2014-08-10

"Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki" Geert Mak

Wydawca: Czarne

Data wydania: 14 kwietnia 2014

Liczba stron: 584

Tłumacz: Małgorzata Diederen-Woźniak

Oprawa: twarda

Cena det: 54,90 zł

Tytuł recenzji: Obrazy Ameryki

Holenderski dziennikarz Geert Mak już w 2006 roku udowodnił na ulicach Stambułu, w jak niezwykły sposób potrafi oswajać i opisywać inność. Refleksje znad Mostu Galata zebrał w skromniutkim przy rozmachu "Śladami Steinbecka" reportażu o lakonicznym tytule "Most". Cztery lata po Turcji Mak podejmuje wielkie wyzwanie. Postanawia w towarzystwie żony przemierzyć Stany Zjednoczone na wzór Johna Steinbecka, który w 1960 roku jechał przez swój kraj, mierząc się z jego różnorodnością i własnymi słabościami. Reporter skraca swoją podróż i już w Nowym Orleanie żegna się z USA. Wcześniej podąża śladami amerykańskiego pisarza, ruszając z Sag Harbor i podążając na północ, a potem wzdłuż granicy z Kanadą (do której też zagląda). Dalej przez Illinois, Minnesotę, magiczną Montanę, wzdłuż zachodniego wybrzeża i na koniec przez Pustynię Mohave oraz Teksas do zniszczonego przez huragan Katrina Nowego Orleanu, skąd Steinbeck pospiesznie podążał ku domowi, a Mak z żoną odlatują do Europy. Mimo niesamowitej umiejętności spoglądania w przeszłość Stanów Zjednoczonych oraz wnikliwości w obserwacji tego, czym są obecnie, pozostaje jednak niedosyt. Mak porzuca barwną Florydę, senną Georgię, nie wędruje południowo-wschodnim wybrzeżem. Stąd też uczucie, że ten ogląd Ameryki pięćdziesiąt lat po Steinbecku nie jest pełny. To jednak, co zawarł w reportażu, to z pewnością materiał, z jakim powinni zapoznać się przede wszystkim sami Amerykanie.

Najpierw może o samych motywacjach podróży autora "Myszy i ludzi". Geert Mak opisuje je w taki sposób, że sami musimy uwierzyć w to, która była prawdziwa. Niewątpliwie Steinbeck wyruszył ku Ameryce, jaką chciał naocznie poznać, przyjrzeć się jej wyjątkowości, być może skonfrontować fakty z tym, o czym pisał. A pamiętajmy, że pisał głównie o prostych ludziach i ich niespełnionych potrzebach, był piewcą codziennego życia z wszelką jego goryczą i choć sam wolał miasto, interesowała go przede wszystkim prowincja, stąd też unikał w podróży aglomeracji - między innymi upadłego Detroit, w którym po latach (jak wnioskuje Mak) skumulowały się problemy przeczuwane przez pisarza. Ta podróż miała być także ucieczką od samego siebie, od brzemienia wieku i świadomości, że męskość Steinbecka kwestionuje już upływ czasu, tak okrutny i bezwzględny. Geert Mak rozważa: "Cały projekt był ostateczną próbą powstrzymania, zakrzyczenia w sobie procesu rozkładu, starości, uzależnienia od opieki innych". Steinbeck chciał w tej podróży samostanowić o wszystkim. Do towarzystwa wziął ukochanego psa. Przez całą drogę doskwierała mu samotność i być może w tej podróży chciał stawić czoła typowej dla siebie niepewności. To miało się dziać naprawdę, mijana Ameryka w wielu odsłonach miała się przedstawić temu, co pisał o niej z zaangażowaniem, angażując się być może w kilka tylko perspektyw, zbyt mało, niezbyt żarliwie. Mak przytacza opinię syna Steinbecka o tym, że całe to pisanie, które wydano potem pod tytułem "Podróże z Charleyem" mogło być wyssane z palca. Ojciec jechał, opiekował się psem, zamykał w kabinie Rosynanta, a dialogi z poznawanymi ludźmi po prostu zmyślał. W reportażu Maka nie ma zmyślenia. Jest wciąż obecny duch Steinbecka, ale jest też, po pięćdziesięciu latach, inna ciekawość otoczenia i inne spojrzenie na problemy dotykające Amerykę mocniej niż w poprzednich stuleciach.

"Śladami Steinbecka" to podróż nie tylko w głąb tego, co dzisiaj świadczy o tożsamości Stanów Zjednoczonych. W takim znaczeniu jest to przede wszystkim wędrówka pełna pytań, bo Amerykanie dzisiaj dużo częściej niż przed laty zastanawiają się nad tym, kim są jako naród, czym jest ich rzekomo najwspanialsze i najsilniejsze państwo świata oraz ku czemu teraz zmierzają, żyjąc w lękach i stałym zagrożeniu, tonąc w rojeniach propagandy mediów i nie mając świadomości tego, że prawdziwe życie może toczyć się też gdzieś indziej, z dala od Ameryki. Mak rozprawia się z amerykańskimi mitami, przekonaniem o doskonałości i o tym, że kultura USA jest uniwersalna. Wskazuje i bada pęknięcia na społecznej amerykańskiej mapie XXI wieku, a gorzką refleksję puentuje, pisząc: "Powstaje kolosalna przepaść między kolektywnym marzeniem, którym żyje Ameryka a realnością dnia codziennego. Naprawdę ogromna przepaść".

Geert Mak przemierza miejsca bardzo od siebie różne. Widzi niejedno oblicze Ameryki - silnej jednością, a tak wyraźnie rozsadzanej gdzieś od wewnątrz, spolaryzowanej niepokojąco wyraźnie, niepewnej drogi sukcesu i siły, na jakiej pojawiają się zakręty. Autor rozmawia z ludźmi, którzy mimo narodowej dumy i przekonania o wyjątkowości, grzęzną coraz bardziej w problemach dnia codziennego, bolesnych absurdach rzeczywistości odzieranej ze złudzeń przez polityków, media, kulejący system opieki zdrowotnej czy edukacji i przez biedę. Tak, obecną coraz częściej i wyraźnie wskazującą na to, jak wielkie podziały majątkowe i społeczne zaszły w kraju mieniącym się przez lata jednością ponad wszelkimi podziałami.

Współczesność jest ciekawa i rozważania o tym, co Mak widzi, przede wszystkim trzeźwe, racjonalne i podparte dowodami na słuszność pewnych tez. W tej współczesnej wędrówce brakuje mi jednak bliższego kontaktu z tym, co mijane i obserwowane. Geert Mak sięga do amerykańskiej przeszłości, rozpatruje momenty chwały i upadków, analizuje historyczne procesy oraz wskazuje ciągłość różnorodnych zdarzeń w historii USA, bo mowa jest i o kolonizacji, i o wojnie secesyjnej, o polityce i budowaniu państwowości, o niewolnictwie oraz wciąż obecnym rasizmie i o grach medialnych, które wpływały na wybory Amerykanów wiecznie wierzących w to, co widzą w szklanych ekranach swoich bezpiecznych domów. Tak, erudycja autora bierze chwilami górę nad ciekawością tego, co dookoła. Stąd też rozważania o statusie USA mocno wchodzą w czas miniony. Historia Stanów Zjednoczonych wydaje się dla Maka bardziej pasjonująca niż codzienność każdego stanu, w którym jest przecież inaczej niż w poprzednim i gdzie sporo można wyczytać nie tylko ze słów, ale i zachowań poznawanych ludzi. Za mało mi było tych prawdziwych rozmów, gdzie kryje się codzienność.

W ujęciu historycznym, ale także w trzeźwym patrzeniu na to, co obecnie, Geert Mak postrzega wiele złożonych problemów, z jakimi Amerykanie muszą się mierzyć właśnie teraz, co związane jest z działalnością ich państwa śledzoną z uwagą przez reportera przede wszystkim od czasu zakończenia drugiej wojny światowej. "Śladami Steinbecka" opowiada o sile religii oraz kościelnych społecznościach, o kultywowanym wiecznie pojęciu domu i o gotowości do zmian, brania życia jako loterii, o optymizmie, nieskończonych pokładach witalności i o ignorancji Amerykanów nie tylko względem całego świata, ale - paradoksalnie - często względem samych siebie. O losie prezydentów i o ich chybionych decyzjach. O zbrojeniu, wiecznym poczuciu zagrożenia i o uznawaniu siebie za państwo mające wprowadzać porządek na całym świecie przy jednoczesnej nieznajomości tego świata. O miejscu,  którego większość Amerykanów nigdy nie opuszcza. Nie tylko w sensie dosłownym, ale przede wszystkim mentalnym. Mak pisze przede wszystkim o wielkim szacunku do tego wielkiego kraju równie wielkich absurdów i skrajności oraz do Johna Steinbecka, którego duch jest stale wyczuwalny, chociaż holenderska para porusza się po innej Ameryce i też inne rzeczy przyciągają wówczas uwagę.

Ten reportaż wynikł z fascynacji i ciekawości. Chciałoby się, żeby jak najwięcej ludzi wychodziło światu naprzeciw tak jak Geert Mak. Do swojej podróży przygotował się doskonale. Oswoił i chyba zrozumiał obcość, z jaką czasem Ameryka względem siebie nie radzi sobie za dobrze. Odbył podróż jako historyk, reporter, jako humanista i człowiek stawiający pytania o to, ilu z nas uczy się czegoś z historii. Bo opowieści Maka to głównie powroty do tego, co było. Po to, by rozjaśnić tło rzeczywistości, ale też po to, by zmusić do zastanowienia się nad tym, jak wiele z amerykańskiej - nie tylko! - codzienności jest zakotwiczona w czasie minionym, którego nie rozpoznajemy po latach i nie potrafimy interpretować. Świetny, złożony i zaskakująco uważny reportaż o wielkim kraju, jaki sam być może nie zna siebie tak, jak poznany został przed holenderskiego przyjezdnego.

2014-08-08

"Co mówią umarli" Rafael Estrada

Wydawca: MUZA

Data wydania: 11 czerwca 2014

Liczba stron: 336

Tłumacz: Jan Wąsiński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Zbrukana niewinność

Hiszpanie chyba mocno zazdroszczą Skandynawom tworzonych taśmowo kryminałów i sami nie chcą być gorsi. Są gorsi, niestety. Jakiś czas temu czytałem powieść Dolores Redondo. Wyszła autorce niezła obyczajówka, bo "Niewidzialny strażnik" kryminałem szczególnym nie jest. Tak jak Redondo zapowiada swą książką cykl powieści, tak też Rafael Estrada kusi nas rzeczą o pretensjonalnym tytule "Co mówią umarli", zapowiadając (a jakże!) kolejne przygody młodego policjanta z Murcji, pieszczotliwie i nieco złośliwie nazywanego przez osoby z otoczenia Juanitem. Juan Proaza, bo tak brzmi jego imię i nazwisko, zostanie oddelegowany do rozwiązania pozornie prostej sprawy, która pomoże mu zdobyć doświadczenie, a tym doświadczonym uniknąć nudy i rutyny, jakiej mają już dość. Okazuje się, że sprawa odnalezionych na plaży w Lo Págan zwłok trzynastolatki, będzie dopiero początkiem grubszej afery pedofilskiej obudowanej u Estrady odniesieniami do Nabokova, Carrolla i Perraulta.

"Co mówią umarli" opowiada o krzywdzie czynionej dzieciom i o fascynacji nimi tych, co nie godzą się ze starością. Specyficzna angelologia, kółko wzajemnej adoracji emerytowanych snobów, błyskotliwy patolog i brawurowo poprowadzony monolog ekscentrycznego szaleńca w zakończeniu. To wszystko wraz z biografią niepozornego, powolnego i często rozproszonego policyjnego żółtodzioba ma nam dawać rzecz godną uwagi. Czy jednak warto się nad nią pochylić?

Plaża Vilananitos. Gromadzące się na niebie mewy. Atmosfera grozy i odkrycie ciała Susany Montón, którą ktoś pozbawił głowy. Nieopodal śpiący chłopak wysmarowany krwią zmarłej. Idealny zabójca. Makabra, którą trzeba zatuszować, bo kurort nad laguną właśnie zaczyna sezon turystyczny. Nie będzie jednak tak łatwo. A właściwie zbyt łatwo możemy przewidzieć kolejne odsłony sensacyjnej fabuły, bo chociaż dokładnie nie rozumiemy jeszcze motywów zbrodni, łączymy w całość wiele tropów dużo wcześniej niż poczciwy Proaza, którego działania zdeterminuje to, co podpowiedzą starsi koledzy albo błyskotliwy lekarz pastwiący się w prosektorium nad dostatecznie już upodlonym ciałem młodziutkiej Susany.

Juan dociera do ekscentrycznego Klubu Lolity. Dwudziestu czterech jego członków z miejsca staje się podejrzanymi, bo kiedy zarzuty wobec obecnego nieopodal zwłok Pabla przestają mieć rację bytu, chłopak przypomina sobie spotkanie z pewnym podstarzałym zwolennikiem win, który miał w klapie znaczek wspomnianego wyżej klubu. Emerytowani ekscentrycy to nie tylko wielbiciele prozy Nabokova oraz dwóch jej ekranizacji. Każdy z nich skrywa w sobie jakieś tajemnice, a niektórzy żyją w rzeczywistości, którą zbudowali sobie na bazie szalonych teorii po to tylko, by odciąć się od świata uważającego ich z racji wieku za zbędnych. Proaza spotyka się z niezwykle serdecznym przyjęciem przewodniczącego. Młody inspektor w towarzystwie żyjących we własnym spektrum doznań starszych panów budzi sporą sensację i zaciekawienie. To dla nich fascynujące, że mają wśród siebie mordercę. A może jest ich nawet kilku, bo zabicie Susany było efektownie przerażającą robotą kilku szaleńców.

Rzecz ma generalnie zwrócić uwagę na to, że kilka tysięcy hiszpańskich nieletnich znika co roku, budząc grozę społeczeństwa niepogodzonego z tym, iż współczesne dzieci narażone są na niebezpieczeństwa. Estrada snuje alternatywne losy kilkorga z nich. Znikają kolejne dziewczynki. Wyraźnie widać, jaki cel przyświeca porywaczom. Autor buduje do tego filozofię szaleńców, odtwarza fragmenty spektakularnych rytuałów, po swojemu interpretuje powieść, jakiej nie czytał główny bohater, tendencyjnie coraz silniej każąc nam nienawidzić oprawców nastolatek. I tutaj całe to pisanie formalnie leży - nie będziemy zastanawiać się nad pobudkami pedofilów; jakie by nie były, są obrzydliwe i w oczywisty sposób piętnowane. Nie będzie zatem zadawania pytań o to, dlaczego zabójca bądź zabójcy dopuszczają się swych czynów. Nie będzie ani elementu grozy, ani też psychologicznej dwuznaczności. Będzie tylko potępienie, za którym nie ma już czytelniczej ciekawości o to, dlaczego w gruncie rzeczy dochodzi do uprowadzeń i morderstw dziewczynek.

Pedofilia to temat niewątpliwie chwytliwy pod każdą szerokością geograficzną - w tym znaczeniu książka Estrady będzie się sprzedawać i będzie czytana. Obok stronniczych diagnoz oraz nakreślenia środowiska krzywdzonych dzieci Rafael Estrada umieszcza zagubionego - w swojej przeszłości i ze stygmatem rodzinnym - młodego policjanta na tropie ludzi, których charakterystyka jest jednoznacznie czytelna, o czym wspomniałem już powyżej. Bolesny jest też język. Banalna fraza widoczna od początku do końca próbuje kontrastować z quasi-inteligenckimi wywodami o istocie dziecięcego powabu i niewinności. Być może przez fakt, iż Estrada umieszcza teoretycznego sprawcę w kręgu ludzi obrzydliwych, nic nie jest w tej powieści zaskakujące i nic nie wybija się poza stereotypowe opinie oraz sądy na temat zaburzenia tak silnie elektryzującego właściwie wszystkich z nas.

"Co mówią umarli" jest po prostu słabym kryminałem. Dla równowagi Estrada dodaje Proazie krewkiego partnera, który zmieni nieco punkt widzenia na zagadkę porwań i zabójstw dziewczynek. Wszystko jednak dość mocno nurza się w banale, a element zaskoczenia jest tej prozie obcy. Chciałoby się odczytać Estradę jako pisarza obrazującego na swój sposób moment zetknięcia się dziecięcej niewinności z okrucieństwem świata. Byłaby to powieść z tezą. Mamy rzecz bardzo upraszczającą rzeczywistość, w której kryją się ludzkie lęki przed śmiercią i niezdrowa fascynacja ciałami dorastających dziewczynek. Wiemy doskonale, co jest okropne i potępienia godne oraz wiemy, jakimi pobudkami kierują się ci, co walczą z okropieństwem. Czy Rafael Estrada stawia jakieś ważne pytanie? Czy proponuje nam w jakikolwiek sposób uciekającą od schematów powieść kryminalną? Niestety nie. Zaskakujące, że Hiszpanie mający na kącie wiele świetnych filmowych thrillerów, piszą tak słabe książki z dreszczykiem. A może oglądałem to, co ciekawe, a czytałem rzeczy po prostu kiepskie. Bywa.

2014-08-06

"Łomskie opowieści" Emil Andreev

Wydawca: Toczka

Data wydania: 1 sierpnia 2014

Liczba stron: 176

Tłumacz: K. Fijołek, M. Kowalska, A. Król, M. Magdziorz, B. Rusin, M. Zuba

Oprawa: miękka

Cena det: 25 zł

Tytuł recenzji: Prowincja ze snu

Niezwykłej urody opowiadania. Iskrzące, wieloznaczne i choć chwilami mocno niepokojące, pozwalają niejako wtulić się w miejsce i czas, z jakich pochodzą. Bułgarski pisarz Emil Andreev przenosi nad do odległej prowincji, gdzieś na północnym zachodzie swojego kraju, przy granicy z Rumunią. Łom to miejsce, w którym wsiowi męczennicy, pozostali tam starcy i wariaci, różnej proweniencji dziwacy oraz outsiderzy opowiadają swoje sny na jawie albo też czynią rzeczywistość oniryczną areną rzekomo realistycznych zdarzeń. Opowiadania Andreeva to nie tylko świadectwo zakorzenienia, ale opowieść o miejscu, z jakiego pochodzić mogą nasze wspomnienia pomieszane ze snami i niejednoznacznymi znakami. Takie miejsce ma każdy z nas. Autor opisuje to, które poznał - z autopsji i opowieści.

 Łom to symbol tego skrawka świata, w którym nasze marzenia łączą się z rzeczywistością i gdzie zawsze znajdzie się miejsce dla tych, co chcą posłuchać. "Łomskie opowieści" to książka znakomicie łącząca realizm z elementami groteskowego surrealizmu. Wyłania się z niej pewien mityczny, niedostępny obraz. Rzeczywistość z jednej strony daleka i odrealniona, z drugiej przecież bliska każdemu, kto zostawił cząstkę siebie gdzieś na prowincji, potrafi o niej śnić i jest w stanie odczytać zarówno sens doli ludzkiej, jak jej bezgraniczną przypadkowość z historii, które przypominają baśnie, ale imitują to prawdziwe, skryte gdzieś przed cywilizacją życie.

W kawiarni Miłczy Szprychy spotykają się osobliwi ludzie. Jednoczą ich gry nabierające pewnego rytualnego znaczenia. Szachy, karty, bilard. Czas, który płynie inaczej niż gdzie indziej, a to "gdzie indziej" sygnalizowane jest jedynie jako dalekie. Ludzie ze swymi szarymi życiorysami mają w sobie niebywały koloryt, bo ich losy zamieniają się w alegoryczne wykładnie tęsknot - tych zaspokojonych i tych, co przypominają o nieprzystawalności do świata, z którego czasami w niezwykły sposób się znika. Poznamy różne opowieści. O paralityku, którego pochłania mgła. O szaleńcu, który przeżył własną śmierć i opowiada bajki. O ojcu chodzącym na linie nad Dunajem, co spala się po utracie syna. Jest też niejedna historia magiczna, łączy się ze światem zwierząt, są animizacje i niespotykane metamorfozy, bo świat Andreeva bliski jest światu przyrody. Jego bohaterowie często przeżywają swoje życie w bezpośrednim kontakcie z rytmem natury, tak samo nieprzewidywalnym i równie groźnym jak zdarzenia prowadzące często do zaskakujących finałów.

Wyraźnie eksponowany jest motyw zniknięcia. Tak jakby w Łomie nie było śmierci i umierania, lecz właśnie niespotykane formy rozstania z prowincjonalnym życiem. Czasem to tylko zamiana bytów. Można stać się żmiją lub ptakiem. Można zwyczajnie utonąć we mgle. Czas odejścia jest zupełnie nieprzewidywalny, a nad magicznymi zniknięciami nikt nie zastanawia się zbyt długo. Taki los i dola. Wszystkich prędzej czy później czeka odejście. Być może ono jedynie naprawdę konstytuuje bytność w tym świecie bez czasu, bez nazw, bez określeń. Nad majestatycznym Dunajem, który jest niemym świadkiem narodzin i odejść. Andreev we wstępie rozmyśla: "Poza imionami ludzie mają na świecie także dolę. Czy więc to nie ona wskazuje im, gdzie mają się pojawić i zniknąć? Kto wie, a może to Bóg?". Pojawiają się i odchodzą ludzie nazwani zwykle przydomkami. Rola Boga w ich egzystencji jest trudna do rozpoznania. Jest czas, rzeczywistość, są ludzie wokół i zdarzenia, które stają się niezwykłe wtedy, kiedy muszą się takimi stać. Bo ludzie w Łomie i samo miejsce to przecież jeden wielki sen. Świat jakby alternatywny do tego wokół. Do tego dalekiego także. Ludzie Andreeva śnią i żyją jednocześnie. Odnajdują swe małe szczęścia, godzą się z losem, żyją na marginesie zdarzeń i w zaskakujący sposób odchodzą.

"Łomskie opowieści" to rozpisany na rozdziały traktat o duszach zaklętych w takie miejsce, z którego nie tyle nie można, co nie chce się uwolnić. To nie jest jakaś idylliczna rzeczywistość. Ludzkie słabości i okrucieństwa nie omijają Łomu. Zdarza się też trzęsienie ziemi, które głównie symbolicznie rusza z posad wszystko to, co pewne w tej prowincji, gdzie losy ludzkie w tak zaskakujący sposób łączą się ze sobą. Andreev opisuje czas, który minął. Jedynym świadectwem tego, że mowa o współczesności, są końcowe opowiadania zbioru. Łom odchodzi gdzieś daleko, pojawiają się dylematy ludzi z wielkiego miasta robiących karierę, zapominających o snach prowincjonalnych, o sobie sprzed lat albo o tych, co zostali tam, skąd udało się niektórym uciec.

Uciekać w Łomie można tylko w szaleństwo, w jakieś opowieści kierowane do wewnątrz, w harmonię z niespokojnym światem przyrody. Baśniowość konwencji podkreśla, iż wszystko, co opisuje autor, to rzeczywistość umowna. To inny rodzaj zakorzenienia niż świadomość miejsca, z którego się pochodzi. Tutaj pochodzenie ma inny charakter. To głównie historie tych, co pozostali tam, gdzie się przed laty pojawili. Muszą mierzyć się z wyobcowaniem, ale jednocześnie wiedzą, kiedy przerwać bolesną dolę i wówczas... odchodzą w mniej lub bardziej spektakularny sposób, lecz przecież nie możemy powiedzieć, że umierają.

Czy aparat fotograficzny może odbierać życie? Jaką formę przyjmie zemsta pewnego rosyjskiego Żyda na okrutnych dzieciakach z otoczenia? Dlaczego piękna dziewczyna zamiast języka znajdzie w ustach żmiję? Czy przemiana w ptaka naprawdę zakończy samotny żywot pewnego gołębiarza? Postawione pytania są oczywiście retorycznymi. Nie chodzi o to, by szukać w życiorysach łomskich bohaterów wskazówek o to, jak żyli i jak mogliby żyć. To marzenia i senne rojenia porządkują świat przedstawiony, który wciąż waha się - ukazywać ludzi naprawdę czy tylko wskazać ich rolę w jakimś niespotykanie tajemniczym porządku prowincji, co sama dbała o siebie i zamykała się w ściśle określonym rytmie przyrody... Czyta się Andreeva z niesłabnącym poczuciem, iż przynależymy przede wszystkim do naszych snów i wyobrażeń; one zaś pochodzą z miejsca, w którym ujrzeliśmy świat w całym jego skomplikowaniu i niejednoznaczności. To bułgarska proza tęsknoty, zadumy, zaskoczenia i czułości. W niej intelektualista traci swój rozum i język, bo opowieści dotykają sfery uczuć oraz marzeń. Jest tam namiętność, pokusa oraz kara. Jest rytm zdań dopasowany do specyficznego rytmu życia. Łom jest wszędzie i nigdzie. Zależy to od tego, czy umiemy do niego dotrzeć.

2014-08-04

"Spotkamy się w Honolulu" Jerzy Sosnowski

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 24 kwietnia 2014

Liczba stron: 340

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Drogi, wybory, pytania

W nowej powieści Jerzego Sosnowskiego wabić ma, intrygować, kusić i może też bulwersować wątek miłosny - historia pojawiającego się przypadkiem uczucia 45-letniego historyka zanurzonego całym sobą w czasie przeszłym oraz będącej w wieku jego matki byłej stewardessy, która na starość zamieszkała w teraźniejszości, mocno odcinając się od spraw minionych. To nie historia kontrowersyjnego rzekomo romansu zajęła moją uwagę podczas lektury. Erotyczna fascynacja kobietą w jesieni życia? Bywa. Nic niezwykłego. Niezwykłe natomiast jest to, w jaki sposób Sosnowski wokół historii Piotra i Romy buduje nakładające się na siebie opowieści o poznawaniu prawdy - tej nieokreślonej, będącej gdzieś między faktem a fikcją, prawdy o życiu, o nas samych, naszych uczuciach i pragnieniach, których nie możemy z różnych powodów zrealizować. "Spotkamy się w Honolulu" to rzecz pasjonująca z tego względu, że trudno się chwilami zdecydować, czyje losy, działania i myśli chce się śledzić ze szczególną uwagą. Sosnowski zarysował dwie płaszczyzny czasowe i opisał dwa specyficzne trójkąty zależności; jeden destrukcyjny, drugi zaś dający namiastkę wolności i harmonii. W tle katastrofa lotnicza, fascynacja lataniem oraz pragnienie, by doświadczyć swobody bez widma katastrofy właśnie i świadomości, że to, co dobre, może się szybko skończyć.

Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych minionego stulecia Roma, Bella i Stefan tworzyli doborową paczkę przyjaciół. Leniwie spędzane urlopy, czytane na głos lektury, zabieranie szarej codzienności tych niezwykłych chwil spędzanych razem w pozornej harmonii i szczęściu. Roma w przeciwieństwie do przyjaciółki wybrała niespokojne życie. Pracuje w przestworzach, przemierza powietrzne korytarze, wciąż na nowo odrywa się od ziemi w sensie dosłownym i symbolicznym. Bella układa sobie życie inaczej. Zbiera jego fragmenty, by stworzyć wrażenie uporządkowania, pewności. Stefan - starszy od kobiet - jest tajemniczy i mnoży opowieści. To mężczyzna wielu biografii albo może zagubiony w tej swojej, jedynej, człowiek z trudem dokonujący wyboru między Romą a Bellą. Którąś trzeba przecież obdarzyć większym uczuciem. Któraś zasługuje na to bardziej niż ta druga. Cienie w relacjach tej trójki odkrywać będziemy stopniowo. Kiedy nastąpi katastrofa lotnicza - fakt z 1962 roku brawurowo opisany przez Sosnowskiego - dotychczasowy ład ulegnie zniszczeniu. Ktoś kogoś zdradzi, ktoś narodzi się ponownie. Komuś zostanie powiedziane wszystko to, co skrywane było latami pod uśmiechami i w sielskiej atmosferze wzajemnego porozumienia.

Kiedy przenosimy się do XXI wieku, Roma jest już stateczną kobietą, której udało się zamknąć w sobie czas przeszły i nie wracać do niego - nie tylko z powodu utraconej przyjaźni i poczucia, że sama skrzywdziła kogoś bardziej niż ta druga osoba ją. Roma mówi zdecydowanie: "To, co przeszło, nie istnieje". Tymczasem poznaje człowieka, który chciałby opuścić siebie i swój czas, bo to, kim jest teraz, zdaje mu się opresyjne. Piotr pożegnał plany wstąpienia do seminarium duchownego na rzecz studiów historycznych. Po krótkiej karierze nauczycielskiej pozostał w jego życiu pewien ślad. To były uczeń, Marek, obecnie współlokator i wierny przyjaciel. Podczas gdy Piotr bada zależności między ludźmi empirycznie, Marek obudowuje się teoriami - na temat uczuć, związków, zdążania ludzkości ku konfliktom. Obaj mieszkają w Wieży, dla Marka to bezpieczna enklawa i z sobie tylko znanych powodów zdecydował się na zamieszkanie tam z Piotrem. Obaj żyją w niezwykłej symbiozie, której pozazdrościć im może niejedno stare małżeństwo. Piotr pracuje nad reportażem o prowincjonalnej szalonej mistyczce, której sąd odebrał dzieci. Usiłuje opowiedzieć się po którejś ze stron konfliktu, typowo polskiej katoafery. Szuka w zdobytym materiale prawdy. Obok niego natomiast pojawia się starsza kobieta, która pomoże mu ulokować w sobie prawdziwe uczucia. Co się wydarzy?

U Sosnowskiego nie jest w gruncie rzeczy ważne to, co ma się wydarzyć lub to, co się wydarzyło, ale wnętrza jego bohaterów kryjące w sobie niejedną tajemnicę. Siła "Spotkamy się w Honolulu" tkwi w niedopowiedzeniach. Ta powieść stawia wiele pytań, z którymi trudno jest się mierzyć. Jak w czasie przyszłym mają odnaleźć się kochankowie, gdy jedno uczepiło się przeszłości, a drugie mocno osadziło w czasie teraźniejszym? Co wydarzyło się przed laty i dlaczego Roma odcina się od tych zdarzeń? Czym jest partnerska relacja Piotra i Marka, oswajanie Romy i jak ten specyficzny trójkąt ma się do relacji sprzed blisko pięćdziesięciu lat? Sosnowski stale udowadnia, iż nie można oddzielić przeżyć od czasu, w jakim się narodziły. Nie można oszukać samego siebie, wierząc w spełnienie u boku osoby pełnej lęków i tajemnic. Tkwi w tej powieści trudna do wyrażenia nostalgia za tym, że można było w którymś momencie życia być spełnionym sobą, ale ten moment minął niepostrzeżenie i teraz pozostaje tylko rozpaczliwe oczekiwanie na to, by się powtórzył. Niespełnione tęsknoty i pragnienie szczęścia, co nie nadchodzi. Skomplikowane życiorysy i świat wokół, który zdaje się być równie zagadkowy jak przed laty; z okrutną sprawiedliwością obdziela bohaterów Sosnowskiego traumatycznymi przeżyciami, o których nie dowiemy się wprost, bo trzeba umieć czytać tę powieść gdzieś poza nią i poza tym, czego dowiadujemy się o świecie przedstawionym.

Jerzy Sosnowski pisze o ludzkim niespełnieniu w taki sposób, że nie powiela marnych schematów powieści obyczajowych, w których ludzie gubili się sami w sobie, przytłaczała ich Historia oraz własna przeszłość, w jakiej fatalnie zatonęli. "Spotkamy się w Honolulu" to powieść sugestii. Udowadnia, iż ludzkich wyborów i decyzji nie można oddać na matematycznym wykresie jak chciałby tego pragmatyczny Marek. Nie można zamknąć ich w konkretnym czasie  - Roma też nie ma racji z tym, że życie czasem teraźniejszym odbiera niepokój. Ludzkie działania, poglądy i relacje - nie ma w tym jednej prawdy, jednego sensu i wyraźnego tropu, o czym świadczy chwilami odbierający Piotrowi zdrowy rozsądek materiał do reportażu. Gdzieś ponad tym wszystkim znajduje się jednak to, co dla każdego człowieka uniwersalne; te same pragnienia, oczekiwania, ten sam smak goryczy porażki czy nieporozumienia z bliską osobą, ta sama nieopisana tęsknota o wzniesieniu się gdzieś ponad to wszystko jak samolot mogący nieprzewidywalnie pikować.

Bohaterowie tej książki szukają szczęścia na różne sposoby. Autor udowadnia, iż nigdy nie jest na to za późno, ale zawsze istnieje ryzyko, że nie odnajdziemy własnej drogi spełnienia. Zamknięcie w Wieży, w świecie wspomnień lub w sidłach późnej miłości - nie izolujemy się w ten sposób od ogromnego i nieodgadnionego wciąż świata, o jakim z czułością, ironią, groteską oraz humanistyczną troską opowiada nowa powieść Jerzego Sosnowskiego, której nie traktuję jako romansu; ta historia wymyka się gatunkowym próbom klasyfikacji, ale na pewno pozostaje w pamięci ze swymi wszystkimi niedopowiedzeniami nadającymi jej szczególną wartość.

2014-08-02

"Hammerklavier. Zmasakrowane arcydzieło" Yasmina Reza

Wydawca: Nisza

Data wydania: 4 czerwca 2014

Liczba stron: 120

Tłumacz: Andrzej Krzywicki

Oprawa: miękka

Cena det: 29 zł

Tytuł recenzji: Na wojnie z czasem

Pierwsza z czterdziestu czterech miniatur Yasminy Rezy, które składają się na ten zbiór, opisuje sen. Nieżyjący już ojciec autorki wspomina swe spotkanie z Beethovenem. Potem pojawia się wspomnienie gry adagio z Hammerklavier, które nigdy nie było przez ojca wykonywane, ale Reza usłyszała je, gdy tuż przed śmiercią zmagający się z nieśmiałością i speszeniem chory zagrał utwór, zniekształcając dźwięki. To piękny wstęp do całości książki. Obrazuje silną zależność córki i ojca opisywaną przez nią po latach z czułością oraz szacunkiem. Ukazuje, w jaki sposób Reza mierzy się z upływem czasu odbierającego bliskich, bo we wspomnieniach jest także matka nazywana czule, kobieta tracąca zmysły i kontakt z otoczeniem. To autobiograficzne zapiski o obsesyjnym wręcz postrzeganiu czasu jako tego, który nieuchronnie przemija. O ludziach z otoczenia, pojedynczych spotkaniach i głębszych relacjach. O tym, co to znaczy być twórczym i o przekonaniu, że prawdziwy świat jest w nas samych, a nie gdzieś wokół. Prawdziwy świat przeżywa się w sobie. Reza opowiada o tych przeżyciach oraz o różnicach w postrzeganiu, rozumieniu i doświadczaniu rzeczywistości na przestrzeni wielu lat.

Właściwie należałoby zacząć od końca, bo gdzieś na ostatnich stronach skryło się wyznanie mogące dać nam ogląd tego, czemu i w jaki sposób przypatruje się francuska pisarka. Nieprzypadkowo słowa te znajdziemy także na okładce książki. "Nie mogę paść na kolana przed czasem. Nie chcę. Cokolwiek zrobię, przeminę, nie będę spokojnie czekać na tę chwilę. Nie chcę spokoju. Nie jestem na niego gotowa. Jestem w wieku wojny i chcę losu wojownika. Niepotrzebny mi jest spokój, cierpliwość, ta łagodna agonia". O wojowaniu z czasem i o często wygranych walkach Reza opowiada w taki sposób, że ten zapis nieuchronnego przemijania rzeczy, ludzi, zdarzeń i słów kojarzy nam się z czymś niezwykle uporządkowanym, choć przecież tak fragmentarycznym jak zapiski obejmujące czas miniony tylko w taki sposób, na jaki pozwala sama pisarka. "Hammerklavier" stara się szukać nieprzemijających wartości w czasie, któremu wciąż trzeba się przeciwstawiać. Ta książka jest wyrazem buntu, o jakim świadczą zacytowane wyżej słowa. Napisana wbrew temu, co tymczasowe i spajająca już na zawsze fragmenty życia, do których Reza sięga po latach, by lepiej je zrozumieć. Zrozumieć bezradność wobec czasu i to, jak można się względem niego buntować.

Ważna jest perspektywa opowiadania. "Do jakiego czasu się odwołujemy, oceniając wartość rzeczy i słów?". Gdzie znajdują się wszyscy ci ludzie, z którymi Reza rozmawiała, śmiała się, z którymi przeżywała ich dramaty, dopiero oswajając się ze swoimi i nazywając je słowami? Bez wątpienia tkwimy w tym, co minęło. W tej ironicznej, złośliwej i dwuznacznej sytuacji, gdy czas panuje bezwzględnie nad wspomnieniami oraz uczuciami. Reza opowiada o miłości do bliskich, robi to bardzo czule. Ojciec Auschwitz nosił na ramionach, a jego ciało tuż przed odejściem w niebyt było już tylko mapą śmierci, na której ślady pozostawiła pamięć. W momencie konfrontacji ze śmiercią jest groza i zaskakujący w niej śmiech. To dla ojca czas, kiedy żegna się z uprzedzeniami, a dla córki moment uświadomienia sobie głębi ich relacji. Tych brakujących już w ostatnich dniach w stosunku do "mamuni", którą wraz ze wzrokiem opuszczali też bliscy. Ale to nie są opisy dramatycznego odchodzenia, choć z tym wszystkim Reza mierzy się wciąż na nowo dzień po dniu. Wspomniana czułość to pamięć do tego wszystkiego, co pozornie zapomniane i co trzeba zachować w pamięci także po to, by obraz odchodzących wciąż miał kontury, był wyraźny.

To także książka o tych, co żyją i dają swoim istnieniem radość. O głębokiej przyjaźni oraz o namiętnościach; miłości wyrażanej na wiele sposobów i równie wieloznacznie odczuwanej. Żywi mają swe egzystencjalne dramaty zamieniające się czasem w histerie, ale to tylko dowód na to, jak bardzo rozpaczliwie walczą z każdą mijającą chwilą. Jak opisać tych, co odeszli i tych, którzy zaczynają żyć? Jakiego czasu narracji użyć? Gdzie umiejscowić siebie, skoro inni czasem tak bezpardonowo rozpychają się we wspomnieniach, zagarniając dla siebie miejsce i uwagę?

Reza jest we wszystkich tych ludziach, których wspomina. To taki przekornie ukazany inny punkt widzenia - opowiadanie o sobie poprzez tych, którzy są obok. A przecież świat jest w nas samych, prawda? Można zaryzykować stwierdzenie, iż spotkania z innymi ludźmi twórczo zapełniają pustkę, która czasami się pojawia. Reza wie, że wartość stanowi to, co twórcze właśnie. Poszukuje tego wszędzie - zaczyna od siebie. Jednocześnie rozmyśla o pozycji Boga, bo on jest gdzieś poza tym czasem przeklętym i to wzbudza nie tyle zazdrość, co pewną ciekawość. Dzięki niej Yasmina Reza konfrontuje się także ze swą żydowską tożsamością. Szuka pewności wiary i wierzy w pewność samej siebie. Pisze o tym wszystkim w bardzo stonowany sposób, ponieważ w otaczającym ją świecie za dużo jest wszystkiego, za mało zaś prostej ciszy i kontemplacji. Takiej pomagającej jej odnaleźć piękno w kalekim wykonaniu Hammerklavier przez ojca, dla którego był to ostatni twórczy wysiłek przed śmiercią i dedykował go córce.

Mojra, przyjaciółka Rezy, stawia się w opozycji do wszelkich przynależności. Autorka nie jest od tego wolna. Przynależy do państwa, wyznania, do rodziny, do przekonań. Książka dedykowana Mojrze to także świadectwo innego spojrzenia na życie osadzone dotychczas przede wszystkim w wydarzeniach, a nie w ich przeżywaniu. "Hammerklavier" to intymny dziennik zatrzymania się w sobie. Jest w nim nostalgia i czułość, jest też specyficzne poczucie humoru i dystans do siebie. Reza opowiada w taki sposób, że z tych opowieści wydobywamy to, o czym autorka nie pisze wprost. Te literackie miniatury są wieloznaczne przede wszystkim dlatego, że odwołują się do sposobów postrzegania świata przez innych, a w nich ukryta jest prawda o samej Rezie, o jej buncie i pokorze, o sentymentalnym spojrzeniu wstecz i o hardym postanowieniu, by nie wracać do czasu minionego z nostalgią.

To specyficzny dziennik. Jest świadectwem bycia w stanie wojny z czasem. Jest tego czasu oswajaniem. Jest ostatecznie próbą porozumienia się z samą sobą poprzez zdarzenia rozumiane lepiej po latach. "Hammerklavier" to także próba wchodzenia w to, co dotychczas było dla Rezy niezrozumiałe i odległe. To odważna książka o odwadze stawiania pytań, na które wielu z nas nie zna odpowiedzi. Yasmina Reza wychodzi naprzeciw czasowi, ale przede wszystkim samej sobie - tej ukrytej w przeszłości i tej chcącej pojąć to, co przyjdzie z bolesną świadomością, iż czas głównie zabiera, niczego nie dając w zamian.

2014-07-31

"Nadzieja dla umarłych" Charles Willeford

Wydawca: Mundin

Data wydania: 14 lipca 2014

Liczba stron: 286

Tłumacz: Robert Sudół

Oprawa: twarda

Cena det: 49 zł

Tytuł recenzji: Moseley znowu na tropie

Charles Willeford oczarował Amerykanów swoim "Miami blues". Powieść zyskała nadużywaną dzisiaj etykietę "kultowa", została sfilmowana i do dzisiaj porusza wyobraźnię niepowtarzalnym obrazem gorącego Miami lat osiemdziesiątych minionego stulecia. "Nadzieja dla umarłych" to kontynuacja wspomnianej książki, w której poznajemy dalsze losy Hoke'a Moseleya, poczciwego gliniarza z wydziału zabójstw z życiem niepoukładanym i naznaczonym pamięcią przeszłości. Moseley rozwiązuje zagadki kryminalne w mieście, w którym coraz trudniej jest pracować policjantom ze względu na cięcia kosztów i obcinane etaty oraz fundusze na działalność. Pracuje jednak solidnie i z charakterystyczną dla siebie wnikliwością.

W "Nadziei dla umarłych" mamy poznać kolejną odsłonę gorącego Miami i obserwować poczynania 42-letniego policjanta, któremu zbyt wiele zwali się nagle na głowę. Miami niezbyt czaruje, choć Moseley bawi wciąż wybornie. Nie ma niczego śmiesznego w popełnianych na ulicach miasta zabójstwach, jednak Willeford z dużą dozą humoru i ironii każde z morderstw zamieni w ekscentryczny przypadek. "Nadzieja dla umarłych" jest dość przeciętną książką, niestety. Autor nie może się zdecydować - skupić na kluczowej intrydze kryminalnej czy wciąż okraszać obyczajowymi wątkami historię, jaka prowadzi do dość oryginalnego rozwiązania zagadki śmierci pewnego młodego narkomana. Mundin to oficyna stawiająca na formę wydawanych książek. Jest zatem "Nadzieja dla umarłych" małym ilustrowanym dziełem sztuki. Skryta wewnątrz fabuła nie równa się temu, co uwodziło w "Miami blues". Można czytać tę książkę przez sentyment dla Moseleya. Można czytać nie jako kryminał, ale dobrą obyczajówkę, bo nią jest w istocie.

Green Lakes to taka syta i bezpieczna miejscówka w Miami, która może poszczycić się tym, iż od dwóch lat nie dokonano tam żadnego zabójstwa. Hoke zostaje wezwany do trupa Jerrego Hickeya. Chłopak przesadził z heroiną. Sprawa wydaje się oczywista. Była zabawa, była przesada, jest śmierć. Moseley od razu jednak spostrzega, że nic na miejscu zgonu nie jest tym, czym się wydaje. Znika 25 tysięcy dolarów. Przy Hickeyu znajduje się tylko tysiąc. Węszą za nim dwa podejrzane typy - co okaże się później - a na miejscu macocha zmarłego nie okazuje żadnej rozpaczy po stracie Jerrego. Ojciec denata jest adwokatem i w przeszłości wyciągał go z różnych tarapatów. Flirtująca z Moseyem macocha chłopaka próbuje odwrócić jego uwagę od sprawy. Dodatkowo okazuje się, że w celu zdobycia nowych stanowisk poruczników policjanci wydziału zabójstw muszą rozwiązać w szybkim tempie część z umorzonych już spraw. To nie są dobre warunki do tego, by rozwikłać zagadkę śmierci Jerrego. Willeford nie czyni z niej naczelnego punktu swej fabuły. Obawiam się, że nie ma niczego, co by ją cementowało, a "Nadzieja dla umarłych" to przede wszystkim ciąg mniej lub bardziej interesujących historyjek powiązanych z codziennym życiem Hoke'a.

Ważną postacią jest Ellita Sanchez, która tworzy z Moseleyem nowy tandem. Ciężko mu dogadać się z nowym partnerem. Ellita jest w wydziale zabójstw zaledwie od czterech miesięcy. Wydaje się, że nie ma poczucia humoru, nie ma z nią bliższego kontaktu, izoluje się na własne życzenie. Niespodziewanie kobieta obarczy Hoke'a swoimi problemami, a efektem tego będzie snucie planów wspólnego zamieszkania z Kubanką, która zbliża się do córek Moseleya. Dwie nastolatki pojawiają się w Miami zupełnie niespodziewanie. Hoke zmuszony jest stać się nagle prawdziwym ojcem, podczas gdy do niedawna o jego obowiązkach względem dziewczynek świadczyła tylko co druga pensja odbierana na rzecz dzieci i przekazywana byłej żonie. Ta tymczasem odsyła sobie córki do ojca i zmusza Moseleya do zmiany trybu pracy. Jakby tego wszystkiego było mało, mnożą się problemy ze znalezieniem mieszkania przez policjanta. Czas pobytu w obskurnym hotelu dobiega końca. Na głowie bohatera - poza problemami Sanchez i obecnością córek - będzie nie tylko zagadka śmierci Hickeya, ale także stare sprawy, które się rozgrzebuje w celu szybkiego wyjaśnienia.

Za szybko wszystko się toczy w tej książce, nazbyt prosto i często przewidywalnie. Kilka umorzonych wcześniej spraw błyskawicznie znajduje rozwiązanie. Zabójstwo Jerrego odchodzi nieco w cień, ale oczekujmy naturalnie rozwiązania sprawy. Tylko czy będziemy w stanie przewidzieć jej finał? Willeford kreśli tymczasem socjologiczne tło Miami - miasta sporych podziałów, w którym trudno jest białym policjantom mieszkać oraz pracować wśród czarnych i Latynosów. Utrudnieniem dla stróżów prawa są też ściśle określone kwartały ich działań. Z tego powodu Moseley szuka nowego domu i nie może zgodzić się na miejscówkę w czarnym getcie Miami. Pamiętajmy, że to czas sprzed komórek, Internetu i sprzed szybkiego przepływu wszelkich informacji. Mimo tego zaskakująco szybko dochodzi do rozwiązania praktycznie wszystkich problemów, jakie Willeford mnoży na kartach "Nadziei dla umarłych".

W tym wszystkim Moseley zachowujący stoicki spokój nawet w obliczu największej katastrofy. Autor zaznacza, że w Miami feminizm zaczyna zataczać coraz szersze kręgi. Hoke jest oczywiście szowinistą, ale takim poczciwym. Zna swoją wartość jako policjanta, lecz doskwierają mu mankamenty w wyglądzie, które stara się tuszować. W kontaktach z kobietami jest zaskakująco wrażliwy. Na co dzień mocno surowy dla otoczenia, okazuje się czułym ojcem i wspaniałym przyjacielem dla Ellity Sanchez. Willeford stara się wciąż na nowo zaskakiwać wizerunkiem swego bohatera prowadzącego i myślę, że do pewnego stopnia mu to wychodzi. Moseley na przemian bawi i intryguje. Właściwie trudno jest wedrzeć się do jego myśli. Rozwiązuje sprawę za sprawą, ale czytelnik ma jednak ograniczony dostęp do tego, kim jest Hoke naprawdę, bo poznajemy go przede wszystkim w działaniu i wypowiedziach. Czasem żenujących, niekiedy niesamowicie zabawnych.

"Nadzieja dla umarłych" łączy sceny słabe z rewelacyjnymi. Do tych drugich należy między innymi rozmowa o pochodzeniu zmarłego Jerrego czy też moment, w którym Moseley uświadamia swoje córki seksualnie. Sporo jest dłużyzn i widać, że Willeford stawia przede wszystkim na dialog. Nie zawsze udany. Ci, którzy z przyjemnością czytali "Miami blues", niewątpliwie zajrzą też do tej książki. Pozostałym może towarzyszyć poczucie niedosytu, ale może zrekompensują go choć w części ciekawe rysunki Mikołaja Moskala oraz kapitalny plakat-niespodzianka.

Reasumując - dużo oczekiwałem, niewiele otrzymałem. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu autorów powieści cyklicznych trudne jest utrzymanie poziomu pierwszej książki i tutaj tę przypadłość widać dość wyraźnie. Można jednak czytać "Nadzieję dla umarłych" jako integralną powieść. Powieść o życiu w gorącym mieście na Florydzie, w którym latynoska mniejszość jest już większością i gdzie lato ma wiele dodatkowych smaków oraz barw. W gruncie rzeczy to niezła pozycja na leżak i źródło nietuzinkowej rozrywki. O ile podziela się poczucie humoru Willeforda i jego policjanta po przejściach.

2014-07-28

"Hopeless" Colleen Hoover

Wydawca: Otwarte

Data wydania: 18 czerwca 2014

Liczba stron: 424

Tłumacz: Piotr Grzegorzewski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Iluzja i banał

Staram się nie sięgać po literaturę tworzącą złudę i budującą iluzje na obrazach nie tyle boleśnie banalnych, co przerażająco upraszających życie. Wiem, że takiej literatury jest na tony - pisze się ją, wydaje masowo, jest target, jest sprzedaż, jest interes i naiwna wiara czytelników, iż przeżywane podczas lektur emocje są wystarczającym miernikiem, by określać takie książki mianem dobrych. "Hopeless" Colleen Hoover to właśnie takie cudo, nad którym rozkładam bezradnie ręce. Książka, jaka nie pozostawia miejsca na własną refleksję. Opowieść, która nie wie, czym jest dwuznaczność czy niedopowiedzenie. Narracja w łopatologiczny sposób tłumacząca każdą emocję, każdy odruch, każde postępowanie bohaterów zbombardowanych na przestrzeni kilkudziesięciu dni bodźcami, jakich większość ludzi nie doświadczy przez całe życie. Nie można czegoś takiego czytać bez irytacji, a moje wypieki na twarzy przy lekturze to nie efekt kumulacji emocji, o jakich ćwierkają entuzjastyczne opinie umieszczone na samym początku aż na trzech stronach, lecz poczucia, iż atakowany bzdurami w żaden sposób nie jestem w stanie się przed nimi bronić.

"Hopeless" to klasyczny przykład tak zwanej literatury New Adult. Opowiada o przedwcześnie doświadczonych przez życie nastolatkach, których szczenięce wynurzenia mają być źródłem zachwytu dorosłego już czytelnika. W schemacie zawiera się dziewczyna i chłopak z przeszłością, dramatyczne jej odkrywanie, tatuaże i namiętność oraz taki sposób obrazowania rzeczywistości, w którym wszelkie fabularne rozwiązania są dość oczywiste, napięcie zaś wzmaga dramaturgia oparta na tym, że autor wtłoczy do książki jak najwięcej traumatycznych przeżyć z przeszłości. Colleen Hoover idealnie wpisuje się w schemat, tworząc mocno podsyconą erotyką narrację dla naiwnych. Doświadczone przez życie nastolatki wierzą w siebie i po kilku miesiącach znajomości deklarują miłość na całe życie. Ich wzajemne podchody idą w parze z odkrywaniem tych elementów przeszłości, od jakich w różny sposób się odseparowali. Problemem naczelnym staje się ustalenie momentu, w którym można się soczyście pocałować oraz tego drugiego, gdy idzie się na całość, odnajdując boskie spełnienie w ramionach wyciskającego pewnie jeszcze wągry trądzikowe kochanka, co to nie ustępuje choćby takiemu Greyowi w znajomości technik mających dać nastoletniej dziewczynie spełnienie.

Ale nie upraszczajmy, nie trywializujmy, nie śmiejmy się i nie ironizujmy. "Hopeless" to przede wszystkim opowieść o bolesnym doświadczaniu życia, które kiedyś przyniosło wiele krzywd, a ich pokłosie dotyka teraz, po latach, świadomie i naprawdę przejmująco. Hoover stworzyła intrygę, w której zawarto wszystko, co może być piętnowane przez dzisiejszy świat. Nie zdradzę szczegółów, bo ma to być element zaskoczenia, jedyny chyba wartościowy w  tej książce. Zanim młodzi bohaterowie odkryją przed sobą, kim są naprawdę, będą mierzyć się z demonami przeszłości oraz udręką nienawiści i miłości odczuwanych jednocześnie. Hoover zgrabnie wprowadzi nas w swój banalny świat przedstawiony, gdzie poznamy Sky i Holdera, teksańskie dzieciaki zakochujące się w sobie w błyskawicznym tempie.

Autorka "Hopeless" rozpoczyna od sceny płaczu i agresji. Nasuwa to skojarzenie z filmowanymi wielokrotnie reakcjami nastolatków grających w jakąś internetową grę na moment odłączenia im modemu. To nie brak dostępu do sieci będzie winien tego, że młodziutka Sky wywrzaskuje swą nienawiść, demolując jakiś pokój. Dojdziemy do tego dnia stopniowo, poznając wcześniej zdarzenia, które nie mają w sobie ani niczego wyjątkowego, ani też w żaden sposób interesującego. Wspomniana Sky cierpi na atrofię uczuć. Wszelkie zbliżenia z chłopakami są dla niej momentami, w których obojętnie oddaje swe ciało. To Six, przyjaciółka Sky, czerpie pełnymi garściami z takich zbliżeń, sama Sky zamiast chłopaków woli lody, ewentualnie ukradkiem podjadane snickersy, bo matka zabrania jej słodyczy.

Karen adoptowała Sky, gdy ta była małą dziewczynką. Teraz, zbliżając się do osiemnastki, Sky ocenia dotychczasowe życie jako stabilne, spokojne i satysfakcjonujące. Karen odcięła córkę od telewizji, komórek i Internetu oraz szkół publicznych - to wszystko to w matczynym przekonaniu źródła wszelkiego zła. Dziewczyna bez problemu otrzymuje jednak samochód - teoretycznie źródło dużo większego zagrożenia niż wyżej wymienione -  oraz swobodę bez zakazów, bo Karen jej ufa i jest przekonana o tym, iż córka przejęła przez lata choćby w części jej sposób patrzenia na świat.

Sky decyduje się rozpocząć naukę w publicznej szkole i zmierzyć ze światem, który był dla niej dotychczas ograniczony. To kwestia chwili, gdy pozna tego jedynego, fascynującego i pociągającego. Wystarczą dołeczki w policzkach i dukane onomatopeje, by Sky poczuła motylki w brzuchu oraz słabość do tajemniczego Holdera, który wydaje się bardzo labilny emocjonalnie. Młodzi docierają się, planują kolejne kroki poznawania siebie (czytaj: dotykania, całowania, pieszczenia), a jednocześnie odkrywają, co łączyło ich w przeszłości. Przerażająca tajemnica, z jaką muszą się oboje zmierzyć, jedynie scementuje ten budowany na szybko związek, a kompulsywny seks będzie doskonałą odskocznią od rzeczywistości, w jakiej oboje chwilę przez dzikimi harcami widzieli samobójcę strzelającego do siebie. Niezwykła jest emocjonalna odporność amerykańskich nastolatków Hoover. Biorą na siebie wiele i wszystko udaje im się uporządkować w zaskakująco szybkim czasie. Kreowana na dramatyczną historia z przeszłości odejmuje na chwilę książce jej słodkości, ale jeżeli ma być to opowieść, która obrazuje system wartości i przekonań dwójki nastolatków, po dodaniu do niej ogromu traumy, ukazuje ich jako doświadczonych oraz świadomych sfery własnych uczuć i emocji ludzi doskonale organizujących swoje życie. Ukazuje nieprawdziwych, papierowych bohaterów. W niewiarygodnie przesłodzonej narracji, nad którą nie chce się poważnie zastanawiać.

"Hopeless" przedstawia niezwykle trudne dylematy, dając jednocześnie obraz przerażająco prostych rozwiązań. Wszystko - paradoksalnie, gdyż tam są rzeczywiście przedstawione dramatyczne zdarzenia - w slapstikowej konwencji, bo dzisiaj młodzi dorośli przeżywają bardzo wiele w niezwykle krótkim czasie. Takie książki tworzą dość niebezpieczną iluzję. Im jest ich więcej, tym bardziej - niestety - odrywamy się od prawdziwego życia. Młodych dorosłych i tych dorosłych, którzy wierzą takim historiom jak ta stworzona przez Colleen Hoover.

2014-07-26

"Pochłaniacz" Katarzyna Bonda

Wydawca: MUZA

Data wydania: 20 maja 2014

Liczba stron: 672

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Przeszłość, która nie mija

Cykl powieści, których bohaterem był Hubert Meyer, został przez Katarzynę Bondę zakończony. Autorka zapowiada "Pochłaniaczem" kolejny, bardzo spektakularny, a jej nowy profiler nosi spódnicę. Sasza Załuska to całkowicie na nowo wykreowana postać, której życiorys poznawać będziemy w oszczędnych dawkach. Cztery zapowiedziane książki to dużo. Pierwsza zdradza kilka szczegółów z życia Saszy. Cieszę się, że to kobieta tropić będzie złoczyńców. Lenie Pawłowskiej wychodziło to we "Florystce" znakomicie i przyznam, że cały czas po cichu liczyłem na kolejną tak rewelacyjną kobiecą kreację. Nie zawiodłem się. W "Pochłaniaczu" Bonda trzyma formę. Wierzy się jej i czyta w skupieniu. To nic, że nadal trochę wszystkiego za dużo, że tym razem książkę można by "odchudzić" np. o wątek nieszczęsnych białostockich policjantów, którzy powinni pozostać na kartach "Florystki". "Pochłaniacz" doskonale przedstawia to, o czym autorka mówiła w rozmowie ze mną - to nie trup jest najważniejszy, lecz postacie, wokół których się koncentruje. Każda z nich jest wiarygodna, a snuta niespiesznie historia zazębia się doskonale, bo Bonda przemyślała każdy detal, nim wprawiła w ruch machinę akcji najnowszej powieści.

Wszystko, co najważniejsze, rozegrało się przed laty, na przełomie 1993 i 1994 roku. Chociaż Sasza przybywa do Gdańska w 2013 i po odkryciu, że ktoś wrabia ją w kryminalną intrygę, planuje rozwikłać ją po swojemu, klucz do zagadki kryje się tam, gdzie pewien młody chłopak zakochał się w dziewczynie, a nieszczęśliwa miłość zrodziła się między tymi, których los nie powinien stawiać na drodze. Tam, gdzie oczekiwania rozmyły się  z rzeczywistością,  a uczucia skonfrontowane zostały ze złem, przestępstwem i okrucieństwem ludzkim.

Poznajemy losy Marcina i Wojtka, braci bliźniaków z rodziny szefa trójmiejskiej mafii. Wuj Słoń jest zainteresowany głównie pierwszym i to w nim widzi dobry materiał na kolejnego lojalnego członka gangu. Słoń jest bezwzględnym psychopatą, ale tlą się w nim resztki uczuć. Rodzina to podstawa wszakże i nie tylko on będzie mieć w "Pochłaniaczu" takie zdanie. Rodzinna solidarność to coś najważniejszego dla Jerzego Popławskiego. Jego siostra od dawna trzyma się z daleka od kryminalnych poczynań trzęsącej Trójmiastem szajki jubilera. Ojciec Marcina chce trzymać syna jak najdalej od wpływów wuja. Tymczasem chłopak - młody lowelas z gitarą, lubujący się w narkotykach i łatwym życiu - niespodziewanie szybko wejdzie w fatalną orbitę wpływów i zostanie wmanewrowany w sieć zależności. Jego brat Wojtek wydaje się daleki od Marcina. Obaj żyją w innych światach, ale czy naprawdę będą odrębni, gdy wuj ukarze ojca, a młodą Monikę, w której kocha się jeden z braci, ktoś w tajemniczych okolicznościach pozbawi życia? Dojdzie jeszcze jeden trup. Pojawi się rozgoryczenie. Świadomość, że ktoś czemuś mógł zapobiec. Wyrzuty sumienia. Ból, którego nie jest w stanie złagodzić upływ czasu. I tajemnica, przed którą stanie po latach Sasza Załuska, kiedy będzie musiała mierzyć się z morderstwem pewnego znanego piosenkarza...

Profilerka Bondy ma 36 lat i naprawdę bogaty życiorys. Była policjantka, za granicą zdecydowała się na pracę naukową, a powrót do kraju jest kompulsywny - Sasza liczy na to, że pożegna mroczną przeszłość, której początek tkwi w Polsce. Stamtąd uciekła, by zapomnieć, a teraz ponawia próbę ucieczki, wracając do miejsca, gdzie została naznaczona. Jej stygmat to nałóg. Kobieta-alkoholiczka, od której odcięła się tradycyjna polska rodzina oraz pracodawca, bo Sasza popełniła na służbie niewybaczalny błąd. Załuska porzuca uporządkowane życie w Anglii, gdyż prześladują ją demony groźniejsze niż te we wspomnieniach alkoholowych ciągów, od których wolna jest już siedem lat. Jest jeszcze Karolina, córeczka Saszy. Tylko matka zna historię tego, który spłodził Karolinę. Tylko dla niej Załuska chce uporządkowanego życia. O niej myśli, planując i oczekując stabilizacji. Przybywa do kraju, w jakim pozornie nie ma niczego. Okazuje się, iż trafia na trop ludzi, którzy tak jak ona rozpaczliwie uciekają przed błędami przeszłości, bez szans na uwolnienie się od nich.

Katarzyna Bonda buduje postać pełną wewnętrznych sprzeczności. Załuska z jednej strony jest zdecydowana i pewna siebie. Z drugiej jednak wciąż zarzuca sobie uległość i słabość - pociąg do alkoholu, przykry ślad po tacie. Całe życie maskuje się, wchodzi w zmienne role, komplikuje własny życiorys i nadal przed czymś ucieka. Tymczasem jako profilerka znudzona angielskim profilowaniem geograficznym osiąga sukcesy, badając życiowe narracje przestępców. Gdzieś w nich skrywa się prawda o samej Saszy Załuskiej, dla której ciężary własnego życia wydają się zbyt wielkie, podczas gdy ze śmiałością unosi na barkach te wszystkie, jakie przygniatają ludzi wchodzących w konflikt z prawem.

Jeden z policjantów mówi do Saszy: "Myślisz, że wszędzie czają się sprytni zabójcy, którzy przewidują, że przyjdziesz i będziesz ich rozkminiać. Oni są w większości bardzo prości, a historie podobne. Patole, alkohol, bicie, bieda. Do większości nie trzeba profilera". "Pochłaniacz" zajmuje się tą pasjonującą mniejszością, o której można powiedzieć wiele, wciąż gubiąc się w niedopowiedzeniach i wikłając w kolejne zagadki. Nie żyje piosenkarz. Coś łączyło go z Marcinem. Zbrodnia powiązana jest ze światem przestępczym, który po latach mocno okrzepł, ale jego struktura potrafiła wchłonąć coraz więcej ludzi ze świata policji, polityki i administracji państwowej. Sasza Załuska prowadzi swoje prywatne śledztwo gdzieś obok złożonych afer, z którymi nie są w stanie poradzić sobie stróże prawa, bo każdy z nich ma coś za uszami i w biografii każdego odnaleźć można pewne mroczne epizody. Nikt nie jest u Bondy jednoznacznie dobry ani zły. Tak było już w jej poprzednich powieściach, ale to właśnie "Pochłaniacz" doskonale wikła się w niejednoznaczności, nie pozwalając wydawać wyroków, oceniać i wskazywać winnych.

Wina i kara idą w parze ze strachem, który tak często warunkuje różne nasze zachowania oraz decyzje. Bonda doskonale ukazuje, w jaki sposób działają ludzkie umysły pod wpływem strachu. Tego irracjonalnego także. Snuje w "Pochłaniaczu" boleśnie prawdziwą opowieść o ciężarze współwiny za coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć. Zagubieni są nie tylko ci, których śledzi Załuska, ale także ona sama. Nie uzyskamy odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania. Nie poruszamy się jednak z bohaterami Katarzyny Bondy po omacku. Widać, że zmyślone jest tu tylko to, co niezbędnie konieczne. Śledząc losy braci bliźniaków Staroniów i ludzi, którzy nieszczęśliwie związali się z nimi, jesteśmy wciąż obecni w fabule wyrastającej z prawdziwego życia. "Pochłaniacz" jest autentyczny. Groza i tajemnice w doskonałej symbiozie z prozą życia, która nie jest ani nadzwyczaj groźna, ani też szczególnie tajemnicza. Czyta się Bondę świetnie od lat i myślę, że Sasza Załuska będzie nas prowadzić przez niejedno skomplikowane śledztwo z całym przekonaniem, iż pisanie autorki "Sprawy Niny Frank" nie jest tylko czystym zmyśleniem. Ono przede wszystkim niepokojąco imituje. To, co w nas i wokół nas, o czym nie chcemy myśleć i czego nie chcemy zauważać.

2014-07-22

"Pająki pana Roberta" Robert Pucek

Wydawca: Czarne

Data wydania: 24 czerwca 2014

Liczba stron: 128

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Pajęcza harmonia

Niezbyt przemawiają do mnie radosne dykteryjki pisane w trzeciej osobie przez kogoś, kto skryty gdzieś na łonie przyrody, ucieka od rzeczywistości w świat własnej filozofii. Takie książki nie mówią mi niczego o świecie w sensie ogólnym, a jedynie pokazują czyjś punkt widzenia, subiektywny jak tysiące zdań usłyszanych z ust ludzi, jakich spotykam na co dzień. Tak, rzadko w związku z tym sięgam po eseje, a ta urocza publikacja to esej dzielony na rozdziały. Pomimo dystansu, jaki mam do "Pająków pana Roberta", doceniam tę błyskotliwą rzecz, bo warta jest poznania. Robert Pucek w nieskończonych tajemnicach świata owadów widzi to, czego my sami często nie dostrzegamy wokół. Zależności, powiązania, symbole i odniesienia - nie tylko do filozofii starożytnej, ale przede wszystkim do publikacji badaczy przyrody z XVII wieku, które uznaje za wyborną literaturę.

Autor rozpoczyna od potwornej ignorancji Herberta interpretującego dokonania przyrodnika Jana Swammerdama. Poeta nie jest w stanie odróżnić jętki od łątki. To taki sam grzech jak uznanie, że tarantula to ptasznik albo nieczynienie tego rozróżnienia. Nie jest to tylko kwestia nomenklatury, lecz także postrzegania. Pucek postrzega natomiast, iż słowa Herberta są dowodem na to, w jak wielkim rozbracie jest ze sobą myśl humanistyczna i przyrodnicza. Pan Robert nie tylko opisuje pająki z otoczenia; on w tej oryginalnej narracji stara się znaleźć punkty styczności humanistyki z przyrodnictwem. Snując scenariusze mikroświata przyrody obecnego tuż przy nas, ale przecież ignorowanego, szuka momentów spotkań tych tak różnych od siebie myślicieli, co spotykają się przede wszystkim na kartach "Pająków pana Roberta". Zresztą oddajmy głos jemu samego, wszak to znakomity gawędziarz i nie trzeba zanadto komentować jego tezy: "Książeczka ta (...) jest donkiszotowską próbą przerzucenia kładki ponad rowem nieporozumień oddzielającym świat przyrodników od świata humanistów. Kładka ma być przerzucona w miejscu, w którym ów rów zamieszkują pająki". Ot, wyraźnie zaznaczona droga, po której z podziwu godnym zapałem podąża obserwator życia pająków, do którego dołącza myśli gnostyczne, a wszystko dodatkowo w otoczeniu dobrotliwych bogów i w duchu Arystotelesa.

Pana Roberta cechuje osobliwa estetyka i dość niezwykła empatia. Świat, który go otacza, to enklawa szczęścia, jakiej granice sam sobie wyznaczył, zamieszkując w chatce na odludziu. Życie w niej toczy się swoim rytmem. W tym rytmie pojawiają się refleksje rodzące się z obserwacji pająków. Dlaczego akurat one? Dlaczego nie, można by też zapytać. Każdy element ożywiony może stać się początkiem nietuzinkowych rozmyślań. Od każdego żywego drobiazgu można wyjść, by powiązać go ze światem myśli ludzkiej w stopniu na tyle niewyobrażalnie silnym, na ile zdolna jest tego dokonać wyobraźnia, erudycja i wolność słowa. Nie sugeruję, że ta książka mogłaby powstać dzięki obserwacji trzmieli czy żab. Zwracam jedynie uwagę na to, iż punkt wyjścia rozważań Roberta Pucka może się wydawać umowny, bo w gruncie rzeczy chodzi o stawianie pytań, mnożenie wątpliwości, obserwację i analizę. W duchu Junga, Keplera, Leibniza. W duchu wątpliwości, które rodzi pozorna pewność i stabilność. Świata przyrody, świata pająków na przykład.

Pucek analizuje metody przystosowawcze, jakie cechują różne gatunki pająków, by trudne oraz krótkie życie uczynić satysfakcjonującym. Rozważania o strukturze sieci pajęczych idą w parze z budowaniem dlań swoistej filozofii. Autor wspomina Pelagiusza i rozmyśla nad tym, czy pajęczyna nasosznika nie jest przypadkiem obrazem społeczeństwa w jego rewolucyjnym rozkładzie. Fatalizm jakiś ogarnia autora obserwującego tkane z taką pieczołowitością pajęczyny. Jest moment, gdy w duchu świętego Ambrożego, pojawia się pewna wątpliwość. "Po co się trudzić, skoro dzieła ludzkie, mimo pajęczego sprytu i pilności, są kruche i nietrwałe jak pajęczyna?". Po co nam śledzić opisy płynów wydalniczych, gruczołowych, brodawek czy soków trawiennych? Czymże te mocno efemeryczne byty zasłużyły na to, by wokół nich budować tak wiele przemyśleń? Nie chodzi w gruncie rzeczy o pająki przecież. Takie przynajmniej wrażenie można odnieść po lekturze kilku rozdziałów.

Chodzi o ukazanie estetycznego piękna i harmonii w czymś, co nie tylko w cierpiących na arachnofobię wzbudza strach i chęć salwowania się ucieczką. A to zupełnie nie tak. Mali towarzysze pana Roberta ze swoimi pajęczynami lub ich brakiem prowadzą go tak daleko, że potrafi sięgać nawet do filozofii indyjskiej czy wspominać narrację czasu Edo personifikującą pająka. Dobrze narratorowi i ze sobą, i ze swoimi pająkami. To harmonia, o jakiej wielu marzy. Niepokój, jaki się pojawia, to jedynie powód filozoficznego strapienia; pająki nie mają z nim nic wspólnego, choć ich życie naznaczone jest niepokojem w sposób dużo bardziej wyraźny niż życie ludzkie.

Ta opowieść niesie w sobie rytm i czas świata przyrody. Egzemplifikacją jego komplikacji są zwyczaje pająków. W ich obserwacji kryje się metodologia opisu świata przez Roberta Pucka. Warto poznać, jak ten opis powstaje, co się za nim kryje i jakie to może mieć znaczenie dla nas wszystkich, tak rzadko spoglądających z czułością na braci mniejszych, a tym bardziej tych kosmatych i mało sympatycznych. To, w jaki sposób odbierzemy tę publikację, zależy od nas samych. Pucek prezentuje nam rodzaj przeżywania świata gdzieś do wewnątrz. Ponownego opisywania jego reguł oraz zasad, jakimi kierował się nie zawsze rozumny w przeciwieństwie do pająków człowiek.

Ta książka jest podróżą do istoty człowieczeństwa. Pucek pisze, by zrozumieć siebie. Pojąć wielkość przyrody, do której nie tak często sięgali wielcy humaniści. Próbuje nazywać i określać to, co przed wiekami wydawało się czymś oczywistym, a co skomplikował być może współczesny świat. Być może też dobrym rozwiązaniem jest odcięcie się od niego, leniwe palenie papierosa w chatce na odludziu i czułe spoglądanie na pająki, mrówki czy ćmy. Kwestia oglądu i poglądu. Kwestia wrażliwości i rozumienia. Kwestia wyboru.