2016-10-05

"Piąta łódź" Monika Kompaníková

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 15 września 2016

Liczba stron: 288

Tłumacz: Izabela Zając

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Bez miłości

Monika Kompaníková stworzyła powieść zaangażowaną w tematykę społeczną, przejmującą historię braku prawdziwych relacji między matkami a córkami, ale przede wszystkim książkę, w której dziecięca czułość i wrażliwość zderzają się z bezkompromisowym życiem. Z tymi jego formami, które wymuszają szybkie dorastanie, pożegnanie z pragnieniem bycia zaopiekowanym. Bo „Piąta łódź” to historia deficytu miłości i opowieść zastanawiająca się nad motywacjami aktu dziecięcej ucieczki. Dlaczego dziecko zrywa z domem, w którym albo czuje się nieobecne i pomijane, albo też tkwi w nadmiarze opiekuńczości i nie może samodzielnie się rozwijać? Dlaczego matka popada w dwie skrajności – bezwzględną obojętność wobec dziecka albo toksyczną nadopiekuńczość, w której pojawiają się także szantaże emocjonalne, a mały człowiek wrasta w egocentryzm? Kompaníková chce opowiedzieć o świecie, w którym ramy bezpieczeństwa rozpadają się, tworząc patologiczny chaos, ale także rzeczywistość kompulsywnego poszukiwania jakiejkolwiek formy bliskości. To książka portretująca dwa pokolenia kobiet żyjących bez miłości i dziecko obarczone odpowiedzialnością za to, co wydarzyło się wcześniej, zamknęło matkę i córkę w kleszczach zależności i układów, bez czułości, bez emocjonalnych więzi.

Jarka musi poradzić sobie sama. Z codziennością, własnymi emocjami, oczekiwaniami względem nieobecnej matki i życiem piszącym zaskakująco trudne dla dziecka scenariusze. Obserwowała, w jaki sposób babka Irena traktowała swoją córkę, i widzi, że teraz sama traktowana jest przez Lucię w ten sposób. Bycie matką Lucia kwestionuje na wielu możliwych poziomach, ale przede wszystkim poprzez bunt wobec nomenklatury – zakazuje Jarce nazywania siebie matką. Dziecko poczęło się przypadkiem i potem już tylko przypadek rządzi jego wychowaniem. Jarka tuła się z matką po różnych miejscach, aż w końcu trafia do domu babki. Irena, porzucona przed laty przez męża i zawstydzona wczesnym macierzyństwem córki, także zakazuje Jarce nazywania jej wprost – babką. Dziewczynka obserwuje, jak kobiety w jej rodzinie dzielą się tylko wspólną przestrzenią, coraz bardziej oddalając od siebie emocjonalnie. Jarka wie, że na Lucii nie można polegać. Wie, że nie jest jej dane dzieciństwo. Ta cała normalność podglądana na podwórku, gdy Jarka patrzy na inne dzieci – doceniane i kochane. Jej dom to chaos, przemoc i niesprawiedliwość. Wieczne imprezy, rozpaczliwy hedonizm matki. Lucia chce wyrwać z życia to, czego nie zdążyła wyrwać. Została matką jako nastolatka. To był dla niej stygmat. Córka istnieje obok jako byt niezależny. A jednocześnie wciąż bojący się opuszczenia i samotności. Jarka wrośnie w samotność, bo nie pozostaje jej nic innego niż ucieczka w świat snów. Tam pojawiają się łodzie. Przestrzenie, które mogą dać zapomnienie, ukołysać, uspokoić. Czy dziewczynka znajdzie własną łódź? Czy będzie gotowa na to, by poczuć choć odrobinę szczęścia w życiu naznaczonym ciągłą obojętnością i brakiem troski?

Kompaníková serwuje nam krótkie rozdziały zawierające strzępy wspomnień. Rozrzucone jak przedmioty w domu Lucii i jak uczucia, których nikt nie był w stanie określić. Jarka jest już w wieku matki i odtwarza te wydarzenia, które z jej punktu widzenia były ważne. Przede wszystkim obrazuje macierzyństwo niedoskonałe. Zadaje fundamentalne pytanie, wobec którego wszystkie opisy będą w swoistej kontrze. Mama jest zawsze wiadoma, prawda? Doświadczenia Jarki wywołają w niej reakcję pełną paradoksów i zaskakującą czytelnika. Skoro nie poczuła obok siebie matki, sama postanawia nią zostać. Dla chłopca, który uciekł z domu – kierowany zupełnie innymi powodami niż Jarka opuszczająca dom z ulgą, oraz dla niemowląt, bliźniaków. Altanka odziedziczona po dziadku będzie dla Jarki bezpieczną przystanią, w której może odnaleźć własną łódź. Może wobec Krystiana i bliźniąt być tą odpowiedzialną i ważną osobą, której brakło w jej otoczeniu.

Monika Kompaníková rozprawia o tym, jak bardzo traumatyczne dla dziecka są podstawowe braki – brak życiowej stabilizacji, pewności uczuć, świadomości bycia potrzebnym – i zagubienie podstawowych pojęć, dzięki którym można wtapiać się w normalność. Tę normalność, której nie zaakceptowały najpierw Irena, potem Lucia, obie wyobcowane, wrogie sobie, walczące ze sobą na różnych frontach. Matka Jarki z nią nie walczy, tylko ją ignoruje. Dziecko musi stworzyć sobie zastępczy świat, w którym będzie ważne – niekoniecznie już jako dziecko. Bo przecież dzieciństwo Jarki z jednej strony nie istnieje, z drugiej jednak – wciąż boleśnie daje o sobie znać, kiedy bohaterka widzi i opisuje chaotyczny świat swojej matki z perspektywy kogoś, komu potrzebny jest porządek, potrzebna pewna stałość, gwarancja bezpieczeństwa.

„Piąta łódź” to historia słabości matki i siły córki. Tylko pozornie. Wszystkie kobiety tego świata bez mężczyzn są zdruzgotane tym, iż życie nie dało im możliwości pewnej beztroski i swobody. Lucia porzucona przez ojca w wieku dwóch lat nie chce nawet ustalić, kto mógłby być ojcem Jarki. Ta natomiast garnie się do mężczyzny, który gwarantuje jej pewien ład i jest jedyną osobą będącą w stanie jej wysłuchać. Irena i Lucia nie chciały powalczyć o spokój, bo spalały się w ciągłych walkach. Jarka chce od tego uciec. Otwierające powieść sceny ukazują jej specyficzną wrażliwość na łonie przyrody. Jej osobność i samotność znamionującą chęć uciekania w sferę marzeń, także w przestrzeń niepokojących często snów. Kompaníková sugeruje, że nie ma odpowiedniego czasu ani miejsca na dojrzałe macierzyństwo. To kwestia wewnętrznej gotowości na przejęcie odpowiedzialności za drugiego człowieka. Zabrakło jej Irenie oraz Lucii. Czy uda się ją odnaleźć Jarce?

Sportretowana rodzina bez więzi emocjonalnych to nie tylko obraz patologii lub nieszczęścia. To także wynik złożonych okoliczności, które powodują, iż kobieta nie tyle traci instynkt macierzyński, ile nigdy go w sobie nie czuje, borykając się tylko i drażniąc z faktem posiadania dziecka. Świat opresji zbudowany został w życiu Ireny i Lucii na nieco innych zasadach. Zawsze jednak wszystko zaczynało się od odrzucenia. Dostaje je w spadku także Jarka. Być może w trzecim pokoleniu odtrącenie nie będzie stygmatem przekazywanym dalej, lecz przekuje się w siłę, by dać czułość komuś innemu. Piąta łódź” to bowiem historia samotnego wędrowania przez życie, w którym nie zaznało się żadnej formy bliskości i chce się ją stworzyć bez względu na wszystko. Z różnymi tego konsekwencjami. Nie ma u Moniki Kompaníkovej sentymentalizmu, jej bohaterki nie płaczą, nie załamują rąk. Nie starają się także nazwać swego wyobcowania czy zrobić czegokolwiek, aby przestać odczuwać niechęć i agresję. Jarka to symboliczna figura dziecięcego wykluczenia, za którym stoi chęć, by zbudować świat jakichkolwiek ciepłych relacji. Autorka podkreśla, że patologia uczuć wcale nie musi być dziedziczna. Dostrzega jednocześnie, jak trudno jest iść przez życie z deficytem czułości i zainteresowania. Jej powieść to świadectwo czasu, w którym więzi społeczne ulegają degradacji, a poczucie wyobcowania niesie w sobie ryzyko braku odpowiedzialności za drugiego człowieka. Ważna i skłaniająca do dyskusji książka.


PATRONAT MEDIALNY

2016-10-03

"Osaczenie" Carl Frode Tiller

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 15 września 2016

Liczba stron: 368

Tłumacz: Maria Gołębiewska-Bijak

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: W oczach innych

Trzy perspektywy patrzenia na świat i ta czwarta, do odbudowy, zamknięta w dosyć enigmatycznej amnezji. Trzy rozprawy z rzeczywistością – norweską prowincją, socjalizmem i kapitalizmem, z rozdźwiękiem między marzeniami a realnym światem i dwoma formami życia, awangardową i artystyczną oraz tą pragmatyczną, mocno osadzoną w trybach tak zwanego normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Trzy głębokie spojrzenia na relacje, które ewoluując, spychają w nieznośną samotność i wyobcowanie. Powieść epistolarna i klasyczny trójdzielny dramat gotowy do wystawienia na scenie. Mroczna powieść obyczajowa o tajemnicach, które wydobywają z nas inni, oraz książka o kilku aspektach inności, o buncie wobec życia i szantażach, jakie stosujemy, by poczuć je bardziej intensywnie. Carl Frode Tiller czytelnie nawiązuje do teorii solipsyzmu, ale przede wszystkim podkreśla to, co wpaja nam każda solidnie prowadzona terapia – nasze myśli nie są rzeczywistością. Ludzka intencjonalność jest subiektywna. Żyjemy w światach równoległych i nie pozwalamy pozostałym na dostęp do naszej psychiki. Tak, „Osaczenie” jest świetnie rozpisanym na dramatyczne głosy traktatem o widzeniu świata i innych ludzi. Nie zgodzę się z tym, że norweskość tej książki ma być jakąś cechą dystynktywną, bo choć miasteczko Namsos może się w niej przejrzeć niczym w zwierciadle i przy tym przeglądaniu wzdrygnąć czasem z obrzydzenia, to jednak Tiller nakreślił nam narrację o znaczeniu symbolicznym, wychodzącym gdzieś ponad geograficzną lokację. To powieść o tym, kim się stajemy w oczach innych i jak bardzo wieloznaczne może być postrzeganie świata oraz relacji łączących nas z ludźmi. Autorowi nie chodzi o prawdę. Chodzi o zbudowanie napięcia między tym, co wydaje się faktem, a jego interpretacją. Jesteśmy tym, kim widzą nas inni, czy może istniejemy, by nadawać sens bytności pozostałych? To mocna, sugestywna powieść. Chwilami nadmiernie teatralizowana i wówczas ocierająca się o banały, ale przekonująca, groźna. Niebezpieczna nawet. Dlaczego? Co powoduje, że lektura „Osaczenia” nie będzie dla każdego?

David przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Stracił pamięć. Z nie wiadomo czyjej inicjatywy pojawia się prasowy anons, w którym bliscy Davida proszeni są o napisanie do niego listów. Mają mu pomóc odbudować to, co utracił. Dlaczego nie mogą skontaktować się osobiście? Jak ta wiadomość interpretowana jest w zakończeniu przez dawną przyjaciółkę bohatera? Figura nieobecnego Davida intryguje i ciąży nad tą powieścią podobnie jak figura jego nieobecnego ojca. David wychowywał się u boku pastora, który odpowiadając na prasowy anons, ujmuje w swoich listach bezgraniczną samotność i nadaje cel swojej zagrożonej unicestwieniem egzystencji. Czy Arvid zastąpił Davidowi ojca? Dlaczego jego matka tak pieczołowicie ukrywa, kim był ten człowiek? Czy mroczną spuścizną po ojcu może być choroba psychiczna? Tiller zwodzi i ukrywa coraz więcej w listach mających rzekomo rozjaśniać rzeczywistość, porządkować czas przeszły. Tyle tylko, że jest to czas przeszły trzech różnych od siebie osób. Wspomnianego już Arvida, który zwraca się czule do pasierba, wierząc w to, że nareszcie może być komuś naprawdę potrzebny. Bliskiego przyjaciela Jona z bolesnym bagażem doświadczeń z młodości, którą stygmatyzowała homoseksualna relacja w małym miasteczku. Kobiety, u boku której David odnalazł coś na kształt wyciszenia po śmierci matki. Czyje opowieści są prawdziwe, a czyje stanowią konfabulacje? Kim są dla siebie opowiadający i do czego tak naprawdę służy im niemy odbiorca listów? Postawionych pytań jest już bardzo wiele, a to dopiero początek tajemnic, z którymi Carl Frode Tiller skonfrontuje po latach bolesne fakty z życia tych, co z różnych powodów byli blisko Davida i potem pozostawili go samego sobie.

Najbardziej przykuwa uwagę pierwsza część powieści, w której poznajemy Jona i wchodzimy w trudny świat jego relacji z ludźmi. Jon jest zdystansowany, czujny i przygotowany do ucieczki. Idiosynkrazja, która go przepełnia, skierowana jest nie tylko ku rzeczywistości, w jakiej nie może się odnaleźć z kilku istotnych powodów. To opowieść o utratach naznaczona specyficzną formą wrażliwości. Historia męskiego zamknięcia się na uczucia i męskiej kontestacji bliższych relacji. Jonowi rozpadł się związek, a w rodzinie czuje się wyobcowany jak przed laty, gdy zwierzył się z erotycznej relacji z Davidem, nadzwyczaj często czyniąc z niej swego rodzaju kartę przetargową. Pierwsza narracja i pierwsza część epistolarna są najciekawsze przede wszystkim dlatego, że potem widzimy zdecydowany rozpad tego, co ukazuje Jon. Pęknięcia są tak silne, że kolejne części książki podważają prawdomówność pierwszego bohatera. A może chodzi jedynie o to, że otaczający go świat wymusił na nim pewne jego interpretacje, a fakty stały się jedynie niewygodne do wspominania?

Arvid cierpi w każdy z możliwych sposobów i jego komunikacja z Davidem najbardziej przypomina terapię, z którą można wiązać oczekiwania. Listy Silje są takie jak ona – z jednej strony beztroskie i ekstrawaganckie, z drugiej jednak wyczulone na szczegół, bo Silje była i jest znakomitą obserwatorką. Być może wszystkiego poza sobą, ale to już uwiarygodnią (lub zakwestionują) pozostałe narracje. Dom Silje pełen liberalizmu i swobody obyczajów symbolizuje takie wrota, których otwarcia oczekiwali Jon z Davidem. Jeden z nich zerwał z prowincjonalnymi stygmatami, drobnomieszczańskimi normami i światem porządkowanym przez bierną akceptację. Ten drugi wybrał życie na krawędzi i zdecydowanie opuścił Namsos. A miejscowość jest także jednym z bohaterów. Niemym, lecz wystarczająco wyrazistym. Namsos to lęki, frustracje, kumulowane emocje i ten wyraźnie uporządkowany świat, w którym żaden z bohaterów tak naprawdę nie potrafił się odnaleźć.

Tiller stworzył egzystencjalną rozprawę na temat tego, jak bardzo rozmywa się życiowy azymut, kiedy poddamy się emocjom i wpływom innych. Równie mądrze i z dużą dozą rozsądku zaakcentował niemożność ludzkich działań bez wyraźnego ich kontekstu. Młodzi bohaterowie książki młodość przeżyli bardzo intensywnie, ale każde z nich wydobyło z niej inną wartość. Ktoś poddał się biernie prozie życia, zawahał z jego odebraniem, a teraz może już tylko punktować błędy nie do naprawienia. Ktoś do końca walczy o niezależność i miota się w relacjach z tymi, którzy kiedyś byli podobni, budowali bezpieczny świat i przestrzeń do życia. Ktoś jest bezradny wobec bólu w kilku możliwych znaczeniach. A ktoś prawdopodobnie nie wie, kim jest dzisiaj, i chce we wspomnieniach innych odbudować coś, czego nie są w stanie te wspomnienia odbudować.

To w gruncie rzeczy mroczna psychodrama z dialogami, które iskrzą, przykuwają uwagę i jednocześnie przerażają tą prostotą spięć, pomiędzy którymi nie ma możliwości porozumienia. To opowieść o mentalnym pożegnaniu ciasnego świata i o wbiciu się w równie ciasny gorset nowych przyzwyczajeń. Bo każdy opowiadacz tkwi w bolesnych ograniczeniach. Wydaje się, że wyzwolony jest tylko ten tajemniczy David – zamknięty w jakiejś szpitalnej przestrzeni, z nieznaną nam diagnozą, oczekujący i być może pogodzony z niemocą. Do niego mkną listy odbudowujące pewien wspólny obszar przeżyć i doświadczeń. A czytelnik ze zgrozą doświadczy, że wspólnoty, w którą wierzono, być może nigdy nie było. Brak tożsamości to u Tillera z jednej strony zagłada, z drugiej zaś – ratunek. Kto chce uratować przede wszystkim samego siebie? Kto chce opowiedzieć o opozycjach w taki sposób, by zrozumieć źródła tarć? Kim ostatecznie są ludzie relacjonujący swoje życie i dotykający bolesnych wspomnień? Zagadkowa i naznaczona mrocznym cieniem proza, która może okazać się niebezpieczna.

2016-09-30

"Ta, którą znam" Małgorzata Warda

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 13 września 2016

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Ucieczki i powroty

Najnowsza powieść Małgorzaty Wardy kończy się pytaniem do dyskusji. W Polsce kobiety zgłaszają tylko dwadzieścia procent gwałtów. Dlaczego tak dramatycznie mało? Co może stać za milczeniem straumatyzowanych kobiet niosących przez życie swoje mroczne tajemnice, ból i poczucie skrzywdzenia bez wymierzenia sprawcom adekwatnej kary? „Ta, którą znam” sugeruje nam kilka odpowiedzi. Autorka uznała tę książkę za najlepszą w swoim dorobku. Konstrukcyjnie opowieść niewiele się różni od poprzednich – mamy retrospekcje wyjaśniające stan obecny, mamy kilka perspektyw opowiadania o problemach, mamy również często przez Wardę omawiane relacje między matką a córką, choć w tej książce na pierwszy plan wysuwają się relacje siostrzane. Dlaczego ta powieść może być najważniejsza? Ma wyraźny społeczny wydźwięk. O ile np. „Jak oddech” była książką zwracającą uwagę na problematykę zaginięć w Polsce i dramatów wywoływanych przez niesprawność służb poszukujących zaginionych, o tyle „Ta, którą znam” podejmuje podobny, ale dużo bardziej dramatyczny temat. Warda rozprawia się z polską świadomością struktury gwałtu. Ukazuje jego anatomię oraz to, w jaki sposób organy ścigania zajmują się sprawcami jednej z najokrutniejszych chyba zbrodni – zbrodni na ciele i psychice, która już do śmierci pozostanie okaleczona. Małgorzata Warda nie feruje wyroków, nie ocenia ani nie wskazuje jednoznacznych interpretacji. Zarysowuje historię kobiety, która pozostaje z bolesną tajemnicą na lata. Sugeruje, że syndrom ofiary można przekuć w coś innego. Można sobie pomóc, jeśli świat nie jest w stanie rozliczyć niesprawiedliwości. To także książka o tym, skąd bierze się milczenie i jak destruktywną siłę w sobie niesie. W tym znaczeniu to rzeczywiście najważniejsza książka autorki. Dowód na to, że literatura środka może trafnie komentować rzeczywistość, zmieniając ludzkie postawy i zapatrywania na przemoc seksualną.

Ada Makowska uciekła od mazurskiej prowincji i zaściankowości. Udało jej się zrobić karierę modelki i aktorki. Pozostawiła za sobą zatrzymane w czasie miasteczko, bolesne chwile sprzed lat, które w pamięci żyją wciąż na nowo, stale się powtarzają, nie pozwalają na skuteczną ucieczkę i izolację od traumy przeszłości.  Bohaterka wraca w rodzinne strony, a Warda z wnikliwością i czułością prezentuje nam studium tego bolesnego powrotu, bo w gruncie rzeczy wszyscy uciekający nie mają odwagi zmierzyć się z demonami miejsca, które opuszczają. Ada tej odwagi nabiera, choć nie jest jeszcze do tego przekonana. Pretekstem do przyjazdu jest dramatyczne wydarzenie z udziałem siostry Ady. Agnieszka ginie w wypadku samochodowym. Jej dwie córki stają się sierotami. Młodsza najpierw walczy o życie, potem o zdrowie. Starsza zmaga się z traumą, której powody poznajemy dużo później. Przybyła z wielkiego świata ciotka, której rodzinne strony zazdroszczą, łącząc to z zawiścią, staje przed sporym dylematem. Okazuje się, że ojciec dziewczynek, były mąż Agnieszki, jest nieuchwytny i nie sposób go poinformować o zaistniałej tragedii. Ojciec odpycha Adę, tak jak robił to przed laty. Jej siostrzenice trzymają się na dystans, choć równocześnie garną się do tej kobiecej czułości, której nigdy już nie zaznają ze strony matki. Ada staje przed dylematem: pozostać z dziewczynkami do czasu odnalezienia ich ojca czy może być już z nimi na zawsze, skoro los odebrał im najbliższą osobę, a ciotka może stać się pewnym substytutem matki.

Poznajemy skomplikowane relacje siostrzane. Agnieszka i Ada były przez matkę identyfikowane jako całość, kiedy dobierała im te same sukienki i patrzyła na nie jak na wspólny owoc miłości i przywiązania. A siostry stawały się różne. Coraz więcej je w życiu dzieliło. Połączone tragedią rodzinną paradoksalnie zaczęły się od siebie oddalać. Przejęły role i obowiązki, do których nie były przygotowane. Nie podzieliły się nimi sprawiedliwie. Do podziału miały też jednego mężczyznę. Tego, którego nie ma przy córkach, gdy te cierpią z powodu utraty matki. Szereg powodów stał za tym, że jedna z sióstr ruszyła w świat, a ta bardziej pragmatyczna pozostała w miasteczku. Sporo też było przyczyn takich, a nie innych decyzji. Rodzina rozpadała się. Ojciec nie ułatwiał zadania, swą oschłością zniechęcając Adę do pozostania przy nim. Ada została sama ze sobą. Z okrutną tajemnicą, którą musiała zachować dla siebie. Co wydarzyło się w miasteczku, kiedy bohaterka miała siedemnaście lat? Kto pozna prawdę o tych wydarzeniach i w jaki sposób ją wykorzysta? Czy Ada znajdzie siłę, by stawić czoła demonom przeszłości, ale przede wszystkim sobie – tak pełnej strachu, tak wycofanej w relacjach z mężczyznami, tak boleśnie naznaczonej piętnem tej, której wyrwano coś gwałtem i nikt nie poniósł z tego tytułu żadnych konsekwencji?

Autorka "Najpiękniejszej na niebie" opowiada o ucieczkach i trudnościach powracania do tego, z czym nie można się naprawdę zmierzyć. Pisze o ludziach, którzy wolą zakotwiczać się w traumach innych, by tylko nie pamiętać o tych swoich, nigdy nieprzepracowanych. Mamy tutaj ciekawą opozycję – kobiety uciekającej przed wydarzeniami sprzed lat i mężczyzny, który woli mierzyć się z faktami związanymi z niesprawiedliwością losu pod różnymi szerokościami geograficznymi, ale nie jest w stanie wziąć odpowiedzialności za rodzinę i stanąć obok faktów życia codziennego, tak stabilnego i pozornie uporządkowanego. Obydwoje uciekinierzy zabierają ze sobą rodzinne tajemnice. Obydwoje uciekają przed przemocą, jakiej doświadczyli. Warda każe im się tragicznie zbliżyć, by jeszcze bardziej skomplikować fabułę powieści, ale jednocześnie zaznacza tę nić porozumienia, która pozwala im oddać się namiętności – ona bowiem wyrazi w najbardziej oczywisty sposób smutne podobieństwo i pewien rodzaj życiowego fatalizmu.

„Ta, którą znam” to opowieść o ludziach niemogących wyzwolić się z opresji czasu przeszłego. To przede wszystkim książka obrazująca kondycję kobiety, wobec której ktoś zastosował przemoc seksualną. Tajemnica niesiona przez życie staje się w pewnym momencie nie do zniesienia. Warda ukazuje moment, w którym musi dokonać się pewna przemiana. To także narracja będąca studium wewnętrznego strachu i wyobcowania. Pozbawiona podziału na płcie historia emigrantów wewnętrznych i ludzi pozbawionych pewnych podstaw stabilnego życia już w młodości. Małgorzata Warda opowiada o izolacji i samotności, ale pozwala swoim bohaterom na to, by zmienili coś w swoim życiu. Sugeruje, że są takie momenty tego życia, dzięki którym można powrócić, można znaleźć siłę na uporządkowanie przeszłości. To książka apel. Do wszystkich krzywdzonych kobiet, dla których nie znaleziono czasu ani okoliczności, by nazwać ich skrzywdzenie po imieniu. To rzeczywiście najlepsza książka Wardy, bo bardzo silnie oddziałująca na wyobraźnię. W pewnym sensie nawet nieco publicystyczna, bo zmuszająca do dyskusji o wiele szerszej, niż sugerują to pytania w zakończeniu. Po raz kolejny autorka udowadnia, że jest najlepsza w swoim segmencie tematycznym literatury i że od niej powinny się uczyć wszystkie pisarki starające się uczciwie i dogłębnie oddać skomplikowane życie emocjonalne swoich bohaterek. Kolejne zasłużone brawa, bo z powieści na powieść Małgorzata Warda coraz wyraźniej podkreśla, że jest naprawdę świetną pisarką i widzi życie na wielu bardzo skomplikowanych płaszczyznach.

2016-09-28

"Klawisze" Drauzio Varella

Wydawca: Czarne

Data wydania: 24 sierpnia 2016

Liczba stron: 224

Tłumacz: Michał Lipszyc

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Oblicza izolacji

Drauzio Varella powraca z kolejnym reportażem o tematyce więziennej. Tym razem centrum zainteresowania czyni strażników, niemniej widzimy tutaj tę wyraźną zależność między nimi a więźniami, bez której nie da się opowiedzieć historii ludzi mających wpisaną w ryzyko zawodowe nagłą śmierć. Narracja o więźniach już przebrzmiała, „Ostatni krąg” doczekał się uwagi i entuzjastycznych recenzji. Jak będzie z „Klawiszami”? To przecież nie jest tak, że Varella nagle zmienia perspektywę opisu. Aby opowiedzieć o strażnikach, trzeba w te opowieści wpleść obecność więźniów. Nie sposób pokazać silnych więzi podległości i przywiązania bez omawiania spraw związanych z tym, co i na jakich zasadach łączy tych, którzy pilnują porządku, z tymi, którzy za ingerowanie w niego trafili do zamkniętego świata rządzonego twardymi prawami. Ta książka to przede wszystkim opowieść o potężnym rozwarstwieniu społecznym Brazylii, o odium opinii publicznej spadającym na uwięzionych i o marginalizacji tego, co dzieje się za kratkami. Wolny świat wie jedno na pewno i powtarza to, co autor napisał w tym reportażu – w więzieniu mieszka zło. Za tym truizmem kryje się jednak pogłębiona analiza psychologiczna przedstawicieli świata, któremu nikt nie chce się przyjrzeć tak wieloaspektowo, z taką uwagą i z pewnego rodzaju czułością. Łatwo popaść w sprawozdawczość przy takiej tematyce. Przy opisywaniu ludzi zmuszonych do konfrontacji z różnego rodzaju przemocą. Varella sięga głęboko nie tylko dlatego, że ponad dwadzieścia lat leczył więźniów i wchodził w komitywy z tymi, którzy ich pilnowali. Przede wszystkim dlatego, że nie marginalizuje więziennego świata, czyni go prywatnym mikrokosmosem, ogląda z bliska i wie, jak zamknięty świat działa, jakimi prawami się kieruje. Te obowiązujące strażników są dużo bardziej obciążające niż prawa między celami. Przyglądamy się zajęciu ludzi, którym brazylijski budżet płaci głodowe stawki. Co pozwala im na lata, na całe życie nawet, związać się z miejscem, w którym kończą się definicje i ramy tak zwanego normalnego świata?

Myślę, że z relacją w stosunku do uwięzionych jest w Brazylii tak, jak obrazuje to scena otwierająca reportaż. Mądry i poczciwy Araújo jest w stanie opanować i spacyfikować bunt więźniów podległego mu bloku, a potem z niedowierzaniem patrzy na to, jak do więzienia 2 października 1992 roku wdzierają się oddziały kierowane przez rząd, które urządzają krwawą jatkę pośród tych, którzy – przy umiejętnościach doświadczonego strażnika – mogliby wrócić do cel, ocalając swoje życie. To, co widzi i chce opisać Varella, to właśnie perspektywa doświadczonego strażnika więziennego, który nie dopuszcza do rozlewu krwi. To, co chciałoby widzieć społeczeństwo, obrazuje gniew i przemoc zabierające kolejne ludzkie istnienia. Nic to, że skazane, mające prawdopodobnie na swoim sumieniu śmierć ludzi w wolnym świecie. Przecież brazylijski więzień w stereotypowym sądzie społecznym to absolutny wyrzutek, którego nie ma sensu resocjalizować. Ktoś nie tyle z marginesu, ile z innego świata – stamtąd nie można się już wydobyć i nie warto w żaden sposób inwestować w to, by znalazła się droga wyjścia. Potwornie przeludnione brazylijskie więzienia są przecież tylko wylęgarnią kolejnych patologii. Drauzio Varella widzi to wszystko nieco inaczej. Widzi pojedynczego człowieka oraz ludzi, których zachowania są warunkowane przez takie, a nie inne okoliczności izolacji. Perspektywa opisu strażnika więziennego to próba uchwycenia tej wspólnej płaszczyzny, którą można nakreślić między przestrzenią uwięzienia a tak zwanym normalnym życiem, do którego bohaterowie reportażu wracają z trudnością, naznaczeni tą furią i bezkompromisowością nakazującymi im wykonywać swoje obowiązki.

Swoich bohaterów Varella przedstawia podmiotowo. Wspomniany już Araújo boleśnie doświadczony stratą dzieci. Czuły olbrzym Hulk z właściwie nakreślonym azymutem wartości. Wyborny gawędziarz Irani, którego opowieści mrożą krew w żyłach, ale i pokazują, jak konsekwentny w swych wyborach jest ich opowiadacz. Amauri, który miał mało szczęścia i nie przetrwał, wpisując się do pamiętnika mrocznych treści swoich kolegów po fachu. Wszyscy oni mają swoje ludzkie troski i chwile radości. Ich zawód wiąże się z ogromną odpowiedzialnością i wymusza ten rodzaj nieprawdopodobnego opanowania, dzięki któremu dokonują rzeczy niemożliwych. Utrzymują porządek w miejscu, które chciałoby uciec od jakichkolwiek zasad w chaos przy najbliższej nadarzającej się okazji. Strażnicy więzienni to koledzy Varelli. Ludzie portretowani barwnie i dynamicznie. Czasem wręcz w konwencji filmowej, bo część zebranych w reportażu opowieści mogłaby służyć za scenariusze filmów sensacyjnych. To mężczyźni gotowi na bezwzględne konfrontacje z podwładnymi, dla których ważne są kult siły i broń, ale jednocześnie nieradzący sobie z kobietami życia zarzucającymi im zdrady czy popadanie w alkoholizm. Władczość i charyzma w zamknięciu przechodzą płynnie w syndrom zagubionego chłopca, który otacza się hedonistycznymi bodźcami, a potem wraca na rozmowę z rozżaloną żoną wraz z kolegami z pracy wspierającymi jego autentyczny strach.

Strażnicy boją się, bo ryzykują utratę nie tylko życia. Przede wszystkim zdrowego rozsądku, rozsądnego oglądu życia toczącego się poza kratami, w czasie wolnym – tak boleśnie przecież odbieranym przez konieczność dorabiania w innych zawodach, gdy pensja za odpowiedzialną pracę nie pozwala na odpowiedzialne utrzymanie rodzin. Drauzio Varella portretuje silnych psychicznie mężczyzn, dla których siła to bycie w opozycji. Wiedzą, że aby dobrze wykonywać obowiązki, muszą najpierw poznać fakty, a później działać. Niejeden miał przystawiony do głowy pistolet czy przyłożony do gardła nóż. Więźniowie, którzy na co dzień czują respekt, pod wpływem impulsu mogą stać się okrutnymi przeciwnikami, którzy ze zwierzęcym atawizmem zawalczą o mglistą choćby perspektywę wolności w zamian za życie strażnika. Takie traumatyczne przeżycia muszą odbijać się na konstrukcji psychicznej. Są więc bohaterowie tego reportażu herosami i wewnętrznie rozsypanymi żeglarzami między kolejnymi sypialniami kochanek a kieliszkami rozmaitych trunków. Piwo służy im już tylko jako napój chłodzący. Serce musi być niezłomne, by pękać tylko wówczas, gdy poza zakładem pracy wydarzy się prawdziwa, osobista tragedia.

„Klawisze” to opowieść o przemocy, która niebezpiecznie przechodzi z więźnia na jego strażnika. O tym, jak w izolowanych warunkach przesyconych testosteronem, gniewem i agresją punkt widzenia człowieka z wolnego świata staje się punktem widzenia kogoś, kto żegna się z wolnością na zawsze. Strażnik więzienny rzadko opuszcza swoją pracę z chwilą pożegnania więziennych murów. Zabiera ze sobą wszystkie traumy, których nie ma jak i z kim przepracować, ale przede wszystkim ten oddech przemocy – cuchnący, pozostawiający ślad, stygmatyzujący na zawsze. Bo przecież to ludzie w służbie prawa, którzy mają bardzo złą reputację i których opinia społeczna nie będzie wspierać, bo uznaje za część więziennego status quo – naznaczającego złem wszystkich za murami więzienia.

Drauzio Varella wychodzi naprzeciw stereotypom myślowym, pokazując przede wszystkim kompetentnych ludzi, których nikt nie uczył nigdy fachu, i ludzi wykonujących ogromnie trudną pracę, za którą nie są godziwie wynagradzani. Jest w „Klawiszach” także sporo autorskich rozważań o tym, czym jest jego fascynacja przestrzenią więzienną. To opowieść o ludzkiej przyzwoitości i o ludzkiej małości – jedno i drugie tkwić może pod mundurem strażnika, atakować serce, pożerać oraz niszczyć świadomość. Varella opowiada jednak o oswojonym świecie, w którym nie kwestionuje znaczenia zła, ale pokazuje, że wszędzie można wykazać się empatią. Gdyby brakowało jej strażnikom więziennym, większość zamkniętych przestrzeni resocjalizacji spływałaby krwią jak w scenie rozpoczynającej reportaż. Bardzo dobry reportaż – o trudnych sprawach, których zrozumienia Drauzio Varella wcale nie ułatwia, przybliżając nas jednak do świata kojarzonego głównie z mrokiem. Tymczasem w „Klawiszach” są momenty nawet dowcipne. Warto spojrzeć na zamkniętą przestrzeń, do której otrzymujemy jednorazowy, unikatowy dostęp.

2016-09-26

"Poruszona mapa. Wyobraźnia geograficzno-kulturowa polskiej literatury XX i XXI wieku" Przemysław Czapliński

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 8 września 2016

Liczba stron: 420

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Literatura i geografia

Najnowsza książka Przemysława Czaplińskiego jest inspirująca i ponura. Inspirująca, dlatego że geografię potrafi połączyć z literaturą, granicom rzeczywistym nadać znaczenia sytuowane przez rozmaite narracje i wyznaczyć terytoria państw granicami wyobraźni piszących. Inspirująca, bo ukazująca specyficzną kondycję Polski w narracyjnych kontekstach na przemian kwestionujących nasz współudział w kulturze którejkolwiek części Europy i sankcjonujących ją jako tę, która poszukuje zakotwiczenia na mapach geograficznych oraz mentalnych. Ponura przede wszystkim przez to, że obrazuje bardzo wyraźnie problem Polski, która przygląda się w swych narracjach innościom. Poszukiwania trwałego sojuszu i znalezienie się na mapie wraz z innymi, których obserwujemy uważnie, lecz przez pryzmat polskich lęków, traum, stereotypów i ogólnej bezradności, kończą się fiaskiem. Polska, której złożoność wyraża literatura, nie zakotwicza się w żadnym z kierunków geograficznych. Wiecznie w opozycji i w kondycji bojowej względem Wschodu. Oddalająca się od struktur demokratycznych Europy (z różnych względów). Fasadowo zintegrowana z krajami Południa – od Czech po Rumunię. Zazdrośnie spoglądająca na Północ, gdzie doszukuje się przede wszystkim pęknięć w tej nad wyraz rozwiniętej nowoczesności. Czapliński – analizując przede wszystkim literaturę i w jej imieniu wypowiadając kolejne tezy – zakłada, że gdyby Unia Europejska się rozpadła, Polska byłaby pozostawiona sama sobie. Nie umiemy się zintegrować, nie umiemy pojąć tego, co odmienne, czy wciąż rozpaczliwie usiłujemy znaleźć definicje swoich przynależności budowanych zazwyczaj w opozycji, a nie na zasadzie odnajdywania podobieństw? Głos oddany jest różnym narracjom, które na przełomie XX i XXI wieku powiedziały nam o poluzowaniu się więzi w Europie więcej niż niejeden traktat, organizacja, przynależność państwowa czy szeroko pojęta polityka. Rzecz zatem wymaga uwagi i zainteresowania.

Czapliński dzieli rozważania na cztery części, porządkując je kierunkami, ale jednocześnie zaznaczając, iż oś skomplikowanych układów zależności europejskich przesuwa się z poziomu oraz dychotomii Wschodu i Zachodu do pionu, w którym bogata Północ rozpościera przez biedniejszym Południem perspektywy, których nie można zdobyć, ale trzeba starać się je zrozumieć. Główna teza, przypominana ponownie gubiącym się w dygresjach (jest ich sporo), stanowi fundament rozważań literaturoznawcy o tym, jakie granice tworzy, a jakie niweluje mnogość polskich narracji zawsze zorientowanych na jakiś kierunek. To książka o sankcjonowaniu i kwestionowaniu przynależności. Eseistyczna rozprawa z tym, gdzie naprawdę przynależymy i co określa tę przynależność. Istotne jest zdanie pojawiające się pod koniec rozważań. Mieszkamy w mniej lub bardziej rozbudowanych opowieściach, nie zaś w obiektywnych i fizycznie opisywalnych przestrzeniach. Przemysław Czapliński dokonał subiektywnego wyboru i przyjrzał się narracjom, w których zamieszkaliśmy albo z których wyrośliśmy. To będzie podróż erudyty zadziwionego tymi tropami, które wciąż komplikują nam widzenie świata, wciąż nakazują europejskiej mapie drżeć. Wciąż też stawiają pytania o to, kim jesteśmy, poprzez kontekst, nie poprzez rodzimą tradycję.

Znamienne jest to, jak dużo miejsca autor poświęca konkretnym kierunkom wycieczek narracyjnych, bo widzimy wyraźnie, które z nich bardziej go interesują. Rozważania o Wschodzie egzemplifikowanym przez Rosję zajmują więcej miejsca niż analiza narracji dotyczących Południa czy Północy. To nie jest chyba kwestia tego, że o Wschodzie napisano dużo więcej niż o innych kierunkach. Rosja i Polska wydają się połączone wiecznym kryterium zależności. Czapliński zastanawia się nad tym – i pyta o to konkretnie – jaki projekt cywilizacyjny dla Polski wyłania się z bardzo różnorodnego opisywania Rosji. Materiału literackiego do analizy jest pod dostatkiem. Bliskość i obcość jednocześnie zaznaczają teksty różnych perspektyw. Czapliński prezentuje figury wizytatora, zbieracza i tropiciela, fantastę. Pozycjonowanie się wobec Rosji jest znamienne, bo widzimy Wschód bardzo różnych perspektyw. Ryszard Kapuściński ogląda go z lotu ptaka, Krystyna Kurczab-Redlich z perspektywy ulicy. Jacek Hugo-Bader wnika w rosyjską tkankę jako włóczęga. Mariusz Wilk chce wejść głębiej za pośrednictwem języka. Rosja i Wschód okazują się tekstem. Wielowątkowym, wielopłaszczyznowym, charakteryzującym się lękiem pomieszanym z ciekawością. Mniejszym lub większym zaangażowaniem w to, jak chce się opisać Wschód i który jego aspekt wydaje się najważniejszy. Najciekawsze jest jednak wyobrażanie Rosji. Historie alternatywne – takie jak te, które stworzył Jacek Dukaj w „Lodzie”. Sposoby opisywania Rosji to perspektywy projektowania roli i pozycji Polski – w Europie oddalonej od Wschodu i jednocześnie silnie z nią związanej. To najbardziej żywa, dyskusyjna i przede operująca szeroką perspektywą badawczą część książki. Z pozostałymi jest już trochę inaczej.

W polskich narracjach o Zachodzie Czaplińskiego interesuje piśmiennictwo wciąż utrudniające komunikację polsko-niemiecką z tym wojennym odium kształtującym wciąż na nowo widzenie Niemca jako człowieka, który winien nam zadośćuczynienie. Analizując twórczość Szczypiorskiego czy Chwina, autor zaznacza płynność relacji i komunikacji polskich twórców z zachodnim światem ogniskującym się na tym, co niemieckie. To nie tylko analiza książek, które denazyfikują czy demilitaryzują Niemca. Czapliński wchodzi dużo głębiej. Szkoda, że relacje narracyjne nie zostały w swym zarysie poszerzone o wartościowe książki Magdaleny Parys czy „Berlinawę” Dawida Kornagi.

Południe to skupienie się na relacjach – w różnych kontekstach – między sąsiadami, z którymi wiele nas dzieli (Czechy obrazowane przez Mariusza Szczygła) i łączy to, z czego nie do końca możemy być dumni (Węgry widziane w narracjach Krzysztofa Vargi). Tutaj Czapliński podkreśla wyraźnie dramat braku prawdziwych narracji przynależności. Część poświęcona Południu jest nie tyle najbardziej przygnębiająca, ile wzbogacona o szerszy kontekst – ideę środkowoeuropejskości, w której liczy się waga tożsamości lokalnej, ale którą też rozsadza dość ambiwalentny stosunek do Zachodu. Najmniej wyraźna i nie tak bardzo pogłębiona jak wcześniejsze części jest ta zbierająca eseje na temat Północy. W moim odczuciu wkrada się tam pewien brak dyscypliny myślowej badacza, w związku z tym rozważania o narracjach dotyczących Północy nie dość, że zawężają się do perspektywy szwedzkiej, to jeszcze niebezpiecznie wybierają gdzieś poza myślowy azymut Czaplińskiego. Ważna książka Grażyny Plebanek dotycząca kondycji polskiego emigranta w Szwecji doczekuje się jedynie wzmianki. Rozważania opierają się przede wszystkim na twórczości Macieja Zaremby i Bronisława Świderskiego… przenosząc czytelnika w rejon wykładni interpretacyjnej skandynawskich kryminałów.

„Poruszona mapa” to interesujące studium przemian, które zachodzą gdzieś poza albo ponad geograficznymi granicami. To książka udowadniająca, że nie tylko literatura, ale także geografia jest pisaniem. Przemysław Czapliński wybiera książki, które poddaje analizie przede wszystkim metodologii opisu zjawisk ścierania się tego, co inne, i pozornego asymilowania tego, co zbliża między granicami. Miejsce Polski literatura kreśli niejednoznacznie i z trwożliwą niepewnością. Ta książka – z dodanymi cytatami często z mediów – ma być polifonicznym obrazem zmiennej rzeczywistości i wciąż zmieniających się kontekstów, które każą nam deklarować się na konkretnej osi i opowiadać w opozycji do danego kierunku. Czapliński przesuwa linie podziału i kreśli także linie porozumienia. Literatura okazuje się świetnym przewodnikiem po czasach niestabilności, w którym zmieniają się sojusze i zmienia się także polska tożsamość narodowa. Jesteśmy ciekawi innych i szukamy pośród nich własnego miejsca czy też rozpaczliwie izolujemy się, nie mogąc pojąć żadnej z obcych perspektyw patrzenia na rzeczywistość? To książka o dzisiejszych przemianach, po którą powinien sięgnąć przede wszystkim ten ogromny procent nieczytających Polaków. Bo to rozprawa wyrosła z troski o nas samych i z szacunku do literatury, która zawsze dąży do uczciwego i szczegółowego wyrażenia wątpliwości, zadziwień i ciekawości tego, co inne.

2016-09-23

"Szpagat" Joanna Chojnacka

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 28 września 2016

Liczba stron: 462

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: O mężczyźnie

Przed czterema laty ukazała się nieco prześmiewcza i ironiczna książka Piotra Adamczyka „Pożądanie mieszka w szafie” o kryzysie męskości. Jej główny bohater był zagubiony w świecie własnych przeżyć, dużo więcej fantazjował niż działał. Był zabawny, ale i tragiczny. Groteskowy, lecz jednocześnie przejmująco samotny. Konwencja książki kazała mi klasyfikować ją jako rodzaj literatury typu „chick-lit” dla mężczyzn. Zaskakująco dojrzały debiut Joanny Chojnackiej jest jakby mrocznym rewersem powieści Adamczyka. Jego bohater nie fantazjuje o kobietach, on je zdobywa – jedną po drugiej. Męskie rozterki mają charakter egzystencjalny, ale są śmiertelnie poważne. Męska melancholia połączona ze specyficznym rodzajem mizantropii oraz megalomanii daje nam powieść, która początkowo może być męcząca. Szpagat” to rzeczywiście książka jak najbardziej na poważnie. O stanie ducha mężczyzny w średnim wieku, który zdaje sobie sprawę z tego, że utracił wszystko to, co najlepsze, a teraz obsesyjnie zbiera jakieś okruchy pamięci, karmi się przeszłością, boleśnie zawikłany w czas teraźniejszy – przygnębiony i zagubiony, bez szans na odmianę losu. Czy jednak „Szpagat” to powieść o męskim utyskiwaniu, dumie i wstydzie? Niekoniecznie. Zaskakujące są dojrzałość, empatia i wyobraźnia autorki. Przecież tę rzecz napisała kobieta! Tymczasem każdy czytający mężczyzna pochyli się nad powieścią z zadumą, czasem oniemiały, świadomy tego, że czyta o własnych bolączkach. Jesteśmy w świecie, w którym męskość ukazana jest w swej wstydliwej bolesności. To są przywary, ale jednocześnie takie cechy charakteru, które determinują i szowinizm, i typowo męski cynizm, i bliskie przeżyciom wiecznego chłopca poczucie wyjątkowości oraz tego, że należne jest to czułe przytulenie, zatrzymanie świata wokół, skupienie uwagi otoczenia na sobie i podkreślenie własnej wyjątkowości.

Rzecz rozgrywa się w dość odległej przeszłości, ale trudno jednoznacznie określić ramy czasowe. To z pewnością lata pięćdziesiąte minionego stulecia. Pojawia się wzmianka o Kiepurze czy o pierwszym wydaniu „Dziennika Telewizyjnego”. To czas, w którym Warszawa już chyba całkowicie podniosła się z wojennej pożogi, choć co rusz znajdują się miejsca ciągłej odbudowy. Aleksander Biernacki – bohater „Szpagatu” – wojnę przeżył w bezpiecznym oddaleniu. Cieszył się angielską prowincją, gdy jego brat walczył z Niemcami w powstaniu. Nawiązał odpowiednie kontakty i pokochał język angielski. Stał się tłumaczem oraz wykładowcą, który spogląda na studentów z wyższością i rozczarowaniem. Nie na takie młode powojenne pokolenie liczył. Nie tak miał wyglądać jego świat. Aleksander przeżył burzliwy związek, a obecnie stara się rekompensować jego stratę, wdając się w kolejne romanse. Jest strategiem fatalnego zauroczenia. Nigdy nie spełnia się to, o czym marzy. Za seksualną przyjemnością nie stoi satysfakcja. Żadna też trwała relacja. Wszystko, co trwałe, uległo degradacji. Bohater Chojnackiej wspomina istotne wydarzenia z przeszłości, które – w taki czy inny sposób – prowadzą do jednej ze smutniejszych scen, czyli do oczekiwania pod kinem Moskwa, z niewręczonymi kwiatami, z tym wiecznym próżnym wypatrywaniem tej, która już nigdy nie przyjdzie.

Rodzina jest w „Szpagacie” jednocześnie miejscem opresji i dramatu oraz czymś, co wytwarza wyjątkowe, chociaż trudne więzy. Kostyczny ojciec we wspomnieniach Aleksandra jawi się jako człowiek, z którym zbudowanie jakiejkolwiek bliskości było niemożliwe. Matka jest niczym cień. Była obecna, ale trudno określić wagę tej obecności teraz, kiedy mężczyźnie pozostają tylko rodzinne wspomnienia przełamane smutkiem i złością. Jest przy nim córka. Mieszka z nim. Właściwie to chciałby mieć syna i bardzo ubolewa nad tym, że go nie spłodził. Syn rozumiałby go lepiej, byłby prawdziwą ostoją. Ojciec trwa w przekonaniu, iż Elżbieta winna jest mu wdzięczność za to, jak ją wychował. Tymczasem obserwujemy narastające konflikty między nimi. Jest pewna płaszczyzna porozumienia, ale jednocześnie nawarstwiają się antagonizmy. Wszystko tkwi w przeszłości. W czasie, w którym doszło do ruiny pewnych więzi. Gdy związek przestał być nim formalnie i gdy Aleksander pozostał sam ze swoim poczuciem pustki, życiową goryczą i trudną do przełknięcia samotnością. Chojnacka opowiada o człowieku, który rozpaczliwie poszukuje w życiu spokoju. O męskiej bezradności, którą trzeba skrywać gdzieś w sobie, bo otoczenie musi widzieć mężczyznę dumnie wyprostowanego – świadomego swoich błędów, ale niekoniecznie skłonnego do ich naprawiania. Aleksander gra zatem zdobywcę, dla którego świat jest frontem wojennym. Wywalczył sobie wszystko, co miał, i to wszystko mu odebrano. Wraz z nim poszukujemy przyczyn tych wszystkich nieszczęść, z którymi się boryka, i zdajemy sobie sprawę z tego, że świat widziany oczyma Aleksandra to nie jest świat prawdziwy. Joanna Chojnacka tak buduje swoją narrację, że jej bohatera na początku nie darzymy sympatią. Irytuje i sprawia, że chce się odłożyć książkę. Intryguje nieco później. Otwiera się przed nami odmienny wymiar postrzegania rzeczywistości, gdy Aleksander przestaje już udawać, staje się szczery – przede wszystkim względem siebie samego.

„Szpagat” to opowieść o udręce pamiętania, o bardzo bolesnych relacjach i konsekwencjach pewnych działań, które miały na celu nie to, do czego doprowadziły. Zaskakujące są zwroty akcji oraz odkrywanie kolejnych toksycznych zależności, w których tkwią bohaterowie książki. Joanna Chojnacka tworzy z jednej strony prozę bardzo statyczną, stonowaną, przepełnioną melancholią i chwilami przewidywalną. To jednak tylko pozory. Pod powierzchnią uporządkowanych w pamięci zdarzeń czai się chaos emocji. Dlatego „Szpagat” to książka o dosłownej konfrontacji ze światem. Konfrontacji wszystkimi zmysłami. Także o tym, co złego możemy sobie uczynić, kiedy zaczniemy mieć do świata pretensje o to, o co nigdy nie powinniśmy ich mieć, bo sporo wydarzyło się głównie dzięki nam. Przez nas. Aleksander przeklina pewne gesty, sytuacje, niewłaściwe decyzje. Jednocześnie musi stale mierzyć się z konsekwencjami tego, co zrobił, i tego, co w odwecie jemu zrobiono. Czego chce? Stabilizacji i pewności, że jest jakaś celowość w życiu. Być może też wysłuchania. Jedynym wiernym słuchaczem jest sąsiad alkoholik, dla którego opowieści Aleksandra są słowami z jakby innego wymiaru. Czy znajdzie się coś albo pojawi ktoś, kto zmieni optykę bohatera „Szpagatu”? Do czego zmierzają jego wnikliwe dywagacje, drobiazgowe analizy, obsesyjne wizje i wnioski, które utrudniają mu życie? Myślę, że jest to opowieść o pewnym specyficznym rodzaju wrażliwości przeznaczona także dla specyficznych czytelników. Takich, którzy czytają bez zniecierpliwienia i są w stanie zrozumieć, w jaki sposób z błahego na pozór wydarzenia może się zrodzić w świadomości ludzkiej egzystencjalny dramat.

Joanna Chojnacka opowiada o tym, że nie można w życiu wciąż uciekać. Od wspomnień, od samego siebie. Nie można żyć tylko fragmentarycznie. Nie warto walczyć o przeszłość, która odeszła na zawsze. Kobiece pióro, męska perspektywa. Powieść dramatyczna, a jednocześnie niosąca nadzieję. Studium mizantropii i megalomanii, ale także tęsknoty za szczęściem. Pasjonujące, choć bolesne i chwilami trudne do przyswojenia. „Szpagat” to także niezwykle interesująca próba wejścia w świat przeżyć drugiej płci. Chojnackiej nie wystarczy założenie spodni i domalowanie sobie wąsów. Ona penetruje świat męskich przeżyć z zaskakującą uwagą, przenikliwością i dokładnością.


PATRONAT MEDIALNY

2016-09-21

"Mikroelementy" Łukasz Suskiewicz

Wydawca: FORMA

Data wydania: 16 sierpnia 2016

Liczba stron: 104

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 28 zł

Tytuł recenzji: Obrazki codzienności

Opowiadania Łukasza Suskiewicza – mroczne i ponure – są bardzo sugestywnym świadectwem tej części naszego życia, z którą nigdzie się nie obnosimy i której nie analizujemy. Chodzi o szarość, powtarzalność oraz poczucie uciekającego czasu. Nie daje on już żadnych nowych bodźców, nie niesie doświadczeń. Jest okresem, w którym staramy się przede wszystkim przetrwać – nie oczekując zmian, nie wnosząc nic w życie bliskich osób, samotnie zasklepiając się pośród rytuałów codzienności. A przecież, jak pisze autor w jednym z tekstów: Człowiek, który zrobi wszystko, by przetrwać, jest zagrożeniem nie tylko dla siebie. „Mikroelementy” mówią o tej grozie w sposób sprawozdawczy. Jednocześnie widzimy, że Suskiewicz staje się kronikarzem naszej sfery wstydliwości, naszych kompleksów i frustracji. Powraca do tez nakreślonych w świetnych „Zależnościach”. Przypomina, iż część z nas okopuje się w bastionie nudy i przyzwyczajeń, bo inne życie wydaje się niemożliwe, czasem niebezpieczne. To także książka o tym, że niesiemy ze sobą przez życie patologie rodzinne w najróżniejszych formach, i w tym znaczeniu poprzednie „Zależności” były preludium do okropnego świata tej książki. Tylko co tak naprawdę jest okropne? Świat czy nasze jego wyobrażenia?

Autor przyjmuje różne punkty widzenia, dopasowując do nich język. Mamy opowiadania z krótkimi, siekącymi zdaniami i teksty budujące swą karkołomną składnią smutny strumień świadomości. Cechą wspólną tekstów jest to, że boli w nich pustka zakończeń. One nawet nie są otwarte. Z ostatnim zdaniem wpadamy w jakąś mroczną otchłań – czasem dosłownie jak bohater opowiadania „Diabeł i meskalina”. Łukasz Suskiewicz pozwala nam pojawić się w życiorysach swoich bohaterów tylko na chwilę. Niektórzy przez tę chwilę opowiedzą całą swą traumę istnienia i wyrażą gorycz egzystencji z takim, a nie innym statusem. Inni będą nas zwodzić, nie wypowiedzą się wprost. Będą za nich mówić zachowania lub gesty. Język stanie się bezradny, a jednocześnie będzie też narzędziem do konsekwentnego punktowania tych życiowych niedoborów, które czynią z naszego życia piekło. Piekło istnienia w „Mikroelementach” jest przestrzenią bardzo dobrze oswojoną. Na to piekło pracowały czasem wcześniejsze pokolenia, ale równie zręcznie sami osadziliśmy się w roli cierpiętników. Czasami jedyną – nieskuteczną – alternatywą jest wzięcie magnezu, kupno nowego samochodu, odejście od partnera, alkohol lub wybielanie zębów. Nic nie jest skuteczne, bo Suskiewicz wie, jak mocno trzymamy się wykoślawionych granic naszego istnienia tylko dlatego, że boimy się tego, co jest poza nimi.

Wchodzimy w blask zimnego światła, którą to metaforę Suskiewicz pożycza od Michaela Giry, tytułując nią także jedno z opowiadań o kobiecie z poczuciem kontroli wszystkiego poza procesem starzenia się. Starość może przerażać bardziej niż śmierć. Także samotność; w nią niektórzy w tych tekstach osuwają się nagle i bez możliwości ratunku, powrotu do normalnego życia. A to normalne życie jest przede wszystkim ciągiem zależności, układów, trwaniem pośród form i obowiązków, pomiędzy jednym zmęczeniem a drugim, między jednym niespokojnym snem a kolejnym. Odnosi się wrażenie, że każdy pedałuje wciąż pod górkę (jak bohater „Rowerzystów”) albo wybiera sferę profanum, by poczuć swe istnienie, albowiem sacrum jest tylko obietnicą i tęsknotą za czymś niespełnionym („Odciski”). To opowieść o kilku rodzajach tożsamości i wiecznej tęsknocie za innym porządkiem albo odmianą losu. Ale jest to książka także o osadzeniu się w pozorach egzystencji, bo nie ma siły ani przekonania, by cokolwiek zmienić. Można nienawidzić partnera, ale wieczorem się do niego przytulać. Można fantazjować o rozbuchanym życiu erotycznym, ale mimo to czuć pewność oswojonego ciała obok, z którym nie łączy nas wiele, jednak nie stać nas na żadną ekstrawagancję.

Teksty w tym zbiorze są różnej jakości. Bywają słabsze. Ale są też takie, dzięki którym ten zbiór ożywa różnorodnością: mroczny „Real”, bezkompromisowi „Statystyczni” czy jedyny znacząco symboliczny tekst zbioru – „Bydlę”. W „Kręgach” jest mowa o tym, co sugestywnie nakreślały „Zależności” – pojawiają się pytania o to, co dziedziczymy po naszych przodkach i dlaczego tak często są to bolesne niedomówienia, bywa, że kłamstwa, nierzadko rozciągnięte na kolejne lata milczenie w rodzie. To też opowiadanie o tym, że mroczna spuścizna determinuje nasze działania, ale i wywołuje stany niepokoju, bo przecież moglibyśmy być kimś innym, gdyby nie błędy naszych rodziców czy dziadków.

Łukasz Suskiewicz snuje rozprawy o ludzkich ograniczeniach i o możliwościach, na które się nie decydujemy. To opowiadania o sile negatywnych emocji i o ludzkiej pogardzie budowanej w opozycji do porządku świata. „Mikser” to przerażająco aktualne studium tożsamości subkultury zbudowanej przede wszystkim na figurze wroga. Kogoś, kogo należy zniszczyć, usunąć z pola widzenia. Kiedy nie da się solidnie przyłożyć samemu sobie, trzeba znaleźć ofiarę. „Mikroelementy” są może nie tyle o ofiarach, ile o uwarunkowaniach, w jakich tworzymy to, co nazywamy bezpieczną codziennością. I przywiązujemy się do niej nadzwyczaj mocno, bo mimo wszystko dużo ważniejsze jest to, co naprawdę mamy, niż to, co moglibyśmy mieć, a o co trzeba powalczyć.

Myślę, że to jedna z książek sugestywnie opisujących naszą niegotowość na przemijanie, któremu przecież podlegamy w każdej minucie każdego dnia. „Założenia” opowiadają o rozczarowaniu tym, co jest wokół, ale i o lęku przed zmianą. Nieszczęścia definiowane są na różne sposoby, ale Suskiewicz sugeruje, że ta opresyjna rzeczywistość jest dla wielu naturalnym środowiskiem życia. Nie sugeruje bohaterom, co mogliby zrobić. Nie ma w „Mikroelementach” żadnych czytelnych komentarzy autorskich. Jak wspomniałem na wstępie, Suskiewicz stara się stworzyć karty kroniki życia, które upodla, ale i takiego, do którego jesteśmy bezwzględnie przywiązani. Przygnębiająca, jednak też interesująca rzecz.


PATRONAT MEDIALNY

2016-09-19

"Tymczasem" Izabela Sowa

Wydawca: Znak

Data wydania: 28 września 2016

Liczba stron: 304

Oprawa: miękka

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Gotowość do zmian

Świetna jest nowa powieść Izabeli Sowy. Mądra i rozważna, choć początek nie zapowiada niczego wyjątkowego. Czyta się tę narrację z narastającą trwogą o to, czy wszystko, co uznajemy w życiu za pewne, jest tym w istocie. Czy istnieje naprawdę. W jakim wymiarze my sami istniejemy i czy nie boimy się przypadkiem utknięcia w życiowej tymczasowości, bo jakakolwiek pewność i stabilność wywołuje większy lęk niż trwanie pośród złudzeń i na przekór światu, który wydaje się niezmienny. Izabela Sowa w swej nowej powieści opowiada przede wszystkim o życiowej przemianie w mieście, które ma swoje bolączki, ale nie ma kompleksów. Kraków stanie się areną zmagań – z rozpaczą po śmierci bliskiej osoby, ale także ze zmianą perspektywy. Po jej dokonaniu życie przestanie być tymczasowe. Można zadać sobie kilka pytań bohaterów – o to, kim naprawdę jesteśmy, jak kształtują nas inni, oraz o to, jaki obraz świata odrzucamy, żegnając się z młodością, a na jaki wciąż nie jesteśmy gotowi, wkraczając w odpowiedzialną dorosłość.

Monique w życiu zawodowym jest specjalistką od złudzeń. Stylistka, która dawniej miała swój program telewizyjny, teraz zmaga się z poczuciem wyobcowania, bo jej praca i starania zdają się nikogo nie interesować. Monique zawsze mówiła swoim klientkom, że najważniejsza jest odwaga – przede wszystkim ta w dokonywaniu wyborów. Wybory bohaterki nie okazały się trafne. Monique czuje, że ma ogromny problem z asertywnością, a jednocześnie nie lubi zamieszania wokół swojej osoby. Odsuwa się gdzieś na margines życia, choć wcześniej miała – złudne zapewne – mniemanie o tym, że jest w jego centrum. Sowa przedstawia nam swą bohaterkę w momencie, w którym symboliczne wyłączenie prądu w jej mieszkaniu ma wywołać impuls do zmian. O oświetlenie, pewną jasność i klarowność swego dalszego życia Monique będzie musiała powalczyć. Tymczasem korzysta z oferty swojego byłego partnera, który proponuje jej pobyt w swym krakowskim mieszkaniu. Po to, żeby odsapnąć. Spojrzeć na pewne sprawy inaczej. Zmienić perspektywę.

Tracąc pozycję zawodową, bohaterka „Tymczasem” jednocześnie zapada się w sobie. Potrzebny jej impuls, by wyrwać się z marazmu. Na jej drodze nieoczekiwanie staje charyzmatyczna Brzytwa. Kobiety wspólnie odkrywać będą tajemnicę śmierci bliskiego Monique wuja Augusta. Jednocześnie każda z nich weźmie ze znajomości wiele dla siebie. Po to, by dokonać zmiany. Pożegnać tymczasowość, sztuczność, wieczne wahania przed życiem na całego i przed byciem sobą, skrytą pośród pewnych żałości oraz narastających wątpliwości, czy kierunek egzystencji jest właściwy.

Izabela Sowa portretuje Kraków oczyma osoby, która wraca do miasta po latach. Jest w tym sporo sentymentalizmu, ale to nie tylko odwołania do wyobraźni tych, co pamiętają istnienie baru Smok czy pewną prowincjonalność miasta, które stało się światową metropolią. Chodzi też o to, jak pewne sprawy, niektóre miejsca i kilku ludzi widzi się po latach. Chodzi o Augusta, wujka Monique, osobę witającą ją kiedyś w Krakowie, gdy po raz pierwszy zerwała ze stygmatem podhalańskiej prowincji i zgodziła się na to, by pożegnać wszelkie formy dziadostwa, które w niej się skryły. August to człowiek kroczący swoją ścieżką. Pewny siebie mentor, który chce młodziutką dziewczynę wpasować we właściwy tor. Po to, by nie błądziła i nie utknęła w tym, co tymczasowe. Egzystencja Augusta okupiona jest ofiarami. Najważniejszą z nich staje się samotność. Jednak w swym wyobcowaniu wuj jest bardzo silny i konsekwentny. Monique chce w Krakowie skontaktować się z nim po latach i być może podziękować za cenne lekcje życia. Tymczasem dane jej będzie skonfrontować się z innymi ludźmi, ze swoją przeszłością i z poczuciem zagubienia. Mimo wszystko dzieje się jednak coś, co można określić mianem właściwej zmiany. Bohaterka Sowy odczyta na nowo słowa sprzed lat, a ważne retrospekcje nabiorą innego znaczenia, kiedy przyjrzymy się bohaterce ukształtowanej w taki, a nie inny sposób przez warszawską codzienność. W niej Monique grała ze złudzeniami. W Krakowie jest gotowa pozbyć się ich.

„Tymczasem” opowiada o różnych formach samotności, której doświadczamy, rozprawiając się we własnym wnętrzu z tym, co nas niepokoi, warunkuje nasze działania i każe nieustannie dokonywać wyborów, których potem się żałuje. Sowa sugeruje, że jej bohaterowie musieli przebyć trudną drogę, by w punkcie dnia dzisiejszego odważnie przejąć odpowiedzialność za siebie. Także za pamięć o kimś, kto nie będzie już w stanie udowadniać swojej wyjątkowości. Ta książka odwołuje się do tego, że pamięć o przeszłości oraz ludzka tożsamość idą ze sobą w parze. Żaden wyjątkowy to wniosek, jednak w tej powieści rozważania natury egzystencjalnej sprytnie łączą się z kwestiami bytowania i pewności swoich czterech kątów. Sowa opowiada o dramatach lokatorów kamienic własnościowych, opowiada też o kilku innych mieszkaniach – przestrzeniach opresji i zadowolenia z siebie.

To książka o tym, jak często – z różnych powodów – wybieramy życiową prowizorkę, w której nie trzeba zwalniać tempa, nie trzeba się zakorzeniać, specjalnie myśleć o swoim miejscu na ziemi, utożsamiać go z własnym lokum. Izabela Sowa opowiada o życiowym pędzie, w którym kiedyś trzeba się zatrzymać. Także o tym, że nigdy nie możemy mieć pewności tego, iż na naszej drodze pojawi się nowa, zmieniająca wszystko znajomość. To również powieść o wspomnianej już zmianie perspektywy. O tym, jak trudno na własne dokonania spojrzeć nieco inaczej, krytyczniej i uważniej. Sporo wiedzy o sobie otrzymujemy od innych ludzi, ale niekoniecznie tę wiedzę przyswajamy. Chcemy być kowalami własnego losu, a jesteśmy zależni od wielu różnych czynników. Bohaterowie Sowy na kilka różnych sposobów pokazują, czym jest odwaga spojrzenia sobie w twarz. Tak naprawdę i uważnie. To zatem książka o wszystkich niezbudzonych w nas nadziejach i marzeniach, które zamierają gdzieś w tymczasowości życia, ale na pewno się o siebie upomną.

„Tymczasem” to powieść wyraźnie nakreślonych postaci i kilku wyraźnych tez. Początkowo nie sygnalizuje swojego przesłania i może uśpić czytelniczą czujność. Moc sprawczą ma tutaj Kraków – wspomniane już miasto bez kompleksów. Przez pryzmat jego rozwoju i zmian przyglądamy się temu, do jakich wniosków dochodzą bohaterowie, by zmienić siebie. Czyta się z dużą przyjemnością, bo to prosta książka o niekoniecznie prostych sprawach. Zmiana to zawsze i trauma, i szczęście. Zmienić siebie można, tylko akceptując fakt, że przyszedł na tę zmianę właściwy czas.