2026-01-12

„Trać i żyj. Co nam dają straty” Bernadetta Janusz, Monika Rusin

 

Wydawca: Wydawnictwo MANDO

Data wydania: 17 września 2025

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 45,90 zł

Tytuł recenzji: Wobec czegoś, co odeszło

Zazwyczaj to recenzent omawia książkę. W tym przypadku książka będzie recenzować piszącego. Przez blisko dwadzieścia lat nie pozwoliłem sobie na tak osobisty tekst recenzyjny. Tym razem zrobię wyjątek. Bo jako osoba w kryzysie uzyskałem bezinteresowną pomoc Wydawnictwa Mando, które całkiem niedawno ofiarowało mi tę książkę – mam wrażenie, że pominiętą w recenzjach. Tę z grupy, po którą w ogóle nie sięgam, bo nie mam potrzeby czytać ani poradników, ani literatury faktu, która wskazuje, jak żyć (choć przecież na dobrą sprawę w sensie symbolicznym cały segment recenzowanej przeze mnie literatury pięknej w mniejszym lub większym sensie to robi). Publikacja ma charakter rozmowy. Dyskutują ze sobą psycholożka kliniczna Bernadetta Janusz i redaktorka książek Monika Rusin. Trudno orzec, czy więcej ciekawszych tez zawierają pytania, czy będące ich wynikiem odpowiedzi. W bardzo spójny sposób autorki przeprowadzają nas przez całe życie: od narodzin do śmierci, dyskutując o istocie, intensywności, wpływie utrat na życie i trudności ich udźwignięcia. Bo przecież całe nasze życie to strata. Każdy kolejny przeżyty dzień jest utratą i to potęga pamięci (a z książki wynika, że nie tylko) pozwala nam uznać przedwczoraj czy wczoraj za czas zyskany, nie utracony.

Ze szczególnym zainteresowaniem czekałem na rozważania dotyczące ludzi w moim wieku, tak zwanym średnim, w którym ma się dużo większy wgląd w siebie, ale często dużo trudniej zrozumieć, unieść i zaakceptować utratę. Autorki sugerują, że najwięcej strat różnego rodzaju przynosi właśnie wiek, w jakim jestem. A ponieważ poniosłem ze swojej winy stratę, której nigdy bym nie antycypował (o antycypacjach utrat również jest w tej publikacji) i znajduję się w sytuacji, w której tylko w niewielkim stopniu mogę ją przekuć w zysk, zdaję sobie w pełni sprawę z tego, że utraciłem zyskane na dwa lata marzenia i zrobiłem to na własne życzenie, a teraz, żyjąc wciąż na dwóch walizkach, czytam o tym, co i w jaki sposób ludzie tracą przede wszystkim po to, by się potem podnieść.

Siłą rzeczy większość rozmowy dotyczy dzieciństwa i dorastania. Autorki bardzo dużo uwagi poświęcają relacjom między rodzicami a ich dziećmi, na każdym rozwoju tych drugich wskazując straty możliwe do odpracowania i takie, których odrobić się nie da. Jedna z tez głosi, że czasami z domu rodzinnego zabieramy ze sobą definicję życia brzmiącą „musi boleć”. Inna wskazuje brak psychologicznych kompetencji rodziców, by ich dziecko czuło się do końca otoczone opieką i bezpieczne. Do końca, czyli do momentu, w którym wciąż bezwzględnie tego potrzebuje. Jako dziecko poznałem i zabrałem w dalsze lata dużo mocniejszą i bardziej dramatyczną definicję życia. Janusz i Rusin opowiadają o klasycznych rodzinach, w których utrata staje się zarówno funkcją koegzystencji, jak i wynikiem określonych działań. Są tu fragmenty fascynujące dla osoby bezdzietnej – wskazują te newralgiczne punkty, w których straty czynią w dziecku spustoszenia, bo jego opiekunom brakowało rodzicielskich kompetencji. Ciekawa jest teza sugerująca tak zwaną nadmierną czujność nazwaną tu także po angielsku. Nie jest to więc zjawisko (a może proces), który pojawia się tylko na potrzeby tych rozważań. 

Jest mowa o stanach lękowych, które się pogłębiają, a rozpoczęły się od straty czegoś, co nie powinno zostać utracone. Bo najbardziej fascynujące jest analizowanie w tej rozmowie zjawisk, zachowań i relacji, które odpowiednio zaistniałe mogłyby przekuć się w zysk, a nie stratę. Jednakże rozważania dotyczą tego, co utracone, co zaczyna się tracić albo myśli się o tym, jak o utracie – choćby dziecięcia niewinność, której dorosłość nakazuje żyć wedle innych praw i pewne sfery myślenia czy zachowania pozostawić za sobą. Rozmówczynie analizują praktycznie każdy aspekt dorastania, skupiając się również na niepokojących objawach relacji rodziców, które rzutują w bardzo nieoczywisty sposób na dzieci. Dlatego „Trać i żyj” ma bardzo trafnie ustawioną kolejność czasowników w tytule, albowiem poznajemy historię ludzi, którzy dopiero po utratach są gotowi znieść je, zaakceptować i dokonać zmian. A potem żyć pełnią życia.

Nie chce mi się wierzyć, że choć Bernadetta Janusz ma całą tę psychologiczną i socjologiczną wiedzę o różnych etapach oraz formach utraty i dotyczących ich problemów, to zgłasza się do niej tak mały – jak sama wspomina – odsetek ludzkości. Jedna z odpowiedzi nasuwa się tu sama: to zjawisko wypierania tego, co utracone, milczenia o tym, tworzenia z tego w pamięci czegoś zupełnie innego, co już tak nie boli, ale przede wszystkim kształtowania mechanizmów ochrony przed tak zwanym normalnym życiem, w którym traci się albo niewiele, albo bezboleśnie.

W gruncie rzeczy jest zupełnie inaczej. Autorki bardzo ciekawie prowadzą tę część rozmowy, w której niegotowe na straty dzieci wypracowują sobie własne sposoby na to, by sobie z nimi radzić. To też książka pochylająca się nad tymi rodzicami, którzy w pewnych kwestiach są bezradni i nie są w stanie zapobiec stracie. Mowa jest o kreowaniu mechanizmu „końca świata” przez dziecko, ale nie jest to książka pesymistyczna w swej wymowie. W wielu mądrych radach wskazuje, jak walczyć z utratami w każdym wieku, lecz prezentuje też czasem bezradność wobec problemu. Nie jest to zatem klasyczny poradnik o tym, że utrata może być wartością lub czymś, co może uczynić nas silniejszym. To w dużej mierze książka o słabości. A ciekawa dla mnie staje się wówczas, kiedy dociera do utrat związanych z moim wiekiem. I wtedy czytam ze wściekłością, oburzeniem, potem bezradnością i zwyczajną ciekawością.

Dlaczego? Bo Janusz i Rusin opowiadają o ludziach, którzy przeżyli zasadniczo większość życia, ale nie to jest dla nich utratą. Stratą może być bardzo bolesne marzenie. Nawet to realizowane. Rozmówczynie mówią o ludziach w średnim wieku, którzy decydują się na porzucenie opresyjnych schematów i zrobienie czegoś nazywanego zdroworozsądkowo szaleństwem. Spróbowałem tego. Postanowiłem wziąć od życia wolność Fromma i pokonałem FOBO, a efektem tego jest teraz pozostanie w pustce, lęku i zawieszeniu. „Trać i żyj” to ciekawa fantazja o starości, która jest okresem bardzo rozmaitych przemyśleń o tym, co się utraciło bezpowrotnie, co się traci teraz i jakie formy utraty można jeszcze zamienić w zysk lub chociaż odzyskanie. I docieramy w końcu do tej najważniejszej i nieodwracalnej straty: życia. Zanim to jednak nastąpi, książka ta opowie o schematach radzenia i nieradzenia sobie z tym, co odchodzi, ale również o sile tkwiącej w pierwszym i paradoksalnie drugim schemacie. Ciekawe jest tu również nawiązanie do filmów w związku z tytułowymi rozważaniami. Ja z pewnością dodałbym tutaj znakomitą „Symfonię o umieraniu” Mattiasa Glasnera (jeden z bardziej wstrząsających filmów ubiegłego roku) – o tym, co traci się w relacjach i co doprowadza do utrat realnych, ale wszystko ma niesamowicie skomplikowaną strukturę. Drugi z filmów, równie poruszająca „Strefa interesów” Jonathana Glazera, mówi wręcz o patologii utraty. Utraty człowieczeństwa także. Bo w tej książce będzie mowa o konkretnych stratach i rzeczach, które nie wrócą, lecz również o reakcjach na utratę tuż obok, która nie dotyczy danej osoby, ale wobec której trzeba zająć jakieś stanowisko.

To nie poradnik. To nie zbiór truizmów. To nie jest książka, która ma krzepić, ale też nie jest to publikacja wprowadzająca w mroczny nastrój. Kwestia nastroju powiązanego z faktem jakieś straty też jest tutaj chwilami poruszana. Podoba mi się kompatybilność rozmówczyń – przytakują sobie może zbyt często, ale meandrują pośród trudnych zagadnień w taki sposób, że jest to książka, w której słowo „strata” właściwie na każdej stronie nabiera nowego znaczenia. Ja w swej utracie muszę ją najpierw zaakceptować, bo straciłem najpiękniejszy ze światów, wybaczyć sobie, że to zrobiłem, i spojrzeć na dramat życiowy z innej perspektywy. Autorki pokazują wiele perspektyw patrzenia na stratę, nie demonizując jej, a jedynie zaznaczając, że zawsze jest i będzie obecna. I do śmierci musimy stawać jej naprzeciw, bo potem nie ma to już żadnego znaczenia.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ 


Brak komentarzy: