Nowość

Nowość
Patronat medialny "Krytycznym okiem"

2019-07-22

„Nazywam się Stephen Florida” Gabe Habash


Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 5 czerwca 2019

Liczba stron: 413

Przekład: Jędrzej Polak

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Osobność i determinacja

Świetny debiut. Nie tyle o wyobcowaniu, ile o tym, jak jesteśmy w stanie zawęzić swoją perspektywę oraz ograniczyć działania, aby uznać, że ten minimalistyczny sposób jest receptą na spełnienie. A za tym idzie już coś o wiele groźniejszego, czyli uproszczenia, minimalizacje, stereotypizowanie, ale przede wszystkim całe spektrum neuroz, które Gabe Habash u swojego bohatera doskonale portretuje. „Nazywam się Stephen Florida” to opowieść o skryciu pod fałszywą tożsamością jedynego prawdziwego życiowego celu. O determinacji w dążeniu tego celu, ale jednocześnie o coraz mroczniejszym eskapizmie. Trudno powiedzieć, czy bohater książki jest bardziej neurotykiem, egocentrykiem, czy zwyczajnie niegroźnym samotnikiem. To ostatnie kwestionowane jest przez opisy tego, jak działa, co robi. Niby mimochodem, a jednak bardzo zasadniczo pokazywane są reakcje i działania odwetowe na sytuacje, które nie powinny wytwarzać poczucia zagrożenia. Zagrożony czuje się Stephen, ale tak też może czuć się jego otoczenie. Dlatego najlepiej zachować bezpieczny dystans i uznać go za dziwaka. Habash nie portretuje jednak mizantropa. Proponuje wiwisekcję duszy człowieka wyjątkowo nieobliczalnego, jeśli brać pod uwagę czytelne i proste priorytety. Młodego i zaskakującego w swych zachowaniach studenta, dla którego życie wcale się nie zaczyna. Ono się może za chwilę skończyć. Wtedy, kiedy bohater osiągnie swój cel w zawodach sportowych.

Stephen już w łonie matki był zachłanny. Potem musiał mierzyć się z utratami. Jego reakcją na przypadkową i idiotyczną śmierć rodziców był krzyk, który został skryty gdzieś wewnątrz, stwarzając jednocześnie wyraźny dystans do świata Młodzieniec zamyka jakąkolwiek ekspresję w sobie, wydobywając ją na zewnątrz tylko podczas walk zapaśniczych. Gabe Habash opowiada o takiej formie bycia ze sobą w zgodzie, która nakazuje trudne kompromisy. Życie dla bohatera jest nieustannym ścieraniem się. To dosłowne ścieranie się ciał na macie kontrastuje z tarciami wszystkiego, co dla Stephena jest niezrozumiałe, zaskakujące, niemieszczące się w skąpym systemie pojęć i specyficznym poczuciu sprawiedliwości. Rewelacyjne jest odnajdywanie tych momentów, w których skorupa chłopaka pęka, wydostaje się z niej coś, co tak kompulsywnie chce on zatrzymać w sobie. Nie tylko złość i frustracje. Także przekonanie, że najważniejsze jest opanowanie siebie na poziomie emocji poprzez ich minimalizowanie. Ale to droga piekielna i Habash świetnie ją pokaże. Droga bez prawdziwego kontaktu z samym sobą, choć sankcjonowana jako jedyna ze względu na narzucone cele i określone możliwości. Życie Stephena to niezrealizowany dramat szans, na jakie z różnych powodów się nie decyduje. Dramat wyobcowania jako złudnego azymutu porządku po bolesnej utracie. Bez poczucia, że samotność może dławić, ona jest stanem do zagospodarowania działaniami. Wtedy może być dobrze. Tyle że nic tu nie jest dobrze.

Znamienne są niektóre egzystencjalne przemyślenia bohatera, jak choćby to, że nie ma co być dumnym z życia, którego poprawność albo spełnienie modelują na przykład dobrze dobrane leki. Stephen jest bezkompromisowy. Życie należy przeżyć świadomie, odważnie, konfrontacyjnie i bez żadnych możliwości łagodzenia stanów napięć. Te są w jego mniemaniu sprzężone z potrzebami lub niedoborami ciała. Stephen myśli i działa swoim ciałem. Jest w zasadzie tylko jego potrzebami i oczekiwaniami. Dlatego kalekie są jego relacje z rówieśnikami, a kontakty z płcią przeciwną to szereg porażek definiowanych jednak inaczej w jego umyśle. Tam tkwi tylko jeden rodzaj porażki – przegrana na macie. Każdą ma w pamięci, każda ma mobilizować do pracy nad sobą. Ta powieść pokazuje jednak, że kompulsywne utrzymywanie siebie w stanie gotowości do wyznaczonego zadania to rujnowanie w sensie o tyle nieoczywistym, że efekt tej ruiny może nadejść później.

Ważna jest także przestrzeń, w jakiej osadzone są zdarzenia, i może odrobinę istotny także czas, tu dość dyskretnie sugerowany tytułami seriali, jakie ogląda bohater. Dakota Północna, amerykańskie peryferia. Prowincja nie tyle pozbawiona możliwości, ile przede wszystkim ogniskująca w sobie wielu specyficznych ludzi. Jak na przykład wykładowca, który być może zabił żonę. Fikcyjne Oregsburg ze swą specyficznością i charakterystyczną mentalnością ludzi przyzwyczajonych do niespiesznego rytmu życia, którego nie rozbija ani siarczysty mróz, ani gwałtowne tornado, dają Stephenowi swoiste zielone światło, by działał w swoich ograniczeniach tak, aby czuć tego sens i dalszą potrzebę izolowania bodźców oraz wrażeń. Świat, do którego przybywa i który tak chłonie w kapitalnej scenie biegu z podniesioną głową i zamkniętymi oczami, staje się dla niego przestrzenią umożliwiającą realizację jego prostych zamierzeń, nieingerującą w tworzone po drodze neurozy, akceptującą wszystko dzięki prostym definicjom i uznaniom. Stephen to po prostu specyficzny młody człowiek, który nieprowokowany nikomu krzywdy nie zrobi. Warto jednak cały czas myśleć o tym, co robi sobie i w jaki sposób jego pozornie uporządkowany świat staje się coraz bardziej opresyjny.

Jest także miejsce na miłość albo uczucie, które można w uproszczeniu czymś takim nazwać. To coś innego i nowego, co nieco burzy uporządkowaną strukturę życia i funkcjonowania bohatera. Skłania go do działań, którym sam się dziwi. A jednocześnie uchyla furtkę do tego innego sposobu funkcjonowania, dalekiego od zakrzepłych emocji oraz uczuć. Fascynujące jest to, jak rozpada się to metodyczne wyliczanie, sumowanie, analizowanie wyników i działanie zadaniowe u młodego chłopaka mającego w swoim mniemaniu patent na doskonale zaplanowane życie. Pęka gdzieś pozorna szorstkość i te momenty są w lekturze powieści najciekawsze. Na równi z tymi, które mają miejsce, gdy coś jednak pójdzie nie tak, uporządkowane życie rozbije nieprzewidziana kontuzja. „Nazywam się Stephen Florida” to zatem opowieść o największej obsesji, czyli o samym sobie. Precyzuje i sugeruje, w jakich warunkach i późniejszych okolicznościach może zamienić się w złudny życiowy priorytet. To także pełna – paradoksalnie mimo tematyki i nagromadzenia testosteronu – liryzmu opowieść o życiu wdzierającym się ze swą nieprzewidywalnością do umysłu, który chciałby pozwolić działać emocjom, ale wie, że nie jest to możliwe. Z jednej strony powieść wyjątkowo przygnębiająca. Z drugiej – pokazująca pewien dynamizm charakteryzujący człowieka poszukującego. A w tym wszystkim także pasja, determinacja oraz siła samostanowienia zderzone z delikatnością oraz czułością, które chcą się wydobyć, zaistnieć, zburzyć porządek i wyznaczyć drogę poszukiwań. Bardzo spójna i intrygująca powieść o tym, że ostatecznie w życiu zawsze pozostajemy sobą, ale czasem jest to bardziej opresyjne niż wszystkie formy relacji z innymi ludźmi i kontakty ze światem oferującym tę przerażającą różnorodność. Bardzo dobra książka.

Brak komentarzy: