2016-03-23

"Ostatnia powieść Marcela" Katarzyna Tubylewicz

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 16 marca 2016

Liczba stron: 286

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Tworzenie i niedopowiedzenia

Czytając nową powieść Katarzyny Tubylewicz, odnosi się podobne wrażenie, jakie towarzyszyło lekturze „Rówieśniczek”. Początkowo nic nie zapowiada jakichkolwiek trudności interpretacyjnych. Dość długo ma się wrażenie, że – tak jak w przypadku pierwszej książki autorki – obcuje się z niezbyt wymagającą powieścią tak zwanego środka. Czytelne sytuacje, przewidywalne zwroty akcji, oczywiste w swej wymowie dialogi i poczucie, że wkracza się w jedną z tych wielu powieści do szybkiego zapomnienia. Ani „Rówieśniczki”, ani też „Ostatnia powieść Marcela” nie są jednak prostymi książkami, obok których można przejść obojętnie. Nowa narracja Tubylewicz ujawnia swą wieloznaczność stopniowo. Okazuje się, że to rzecz złożona z wielu opowieści, które nakładają się na siebie, tworząc skomplikowany świat przedstawiony paru przesłań. Kilka jest oczywistych – to opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości i przewrotności losu, która każe nam zweryfikować swe mniemanie o tym, że swoimi myślami porządkujemy rzeczywistość. To historia o noszonym gdzieś pod sercem odium rodzinnych relacji, z których nie możemy się wydobyć, bo obowiązuje nas przymus pamiętania wszystkiego, czym obdarowali nas bliscy i z czym wyprawili w dorosłe życie. „Ostatnia powieść Marcela” to także pełna ironii powieść autotematyczna o tym, że pisanie w równym stopniu może być przekleństwem, co wybawieniem. Tubylewicz opowie nam także o kobiecości w pełni siebie świadomej, biorącej z życia wszystko, co najlepsze. Przede wszystkim jednak o tym, jak trudno jest dzisiaj zbudować trwałe relacje, przestać spoglądać na drugiego człowieka jak na towar i przedmiot, przestać wyceniać życie pod kątem miłosnych podbojów i intelektualnych zdobyczy.

O czym jednak naprawdę jest ta historia? Wszystko zaczyna się w bardzo trywialny sposób i przez dłuższy czas nie chce wyjść poza znane już literackie schematy, przy których ziewamy i jednocześnie szybciej kartkujemy książkę. Tę powieść czytać należy uważnie, albowiem jej pełne zrozumienie zależy od empatycznego i uważnego wejścia w przeszłość bohaterów. Ten zabieg znany jest nam z „Rówieśniczek”, ale tym razem Katarzyna Tubylewicz wykorzystuje go inaczej. Odnosi się wrażenie, że najpierw usiłuje uporządkować czas miniony swych bohaterów, by potem pozwolić im spotkać się naprawdę. Pierwsze spotkanie ma miejsce w pociągu. Zgorzkniały pisarz Marcel Nowicki wraca z nieudanego spotkania autorskiego w Krakowie. Nie ma pojęcia, że niebawem wróci do miasta kierowany poczuciem obowiązku wobec bliskiej osoby, z którą chce poprawić relacje. Pojawiająca się na horyzoncie Hanna Miszewska jest pewną zagadką. Okazuje się, że dobrze zna całą twórczość Marcela i dosyć szybko znajdują płaszczyznę porozumienia pozwalającą na przetrwanie podróży. Marcel waha się, czy przenieść tę znajomość na grunt inny niż ten z wagonu kolejowego. Decyduje się jednak na ryzyko. Hanna wkroczy w jego życie niespodziewanie i w zaskakującej dla niego roli. Oboje skonfrontują się ze swymi poglądami na życie, tworzenie i odpowiedzialność za słowo, gest i czyn.

Borykająca się z prowincjonalnymi kompleksami Hanna nie wydaje się dobrym materiałem na dynamiczną bohaterkę literacką, której rola zaskoczyć może czytelnika przyzwyczajonego do schematyzmu pisarskiego. Znamy jej przeszłość, ale nie wiemy do końca, kim jest teraz. Hanna przez lata szukała własnej tożsamości. Musiała pogodzić się z tym, że wszystkie relacje z mężczyznami były w pewnym stopniu toksyczne. Najbliższy był jej ojciec, ale on wycofał się i zamknął we własnym świecie. To matka zdecydowała o tym, że los trzeba wziąć we własne ręce. Konsekwencją tego była jej emigracja i pozostawienie córek samym sobie. Czy aby na pewno? Trudna sytuacja życiowa Hanny z okresu dzieciństwa i dorastania dała jej jednocześnie pewien rodzaj siły. To właśnie między innymi dzięki niemu przybywa do Warszawy, by zacząć nowy etap życia. Czy jest już świadoma własnej tożsamości? Czy zmieni ją znajomość z Marcelem? A może to ona wpłynie na zgorzkniałego literata, który pożegnał już marzenia i ma świadomość, że najlepsze lata i najlepsza proza już za nim?

Marcel ma cechy tak zwanego pisarza etatowego. Zmaga się z pisaniem, które od pewnego czasu zaczyna go uwierać. Zapatrzony w sobie mężczyzna rozumie, że nie jest tak naprawdę nikim wyjątkowym. Że walczy o uznanie wraz z innymi pisarzami, a chodzi o uznanie grupki odbiorców, bo w Polsce przecież nikt nie czyta. Powieść, która powstaje, zmusza Marcela do wyrzeczeń i każe mu toczyć bój ze sobą. Nie jest świadomy tego, że kreowany przez niego świat przedstawiony można zmienić, zmodyfikować, uczynić bardziej wiarygodnym. Tymczasem pozostaje frustracja i gniew na samego siebie. Twórcza niemoc idzie w parze z coraz silniejszym przekonaniem, iż wybrana ścieżka zawodowa nie daje żadnego spełnienia. Można tkwić w marzeniach o tym, że kiedyś miało się uznanie i sławę. Teraz pozostaje bolesna samotność i świadomość kresu. Powieść ma być ostatnia. Jaki jednak przyjmie kształt?

Katarzyna Tubylewicz zręcznie manipuluje czytelnikiem, który spodziewa się płomiennego romansu i przewiduje trudności, jakie staną na jego drodze. Młoda dziewczyna poszukująca pracy w stolicy i pewny siebie pisarz po pięćdziesiątce, który jest przekonany, iż kobiety służą w dużej mierze do używania. Nic nie jest jednak tym, czym się wydaje. „Ostatnia powieść Marcela” jest historią wskrzeszania się z przeszłości i stawania na nowo. W zaskakującej relacji, do której żadna ze stron nie jest gotowa. To książka o tym, kim się stajemy w opowieściach innych i jak zmieniamy się, kiedy otrzymamy zaskakujące informacje zwrotne na temat tego, co robimy. Charakterystyka obojga bohaterów jest nad wyraz wieloznaczna. Duże znaczenie ma to, co przeżyli, i świadomość tego, kim się przez to stali. To także opowieść o starciu płci. O tym, że ich konfrontacja zawsze doprowadza do zmian i że można ujrzeć świat z innej perspektywy, jeśli przełamie się uprzedzenia i konwenanse.

Proza Tubylewicz to także traktat o tym, że staramy się sporo z siebie zapomnieć, by budować życie na innych zasadach niż te podejrzane w toksycznej rodzinie. Dysfunkcyjność tej rodziny nie jest u pisarki przedmiotem krytyki czy uważnej analizy. Ona jest nakreślona przede wszystkim po to, by można było zrozumieć motywacje bohaterów, którzy w taki, a nie inny sposób zbudowali sobie swe dorosłe życie. To jednak książka także o bliskości, a może nawet przede wszystkim o niej. O bliskości bardzo specyficznej. W tej prozie frustracja zderza się z życiowym entuzjazmem. Schematy myślowe ze świeżością nowej perspektywy. To książka o prawdziwym spotkaniu dwojga ludzi. O podmiotowym traktowaniu inności i o tym, że można ulec zmianie w najbardziej zaskakującym momencie życia. Bo nagle wszystko może się zmienić…

„Ostatnia powieść Marcela” to rzecz w dużej mierze ironiczna i na tyle wieloznaczna, że może być odczytana także jako proza o feministycznym charakterze. Czy to wszystko o tym? Czy starcie płci naprawdę determinuje odbiór tej książki? Cieszę się, że zdarzają się tak niejednoznaczne opowieści, w konfrontacji z którymi pozostajemy w pewnej czytelniczej niepewności. W tej książce jest niepokój, wyraziste emocje, czytelne motywacje bohaterów i dwuznaczne ich działania. Tubylewicz rozprawia o tym, że prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem, które odmieni nasze życie, może mieć miejsce w każdej chwili. 

2016-03-21

"Czarownice z Pirenejów" Luz Gabás

Wydawca: MUZA

Data wydania: 17 lutego 2016

Liczba stron: 478

Tłumacz: Barbara Jaroszuk

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Namiętności poza czasem

Luz Gabás ponownie napisała o ludzkich namiętnościach w epickim stylu, który imponuje tym bardziej, że opowiadana historia sięga faktów historycznych oraz prawdziwych opowieści – z nich hiszpańska pisarka buduje wiarygodny świat przedstawiony, w który można się wtopić. Gabás przyjęła nieco inną technikę i perspektywę opisu niż w poprzedniej książce. „Palmy na śniegu” bazowały na niedopowiedzeniach i dwuznacznościach. Czytelnik w dużej mierze tworzył własną historię podczas lektury. „Czarownice z Pirenejów” ułatwiają mu zadanie, bo wszystko zostaje klarownie wytłumaczone i niezwykła ciągłość między XVI a XXI wiekiem pozwala doskonale zorientować się w motywacjach bohaterów i ich stanach emocjonalnych. Ta książka zręcznie łączy w sobie kilka gatunków. Romans w niekonwencjonalnym stylu. Mroczną baśń. Przypowieść o miłości i zemście, której aktualność staje się czymś oczywistym. Pojawiają się elementy powieści z dreszczykiem, a całość jest po prostu nieźle skrojoną powieścią obyczajową odnoszącą się do irracjonalności ludzkiej natury, którą porzuciliśmy w XXI wieku, oddając ją na pastwę ironizowania i drwin, ale także strachu. Luz Gabás fantazjuje o miłości wiecznej i o odwadze, by mierzyć się z bólem oraz strachem właśnie. Udowadnia, że można się odrodzić, a pamięć o ludziach – jak myśli główna bohaterka – trwa dłużej niż wiek.

Brianda jest racjonalistką, która życie poukładała sobie w każdej możliwej sferze. Dobra praca, czuły partner, całkowicie stabilne i dostatnie życie. Tę sielankę przerywają załamania nastroju kobiety. Organizm zaczyna dziwnie reagować, sny męczą i niepokoją, niedyspozycje odbijają się najpierw na związku, a potem na życiu zawodowym bohaterki. Brianda postanawia wyjechać w rodzinne strony. Do wioski, którą kiedyś w pośpiechu opuszczała, a gdzie teraz przyjdzie jej skonfrontować się z odległą przeszłością. Elementy metafizyczne Luz Gabás wprowadza stopniowo i bez narzucania czytelnikowi perspektywy. Od początku widzimy, że związek ze złym stanem psychicznym Briandy mają wydarzenia sprzed wieków. Ona sama przekonuje się o tym, widząc na jawie elementy mrocznych snów. Senna górska mieścina, w której każdy zna każdego, a domy mają dusze jak ludzie, stanie się dla mieszkanki Madrytu pewną mroczną pułapką. Wyjście z niej jest tylko jedno, ale Brianda nie przypuszcza, co nim może być. Tymczasem traci pracę i rozluźnia związek z opiekuńczym Eduardem. Na jej drodze stanie tajemniczy Włoch, który remontuje ruiny spalonego domu nieopodal miejsca zamieszkania kobiety. Dalej zdarzenia będą się toczyć w niezwykle wartkim rytmie. Brianda skonfrontuje się z biografią innej mieszkanki wioski o tym samym imieniu. Była jedną z dwudziestu czterech kobiet, które w 1592 roku uznano za czarownice i zgładzono w efekcie sądu opartego jedynie na mglistych przesłankach, ciemnocie ludzkiego umysłu, na zawiści i chęci zemsty.

Gabás opowiada o niezwykłej sile agresji i narastającej frustracji małej społeczności, które mogą doprowadzić do tragedii. Irracjonalność zachowań tych, którzy poszukują wroga i werbalizują jego definicję, to zjawisko uniwersalne, a w czasie historycznym, do którego przenosi nas hiszpańska prozaiczka, oznacza to przede wszystkim skupienie się na ludzkich kozłach ofiarnych. W tym przypadku na kobietach, których rola i status w XVI wieku bardzo dobrze zobrazowane są w biografii tej, co nie pozwala o sobie zapomnieć pewnej mieszkance Madrytu nieświadomej czekającej ją przemiany.

Jest w tej książce sporo gotowych rozwiązań, które nasuwają się już wcześniej, nim je poznamy. Ważna jest wspólna płaszczyzna łącząca zupełnie inne realia, ale tę samą miejscowość. To także przedmioty nabierające znamion magicznych. Na przykład szmaragdowy pierścień z wyrytą na nim łacińską sentencją będącą zewem rodu, którego tajemnice usiłuje odkryć Brianda. Tymczasem poznaje ekscentryczną Neli oraz musi przebywać w towarzystwie gburowatego wuja, który wywołuje lęk, zamknięty w jakimś bliżej nieokreślonym czasie minionym, skrywający mroczne sekrety swojego rodu. Brianda będzie zmuszona poznać ten swój. Przede wszystkim historię upodlenia oraz wielkiej miłości, która podyktowała takie, a nie inne wybory i zwyciężyła z zabobonami oraz ludzkim okrucieństwem przed wiekami.

Luz Gabás w swojej baśniowej książce o potędze uczucia zwraca naszą uwagę na tę sferę przeżyć, które często bagatelizujemy i którym nie nadajemy większego znaczenia. Opowiada o niesprawiedliwie odebranym życiu mającym się odrodzić ponownie. Do tego czasu współczesna zagubiona bohaterka książki musi dokonać niewyobrażalnie wielkich zmian. Okupi je, ale ma szansę na to, by uwolnić to, co jej przodkini zamknęła w sekretnych zapiskach i w sile miłości przekazanej dalej, okupionej bolesnymi przeżyciami, przedwcześnie przerwanej, domagającej się kontynuacji w czasach współczesnych.

„Czarownice z Pirenejów” to powieść posługująca się bardzo czytelnymi obrazami. Omdlenia, burza, jeździec na czarnym koniu. Elektryzująca bliskość kochanków i konsekwencje potajemnego uwielbienia. Poza tym historyczna opowieść o walce, którą szesnastowieczna kobieta musi prowadzić w wyjątkowo wielu wymiarach. Gabás dołącza do tego magię, niezwykłe rytuały, religijność i prowincjonalną obyczajowość. Nade wszystko jednak siłę okolicznej przyrody i słowa przysięgi, które się spełniają. To też historia o tym, że czas na prawdziwą miłość jest bardzo ograniczony, gdy życie ludzkie – z różnych powodów – staje się kruche i niepewne. Książka zadowoli miłośników średniowiecznych intryg oraz tych, którzy traktują czas miniony jako źródło czytelniczej inspiracji. Bo hiszpańska pisarka oddziałuje na wiele zmysłów i przykuwa uwagę w bardzo specyficzny sposób. Epickość i dbałość o szczegóły to cechy wyróżniające tę prozę. Luz Gabás opowiedziała o tym, że nigdy nie powinniśmy się wstydzić namiętności. Ich cena może być różna, ale to jeden z ważniejszych przejawów ludzkiego życia. A także pamięć. Dzięki niej pirenejska prowincja mówi do Briandy innym, czytelniejszym językiem. Warto zwrócić uwagę na symboliczną, metafizyczną wymowę tej prozy. Można jeszcze pisać o wielkiej miłości w taki sposób, by to nie raziło ani nie nudziło.

PATRONAT MEDIALNY

2016-03-18

"Poleciały w kosmos" Ida Linde

Wydawca: LOKATOR

Data wydania: 26 lutego 2016

Liczba stron: 154

Tłumacz: Justyna Czechowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 33 zł

Tytuł recenzji: Bliskość i oddalenia

Subtelne, niepokojące, przesycone wieloznaczną symboliką i przejmująco opowiadające o ludzkich tęsknotach książki Idy Linde to prawdziwe literackie perełki. Po znakomitym zbiorze miniatur literackich "Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym" otrzymujemy kolejną narrację szwedzkiej autorki w znakomitym przekładzie Justyny Czechowskiej. To ten niezwykły tandem - pisarki i tłumaczki - daje nam okazję do obcowania z literaturą inną, wyjątkową, w specyficzny sposób angażującą. Druga książka Linde to także rzecz, która skonstruowana została w taki sposób, że różnorodne opisy świata i jego przeżywania pogrążają nas w niepewności tego, co naprawdę ważne i nad czym należy pochylić się z większą uwagą. Będzie to zatem historia wielu interpretacji. Wspólna płaszczyzna czytelniczego porozumienia może nie być możliwa jak płaszczyzna porozumienia dwóch pokoleń, różnych wrażliwości, odmiennej odwagi do stawania się i decydowania o sobie. To książka zagadek, ale i odkrywania pewnych oczywistych prawd o ludzkiej naturze. W nieoczywistej formie oraz nieoczywistym języku.

"Poleciały w kosmos" to opowieść wielu doznań i przesłań. Podobnie jak pierwsza publikacja Idy Linde dotyka problemu śmiertelności i naszej wewnętrznej niezgody na nią. To ponownie rzecz o trudnych relacjach, bardzo intymnych i niezwykle złożonych. Książka, w której nakreślenie przestrzeni kosmosu może być jednocześnie symbolem wyzwolenia, jak i zagubienia. Linde opowiada o tym, że być razem w życiu to zawsze wybierać. O macierzyństwie przeżywanym na dwa różne sposoby i o dziecięcym pragnieniu akceptacji każdej inności, każdej oryginalnej formy wyrazu siebie.

Eleonore jest matką Silji i Sontag. To one dwie ruszają w kosmiczną wyprawę. Każda w osobnej rakiecie, nastawiona na weryfikację tej drugiej. Obserwują się i analizują, ale robią to z oddalenia. Dotychczasowe życie wymuszało na nich trudną bliskość. Linde bowiem opowiada o tym, jak często tej bliskości towarzyszyć może obcość. Silja i Sontag walczyły o uwagę i uznanie Eleonore. Teraz konfrontują się ze sobą. Być może po raz pierwszy naprawdę. W innej przestrzeni, w której doświadczanie próżni ma metaforyczny wydźwięk. Obok siebie, z dala od siebie, ciekawe i ostrożne. Niecierpliwa i osobna Silja. Zasadnicza, rozważna i dużo bardziej pewna siebie Sontag. Co pozostawiły za sobą? Czym jest ich kosmiczna podróż? Co się zakończy i czy coś rozpocznie w momencie, w którym zdejmą hełmy, poddając się nieznanej im, nieziemskiej przestrzeni?

To w dużej mierze opowieść o tym, jak trudno jest być matką i jakiej formy czułości wymaga aktywne macierzyństwo. To zatem opowieść także, a może przede wszystkim o Eleonore, która staje się matką dwukrotnie. Bohaterka od dzieciństwa żyje do wewnątrz. Odrzuca ten pierwszy okres życia, pragnąc za wszelką cenę zaznać dorosłości. Eleonore ustanawia swój własny ład i porządek. Jest samotna w ontologicznym sensie i wyzwolona w sensie egzystencjalnym. Nie rozumie tego, co istnieje obok niej, i poddaje w wątpliwość porządek rzeczywistości. Linde opowie o kobietach, które tworzą wspólnie pewien mikrokosmos, a potem wyruszają w świat, żegnając się i pozostając w specyficznej bliskości na zawsze. "Poleciały w kosmos" to książka o odkrywaniu siebie w konfrontacji z kimś, kto jest najbliższy, a znajduje się w pewnym oddaleniu. To narracja o kilku rodzajach poszukiwań. Egzystencjalna rozprawa z danym nam raz jedyny życiem, którego koniec jest przecież pewien w bardzo niespokojny sposób.

Matka i córki zamieszkują w domu, który kiedyś był stacją kolejową. Z tego miejsca wyprawiają się w świat niczym pociągi. Każda usiłuje zrobić to samodzielnie, ale żyją w bardzo silnej symbiozie i zawsze ta obok wpływa na kształt myśli i działań drugiej. Eleonore była wiecznie niespokojna, więc jej córki podróżowały w dosłownym sensie po Europie. Dojrzewają do tego, by podjąć się trudu innej podróży. Takiej, której sensu i celu nie narzuca matka. Takiej, w której muszą odnaleźć własny sens i cel. Własną przestrzeń wolności.

To rzecz o kobiecym stawaniu się odpowiedzialnymi za siebie. Mężczyźni w tej prozie są niewidoczni, gdzieś z boku, czekają w rezerwie. Kontakty z nimi - przede wszystkim seksualne - są dla Eleonore zapomnieniem. Linde pokazuje kobiecość podporządkowaną licznym, zmieniającym się bodźcom. Kobiecość przekazaną w kolejnym pokoleniu razem ze swą nerwowością i pragnieniem zdobywania świata na własnych warunkach. Silja i Sontag sporo przejmują od matki, ale dużo też je od niej dystansuje. Nie będą pewne swej tożsamości przy matce. Zawalczą o tę tożsamość - każda na swój sposób.

Linde eksperymentuje tak jak Eleonore, która wciąż na nowo zadaje sobie pytanie o to, czym jest intensywność istnienia. Co przejmą córki od matki? Z czym będą musiały się zmierzyć? Jak daleko potrafimy uciec od siebie i na czym polega nasza grawitacja istnienia? Ida Linde proponuje poetycką prozę o osobności i potrzebie odkrywania drugiego człowieka niczym niezbadanego kosmosu, który kusi innością. Piękna książka przesycona nostalgią i tą specyficzną wrażliwością na sprawy tego świata, które w dużej mierze nosimy w sobie. Szwedzka pisarka zagląda swym bohaterkom do wnętrza. Czule i wnikliwie. Wydobywa z nich to, co ma poruszyć czytelniczą wyobraźnię. I wyprawia w podróż, której znaczenia tylko możemy się domyślać. Bo ludzkie życie to wieczne podróżowanie, a budowane w nim relacje iskrzą niczym konstelacje gwiazd. Czasem gasną, a my nie rozumiemy, co się stało. Linde udziela odpowiedzi na pytania o to, gdzie powstają pęknięcia w relacjach i jak można je uleczyć.

2016-03-16

"Barwa ciszy" Rosamund Lupton

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 17 lutego 2016

Liczba stron: 304

Tłumacz: Jan Kabat

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Miłość i determinacja

Proza Rosamund Lupton elektryzuje. Tytułowa cisza pojawia się w tej książce w co najmniej kilku symbolicznych znaczeniach. Trzy są nad wyraz czytelne. To cisza dzikiej przyrody Północy, w której bicie serca oznacza najważniejszy przejaw życia, a płakać nie można, gdyż łzy zamarzają. Druga stwarza świat głuchoniemej Ruby, która podąża z matką, by odszukać ojca gdzieś na Alasce. Ruby utknęła w ciszy, ale jest w stanie rozpoznawać dźwięki i słowa. Co więcej – dotyka ich i je smakuje. Przebywa często w wirtualnym świecie, w którym ciszy przeciwstawione są napisane wyrazy. Trzecia interpretacja odnosi się do skomplikowanego związku Yasmin i Matta. Związku, o który zdesperowana kobieta będzie walczyć w surowych warunkach atmosferycznych. To ta przestrzeń niedopowiedzenia, niewyrażonych emocji i słów. Lodowata cisza między małżonkami, którzy kruszą lód, by ponownie do siebie dotrzeć – w sensie symbolicznym i tym dosłownym. „Barwa ciszy” zawiera elementy thrillera i pogłębionej prozy psychologicznej. To powieść drogi z wyraźnie zaznaczonymi proekologicznymi inklinacjami. Świetnie skonstruowana rzecz, podczas lektury której wciąż zadajemy pytanie o granice zdrowego rozsądku i z niedowierzaniem przyglądając się motywacjom do działania Yasmin, podążamy za nią całymi sobą. To bowiem opowieść, w której potęga dzikiej natury zmierzy się z potęgą ludzkiej miłości i przywiązania. Niesamowita historia o tym, jak wiele oblicz może mieć strach w otoczeniu aury koła podbiegunowego.

Yasmin i Ruby przybywają z Anglii do Alaski. Mają kontynuować podróż, by znaleźć się niebawem u boku Matta – przyrodnika i dokumentalisty pracującego w tym mroźnym rejonie. Na lotnisku czeka na bohaterki miażdżąca wiadomość. Ponoć Matt zginął w pożarze alaskiej wioski. Na miejscu znaleziono obrączkę ślubną. Nie można potwierdzić tożsamości spalonych, bo ciał właściwie nie ma. Yasmin nie przyjmuje do wiadomości, że mąż nie żyje. Ruby również jest przekonana, że należy go odnaleźć. Obie podejmują się ryzykownej podróży, a wewnętrzny imperatyw odnalezienia mężczyzny determinuje działania matki i córki. Obie mają prawo wątpić w to, co mówi policja. Sam potężny pożar w środku lodowej krainy wzbudza wątpliwości. Co tam się tak naprawdę stało? Czy Matthew był z Inuitami, gdy płonęli żywcem? Kto dzwonił do Yasmin właśnie wtedy, gdy ogień trawił Anaktue? Z kim i dlaczego mieszkańcy wioski mogli być skonfliktowani?

Kiedy czyta się, w jaki sposób Yasmin z córką brnie na północ, nie dowierza się działaniom matki narażającej córkę na tak ogromne niebezpieczeństwo. Opisy podróży stają się coraz bardziej niewiarygodne. A jednak autorka z całą uwagą przestudiowała topografię terenu, po jakim poruszają się bohaterki, i zapoznała ze wszystkimi pułapkami Dalton Highway, bo to z tą drogą będzie zmagać się Yasmin. A Ruby? Wie, że ojca trzeba uratować. Łączy ich specyficzna więź, dla której ocalenia Yasmin podejmuje się ryzyka podróżowania. Ruby przejęła od Matta miłość do zwierząt i czułość wobec przyrody. Zaskoczeniem będą dla niej zdjęcia, które w podróży ktoś zaczyna przesyłać na konto mailowe Yasmin. Bohaterki dodatkowo mierzą się z kimś, kto je śledzi. Podejmują ryzyko podróży w ciemność – ta dosłowna stworzona została przez noc polarną, ta symboliczna to przejmujące obawy i potężny lęk przed celem wędrówki, który staje się coraz bardziej mglisty.

Lupton obrazuje całą gamę krańcowych przeżyć. Finał powieści jest zaplanowany dużo wcześniej i nawet jeśli jesteśmy w stanie go przewidzieć, nie pozbędziemy się wrażenia, że oto jesteśmy w samym centrum zdarzeń powodujących wyrzut adrenaliny i szybsze bicie serca. Yasmin zdaje sobie sprawę, że ogrom emocji wpłynie znacząco na Ruby, że jest to dla córki podróż przełomu i że obie – jeśli ocaleją – będą potem innymi osobami. Matt dopuścił się zdrady, ale Yasmin jest w stanie wiele wybaczyć, bo relacja ojca i córki jest dla niej najważniejsza. To dzięki niemu Ruby rozwija się, dorośleje, nabiera życiowej mądrości i wrażliwości. Tę relację trzeba ocalić przede wszystkim. Lupton pisze o tym, jak wiele możemy zrobić w strachu przed samotnością i do czego zmierzamy, konfrontując się z drugim człowiekiem ważnym w naszym całym życiu.

„Barwa nocy” to opowieść dwóch perspektyw. Ruby odmalowuje słowami inny świat niż jej matka. W świecie dziewczynki więcej jest pewności powodzenia ich podróży oraz ta forma naiwności, dzięki której można przetrwać najsurowsze warunki atmosferyczne. Bo przecież Alaska jest w stanie szybko zabić. Na co dzień pokazuje, że potrafi walczyć z obecnością człowieka i dawać mu do zrozumienia, że w tej nieprzychylnej aurze zawsze jest tylko gościem na chwilę. Yasmin zdaje sobie sprawę z tego, jak destrukcyjny może być klimat, w którym się znalazły. Nie poddaje się jednak. Nigdy się nie poddawała. Rosamund Lupton kreśli nam postać wyjątkowo enigmatyczną, bo sama Yasmin skrywa przed światem emocje, nie dając się poznać i nie dając też możliwości przewidzenia tego, jaką kolejną decyzję podejmie.

To książka o tym, że każda ludzka ingerencja w naturę może się skończyć katastrofalnie. W finale powieść nabiera znamion manifestu. Element proekologiczny uważny czytelnik dostrzeże bardzo szybko, ale najważniejsza będzie zagadka poszukiwania Matta i tajemniczej postaci śledzącej matkę i córkę. Nie do końca można uwierzyć Lupton, jeśli chodzi o realizm szczegółu. To, co wychodzi jej mistrzowsko, to ukazywanie ludzkich atawizmów w sytuacjach, które zmuszają do działań ekstremalnych. Przetrwanie to pojęcie, które pojawi się tutaj równie wieloznacznie jak cisza. Przygnębiająca wiadomość, szalona decyzja, zaskakujące zwroty akcji i bardzo wysmakowany finał – Rosamund Lipton przykuwa uwagę do swej książki. Każe poczuć alaską surowość w każdym jej wymiarze. Każe zmienić percepcję, wyczulić zmysły. Zmusza także do ujrzenia człowieka w sytuacji, w której ważne jest tylko przeżycie. W tym wszystkim mimo wszystko są emocje oraz ogromne pokłady uczuć. Bo to książka o sile miłości i o instynktach, dzięki którym odnajdujemy się w najbardziej nawet skomplikowanych sytuacjach.

2016-03-14

"Powrót" Ben Shepard

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 24 lutego 2016

Liczba stron: 590

Tłumacz: Jan Dzierzgowski

Oprawa: twarda

Cena det.: 59,90 zł

Tytuł recenzji: Krzywda wojny

Ci, którzy z zainteresowaniem przeczytali "1945" Magdaleny Grzebałkowskiej, z pewnością sięgną po publikację Bena Sheparda. Autor poszerza perspektywę rozważań o powojennych losach europejskiej ludności, prezentując ją z wielu perspektyw i przy pomocy imponującej listy materiałów źródłowych. Ta książka jak żadna inna udowadnia, że druga wojna światowa była dla Europy ciosem, po którym kontynent nie mógł się podnieść przez wiele lat. Shepard przygląda się migracjom milionów ludzi, którzy w chaosie i rozpaczy błąkali się po Europie, ale opowiada także o pojedynczych losach, pochylając się z empatią nad człowiekiem, który przez dłuższy czas, a może i przez całe swoje życie nosi tę wojnę w sobie.

Krajobraz powojennego chaosu jest przerażający. Brytyjski autor opowiada o losach dipisów – przesiedleńców usiłujących powrócić do ojczyzny albo też przed tym powrotem się wzbraniających. To opowieść o tym, że odzyskana wewnętrzna wolność może być czymś, czego się nie rozumie i nie docenia. Shepard opowiada o radości w cieniu zmarłych i o tym ludzkim pragnieniu istnienia, które wypierało ogrom wojennej traumy. Nie wszystkim – z różnych powodów – dane było pożegnać wojnę szybko. Wielu przesiedleńców mogło powrócić do swych krajów dopiero po 1989 roku. Wielu żydowskich dipisów boleśnie doświadczało trudu tworzenia własnego państwa na terytorium, z którego wypierano Arabów. „Powrót” to książka, w której poznamy także losy i działania tych, o których opinia publiczna zwykle milczy. Dużo bardziej wyraziste są przecież postacie katów, różnego rodzaju oprawców, niszczycieli porządku i ludzkiej godności. Shepard tymczasem oddaje głos ludziom zaangażowanym w pomoc oraz odbudowę. Altruistom i dobroczyńcom, dzięki którym tragiczny los dipisów choć częściowo się polepszał. Ta publikacja zwraca uwagę na ogromną trudność w niesieniu pomocy ludziom, którzy z różnych powodów nie potrafią jej przyjąć. Opowiada o ludzkim współczuciu i empatii wobec tych wszystkich wystraszonych i nieufnych ofiar wojny, dla których nikt tak naprawdę nie znalazł miejsca, by mogły odbudować same siebie oraz swoje życie.

Świetne jest to, że otrzymujemy wielość różnorodnych punktów widzenia na sprawę pomocy humanitarnej oraz pomagania przy trudnych powrotach do ojczyzn. Widzimy, jak wyglądają sprawy zza biurek i jak to wszystko prezentuje się w terenie. Opowieść Bena Sheparda wnikliwie ilustruje ludzką bezradność wobec tego, co wojna z ludzkością uczyniła. Autor bada ślady przesiedlonych różnych narodowości i wskazuje fakt, iż druga wojna światowa to był szereg zaciętych wojen lokalnych. Pokłosie tych konfliktów obrazują losy dipisów. Wśród nich także tych, którzy bali się wracać do krajów w orbicie wpływu Związku Radzieckiego i na swobodny powrót musieli czekać latami, właściwie całe dorosłe i świadome życie spędziwszy ze stygmatem emigranta.

Rozważania Bena Sheparda umiejscowione są w bardzo różnych kontekstach. Bada on powstanie i rozwój UNRRA, która potem rozrastała się do niepokojących rozmiarów i mierzyła z problemami organizacyjnymi oraz poczuciem klęski, w której partycypowali także ci niosący pomoc. „Powrót” zwraca uwagę na powojenny lęk przed tym, by nie powtórzyła się sytuacja z czasu po pierwszej wojnie światowej, gdy ludzie umierali podczas epidemii i gdzie klęska humanitarna odbiła się na każdym możliwym aspekcie powojennego życia. Prawdą jest także to, że o wielkości powojennych zniszczeń debatowano już dużo wcześniej, zanim one same stały się faktem. Trudno porównywać sytuacje po obu wojnach, jednak dużo bardziej zorganizowana pomoc po tej drugiej uratowała wiele ludzkich istnień. Wciąż jednak wiele, nazbyt wiele, umierało albo ginęło w rozmaitych okolicznościach. Pokłosie wojny to różne tragiczne i bezsensowne śmierci tych, którzy przeżyli piekło, by potem oddać życie w bardzo prozaiczny sposób.

Shepard opowiada najpierw o czasie, w którym miano zaradzić skutkom masowych przesiedleń, a nie pochylano się jeszcze nad ludobójstwem. Holokaust jako termin jeszcze nie istniał. Opinię publiczną szokowały odkrywane przez aliantów obozy pracy na zachodzie Europy. Tymczasem Rosjanie nie komunikowali o tym, co zastali w Auschwitz. Tuż po wojnie liczył się przede wszystkim dramat ocalonych. Miliony zamordowanych znalazły uwagę dopiero po latach. A tymczasem konieczna była pomoc na wielką skalę. W powojennym chaosie stworzył się także biurokratyczny i decyzyjny chaos w sprawie pomocy poszkodowanym. Tysiące mężczyzn z różnych krajów Europy zmuszono do pracy na terytorium Niemiec i większość z nich chciała wracać, by poszukiwać rodzin. Co jednak z tymi w miarę pełnymi rodzinami, które powinny wracać do siebie? Shepard opisuje ten przerażający proces udawania się na pewną śmierć rosyjskich zesłańców, których nie chciała ojczyzna. Przedstawia skomplikowaną sytuację Ukraińców. Sporo miejsca poświęca społeczności żydowskiej oraz ludności krajów nadbałtyckich, wówczas przecież podporządkowanych Związkowi Radzieckiemu. Prezentowane wędrówki oraz towarzyszące im dylematy tworzą bolesną mapę miejsc, które wyparło się z serca i pamięci, oraz biografie zagubionych w sobie ludzi, dla których kierunek emigracji był co najmniej niejasny.

„Powrót” to jednak przede wszystkim gigantyczny reportaż o gospodarczej, społecznej i politycznej kondycji wszystkich państw zaangażowanych w drugą wojnę światową i podnoszących się po niej – wraz ze swymi obywatelami oraz dipisami, dla których usiłowano znaleźć miejsce. Wielu wyemigrowało do Stanów Zjednoczonych, część do Australii. To byli ci gotowi na drogę i na życiowe zmiany. Mnóstwo dipisów jednak izolowało się nie tylko od świata, ale i – w jeszcze większym stopniu – od współtowarzyszy. Shepard tylko dyskretnie nakreśla, w jakim stanie psychicznym była większość z nich. Zaznacza, że śmierć przyjmowali czasem z obojętnością. Podobnie patrzyli na osoby decyzyjne, które miały im pomóc w budowaniu nowego świata. Nikt tak naprawdę nie pożegnał się mentalnie z tym minionym. Z jego bestialstwem i niesprawiedliwością. Żadna droga powrotu do domu nie zrekompensowała bólu powstałego po jego odebraniu.

Warto przyjrzeć się temu, w jaki sposób i z jakiej perspektywy Ben Shepard portretuje Polaków. Skupia się na dipisach, ale zwraca uwagę także na obozową literaturę – Borowskiego czy Nowakowskiego. Ten ostatni sygnalizował, że nie ma ludzkiej solidarności w klęsce. Dlatego „Powrót” to opowieść o masowym wyobcowaniu i o wielkich ludziach chcących zaradzić zamętowi. Nawet jeśli ich praca będzie syzyfowa. Nade wszystko to książka o ludzkiej woli życia. O chęci przetrwania mimo wszystko i tej dramatycznej potrzebie obudowania się czymś stałym. Mądra i wielowątkowa opowieść o końcu wojny, który dla wielu wciąż nie następował.

2016-03-11

"On" Zośka Papużanka

Wydawca: Znak

Data wydania: 16 lutego 2016

Liczba stron: 288

Oprawa: twarda

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Piękny czas miniony

Każda wypowiedź o nowej książce Zośki Papużanki za początek bierze „Szopkę” z zupełnie dla mnie niezrozumiałych powodów, bo druga książka autorki jest po prostu inna. Inaczej napisana, otwierająca przed nami inne spektrum tematyczne, prezentująca inną wrażliwość i przede wszystkim sentymentalizm. Papużanka w powieści „On” nie jawi mi się już jako mistrzyni języka z "Szopki". Jest doskonała w rozpamiętywaniu i tworzeniu socjologicznego spojrzenia na czas miniony. Głównie na lata osiemdziesiąte XX wieku, o których część z nas z różnych powodów nie chce pamiętać. „On” nie będzie zatem książką dla każdego. Kto nie dorastał w czasach głównego bohatera i Zośki Papużanki, ten potraktuje tę książkę zupełnie inaczej niż ci, których autentycznie wzruszy. Bo to barwna opowieść o niezwykle szarych czasach, a może przede wszystkim narracja usiłująca walczyć z przekonaniem, że te czasy były bezbarwne i nijakie.

Tytułowy on jest antybohaterem. Kimś, komu nikt nie poświęca czasu i uwagi. Odmieńcem. Ośmieszanym od małego, wykorzystywanym, znajdującym się wciąż w pewnym oddaleniu od innych. Byt samoistny, który sam siebie rozumie. Jest jeszcze matka, która próbuje zrozumieć. Usiłuje pojąć, co z synem jest nie tak i dlaczego się wyróżnia w tak negatywny sposób. A przecież Śpik – tym obrzydliwym mianem nazwano go w szkole – dorasta w czasach, w których wszyscy mieli to samo i wyglądali tak samo. Czym ma się wyróżniać? Nie tyle nieporadnością, ile innością i wyobcowaniem. Życiem wewnętrznym, które porządkują rozkłady jazdy tramwajów. Przecież coś musi mieć porządek i być przewidywalne w życiu kogoś, kto wszędzie pozostawia po sobie bałagan w każdym możliwym wymiarze.

Śpik jest przegranym bohaterem literackim jak tysiące innych, o których gdzieś koło niego mówiło się na lekcjach języka polskiego. Nie konfrontuje się z sądami o sobie, bo te sądy go nie obchodzą. Obchodzi go matka. Jedyna osoba na tym świecie, która kocha bezwarunkowo, i jedyna, która wzruszy się na widok bukietu sztucznych kwiatów. „On” to książka o potędze więzi i o granicy między odrzuceniem a miłością. Śpikowi w gruncie rzeczy można zazdrościć, bo jego matka otwiera przed nim przestrzeń prawdziwej wolności i zrozumienia. Ona, bohaterka drugiego planu, zmienia się najbardziej. Na jej temat można by stworzyć na lekcji charakterystykę dynamiczną. My wraz z narratorką możemy jedynie nieśmiało wedrzeć się do świadomości Śpika w metafizycznym nieco, surrealistycznym zakończeniu. Ale zmiany dokonujące się w matce widzimy nad wyraz czytelnie. Wbrew mrocznemu proroctwu pewnego enigmatycznego taksówkarza, który mówi, że nic się przecież nie zmieni i wszystko jest przewidywalne.

Bohater Zośki Papużanki stara się nie cierpieć za wiele. Nie odczuwać zbyt mocno wszystkich frustrujących sytuacji wokół. Nie angażować się w świat, który go wytyka palcami. A stygmatyzowanie w latach osiemdziesiątych było bardzo groźne. Dotyczy czasu, w którym wszyscy byliśmy podobni. Dziesiątki nakreślonych przez autorkę sytuacji przeżyliśmy tak jak Śpik. Mieliśmy te same przedmioty, podobne mieszkania, marzenia i plany. A w tym wszystkim kryła się jednak pewna zajadłość i zawiść. Ta podła cecha innych ludzi, którzy kazali się Śpikowi stawać wedle schematu, a nie dostrzegali jego odrębności, bo była ułomna. To zatem książka pochylająca się z czułością nad wyobcowaniem. Nad tym, na czym różni autorzy zjedli już zęby, a nie pokazali niczego, co po prostu by wzruszyło. Papużanka jest czuła, empatyczna i przede wszystkim uważna. To jest proza wrażliwa na niuanse i książka lojalna wobec czasu i miejsca, w których stawał się sobą odtrącany przez otoczenie chłopiec. Chłopiec będący potem mężczyzną marginesu życia. Człowiekiem niechcianym i nieinteresującym. Kochanym ponad wszystko przez tę, dla której także był wszystkim.

Śpik jak jego rówieśnicy dorasta bez ojca. Określenie pracy „na hucie” załatwia wszystko – każdą możliwą męską nieobecność. Być może brak wzorca do naśladowania każe być Śpikowi nijakim. Być może matczyna miłość nie rekompensuje ojcowskiej obojętności, a może to z niej wyrasta ta Śpikowa obojętność wobec świata. Papużanka, podobnie jak w „Szopce”, wyraźnie punktuje dysfunkcjonalność pozornie pełnej i normalnej rodziny, w której dodatkowo babcia pracuje na domowym etacie i głównemu bohaterowi niczego nie powinno brakować. A jednak brakuje. Przestrzeni i miejsca dla marzeń. Lokuje swe fascynacje w jeździe metalowych gąsienic po torach – one są punktem wyjścia i końcem rozmyślań o różnorodności świata kształtowanego przez kolejne przystanki tramwajowe. Śpik zdaje się spóźniać na swój pierwszy życiowy tramwaj i z zadyszką goni ten ostatni, by załapać się jeszcze na maskaradę zwaną życiem. Dopasować do reguł, które kontestował i których nie rozumiał. Bo „On” to także powieść o związku społeczności i systemu ze sferą prywatnych marzeń. O tym, jak emocje rozbijają się na granicach tychże. Także o umiejętności dostosowania się, kiedy zachodzi taka potrzeba. Czasem należy stać się niewidzialnym. Nie zawadzać światu. Nie deformować kształtu rzeczywistości.

„On” – jak wspomniałem na wstępie – nie zachwyca językowo, ale jest to literatura ważna przede wszystkim dlatego, że gloryfikuje ludzki margines życia i opowiada historię pokoleniową, biorąc za początek życiorys niezguły i życiowej sieroty. Papużanka pochyla się nad bezradnością, kiedy nie można stawić oporu wiecznym utyskiwaniom. Penetruje te rejony świadomości, z którymi nawiązujemy kontakt dopiero po latach. „On” jest wiarygodną prozą socjologiczną i psychologiczną. Napisaną z pewną wyczuwalną manierą i sznytem, ale do końca konsekwentną – w związku z tym druga powieść Zośki Papużanki wyróżni się na rynku wydawniczym, bo śmiem podejrzewać, iż autorka nie potrafi pisać tak, by w ów rynek się wtopić.

„On” to chwilami liryczna opowieść o najbrzydszej formie miłości i o przywiązaniu, dzięki któremu stajemy się pewni siebie, kiedy nie możemy być pewni czasu, przestrzeni ani ludzi wokół. W tej książce ważne są szczegóły. I siła wspomnień. Zazdroszczę autorce, że aż tyle ich w sobie przechowała i że potrafiła z nich stworzyć przejmującą narrację. Wartą poznania i wartą przemyślenia, bo każdy czasami czuje się odrzuconym przez główny nurt życia Śpikiem.

2016-03-09

"Wakacje" Grzegorz Uzdański

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 17 lutego 2016

Liczba stron: 230

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Niemożność porozumienia?

Każdy debiut zaczynam czytać z ciekawością, nadzieją i dużymi oczekiwaniami. Ten jednak raczej mnie rozczarował. Grzegorz Uzdański stworzył narrację o pozbawionych umiejętności podejmowania decyzji kobietach, które łączy więź krwi, ale boją się bliskości. Panicznie się jej boją, usiłując przełamać strach. Tak jak ten przed zarazkami, antysemityzmem i przed prawicowcami. Marta i Justyna podążają gdzieś na Kujawy, by odszukać mgliste ślady z przeszłości. Podróż ma znaczenie metaforyczne – Marta usiłuje przekazać córce prawdę o swojej matce, a Justyna stara się do tej prawdy zbliżyć, jednocześnie wciąż nieufna wobec matki, stale napięta emocjonalnie, podporządkowana rygorowi myślowemu, ustawicznie w myślach przepraszająca. Uzdański napisał o poszukiwaniu pewnej wspólnej płaszczyzny porozumień i o historii, z której mamy wywnioskować, co kobiety dziedziczą w kolejnym pokoleniu, a czemu się sprzeciwiają, budując wokół siebie nieznośne napięcie. Autor literaturą uczynił strumienie świadomości i dialogi oparte na zasypywaniu się słowami – często absurdalnym, niekiedy maskującym nieśmiałość w zbliżeniu. Dodał do tego sporo cudzych słów bez cudzysłowu – od Słowackiego przez Eliota po Tuwima. Stworzył narrację, która stoi w miejscu. Po kilkudziesięciu stronach zaczyna irytować. Nie oferuje tego, czego się można po niej spodziewać. Jest pewną apoteozą bezcelowości – samego pisania i stwarzania w tym pisaniu historii o ludzkiej bezradności wobec drugiego człowieka i czasu, który minął. Trudno się to czyta i trudno przyswaja. Trudno orzec, czy to eksperyment dający Grzegorzowi Uzdańskiemu pewną frajdę tworzenia, czy też może na wskroś bolesna historia, w której nie odczuwa się bólu, ale przede wszystkim lekką irytację.

W Marcie tkwi kilka narodowości – polska, niemiecka i żydowska. Jest nauczycielką języka polskiego, ale w myślach i wypowiedziach brakuje jej dyscypliny językowej. Czuje się bezradna wobec córki, tkwi w sporym dystansie do niej, stara się go przełamać. Marta uwikłana jest w formy i konwenanse oraz całą masę neuroz, co obrazuje już ciągłe utyskiwanie bohaterki od pierwszych stron powieści. Dla kobiety przeszłość jest niejednoznaczna. Nie nawiązała z matką na tyle bliskich relacji, by ją zrozumieć i wesprzeć. Teraz ten wzorzec powiela się w kontaktach z Justyną. Tymczasem dla Marty ważna jest pewna ciągłość i powtarzalność, a pojawia się lęk, że w tej szalonej kobiecej sztafecie pokoleń niebawem zaistnieje pustka, bo Justyna chyba nie obdarzy jej wnukami. Matka w tej powieści zdaje się wiedzieć i odczuwać więcej. Męczy się sama ze sobą, bo tylko pisemnie potrafi uporządkować myśli, zwerbalizować je, nie potykać się o słowa, nie walczyć ze składnią. Postanawia zabrać córkę w podróż, dzięki której możliwe będzie nawiązanie z Justyną kontaktu. Jakiegokolwiek. Obie bowiem są sobie obce. Ta fasadowa grzeczność między nimi chwilami jest upiorna, chwilami po prostu zabawna. Marta wierzy w to, że wyjazd pomoże w zbliżeniu i da świadectwo skrytym prawdom z przeszłości. Dużo ryzykuje, ale też śmiało podejmuje decyzję o wspólnych wakacjach z córką. Nie jest w stanie jednak udźwignąć jej fizycznej bliskości i duchowego oddalenia.

Justyna chciała być sławna, ale chyba już jej przeszło. Dziś bardzo się pilnuje, by nie wywyższać się, nie oceniać pochopnie, nie wyciągać daleko idących wniosków. Matka jest dla niej takim krzywym zwierciadłem, w którym może się przejrzeć i uznać, kim nie chce być. Boleśnie odcięta od internetowego chaosu, usiłuje być grzeczna i uczynna w autentycznej relacji, w której trzeba się odrobinę poświęcić, żeby było dobrze i bezkonfliktowo. Jest w niej zarówno troska o matkę, jak i daleko posunięty krytycyzm wobec jej zachowań. Urojone lub nie – pewne lęki i uprzedzenia wciąż oddalają córkę od matki. Sama postać Justyny wydaje się papierowa. Nie ma nam, czytelnikom, praktycznie nic do zaoferowania. Dopasowuje się, ale jednak kontestuje różne formy zachowań. Chce być przyjazna i nie inicjować konfliktów, lecz wewnętrznie się spala, ugniatana coraz bardziej męczącymi ją i czytającego przemyśleniami.

Wyprawa matki i córki wchłania w siebie sporo. Grzegorz Uzdański w wyraźnym tle pozwoli sobie na opisywanie wszystkiego, co go uwiera w polskości, albo też wszystkiego, z czym nie godzą się jego bohaterki. Pewne jest także to, iż nie są pogodzone z sytuacją, w jakiej się znalazły. Zainicjowały podróż, do której nie były przygotowane. Błąkają się po okolicy dość chaotycznie i próbują wydobyć z otoczenia przejawy witalności i czegoś, czego im samym brakuje. Pewnej chęci do przeżywania czegoś wspólnie. Pokoleniowe czytanie Virginii Woolf i podobne poglądy to nie wszystko. Uzdański dyskretnie sygnalizuje, co kobiety dziedziczą, a w jakich sferach się ścierają. Rwany i wartki tok myślenia jednej i drugiej boleśnie potęguje poczucie chaosu, jaki rodzi się z całego świata przedstawionego „Wakacji”. Nie wiadomo, co ma być punktem ciężkości w tej powieści i co najważniejszym wydarzeniem. Nie pojawia się przełom ani też sugestia, że ta podróż mogłaby mieć znamiona ekspiacji. Widzimy tylko, że Marta nie ma ochoty wracać do szkoły, a Justyna mobilizuje siły, by cieszyć się tym, co jej nie cieszy.

To książka o skrytej czułości i wściekłości. O tym, w jaki sposób kobiety obudowują się w słowach, gestach i jak celebrują własne przejawy życia – zawsze w konfrontacji z tą drugą. Jest to zatem powieść o trudach nawiązania bliższego kontaktu z rzekomo najbliższą osobą i o próbach poszukiwania porozumienia we mgle zdarzeń minionych, gdzie kryć się mogą zagadki, a Grzegorz Uzdański skrywa jedynie słabo zarysowane kontury. Bohaterki błąkają się po omacku – są ze sobą w ścisłej zależności, ale skrywają też złość oraz irytację. Nie wiadomo, ku czemu podążają, i nie jest łatwo określić, jak duży wpływ na ich relację ma mieć ten wspólny wyjazd. Rozczarowanie „Wakacjami” bierze się stąd, że kolejna polska powieść o skomplikowanych więzach rodzinnych nie oferuje niczego nowego, żadnej odkrywczej tezy, żadnej zasadniczej wątpliwości. To podążanie po pewnych śladach i zacieranie swoich. Z pewnością warta uwagi jest kobieca perspektywa, w którą autor mężczyzna wkracza na tyle śmiało, że czuje się pewnie, kreśląc portrety wewnętrzne Marty i Justyny. Poza tym „Wakacje” to książka o tych wszystkich męczących emocjach, o których sporo już wiemy, a nawet jeśli wiemy niewiele – uciekamy od nich z wiadomych powodów. Nakreślana więź iskrzy, ale dwie sprawy nie są uwiarygodnione. Po pierwsze – dlaczego matce i córce tak trudno razem. Po drugie – co miałoby stać za ewentualną zmianą tego stanu. Uzdański stworzył rzecz, do której żywi się ambiwalentny stosunek. Niewątpliwie jest to opowieść o pogłębionym konflikcie, ale także historia pozostawiająca w zdziwieniu, co z nim dalej. Może to zapowiedź kolejnej powieści. A może po prostu niezbyt dobra książka.

2016-03-04

"Czarne jak moje serce" Antti Tuomainen

Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Data wydania: 19 lutego 2016

Liczba stron: 288

Tłumacz: Edyta Jurkiewicz-Rohrbacher

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 30,90 zł

Tytuł recenzji: Wieczny czas przeszły

Nie wiem, czy to adekwatne napisać o powieści kryminalnej, że jest piękna. Antti Tuomainen zmusza mnie do podjęcia takiego ryzyka. Piękna jest w tej książce melancholia, piękny smutek i ten odczuwalny od pierwszej do ostatniej strony fatalizm, w którym nie ma przecież rozpaczy, a jest niezwykle silny ładunek emocjonalny. Jaka to przyjemność czytać świetny fiński kryminał po czytelniczym rozczarowaniu cyklem „Miasteczko Palokaski” J.K. Johansson(ów). „Czarne jak moje serce” to książka o wielkiej samotności, w której toczy się walkę ze sobą. To opowieść o nieprzystawalności do świata, którego ramy rozsadza rodzinna tragedia. Tuomainen opowiada o tym, co dzieje się w życiu człowieka, gdy odebrane mu zostaje wszystko, co ważne i pewne. To także narracja o żałobie trwającej przez dwadzieścia lat i o niemożności pochowania kogoś najbliższego. Intryga kryminalna przykuwa uwagę, bo związana jest z dramatycznym poszukiwaniem. Gdy pewnego październikowego dnia zaginie matka trzynastolatka, chłopiec już nigdy nie będzie w stanie odczuwać radości życia. Przez dwadzieścia lat obsesyjnie myśli o zabójcy i jest przekonany, że wkrótce prawdą okaże się to, co przewiduje. Nie ma pojęcia, że prawda ma zupełnie inne, zaskakujące oblicze. Nie ma pojęcia, że śledzony przez niego kat okaże mu serce jak nikt inny na świecie…

Aleksi Kivi przez całe życie tkwił gdzieś na marginesie. Podporządkowywał się normom, nie wychylał za bardzo. Skupiał się na planie zemsty. Bo przecież oprawca, przez którego zaginęła jego matka, musi odpowiedzieć za swe czyny. Aleksi jest przekonany, czym były. Nie ma jednak jednoznacznej pewności, co wydarzyło się przed laty, bo nie znaleziono ciała zaginionej, a osamotniony syn na zawsze zamknął się przed światem różnorodnych doznań. Dziś zatrudnia się jako dozorca w posesji charyzmatycznego biznesmena Henrika Saarinena. Matka pracowała kiedyś w jego firmie. Aleksi jest przekonany, że Henrik to zabójca. Chce dotrzeć jak najbliżej i stara się wykazać trzeźwością myślenia. Nikt bowiem nie może poznać jego sekretnego planu. Czy tylko Aleksi myśli, że tak będzie w istocie?

Antti Tuomainen świetnie konstruuje swojego bohatera. Wydaje się, że działa on metodycznie, nie targają nim żadne emocje, jest doskonale zdystansowany do świata wokół i nie pozwala przeszłości wpływać na dzisiejsze działania. A przecież Aleksi jest cały przeszłością. Zamknięty w wewnętrznym więzieniu, wciąż na nowo woła bezgłośnie o pomoc jak w dniu, kiedy zrozumiał, że został trzynastoletnim sierotą. Tuomainen pozwala nam wejrzeć w psychikę swojego bohatera, ale tylko do pewnego stopnia. Podobnie oszczędnie dawkowana jest wiedza Aleksiego o świecie zewnętrznym. Saarinen podejmuje z nim specyficzną grę. Odnosi się wrażenie, iż doskonale wie, kogo zatrudniono na stanowisku dozorcy. Ma wobec Aleksiego pewne plany. Wyprzedza tok jego myślenia i burzy misternie przygotowany plan.

„Czarne jak moje serce” to mistrzowska powieść wielu czytelnych bohaterów. Każdy wnosi pewną tajemnicę do fabuły i każdy ją komplikuje. Istotne są dwie relacje – z atrakcyjną córką Saarinena i z policjantem, który przed laty prowadził sprawę zaginięcia matki Aleksiego, wciąż starając się wybić z głowy zrozpaczonego syna poszukiwania zabójcy na własną rękę. To jednak nie wszystko. Posesja, którą ma się opiekować główny bohater, to dom pełen tajemnic. Jaki związek z niewyjaśnioną sprawą sprzed lat może mieć kucharka Saarinena? A jego szofer pełniący funkcję pomocnika? Kto jest kim dla kogo i co za zależności połączyły przed laty ludzi, o których Aleksi w gruncie rzeczy niczego nie wie?

Tuomainen stosuje przemyślane i frapujące zwroty akcji. Kiedy część tajemnicy zaczyna być dla czytelnika jasna, pojawia się jakaś kolejna mroczna i burzy dotychczasowy porządek. Aleksi cierpi wewnętrznie i jest zdezorientowany. Nie wie, komu ufać. Kto gra w niebezpieczną grę, a kto okaże się przyjacielem? Pełne emocji są te wszystkie sceny, w których bohater konfrontuje się z narastającym wewnętrznym niepokojem. Tymczasem dwukrotnie pada w powieści pytanie o to, kim Aleksi miałby się stać. Kim jest dzisiaj? Co dawało mu siłę do życia i jak wiele goryczy było w tej sile? Fiński prozaik opowiada o tym, w jak skomplikowany sposób człowiek może zamknąć w swoim sercu przeszłość wraz z ogromnym bólem. Retrospekcje ujawniają silną więź matki i syna, już przed laty kryjącą w sobie wiele niedopowiedzeń. Wcześniej to kobieta cierpiała, potem wszystkie cierpienia przejął Aleksi. Nie pozwolił sobie na to, by pogodzić się z utratą. Nigdy jednocześnie nie zaznał spełnienia, bo wyobcowanie naznaczyło go od dnia, w którym policjanci przyszli poinformować go o zniknięciu najbliższej mu osoby…

„Czarne jak moje serce” to także proza budująca napięcie poprzez oczekiwanie. Wciąż spodziewamy się zdarzeń, które przybierają inny kształt. Nie ma ani jednego stonowanego rozdziału. Każdy kipi od napięcia. A przecież wokół rozciąga się cisza i obecna jest niezwykłość otoczenia posesji Saarinena. Akcja przenosi się także do portretowanych z topograficzną dokładnością Helsinek, ale zasadnicze dramaty rozgrywają się w tle majestatycznej i spokojnej przyrody, niemego świadka zdarzeń. Tuomainen posługuje się także kontrastem. Portretuje świat nieprzyzwoicie bogatych Finów oraz pozornie nieznaczący dramat mężczyzny, który nigdy się nie dorobił ani nie spotkał na swej drodze osoby, z jaką mógłby do czegoś dojść. Bogactwo ma także inne znaczenie. Ważne jest ubóstwo Aleksiego. To ubóstwo emocji, bo latami drążyły go tylko wyobcowanie i melancholia. Zniknięcie matki było początkiem świata bez treści. Przeżywanego jakby z przymusu, gdy trzeba było dbać o siebie. Bohater dba tylko o pamięć, której nikt nie może mu odebrać. Poświęca życie iluzjom i złości. Nie godzi się na taki kształt świata, jaki zaoferowano mu po odebraniu rodzicielki.

To dość skomplikowana książka w tonacji blue, z której wydobywa się to przejmujące przeświadczenie, że mimo ludzkiego cierpienia świat nadal trwa niewzruszony. Mimo ogromu niemocy można zdobyć się na działanie i siłę tylko wówczas, jeśli służy to przeszłości. Bo czas przeszły w tej książce determinuje wszystko. Tuomainen pokazuje, jak niewiele możemy wiedzieć o drugim człowieku i jego motywacjach, kiedy rozpaczliwie zamykamy się w bólu po utracie, której nie sposób zrekompensować. Naprawdę piękna książka.

2016-03-02

"Polska odwraca oczy" Justyna Kopińska

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 2 marca 2016

Liczba stron: 234

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Patrząc i słuchając

Dziennikarstwo śledcze to niełatwy fach. Wymaga nie tylko odpowiedniej empatii i konsekwencji w działaniu, ale przede wszystkim umiejętności stawiania niewygodnych pytań i egzekwowania odpowiedzi na nie. Justyna Kopińska wykonuje swą robotę doskonale. Dowodem tego są liczne wyróżnienia i nagrody. Autorka jest między innymi laureatką nagrody dziennikarskiej Amnesty International i Nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego, finalistką Nagrody im. Teresy Torańskiej, Grand Press i Mediatorów. „Polska odwraca oczy” to doskonale skrojony zbiór najważniejszych publikacji Kopińskiej. Książka stworzona z polskich absurdów, bolączek, z polskiej zawiści i ksenofobii, z wszelkiego rodzaju niedoskonałości różnych systemów oraz nieczułości tych organów władzy i sprawiedliwości, które z różnych powodów nie stoją na straży wolności oraz bezpieczeństwa obywateli. Większość tekstów zwraca uwagę na wciąż ten sam problem – braku odpowiedzialności za złe działania i złe decyzje. Bo polskie odwracanie oczu ma wiele znaczeń. Nie jesteśmy dla siebie ani wrażliwi, ani empatyczni. Nie potrafimy w konfrontacji z systemem skutecznie walczyć o własną godność i tę walkę wygrać. Justyna Kopińska mówi za tych, którzy nie znajdują słów, i działa w imieniu tych, co nie są w stanie zrobić żadnego kroku naprzód. Opowiada o strachu wszystkich nim sparaliżowanych. I o świecie, w którym jednostka ludzka staje się numerem ewidencyjnym albo problemem do zatuszowania. O świecie instytucji opartych na absurdalnych wytycznych i o ludziach mnożących absurdy, bo w nich – paradoksalnie – czują się dużo pewniej…

Przerażające są reportaże Kopińskiej, ale i jest w nich godna podziwu nieustępliwość, by zadawać takie pytania, jakich nie zadano, i zderzać winnych z problemami ukazywanymi inaczej, wieloaspektowo. „Polska odwraca oczy” rozpoczyna się od wstrząsającej historii ukochanej Mariusza Trynkiewicza, która formułuje wniosek o tym, iż „przecież każdy może mieć taki stan, że zabije”. Kończy ją opis wielowarstwowej patologii jednego z zakładów karnych w Polsce. Sporo opowieści koncentrować się będzie wokół więzień i sądów, bo to jest naturalne środowisko działania dziennikarza śledczego. Ale ta książka to nie tylko prezentowanie zaskakujących, bulwersujących czy szokujących postępowań sądowych. To książka o poszukiwaniu człowieka pośród łajdactw, okrucieństwa i różnego rodzaju patologii. Kopińska nie feruje wyroków i nie ukazuje swoich bohaterów w jakimś jednoznacznym świetle. Wskazuje, że często kat jest ofiarą, a bywa i tak, że ofiara to pokłosie bardzo złożonej sytuacji, na którą składa się niejednokrotnie kilka przetrąconych biografii. Zadaje pytania o sposób postępowania z jednoznacznie złymi ludźmi przy niejednoznacznej ocenie ich zła oraz konsekwencji tego, co uczynili.

Reportaże Kopińskiej zaglądają za mury, za którymi dzieją się rzeczy niewyobrażalne, bo niekontrolowane. To nie tylko wstrząsający tekst „Nie jestem psem”, który zamyka książkę. „Spotkanie z Szatanem” opisuje historię strażnika więziennego, który w szale zastrzelił czterech policjantów. Tymczasem „Ten trup się nie liczy” obrazuje szereg manipulacji przy statystykach wykrywalności przestępstw. Okazuje się, że w Polsce resocjalizacja wyjątkowo brutalnych morderców to fikcja i że po zgwałceniu ofiarę oskarża się o prowokację, a gwałcicielom wyznacza karę w zawieszeniu. Justyna Kopińska śledzi kontrowersyjne wyroki i stara się przyjrzeć ich motywacjom. Pokazuje, co dzieje się w Polsce z niewygodnymi sprawami, niewygodnymi tezami albo świadkami. Dwa reportaże zaglądają za mury ośrodka wychowawczego sióstr boromeuszek. Poznajemy furiatki w habitach, na które nie można donosić, bo to grzech. Przyglądamy się temu, ile różnych oblicz może mieć polskie zło. Zwykle skryte przez wzrokiem innych. Niewytłumaczalne w żaden możliwy sposób. Kwitnące i rozwijające się, bo sankcjonowane przez system.

„Polska odwraca oczy” to także zbiór opowieści o ludziach skrzywdzonych przez życie albo pozbawionych alternatywy, życia innego niż to wyznaczone przez status i okoliczności. Kopińska opisuje historie niezwykłe, smutne i skomplikowane. Robi to z dużą czułością i wrażliwością na krzywdę. To między innymi historia samobójstwa pewnego księdza geja czy opowieść o dziewczynie z prowincji, którą dopada odium małej miejscowości, bo podniosła rękę na ojca. Jest w książce także opowieść o chłopcu, którego system chciał skutecznie odizolować od innych ludzi, i o tych ludziach, którzy dostrzegli jego talent muzyczny. Tam gdzie trzeba Kopińska pochyla się bardziej i na dłużej. Wysłuchuje historii, których nie chciało wysłuchać państwo w żadnym swoim wymiarze. Zadaje pytania o trudy życia i oczekuje odpowiedzi, bo chce wspierać, ale też wyjaśniać absurdy ludzkich upokorzeń. Niekiedy staje w obliczu zagadkowej śmierci – takiej podwójnej jak ta z „Nieśmiertelności chrabąszczy”. Bywa, że nie można już zapytać, bo nikt nie jest w stanie odpowiedzieć. Wówczas pozostaje rekonstrukcja zdarzeń i nieśmiałe pytania o motywacje bohaterów. A być bohaterem opowieści Justyny Kopińskiej nie jest dobrze, bo za każdą analizowaną przez nią historią stoi opowieść o różnego rodzaju bólu i upokorzeniach.

Ta książka prezentuje także galerię psychopatycznych postaw, którym trudno wyjść naprzeciw. Obrazuje różne rodzaje przemocy, które często z różnych powodów są sankcjonowane. Opowiada o polskiej zawiści i małostkowości. O tym, że kalekie instytucje nie są w stanie się zmienić, lecz jedynie tuszować swe niedoskonałości, skrywać przed światem wstydliwe sprawy i posunięcia. Kopińska wyraźnie pokazuje, jaką trudnością na różnych etapach i w różnym kontekście są w Polsce przyznanie się do winy i skrucha. Autorka pokazuje sytuacje, w których ludzie okopują się w kłamstwach i nie dają sobie szans na zmiany. Ta publikacja zmusi do tego, by oczy otworzyć bardzo szeroko. Jej celem nie jest zaskakiwanie czy szokowanie. Justyna Kopińska przedstawia nam wiele polskich absurdów, w których tkwimy bardzo często na własne życzenie. Ukazuje także bezbronność człowieka wobec absurdalności systemu. Woła o sprawiedliwość, ale podejmuje się też trudu określania tego, co jest sprawiedliwe.