2013-12-08

"Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie" Beata Chomątowska

Wydawca: Czarne

Data wydania: 14 listopada 2013

Liczba stron: 296

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Emigracja, tolerancja i przyjaźnie

Jakiś czas temu obiegłem kilkanaście sklepów, bo chciałem sobie kupić zeszyt. Normalny zeszyt z normalną okładką. Nie ma już takowych. Udało mi się znaleźć okładkę jednolitą, co uznałem za sukces i na tym poprzestałem. Nie ma szarych brulionów, które służyły bardzo długo, rzadko się rozpadały i które nienaruszone znajduję w szufladzie, gdy chcę się pośmiać z kulawego pisma, jakim kiedyś zapisywało się tematy lekcji w podstawówce. Tymczasem w dzikim szale krzykliwych okładek i krzykliwości koloru w ogóle dostaję książkę w brulionowej oprawie. Szarej, zwartej, fascynującej. Tak, to będzie niewątpliwie najlepszy wabik na nową książkę Beaty Chomątowskiej dla tych, którzy zrozumieją celowość takiego zabiegu wydawniczego.  Tych, co pamiętają i się zachwycą. Co z resztą? Dla nich między innymi poniższych kilka słów o tej publikacji.

„Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie” to żywiołowa książka o pełni życia na emigracji w czasach, kiedy pozwalało sobie na nią niewielu i wtedy, gdy Holandię – tam rozgrywają się zdarzenia – większość Polaków uznawała za europejską Sodomę i Gomorę. Autorka opowiada o losach dwójki przyjaciół, pary w zasadzie, którzy ruszają na podbój Zachodu, wykorzystując (jej) przyznanie stypendium naukowego. Zaczyna się wszystko drogą; inną niż ta dzisiejsza, bo trudniejszą i bardziej ekscytującą. To czas, kiedy Polacy nadal są przybyszami „stamtąd”, ich kraj jest jakimś tam smutnym postkomunistycznym grajdołkiem, gdzie cierpi się na wieczny deficyt wszystkiego i wpatruje w Zachód jak w ziemię obiecaną, ziemię sytości i dostatku. Holendrzy końca XX wieku nieszczególnie wiedzą, gdzie ta Polska jest. Jeden z bohaterów rozczula się na wspomnienie przepięknego polskiego miasta, jakim okazuje się… Praga. B. i R. – kurczowo się siebie trzymający na początku – przybywają ze świata, który jest nie tyle oddalony, co gorzko doświadczony przez zapaść, system i Historię, stanowi bolesną w swej szarzyźnie przestrzeń, którą dzieli od Holandii nie tylko różnica kilometrów. Bo Holland i Poland brzmią może podobnie, dalekie są jednak od siebie, a dystans ten w charakterystyczny dla siebie sposób zmniejszy swą narracją Beata Chomątowska.

Kraj niskiego nieba, szybko topniejącego śniegu, hołubionej przeciętności; kraj ludzi samowystarczalnych aż do śmierci, punktualnych i systematycznych. Uśmiechniętych rowerzystów, którzy życie publiczne i społeczne czynią łatwym dzięki sztuce zwanej fatsoen. Dla Polaków nieosiągalnej do nauczenia nawet przez to, iż słowo nie ma polskiego odpowiednika. Holandia – kraj wolności totalnej i porządku skrupulatnego, miejsce do życia dla każdego, kto nie kwestionuje sposobu i trybu życia innych. Holenderskie otwarcie na inność jest niczym innym jak normalnością, o której nie słyszeli ani młodzi ani starzy Polacy, a para z Krakowa rusza w kierunku Amsterdamu, myśląc o tym, że czeka ich to, co najlepsze - „Luz, zero stresu, nieustające wakacje”.

To opowieść o tym, jak życie hartuje i jak można się poddać temu hartowaniu rozumnie, obserwując uważnie wielobarwny świat wokół. Doświadczenia emigracyjne opisane w tej książce tworzą opowieść o rozumieniu wszelkich złożonych relacji ludzkich. To one są bowiem najciekawsze, a sam tytuł kusi prowokacyjnością, bo przecież trudno jest o stwierdzony w nim fakt w kraju, gdzie słowa „przyjaźń” się nie nadużywa. Obserwujemy wrzucenie młodych wschodniosłowiańskich wędrowców do świata, który okaże się trudny do oswojenia, choć przecież inny, lepszy jest; daje odetchnąć naprawdę świeżym powietrzem, zachwycić się liberalizmem, pozwala na wybór drogi i proponuje alternatywę. Holenderska Breda nazywana jest Krakowem Północy. Przybysze odnoszą więc wrażenie, iż nigdzie w gruncie rzeczy się nie ruszają, ale topografia to nie mentalność; szybko zrozumieją, że w tym kraju swobody i wolności niczego nie ma za darmo i że aby godnie w nim żyć, należy się poświęcić, uszanować inność oraz dostosować się do niepisanych zasad świata, który latami dochodził do swego dobrobytu.

Holandia wydaje się krajem bez żadnych zasadniczych podziałów, choć na drodze bohaterów stają ludzie skrajnie od siebie różni. Metaforą spójności, tolerancji i zasady współistnienia wszystkiego, co różne jest De Boulevaard – knajpa, w jakiej polscy gastarbeiterzy znajdą pewne zatrudnienie. Co więcej – wejdą do wspólnoty, do jakiej trudno się dostać. Będą ciężko pracować, a ich lojalność zostanie wynagrodzona. Oboje dość szybko poczują się w pełni obywatelami tego kraju jedności i swobody, rozumiejąc jednocześnie, iż tolerancja to nie tylko akceptacja inności bez zwracania na nią uwagę. Będą się uczyć tolerować samych siebie, ze swoimi słabościami i wadami, w jakich wyrastały frustracje i niepewność. Breda przywita ich nadzwyczaj radośnie. Pewnie to przypadek, że poznają księdza-smakosza, u jakiego się zapożyczą oraz Ahmeta Polata (postać autentyczną), który wskaże im miejsce w urokliwym studentenhuis, gdzie brak jest obecnością, a nieład – ustaloną przez wielu harmonią. Albo mają dużo szczęścia albo przede wszystkim zdrowego rozsądku, bo życie, jakie planują w Bredzie, nie będzie luzem i bezstresowymi wakacjami.

Z opowieści Beaty Chomątowskiej przebija niezwykłe ciepło i optymizm. Mimo tego, iż poznajemy ludzi trudnych, złych, sytuacje kryzysowe i dramaty rozpisane na kilka głosów – jest to mimo wszystko historia tonąca w tym, co Holandia. W spokoju, harmonii i pewności wiary, iż przyszłość ułoży się jakoś, bo nad teraźniejszością się panuje, a życiem cieszy się wraz z każdym jego przejawem wokół. „Prawdziwych przyjaciół poznaje się w Bredzie” to także zbiór doskonale zarysowanych opowieści o inności, przepełnionych humorem i rubasznością. Poznamy Natashę, czyli Matkę Holenderkę. Przy niej Matka Polka padłaby na zawał, widząc rozpasanie i swobodny sposób chowania dzieciątka. Znajdziemy się w sklepie z rowerami Marcina. Marcin jest polskim królem Bredy, który zdobył już wszystko poza jakąś jędrną polską dupą, bo tylko za tym tęskni. Dowiemy się, do czego może służyć kościół, przyglądając się frontowi squattersów i zakonników. Przyjrzymy się wystawie penisów robiącej na przechodniach takie samo wrażenie jak wspomnienie o zeszłorocznym śniegu. Zajrzymy do sterylnych pokoi holenderskich prostytutek i do Klubu Znicz – doskonałej parodii spotkania polskiej emigracji z tradycjami. Dowiemy się, dlaczego Jan Paweł II miał dość jedzenia w Holandii i co Holendrzy myślą o Belgach oraz Niemcach.

To książka o ludziach, którzy próbują uciec od swojej pechowej tożsamości. Nie czynią się Holendrami, nie zapominają bynajmniej o swych polskich korzeniach. Chcą odnaleźć się w świecie, jaki ujrzą po drodze – w jej trakcie i u celu. Jeżdżą przecież nie tylko w jednym kierunku, bo to podróże do rodzinnego Krakowa i Bredy, także rodzinnej, oswojonej całkowicie, szalonej, trudnej, intrygującej i… swojskiej. Takie pisanie jak Beaty Chomątowskiej nie tyle wskrzesza przeszłość, w której można się było cieszyć tym, co teraz za rogiem i na wyciągnięcie ręki. To piękna książka o przyjaźni, ciepła opowieść inicjacyjna, znakomite studium skomplikowanych relacji międzyludzkich i dowód na to, że w różnicach wszelakich zawsze można się odnaleźć i poznać. Siebie oraz przyjaciół. Świetne, soczyste, bezpretensjonalne i warte uwagi!

2013-12-03

"Obscenariusz" Wojciech Kuczok

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 5 listopada 2013

Liczba stron: 224

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Literackie namiętności

Warto zacząć od sytuacji opisanej w jednym z opowiadań zbioru „Obscenariusz”. Mamy dziką plażę i samotnika, który chce kontemplować… siebie. W tę przestrzeń wdziera się nagle ona. Kobiecość tak zwana. Adorowana początkowo, staje się po chwili niedostępnym Ciałem, kiedy cielesność ujawnia swą niepokojącą moc. Taką obezwładniającą i wywołującą bezsilność. A przy tym niezdrową ciekawość. Podniecenie. Ciało będzie kategorią rozumienia Kobiecości, ale Kobiecość jako idea może istnieć samoistnie. Plażowiczka rozbiera się tak, jak Wojciech Kuczok rozbiera język swoich opowiadań; otwarcie, bezpośrednio, a jednak kryjąc tajemnice, bo nie wiemy, do czego doprowadzi obserwacja kobiecości przez ukrytego nieopodal samotnika. „Obscenariusz” jest dowodem na to, iż autor widzi wyraźny związek między pisaniem a cielesnością; tą obezwładniającą, działającą na zmysły, usypiającą rozum, budzącą instynkt, zniewalającą totalnie. Pisząc o erotyce, atakując nasze zmysły pornograficznymi wizjami, Kuczok jednocześnie pozwala na rozprzężenie języka, na jego rozbicie, lingwistyczne szaleństwo. Pisze w dzikim uniesieniu o uniesieniach, które prowadzą do zguby, ale warto się w nich zatracić mimo wszystko.

Pornografia w literaturze została usankcjonowana już dosyć dawno, a związki jednego z drugim wyraźnie podkreśla choćby Elfriede Jelinek. Tak, u niej ta gra jest grą często formalną i u Wojciecha Kuczoka jego wypisy z ksiąg nieczystych – jak głosi podtytuł – także będą w dużej mierze zagraniem formy, co nie tyle przerasta treść, lecz nadaje jej innych znaczeń. Gdzieś między orgazmami, potem, zapachami pochwy i penisa, gdzieś między seksem na granicy wyuzdania a wyuzdaniem emocjonalnym każącymi pisać o namiętnościach dosadnie, skryty jest dramat zdobywania czegoś, czego nie można osiągnąć, co jest niepełne, nie w pełni wartościowe, literacko też wątpliwe. Stąd też „Obscenariusz” może wzbudzić skrajne odczucia, bo prosi się o odrzucenie, ale jednocześnie kusi. Nie seksem, nie pornografią. Zależnościami między ciałem, emocjami, nazywaniem tych emocji i określaniem w ciele miejsc, za pomocą których odczuwa się świat – ten zapisany także.

Są w zbiorze teksty już wydane, między innymi w niefortunnej antologii „Miłość we Wrocławiu”. Opowiadanie o spotkaniu nieznajomych w chłodzie wrocławskiej katedry i o gwałceniu sacrum przez profanum, a nawet odwrotnie, czyta się nieco inaczej. Kuczok tym razem wydaje się pewien układu opowiadań; widać, iż pisanie o cielesności bezwstydnej jest dla niego czymś na kształt literackiego ekshibicjonizmu. W żądzach i namiętnościach ukryte są jednak historie. Jedne bardziej przejmujące, inne mniej. Wszystkie napisane polszczyzną, potem, krwią, spermą, moczem i całym sobą w swej naturalistycznej głębi i bezwstydności zarazem. Wojciech Kuczok prowokuje, ale przede wszystkim żartuje. W przerwach między pisaniem bardzo na poważnie, a takie jednak dominuje. Warto się mu przyjrzeć.

Trzonem kompozycyjnym zbioru jest opowiadanie „Przyjdź do mnie”; bezwstydność znaczenia tytułu poznamy przy uważnej lekturze. Bohaterką jest Maria Sachalina Pietrowna, starzejąca się rosyjska pisarka, która kiedyś miała wiele do powiedzenia, a dzisiaj ciągnie ją świat doznań, cielesnych przyjemności. Pietrowna jest pisarką-celebrytką; już nikt poważnie nie bierze jej książek i chociaż nadal są kupowane, mało kto je czyta. Kobieta postanawia zajrzeć do wewnątrz. Wchodzi w intymne relacje z biseksualnym dziennikarzem, którego młodość, jurność i nieprzewidywalność chce zawłaszczyć całkowicie, chce spalić się w namiętności i oddać się całkowicie, bo tak postanowiła. Zamieszkują z Wiktorem w łóżku, w swych fantomach seksualności; w dzikości nieokiełznanej, a jednocześnie pełnej fatalizmu i chwilowości. Kochankowie piszą do siebie esemesy i maile w chwilach, kiedy nie mogą się intensywnie pieprzyć. Są zbliżeni w dystansie, ich komunikaty to świadectwo lingwistycznej eksplozji namiętności bez celu, kierunku, bez nadziei. Gorzki to tekst, zabawny też, pobudzający zmysły i dwuznaczny. Dalej jest już nieco mniej wyraziście, bo i krótsze formy Kuczok nam serwuje, wnikając bardziej w uwarunkowania namiętności i w ich skutki.

Namiętność może mieć moc pokonania nawet gniewu Adolfa Hitlera. W namiętności można być zakłamanym jak Balzak. Może prowadzić do toksycznego związku i zatracenia, jak dzieje się w dziewiętnastowiecznym Berlinie. Namiętność to uległość zakodowana przez traumę dorastania u boku matki alkoholiczki i erotomanki. Może też się okazać czymś totalnym i druzgoczącym jak w historii pastora, który po miłosnym zbliżeniu z karczmarką, przesyła jej swą krew i narządy, by po śmierci udowadniać przywiązanie. Jest strasznie, refleksyjnie, czasem wzruszająco. Jest też wieloznacznie i dowcipnie; jest na pewno nieprzewidywalnie, bo przecież taka jest namiętność i cielesność, które grają pierwsze skrzypce w tym nie tyle obscenicznym, co naturalistycznie bliskim językowi literatury zbiorze opowiadań.

„Obscenariusz” to opowieść o słabościach przekutych w siłę i o ludziach przeklętych w swej seksualności; w dążeniu do czegoś, co można nazwać wewnętrzną wolnością. Myślę, że to książka specyficzna – z racji formy i podjętej tematyki. Trudno jednoznacznie ją polecić, bo trafia w specyficzne gusta, zniesmaczyć zaś może wielu estetów. Nie o takie reakcje na swoje pisanie chyba Kuczokowi chodziło. Za inteligentnie napisał, żeby teraz dzielić odbiorców tej książki na zachwyconych i zdegustowanych. Prawda jest inna. Prawda o nas samych. O naszym ciele. O podporządkowywaniu się mu i o nowym porządku słów i zdań, za pomocą których można ten proces opisać.

2013-12-01

"Drugi dziennik" Jerzy Pilch

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 6 grudnia 2013

Liczba stron: 284

Oprawa: twarda

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Chorobliwe trwogi i zdziwienia…

Mijający rok jest rokiem podwójnych przyjemności czytelniczych. Po dwie książki sygnowane ważnymi nazwiskami się ukazały, żeby wspomnieć Huberta Klimko-Dobrzanieckiego czy Ingę Iwasiów. Mamy też drugiego Pilcha. Po pierwszej od pięciu lat, wyczekiwanej powieści "Wiele demonów" dostajemy prawie że pod choinkę drugą publikację, ważną dla autora, ale i dla jego wielbicieli. Jerzy Pilch dubluje formę dziennika. Ten drugi  - jak zauważyła już Bernadetta Darska – jest dużo bardziej intymny, zdecydowanie oddalony od spraw społecznych, choć i tu poczytamy między innymi o tym, jak trudno jest Polskę kochać, żyć  w niej, kibicować polskim piłkarzom (tak, to mocno społeczny temat!).

„Drugi dziennik” zebrany jest z tekstów publikowanych w „Tygodniku Powszechnym” i to przede wszystkim rozprawa autora z chorobą, analiza stanu niepewności rozrastającej się coraz bardziej; to także opowieść o pokorze i o lękach, które można oswajać. Bardzo osobista publikacja. Bardzo złożona w swej pozornie nieskomplikowanej formie. Chwilami tragikomiczna, ale częściej refleksyjna; ocierająca się o jakiś fatalizm, który czym prędzej trzeba przegnać i pomimo lęku walczyć dalej. O swe normalne życie. Świadomego człowieka, intelektualisty, czytelnika, ewangelika, kibica, mężczyzny po prostu. „Drugi dziennik” opowiada o tym, jak Pilchowi minął rok. Był ciężki, czekają go być może dużo cięższe. Chce o tym pisać i wie, że pisanie egocentryczne jest grafomanią, więc pisze gdzieś z oddalenia, będąc jednak w centrum. Hoża staje się punktem odniesienia, ale świat widzi Pilch z wielu perspektyw. Obiektywnie… i zdrowo.

Najstraszniejsze, co może się przydarzyć w chorobie, to niemoc duchowa. Utrata świadomości, intelektualnej sprawności – one mogą nieść ze sobą dramat największy i trudny do opisania. To dramat utraty języka kontaktu z literaturą; tą czytaną i tą tworzoną jednocześnie. O literackich przygodach czyta się na kartach „Drugiego dziennika” z mieszaniną podziwu i zadumy; Pilch wgryza się w teksty na tyle mocno, że zgrzytają mu między zębami. Nieścisłości, trudności interpretacyjne, zadziwienia, złości i nieznośności wszelakie. Autor czyta, co pisze Babel, Camus, Arasse, Marai i Cioran. Wspomina o poszukiwaniu mistycznego wręcz tekstu Maupassanta, którego bohater chce oszukać starość i śmierć. Zmierzając ku czemuś, co nieuniknione, Pilch szuka zagadek bytu i niebytu u tych, których ceni i z którymi lubi się sprzeczać. Swój dziennik pisze świadomie i wie, czego unikać. Imitacji z diariusza Lechonia albo pułapek, w jakie wpadał Grass i dzięki któremu świadomie zostaje wypunktowane to, w jaki sposób dziennika pisać nie należy.

Pilch pisze tak, jak myśli i czuje. To jego spowiedź ekstremalna. Ta z rodzaju najtrudniejszych. Bo teraz trzeba podjąć decyzję, czy użalać się nad stanem, w jaki wpędza choroba, czy z tego stanu wybierać to, co daje mimo wszystko siłę; Pilch jest zdeterminowany i nie poddaje się zwątpieniu, choć przecież pisze o traumie pożegnania ze zmarłym przyjacielem z Wisły, równolatkiem Jerzym Cieślarem. Przecież to musi być bolesne, kiedy wspomina się życie kogoś, z kim wspólnie się dorastało – mimo tego, że życie rozdzieliło ich stosunkowo wcześnie i nie było szans na intymne relacje podczas gdy teraz znajduje się ten czas na intymność wspomnienia o kimś, kogo nie ma…

O zmarłych jest zresztą kilkakrotnie. O wyczuwaniu czyjejś obecności w mieszkaniu przy Hożej, o jakichś komunikatach z zaświatów, a może po prostu o sprawach, których się nie powiedziało albo jakim się nie przysłuchało. Śmierć istnieje w tej publikacji po pierwsze jako coś szalenie pewnego i spodziewanego, po drugie – jednocześnie – kryje się gdzieś nienazwana, wciąż obca, wciąż daleka, nieobecna. Dziwne to, gdy zmarli sygnalizują obecność i gdy rozważania o nich pozwalają nie tylko zrozumieć okrutną logikę końca życia, co ten koniec przedefiniować na kilka sposobów. Bo to nie książka o umieraniu, lecz o byciu!

Pilch jest. Akcentuje to bycie, intensywniejsze na pewno i wyraźniejsze, gdy walczy się na wielu różnych frontach. „Drugi dziennik” to refleksyjne świadectwo niepewności. Nie padają pytania o to, jak żyć dalej, ale można je wyczytać między zdaniami – kreślonymi bowiem coraz mniej pewną ręką, której nie chce ulżyć żadna ze znanych kobiet w charakterze sekretarki do pisania dyktowanego. Chce i nie chce pisać o chorobie. Jeżeli już to robić, należy z niej uczynić dobrze opowiadaną historię. Bez sentymentalizmu, bez niepotrzebnego patosu. Choć w omówieniach zwykle unikam dłuższych cytatów, nasuwa mi się w tym momencie fragment soczysty i znaczący! „Starczy utyskiwań, resztę piszemy z punktu widzenia człowieka absolutnie zdrowego. Tylko taka strategia opowiadania ma sens, tylko do głębi przeświadczony o swym niczym nie zamąconym zdrowiu narrator ma szansę zdania sprawy z powoli pożerającej go gruźlicy, pylicy, trzepawicy, motylicy, dżumicy, szczypawicy czy innej kurwicy. Kwestia stylu. Stylem się to załatwia. Stylem!”. Pilch załatwia niegodziwości losu, niemożności, trudności, opory i wszelkie zmiany, co nie wróżą niczego dobrego. To smutna książka, ale nie mamy zaznać smutku, lecz zdziwienia bardziej, doświadczyć egzystencjalnej zadumy – niekoniecznie nad autorem, bardziej nad samymi sobą w świecie, w którym każdy z nas ma datę swojej śmierci, ale nikt o niej nie wie, nigdy się nie dowie.

„Drugi dziennik” jest też humorystyczny, w dobrze nam już znanym stylu. Rewelacyjna rozmowa z matką, która jest przekonana, iż księża mogliby ukrócić niedobre praktyki samobójcze, sama w sobie rozsadza tekst, w jakim snute są ponure rozważania o naturze tych, co sami wyznaczają sobie datę śmierci. Uśmiechniemy się częściej, kiedy dotrze do nas, w którym momencie Pilch pisze ze śmiertelną powagą, a kiedy się zgrywa. To drugie jest rzadsze, ten drugi diariusz inny jest od żarliwości i energetyczności pierwszego. Co pozostaje autorowi? Bóg i piłka nożna. Wiara w doskonałość i niepewność. Pierwsze buduje, drugie osłabia. Jest też nadzieja. Świadomość własnej siły. Siły intelektu. Dlatego czytanie tej niesamowicie inteligentnej książki jest przede wszystkim estetyczną przyjemnością. Bez względu na trud problematyki i mroczne dwuznaczności, jakich nie sposób nie wyczytać tu i tam…

2013-11-29

"Zaćmienie" Agnieszka Wolny-Hamkało

Wydawca: Czarne

Data wydania: 7 listopada 2013

Liczba stron: 200

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Między życiem a literaturą

Takie książki jak „Zaćmienie” zmuszają do refleksji nad tym, gdzie w literaturze przebiega granica między absurdem, komizmem, ironią a śmiertelną powagą. Myśli się o tym, bo Agnieszka Wolny-Hamkało najwidoczniej postanowiła te granice zatrzeć. Co więcej, opowiedzieć swoją historię w taki sposób, żeby zwieść i tych, co widzą w niej wyraźne igraszki z rzeczywistymi ludźmi, których autorka zna, i tych także, którzy szukają na kartkach „Zaćmienia” wyjaśnienia wszystkich dziwnych, ekscentrycznych, nieprawdopodobnych zdarzeń. Bo w świecie iluzji mówi się o prawdzie, a każda prawda ma więcej niż jedną definicję. Poza tym otrzymujemy przede wszystkim efekt doskonałej zabawy z różnymi konwencjami pisania, by o tym pisaniu całkiem na serio powiedzieć parę strasznych rzeczy.

Strasznie jest już od samego początku, kiedy poznajemy Ewę Skalską, byłą policjantkę, która obecnie jako agentka Świętej Trójcy Wydawniczej, braci Casado, przemierza ulice Gdańska, by odnaleźć historię do wykorzystania i opisania. Obserwujemy targ – produkty, sprzedających. Wszystko w konwencji „multikulti”; sprzeda się to, co oryginalnie zapakowane i sprzeda ten, co wygląda ekscentrycznie. Nieważne jest, czy wygląd ma coś znaczyć, z czymś się łączyć, a może łączyć się w katastroficznym tyglu bylejakości. I taka może być literatura, którą się wydaje. Jest w niej dosłownie wszystko, ale to wywar, który jest niesmaczny. Ewa podjęła się roli tej, która do gotowania owego wywaru znacząco się przykłada. Ma odszukiwać takie historie, które sprzeda się z zyskiem. Wyraźne, choć naznaczone zwykle traumą, szaleństwem jakimś, dziwactwem niezgłębionym i frustracją, bólem, czasami wstydem. W świecie wydawniczego multikulti Ewa ma szukać historii „(…) wystarczająco bezbożnych, żeby kogoś zająć, wystarczająco strasznych i fascynujących, żeby czytelnik nie mógł bez nich żyć”. Spotykając dziwnych, sennych, smutnych rozmówców, odbiera im cząstkę życia, by przekuć to na story do sprzedania i wdzierać się wciąż gdzieś między życie a literaturę. Tam, dokąd nawet pisarze nie są w stanie się wedrzeć.

Bohaterka „Zaćmienia” wchodzi w intymne relacje z mężczyznami. Kategoria męskości u Wolny-Hamkało jest bardzo niejednoznaczna, bo więcej skrytych tajemnic w portretowanych bohaterach niż jakiejkolwiek rzetelnej wiedzy o ich życiu i o tym, dlaczego stali się tacy, jacy są. Jest Włodek, rzeźbiarz w bursztynie, zamykający weń całe ludzkie życie, którego mikropanoramę pokazuje Ewie, opowiadając o dramacie traconych przez żonę dzieci. Jest Radek, redaktor telewizyjny, samotnik i piroman, który nie zna swego miejsca. Jest antropolog Paweł, który opowie o pewnej siedemnastowiecznej grze i zabierze Ewę do Jawornika, gdzie być może wydawca otrzyma świetny materiał na wampir story. Jest także Tofik, znany pisarz, ekscentryczny seksista, który kusi, bo jest bezpośredni, namiętny, wulgarny i nieprzyzwoicie skupiony na sobie. Mamy kilka innych męskich postaci; dziwaków, frustratów, ekscentryków, opowiadaczy skupionych na sobie i kuszących Ewę tym, co w ich opowieściach niejednoznaczne. Wszyscy mężczyźni otwierają się przy Skalskiej niczym zbłąkane koty pragnące miłości i odrobiny zainteresowania. Pojawiają się znikąd i są efemeryczni w tym sensie, że istnieją – poza Tofikiem – tylko wtedy, kiedy świadomość Ewy podąża za tym, co opowiadają. Dokąd podąża ona sama? Ku zaćmieniu. To rzeczywiste ma mieć miejsce za dwa tygodnie i wywołuje apokaliptyczną atmosferę oczekiwania. Ewa podąża w głąb opowieści innych, ale zakotwiczona jest przede wszystkim w świecie, w którym dramatem jest fakt, iż – jak stwierdza - „wszyscy jesteśmy unieruchomieni w kalekich tożsamościach”.

Tożsamość Ewy nie jest przekonująca. Od razu widać, że to pewien literacki konstrukt; narzędzie poznawania świata nierzeczywistego, który o tę rzeczywistość ociera się w wieloznaczny sposób. Autorka wydaje się drwić z jasnego i klarownego sposobu opowiadania prawdy o człowieku poprzez to, co przeżył i czego doznał. Spisuje życiowe historie niespełnienia, a jej osobiste niespełnienie kryje się gdzieś między stwierdzeniem, iż przedwcześnie osiwiała a sygnalizowaniem miłości niespełnionej, której źródło znalazło szczęście w ikonie, nie żywej kobiecie. Ewa Skalska w swej nowej roli staje się medium między życiem a literaturą. Udowadnia związki jednego i drugiego, kwestionując je subtelnie za pomocą ironii, specyficznego humoru i dwuznaczności. Kobieta, która nie jest z krwi i kości, chce tę krew i te kości pokazać w literaturze. Bo każda opowieść w czymś jest osadzona. Każdą można sprzedać, jeśli będzie tylko wystarczająco ekscentryczna. A taka historia nocy spędzonej w towarzystwie Arnolda Szchwarzeneggera, który wyznaje, że jest poetą lirycznym i Żydem, to już ekstrakt doskonały do tego, by położyć go na wydawniczej tacy do schrupania.

Podoba mi się w „Zaćmieniu” to, że ta książka nigdzie się nie spieszy. Podążamy śladami Ewy bez specjalnego planu, celu, bez świadomości przemierzanej drogi. Jesteśmy w kilku polskich miastach, ruch jest odczuwalny od początku do końca. To jednak taki ruch do wewnątrz; zakończenie zmienia pewnie sposób patrzenia na to, w czym uczestniczyliśmy, ale jednocześnie nigdzie nie jesteśmy zaciągani na siłę. Nawet wtedy, kiedy zanurzamy się w smutne opowieści, w absurdalne narracje, w zaskakująco wieloznaczne historie bez początku i bez końca. Agnieszka Wolny-Hamkało oprowadza nas po świecie, który ledwie zarysowała; to są takie kontury do wypełnienia – przez wyobraźnię przede wszystkim. „Zaćmienie” jest książką, która igra sobie sama ze sobą. Próbuje ogarnąć wszechobecny chaos, w którym ma się kryć treść. Poznawane historie to jednocześnie próby zgłębienia świata w jego trudnym do opisania wymiarze. Śmiesznie jest, tragicznie chwilami, komediowo i sardonicznie odrobinę; to jest świat opowieści, w którym łapiemy między nimi oddech tylko po to, by pomyśleć o tym, co czytamy – literatura to czy przemyślana gra?

To książka o mocy języka i o jego niemocy, kiedy nie sposób wyrazić się naprawdę. O grach słownych, semantyce niejednoznaczności i o byciu gdzieś pomiędzy – tego, co jest fikcją a fikcją, dzięki której próbujemy nazywać prawdę. Warto, bo tak lekko i tak zastanawiająco zarazem niewielu dzisiaj pisze.

2013-11-26

"Formacja trójkąta" Mariusz Zielke

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 22 października 2013

Liczba stron: 402

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Patologie

Polska aferami stoi. Układami, kombinacjami, malwersacjami obrzydliwymi i kunktatorstwem paskudnym. W Polsce już media wydają wyroki, daleko im do niezawisłości. Tutaj robi się kariery kosztem innych, a hipokryci używają pięknych słów, by ukryć swoje łajdactwa. Tak, pewnie tak jest. Nie znam się. Może to pasywne i niewłaściwe, a może jedyne słuszne, ale odciąłem się od tego. Nie śledzę, nie analizuję, nie zajmuję się, nie wpędzam w dodatkowe frustracje. Po prostu się nie znam. Znam się za to trochę na literaturze i uważam, że „Formacja trójkąta”, sensacyjny thriller tonący w wymienionych wyżej podłościach, to pozycja warta uwagi. Podziwiam autora za to, że od lat konsekwentnie nurza się w bagnie, jakie wielu omija, bo tak bezpiecznie i pewnie odczytałem tę powieść nie tak, jak powinienem, bo nie zamierzam rozgryzać, ile jest prawdy w fikcji i fikcji w prawdzie. Zamierzam napisać o tym, co w tej książce ważne, bo jest po prostu świetnie napisana.

Bartek Milik jest warszawskim dziennikarzem bez etatu, czyli takim jak większość. Nie udało mu się zdobyć dyplomu, ale miał szczęście, bo zaczepił się jako łoś od boczków w jednej z ważnych stołecznych gazet. Kiedy wielka afera wypycha jego materiał z pierwszej strony, Milik złości się i frustruje. Szybko zorientuje się, iż to, co się stało, będzie doskonałym pretekstem, by wykazać się wreszcie jako dziennikarz szybki, bezkompromisowy i odważny. Bo Bartek jest w gruncie rzeczy tchórzem; od lat nosi w sobie obraz wymagającego ojca, który z niczego nie był zadowolony i wciąż w strachu próbuje mu udowodnić, że jest coś wart. W trakcie dalszych zdarzeń Milik będzie walczył nie tylko z traumą wspomnienia o ojcu, ale ze swym tchórzostwem, zachowawczością, ze swoją niemocą, którą uda mu się przekuć w siłę. Siłę do walki z układami i tajemnicami, jakie wydają się nie do ruszenia. Zwłaszcza po tym, co się stało.

A co się dzieje? Zostaje zamordowany prezes polskiej giełdy. Witold Sworowski był człowiekiem, jaki nie znał strachu, szybko i słusznie podejmował decyzje, szanował ludzi i wymagał od nich wiele. Za tym stoi dość wiele niejednoznaczności, bo denat nie tylko wchodził w różne podejrzane sojusze tam, gdzie nie powinien, ale także nawiązywał liczne romanse i w związku z tym jedna z jego kochanek okazuje się idealnym kozłem ofiarnym, bo to ją można wrobić w morderstwo. Sprawie przyglądają się media - wciąż niepewne tego, w jaki sposób spekulować nad tą tajemniczą śmiercią. Bartek wpada na kilka niewygodnych dla pracodawcy tropów. Na jego drodze stanie agentka ABW, Marta, doświadczona zawodowo i życiowo dużo bardziej niż rozmyty i niepewny swej wartości Bartek, który nie jest w stanie rozstać się z dziewczyną, wiedząc o jej jawnych już zdradach.

Marta jest bardzo wyrazista. Opanowana. Doskonale znająca się na rzeczy. Ćwiczy aikido i powala mężczyzn na łopatki. Wierzy, że działa zawsze w słusznej sprawie. Znajduje hipotezę o śmierci Sworowskiego, za którą ktoś jest gotów ją zabić. Odwiedza ministra skarbu Szarawarskiego tonącego w brudnych gangsterskich interesach i po rozmowie z tym miałkim politykiem-dyletantem stanie do walki o własne życie. Rozpocznie się polowanie na Martę, która zrozumiała za dużo. Trup słać się będzie gęsto i spektakularnie. Do akcji włączy się także przyjaciel Bartka, narwany i nieszczęśliwie zakochany policjant Greg, a całą trójkę z czasem połączy wspólna sprawa, czyli rozwiązanie wieloaspektowej zagadki śmierci prezesa giełdy, w którą wydaje się być zamieszana także rosyjska mafia.

Jeśli rozpatrywać „Formację trójkąta” w kategoriach zmyślnie skonstruowanej powieści akcji, można naturalnie załatwić sprawę jej interpretacji znienawidzonym przeze mnie określeniem „wciągająca” i innymi podobnymi przymiotnikami. Można, ale autorowi nie chodziło tylko o to, by ktoś przez tę barwną powieść sensacyjną po prostu się prześlizgnął. „Lubimy się bać, ale nie chcemy, by powód strachu dotyczył nas samych”. Ta myśl świetnie obrazuje wszystkich tych, którzy do powieści Zielkego siądą nastawieni na emocje i szaleńcze zwroty akcji. Wszystko otrzymają, ale co poza tym?

Poza tym jest to gorzka rozprawa z polskością i ze wszystkim, co w niej patologiczne, wynaturzone latami; doprowadzone do absurdów, jakie nikogo już nie dziwią, bo każdy uznał je za oczywisty przejaw Polski po kapitalistycznej transformacji. W powieści toczy się dyskusja o tym, czy o wszystkich nieprawidłowościach, chorych układach i sankcjonowaniu niesprawiedliwości należy mówić w kategoriach TEGO czy NASZEGO kraju. Całe zło przedstawione w „Formacji trójkąta” nie jest tym złem, któremu można się przyglądać i które najlepiej zmilczeć. To jest nasze zło, nasza chora polskość i nasza obojętność, która prowadzi do tego, że patologia staje się normą. Bo choćbym nie wiem jak bardzo odciął się od wszystkiego, co wymieniłem na wstępie, nie oznacza to, iż zobojętniałem. Dlatego Zielke dociera do mnie tak wyraźnie. Dlatego cieszę się, że takie powieści znajdują wydawców i czytelników.

Świat w „Formacji trójkąta” jest światem fałszu. Media, w założeniu mające być bastionem niezależności i prawdy, podporządkowują się układom w zamian za korzyści finansowe. Świat wielkiej polityki jest światem zależności, o jakie nawet trudno byłoby posądzać tych, co bronią bastionów rzekomej uczciwości. Aferzyści, kombinatorzy i ludzie po prostu mali budują rzeczywistość, w której trudno cokolwiek zmienić. Skażone są sądy, służby porządkowe. Trudno jest walczyć z tymi wszystkimi wynaturzeniami tak, jak z samym sobą i swoimi słabościami. Bo nie ma u Zielkego bohaterów idealnie doskonałych, jest za to wiele sytuacji problematycznych i zmuszających do zastanowienia nad tym, jak bardzo są skomplikowane. Jest mowa o bezradności, braku profesjonalizmu, o ludziach podatnych na wpływy i o szeroko rozumianych oszustwach. To smutny i przykry świat. Nie żyjemy w takim na co dzień, chciałoby się wierzyć. Możemy mieć świadomość tego zła, ale nie wnikamy w jego istotę. Mariusz Zielke pokazuje Polskę w stanie krytycznym, gdzie sama sobie chce wyłączyć respirator, nadal mimo wszystko trzymający ją przy tym, co nazywamy po prostu normalnym, praworządnym życiem. Pokazuje, iż można się przeciwstawić. Nie tylko po to, by być bohaterem mediów, o czym marzy Bartek Milik, a co jest przecież oczywistą ironiczną grą autora z czytelnikiem. Bohaterami dzisiejszych czasów w Polsce mogą być ludzie niezależni – bez względu na to, jakie stanowiska piastują, czym się zajmują. Niezależność wymaga wyrzeczeń i nie jest prosta. W „Formacji trójkąta” prawie wszystkich przegranych łączy to, że się z nią pożegnali. Nam pozostaje wierzyć, że taki świat nie może być wieczny.

W tak zaangażowany sposób jak Mariusz Zielke o polskich bolączkach i wstydzie niewielu potrafi pisać. Zawsze coś można zmienić. Cokolwiek. Zabójcza jest obojętność. Ona zabija bardziej niż wszyscy obładowani najlepszym sprzętem kilerzy na kartach tej ociekającej krwią winnych i niewinnych książki o braku przyzwoitości po prostu.

2013-11-24

"Szczęśliwa ziemia" Łukasz Orbitowski

Wydawca: Sine Qua Non

Data wydania: 6 listopada 2013

Liczba stron: 382

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Życzenia i dramaty

O nowej powieści Łukasza Orbitowskiego możemy przeczytać na okładce, że jest wielka i wspaniała. Te eufemizmy Szczepana Twardocha na pewno przyciągną doń czytelników, ale wielu z nich może doznać zaskoczenia. Znający dotychczasową stylistykę, w jakiej poruszał się autor "Widm", będą utyskiwać na zbyt rozbudowaną warstwę realistyczną powieści. Ci zaś, którzy liczą na odmianę, będą zmuszeni nadal mierzyć się z poetyką horroru, jaka tutaj sygnalizowana jest dosyć dyskretnie, ale niewątpliwie odciska swe piętno nad każdym z dwunastu rozdziałów. Rozdziałów książki – moim zdaniem – nadmiernie przepełnionej fatalizmem i odrobinę przekombinowanej. Seria zabiegów łączących przeszłość z przyszłością wraz z naznaczeniem całego czasu pewną tajemniczą legendą z jednej strony nie wydaje się w swej mnogości uzasadniona, z drugiej natomiast bardzo utrudnia percepcję powieści, którą czyta się dość powoli, bo zmusza do wytężonej uwagi, ale ostatecznie to wszystko, co tę uwagę przykuwało, okazuje się nie do końca ze sobą grające.

Nic to, jestem zadowolony z lektury, choć to pewnie jedna z mroczniejszych opowieści tej jesieni i tak przygnębiającymi książkami nie powinniśmy się raczyć o tej porze roku. Podziwiam umiejętność budowania misternej konstrukcji na granicy świata realnego i fantastycznego, zmyślne operowanie tropami wciąż gubiącymi czytelnika, odniesieniami do kilku różnych od siebie tradycji literackich i klamrę kompozycyjną, dzięki której jesteśmy świadomie wprowadzeni, ale i wyprowadzeni z tego dusznego świata tajemnic, niespełnienia, gorzkich rozczarowań i samotniczego cierpienia. Bo chociaż jest to historia piątki przyjaciół z prowincjonalnego Rykusmyku, mamy w „Szczęśliwej ziemi” opowieść o doświadczaniu bólu istnienia i bólu rozczarowań życiem każdego z osobna, bez żadnej więzi, bez żadnego pokrewieństwa, bez najmniejszej nawet możliwości wsparcia w innym człowieku, kiedy życiowe dramaty czynią egzystencję co najmniej nieznośną. Jedna z kobiet w powieści, duńska imigrantka z Grecji, z całą stanowczością podkreśla, iż nie ma już recepty na stały związek, bo żyjemy w czasach, w jakich coraz mniej ludzi wędruje przez życie wspólnie. Wspólnie pięciu przyjaciół z Rykusmyku przeżyło w zamkowych ruinach pewne mroczne doświadczenie. Naznaczy ich ono na całe życie. Ale kazać będzie także mierzyć się z konsekwencjami, tego co wydarzyło się w tej ciemnej przestrzeni, samodzielnie i bez jakiegokolwiek oparcia. Bo cierpienie w żaden sposób nie uwzniośla. U Orbitowskiego cierpienie jest konsekwencją nieprzemyślanych życzeń, ale także istotą mrocznej historii o dwóch braciach, którzy ukryli w ruinach zamku sekret ujawniający się dla dorastających bohaterów „Szczęśliwej ziemi” na kilka różnych, makabrycznych sposobów.

Sedes, Trombek, Sikorka, DJ Krzywda i Blekota dorastają w miejscu, w którym toczą się tylko pozory życia. To taki życiowy margines. Miasto iluzji i miasto niespełnienia. Nie sposób żyć w nim bez marzeń. Nie sposób nie mieć życzeń, jakie los mógłby spełnić. W zakończeniu książki czytamy zdanie, które cała piątka mogłaby wyrazić już na początku. „Chcemy rzeczy, które są dla innych zwyczajne i dla nas też mogłyby być. Ale nie są”. Łukasz Orbitowski wtłoczy swoich bohaterów w sytuację krańcową – rozczarowanie, rozgoryczenie i brak perspektyw idą w parze ze zdecydowaniem, by cokolwiek zmienić. Bo tak jak żyją, żyć się nie da. Trzeba podjąć ryzyko, coś poświęcić, czemuś się sprzeniewierzyć, ale także i czemuś zaufać; w Rykusmyku czeka tylko stagnacja, prawdziwe życie jest gdzie indziej. To życie, w którym trzeba będzie na siebie wziąć brzemię wyrażonych życzeń, które spełniają się w najgorszy z możliwych sposobów.

Sedes to Szymek. On jako jedyny decyduje się na pozostanie w Rykusmyku. Podejmuje także decyzję o tym, by pojąć za żonę miejscowe dziwadło, Teklę, naznaczoną tak jak on sam, bo tak jak Szymek słyszącą groźny skrzek w głowie. Ich małżeństwo to dramatyczna walka o normalność, którą toczą niby razem, ale tak naprawdę każde na własną rękę. Kiedy Tekla wydaje się być uzdrowiona i mroczne głosy od niech odchodzą, pożegna się także z życiem, a pozostawiony sam sobie Szymek będzie mierzyć się z zagadką przeszłości jej matki i z tajemniczą książką, z której usunięto rozdział opisujący tytułową ziemię w Rykusmyku.

Dramatyczne będą losy wszystkich młodzieńców, którzy przeżyją spotkanie z przerażającym bykiem w podziemiach zamku, gdzie udali się, nieświadomi jeszcze tego, że ta wizyta zmieni ich życie. Każdy dozna odosobnienia w swym bólu. Będzie miłość niespełniona, bogactwo przeklęte, będzie też dramat rodziny skazanej na rozpad i przede wszystkim dramat życia, w którym każdy, dosłownie każdy, zostanie naznaczony cierpieniem i gorzkim rozczarowaniem, gdy zaplanowane życie odbiegnie od tego, co sobie założono. W losach przyjaciół z Rykusmyku doświadczeniem najbardziej bolesnym będzie doświadczenie obcości. Ci, co wyjechali, wydają się być dużo bardziej szczęśliwi niż Szymek, który pozostał na miejscu i biernie wpasował się w prowincjonalny klimat życia na niby, przyjmując stanowisko nocnego stróża zamczyska, jakie na zawsze naznaczyło losy wszystkich w miasteczku. Orbitowski portretuje wzajemne relacje międzyludzkie jako gorzkie doświadczanie siebie w relacjach toksycznych, trudnych, będących jednocześnie szczęściem i przekleństwem, ale nade wszystko relacjach bycia obok siebie, bez możliwości zaznania bliskości, która zrodzić może miłość i przywiązanie.

W przypadku męskich postaci dużo bardziej ciekawsze mogą się wydać te z drugiego planu. Prowincjonalny bandyta Wilczur i policjant Krończak zostają naznaczeni fatalizmem zamkowych podziemi równie silnie, co młodzi przyjaciele, dla których tam zaczyna się piekło ich dalszego istnienia. Jeden z nich wydaje się wybawiać z piekła życia, ale czy na pewno? Mężczyźni Orbitowskiego w swym cierpieniu są wyraźniejsi o tyle, że zwykle konfrontują je z labilnymi emocjonalnie kobietami. Obsesje i neurozy Greczynki Mai, przebudzonej do życia jak w transie Tekli, poszukującej szczęścia żony jednego z przyjaciół… Wzajemne relacje między rzekomo bliskimi ludźmi są w „Szczęśliwej ziemi” nie tyle opresyjne, co przede wszystkim naznaczone stygmatem nieumiejętności wyrażenia swego bólu; tego bólu, co oddala i czyni życie piekłem. Duszna atmosfera tej książki to wynik przede wszystkim opisu tych relacji; Łukasz Orbitowski z chirurgiczną wręcz precyzją bada każdą rysę, każde pęknięcie w związkach damsko-męskich i w związkach żywych z umarłymi, bo świat pośmiertny też jest przecież obecny w tej niepokojącej prozie.

„Szczęśliwa ziemia” to opowieść o życiu w drodze i o poszukiwaniach tego, czego nie można odnaleźć. Barwne panoramy miast, gdzie rozgrywają się zdarzenia, kontrastują z jednolitym mrokiem przestrzeni, w jakiej piątka przyjaciół bierze udział w danse macabre naznaczającym nie tylko ich samych nieszczęściem narodzenia się na ziemi, która kiedyś mogła być szczęśliwa, ale taką się nie stała. Byłaby to książka naprawdę bardzo dobra, gdyby nie dusiła w sobie tak okrutnie. Nagromadzenie środków wyrazu, by przedstawić grozę życia, jest nadmierne i po prostu męczy. Dlatego nadal uważam „Widma” za najlepsze dokonanie Orbitowskiego, a tę książkę polecam tym, którzy chcą się zmierzyć nie tyle z mrocznym obrazowaniem, co z ciemnymi stronami być może samych siebie i z prozą potrafiącą sprowadzić do parteru wymęczonego do cna czytelnika.

2013-11-21

"Nie ma ekspresów przy żółtych drogach" Andrzej Stasiuk

Wydawca: Czarne

Data wydania: 8 października 2013

Liczba stron: 174

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Z głębi własnego życia…

Postanowiłem napisać o tej książce lekko, ale i z zadumą. Tak chyba pisało się te teksty Andrzejowi Stasiukowi, bo przecież wydają się wypływać z niego bez większego wysiłku, ale ta lekkość jest efektem wcześniejszych obserwacji, bardzo uważnych i bardzo starannych; z nich wynikają wnioski, życiowe przemyślenia, z nich tworzy sobie autor swoisty pomnik pamięci – dla samego siebie przede wszystkim, ale i dla tych, co chcą pamiętać.

W jednym z felietonów możemy przeczytać o tym, jak zmienia się polskie targowisko. Autor wskazuje, iż z dramatu wiecznego niedoboru innej, zapominanej zbyt szybko epoki, zrodził się dramat nadmiaru. Nie wiem, co jest trudniejsze do zniesienia. Ja tę refleksję przeniosę na inną sferę, nie miejsce zakupów podróbek z podróbek, tandety i taniochy. Nie znoszę nadmiaru środków przekazu i cieszę się, że takie książki jak ta czy "Blogotony" Ingi Iwasiów ukazują się na rynku. Bo teraz – jak w przypadku wspomnianej intelektualistki – mam tego Stasiuka prawdziwego, ważnego, osobnego i zadumanego nad życiem w jednej książce; nie przeczytałbym pewnie tych tekstów rozsypanych w medialnym nadmiarze. A mam je teraz, myślę o nich i cieszę się, że „Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” pozwala się… mieć, czytać i chyba rozumieć świadomie.

Zapewne najważniejszym wyzwaniem każdego interpretatora tej pozycji będzie szukanie wspólnego mianownika dla wszystkich ponad czterdziestu tekstów. W moim odczuciu nie ma takowego. Można to podpiąć pod znany już powszechnie model interpretacyjny Stasiukowego pisania opartego na podróżowaniu i doświadczaniu drogi w wielu możliwych wymiarach. Tak, będzie tutaj podróżowanie – takie w głąb siebie przede wszystkim. O drogach też należałoby wspomnieć, skoro są w tytule. Mnie jednak intryguje coś innego. Przecież tym, co spaja ten zbiór jest przede wszystkim osobowość jego autora. Ona teraz ujawnia się świadomie, ale dostajemy kilka wyraźnych sygnałów o tym, jak się kształtowała. Bo bycie takim, jakim jest teraz, to przecież cały bagaż doświadczeń, z którego na pisarskiej drodze Stasiuk tworzył własną filozofię rozumienia świata. Jakkolwiek te konkluzje wydawać by się mogły truizmami, odczytywanie książki przez pryzmat czasu minionego jest bardzo istotne. Bo wszystko, co autor widzi i wszystko, co go zmusza do refleksji, jest zasadzone w czasie minionym. Tam, gdzie nie chce się już sięgać. Stasiuk opisuje wizytę w rumuńskiej wsi, gdzie dorastała do życia w piekle Herta Müller. Pisze o jej anachronizmie niepoddawania się modzie na amnezję. Tej modzie, jakiej poddał się świat, który z uwagą Andrzej Stasiuk podgląda. Świat prowincjonalny i świat Wschodu, bo wiemy nie od dziś, że to on jest autorskim imago mundi.

Intensywne życie toczy się na wschodzie Polski. Intensywności autor szuka wśród ukraińskich bezkresów, brutalnie zanieczyszczonych socrealistycznymi miastami z betonu, które i nasz polski krajobraz brudzą. Symbolem tego kraju staje się droga 816 ze wszystkim, co kiedyś patrzyło na historię i teraz nie może nadziwić się jej absurdom. Jakże w swej dzikości różna jest od trasy wiodącej ku Zakopanemu, najbrzydszemu zdaniem autora miastu w Polsce. Bo choć zżyma się na tę polską przydrożną bylejakość, na te atakujące zewsząd kolorowe płachty, z niejaką serdecznością ocenia bylejakość polskiego pejzażu i polskiego budownictwa. W szarej Polsce komunistycznej brakło kolorów. Dorwaliśmy się do nich jak małpa do pędzla i mamy to, co mamy. Po biedzie w przypadkowości i krzykliwości szukamy naszej architektonicznej tożsamości… Brzydki kraj, ale w swej brzydocie bezkompromisowy, wciąż walczący o sposób wyrazu po swojemu. Kiedy się na to napatrzy, można już tylko skryć się w Beskidzie Niskim. Obserwować świat przyrody – walkę rysia z psami, obojętność baranów na osobnika ze stada, którego zagryzł wilk czy chmarę ptaków żyjących na przekór zimie i dającym namiastkę prawdziwej witalności tam, gdzie siły witalne zasypiają. Odkrywać siebie w nienazwanej harmonii z tym, co jednak mimo wszystko zachowuje porządek.

„Nie ma ekspresów przy żółtych drogach” to książka między innymi o tym, że sensem naszej egzystencji jest wędrowanie i opowiadanie o swoich doświadczeniach. Stasiuk wielbi peryferie w szerokim rozumieniu tego słowa, bo tylko tam ostały się wyraźne, niezatarte ślady, dzięki którym można poznać przeszłość, tak naprawdę i z całą uwagą. Jego Beskid Niski wydaje się być królestwem tropów, na jakie nikt nie chce natrafiać. Autor je odnajduje, rozmyśla nad nimi. Zabiera swoją pamięć i tożsamość do dalekich Chin, w rejon Zabajkala, do betonowego monstrum w środku bezkresnego stepu, czyli do Ułan Bator, którego temperaturę powietrza Stasiuk obsesyjnie sprawdza w necie tak, jak zdarza mu się obsesyjnie wracać do starych filmów, w których za każdym razem widzi coś nowego.

Będzie też o pogodzie, która jest tematem dyżurnym naszego codziennego pustosłowia. Tutaj inaczej – w pogodzie tkwi filozofia. Zmienność pór roku, które nigdy nie przychodzą na czas i w czas nie odchodzą, czyni z nas, Słowian, ofiary aberracji, jaka nie pozwala być spokojnym. Z drugiej strony w tej zmienności jest jakaś magia, a jesienią najlepiej jest obserwować prawdziwe życie. Stasiuk wydaje się obserwatorem tych form życia, jakie toczą się wbrew wszystkiemu. To taka siła, która pojawia się znikąd i której fenomenu nie da się zgłębić. Warto podumać z autorem nad znaczeniem pojęcia „apokalipsa” i pomyśleć o tym, jak wiele odrodzi się po zniszczeniu, jak wiele domaga się ponownego nazywania.

Będzie też o współczesnym koczownictwie, o tęsknocie za czasami, które nie dyskryminowały palaczy, o znaczeniu oberka, o licheńskim edenie, o muzyce rockowej i o szeroko rozumianej fascynacji dzikim. Książka wyrosła z obserwacji świata albańskiego, niemieckiego, mongolskiego czy amerykańskiego. Książka jednak bardzo polska, bardzo swojska, mocno anachroniczna i znakomicie mówiąca o tym, co to znaczy odezwać się z głębi własnego życia.

Przeczytałem, przemyślałem, polecam. Jakieś kompulsywne odruchy wzbudza we mnie ta pozycja. Jakoś nie skończyła się z ostatnią stroną. Kończę pisanie o niej. Jest wieczór. W Ułan Bator -17 stopni i wiatr, temperatura odczuwalna -24. Do następnego spotkania z autorem.

2013-11-19

"Dzieci naszej dzielnicy" Nadżib Mahfuz

Wydawca: Smak Słowa

Data wydania: 4 listopada 2013

Liczba stron: 560

Tłumacz: Izabela Szybilska-Fiedorowicz

Oprawa: miękka

Cena det: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Prorocy przegrywają…

Polski czytelnik kilkadziesiąt lat musiał poczekać, by poznać tę opowieść Nadżiba Mahfuza. „Dzieci naszej dzielnicy” nie straciły na swej aktualności. Ba, nigdy nie stracą. To taka historia, którą można będzie opowiadać wciąż na nowo, bo traktuje o odwiecznych pragnieniach ludzi, o ich udrękach i o wierze w to, że transcendencja zmieni kształt prozy życia; tego życia, którego nie da się znieść bez wiary, iż cierpienia i niesprawiedliwość mają jakiś ukryty cel, nie są dziełem przypadku, nie pochodzą z nas samych i to z naszym odejściem również się skończą… Alegoryczność tej rzekomo najważniejszej w bogatym dorobku Mahfuza książki jest nie tyle czytelna, co boleśnie dotykająca wszędzie tam, gdzie istoty śmiertelne łudzą się, iż gdzieś w nieśmiertelności i boskości zapisane są prawa, jakich nie są w stanie odczytać i się nimi posłużyć.

„Dzieci naszej dzielnicy” to świadectwo powtarzalności dziejów, dowód ludzkich słabości i ignorancji, historia o wędrówce we mgle oraz wybiórczym jedynie smakowaniu życia, którego sensu się nie rozumie. Mahfuz opowiada o prorokach, którzy głosili prawdę i ginęli w nieprawości. Snuje historię tych, co chcieli ludzkości wskazać dobrą drogę ku przyszłości, a pożegnali się z nadziejami swoimi i tych, których chcieli nimi obdarować. Nade wszystko jednak jest to historia o niegodziwości wynikłej z poddania się instynktom; o braku pewności wiary w siebie, o świecie bezprawia drwiącego z boskich praw i o poszukiwaniu ukojenia bólu egzystencji oraz o prawdziwym szczęściu, które będzie możliwe tylko wtedy, kiedy wszyscy go zaznają.

Niejaki Al-Dżabalawi wybudował wspaniałą Posiadłość, w której zamknął się przed światem. Zanim odizolował się od niego, był futuwwą, chuliganem o dobrym sercu i słabości do biednych. Autor "Pensjonatu Miramar" swą opowieść rozpoczyna od momentu, w którym Al-Dżabalawi podejmuje decyzję o nadaniu znaczących praw nie najstarszemu, a najmłodszemu z pięciu synów, Adhamowi. Rozpoczyna się historia uczciwego, łagodnego i delikatnego człowieka, jaki uległ złym namowom i zapragnął poznać zapisaną w księdze ojca historię. Wyrzucony z posiadłości cierpi wespół z najstarszym z synów, Idrisem. Adham cierpi pokornie, Idris jest pełen złości. Agresja i impulsywność zderzają się z pokorą i opanowaniem. A jednak cierpią obaj! Dodatkowo Adham zazna jeszcze jednej krzywdy, kiedy jego potomkowie skonfliktują się i dojdzie do tragedii. Adham będzie wspominał chwile szczęścia w zamkniętym ogrodzie i z fletem; po opuszczeniu posiadłości nie zazna go już nigdy, ale nigdy też nie zakwestionuje decyzji surowego ojca.

Tymczasem mijają lata i pojawia się Dżabal – syn Efendiego i Hudy. Dzielnica, nad którą dominuje Posiadłość, w jakiej izoluje się Al-Dżabalawi, to miejsce zła, bezprawia i niedostatku. Nikt nie jest tam pokorny wobec losu jak Adham, choć wielu go wspomina. Dżabal – z piętnem zabójcy mimo woli – postanawia przywrócić dzielnicy spokój i sprawiedliwość. Ucieka, by powrócić i stanąć do walki ze złem. Wybawia swoich ludzi z przemocy i upadku, ale jego sprawiedliwość zdobywana jest przy użyciu siły. Widzimy naród wybrany, do którego zwraca się ktoś z innego narodu, jakiemu też jest źle i też pragnie wybawienia. Mahfuz pokazuje bezradność wobec faktu, iż uratować można tylko pewną grupę ludzi; inna wciąż będzie cierpieć i tylko nieświadomość tego może dać satysfakcję, kiedy zwycięża sprawiedliwość.

Dzielnica nie zaznaje jej na długo. Pamięć o dzielnym Dżabalu pozostaje, ale ludzie wciąż są tacy sami. Sterroryzowany przez futuwwów świat przyjmuje do siebie Abdę i Szafi’ego; powracają po latach do swojej ojczyzny z dwudziestoletnim synem, którego łagodność i delikatność nie przystają do okrucieństwa miejsca, w jakim ma zamieszkać. Rifa’a widzi, że przegrano pokój i że nie ma wokół miłości. Winni są nie tylko ludzie, ale i ifryty – demony w nich drzemiące. Rifa’a chce z nimi walczyć, a jego siłą nie jest tężyzna fizyczna czy bezkompromisowość. On chce zbawić ludzi tym, czego pośród nich nie ma. Słabość nie jest słabością, kiedy można udowodnić swą mądrość. Tymczasem mądrości nikt nie chce, a nowego proroka zdradzi najpierw żona, potem bliscy przyjaciele.

Po latach, kiedy pokolenie Dżabalitów i Rafa’itów nadal żyje w okrutnym świecie, pojawia się Kasim, odpowiednik Mahometa. Jego poczynaniom Mahfuz poświęci najwięcej stron. Osierocony w dzieciństwie pasterz wykaże się mądrością, zyska zaufanie i podąży nie tylko ku ponownie utraconej sprawiedliwości, co ku prawdomówności i ku zjednoczeniu, jakie jeszcze nigdy nie miał miejsca. Przyglądamy się brutalności, za pomocą której osiąga się cele. Przelewa się krew, a mądrość Kasima wydaje się być kwestionowana. Rewolta prowadzi donikąd i za pewien czas nie pojawi się już nowy prorok, lecz odkrywca, Arafa. Pamiętając o przodkach, którzy nawiązywali kontakt z Al-Dżabalawim, sam wedrze się do jego posiadłości, inicjując ciąg tragicznych zdarzeń. Umiera wiara, pozostaje magia. Przekonanie, że wybuchająca buteleczka zaprowadzi porządek i posłuch. Świat wciąż jest taki sam, choć tak wielu chciało go zmieniać. Czy warto snuć dalsze opowieści?

Jeden z licznych bohaterów książki wyraża się nad wyraz trafnie: „Jakże świetnie dzieci z naszej dzielnicy są obeznane z opowieściami! Ale coś nie tak jest z ich głowami, skoro nie wyciągają z nich żadnych wniosków?”. Ludzie przez wieki tkwią w niegodziwości; ma ona te same oblicza i tak samo straszy, odbierając spokój. Może dlatego Al-Dżabalawi zamknął się w swojej Posiadłości, ale skoro jest ojcem cierpiących dzieci dzielnicy, dlaczego nigdy nie interweniuje? Co więcej, jakikolwiek mistyczny z nim kontakt kolejnych potomków staje się dla nich stygmatem i prędzej czy później ponoszą tragiczne konsekwencje tego naznaczenia. A ludzie w dzielnicy cierpią wieloaspektowo. Właściwie poza pojawiającymi się raz na jakiś czas prorokami nie dzieje się nic, co mogłoby zmienić ich życie. Nie są świadomi tego, że mogą zmienić coś sami. Terroryzowani przez futuwwów, nauczyli się żyć w niegodziwym świecie. Każde słowo, każda idea, każdy powrót do mądrości proroka-męczennika kończy się tym samym, klęską.

Nadżib Mahfuz przedstawia historię gorzką i dwuznaczną w swej wymowie. Wiara i religia potraktowane są w sposób mogący budzić kontrowersje. Ale czy „Dzieci naszej dzielnicy” nie pokazują pewnych uwarunkowań, które ludziom zawsze każą odrzucać innych i zawsze wierzyć w to, co wydaje im się wygodne? Mahfuz zastanawia się nad tym, co dają chwilowe i iluzoryczne zwycięstwa nad ludzką niegodziwością. Rozważa, co popycha człowieka do wiary; tej głębokiej wiary w zbawienie mimo zła wokół i w pewność czyjejś niewyraźnie nakreślonej misji w życiu naznaczonym trudami i nieszczęściami. „Dzieci naszej dzielnicy” to komentarz do religii monoteistycznych wraz z ich oddziaływaniem na ludzką świadomość. Dość gorzki, trzeba przyznać. Mamy oto książkę, gdzie bardzo prostymi środkami formalnymi ukazano prawdę o ludzkiej naturze. Wierząca w ideały, nie jest w stanie podjąć wyzwania, kiedy ideały można urzeczywistnić. Cierpienie to nie przejaw życia, to naturalna konsekwencja wielu dokonywanych przez nas wyborów. To świadectwo tego, że nie umiemy siebie nawzajem słuchać; jakże zatem słuchać natchnionych proroków, którzy bywają niewygodni, bo każą spojrzeć na siebie z dystansu? Takiego, w jakim znajduje się odizolowany Al-Dżabalawi. Obserwator, Stwórca czy ten, który jest odpowiedzialny za zło, jakiego nie chce nam się poszukać w sobie?

PATRONAT MEDIALNY

2013-11-17

"Na południe od Lampedusy" Stefano Liberti

Wydawca: Czarne

Data wydania: 22 października 2013

Liczba stron: 216

Tłumacz: Marcin Wyrembelski

Oprawa: miękka lakierowana ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Twierdza Europa

Książka Libertiego jest także świadectwem pochylania się nad tymi, których nikt nie chce. Świadectwem wykorzenienia, rozczarowania, smutku i świadomości, że jest się kimś zbędnym. Liberti delikatnie zarysowuje tylko, jak wyglądają kraje, z których migranci wyruszają. Sygnalizuje, że ich podróże rozpaczy mogą być podróżami przepełnionymi beznadziejną frustracją; ona nie zniknie w momencie przekroczenia europejskich progów, bardziej się nasili i złamie wielu z nich tak, jak złamali się ci, co nie podejmą już kroków, by ponownie emigrować. „Na południe od Lampedusy” to opowieść o dwóch nieprzystających do siebie światach i dwóch kontynentach, między które wdarły się reguły zależności, wciąż coraz wyraźniej podkreślające granice i izolujące tak, że Afrykańczykom pozostaje tylko wierzyć, iż czeka na nich na północy lepszy świat. Świat czasem bardziej bezduszny niż ten, który chcą opuścić.             

Całość tekstu na stronie artPapieru

2013-11-14

"Palmy na śniegu" Luz Gabás

Wydawca: MUZA

Data wydania: 6 listopada 2013

Liczba stron: 624

Tłumacz: Barbara Jaroszuk

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Utracony raj i zapomniane namiętności

Aby dobrze opowiedzieć o ludzkich namiętnościach, trzeba umieć osadzić je w takim kontekście, by dać czytelnikowi prawdziwą przyjemność odkrywania nie tylko ich głębi, co wewnętrznych sprzeczności i wieloznaczności. Hiszpańskiej pisarce Luz Gabás udało się to znakomicie. Uniknęła patosu, pretensjonalności i ckliwości, bo choć opowiedziała o historii tajemnic skrytych w sidłach uczucia, nie uczyniła z „Palm na śniegu” kolejnej przewidywalnej powieści z oczywistymi rozwiązaniami fabularnymi. To taka książka, która pozostaje w pamięci na długo i nie tylko dlatego, że mocno kontrastuje zimną i śnieżną krainę w Pirenejach z duszną, kolorową i egzotyczną scenerią hiszpańskiej kolonii w Afryce. Gabás w taki sposób opowiedziała o ludzkiej naturze, że pozostawiła nam nie tylko ocenę postępowania bohaterów, ale przede wszystkim zmusiła do tego, by skonfrontować się z tym, czego bezpośrednio nie nazwała, nie opisała. Warto wyjść od symboliki huraganu – życie ludzkie wydaje się być takie, jak to oszałamiające mocą zjawisko atmosferyczne. W spokój wdziera się furia, po której spokój znowu następuje.

„Palmy na śniegu” będą opowiadać o tych momentach pomiędzy. Otwierać furtki, jakich nie otworzyli przed sobą Hiszpanie i tubylcy z Gwinei Równikowej. Sugerować pytania o to, dlaczego między tymi sprzecznościami możemy się odnaleźć. Luz Gabás odkryje nie tylko złożoność ludzkich zamiarów i pragnień gdzieś między chłodem a skwarem; stanie się przewodniczką po świecie tajemnic, które poznaje się tylko dzięki dociekliwości. Bo – jak wspomina Clarence, jedna z bohaterek -  „(…) czasami trzeba umieć pytać, a nie wystarczy przyjmować za dobrą monetę tego, co nam się opowiada”. Ta książka ma urzec zagadkowością i zmusić do stawiania pytań. Jej świat przedstawiony jest malarsko piękny i bogaty w przykuwające uwagę detale. Między nimi jest coś, czego przedstawić się nie da. Zagadka ludzkiej natury, ludzkich słabości i ludzkiego pragnienia odnalezienia raju – w sobie i wokół siebie.

Mamy rok 2003. W prowincjonalnym Pasolobino Clarence odkrywa przypadkiem tajemniczy zapis z listu. Jej ojciec Jacobo i wuj Kilian skrywają przed nią tajemnice, jakie Clarence chciałaby poznać. Dlaczego? Bo nudzi ją przewidywalność drzewa genealogicznego swojego rodu, a przeczytane słowa mogą coś jednak zmienić. Clarence nie zadaje pytań, postanawia poszukać odpowiedzi samodzielnie. Dzięki jednej tylko sugestii postanawia polecieć na Bioko, do Gwinei Równikowej. Oficjalnie – jako lingwistka – jedzie tam badać odmiany hiszpańszczyzny. Naprawdę jednak kieruje się w stronę miejsca, z którym Jacobo i Kilian związali się silnie przed pięćdziesięcioma laty. Na tyle silnie, by świat stamtąd pozostał z nimi na zawsze mimo powrotu do Hiszpanii, który dla każdego z braci odbył inaczej. Ci typowi Hiszpanie z gór są skryci i milczący. Noszą w sobie jednak historię, jaka wciąż jest w nich żywa. I nie jest tak, jak mówi Kilian, że „odległość pozwala kontrolować emocje”. One wciąż w nich są i nigdy nie zgasną. Mogą się pojawić w najmniej spodziewanym momencie. Żaru namiętności i grozy popełnionych błędów nie usunie z ich świadomości czas. Tymczasem Clarence postanawia zrozumieć to, co przeczytała i dowiedzieć się, co z minionego życia w hiszpańskiej kolonii afrykańskiej wciąż tkwi między braćmi, dzieląc ich i jednocząc w smutku, melancholii i w wyrzutach sumienia.

Kiedy młody Kilian wyjeżdżał w 1953 roku z Pasolobino, była to jego pierwsza dłuższa podróż. Od razu na jedną z wysp Gwinei Równikowej, wtedy tylko kolonii hiszpańskiej bez prawa do samostanowienia o sobie. Przewodnikiem był starszy brat Jacobo. On pokazał mu odmienne, nowe życie. Tyle tylko, że tę nowość przeżył po swojemu sam Kilian i to na własnych zasadach mierzył się z innym, trudnym przecież życiem na plantacji kakao. Wyspa Fernando Poo stała się dla braci przestrzenią, w której żyli latami inaczej, zapominając o Pasolobino, o śniegu, o chłodzie – tym atmosferycznym i tym w relacjach międzyludzkich, których afrykańskie otwarcie pozbawiało znamion czegoś opresyjnego. Kilian wdraża się do ciężkiej pracy i obserwuje brata. A ten jest impulsywnym lekkoduchem o rasistowskich przekonaniach. Fernando Poo to miejsce, które można wykorzystać. Żyć pełną piersią tak, by brać z życia to, na co nie pozwalano w Hiszpanii. Kilian tymczasem, różny przecież od brata w swej uważności, karności i obowiązkowości, zagłębia się w życie tubylców; chce poznać ich kulturę, wierzenia, zbliżyć się do obcego mu świata, nad jakim nie można panować tylko dlatego, iż jest się białym, ale który należy poznać, bo Hiszpanie to goście na gwinejskiej ziemi. Niczego tak naprawdę o niej nie wiedzą, choć czują się jej panami.

Rozgrywające się w Afryce dramaty Gabás stopniuje w taki sposób, że wciąż – wraz z Clarence – zadajemy sobie pytania o to, co tam w przeszłości się wydarzyło, do ostatnich stron nie znajdując pełnych odpowiedzi. Namiętności, jakie staną się przyczyną wielu dramatów, hiszpańska pisarka przedstawia w sposób niejednoznaczny. Czytelne są symbole. Tytułowe palmy w rozumieniu rdzennych mieszkańców Gwinei znamionują zmartwychwstanie i zwycięstwo nad czasem. Coś na kształt powstania z martwych zrealizuje się w kilku pojęciach. Upływ czasu nie przyniesie natomiast zapomnienia, a zwycięstwo nad nim osiągnie prawda, o której w końcu wszyscy muszą się dowiedzieć.

Nie dowiadujemy się od Gabás wszystkiego; jej książka trzyma nas w napięciu na styku dwóch kultur. Obrazuje dwa zmieniające się światy – dążącą ku nowoczesności Hiszpanię i cierpiącą w swej naznaczonej krwią i okrucieństwem niepodległości Gwineę Równikową. Państwo, które nie mogło się odnaleźć w prawdziwej wolności, choć tak bardzo jej pragnęło…To książka o kontrastach i o uczuciach, jakie kontrastują ze sobą silniej niż palmy i śnieg, a pojawiają się równocześnie, znienacka; każą radzić sobie z tym, co niepojęte i z tym, czego nie wyjaśni żadna szerokość geograficzna. „Palmy na śniegu” to epicka historia o winach, grzechach, wyrzutach sumienia i o miłości, jaka nie zna granic. O czasie, jaki ma się dopełnić; o transcendencji trochę, bo przecież mamy duchy, wierzenia i sygnały interpretowane często nie tak jak trzeba. To opowieść o tym, dlaczego w życiu uciekamy i dlaczego wciąż wędrujemy, szukając stale czegoś, od czego się oddalamy. Luz Gabás wnikliwie penetruje mikrospołeczności w różnych miejscach, różnych czasach i daje nam – jak wspomniałem – opowieść, w której wciąż będziemy pytać, stale nie znajdując odpowiedzi. Ta historia przedstawia czas, gdy bujnie kwitły uczucia niczym roślinność w egzotycznej dżungli i czas, kiedy lodowaciały one tak jak wzgórza Pasolobino pokryte śniegiem. Między spokojem a furią huraganu ukryte być może coś jeszcze. W „Palmach na śniegu” szukać będziemy tego, czego nie jest łatwo znaleźć. W zadumie nad tym, jak wiele gorąca i wiele cierpienia może przynieść miłość i przywiązanie do ludzi oraz miejsc, do jakich nie powinno się przywiązywać…


PATRONAT MEDIALNY