. Jego rzeczniczka, która w zależności od czasu i zdarzeń była jego oczami, uszami, jego sercem i duszą. Oddała mu swe życie, a on oddał je żonie. Umierał w cierpieniach i rozczarowany wszystkim. „Dziennik Mistrza i Małgorzaty” próbuje ból i niemoc tej dwójki oddanych sobie ludzi nie tyle umieścić w historycznym i społecznym kontekście dziewiętnastu ostatnich lat życia Bułhakowa. Ta książka ma być świadectwem, na jakie nie było stać ani Michaiła ani Jeleny wtedy, gdy o prawdzie zapomniano. Wtedy, gdy było tak źle, że nawet Szatan byłby przerażony, gdyby udało mu się pojawić na tej nieludzko wyjałowionej radzieckiej ziemi…

tłum. Margarita Bartosik
Wydawnictwo MUZA, 2013