2016-06-15

"Siła wyższa" Joanna Szwechłowicz

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 16 czerwca 2016

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32 zł

Tytuł recenzji: Kuracjusze i detektywi w sutannach

Joanna Szwechłowicz proponuje nam swoją trzecią narrację – „Siła wyższa” to jej najlepsza powieść! Odnosi się wrażenie – i sugeruje to sama autorka w posłowiu – że może to być ostatnie spotkanie z rewelacyjnym kryminałem retro, bo nadchodzący w jej opowieściach czas drugiej wojny światowej nie będzie u Szwechłowicz tłem dla tragikomicznych zdarzeń, w których za każdym razem odkrywamy pokłady ludzkiej hipokryzji i gdzie śmieszność połączy się ze smutkiem oraz przekonaniem o tym, że wciąż marzymy o czymś, co nieosiągalne. W „Sile wyższej” będziemy śledzić losy benedyktyna Aleksandra Herbsta, którego oryginalność – postawy i poglądów – z pewnością zaskarbiła sympatię czytelników „Ostatniej woli”. Tym razem dołączy do niego w śledztwie niejaki Florian Myszkowski, egoista i gbur, gruntujący się latami w pogardzie dla ludzkości, jednocześnie rubaszny i niepokojąco ograniczony myślowo. Ta para – działając incognito i kryjąc swe sutanny – opuści Wielkopolskę i uda się do Krynicy śladami zaginionego księdza. Szwechłowicz ponownie zamknie w pewnej ograniczonej przestrzeni specyficzną grupę osób i zmusi nas do zastanawiania się nad tym, kto z nich wyjątkowo źle życzył poznańskiemu uciekinierowi, bo właśnie w Krynicy Wojciech Kalinowski wyda ostatnie tchnienie, lądując w sadzawce i powodując ambiwalentne uczucia krynickich kuracjuszy. Ponownie – jak w "Ostatniej woli" – każdy będzie wzbudzał podejrzenia, a spektakularny finał przyniesie rozwiązanie detektywistycznego śledztwa. Będzie w nim mowa o uprzedzeniach, zawiści, ksenofobii oraz hipokryzji. Taka Polska katolicka w pigułce. Oglądana z dwóch stron – z punktu widzenia przedstawicieli Kościoła katolickiego i jego wiernych. Może jednak nie do końca tak bardzo wiernych.

Ojciec Florian jest przekonany o tym, że nie warto pomagać ludziom. Biedni i ubodzy znajdą się zawsze, a przecież Kościół musi trwać. Ludzkość jest dla Myszkowskiego zbieraniną egocentryków, którzy dążą tylko do zaspokojenia swoich potrzeb. Gdyby chciał być altruistą, nie poszedłby do zakonu. Florian Myszkowski to uosobienie pychy i swoistego narcyzmu. Przykład zachowania sugerującego, co może dziać się w klasztornych murach i w jaki sposób mogą one kształtować świadomość. Czego boi się Kościół katolicki w przededniu drugiej wojny światowej? Wystarczy posłuchać ojca Floriana. Nieprzekonanego do tego, by przemierzać Polskę i szukać w Krynicy innego księdza, który pewnego dnia zniknął, wprawiając w konsternację przełożonych. Więcej zaangażowania w sprawę poszukiwania przejawia Aleksander Herbst – jemu niejako piątym kołem u wozu jest obecność Myszkowskiego, z którym różnią go nie tylko ideologia i filozofia postrzegania rzeczywistości. Obaj benedyktyni muszą w Krynicy odnaleźć Wojciecha Kalinowskiego i namówić go do powrotu do Poznania. Nie są istotne powody, dla których zniknął. Ma ponownie pełnić posługę i wrócić do swego uporządkowanego świata, aby Kościół nie musiał odpowiadać na niewygodne pytania. Bo tak naprawdę nie wiadomo, dlaczego poznański ksiądz opuszcza swą plebanię. Powody takiego zachowania mnoży w wyobraźni Myszkowski. Tymczasem detektywi w sutannach przybywają do Krynicy, gdzie skonfrontują się z tym, jak duże różnice występują między tym, co przekazuje Kościół katolicki, a tym, co myślą jego owieczki.

Katolicki pensjonat panien Malickich może być taką Polską w pigułce. Kurację odbywa się tam z przyjemności, z przypadku i za karę. Barwna galeria postaci dowodzi pewnej różnorodności w społeczeństwie, ale jednocześnie bezlitośnie punktuje cechę wspólną wszystkich polskich katolików – zaściankowość i zamknięcie się w świecie stereotypów, oportunizmu i dwuznaczności działań. W krynickim pensjonacie znajdą schronienie wszyscy ci, którym nie jest w różny sposób po drodze z codziennością gdzieś poza tym miejscem. Mamy inwalidę wojennego, który wciąż widzi wokół japońskie zagrożenie. Jest tajemnicza młoda wdowa z uroczym pięciolatkiem. Mniej uroczy są specyficzni bliźniacy i ich rodzice na skraju rozpadu małżeństwa. Są panny na wydaniu i stare panny. Jest kostyczna kucharka. Jest niebieski ptak, któremu nie układają się kontakty z kobietami. Odnajduje się także sam Wojciech Kalinowski, ale poznańscy wysłannicy nie skłonią go do powrotu, albowiem ubiegnie ich ktoś, kto ciosem w głowę pozbawi księdza życia.

Joanna Szwechłowicz rozprawia o ludzkiej moralności i pokazuje przykłady sytuacji, w których hipokryzja przyjmuje mroczną, zdeformowaną postać. Myszkowski i Herbst uważnie przyglądają się kuracjuszom, starając się jednocześnie zajrzeć w ich przeszłość. Ważne są bowiem motywacje, dla których ci ludzie znaleźli się w krynickim pensjonacie. Istotne jest uważne słuchanie i podglądanie, które w dość niewydarzony sposób uskutecznia Florian Myszkowski. Herbst analizuje specyficzne stosunki między pensjonariuszami i w miarę sprawnie rozpoznaje, kto z nich może być mordercą. A „Siła wyższa” – z bardzo wieloznacznym tytułem – to książka o tragicznej drodze od miłości do zabójstwa. Obok pragnienia śmierci pojawią się pragnienia prawdziwego życia i potrzeba sprawiedliwości, której deficyt odczuwają kuracjusze zamknięci przed światem w kręgu prywatnych neuroz i smutków. Szwechłowicz umieszcza swoich bohaterów w przestrzeni, która – zamiast uleczać – staje się dla nich wyjątkowo opresyjna. Portretuje logikę myślenia kategoriami katolickiego miłosierdzia i bezlitośnie punktuje ułomności wierzących, lecz niepraktykujących. Ta powieść przesycona jest ironią i pełna humorystycznych scen, ale opowiada przecież o smutnych ludziach w smutnych okolicznościach oraz o tym, że wciąż żyjemy w stanie niezgody z tym, co oferuje nam rzeczywistość.

Pośród czytelnych złośliwości, aluzyjnej zawiści i na polu konfrontacji skrajnie różnych od siebie poglądów dość dobrze się bawimy i przypuszczamy, kto mógł zabić. Autorka tym razem nie mnoży trupów. To bardziej powieść obyczajowa, taki specyficzny przekrój przez polską mentalność i jej uprzedzenia. Mimo śmiechu chwilami jest naprawdę strasznie. Zwłaszcza wtedy, gdy przekonujemy się, iż szereg wypowiadanych poglądów tkwi w umysłach wielu z nas także dzisiaj, blisko osiemdziesiąt lat później. „Siła wyższa” to opowieść o fałszu altruizmu i o mrocznych obliczach egoistów. Trochę w niej feminizmu, trochę oportunizmu, ciekawa zagadka i sporo wieloznaczności. Wyborna lektura, ale do takich autorka zdążyła nas już przyzwyczaić. Tym razem – w moim odczuciu – oddaje w nasze ręce rzecz najlepszą i świetnie dopracowaną.


PATRONAT MEDIALNY

2016-06-13

"Skóra" Toni Morrison

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 18 maja 2016

Liczba stron: 192

Tłumacz: Jolanta Kozak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32,90 zł

Tytuł recenzji: Stygmaty

Toni Morrison zdecydowała się na literacką miniaturę z tematami, które mogłyby stać się podstawą opasłego tomu. Być może niejednego. A byłoby o czym snuć epickie rozmyślania. Skóra” to przede wszystkim opowieść sygnalizująca, że w życiu bardzo często przyjmujemy sobie pewien nieznośny, subiektywny azymut i przez jego pryzmat postrzegamy wszystko, co nas otacza. Głównie porządkujemy nasze relacje z innymi, trzymając ich w bezpiecznym dystansie. To także książka o stygmatach z dzieciństwa, których – mimo starań – nie da się przekuć w atuty. Historia ludzi zagubionych w przestrzeni i zdarzeniach sprzed lat, którzy dorosłość otaczają mgłą i wrastają w ciągłą niepewność. To w końcu mistrzowska narracja o matkach, które odrzucają albo są odrzucane. O najsilniejszych więziach tworzących traumatyczne relacje oraz o czasie, który nie leczy ran, a dodaje jedynie trosk. Tak, Toni Morrison mogłaby napisać o tym wszystkim długą powieść. A mamy – chwilami nieco tendencyjny – szkic literacki o rasizmie, krzywdach wyrządzanych dzieciom, o poszukiwaniu bezpieczeństwa oraz miłości, ale przede wszystkim o niezrozumianym odtrąceniu, od którego nieprzypadkowo rozpoczyna się ta książka.

Matka wychowywała Lulę Ann surowo. Jej czarna skóra naznaczyła ją na zawsze. Stała się powodem rodzinnego nieszczęścia i coraz większego odium matki broniącej się przed odpowiedzialnością za dziecko, które nieprzyjemnie ją zaskakuje. Bardzo wyraźna i metaforyczna scena odmawiania piersi małej Luli Ann to początek trudnej relacji, w której dziewczynka postanowi walczyć o zainteresowanie, uwagę i odrobinę czułości wszelkimi możliwymi sposobami. Także konfabulując i zamieniając życie innej osoby w piekło. Wszystko po to, by matka wreszcie wzięła ją za rękę. Bo o dotyk Lula Ann walczyła bezkompromisowo. Tymczasem rodzicielka nie chciała jej nawet bić, by nie czuć tego, przed czym wzbraniała się, przerażona kolorem skóry dziecka.

Po latach Lula Anne nazywa się Bride i pokazuje wszem wobec, że mimo trosk z dzieciństwa można osiągnąć spełnienie i godne życie. Bride jest kobietą sukcesu, której czas upływa już zupełnie inaczej. Nie jest czasem oczekiwania, lecz zdobywania. Dość dziwnym czasem, w którym na nikim nie robią wrażenia preferencje seksualne, ale kolor skóry nadal wzbudza kontrowersje i uprzedzenia. Czerń Bride kontrastuje z bielą jej ubrań. Toczy się w niej wewnętrzna walka o uznanie w kompromisie. Bride jest gotowa stawiać czoła nowym wyzwaniom zawodowym, ale nie jest gotowa na konfrontację z przeszłością. A także na kolejne odrzucenie, gdy pewnego dnia jej kochanek Booker mówi, że to już koniec. Okazuje się, że dla zawsze uporządkowanej Bride będzie to dopiero początek. Nowej drogi, na której zmierzy się z demonami przeszłości, ale także nauczy empatii – czegoś, co gdzieś w niej zanikło przez lata dochodzenia do sukcesów.

Toni Morrison skupia uwagę na głównej bohaterce, ale buduje jednocześnie polifoniczną narrację, w której poznajemy różne punkty widzenia ludzi stających na drodze Bride. To pełne dramatyzmu spowiedzi albo też luźne refleksje wyrażające gorycz bądź rozczarowanie. Świat bowiem składa się z naprawdę różnych sposobów patrzenia na niego i okazuje się, że w „Skórze” nie wszystkie zdarzenia będą jednoznaczne, choć sporo jest takich, które podczas czytania stanowczo potępiamy. To książka o ludziach w drodze, niegotowych na akceptację – siebie i najbliższych. Także o buntownikach i samotnikach, ale przede wszystkim o różnych rodzajach ludzkiego wyobcowania. Booker i Bride zrywają ze sobą już na początku, jednak wiemy, że jedno z nich będzie zmierzać do tego, by wyjaśnić enigmatyczne powody rozstania. Ta determinacja służy Bride, bo pomaga jej spojrzeć na siebie z innych perspektyw. Pomaga także Bookerowi, który również zmaga się z mroczną przeszłością i może bardziej niż Bride tkwi w niej nadal, niegotowy do jakiejkolwiek zmiany, mentalnego pożegnania się z tym, co boleśnie utracone.

To opowieść o tym, że życiowa wolność zawsze ma swoją cenę. Nie przychodzimy na ten świat z gotowością, by wziąć za siebie odpowiedzialność. „Skóra” to też książka o uprzedzeniach i o paraliżującym strachu. O tym, że ludzie wolą oddalenie niż konfrontację z tym, czego od siebie oczekują. To także melancholijna historia przemian, na które nie jesteśmy gotowi, ale którym stawiamy czoła. Toni Morrison zmusza nas do tego, by spojrzeć na tę niewielkich rozmiarów powieść z wielu różnych perspektyw. Ważne, by dojrzeć, do czego prowadzi życie naznaczone rozpaczą. Ważne jest także to, ile możliwości mamy przed sobą i kiedy powinniśmy z nich korzystać. „Skóra” podejmuje także trudny temat dzieciństwa naznaczonego przemocą w kilku możliwych wymiarach. Opowiada o tym, że do śmierci możemy być wystraszonym dzieckiem albo przepełnionym żądzą zemsty potworem bez uczuć. A w tym wszystkim jeszcze stygmat skóry i szereg rozważań o wybiórczym postrzeganiu świata przez rasizm i pokrewne mu uprzedzenia.

Bride przechodzi przemiany, ale zaskakująco dla siebie powraca wciąż do tego, co w życiu nie dawało jej spokoju. Booker zamyka się w sobie i potrzeba wielkiej determinacji, by wydobyć go z tego zamknięcia. Morrison fantazjuje o ludziach, którzy zmieniają się być może przez przypadek. Być może jednak przez siłę relacji, w którą zdążyli zwątpić albo okopać się przed nią na bezpiecznej samotniczej pozycji. „Skóra” to opowieść definiująca kilka rodzajów ludzkiego zagubienia, nie feruje jednak żadnych wyroków, nie sugeruje zbyt wiele. Noblistka sygnalizuje wielkie dramaty w dość kameralnej formie. Oszczędza słowa, by nazywać uczucia. Na przykład określić wstyd na kilka możliwych sposobów. Wzrusza i przejmuje, a jednocześnie odnosi się do czegoś tak oczywistego jak deficyt miłości i przywiązania, z którym wielu z nas walczy na różnych życiowych frontach. Często bez powodzenia, bo nie jesteśmy w stanie zrekompensować sobie najbardziej oczywistych ludzkich braków. Czy bohaterom tej książki się uda?

2016-06-10

"Dobra matka" Małgorzata Rogala

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 15 czerwca 2016

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Kolejne dylematy Górskiej

Małgorzata Rogala w swej ostatniej powieści "Zapłata" pozostawiła nas z kilkoma pytaniami, na które nie mogliśmy znaleźć odpowiedzi. „Dobra matka” to kontynuacja losów dzielnej aspirant Agaty Górskiej nawiązująca do sygnalizowanego w poprzedniej książce lęku bohaterki i do traumatycznego wspomnienia z dzieciństwa, z którym wciąż nie mogła się uporać. Rogala pozwoli swej powieściowej policjantce odnaleźć wreszcie ulgę, gdy mroczne zdarzenia sprzed lat doczekają się pewnej sprawiedliwości. Ale ta książka to przede wszystkim opowieść o tych wszystkich kobietach, którym niedane jest zaznać owej sprawiedliwości, bo utknęły w obawach i znalazły się w bardzo niesprawiedliwych okolicznościach losu. Proza bardzo dynamiczna, mocno angażująca emocjonalnie. Opowieść o kilku rodzajach krzywd i przemocy, których doświadczają kobiety. Także książka ostrzeżenie, bo po lekturze niejedna czytelniczka zawaha się, nim udostępni kolejne zdjęcie swojej pociechy na portalu społecznościowym. Dlaczego matki pokazujące światu radość swego rodzicielstwa znajdą się na celowniku seryjnego zabójcy? Rogala doskonale stopniuje napięcie, zwodzi naszą czujność, oddala ją od sedna sprawy, ale cały czas każe czuć pod skórą puls codzienności, w której Agata Górska ze swym partnerem Sławkiem Tomczykiem będą tropić mordercę kobiet – ofiar nieświadomych tego, za co wydano na nie wyrok śmierci.

Agata i Justyna mogą wieść spokojne życie po dramatycznych wydarzeniach nakreślonych w „Zapłacie”. Tymczasem pojawia się kolejna znajoma Górskiej, która będzie oczekiwać od niej pomocy. Helena jest luksusową prostytutką, specjalistką od biżuterii, uciekinierką przed radomską szarzyzną oraz opresyjnym ojcem. Lena wyznaczyła sobie życiowy azymut i podąża konsekwentnie wybraną drogą. Wikła się jednak w sieć niebezpiecznych zależności, które z czasem staną się czytelne dla Agaty Górskiej podejmującej się śledztwa w sprawie zamordowania przyjaciółki Leny. Mieszkająca obok Paulina Zdunek zostaje zastrzelona w Lesie Kabackim. Ta śmierć szokuje wszystkich, bo ofiara była lubiana przez otoczenie. Tyle tylko, że w świecie realnym niewielu – poza Leną – wiedziało, jaka naprawdę jest Paulina. Wiedział o tym za to świat wirtualny. Denatka dzieliła się każdą częścią swego życia oraz radością z posiadania córki, którą fotografowała i pokazywała internetowym znajomym. Paula dodatkowo uwikłała się w ponurą aferę stręczycielską. Cena jej marzeń o lepszym życiu okazała się za wysoka. Dziewczyna z impetem uderzyła o twardy bruk codzienności, kiedy okazało się, że lepsze życie nie będzie jej dane. Nie spodziewała się, że dana jest zostanie śmierć. Lena przerażona jest nagłym odejściem przyjaciółki, ale także tym, czym stało się jej własne życie. Czy Agata Górska będzie w stanie ocalić przynajmniej ją?

Rogala odbiega od zasadniczego śledztwa, prowadząc nas celowo na manowce i każąc śledzić pewną obyczajową aferę, zamiast podążać śladami mordercy. Zagrożone kobiety mają zaskakująco wielu znajomych. Górska nie zapomniała, z jakim zaangażowaniem broniła kiedyś skrzywdzonych kobiet, i teraz przypomina sobie o tym, walcząc o ich godność. Tymczasem morderca czai się w ukryciu i planuje kolejne zabójstwo. Wysyła coś na kształt ostrzeżenia. Każe zastanowić się nad definicją dobrego macierzyństwa. Ocenia i obserwuje. Tkwi w nieukojonym żalu i po latach szuka zemsty, która nie daje mu żadnej satysfakcji. Dobra matka” to bowiem powieść kryminalna o krzywdach wyrządzonych w przeszłości i o tym, w jaki sposób rzutują one potem na postrzeganie świata. Zaburzona percepcja zabójcy ma swoje usprawiedliwienie. Tymczasem Agata Górska nie znajduje go dla mężczyzn zajmujących się stręczeniem kobiet.

To nie wszystkie sprawy, którymi zajmować się będzie policjantka na kartach tej książki. Zarówno autorka, jak i jej powieściowa bohaterka są w znakomitej formie – czyta się tę dynamiczną narrację z przekonaniem, iż znajdujemy się obok kobiet przepełnionych energią. „Dobra matka” jest książką, od której trudno się oderwać, bo każdy element skomplikowanej rzeczywistości wiąże się z kolejnym. Dzięki temu otrzymujemy wielowątkową opowieść o ludziach krzywdzących innych i podążających na drodze krzywdy ku coraz większej demoralizacji. Rogala portretuje cynicznych bohaterów w różnym wieku oraz skrzywdzone kobiety odnajdujące godność w walce o siebie. To również opowieść o tym, jak bardzo nieświadomi jesteśmy konsekwencji ujawniania treści własnego życia na portalach społecznościowych. Autorka portretuje złaknione odrobiny zainteresowania innych kobiety. Takie, które do świata wirtualnego przenoszą całą tę energię i szczerość, jakich brakuje im w codziennych relacjach z ludźmi. „Dobra matka” to książka o niebezpiecznym ekshibicjonizmie i o różnych rodzajach samotności. Także o tej z wyboru, bo Agata Górska z trudem akceptuje fakt, iż w jej życiu pojawił się cierpliwy mężczyzna chcący powalczyć o ich wspólną przyszłość…

Małgorzata Rogala ma tę pisarską umiejętność, która pozwala na bliższy związek z naznaczonymi trudnym życiem bohaterami. Agata Górska daje się lepiej poznać. Dzięki konfrontacji z demonami przeszłości ulega pewnej przemianie i widzimy ją w innym świetle. Jednocześnie jej biografia jest konstruowana w taki sposób, aby czytelnik nieznający wcześniejszych losów i książek doskonale odnalazł się w skomplikowanym świecie policjantki. Pośród niej Górskiej życzliwi ludzie oraz wiele dylematów. Górska musi się z nimi mierzyć szybko i dochodzić do właściwych wniosków. Czas gra na niekorzyść kolejnej potencjalnej ofiary, a morderca w „Dobrej matce” to ktoś, kogo zwyczajnie pomijamy w toku śledztwa, a kto przypomni się potem, gdy poznamy mroczne motywy jego postępowania. W centrum uwagi pozostaje jednak Agata Górska. Rogala w tej bohaterce skrywa swe nadzieje, że kobiecość to zawsze siła. To także fantazja o tym, że najlepsze w życiu wsparcie kobieta może otrzymać przede wszystkim od drugiej kobiety.


PATRONAT MEDIALNY

2016-06-03

"Książka o czytaniu" Justyna Sobolewska

Wydawca: Iskry

Data wydania: 18 maja 2016

Liczba stron: 242

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Z miłości do książek

Dopadł mnie kryzys czytelniczy. Chandra jakaś, prawie że niechęć do czytania. Dotarło do mnie, jaka przerażająca mnogość publikacji zalewa rynek i jak łatwo się w tym wszystkim zagubić. Bo można stracić trop, pewność swego nosa do książek albo też nagle zrewidować priorytety w czytaniu. Na taką sytuację najlepszym lekarstwem jest „Książka o czytaniu” Justyny Sobolewskiej. Rzecz o niesłychanej miłości do książek i o tym, że są one wszędobylskie, porządkują i kategoryzują autorce życie codzienne. To, w którym książka jest początkiem dialogu ze światem, intymnej rozmowy z autorem, ale przede wszystkim wejściem w kontakt z samym sobą. Przecież tak rzadko zadajemy sobie pytanie o to, dlaczego czytamy, zakładając z góry utrwaloną gdzieś w podświadomości odpowiedź. Sobolewska pokazuje, że rozważania na temat statusu czytania i roli odkrywania książek w życiu powinniśmy snuć na tyle często, by wiedzieć, w którą stronę ewoluujemy. Nie czytamy w życiu wciąż tak samo. Nie chodzi o rodzaj natężenia czy uwagi. Chodzi o filozofię flirtu z tekstem i możliwość wychodzenia naprzeciw fikcjom literackim. „Książka o czytaniu” jest opowieścią o możliwościach ludzkiej percepcji oraz o tym, że czytanie nie izoluje – wręcz przeciwnie, buduje silne międzyludzkie więzi, tworząc społeczności oraz grona, do których należymy bez względu na to, jak bardzo intymnie postrzegamy swój sposób obcowania z tekstem pisanym.

Nie wiem, czy albo na ile treść wydanej ponownie książki zgodna jest z tym, co można było przeczytać cztery lata temu. Ponieważ wówczas z różnych powodów nie było mi dane zapoznać się z tą publikacją, teraz chętnie nadrabiam zaległości, bo kusi nie tylko treść, ale i okładka. Sobolewska zaznacza w jednym z tekstów, że dużo chętniej sięgamy po książki, gdy na okładce znajduje się kobieta, a nie mężczyzna. Coś w tym jest, bo zwykle z dystansem omijam publikacje sygnowane obliczem autora, a w tym przypadku to okładka mnie przyciągnęła. O magii opraw, ich różnorodności oraz o tym, w jaki sposób okładka otwiera bądź zamyka drogę ku treści, także będzie w tej książce co nieco. O wszystkim jest co nieco, a zabrakło mi jedynie rozważań o tym, że niekiedy za wcześnie albo za późno sięgamy po daną książkę, choć w zakończeniu autorka zbliża się odrobinę do tego problemu. Brakło mi też głosów zwykłych czytelników, nie pisarzy i ludzi z branży wydawniczej. Jedynym bliskim kontaktem ze zwyczajnym czytelnikiem zdają się wypisy z forów internetowych, którymi Justyna Sobolewska raz czy dwa okrasi swe rozważania. Poza tym – nieco za stronnicza i za bardzo zaangażowana w proces tworzenia, a nie odbioru jest ta opowieść złożona z dykteryjek i poważnych rozmyślań, emanująca świeżością, erudycją oraz przekonaniem, iż portretowane czasem ironicznie, czasem dosadnie plemię czytelników to wartość wspólna każdego z nas, czytających.

Dwie zasadnicze inspiracje wymienione są już na wstępie. Sobolewska przypomina – wielokrotnie – „Moją historię czytania” Alberta Manguela oraz „Ex libris” Anne Fadiman. Ci autorzy stoją u początku, ale sama książka opowiada o czytelniczych wędrówkach i rozmyślaniach, na jakie Manguel oraz Fadiman pewnie by nie wpadli. Jest to w dużej mierze rzecz autobiograficzna i choć nakreśla rozważania w różnych kontekstach, najciekawsza jest wówczas, gdy dochodzi do zwierzeń. Teksty krytyczne Justyny Sobolewskiej czyta cała Polska, ale nie wszyscy zdają sobie sprawę, że jej czytanie jest zawsze intymne, subiektywne, z dozwolonymi emocjami i wszystkim tym, czego krytyk powinien unikać, gdy zajmuje się oceną. Ważne są wskazania, w jaki sposób model czytania i szacunku do książek ukształtował się w dwóch pokoleniach rodziny Sobolewskich i w jaki sposób czytelnicza percepcja matki wychodzi naprzeciw nowoczesnemu rynkowi książki konkretnie sformatowanemu dla młodego odbiorcy – jej syna. Jest w „Książce o czytaniu” także wiele tropów osobistych dyskretnie zasygnalizowanych. Dużo można przeczytać między wierszami, rozumiejąc sposób, w jaki autorka odbiera literaturę. Jest to jednak przede wszystkim opowieść o różnorodności recepcji i o tym, że bliskość z książką wydobywa z nas nasze najlepsze cechy. Nawet jeśli czytamy w miejscach wstydliwych albo sięgamy po tytuły, którym najlepiej zasłonić okładki.

Podoba mi się rozwinięcie tezy, że Don Kichot był przewodnikiem wszelkich maniaków książkowych. Oni się chętnie i obszernie wypowiadają na kartach tej publikacji. Sobolewska dopytuje pisarzy o ich warsztat pracy oraz o istotę tworzenia, o pułapki i niebezpieczeństwa kryjące się w pisaniu. To, czego się dowiaduje, pokrywa się z wnioskami, jakie pojawiły się w moich rozmowach z prozaikami, ale „Rok w rozmowie” to pokłosie kontaktu z innymi ludźmi niż ci, których przepytała autorka. Poza tym, że wiele przeczytała, równie wiele i uważnie wysłuchała. To wszystko jest tu obecne. Otrzymujemy książkę o czytaniu i czytelnikach, o filozofii czytania i o różnego rodzaju życiu książki. Jest o ekscentrycznych tytułach, zaskakujących fabułach, rodzajach uzależnień od czytania, a także o mnogości książek, które znamy, i takich, które nie powstały. Rozważania Sobolewskiej chwilami sytuują nas gdzieś na zewnątrz tych tekstów. Nie każdy posiada odpowiednie narzędzia badawcze, ukształtowaną czytelniczo percepcję i wielu z pewnymi kompleksami ujrzy panoramiczność opowieści o czytaniu osoby doskonale rozpoznającej konteksty, oczytanej i pozwalającej sobie na swobodę przechodzenia od jednego do drugiego tekstu źródłowego. Mimo to czasami doskonale czujemy, że sami moglibyśmy napisać ciągi dalsze, sami zadać podobne pytania, sami stanąć wobec przedstawionych dylematów i uśmiechnąć się wraz z tymi, którzy komentują żartobliwie, gdy mówią o poważnych sprawach.

Bo czytanie jest poważną sprawą. To zależność od zmyślenia, która buduje tożsamość i wzmacnia empatię. To też niegroźna forma bzika. A także miłość na całe życie, podczas którego znajdujemy czas na to, by porównywać, zestawiać, analizować strukturalnie fabuły i jednocześnie odkrywać w tych analizach swoje możliwości. Czytanie jest piękną przygodą i przynosi mnóstwo frajdy. Sobolewska miała jej sporo, przygotowując tę książkę. Ważne, że w imieniu wielu napisała o tym, iż okoliczności czytania wymusza potrzeba. Stajemy z nią w gotowości na nowe doznania. Czytając, odnajdujemy definicje życia. Justyna Sobolewska opowiada ze swadą, punktuje wyraziście, daje ogromny margines interpretacyjny i przede wszystkim niczego nie narzuca. Nie jest to bowiem publikacja o tym, jak czytać, ale przede wszystkim o tym, po co czytamy i jak wiele mamy motywacji do tego działania. „Książka o czytaniu” przydaje się podczas chandry czytelniczej. Dla każdego z nas będzie inną książką. Jest bowiem otwarta i w mądry sposób fragmentaryczna. Wiele odczytań, sporo możliwości, niezobowiązująca konstrukcja, poczucie humoru i przede wszystkim radość w opowiadaniu o czytaniu – to wszystko wyróżnia publikację Justyny Sobolewskiej, z którą powinien zapoznać się każdy sięgający po książki.

2016-06-01

"Niedziela, 4 stycznia" Lyonel Trouillot

Wydawca: Karakter

Data wydania: 16 maja 2016

Liczba stron: 120

Tłumacz: Jacek Giszczak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Głosy ulicy

Dnia 4 stycznia 2004 roku media odnotowały i zachowały w archiwach przede wszystkim informację o tym, że Michał Saakaszwili został prezydentem Gruzji. Tymczasem dzień ten był bardzo ważny dla Haiti, które doczekało się medialnego zainteresowania dopiero w 2010 roku, po dramatycznym trzęsieniu ziemi. Lyonel Trouillot nawiązuje właśnie do wspomnianego dnia, kiedy radość z obchodów dwusetnej rocznicy niepodległości państwa zamieniła się w dramat pacyfikacji ulicznych protestów antyreżimowych. To one są groźnym i niemym bohaterem „Niedzieli, 4 stycznia”, książki zaangażowanej społecznie, przesyconej symboliką i poetyckimi figurami, a jednocześnie tak bezkompromisowo dramatycznej. To jeden dzień i wielu uczestników tego samego zdarzenia. Trouillot pisze o haitańskiej bierności, ale także o buncie, frustracjach i o gniewie narodu mającego już dość tkwienia w okrucieństwie dnia codziennego. To książka o ludziach i o ich poglądach. Także o świecie bezlitosnym wobec ludzkich zapatrywań na zmiany i o zmianach, które zachodzą wciąż za późno, wciąż nie we właściwym czasie.

Trouillot na kartach "Dzieci bohaterów" opowiadał o haitańskiej biedzie i dysfunkcjach, które ona rodzi. Teraz wraca do problemu zaburzonego porządku w państwie, w którym – jak w poprzedniej książce – mogą zacierać się proste definicje i gdzie dobro niejednoznacznie łączy się ze złem. Haitański pisarz nadal jest fatalistą, ale w „Niedzieli, 4 stycznia” ukazuje nieco szerszą perspektywę. Ponownie mamy do czynienia ze specyficzną polifonią. Są głosy gdzieś z oddalenia i wyraźne sądy o danym dniu. Tym dniu, w którym młody student Lucien wychodzi z domu, by wziąć udział w demonstracji antyrządowej. Jest jednym z wyrazicieli przekonania, iż ludzka godność na Haiti staje na skraju przepaści. Ta niedziela może być odmianą, może też stać się otchłanią gdzieś w głębi przepaści. Lucien będzie obserwatorem tego, jak nabrzmiewa tkanka miejsca Port-au-Prince – miasta przeludnionego, tracącego sens, miasta umęczonych obywateli i miejsca braku perspektyw.

Na ulicy jest coraz głośniej, a to przecież opowieść między innymi o ciszy. To ona ma być najbardziej naturalnym ludzkim doświadczeniem i to ją tak ceni sobie Lucien, wyłączając się z groźnego gwaru i decydując na chwilowe choćby ucieczki od rzeczywistości. Ta naznaczyła jego rodzinę bardzo wyraźnie. To nie tylko stygmat dzielnicy biedy i beznadziei pochodzenia. To także coraz dramatyczniejsze osadzanie się w chaosie, bo w nim tkwi Haiti i to porządkowania chaosu podejmują się wszyscy ci, którym to nie wychodzi. Na przykład młodszy brat Luciena, który wierzy tylko w przemoc i bezkompromisowość siły. Little Joe ostentacyjnie podważa sens drogi Luciena, kiedy mierzy bronią w stronę książki. On patrzy na demonstrację innymi oczyma. Oczyma drapieżnika pragnącego, by wszystko ponownie utknęło w bezpiecznym dla niego chaosie. Little Joe za frajerów ma wszystkich tych, którzy pragną porządkować rzeczywistość, ośmielają się mieć własne plany na to, jak zmienić świat. Dla niego stanem naturalnym jest stan zagłady. Podążanie po równi pochyłej. To przedstawiciel tych, dla których Haiti jest poligonem i miejscem, gdzie za wszelką cenę trzeba wyrwać coś dla siebie. Lucien chce porządkować świat, jego brat ów świat rozsadza. A między nimi wspomnienia słów matki z jej symboliczną ślepotą, gdy czuje i dostrzega wszystko to, co niewidoczne dla oczu. Jednocześnie z wielką miłością i rozpaczą, że nie dała dzieciom tego, co chciałaby dać…

Trouillot ukazuje także eskapistów i bogaczy. Sklepikarz na falach radiowych szuka bezpieczeństwa w oswojonych dźwiękach i w czasie przeszłym, gdzie można zatańczyć taniec życia. Bogaty chirurg, którego syna uczy Lucien, dystansuje się od rytmu i dramatów ulicy, która tak bliska ze swymi potrzebami jest właśnie Lucienowi. Jest też postać z zewnątrz – Cudzoziemka, dziennikarka, tworząca obraz kraju z opowieści jego mieszkańców. Jedna z osób, przy których Lucien odzyskuje poczucie równowagi. Być może tylko na chwilę. Każdy z bohaterów ma w sobie własną wizję Haiti. Widzi się więc u Trouillota państwo fragmentarycznie, ale centralnie naznaczone różnego rodzaju brakami, których nie można zrekompensować.

„Niedziela, 4 stycznia” to proza stworzona także, a nawet przede wszystkim w imieniu tych, co milczą, nie zabierają głosu w książce, są daleko od fikcji literackiej i daleko od samych siebie. Trouillot opisuje oblicza zniewolenia. Przedstawia życiorysy przegranych, przepełnione lękami i frustracją. Opowiada o tym, ku czemu prowadzi kolejna niewykorzystana szansa i następna zmarnowana okazja do zmiany, ale mówi także o nieśmiałych marzeniach, o miłości i o przywiązaniu do tego trudnego miasta, trudnego kraju. Stopniowane napięcie i dynamika rozwijającej się demonstracji ukazują także puls Haiti – bardzo wyraźny i bardzo charakterystyczny. Skryty w nędzy, niedoborach i mroku dnia codziennego, ale pełny witalności. Bo ta książka jest o sile przegranych i o mocy przemiany, która wciąż nie może nastąpić. Bardzo w swej problematyce lokalna, ale także o uniwersalnym przekazie. Lyonel Trouillot pisze o konfrontacji wolności jednostki ze zniewolonym systemem, który chce reglamentować ludziom poczucie zadowolenia i rozdawać nadzieje wybiórczo. To wszystko przecież dzieje się w kraju, gdzie tylko bogatych stać na dłuższe życie. Ta powieść zamyka się w momencie, w którym dopiero czekają na czytelnika wahania oraz ważne pytania. Mroczna, przygnębiająca, jednak bardzo wyraźna proza - mimo tego, że tak bardzo haitańska, choć przecież wcale nie egzotyczna.

Mamy tu do czynienia z literackim porządkowaniem pewnego czasu oraz zdarzeń, ale jednocześnie z polifonią ukazującą wielką różnorodność gniewu, także wieloznaczność pojęcia godnego życia. A może chodzi o wieloznaczność marzeń o takim życiu. Myślę, że Trouillot sporo sugeruje, ale w najmniejszym nawet stopniu nie zajmuje się moralizowaniem. Ukazuje pewien tygiel i w nim każe szukać pytań o to, czym było, jest i czym w przyszłości stanie się Haiti. Państwo, do którego miłość ujawnia się na każdej stronie tej książki.

2016-05-30

"Krivoklat" Jacek Dehnel

Wydawca: Znak

Data wydania: 18 maja 2016

Liczba stron: 234

Oprawa: twarda

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Interpretacje i szaleństwo

Nowa książka Jacka Dehnela – na przemian rubaszna, ironiczna i przejmująco smutna – przesycona jest duchem Thomasa Bernharda już od samego początku, bo rozpoczynają ją wypisy z twórczości austriackiego pisarza dotyczące natury ludzkiej i jej specyficznej umiejętności dopasowania się do wszystkiego, nawet najgorszego piekła na ziemi. Bernhard obecny jest w „Krivoklacie” na wielu różnych poziomach – ideologicznie, strukturalnie, filozoficznie także. Warto jednak – co postuluje bohater książki – „wywietrzyć” głowę z kontekstów oraz narzuconych interpretacji i spojrzeć na tę historię inaczej. Bo to przecież narracja o stygmatyzowanej inności wpisująca się w szereg literackich strumieni świadomości tych, dla których określone modele zachowań społecznych to pola bitwy, walki o samostanowienie, odmienność, walki ze stygmatem wariata, cynika albo kontestatora. Odróżniająca się od już napisanych choćby przez to, że definiująca ludzką tożsamość przez pryzmat zderzeń z narzuconymi interpretacjami świata. Dehnel napisał o klatkach, w których tkwimy i z których nie chcemy się wyzwolić. O tym, że ograniczenia są wygodne, a ład świata sankcjonuje zachowawczość. O bolesnym rozdźwięku między tym, kim chcielibyśmy być, a tym, kim czynią nas świat i jego kontekstowość. To książka pełna dygresji, ale w gruncie rzeczy niesamowicie spójna. Mówiąca nam o tym, że ludzkie intencje to pokłosie narzuconych poglądów i idei. Naprawdę działamy w sposób tak niebezpiecznie przewidywalny?

Pierwowzorem postaci Krivoklata jest Hans-Joachim Bohlmann. Bohater literacki zamknięty przed światem tworzy jego własne interpretacje. Sprzeciwia się uporządkowaniu świata w imię świętego spokoju i narzucaniu innym wytycznych co do tego, jak oceniać rzeczywistość wokół. Krivoklat koncentruje się na sztuce. Na fasadowości jej definiowania, porządkowania i przede wszystkim hierarchizacji. Przedrostek „arcy” jest na szczególnym celowniku bohatera. Człowieka, który opowiada o codzienności zamknięcia. Centrum Medyczne Zamek Immendorf to przestrzeń opresji, która rzekomo ma wyzwalać. Ponownie wprowadzać na utarte życiowe koleiny, o ile w ogóle możliwy jest na nie powrót. Krivoklata – jak swego czasu Bohlmanna – opinia publiczna błyskawicznie sklasyfikowała. Miano odmieńca przylega błyskawicznie i nie wymaga głębszej refleksji od całego tabunu łajdaków i idiotów definiujących inność w niewybrednych epitetach. A Krivoklat nie czuje się inny, bo nie czuje się w żaden sposób zdefiniowany. Wzbudza emocje i uwagę, kiedy traktuje dzieła sztuki kwasem solnym. W jego działaniu niekoniecznie chodzi o niszczenie ich. O co dokładnie? To wyjaśnia się w trakcie lektury.

Czytanie „Krivoklata” wymaga skupienia i albo natychmiast wchłania się wszystko, o czym Dehnel pisze, albo jest się w sporym dystansie do tej opowieści o samostanowieniu wbrew ustalonym normom społecznym i wbrew społeczeństwu, które izoluje, pozbawiając praw, oraz deprecjonuje wszystko, co stanowi treść życia deprecjonowanego, a o czym w znakomitej większości nikt nie ma pojęcia, bo ludzie generalnie nie lubią mieć pojęcia o czymkolwiek. Dehnel proponuje nam wieloznaczny i chwilami groteskowy manifest indywidualizmu w kontekście buntu wobec kanonów sztuki. Tej sztuki, wobec której przyjmujemy stanowisko z góry nam narzucane. Albo nabożnie czcimy to, co każą nam czcić, albo też przemykamy obok rzekomych arcydzieł, nie znajdując do nich drogi. Krivoklat diagnozuje kondycję społeczeństwa posługującego się wytartymi kalkami i wierzącemu w autorytety napompowane pustosłowiem i gnuśnością. Opisuje swoje miejsce w świecie, który się go wyrzekł. Z przejmującą intymnością opowiada, co stoi za gniewnym gestem niszczenia. Co tak naprawdę wie o sztuce i co doprowadza go do kontrowersyjnych kroków.

Bohater Dehnela był kiedyś dopasowany do wszelkich wzorców regulujących tak zwane normalne życie. Żył jak syty mieszczanin, ale tak naprawdę dojrzewał do swego buntu. Jedenastoletni związek był dla niego dopełnianiem się – żona stanowiła pewien punkt odniesienia, możliwość racjonalnie formułowanej polemiki i źródło pewności poglądów. Krivoklat tkwił w matni uporządkowania, aż chaos jednego wydarzenia zmienił jego optykę, być może uwalniając go naprawdę od duszności dnia codziennego. Staje się skazą tej zdrowej tkanki społecznej, która ogląda obrazy z podziwem i szacunkiem, a nie atakuje ich kwasem siarkowym. Dehnel fantazjuje o tym, ile w sztuce jest miejsca na jakiekolwiek uporządkowanie i w jaki sposób jesteśmy w stanie obcować z nią naprawdę.

Narzucane są nie tylko poglądy tak zwanej normalnej większości. W zamkniętej przestrzeni szpitala psychiatrycznego poprzez sztukę chce się dokonać uzdrowienia niektórych chorych. Wtłacza się w nich przekonanie, iż np. malowanie będzie drogą wyrazu siebie i możliwością pożegnania traum oraz frustracji. Tymczasem dzieła wykonane przez kuracjuszy są sukcesywnie niszczone. To nie jest sztuka, choć skrywa w sobie serca i emocje. Strażnikami porządku i określania tego, co przydatne, a co będące objawem schorzenia, są oczywiście lekarze Centrum Medycznego Zamku Immendorf. Oni decydują, oni klasyfikują. Oni zawłaszczają sobie przestrzeń innych, by modelować ją wedle z góry określonego planu. A Krivoklat drwi – z tego zamkniętego świata gorączkowo próbującego odzyskać normalność w już straconych oraz ze świata zewnętrznego, tej ruiny ludzkiej moralności, poczucia taktu i piękna. Dehnel opowiada o recepcji sztuki, ale przede wszystkim o jednostkowym doświadczaniu życia. O tym, jak wiele jest w nim kategorii, i o tym, że wewnętrzny bunt przeciw nim wszystkim to być może świadectwo bycia sobą naprawdę. Tak, z butelką kwasu siarkowego w budynku muzeum, to także.
„Krivoklat” dyskretnie sugeruje, że każda subiektywność odbioru może zanikać wówczas, gdy wokół narzuca się interpretacje i gdy wstyd jest do nich się nie odnieść. Bohaterowi Jacka Dehnela nie jest wstyd. A może wstyd mu za ludzkość, wobec której dystansuje się i przed którą się broni. Może chodzi o jakąś ogólną ideę pojmowania rzeczywistości i o to, żeby nie tkwić w niej pośród platońskich cieni. A może to po prostu złośliwa, pełna humoru i przesycona autoironią opowieść o istocie tworzenia własnego wizerunku twórczego? Czymkolwiek jest „Krivoklat”, oferuje sporo specyficznej rozrywki i garść mrocznych refleksji – odczuwanych jako powtarzalne, ale wciąż na nowo aktualnych w świecie przepełnionym łajdakami i idiotami.

2016-05-27

"Skucha" Jacek Hugo-Bader

Wydawca: Agora/ Czarne

Data wydania: 28 kwietnia 2016

Liczba stron: 320

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Przegrani?

Książka na przemian uwodzi i irytuje. Uwodzi tym, w jaki sposób cisi bohaterowie podziemnej Solidarności pozostają nimi także potem, ze wszystkimi ułomnościami, różnego rodzaju dylematami, z frustracją i złością na te nowe czasy zmierzające donikąd. To garść naprawdę soczystych opowieści, zapisy rozmów o ludzkich bolączkach, bez zadęcia, bez ich gloryfikowania. Proste, uczciwe historie. Czy będzie to opowieść o pijakach, czy też wywiad przy kapiącej z worka chemii. Jest w tym wszystkim dużo uczciwości w opowiadaniu o tym, jak bardzo ideały rozmijają się z rzeczywistością i jak trudno po latach tworzyć wspólnotę wyrosłą z buntu. Tak, w tym znaczeniu to znakomita książka. Niemniej jest to książka Jacka Hugo-Badera i w licznych fragmentach odnosi się wrażenie, iż ma być o nim, tylko o nim. Irytuje zatem poczucie, że dajemy się wmanewrować w pewien rodzaj egocentryzmu. Że bohaterem pierwszoplanowym ma być ten, który pyta i szuka śladów. Widać to już na wstępie, ale czuje się także potem. Hugo-Bader znajdzie miejsce, by pożalić się w związku z kontrowersyjnością odbioru "Długiego filmu o miłości". Udowodni, że może wszystko, jest panem i władcą tej narracji, może sobie przez kilka stron dywagować o psich kupach. Ale najbardziej irytujący jest fakt, że część rozmów – takie mam wrażenie – została nieco wymuszona. Że te opowieści mają iść w jakimś przemyślanym przez autora kierunku i nie mogą się rozejść, stać wieloznaczne, odfrunąć od sugerowanych tez. A przecież istotą tego projektu jest pokazanie różnorodności postaw, oczekiwań, działań, marzeń i kompleksów. To ma być książka o bohaterach z krwi i kości, którzy po 1989 roku musieli walczyć z prozą życia równie silnie jak wówczas, gdy stawiali opór systemowi i gdy przez ponad siedem lat działali w imię lepszego, normalnego kraju, który pokazał im swoje nienormalne oblicze.

„Skucha” jest tekstem, który powstawał latami. Rósł i rozwijał się wraz ze swoimi bohaterami. Ta ewolucja jest bardzo widoczna i dostrzec można, jak wiele pracy, ale jednocześnie emocji autor włożył w to wszystko, w ten zbiór historii o zapomnianych ludziach, bo przecież w Polsce mity tworzą ofiary, krew i przemoc, a nikt nie chce pisać o zwycięstwach, jakkolwiek trudne by były. Jacek Hugo-Bader w wojennej nomenklaturze opowiada o okresie wyraźnie zaznaczonym datami początku (13 grudnia 1981 roku) oraz końca (4 czerwca 1989 roku). Opowiada o tym, czym jest kręgosłup moralny, i o oporze, w którym uczestniczy się każdego dnia, w każdy możliwy sposób. To była prywatna wojna toczona na wielu frontach, ale w jednej, słusznej sprawie. Odnosi się wrażenie, że zabrakło w niej broni i zdecydowanych posunięć, że może powinna się polać krew, zamiast pojawiających się siniaków po brutalnych przesłuchaniach gdzieś z dala od świata. I to jest specyficzne mitologizowanie tego okresu. Czasu, w którym broń dzierżyli nie ci, którzy powinni. Wszystko stawało się ewolucyjnie, a o duchu rewolucji niewielu już pamięta. Wielu natomiast było związanych specyficznym braterstwem. Była jedna sprawa, za którą można było się poświęcić. Gorzko wypada rozliczenie po latach i rekonstruowanie losów opozycjonistów już po 1989 roku, kiedy nastał nowy ład, ale nie był on tym, czego wcześniej oczekiwano. Nie w takiej formie, nie w takim kształcie. Prywatna wojna zakończyła się dla wielu kapitulacją. Biedą, upokorzeniem, izolacją społeczną. Ale mimo tego, że to gorzka książka, jest w niej silne przekonanie o słuszności własnych działań. O tym, czego dziś Polakom w wielu miejscach i sytuacjach zwyczajnie brakuje. Hugo-Bader ukazuje różne oblicza ludzkiej zachowawczości, ale też oblicza nieokrzesania, siły życiowej, bycia do końca buntownikiem. Rozliczenie dotyczące czasu po 1989 roku wypada jednak przygnębiająco.

Niektórzy rozmówcy autora żałują tego, co wypracowali niegdyś swoim oporem. Konsekwencje ich działań są daleko bardziej groźne, niż mogliby przewidywać. Ten zamknięty czas miniony wciąż tkwi w ich głowach jako żywy i wciąż stamtąd próbują nakreślać azymut, by trzymać się jakoś w pionie i nie poddać frustracjom. Niektórzy tworzą sobie nowe wojny, walczą nadal – z wcześniejszymi kompanami, z systemem, z samymi sobą. Inni odpuszczają, wybierając kilka rodzajów emigracji, także wewnętrzną. Hugo-Bader usiłuje wskrzesić w nich żar, by opowiadali jednak kwieciście, frapująco, by te opowieści iskrzyły jak lata minione. Efekt jest różny. Są też tacy, którzy nie chcą rozmawiać. Największym dramatem okazuje się fakt, że świat po zakończeniu prywatnej wojny nie zawalił się, sam dziwnie uporządkował, a potem przyjął drogę rozwoju niekoniecznie zgodną z zapatrywaniami tych walczących o rewolucyjne zmiany. Nawet mimo zgorzknienia i wyraźnego fatalizmu, który wisi nad wieloma opowieściami, Hugo-Bader stara się dbać o ich wyraźność i o to, żeby historie niepowodzeń przekuć w alegoryczną opowieść o dwuznaczności losu i sile ludzkiego charakteru.

„Skucha” to także rozpisana na wiele głosów historia o trudzie stanowienia rodziny. Rodzice rozmówców w większości byli poranieni przez drugą wojnę światową i jej ślady wnieśli do domu, rozsadzając wewnętrznie mir, kwestionując poczucie bezpieczeństwa. Kiedy walczono w opozycji, trudno było zbudować fundament bezpiecznej rodziny. Ta kolejna przejmowała traumy poprzedniej. Więzi rodzinne były trudne, widzimy ich późniejszy rozpad. Hugo-Bader opowiada zatem o najbliższej wspólnocie i o dramacie jej dezintegracji. Pokaleczeni bohaterowie, którzy musieli się rozwieść, oddalić od bliskich, skonfrontować z ich śmiercią albo niezgodą na prowadzony przez nich tryb życia to tacy osamotnieni Odyseusze, którzy nie widzą już konturów swej Itaki i czasami porzucają powrót do niej.

Miejska partyzantka miała swoje konsekwencje w przyszłości. Albo nie miała ich wcale, bo okazało się, że niektórzy działali niezauważeni – nikt też nie dostrzegł celu ich buntu i oporu. Wybrańcy z solidarnościowego podziemia i wcześniej, i potem czują się zostawieni sami sobie, bo naród miał w nosie ich prywatną wojnę, a zachowawczość ludzka szczególnie się nasiliła w czasie tak zwanego dobrobytu. Hugo-Bader stawia pytania o to, jaka postawa i jakie zachowanie winny być przedmiotami rzetelnego opisu. Dość ma martyrologicznego gloryfikowania ofiar, ale z drugiej strony sam przejmująco opowiada o tych, którzy czują się ofiarami, choć przed laty smakowali zwycięstwo. To książka o wyraźnych ludziach, którzy stali się niewyraźni dla Historii i których dokonań się nie zauważyło. Opowieść o zwyczajnych losach, w których nadzwyczajne były czasem motywacje. To rzecz o mrówczej pracy i zaangażowaniu skazanych na milczenie. O błędach będących konsekwencją postaw z młodości i o niesprawiedliwości dziejowej, która każe błądzić tym kiedyś zdecydowanym. „Skucha” niczego nie diagnozuje, nie sugeruje kontekstów. Nie jest szkicem socjologiczno-historycznym, jest opowieścią o ludziach. I o autorze, który tych ludzi czasem skutecznie zagaduje.

2016-05-25

"Weź mnie za rękę" Tove Alsterdal

Wydawca: Akurat

Data wydania: 11 maja 2016

Liczba stron: 560

Tłumacz: Mariusz Kalinowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Porzucone

Napisać w Szwecji kryminał określony mianem książki roku tego gatunku – to niewątpliwie wyczyn. Udało się to Tove Alsterdal, która uwiarygodniła swoją narrację, łącząc ją z okresem argentyńskiej dyktatury Jorge Rafaela Videli, kiedy wojskowe buty skutecznie i bezkompromisowo deptały ludzką godność w więzieniach. Weź mnie za rękę” to spektakularna powieść rozpięta między Szwecją a Ameryką Południową. Historia o wielkich namiętnościach i o porzuconych dzieciach. O tym, że deficyt matki odczuwany jest zawsze, i o tym, że uciekającą matkę córki mogą gonić przez całe swoje życie. Alsterdal przejmująco pisze o poczuciu pustki, o jej rozpaczliwym rekompensowaniu, ale także o zacieraniu przeszłości, o wstydzie swojego pochodzenia i o ostatecznej konfrontacji z przeszłością, której tajemnice szokują i bulwersują. Tempo powieści zaskakuje – liczne zwroty akcji zmuszają do uważnej lektury i choć chwilami wydają się nieprawdopodobne, czyta się w skupieniu, zastygając przy lekturze, gdy finałowe rozwiązania wykraczają daleko poza możliwości przewidywania. Doskonale skrojony szwedzki kryminał, który w 2014 roku zasłużenie zdobył wspomniane już miano. Książka o bólu porzuconych oraz o ślepej namiętności. Także o mrocznym obliczu Argentyny oraz ludzkim zniewoleniu w kilku możliwych wymiarach.

Poznajemy dwie siostry. Camilla zwana Charlie żyje pełną piersią. Jest impulsywna, przesycona wewnętrzną energią, podąża ku wolności, ale wikła się w różne niewłaściwe zależności. Charlie żyje tak, jakby los miał jej odebrać kolejny dzień. Nie chce pozwalać na kolejne utraty, bo przeszłość odebrała jej wyjątkowo wiele. Nie zastanawia się nad swoim postępowaniem i obsesyjnie podąża śladami matki. Kobiety, która porzuciła ją i jej siostrę, uciekając w latach siedemdziesiątych minionego stulecia do Argentyny z mężczyzną, który stał się treścią jej życia. Sięganie w mroczną przeszłość Charlie przypłaca życiem. Nie wiemy, czego zdążyła się dowiedzieć i czy dla kogoś ta wiedza była niebezpieczna. Prawdopodobnie popełniła samobójstwo. Sprawa zostaje szybko zamknięta, ale Helene – siostra denatki – podejmuje się własnego śledztwa. To dla niej dość traumatyczne doświadczenie. Przez całe życie uporządkowana, musi podjąć szereg nowych dla niej działań. Dlaczego? Przecież pamięć o Charlie została wymazana, dzieci Helene nie znają ciotki. Czas miniony to dla Helene okres, którego się wstydzi. Nie tylko matki zdolnej do porzucenia córek, ale także ojca – dzisiaj mieszkańca ulicy, który także odegra swoją rolę w rekonstruowaniu tego, co wydarzyło się przed śmiercią Camilli.

Alsterdal przejmująco obrazuje kobiecą samotność i wyobcowanie. Helene ma uporządkowane życie i szczęśliwą rodzinę, a śmierć siostry burzy ustalony od lat porządek. Tyle tylko, że został on zbudowany na kłamstwach albo niedopowiedzeniach i dopiero teraz Helene konfrontuje się z samą sobą naprawdę. Okazuje się, że deficyt relacji z Camillą uwierał ją od dawna. Przekonanie o tym, że ktoś jest odpowiedzialny za jej śmierć, staje się motorem napędowym poszukiwań. Helene wie, że bliskość z siostrą za jej życia nie była niczym łatwym. Wie także – po tym, jak z zupełną obojętnością reaguje na wieść o jej śmierci – że jest siostrze coś winna. Okazuje się, iż będzie podążać śladami Charlie. Także do Argentyny, gdzie córka po latach szukała matki. Jakie będą efekty poszukiwań Helene? Czego dowie się o zmarłej, ale przede wszystkim o zaginionej przed laty matce?

Uśmiercona już na wstępie bohaterka powieści obrazuje kompulsywną drogę ku namiętnościom. Charlie oddaje się im bez chwili wahania. Tak jak matka, która przed laty zdecydowała się na krok zaskakujący wszystkich, ale najsilniej bolący jej córki. Helene odkrywa, że świat siostry był bardzo skomplikowany, a jej życie ogniskowało się nie w tym, co o niej było wiadomo, lecz w tym, co chciała ukryć przed światem. Siostrzana więź zanikała, ale w chwili śmierci jednej z sióstr zaczyna nabierać znaczenia. Rozpaczliwe poszukiwania Helene okażą się dla niej groźne. Ktoś będzie czyhał na jej życie. Ktoś będzie pociągał za sznurki i decydował, jaki los ma spotkać obie siostry…

Tove Alsterdal opowiada o rodzinnych kłamstwach i tajemnicach, które zmuszały do innego modelu życia, niż chciało się prowadzić. Kontrowersyjne od samego początku jest zachowanie matki, która decyduje się na wyjazd do kraju ogarniętego chaosem i pozostawia swe dzieci – tak bardzo potem samotne i rozgoryczone. Wieloznaczne są kroki podejmowane przez Helene. To ona pozna całą prawdę o zdarzeniach sprzed lat i to ona, a nie wciąż poszukująca prawdy Camilla, będzie musiała stawić czoła demonom przeszłości. Weź mnie za rękę” to poruszająca opowieść o kobietach, którymi nikt się wystarczająco nie zaopiekował. O kobiecej walce toczonej w imię godności własnej. O dramatycznych wyborach i ich konsekwencjach. Przede wszystkim jednak o nieutulonym żalu dziecka i gorzkim rozczarowaniu kobiecego serca, które ufa i zostaje oszukane.

Odium odrzuconego macierzyństwa wyraźnie buduje strukturę formalną tej książki. Jest to jednak także opowieść o faktach historycznych, o bezwzględnej walce dyktatora z obywatelami Argentyny i o milczącym pakcie, którego po latach nie da się złamać, gdy umierają kolejni świadkowie. Alsterdal opowiada o walce o swą wolność – tę wewnętrzną i tę dotyczącą dokonywania życiowych wyborów. Swoje bohaterki konfrontuje z sytuacjami granicznymi. Każe im spojrzeć sobie w twarz naprawdę. Zaskakująco czule przedstawia relacje toksyczne i te przepełnione różnego rodzaju brakami. To nie jest książka łatwych rozwiązań fabularnych czy prostych decyzji bohaterek. Szalenie sugestywna w swojej różnorodności i mimo wszystko pozostawiająca w zakończeniu z wieloma pytaniami bez odpowiedzi. Warto ją przeczytać choćby po to, by przekonać się o tym, w jak gęstej mgle mogą błądzić przez całe dorosłe życie porzucone niegdyś dzieci. Takie, które nie mogą już zapłakać i wyrazić żalu.


PATRONAT MEDIALNY

2016-05-23

"Hen. Na północy Norwegii" Ilona Wiśniewska

Wydawca: Czarne

Data wydania: 27 kwietnia 2016

Liczba stron: 248

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Cisza, migracje i wyobcowanie

Ilona Wiśniewska konsekwentnie penetruje Północ. To już drugi jej reportaż o miejscu, w którym cisza i wiatr łączą się w specyficznej symbiozie. Daleko, zimno, odludnie. Kto ma ochotę na poznawanie takich rejonów świata? Autorka ponownie wykazuje się niebywałą czułością, gdy koncentruje uwagę na ludziach i miejscach znajdujących się gdzieś poza granicą poznania, poza centrum świata, poza warunkami atmosferycznymi umożliwiającymi wygodną egzystencję. Północ w drugiej książce Wiśniewskiej to rejon kontynentalny Europy. Oglądamy Finnmark – norweską krainę niegdyś spaloną, potem odradzającą się z wojennego pogorzeliska, przez Norwegów uznawaną za głęboką prowincję, skąd pochodzą ludzie niezbadanej odporności, specyficznej wrażliwości, niedomknięci w norweskim systemie, stygmatyzowani przez swą inność. Wiśniewska opowie o świecie, który jest marginalizowany w swojej ojczyźnie. O ludziach, którzy w XXI wieku nadal walczą z systemem, by zachować własną kulturę i swoje obyczaje. O tym, że życie na Północy może być trudne na wiele różnych sposobów, ale jest jednocześnie okazją do tego, by oswoić swoją niedoskonałość, oddając się we władanie morza, wiatru i pracy rozumianej jako sens i cel istnienia. Specyficznego, bo opartego także na wyjątkowej formie wspólnoty. W Finnmarku nie można być osobno, choć w gruncie rzeczy doświadczenie samotności jest tam wyjątkowo odczuwalne. Możemy przyjrzeć się światu, który nakazuje pożegnanie się z egoizmem, z poczuciem wyjątkowości i z przekonaniem, że decyzje o naszym losie i kierunkach drogi życia podejmujemy całkowicie świadomie i autonomicznie.

Finnmark to największy okręg administracyjny Norwegii, w którym dzieją się rzeczy niezwykłe i mistyczne. To tutaj – podobno – odnaleźć można bezpośrednią drogę do piekła. Tu nie dociera już kolej, transport uzależniony jest od rejsów po wzburzonym morzu. Tu także podejmuje się dramatyczne decyzje – albo o opuszczeniu tej krainy na zawsze, albo o silnym w nią wrośnięciu. Finnmark jest wielki, bezkompromisowy, zimny i wymagający. Jego mieszkańcy to barwna społeczność, choć nikt tak naprawdę nie chce jej bliżej poznać, a sami Norwegowie wywołują w mieszkańcach Północy kompleks niższości. Niesłusznie. Ilona Wiśniewska spotyka się z ludźmi, którzy własną historię zmagań z klimatem i trudnościami życia codziennego mają zapisaną w każdej zmarszczce na twarzy. Pewną ideę wyjątkowego istnienia na Północy zamyka w biografii umierającego woźnicy. Poetycko opowiada o tym, z czym wiązały się bezkompromisowość, upartość, trud zdobywania przestrzeni dla siebie i rozpacz utraty autonomii. „Hen. Na północy Norwegii” to także ważna opowieść o Saamach, którzy stworzyli barwny świat ośmiu pór roku, a którym norweskie władze wciąż narzucają sposób życia, stale wyłączają z jego głównego nurtu, często brutalnie norwegizują i skazują na bycie w oddaleniu większym niż to stworzone przez położenie geograficzne Finnmarku.

To książka z wyjątkowo dobrze dobraną okładką. Wbity w zmrożony grunt autobus przeprowadzkowy ukazuje pewną ambiwalencję losów północnej migracji. Z jednej strony jego unieruchomienie wskazuje na to, iż wszelkie ważne ruchy już się dokonały. Z drugiej jednak widzimy wciąż obecność pojazdu. Po Finnmarku nadal przemieszczają się ludzie. Nie są już wypędzani jak w czasie drugiej wojny światowej, ale nie są także osadzeni w północnej przestrzeni. Wędrowcy traktują Północ jako punkt tranzytowy. Ludność wędrująca na południe kraju często zdaje sobie sprawę z tego, iż jest to podróż w jedną stronę. Przemieszczanie się w Finnmarku wiąże się z ryzykiem, ale jednocześnie jest czymś stałym. Ten okręg to przestrzeń drogi i ten reportaż również jest pisany w drodze. Ilona Wiśniewska wędruje po śladach tych, którym z różnych powodów trudno było lub jest egzystować tam, gdzie odrębny trud jest narzucany przez bezkompromisowy rytm przyrody.

Autorka jest mistrzynią wsłuchiwania się w ciszę. Ta północna jest wyjątkowa. Domaga się szacunku. Każdy mieszkaniec Finnmarku musi szanować morze, swoją pracę i drugiego człowieka. Północ eliminuje poczucie bycia kimś wyjątkowym. Każe żyć w społecznościach. Ta saamska trzyma się razem i są miejsca, gdzie nie pozwala prawdziwej Norwegii na ingerencję w zwyczaje i ustalony przez lata porządek. Saamowie przetrwali niejedno poniżenie. Są gośćmi we własnym kraju. Odcięci od świata na kilka sposobów, budują zwartą społeczność, w której dba się o język i kulturę. Wiśniewskiej udaje się opowiedzieć o Saamach jak o ludziach nieodkrytych dla świata. Pięknie i z godnością. Z tym rodzajem szacunku, który wymusza północna egzystencja. Ale to także opowieść o północnej różnorodności i pełna specyficznego poczucia humoru historia stosunków norwesko-rosyjskich, współpracy oraz umiejętności wytworzenia pewnej wspólnej przestrzeni mentalnej wypracowanej choćby w języku przez tak zwany „russenorsk”.

„Hen” to jednak inna opowieść o Północy niż "Białe". Portretując Spitsbergen, Ilona Wiśniewska opowiadała o społeczności dopasowującej się do miejsca, z którego nie pochodzi. Była to barwna historia dostosowania się do tego, co oferuje zimny ląd, który nigdy człowieka do siebie nie przywiązuje. Finnmark jest inny – z niego się wyrasta i w nim tkwi przez całe życie. To kraina wielu skomplikowanych zależności, w której żyje się specyficznym rytmem i z wyjątkowym poczuciem przynależności do tego miejsca. Autorka rozmawia z ludźmi, dla których Finnmark jest centrum wszechświata. Jednocześnie snuje nostalgiczną narrację o świecie, który zanika. Symptomami są ludzkie migracje na południe, ale bardziej czytelnie wyglądają porzucone domy. Takie, które po pewnym czasie bierze w swoje władanie morze. Być może Ilona Wiśniewska staje się ostatnią kronikarką i zapisuje refleksje, którymi nikt więcej nie będzie się dzielił, nikt ich ponownie nie przeanalizuje. Dodatkiem do dokumentacji są fantastyczne zdjęcia. Fotografia współgra z tą opowieścią, bo są pewne niuanse, dla których brakuje słowa i pozostaje wówczas tylko obraz. „Hen” to opowieść o oddaleniu i bliskości. O dzielnych ludziach i silnych więziach między nimi. Także o tym, że na Północy bywa niezwykle trudno z powodów, o których nikt z nas nie ma żadnego pojęcia. Pouczająca podróż, frapujące opowieści, inteligentna narracja i niezwykły urok świata, który niewielu do siebie dopuszcza naprawdę.