2016-10-12

"Muzułmanie w Europie. Dzisiejsze kontrowersje wokół islamu" Nilüfer Göle

Wydawca: Karakter

Data wydania: 15 września 2016

Liczba stron: 320

Tłumacz: Maryna Ochab

Oprawa: miękka

Cena det.: 32 zł

Tytuł recenzji: Pośród lęków i stereotypów

Oficyna Karakter w swojej konsekwentnej polityce wydawniczej stara się nam przybliżyć problem, z którym nie mierzymy się właściwie. Odrzucając kulturę muzułmańską i patrząc na islam jak na zagrożenie, stale sytuujemy je w wyraźnej opozycji do tego, co europejskie. Dzisiejsza Europa bacznie patrzy na ręce każdego muzułmanina. Terroryzm, radykalizacja poglądów muzułmańskiej mniejszości i groźba wisząca gdzieś od lat w europejskiej czasoprzestrzeni z łatwością powodują, że przestajemy przyglądać się temu wszystkiemu z ciekawością innego, a zaczynamy okopywać się w strachu, który wzmacniają stereotypy myślowe i medialne przekazy wciąż traktujące islam jako monolit, coś wrogiego. O ile książka Tahara Ben Jellouna „Co to jest islam?” dawała nam humanistyczną wykładnię specyfiki religii i w charakterze podręcznika dla córki autora punktowała tematy najtrudniejsze i najbardziej kontrowersyjne, o tyle publikacja Nilüfer Göle ma socjologiczny charakter – opisuje pewne uwarunkowania w odbiorze islamu przez pryzmat kontrowersji i tego, że społeczność europejska mimo wielu zapewnień nie chce słuchać zintegrowanych muzułmanów Europejczyków, wciąż podkreślając ich wykluczenie i odmienność, często traktowaną jako stygmat. Göle stara się podkreślać ogromny trud porozumienia między mieszkańcami Europy a jej obywatelami pochodzenia muzułmańskiego. Pokazuje, w jaki sposób tworzą się opresyjne getta i jak łatwo myślowo zmanipulować dzisiaj Europejczyka patrzącego na wyznawcę religii Wschodu. Autorka jednocześnie podkreśla w zakończeniu, że przyszłość Europy i muzułmanów jest jak najbardziej możliwa. Kreśląc punkty zapalne konfliktów i nieporozumień, portretuje jednocześnie prosty mechanizm wyparcia oraz medialne bazowanie na lękach, które dziś łatwo wywołać, ale dużo trudniej zracjonalizować i usuwać z mentalności.

Początek nie znamionuje dobrej publikacji. Nilüfer Göle wydaje się wtórna, kreśląc tezy o różnicach i polaryzacji Europy w taki sposób, że odnosi się wrażenie, iż to wszystko w mniej lub bardziej klarowny sposób zostało już powiedziane. Uwaga wyostrza się i koncentruje na spostrzeżeniach dopiero wówczas, gdy Göle zaczyna prezentować efekty badań, w których brała czynny udział. Oparte one były na metodzie debaty, którą przeprowadzano w tych wszystkich europejskich miastach, gdzie pojawiły się liczne kontrowersje w obrazie i postrzeganiu muzułmanów i gdzie echa dyskusji prowokowanych przez media zelektryzowały opinię publiczną, uniemożliwiając wydanie opinii innych niż oczekiwane lub proponowane w medialnym przekazie. Debatowano wszędzie tam, gdzie pewne akty wywoływały publiczną dyskusję. Tam, gdzie muzułmańskie kobiety z różnych powodów nie chciały zdejmować chust, gdzie pojawiły się pomysły stawiania minaretów przy meczetach, gdzie modlono się publicznie albo w karykaturalny sposób obrazowano Mahometa. To też dyskusje wokół kwestii obrzezania, liberalizowania pojęcia „halal” czy sposobu odbierania szariatu przez samych muzułmanów oraz przeciwników jakiejkolwiek radykalizacji islamu na kontynencie europejskim. Opisy badań i przebiegi dyskusji – często zaskakujące, czasami pełne wewnętrznych niespójności, za każdym razem uczciwe w nazywaniu tego, co opinia publiczna przejaskrawia albo niewłaściwie interpretuje. Wszystko podporządkowane tezie, że dzisiejszy europejski muzułmanin – mimo pełnej integracji, znajomości języka i osiągnięć zawodowych bądź w sferze publicznej – zawsze będzie traktowany jako ktoś obcy. Ktoś, kto na kredyt zaufania pracuje bardzo długo, i ktoś, kogo w jednej chwili można zmarginalizować. To także opowieść o europejskiej furii, niesprawiedliwości oraz agresji – tak często przypisywanych przecież wyznawcom islamu. Opowieść o racjonalnych, pragmatycznych, tolerancyjnych i uporządkowanych muzułmanach, którzy wyrażają zdziwienie tym, iż nikt nie widzi ich europejskiego statusu, poszanowania i zaakceptowania europejskich zasad współżycia społecznego.

Ciekawa jest figura błądzącego wędrowca, którym staje się muzułmański imigrant, wciąż widzący na swojej drodze tabliczkę z napisem „wstęp wzbroniony”. Nilüfer Göle stara się zbadać różne konteksty, z których wyłania się taki napis, i nakreślić europejskie wątpliwości wyrastające z coraz wyraźniejszego dystansowania się do muzułmanów. Widzimy, w jaki sposób laickość państw europejskich staje się wybiórcza, będąc narzędziem egzekwowania dostępu do interesu publicznego, a nie poszanowaniem wolności i intymności. Obserwujemy zasymilowanych w Europie muzułmanów, dla których zawsze znajdzie się specyficzna etykieta i którzy narażeni są na zupełnie nieuzasadnione szykany. Sporo miejsca Nilüfer Göle poświęca problematycznym chustom. Zaskakująco trafnie obrazuje, że zakrywanie głowy nie jest żadnym manifestem religijnym i że wykluczenia muzułmanek w chustach mają często irracjonalne podłoże. „Muzułmanie w Europie” to bowiem książka o tym, jak bardzo naciska się na elementy stygmatyzujące muzułmanów, nakreślając definicje tych elementów jako niezgodnych z europejskimi normami. Różnorodność oczekiwań i postaw wobec europejskich norm to coś, z czego istnienia Europejczycy są dumni. Co dzieje się jednak w momencie, w którym w tej różnorodności pojawia się kultura muzułmańska atakowana nazbyt często i zupełnie irracjonalnie, a także zdecydowanie wybiórczo wyjaśniana opinii publicznej szanującej różnice?

Nilüfer Göle w swoich rozważaniach ukazuje podejmowane przez państwa europejskie decyzje, za którymi czają się groźne nieposzanowanie demokracji i niejednorodność wspólnoty będąca wynikiem manipulacji poglądami obywateli. To Szwajcaria i Dania – ukazane w kontekstach kilku kontrowersyjnych posunięć. Tam też toczą się najbardziej dynamiczne debaty. Göle pokazuje, że uczciwa rozmowa i wysłuchanie argumentów interlokutorów są gwarantami porozumień, przynajmniej w sferach będących sferami drażliwymi. Stara się podkreślić, jak często muzułmanin staje się kimś gorszym w dyskusji i jak wyjątkowo rzadko udaje mu się obronić własną tożsamość kulturową i religijną na kontynencie, gdzie Europejczycy odwykli już od tego, że muszą bronić pryncypiów i wciąż na nowo definiować innym swoją drogę życia po to, by osadzić ją w czytelnych normach.

Nieczytelna jest ta europejska dwuznaczność w sprawie akceptowania i jednoczesnego negowania statusu muzułmanina – obywatela Starego Kontynentu. Nilüfer Göle oddaje głos tym, którzy od lat stoją na stanowisku swego rodzaju mediatora kulturowego – jak Tariq Ramadan. Przywołuje także dyskursy krytyczne i słowa, którymi nie tyle się rani, ile poszerza przestrzeń stereotypów. Houellebecq i Fallaci mogą zrobić dużo złego w sposobie postrzegania muzułmanina w Europie, podczas gdy wystarczy uczciwa, otwarta debata w małym gronie, by odeprzeć agresywne tezy w dyskursie literackim, politycznym i społecznym. Ta książka obrazuje także muzułmanina krytycznego względem własnej kultury. Kogoś takiego, kto wyłania się ze świetnego reportażu Piotra Ibrahima Kalwasa „Egipt: haram halal”. Ukazuje kondycję człowieka, który zrobił bardzo wiele, by dostosować się do europejskich norm, a wciąż postrzegany jest jako ten, który nadal od czasu do czasu widzi stygmatyzującą tabliczkę o wstępie wzbronionym. Ta publikacja wielogłosowo oddaje rozczarowania i trudności ujawniające zaskakująco silną dynamikę relacji między Europejczykami a Europejczykami z kręgu kultury muzułmańskiej. Liberalna i wolna Europa potrafi jednak dzielić i lubi podkreślać wyższość, kiedy ma do czynienia z czymś, co nie jest łatwo sklasyfikować w oswojonej i być może nieco archaicznej siatce wypracowanych pojęć służących do opisu rzeczywistości.

2016-10-07

"Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia" Witold Szabłowski

Wydawca: Znak

Data wydania: 14 września 2016

Liczba stron: 352

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Ludzkie zło, ludzkie dobro

Reportaż Witolda Szabłowskiego to rzecz ważna i unikatowa. Autor podąża tropem ludzi, którzy pamiętają rzeź wołyńską albo skrywają w sobie wspomnienia swoich najbliższych. Czas mija nieubłaganie, niewielu świadków jednego z najbardziej krwawych epizodów drugiej wojny światowej jeszcze żyje. To najwyższy czas na taką misję. Misję odszukiwania bohaterów, którzy w obliczu okrucieństwa wykazali się heroizmem i empatią. Jedna z rozmówczyń jest zaskoczona, kiedy uświadamia sobie, iż Szabłowskiemu chodzi o kogoś takiego jak ona – małą dziewczynkę noszącą jedzenie ukrywającym się przez śmiercią ludziom. Tacy właśnie są bohaterowie tego reportażu. Ludzie, którzy w nieludzkich warunkach pokazali człowieczeństwo. Ono nie ma nacji, przynależności, nie jest sygnowane żadną religią – to coś unikatowego, a w 1943 roku naprawdę wyjątkowego. W czasie, w którym mąż zabijał żonę i dzieci, obcy sobie ludzie organizowali rozmaite formy pomocy, by ratować – bez względu na przynależność światopoglądową, bez względu na narodowość. Sprawiedliwi zdrajcy” to książka, która będzie uwierać dodatkowo także w tym znaczeniu, że w żaden sposób nie wyjaśnia, skąd wzięło się okrucieństwo agresorów pacyfikujących wsie. Ta mroczna strona ludzka, która dawała przyzwolenie na roznoszenie innych widłami czy cepami, wciąż jest zagadką i Szabłowski nie jest w stanie jej przeniknąć. Sugeruje jednak coś innego. Coś, co nie jest wygodne w czasie, w którym rodzą się na nowo nacjonalizmy, wciąż nie ustaje wzajemne oskarżanie, i w momencie, w którym Polacy i Ukraińcy cały czas liczą tylko swoje ofiary. Chodzi o to, że zło i zbrodnia nie mają przynależności. Niech najbardziej sugestywnym komentarzem będą słowa jednego z rozmówców: Nie ma znaczenia, czy ktoś jest Czechem, Żydem, Ukraińcem albo Niemcem. Są ludzie. I to człowiek może ukraść albo oszukać. Albo zabić.

Szabłowski kreśli mapę pogardy i okrucieństwa na przemian z mapą dobroci, za którą stała potężna siła mogąca mobilizować do ratunku innych. Ów ratunek prawie zawsze można było okupić śmiercią. A jednak Ukraińcy przygarnęli i wychowali małą Hanię, która ocalała cudem, znaleziona pośród kilkuset trupów w wiosce. To jedni Ukraińcy zapędzili ludność cywilną do kościoła w Kisielinie z zamiarem ich uśmiercenia, a drudzy przybiegli, by ich ratować z pożogi. To czeski pastor, który zorganizował pomoc dla wielu ludzi skazanych na śmierć przez przynależność do narodu lub religii. To w końcu cisi bohaterowie, po latach spokojnie opowiadający o tym, jak żywili ukrywających się przed oprawcami i jak pomogli wielu z nich przetrwać wołyńskie piekło, które w 1943 roku zamieniło bajkową wręcz krainę szczęśliwego życia różnorodnych ludzi w pogorzelisko i ziemię, gdzie pospiesznie ukrywano ciała ofiar, niejednokrotnie okaleczone, brutalnie torturowane przed śmiercią.

To był taki czas, w którym niektórzy myśleli, że oto właśnie nadchodzi koniec świata. Wioska po wiosce, eksterminacja Polaków i Żydów. Potem odwety – jak akcje Polaków, którzy w Trościańcu łupili ukraińskie wsie. Skąd wzięło się to całe zło i jak to się stało, że przybrało taką siłę? Myślę, że sporo na ten temat i na pewno trafniej niż niejeden historyk opowiada wspomniany już czeski pastor – Jelinek. To jego oczyma przyglądamy się przyczynom konfliktów. On bacznie i bezstronnie analizuje rosnące w siłę nacjonalizmy i nazywa wszystko to, co zwykle nie jest nazywane – poczucie wyższości Polaków, gorycz Ukraińców, sowiecki i niemiecki wyzysk. A także pragmatyzm Czechów, którzy jakby przypadkiem dostali się w tę szaleńczą machinę eksterminacji. Wynikłą z deficytów, frustracji i mrocznych rojeń o potędze danej narodowości. Tymczasem krew zabitych wszędzie była taka sama. Taki sam strach tych, którzy uciekali. Chcieli, by dosięgła ich kula, bo tak zginą szybciej niż maltretowani widłami lub maczugami. Chcieli być zastrzeleni, a nie porąbani. Niewyobrażalny ogrom cierpienia i dzika chęć mordowania. Czas, który zatrzymał się w jakimś przerażającym wymiarze. Tak, to był swoisty koniec świata. Taki, po którym ocaleni czasami całe dalsze życie zadawali sobie pytanie o to, dlaczego istnieją.

Witold Szabłowski rozmawia z ludźmi, którzy rzeź wołyńską pamiętają bardzo dobrze i żaden upływ czasu nie jest w stanie zmniejszyć siły wspomnień. Usiłuje zrozumieć motywacje ludzi, którzy ryzykowali życiem, by ocalić i tak skazanych na śmierć. A jednak ocaleni uwierzyli w to, że życie dano im po to, by spełniać marzenia. Jak Mirosław Hermaszewski, który przypadkiem uszedł śmierci, a potem przyglądał się światu z kosmosu. Tej maleńkości, w której dodatkowo Wołyń jest osobną małą krainą. Krew spłynęła tam w taki sposób, że wciąż pozostają jej ślady. Także ślady heroizmu. Tego, że mimo konsekwencji człowiek szedł na pomoc drugiemu człowiekowi. Nie zwracali uwagi na religie, narodowości. Karmili, ukrywali, walczyli z opresją i niesprawiedliwością. A ludzi sprawiedliwych, dobrych i zachowujących twarz w nieludzkich czasach nie gloryfikuje się specjalnie. Sprawiedliwi zdrajcy” to opowieść o tych, którymi historycy, socjologowie, dziennikarze i opinia publiczna nigdy się nie zajmowali. Ich relacje zaburzają stereotypowe postrzeganie katów i ofiar. Niszczą coś w utrwalanym przez lata poglądzie na to, kto jest winien rzezi wołyńskiej i komu nigdy nie można wybaczyć. W tej książce zabijają ci, po których stronie chcemy się opowiedzieć, i ci, dla których nie mamy litości. Zabijanie nie zna segregacji. Ono wychodzi z ludzkiej ręki. Tak samo jak bohaterstwo pomocy bliźniemu. Za jednym i drugim aktem stoi człowiek. Bestialstwo i heroizm – jacy skrajni potrafimy być…

Opowieść o Wołyniu budowana z zapisów rozmów to równoczesna opowieść o wszystkim, co w człowieku najlepsze i najgorsze. Myślę, że to książka dla każdego, kto nosi w sobie jednoznaczny pogląd na zdarzenia wołyńskie, i dla wszystkich, którzy po latach wzajemnie się oskarżają. Szabłowski zamiast klarować rzeczywistość, zaciemnia ją, czyni wieloznaczną, pokazuje skomplikowane mechanizmy podległości i jednocześnie proste mechanizmy ujawniania współczucia. Jest wśród tych historii opowieść o banderowcu, który nocą napada, a w ciągu dnia pomaga. To nie mieści się w głowie, prawda? A jednak dychotomia pojęć dobra i zła kształtuje całą tę książkę, czyniąc ją bardzo wyraźną. Pamięć zachowała się u krzywdzonych i krzywdzących. Upływ czasu nie pozwolił na wybaczenie i rozliczenie. Trudno jest wybaczyć i rozliczyć, ale naprawdę trudno – zrozumieć. To, że w czasie piekła ludzie potrafią jednocześnie atakować i bronić. To również opowieść o niezwykłych spotkaniach po latach. O tym, że niektórzy nie są gotowi do pojednania, a inni zaraz po bestialskim ataku wyraźnie pokazywali, że opowiadają się po stronie godności ludzkiej.

„Sprawiedliwi zdrajcy” to także pasjonująca opowieść o tym, czym jest Wołyń dzisiaj. Wędrówka po wsiach odbudowanych na cmentarzyskach. Po miejscach, które miały przestać istnieć, a dziś mienią się różnorodnością form życia. Bo to historia życia i jego siły. Opowieść o dobrych ludziach poza przynależnościami i o przynależnościach wywołujących bestialstwo. Poza tym jest to książka wielu prawd. Każdy z rozmówców ma swoją. Nic nie układa się tutaj w czytelny przekaz, nic nie porządkuje naszej pamięci o rzezi wołyńskiej i niewiele też pomaga tym, co pamiętają, uporządkować tamten świat chaosu i zła na nowo. Szabłowski prowokuje do pytań, których być może sobie jeszcze nie stawialiśmy. Ukazuje naturalizm zła i różne odcienie dobra. Jedno i drugie tkwią w człowieku. Jedno i drugie ujawniają się w zaskakujących momentach dziejowych. Wołyń jest narodową traumą i krwawą historią podlegającą różnym interpretacjom. U Szabłowskiego interpretowane są przede wszystkim akty solidarności i człowieczeństwa. Bo jesteśmy ludźmi nawet w najbardziej nieludzkich czasach.

2016-10-05

"Piąta łódź" Monika Kompaníková

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 15 września 2016

Liczba stron: 288

Tłumacz: Izabela Zając

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Bez miłości

Monika Kompaníková stworzyła powieść zaangażowaną w tematykę społeczną, przejmującą historię braku prawdziwych relacji między matkami a córkami, ale przede wszystkim książkę, w której dziecięca czułość i wrażliwość zderzają się z bezkompromisowym życiem. Z tymi jego formami, które wymuszają szybkie dorastanie, pożegnanie z pragnieniem bycia zaopiekowanym. Bo „Piąta łódź” to historia deficytu miłości i opowieść zastanawiająca się nad motywacjami aktu dziecięcej ucieczki. Dlaczego dziecko zrywa z domem, w którym albo czuje się nieobecne i pomijane, albo też tkwi w nadmiarze opiekuńczości i nie może samodzielnie się rozwijać? Dlaczego matka popada w dwie skrajności – bezwzględną obojętność wobec dziecka albo toksyczną nadopiekuńczość, w której pojawiają się także szantaże emocjonalne, a mały człowiek wrasta w egocentryzm? Kompaníková chce opowiedzieć o świecie, w którym ramy bezpieczeństwa rozpadają się, tworząc patologiczny chaos, ale także rzeczywistość kompulsywnego poszukiwania jakiejkolwiek formy bliskości. To książka portretująca dwa pokolenia kobiet żyjących bez miłości i dziecko obarczone odpowiedzialnością za to, co wydarzyło się wcześniej, zamknęło matkę i córkę w kleszczach zależności i układów, bez czułości, bez emocjonalnych więzi.

Jarka musi poradzić sobie sama. Z codziennością, własnymi emocjami, oczekiwaniami względem nieobecnej matki i życiem piszącym zaskakująco trudne dla dziecka scenariusze. Obserwowała, w jaki sposób babka Irena traktowała swoją córkę, i widzi, że teraz sama traktowana jest przez Lucię w ten sposób. Bycie matką Lucia kwestionuje na wielu możliwych poziomach, ale przede wszystkim poprzez bunt wobec nomenklatury – zakazuje Jarce nazywania siebie matką. Dziecko poczęło się przypadkiem i potem już tylko przypadek rządzi jego wychowaniem. Jarka tuła się z matką po różnych miejscach, aż w końcu trafia do domu babki. Irena, porzucona przed laty przez męża i zawstydzona wczesnym macierzyństwem córki, także zakazuje Jarce nazywania jej wprost – babką. Dziewczynka obserwuje, jak kobiety w jej rodzinie dzielą się tylko wspólną przestrzenią, coraz bardziej oddalając od siebie emocjonalnie. Jarka wie, że na Lucii nie można polegać. Wie, że nie jest jej dane dzieciństwo. Ta cała normalność podglądana na podwórku, gdy Jarka patrzy na inne dzieci – doceniane i kochane. Jej dom to chaos, przemoc i niesprawiedliwość. Wieczne imprezy, rozpaczliwy hedonizm matki. Lucia chce wyrwać z życia to, czego nie zdążyła wyrwać. Została matką jako nastolatka. To był dla niej stygmat. Córka istnieje obok jako byt niezależny. A jednocześnie wciąż bojący się opuszczenia i samotności. Jarka wrośnie w samotność, bo nie pozostaje jej nic innego niż ucieczka w świat snów. Tam pojawiają się łodzie. Przestrzenie, które mogą dać zapomnienie, ukołysać, uspokoić. Czy dziewczynka znajdzie własną łódź? Czy będzie gotowa na to, by poczuć choć odrobinę szczęścia w życiu naznaczonym ciągłą obojętnością i brakiem troski?

Kompaníková serwuje nam krótkie rozdziały zawierające strzępy wspomnień. Rozrzucone jak przedmioty w domu Lucii i jak uczucia, których nikt nie był w stanie określić. Jarka jest już w wieku matki i odtwarza te wydarzenia, które z jej punktu widzenia były ważne. Przede wszystkim obrazuje macierzyństwo niedoskonałe. Zadaje fundamentalne pytanie, wobec którego wszystkie opisy będą w swoistej kontrze. Mama jest zawsze wiadoma, prawda? Doświadczenia Jarki wywołają w niej reakcję pełną paradoksów i zaskakującą czytelnika. Skoro nie poczuła obok siebie matki, sama postanawia nią zostać. Dla chłopca, który uciekł z domu – kierowany zupełnie innymi powodami niż Jarka opuszczająca dom z ulgą, oraz dla niemowląt, bliźniaków. Altanka odziedziczona po dziadku będzie dla Jarki bezpieczną przystanią, w której może odnaleźć własną łódź. Może wobec Krystiana i bliźniąt być tą odpowiedzialną i ważną osobą, której brakło w jej otoczeniu.

Monika Kompaníková rozprawia o tym, jak bardzo traumatyczne dla dziecka są podstawowe braki – brak życiowej stabilizacji, pewności uczuć, świadomości bycia potrzebnym – i zagubienie podstawowych pojęć, dzięki którym można wtapiać się w normalność. Tę normalność, której nie zaakceptowały najpierw Irena, potem Lucia, obie wyobcowane, wrogie sobie, walczące ze sobą na różnych frontach. Matka Jarki z nią nie walczy, tylko ją ignoruje. Dziecko musi stworzyć sobie zastępczy świat, w którym będzie ważne – niekoniecznie już jako dziecko. Bo przecież dzieciństwo Jarki z jednej strony nie istnieje, z drugiej jednak – wciąż boleśnie daje o sobie znać, kiedy bohaterka widzi i opisuje chaotyczny świat swojej matki z perspektywy kogoś, komu potrzebny jest porządek, potrzebna pewna stałość, gwarancja bezpieczeństwa.

„Piąta łódź” to historia słabości matki i siły córki. Tylko pozornie. Wszystkie kobiety tego świata bez mężczyzn są zdruzgotane tym, iż życie nie dało im możliwości pewnej beztroski i swobody. Lucia porzucona przez ojca w wieku dwóch lat nie chce nawet ustalić, kto mógłby być ojcem Jarki. Ta natomiast garnie się do mężczyzny, który gwarantuje jej pewien ład i jest jedyną osobą będącą w stanie jej wysłuchać. Irena i Lucia nie chciały powalczyć o spokój, bo spalały się w ciągłych walkach. Jarka chce od tego uciec. Otwierające powieść sceny ukazują jej specyficzną wrażliwość na łonie przyrody. Jej osobność i samotność znamionującą chęć uciekania w sferę marzeń, także w przestrzeń niepokojących często snów. Kompaníková sugeruje, że nie ma odpowiedniego czasu ani miejsca na dojrzałe macierzyństwo. To kwestia wewnętrznej gotowości na przejęcie odpowiedzialności za drugiego człowieka. Zabrakło jej Irenie oraz Lucii. Czy uda się ją odnaleźć Jarce?

Sportretowana rodzina bez więzi emocjonalnych to nie tylko obraz patologii lub nieszczęścia. To także wynik złożonych okoliczności, które powodują, iż kobieta nie tyle traci instynkt macierzyński, ile nigdy go w sobie nie czuje, borykając się tylko i drażniąc z faktem posiadania dziecka. Świat opresji zbudowany został w życiu Ireny i Lucii na nieco innych zasadach. Zawsze jednak wszystko zaczynało się od odrzucenia. Dostaje je w spadku także Jarka. Być może w trzecim pokoleniu odtrącenie nie będzie stygmatem przekazywanym dalej, lecz przekuje się w siłę, by dać czułość komuś innemu. Piąta łódź” to bowiem historia samotnego wędrowania przez życie, w którym nie zaznało się żadnej formy bliskości i chce się ją stworzyć bez względu na wszystko. Z różnymi tego konsekwencjami. Nie ma u Moniki Kompaníkovej sentymentalizmu, jej bohaterki nie płaczą, nie załamują rąk. Nie starają się także nazwać swego wyobcowania czy zrobić czegokolwiek, aby przestać odczuwać niechęć i agresję. Jarka to symboliczna figura dziecięcego wykluczenia, za którym stoi chęć, by zbudować świat jakichkolwiek ciepłych relacji. Autorka podkreśla, że patologia uczuć wcale nie musi być dziedziczna. Dostrzega jednocześnie, jak trudno jest iść przez życie z deficytem czułości i zainteresowania. Jej powieść to świadectwo czasu, w którym więzi społeczne ulegają degradacji, a poczucie wyobcowania niesie w sobie ryzyko braku odpowiedzialności za drugiego człowieka. Ważna i skłaniająca do dyskusji książka.


PATRONAT MEDIALNY

2016-10-03

"Osaczenie" Carl Frode Tiller

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 15 września 2016

Liczba stron: 368

Tłumacz: Maria Gołębiewska-Bijak

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: W oczach innych

Trzy perspektywy patrzenia na świat i ta czwarta, do odbudowy, zamknięta w dosyć enigmatycznej amnezji. Trzy rozprawy z rzeczywistością – norweską prowincją, socjalizmem i kapitalizmem, z rozdźwiękiem między marzeniami a realnym światem i dwoma formami życia, awangardową i artystyczną oraz tą pragmatyczną, mocno osadzoną w trybach tak zwanego normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Trzy głębokie spojrzenia na relacje, które ewoluując, spychają w nieznośną samotność i wyobcowanie. Powieść epistolarna i klasyczny trójdzielny dramat gotowy do wystawienia na scenie. Mroczna powieść obyczajowa o tajemnicach, które wydobywają z nas inni, oraz książka o kilku aspektach inności, o buncie wobec życia i szantażach, jakie stosujemy, by poczuć je bardziej intensywnie. Carl Frode Tiller czytelnie nawiązuje do teorii solipsyzmu, ale przede wszystkim podkreśla to, co wpaja nam każda solidnie prowadzona terapia – nasze myśli nie są rzeczywistością. Ludzka intencjonalność jest subiektywna. Żyjemy w światach równoległych i nie pozwalamy pozostałym na dostęp do naszej psychiki. Tak, „Osaczenie” jest świetnie rozpisanym na dramatyczne głosy traktatem o widzeniu świata i innych ludzi. Nie zgodzę się z tym, że norweskość tej książki ma być jakąś cechą dystynktywną, bo choć miasteczko Namsos może się w niej przejrzeć niczym w zwierciadle i przy tym przeglądaniu wzdrygnąć czasem z obrzydzenia, to jednak Tiller nakreślił nam narrację o znaczeniu symbolicznym, wychodzącym gdzieś ponad geograficzną lokację. To powieść o tym, kim się stajemy w oczach innych i jak bardzo wieloznaczne może być postrzeganie świata oraz relacji łączących nas z ludźmi. Autorowi nie chodzi o prawdę. Chodzi o zbudowanie napięcia między tym, co wydaje się faktem, a jego interpretacją. Jesteśmy tym, kim widzą nas inni, czy może istniejemy, by nadawać sens bytności pozostałych? To mocna, sugestywna powieść. Chwilami nadmiernie teatralizowana i wówczas ocierająca się o banały, ale przekonująca, groźna. Niebezpieczna nawet. Dlaczego? Co powoduje, że lektura „Osaczenia” nie będzie dla każdego?

David przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Stracił pamięć. Z nie wiadomo czyjej inicjatywy pojawia się prasowy anons, w którym bliscy Davida proszeni są o napisanie do niego listów. Mają mu pomóc odbudować to, co utracił. Dlaczego nie mogą skontaktować się osobiście? Jak ta wiadomość interpretowana jest w zakończeniu przez dawną przyjaciółkę bohatera? Figura nieobecnego Davida intryguje i ciąży nad tą powieścią podobnie jak figura jego nieobecnego ojca. David wychowywał się u boku pastora, który odpowiadając na prasowy anons, ujmuje w swoich listach bezgraniczną samotność i nadaje cel swojej zagrożonej unicestwieniem egzystencji. Czy Arvid zastąpił Davidowi ojca? Dlaczego jego matka tak pieczołowicie ukrywa, kim był ten człowiek? Czy mroczną spuścizną po ojcu może być choroba psychiczna? Tiller zwodzi i ukrywa coraz więcej w listach mających rzekomo rozjaśniać rzeczywistość, porządkować czas przeszły. Tyle tylko, że jest to czas przeszły trzech różnych od siebie osób. Wspomnianego już Arvida, który zwraca się czule do pasierba, wierząc w to, że nareszcie może być komuś naprawdę potrzebny. Bliskiego przyjaciela Jona z bolesnym bagażem doświadczeń z młodości, którą stygmatyzowała homoseksualna relacja w małym miasteczku. Kobiety, u boku której David odnalazł coś na kształt wyciszenia po śmierci matki. Czyje opowieści są prawdziwe, a czyje stanowią konfabulacje? Kim są dla siebie opowiadający i do czego tak naprawdę służy im niemy odbiorca listów? Postawionych pytań jest już bardzo wiele, a to dopiero początek tajemnic, z którymi Carl Frode Tiller skonfrontuje po latach bolesne fakty z życia tych, co z różnych powodów byli blisko Davida i potem pozostawili go samego sobie.

Najbardziej przykuwa uwagę pierwsza część powieści, w której poznajemy Jona i wchodzimy w trudny świat jego relacji z ludźmi. Jon jest zdystansowany, czujny i przygotowany do ucieczki. Idiosynkrazja, która go przepełnia, skierowana jest nie tylko ku rzeczywistości, w jakiej nie może się odnaleźć z kilku istotnych powodów. To opowieść o utratach naznaczona specyficzną formą wrażliwości. Historia męskiego zamknięcia się na uczucia i męskiej kontestacji bliższych relacji. Jonowi rozpadł się związek, a w rodzinie czuje się wyobcowany jak przed laty, gdy zwierzył się z erotycznej relacji z Davidem, nadzwyczaj często czyniąc z niej swego rodzaju kartę przetargową. Pierwsza narracja i pierwsza część epistolarna są najciekawsze przede wszystkim dlatego, że potem widzimy zdecydowany rozpad tego, co ukazuje Jon. Pęknięcia są tak silne, że kolejne części książki podważają prawdomówność pierwszego bohatera. A może chodzi jedynie o to, że otaczający go świat wymusił na nim pewne jego interpretacje, a fakty stały się jedynie niewygodne do wspominania?

Arvid cierpi w każdy z możliwych sposobów i jego komunikacja z Davidem najbardziej przypomina terapię, z którą można wiązać oczekiwania. Listy Silje są takie jak ona – z jednej strony beztroskie i ekstrawaganckie, z drugiej jednak wyczulone na szczegół, bo Silje była i jest znakomitą obserwatorką. Być może wszystkiego poza sobą, ale to już uwiarygodnią (lub zakwestionują) pozostałe narracje. Dom Silje pełen liberalizmu i swobody obyczajów symbolizuje takie wrota, których otwarcia oczekiwali Jon z Davidem. Jeden z nich zerwał z prowincjonalnymi stygmatami, drobnomieszczańskimi normami i światem porządkowanym przez bierną akceptację. Ten drugi wybrał życie na krawędzi i zdecydowanie opuścił Namsos. A miejscowość jest także jednym z bohaterów. Niemym, lecz wystarczająco wyrazistym. Namsos to lęki, frustracje, kumulowane emocje i ten wyraźnie uporządkowany świat, w którym żaden z bohaterów tak naprawdę nie potrafił się odnaleźć.

Tiller stworzył egzystencjalną rozprawę na temat tego, jak bardzo rozmywa się życiowy azymut, kiedy poddamy się emocjom i wpływom innych. Równie mądrze i z dużą dozą rozsądku zaakcentował niemożność ludzkich działań bez wyraźnego ich kontekstu. Młodzi bohaterowie książki młodość przeżyli bardzo intensywnie, ale każde z nich wydobyło z niej inną wartość. Ktoś poddał się biernie prozie życia, zawahał z jego odebraniem, a teraz może już tylko punktować błędy nie do naprawienia. Ktoś do końca walczy o niezależność i miota się w relacjach z tymi, którzy kiedyś byli podobni, budowali bezpieczny świat i przestrzeń do życia. Ktoś jest bezradny wobec bólu w kilku możliwych znaczeniach. A ktoś prawdopodobnie nie wie, kim jest dzisiaj, i chce we wspomnieniach innych odbudować coś, czego nie są w stanie te wspomnienia odbudować.

To w gruncie rzeczy mroczna psychodrama z dialogami, które iskrzą, przykuwają uwagę i jednocześnie przerażają tą prostotą spięć, pomiędzy którymi nie ma możliwości porozumienia. To opowieść o mentalnym pożegnaniu ciasnego świata i o wbiciu się w równie ciasny gorset nowych przyzwyczajeń. Bo każdy opowiadacz tkwi w bolesnych ograniczeniach. Wydaje się, że wyzwolony jest tylko ten tajemniczy David – zamknięty w jakiejś szpitalnej przestrzeni, z nieznaną nam diagnozą, oczekujący i być może pogodzony z niemocą. Do niego mkną listy odbudowujące pewien wspólny obszar przeżyć i doświadczeń. A czytelnik ze zgrozą doświadczy, że wspólnoty, w którą wierzono, być może nigdy nie było. Brak tożsamości to u Tillera z jednej strony zagłada, z drugiej zaś – ratunek. Kto chce uratować przede wszystkim samego siebie? Kto chce opowiedzieć o opozycjach w taki sposób, by zrozumieć źródła tarć? Kim ostatecznie są ludzie relacjonujący swoje życie i dotykający bolesnych wspomnień? Zagadkowa i naznaczona mrocznym cieniem proza, która może okazać się niebezpieczna.

2016-09-30

"Ta, którą znam" Małgorzata Warda

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 13 września 2016

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Ucieczki i powroty

Najnowsza powieść Małgorzaty Wardy kończy się pytaniem do dyskusji. W Polsce kobiety zgłaszają tylko dwadzieścia procent gwałtów. Dlaczego tak dramatycznie mało? Co może stać za milczeniem straumatyzowanych kobiet niosących przez życie swoje mroczne tajemnice, ból i poczucie skrzywdzenia bez wymierzenia sprawcom adekwatnej kary? „Ta, którą znam” sugeruje nam kilka odpowiedzi. Autorka uznała tę książkę za najlepszą w swoim dorobku. Konstrukcyjnie opowieść niewiele się różni od poprzednich – mamy retrospekcje wyjaśniające stan obecny, mamy kilka perspektyw opowiadania o problemach, mamy również często przez Wardę omawiane relacje między matką a córką, choć w tej książce na pierwszy plan wysuwają się relacje siostrzane. Dlaczego ta powieść może być najważniejsza? Ma wyraźny społeczny wydźwięk. O ile np. „Jak oddech” była książką zwracającą uwagę na problematykę zaginięć w Polsce i dramatów wywoływanych przez niesprawność służb poszukujących zaginionych, o tyle „Ta, którą znam” podejmuje podobny, ale dużo bardziej dramatyczny temat. Warda rozprawia się z polską świadomością struktury gwałtu. Ukazuje jego anatomię oraz to, w jaki sposób organy ścigania zajmują się sprawcami jednej z najokrutniejszych chyba zbrodni – zbrodni na ciele i psychice, która już do śmierci pozostanie okaleczona. Małgorzata Warda nie feruje wyroków, nie ocenia ani nie wskazuje jednoznacznych interpretacji. Zarysowuje historię kobiety, która pozostaje z bolesną tajemnicą na lata. Sugeruje, że syndrom ofiary można przekuć w coś innego. Można sobie pomóc, jeśli świat nie jest w stanie rozliczyć niesprawiedliwości. To także książka o tym, skąd bierze się milczenie i jak destruktywną siłę w sobie niesie. W tym znaczeniu to rzeczywiście najważniejsza książka autorki. Dowód na to, że literatura środka może trafnie komentować rzeczywistość, zmieniając ludzkie postawy i zapatrywania na przemoc seksualną.

Ada Makowska uciekła od mazurskiej prowincji i zaściankowości. Udało jej się zrobić karierę modelki i aktorki. Pozostawiła za sobą zatrzymane w czasie miasteczko, bolesne chwile sprzed lat, które w pamięci żyją wciąż na nowo, stale się powtarzają, nie pozwalają na skuteczną ucieczkę i izolację od traumy przeszłości.  Bohaterka wraca w rodzinne strony, a Warda z wnikliwością i czułością prezentuje nam studium tego bolesnego powrotu, bo w gruncie rzeczy wszyscy uciekający nie mają odwagi zmierzyć się z demonami miejsca, które opuszczają. Ada tej odwagi nabiera, choć nie jest jeszcze do tego przekonana. Pretekstem do przyjazdu jest dramatyczne wydarzenie z udziałem siostry Ady. Agnieszka ginie w wypadku samochodowym. Jej dwie córki stają się sierotami. Młodsza najpierw walczy o życie, potem o zdrowie. Starsza zmaga się z traumą, której powody poznajemy dużo później. Przybyła z wielkiego świata ciotka, której rodzinne strony zazdroszczą, łącząc to z zawiścią, staje przed sporym dylematem. Okazuje się, że ojciec dziewczynek, były mąż Agnieszki, jest nieuchwytny i nie sposób go poinformować o zaistniałej tragedii. Ojciec odpycha Adę, tak jak robił to przed laty. Jej siostrzenice trzymają się na dystans, choć równocześnie garną się do tej kobiecej czułości, której nigdy już nie zaznają ze strony matki. Ada staje przed dylematem: pozostać z dziewczynkami do czasu odnalezienia ich ojca czy może być już z nimi na zawsze, skoro los odebrał im najbliższą osobę, a ciotka może stać się pewnym substytutem matki.

Poznajemy skomplikowane relacje siostrzane. Agnieszka i Ada były przez matkę identyfikowane jako całość, kiedy dobierała im te same sukienki i patrzyła na nie jak na wspólny owoc miłości i przywiązania. A siostry stawały się różne. Coraz więcej je w życiu dzieliło. Połączone tragedią rodzinną paradoksalnie zaczęły się od siebie oddalać. Przejęły role i obowiązki, do których nie były przygotowane. Nie podzieliły się nimi sprawiedliwie. Do podziału miały też jednego mężczyznę. Tego, którego nie ma przy córkach, gdy te cierpią z powodu utraty matki. Szereg powodów stał za tym, że jedna z sióstr ruszyła w świat, a ta bardziej pragmatyczna pozostała w miasteczku. Sporo też było przyczyn takich, a nie innych decyzji. Rodzina rozpadała się. Ojciec nie ułatwiał zadania, swą oschłością zniechęcając Adę do pozostania przy nim. Ada została sama ze sobą. Z okrutną tajemnicą, którą musiała zachować dla siebie. Co wydarzyło się w miasteczku, kiedy bohaterka miała siedemnaście lat? Kto pozna prawdę o tych wydarzeniach i w jaki sposób ją wykorzysta? Czy Ada znajdzie siłę, by stawić czoła demonom przeszłości, ale przede wszystkim sobie – tak pełnej strachu, tak wycofanej w relacjach z mężczyznami, tak boleśnie naznaczonej piętnem tej, której wyrwano coś gwałtem i nikt nie poniósł z tego tytułu żadnych konsekwencji?

Autorka "Najpiękniejszej na niebie" opowiada o ucieczkach i trudnościach powracania do tego, z czym nie można się naprawdę zmierzyć. Pisze o ludziach, którzy wolą zakotwiczać się w traumach innych, by tylko nie pamiętać o tych swoich, nigdy nieprzepracowanych. Mamy tutaj ciekawą opozycję – kobiety uciekającej przed wydarzeniami sprzed lat i mężczyzny, który woli mierzyć się z faktami związanymi z niesprawiedliwością losu pod różnymi szerokościami geograficznymi, ale nie jest w stanie wziąć odpowiedzialności za rodzinę i stanąć obok faktów życia codziennego, tak stabilnego i pozornie uporządkowanego. Obydwoje uciekinierzy zabierają ze sobą rodzinne tajemnice. Obydwoje uciekają przed przemocą, jakiej doświadczyli. Warda każe im się tragicznie zbliżyć, by jeszcze bardziej skomplikować fabułę powieści, ale jednocześnie zaznacza tę nić porozumienia, która pozwala im oddać się namiętności – ona bowiem wyrazi w najbardziej oczywisty sposób smutne podobieństwo i pewien rodzaj życiowego fatalizmu.

„Ta, którą znam” to opowieść o ludziach niemogących wyzwolić się z opresji czasu przeszłego. To przede wszystkim książka obrazująca kondycję kobiety, wobec której ktoś zastosował przemoc seksualną. Tajemnica niesiona przez życie staje się w pewnym momencie nie do zniesienia. Warda ukazuje moment, w którym musi dokonać się pewna przemiana. To także narracja będąca studium wewnętrznego strachu i wyobcowania. Pozbawiona podziału na płcie historia emigrantów wewnętrznych i ludzi pozbawionych pewnych podstaw stabilnego życia już w młodości. Małgorzata Warda opowiada o izolacji i samotności, ale pozwala swoim bohaterom na to, by zmienili coś w swoim życiu. Sugeruje, że są takie momenty tego życia, dzięki którym można powrócić, można znaleźć siłę na uporządkowanie przeszłości. To książka apel. Do wszystkich krzywdzonych kobiet, dla których nie znaleziono czasu ani okoliczności, by nazwać ich skrzywdzenie po imieniu. To rzeczywiście najlepsza książka Wardy, bo bardzo silnie oddziałująca na wyobraźnię. W pewnym sensie nawet nieco publicystyczna, bo zmuszająca do dyskusji o wiele szerszej, niż sugerują to pytania w zakończeniu. Po raz kolejny autorka udowadnia, że jest najlepsza w swoim segmencie tematycznym literatury i że od niej powinny się uczyć wszystkie pisarki starające się uczciwie i dogłębnie oddać skomplikowane życie emocjonalne swoich bohaterek. Kolejne zasłużone brawa, bo z powieści na powieść Małgorzata Warda coraz wyraźniej podkreśla, że jest naprawdę świetną pisarką i widzi życie na wielu bardzo skomplikowanych płaszczyznach.

2016-09-28

"Klawisze" Drauzio Varella

Wydawca: Czarne

Data wydania: 24 sierpnia 2016

Liczba stron: 224

Tłumacz: Michał Lipszyc

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Oblicza izolacji

Drauzio Varella powraca z kolejnym reportażem o tematyce więziennej. Tym razem centrum zainteresowania czyni strażników, niemniej widzimy tutaj tę wyraźną zależność między nimi a więźniami, bez której nie da się opowiedzieć historii ludzi mających wpisaną w ryzyko zawodowe nagłą śmierć. Narracja o więźniach już przebrzmiała, „Ostatni krąg” doczekał się uwagi i entuzjastycznych recenzji. Jak będzie z „Klawiszami”? To przecież nie jest tak, że Varella nagle zmienia perspektywę opisu. Aby opowiedzieć o strażnikach, trzeba w te opowieści wpleść obecność więźniów. Nie sposób pokazać silnych więzi podległości i przywiązania bez omawiania spraw związanych z tym, co i na jakich zasadach łączy tych, którzy pilnują porządku, z tymi, którzy za ingerowanie w niego trafili do zamkniętego świata rządzonego twardymi prawami. Ta książka to przede wszystkim opowieść o potężnym rozwarstwieniu społecznym Brazylii, o odium opinii publicznej spadającym na uwięzionych i o marginalizacji tego, co dzieje się za kratkami. Wolny świat wie jedno na pewno i powtarza to, co autor napisał w tym reportażu – w więzieniu mieszka zło. Za tym truizmem kryje się jednak pogłębiona analiza psychologiczna przedstawicieli świata, któremu nikt nie chce się przyjrzeć tak wieloaspektowo, z taką uwagą i z pewnego rodzaju czułością. Łatwo popaść w sprawozdawczość przy takiej tematyce. Przy opisywaniu ludzi zmuszonych do konfrontacji z różnego rodzaju przemocą. Varella sięga głęboko nie tylko dlatego, że ponad dwadzieścia lat leczył więźniów i wchodził w komitywy z tymi, którzy ich pilnowali. Przede wszystkim dlatego, że nie marginalizuje więziennego świata, czyni go prywatnym mikrokosmosem, ogląda z bliska i wie, jak zamknięty świat działa, jakimi prawami się kieruje. Te obowiązujące strażników są dużo bardziej obciążające niż prawa między celami. Przyglądamy się zajęciu ludzi, którym brazylijski budżet płaci głodowe stawki. Co pozwala im na lata, na całe życie nawet, związać się z miejscem, w którym kończą się definicje i ramy tak zwanego normalnego świata?

Myślę, że z relacją w stosunku do uwięzionych jest w Brazylii tak, jak obrazuje to scena otwierająca reportaż. Mądry i poczciwy Araújo jest w stanie opanować i spacyfikować bunt więźniów podległego mu bloku, a potem z niedowierzaniem patrzy na to, jak do więzienia 2 października 1992 roku wdzierają się oddziały kierowane przez rząd, które urządzają krwawą jatkę pośród tych, którzy – przy umiejętnościach doświadczonego strażnika – mogliby wrócić do cel, ocalając swoje życie. To, co widzi i chce opisać Varella, to właśnie perspektywa doświadczonego strażnika więziennego, który nie dopuszcza do rozlewu krwi. To, co chciałoby widzieć społeczeństwo, obrazuje gniew i przemoc zabierające kolejne ludzkie istnienia. Nic to, że skazane, mające prawdopodobnie na swoim sumieniu śmierć ludzi w wolnym świecie. Przecież brazylijski więzień w stereotypowym sądzie społecznym to absolutny wyrzutek, którego nie ma sensu resocjalizować. Ktoś nie tyle z marginesu, ile z innego świata – stamtąd nie można się już wydobyć i nie warto w żaden sposób inwestować w to, by znalazła się droga wyjścia. Potwornie przeludnione brazylijskie więzienia są przecież tylko wylęgarnią kolejnych patologii. Drauzio Varella widzi to wszystko nieco inaczej. Widzi pojedynczego człowieka oraz ludzi, których zachowania są warunkowane przez takie, a nie inne okoliczności izolacji. Perspektywa opisu strażnika więziennego to próba uchwycenia tej wspólnej płaszczyzny, którą można nakreślić między przestrzenią uwięzienia a tak zwanym normalnym życiem, do którego bohaterowie reportażu wracają z trudnością, naznaczeni tą furią i bezkompromisowością nakazującymi im wykonywać swoje obowiązki.

Swoich bohaterów Varella przedstawia podmiotowo. Wspomniany już Araújo boleśnie doświadczony stratą dzieci. Czuły olbrzym Hulk z właściwie nakreślonym azymutem wartości. Wyborny gawędziarz Irani, którego opowieści mrożą krew w żyłach, ale i pokazują, jak konsekwentny w swych wyborach jest ich opowiadacz. Amauri, który miał mało szczęścia i nie przetrwał, wpisując się do pamiętnika mrocznych treści swoich kolegów po fachu. Wszyscy oni mają swoje ludzkie troski i chwile radości. Ich zawód wiąże się z ogromną odpowiedzialnością i wymusza ten rodzaj nieprawdopodobnego opanowania, dzięki któremu dokonują rzeczy niemożliwych. Utrzymują porządek w miejscu, które chciałoby uciec od jakichkolwiek zasad w chaos przy najbliższej nadarzającej się okazji. Strażnicy więzienni to koledzy Varelli. Ludzie portretowani barwnie i dynamicznie. Czasem wręcz w konwencji filmowej, bo część zebranych w reportażu opowieści mogłaby służyć za scenariusze filmów sensacyjnych. To mężczyźni gotowi na bezwzględne konfrontacje z podwładnymi, dla których ważne są kult siły i broń, ale jednocześnie nieradzący sobie z kobietami życia zarzucającymi im zdrady czy popadanie w alkoholizm. Władczość i charyzma w zamknięciu przechodzą płynnie w syndrom zagubionego chłopca, który otacza się hedonistycznymi bodźcami, a potem wraca na rozmowę z rozżaloną żoną wraz z kolegami z pracy wspierającymi jego autentyczny strach.

Strażnicy boją się, bo ryzykują utratę nie tylko życia. Przede wszystkim zdrowego rozsądku, rozsądnego oglądu życia toczącego się poza kratami, w czasie wolnym – tak boleśnie przecież odbieranym przez konieczność dorabiania w innych zawodach, gdy pensja za odpowiedzialną pracę nie pozwala na odpowiedzialne utrzymanie rodzin. Drauzio Varella portretuje silnych psychicznie mężczyzn, dla których siła to bycie w opozycji. Wiedzą, że aby dobrze wykonywać obowiązki, muszą najpierw poznać fakty, a później działać. Niejeden miał przystawiony do głowy pistolet czy przyłożony do gardła nóż. Więźniowie, którzy na co dzień czują respekt, pod wpływem impulsu mogą stać się okrutnymi przeciwnikami, którzy ze zwierzęcym atawizmem zawalczą o mglistą choćby perspektywę wolności w zamian za życie strażnika. Takie traumatyczne przeżycia muszą odbijać się na konstrukcji psychicznej. Są więc bohaterowie tego reportażu herosami i wewnętrznie rozsypanymi żeglarzami między kolejnymi sypialniami kochanek a kieliszkami rozmaitych trunków. Piwo służy im już tylko jako napój chłodzący. Serce musi być niezłomne, by pękać tylko wówczas, gdy poza zakładem pracy wydarzy się prawdziwa, osobista tragedia.

„Klawisze” to opowieść o przemocy, która niebezpiecznie przechodzi z więźnia na jego strażnika. O tym, jak w izolowanych warunkach przesyconych testosteronem, gniewem i agresją punkt widzenia człowieka z wolnego świata staje się punktem widzenia kogoś, kto żegna się z wolnością na zawsze. Strażnik więzienny rzadko opuszcza swoją pracę z chwilą pożegnania więziennych murów. Zabiera ze sobą wszystkie traumy, których nie ma jak i z kim przepracować, ale przede wszystkim ten oddech przemocy – cuchnący, pozostawiający ślad, stygmatyzujący na zawsze. Bo przecież to ludzie w służbie prawa, którzy mają bardzo złą reputację i których opinia społeczna nie będzie wspierać, bo uznaje za część więziennego status quo – naznaczającego złem wszystkich za murami więzienia.

Drauzio Varella wychodzi naprzeciw stereotypom myślowym, pokazując przede wszystkim kompetentnych ludzi, których nikt nie uczył nigdy fachu, i ludzi wykonujących ogromnie trudną pracę, za którą nie są godziwie wynagradzani. Jest w „Klawiszach” także sporo autorskich rozważań o tym, czym jest jego fascynacja przestrzenią więzienną. To opowieść o ludzkiej przyzwoitości i o ludzkiej małości – jedno i drugie tkwić może pod mundurem strażnika, atakować serce, pożerać oraz niszczyć świadomość. Varella opowiada jednak o oswojonym świecie, w którym nie kwestionuje znaczenia zła, ale pokazuje, że wszędzie można wykazać się empatią. Gdyby brakowało jej strażnikom więziennym, większość zamkniętych przestrzeni resocjalizacji spływałaby krwią jak w scenie rozpoczynającej reportaż. Bardzo dobry reportaż – o trudnych sprawach, których zrozumienia Drauzio Varella wcale nie ułatwia, przybliżając nas jednak do świata kojarzonego głównie z mrokiem. Tymczasem w „Klawiszach” są momenty nawet dowcipne. Warto spojrzeć na zamkniętą przestrzeń, do której otrzymujemy jednorazowy, unikatowy dostęp.

2016-09-26

"Poruszona mapa. Wyobraźnia geograficzno-kulturowa polskiej literatury XX i XXI wieku" Przemysław Czapliński

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 8 września 2016

Liczba stron: 420

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Literatura i geografia

Najnowsza książka Przemysława Czaplińskiego jest inspirująca i ponura. Inspirująca, dlatego że geografię potrafi połączyć z literaturą, granicom rzeczywistym nadać znaczenia sytuowane przez rozmaite narracje i wyznaczyć terytoria państw granicami wyobraźni piszących. Inspirująca, bo ukazująca specyficzną kondycję Polski w narracyjnych kontekstach na przemian kwestionujących nasz współudział w kulturze którejkolwiek części Europy i sankcjonujących ją jako tę, która poszukuje zakotwiczenia na mapach geograficznych oraz mentalnych. Ponura przede wszystkim przez to, że obrazuje bardzo wyraźnie problem Polski, która przygląda się w swych narracjach innościom. Poszukiwania trwałego sojuszu i znalezienie się na mapie wraz z innymi, których obserwujemy uważnie, lecz przez pryzmat polskich lęków, traum, stereotypów i ogólnej bezradności, kończą się fiaskiem. Polska, której złożoność wyraża literatura, nie zakotwicza się w żadnym z kierunków geograficznych. Wiecznie w opozycji i w kondycji bojowej względem Wschodu. Oddalająca się od struktur demokratycznych Europy (z różnych względów). Fasadowo zintegrowana z krajami Południa – od Czech po Rumunię. Zazdrośnie spoglądająca na Północ, gdzie doszukuje się przede wszystkim pęknięć w tej nad wyraz rozwiniętej nowoczesności. Czapliński – analizując przede wszystkim literaturę i w jej imieniu wypowiadając kolejne tezy – zakłada, że gdyby Unia Europejska się rozpadła, Polska byłaby pozostawiona sama sobie. Nie umiemy się zintegrować, nie umiemy pojąć tego, co odmienne, czy wciąż rozpaczliwie usiłujemy znaleźć definicje swoich przynależności budowanych zazwyczaj w opozycji, a nie na zasadzie odnajdywania podobieństw? Głos oddany jest różnym narracjom, które na przełomie XX i XXI wieku powiedziały nam o poluzowaniu się więzi w Europie więcej niż niejeden traktat, organizacja, przynależność państwowa czy szeroko pojęta polityka. Rzecz zatem wymaga uwagi i zainteresowania.

Czapliński dzieli rozważania na cztery części, porządkując je kierunkami, ale jednocześnie zaznaczając, iż oś skomplikowanych układów zależności europejskich przesuwa się z poziomu oraz dychotomii Wschodu i Zachodu do pionu, w którym bogata Północ rozpościera przez biedniejszym Południem perspektywy, których nie można zdobyć, ale trzeba starać się je zrozumieć. Główna teza, przypominana ponownie gubiącym się w dygresjach (jest ich sporo), stanowi fundament rozważań literaturoznawcy o tym, jakie granice tworzy, a jakie niweluje mnogość polskich narracji zawsze zorientowanych na jakiś kierunek. To książka o sankcjonowaniu i kwestionowaniu przynależności. Eseistyczna rozprawa z tym, gdzie naprawdę przynależymy i co określa tę przynależność. Istotne jest zdanie pojawiające się pod koniec rozważań. Mieszkamy w mniej lub bardziej rozbudowanych opowieściach, nie zaś w obiektywnych i fizycznie opisywalnych przestrzeniach. Przemysław Czapliński dokonał subiektywnego wyboru i przyjrzał się narracjom, w których zamieszkaliśmy albo z których wyrośliśmy. To będzie podróż erudyty zadziwionego tymi tropami, które wciąż komplikują nam widzenie świata, wciąż nakazują europejskiej mapie drżeć. Wciąż też stawiają pytania o to, kim jesteśmy, poprzez kontekst, nie poprzez rodzimą tradycję.

Znamienne jest to, jak dużo miejsca autor poświęca konkretnym kierunkom wycieczek narracyjnych, bo widzimy wyraźnie, które z nich bardziej go interesują. Rozważania o Wschodzie egzemplifikowanym przez Rosję zajmują więcej miejsca niż analiza narracji dotyczących Południa czy Północy. To nie jest chyba kwestia tego, że o Wschodzie napisano dużo więcej niż o innych kierunkach. Rosja i Polska wydają się połączone wiecznym kryterium zależności. Czapliński zastanawia się nad tym – i pyta o to konkretnie – jaki projekt cywilizacyjny dla Polski wyłania się z bardzo różnorodnego opisywania Rosji. Materiału literackiego do analizy jest pod dostatkiem. Bliskość i obcość jednocześnie zaznaczają teksty różnych perspektyw. Czapliński prezentuje figury wizytatora, zbieracza i tropiciela, fantastę. Pozycjonowanie się wobec Rosji jest znamienne, bo widzimy Wschód bardzo różnych perspektyw. Ryszard Kapuściński ogląda go z lotu ptaka, Krystyna Kurczab-Redlich z perspektywy ulicy. Jacek Hugo-Bader wnika w rosyjską tkankę jako włóczęga. Mariusz Wilk chce wejść głębiej za pośrednictwem języka. Rosja i Wschód okazują się tekstem. Wielowątkowym, wielopłaszczyznowym, charakteryzującym się lękiem pomieszanym z ciekawością. Mniejszym lub większym zaangażowaniem w to, jak chce się opisać Wschód i który jego aspekt wydaje się najważniejszy. Najciekawsze jest jednak wyobrażanie Rosji. Historie alternatywne – takie jak te, które stworzył Jacek Dukaj w „Lodzie”. Sposoby opisywania Rosji to perspektywy projektowania roli i pozycji Polski – w Europie oddalonej od Wschodu i jednocześnie silnie z nią związanej. To najbardziej żywa, dyskusyjna i przede operująca szeroką perspektywą badawczą część książki. Z pozostałymi jest już trochę inaczej.

W polskich narracjach o Zachodzie Czaplińskiego interesuje piśmiennictwo wciąż utrudniające komunikację polsko-niemiecką z tym wojennym odium kształtującym wciąż na nowo widzenie Niemca jako człowieka, który winien nam zadośćuczynienie. Analizując twórczość Szczypiorskiego czy Chwina, autor zaznacza płynność relacji i komunikacji polskich twórców z zachodnim światem ogniskującym się na tym, co niemieckie. To nie tylko analiza książek, które denazyfikują czy demilitaryzują Niemca. Czapliński wchodzi dużo głębiej. Szkoda, że relacje narracyjne nie zostały w swym zarysie poszerzone o wartościowe książki Magdaleny Parys czy „Berlinawę” Dawida Kornagi.

Południe to skupienie się na relacjach – w różnych kontekstach – między sąsiadami, z którymi wiele nas dzieli (Czechy obrazowane przez Mariusza Szczygła) i łączy to, z czego nie do końca możemy być dumni (Węgry widziane w narracjach Krzysztofa Vargi). Tutaj Czapliński podkreśla wyraźnie dramat braku prawdziwych narracji przynależności. Część poświęcona Południu jest nie tyle najbardziej przygnębiająca, ile wzbogacona o szerszy kontekst – ideę środkowoeuropejskości, w której liczy się waga tożsamości lokalnej, ale którą też rozsadza dość ambiwalentny stosunek do Zachodu. Najmniej wyraźna i nie tak bardzo pogłębiona jak wcześniejsze części jest ta zbierająca eseje na temat Północy. W moim odczuciu wkrada się tam pewien brak dyscypliny myślowej badacza, w związku z tym rozważania o narracjach dotyczących Północy nie dość, że zawężają się do perspektywy szwedzkiej, to jeszcze niebezpiecznie wybierają gdzieś poza myślowy azymut Czaplińskiego. Ważna książka Grażyny Plebanek dotycząca kondycji polskiego emigranta w Szwecji doczekuje się jedynie wzmianki. Rozważania opierają się przede wszystkim na twórczości Macieja Zaremby i Bronisława Świderskiego… przenosząc czytelnika w rejon wykładni interpretacyjnej skandynawskich kryminałów.

„Poruszona mapa” to interesujące studium przemian, które zachodzą gdzieś poza albo ponad geograficznymi granicami. To książka udowadniająca, że nie tylko literatura, ale także geografia jest pisaniem. Przemysław Czapliński wybiera książki, które poddaje analizie przede wszystkim metodologii opisu zjawisk ścierania się tego, co inne, i pozornego asymilowania tego, co zbliża między granicami. Miejsce Polski literatura kreśli niejednoznacznie i z trwożliwą niepewnością. Ta książka – z dodanymi cytatami często z mediów – ma być polifonicznym obrazem zmiennej rzeczywistości i wciąż zmieniających się kontekstów, które każą nam deklarować się na konkretnej osi i opowiadać w opozycji do danego kierunku. Czapliński przesuwa linie podziału i kreśli także linie porozumienia. Literatura okazuje się świetnym przewodnikiem po czasach niestabilności, w którym zmieniają się sojusze i zmienia się także polska tożsamość narodowa. Jesteśmy ciekawi innych i szukamy pośród nich własnego miejsca czy też rozpaczliwie izolujemy się, nie mogąc pojąć żadnej z obcych perspektyw patrzenia na rzeczywistość? To książka o dzisiejszych przemianach, po którą powinien sięgnąć przede wszystkim ten ogromny procent nieczytających Polaków. Bo to rozprawa wyrosła z troski o nas samych i z szacunku do literatury, która zawsze dąży do uczciwego i szczegółowego wyrażenia wątpliwości, zadziwień i ciekawości tego, co inne.

2016-09-23

"Szpagat" Joanna Chojnacka

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 28 września 2016

Liczba stron: 462

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: O mężczyźnie

Przed czterema laty ukazała się nieco prześmiewcza i ironiczna książka Piotra Adamczyka „Pożądanie mieszka w szafie” o kryzysie męskości. Jej główny bohater był zagubiony w świecie własnych przeżyć, dużo więcej fantazjował niż działał. Był zabawny, ale i tragiczny. Groteskowy, lecz jednocześnie przejmująco samotny. Konwencja książki kazała mi klasyfikować ją jako rodzaj literatury typu „chick-lit” dla mężczyzn. Zaskakująco dojrzały debiut Joanny Chojnackiej jest jakby mrocznym rewersem powieści Adamczyka. Jego bohater nie fantazjuje o kobietach, on je zdobywa – jedną po drugiej. Męskie rozterki mają charakter egzystencjalny, ale są śmiertelnie poważne. Męska melancholia połączona ze specyficznym rodzajem mizantropii oraz megalomanii daje nam powieść, która początkowo może być męcząca. Szpagat” to rzeczywiście książka jak najbardziej na poważnie. O stanie ducha mężczyzny w średnim wieku, który zdaje sobie sprawę z tego, że utracił wszystko to, co najlepsze, a teraz obsesyjnie zbiera jakieś okruchy pamięci, karmi się przeszłością, boleśnie zawikłany w czas teraźniejszy – przygnębiony i zagubiony, bez szans na odmianę losu. Czy jednak „Szpagat” to powieść o męskim utyskiwaniu, dumie i wstydzie? Niekoniecznie. Zaskakujące są dojrzałość, empatia i wyobraźnia autorki. Przecież tę rzecz napisała kobieta! Tymczasem każdy czytający mężczyzna pochyli się nad powieścią z zadumą, czasem oniemiały, świadomy tego, że czyta o własnych bolączkach. Jesteśmy w świecie, w którym męskość ukazana jest w swej wstydliwej bolesności. To są przywary, ale jednocześnie takie cechy charakteru, które determinują i szowinizm, i typowo męski cynizm, i bliskie przeżyciom wiecznego chłopca poczucie wyjątkowości oraz tego, że należne jest to czułe przytulenie, zatrzymanie świata wokół, skupienie uwagi otoczenia na sobie i podkreślenie własnej wyjątkowości.

Rzecz rozgrywa się w dość odległej przeszłości, ale trudno jednoznacznie określić ramy czasowe. To z pewnością lata pięćdziesiąte minionego stulecia. Pojawia się wzmianka o Kiepurze czy o pierwszym wydaniu „Dziennika Telewizyjnego”. To czas, w którym Warszawa już chyba całkowicie podniosła się z wojennej pożogi, choć co rusz znajdują się miejsca ciągłej odbudowy. Aleksander Biernacki – bohater „Szpagatu” – wojnę przeżył w bezpiecznym oddaleniu. Cieszył się angielską prowincją, gdy jego brat walczył z Niemcami w powstaniu. Nawiązał odpowiednie kontakty i pokochał język angielski. Stał się tłumaczem oraz wykładowcą, który spogląda na studentów z wyższością i rozczarowaniem. Nie na takie młode powojenne pokolenie liczył. Nie tak miał wyglądać jego świat. Aleksander przeżył burzliwy związek, a obecnie stara się rekompensować jego stratę, wdając się w kolejne romanse. Jest strategiem fatalnego zauroczenia. Nigdy nie spełnia się to, o czym marzy. Za seksualną przyjemnością nie stoi satysfakcja. Żadna też trwała relacja. Wszystko, co trwałe, uległo degradacji. Bohater Chojnackiej wspomina istotne wydarzenia z przeszłości, które – w taki czy inny sposób – prowadzą do jednej ze smutniejszych scen, czyli do oczekiwania pod kinem Moskwa, z niewręczonymi kwiatami, z tym wiecznym próżnym wypatrywaniem tej, która już nigdy nie przyjdzie.

Rodzina jest w „Szpagacie” jednocześnie miejscem opresji i dramatu oraz czymś, co wytwarza wyjątkowe, chociaż trudne więzy. Kostyczny ojciec we wspomnieniach Aleksandra jawi się jako człowiek, z którym zbudowanie jakiejkolwiek bliskości było niemożliwe. Matka jest niczym cień. Była obecna, ale trudno określić wagę tej obecności teraz, kiedy mężczyźnie pozostają tylko rodzinne wspomnienia przełamane smutkiem i złością. Jest przy nim córka. Mieszka z nim. Właściwie to chciałby mieć syna i bardzo ubolewa nad tym, że go nie spłodził. Syn rozumiałby go lepiej, byłby prawdziwą ostoją. Ojciec trwa w przekonaniu, iż Elżbieta winna jest mu wdzięczność za to, jak ją wychował. Tymczasem obserwujemy narastające konflikty między nimi. Jest pewna płaszczyzna porozumienia, ale jednocześnie nawarstwiają się antagonizmy. Wszystko tkwi w przeszłości. W czasie, w którym doszło do ruiny pewnych więzi. Gdy związek przestał być nim formalnie i gdy Aleksander pozostał sam ze swoim poczuciem pustki, życiową goryczą i trudną do przełknięcia samotnością. Chojnacka opowiada o człowieku, który rozpaczliwie poszukuje w życiu spokoju. O męskiej bezradności, którą trzeba skrywać gdzieś w sobie, bo otoczenie musi widzieć mężczyznę dumnie wyprostowanego – świadomego swoich błędów, ale niekoniecznie skłonnego do ich naprawiania. Aleksander gra zatem zdobywcę, dla którego świat jest frontem wojennym. Wywalczył sobie wszystko, co miał, i to wszystko mu odebrano. Wraz z nim poszukujemy przyczyn tych wszystkich nieszczęść, z którymi się boryka, i zdajemy sobie sprawę z tego, że świat widziany oczyma Aleksandra to nie jest świat prawdziwy. Joanna Chojnacka tak buduje swoją narrację, że jej bohatera na początku nie darzymy sympatią. Irytuje i sprawia, że chce się odłożyć książkę. Intryguje nieco później. Otwiera się przed nami odmienny wymiar postrzegania rzeczywistości, gdy Aleksander przestaje już udawać, staje się szczery – przede wszystkim względem siebie samego.

„Szpagat” to opowieść o udręce pamiętania, o bardzo bolesnych relacjach i konsekwencjach pewnych działań, które miały na celu nie to, do czego doprowadziły. Zaskakujące są zwroty akcji oraz odkrywanie kolejnych toksycznych zależności, w których tkwią bohaterowie książki. Joanna Chojnacka tworzy z jednej strony prozę bardzo statyczną, stonowaną, przepełnioną melancholią i chwilami przewidywalną. To jednak tylko pozory. Pod powierzchnią uporządkowanych w pamięci zdarzeń czai się chaos emocji. Dlatego „Szpagat” to książka o dosłownej konfrontacji ze światem. Konfrontacji wszystkimi zmysłami. Także o tym, co złego możemy sobie uczynić, kiedy zaczniemy mieć do świata pretensje o to, o co nigdy nie powinniśmy ich mieć, bo sporo wydarzyło się głównie dzięki nam. Przez nas. Aleksander przeklina pewne gesty, sytuacje, niewłaściwe decyzje. Jednocześnie musi stale mierzyć się z konsekwencjami tego, co zrobił, i tego, co w odwecie jemu zrobiono. Czego chce? Stabilizacji i pewności, że jest jakaś celowość w życiu. Być może też wysłuchania. Jedynym wiernym słuchaczem jest sąsiad alkoholik, dla którego opowieści Aleksandra są słowami z jakby innego wymiaru. Czy znajdzie się coś albo pojawi ktoś, kto zmieni optykę bohatera „Szpagatu”? Do czego zmierzają jego wnikliwe dywagacje, drobiazgowe analizy, obsesyjne wizje i wnioski, które utrudniają mu życie? Myślę, że jest to opowieść o pewnym specyficznym rodzaju wrażliwości przeznaczona także dla specyficznych czytelników. Takich, którzy czytają bez zniecierpliwienia i są w stanie zrozumieć, w jaki sposób z błahego na pozór wydarzenia może się zrodzić w świadomości ludzkiej egzystencjalny dramat.

Joanna Chojnacka opowiada o tym, że nie można w życiu wciąż uciekać. Od wspomnień, od samego siebie. Nie można żyć tylko fragmentarycznie. Nie warto walczyć o przeszłość, która odeszła na zawsze. Kobiece pióro, męska perspektywa. Powieść dramatyczna, a jednocześnie niosąca nadzieję. Studium mizantropii i megalomanii, ale także tęsknoty za szczęściem. Pasjonujące, choć bolesne i chwilami trudne do przyswojenia. „Szpagat” to także niezwykle interesująca próba wejścia w świat przeżyć drugiej płci. Chojnackiej nie wystarczy założenie spodni i domalowanie sobie wąsów. Ona penetruje świat męskich przeżyć z zaskakującą uwagą, przenikliwością i dokładnością.


PATRONAT MEDIALNY