2022-09-19

„Minuty. Reportaże o starości” Iza Klementowska

 

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 21 września 2022

Liczba stron: 340

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: To, co przyjdzie

Kiedy przed trzema laty czytałem znakomitą „Skórę”, nie byłem świadom, że ominął mnie jeszcze jeden reportaż o rodzimych sprawach, bo przecież przygodę z pisaniem Izy Klementowskiej zacząłem od narracji o dalekim Mozambiku. Nie jestem jednak pewien, czy „Minuty”, które właśnie zostały wznowione między innymi z uzupełnieniem o pandemiczny obraz starości, to rzeczywiście reportaż o kwestiach typowo polskich. Owszem, jawi się w nim obraz, którego wszyscy się boimy, bo starzeć się nie jest przyjemnie, a starzeć się w Polsce bywa koszmarnie, jednakże najcenniejszy jest ten ogólnoludzki wymiar książki. Opowieści, która kończy się pytaniem z wywiadu – o to, czy starość ma swój stereotyp. A wszystko, o czym opowiedzą nam bohaterowie tej narracji wcześniej, będzie zaprzeczeniem: tu nic nie będzie oczywiste, zdefiniowane i przedstawione z jakimś dydaktycznym przesłaniem. Jakkolwiek przerażająca jest starość tak doskonale usuwana z naszej świadomości, jakby współczesna kultura miała się opierać na człowieku oraz jego doświadczeniach tylko do określonego wieku, w opowieściach Klementowskiej to czas zarówno nowych wyzwań, jak i nowych możliwości. Autorka poprowadzi nas przez temat panoramicznie oraz wieloaspektowo. Od momentów, w których dzieci postanawiają zaopiekować się starszym rodzicem, po czas, kiedy śmierć może być już tylko wybawieniem od bólu (bardzo sugestywny i jednocześnie bezstronny tekst o eutanazji). Od czasu, kiedy posiadanie wnuków każe spojrzeć na swoje życie inaczej, po moment całkowitej zależności od innych, kiedy nie kontroluje się nie tylko fizjologii, ale i w dużej mierze także swojego umysłu.

Bardzo jestem wdzięczny za to wznowienie, bo mam świadomość, że ominęło mnie przed laty coś ważnego. A to przecież książka, którą powinien przeczytać każdy z nas, bo jeśli los pozwoli, starość będzie doświadczeniem, z którym wcześniej czy później się zmierzymy. Iza Klementowska mierzy się tu zarówno z goryczą i smutkiem swoich bohaterów, jak i z ich euforią oraz stanami eksploracji samego siebie, podążania ku nowym doświadczeniom i wyzwaniom. Jest tu także miejsce na porównania. W technice kontrastu ta książka oczywiście zyskuje, bo „Minuty” dosadniej pokazują, jak poniżające mogą być warunki bytowe i kondycja egzystencjalna polskich emerytów w porównaniu z ich zachodnimi rówieśnikami. Można oczywiście zauważyć, że zawsze znajdzie się historia odmienna od pokazanego kontekstu, że mogą być też udręczeni emeryci w tak zwanych krajach rozwiniętych oraz szczęśliwi i spełnieni seniorzy w Polsce. Tak, może dałoby się tę książkę napisać zupełnie inaczej, jeśli chodzi o tę kwestię. Jednakże oczywiste jest, że z wielu powodów doświadczanie oraz przeżywanie starości zwłaszcza w Polsce jest szczególnie przygnębiające. Że tutaj starość często ma smutek w oczach.

Od tego smutku ta książka się zaczyna. Starsza kobieta przeniesiona z rodzinnego domu do mieszkania swojej córki zastanawia się nad tym, czy doświadcza z jej strony rzeczywistej troski, czy też za tym wszystkim, co jej oferuje córka, stoi przede wszystkim poczucie odpowiedzialności. Bo przecież w wielu krajach, tak jak u nas, opieka nad starzejącym się rodzicem to niepisana konieczność, która wiele rodzin rujnuje, a młodszym ich członkom często każe żyć w sytuacjach emocjonalnego szantażu. Są tu też opowieści o tym, że starość to wyjście naprzeciw sobie bez obciążania tą nową drogą kogokolwiek innego. Ale Klementowska – jak wspomniałem – rozpoczyna od melancholijnej strony starzenia się. Od tego momentu, w którym niezależna jednostka staje się częścią losu najbliższych. Zachodzi symbioza albo pojawiają się spięcia. Bywa też tak, że najbliżsi dużo wcześniej ucinają kontakt, by nie poddać się temu – wskazanemu wcześniej – poczuciu odpowiedzialności. Można się zastanowić nad tym, po co rozważać ten aspekt wchodzenia w starość, skoro „Minuty” mają ją przede wszystkim portretować, nie osadzać w kontekstach. Nic bardziej mylnego. Klementowska wie, że doświadczenie starości jest absolutnie prywatne i za każdym razem powiązane z konfrontacją z pewnego rodzaju samotnością, ale starość to również różnego rodzaju relacje. Na przykład relacja w związku, w którym kobieta jest młodsza o trzy dekady od męża tracącego kontakt ze swoim ciałem oraz zmysłami, ale tak samo mocno i wciąż bezwarunkowo kochającego tę, która gotowa była w chorobie obmywać go z kału i moczu.

Bardzo ciekawie pokazane jest tu oblicze starości, która wyzwala swoiste poczucie przedsiębiorczości. Będą tu snuć swoje opowieści ludzie, którzy w jesieni życia postanowili poświęcić jego fragment albo starszym od siebie, albo bardziej potrzebującym. Ciekawe są również opowieści o tym, co innowacyjnego i cennego można odnaleźć w życiu na starość. Niektórzy rozmówcy Klementowskiej wychodzą „z kokonu zahamowań” i rozpoczynają nową życiową drogę. Pełni nadziei na to, co przed nimi, optymizmu oraz przekonania, że to, co robią, jest słuszne i da im satysfakcję. „Nigdy nie jest za późno na zmiany” – podkreśla jeden z mężczyzn w tym reportażu. Iza Klementowska przygląda się temu, w jaki sposób ludzie znajdują w sobie potrzebę zintensyfikowania swojego życia i swoich działań. Nie tylko dlatego, że mają już mało czasu na osiągnięcie tego, czego jeszcze nie zdobyli. Przede wszystkim dlatego, że odkrywają swoje własne potrzeby, o jakich nie mieli dotychczas pojęcia. W tym znaczeniu starość staje się twórczym stanem i przeczytamy o tych, którzy doskonale się w niej odnaleźli.

Ale jest tu bardzo wyraźnie prezentowana także gorzka strona tego, co znaczy być starym. Jedna z bohaterek książki żartuje, że starzy ludzie są już niewidoczni dla wszystkich z wyjątkiem bandytów, którzy na nich lubią napadać. Całkiem serio i z dużą empatią Klementowska przygląda się temu, w jaki sposób można wrosnąć w poczucie zbędności i jak starzejąc się, rzeczywiście stać się zbędnym. Nie ma tu żadnej prowadzącej tezy i bardzo podoba mi się wieloaspektowość „Minut”. Najbardziej przykre doświadczenia zestawione są tu z tymi, które można uznać za przełomowe, bo starość bywa niekiedy początkiem po prostu lepszego życia. Jednakże autorka doskonale wie, w jakim kraju pisze o starości. Starość po polsku jest często podła i wyjątkowo upokarzająca. „Minuty” opowiedzą o tym najdelikatniej, jak się da, a jednocześnie będzie to książka w pewien sposób motywująca, bo sugestywnie opowiada o tym, jak niezwykłe może nas czekać spotkanie z samym sobą wtedy, gdy uznamy, że tak naprawdę nie czeka na nas nic nowego.

Ten reportaż to również piękny dowód na to, że czym innym jest słuchanie starszych ludzi, a czym innym ich usłyszenie. Iza Klementowska pochyla się nad każdą bezradnością, ale i każdym heroizmem. Wie, że jej rozmówcy czasem potrzebują innego rodzaju otwarcia, że konieczna jest duża cierpliwość oraz uwaga. Autorka jednocześnie bywa w miejscach, które być może każdy z nas powinien odwiedzić, zanim w jakiś sposób zacznie kontestować fakt, że jego również dotyczy starość. „Minuty” najlepiej wybrzmiewają jednak jako książka o nadziei – tej, którą możemy czerpać, bo otoczenie daje nam taką możliwość, ale również tej, która rodzi się czasem pośród bezradności i marazmu. Klementowska opowiada starość przez pryzmat wszystkich nieoczywistych jej znaczeń oraz wizerunków. Proponuje mądrą książkę o pokorze i o tym, że nigdy nie jesteśmy gotowi na najbardziej graniczne doświadczenie, jakim jest uświadomienie sobie, że tak, wreszcie staliśmy się starzy. Różnorodna jest tu też forma reporterskiej opowieści (wyróżniają się listy osamotnionej matki do córki, która żyje z dala od niej). Całość to kompozycja różnorodności. Bo taka właśnie jest starość. Jakkolwiek bezkompromisowa, być może dzięki lekturze „Minut” nie będziemy się jej aż tak bardzo bać.

2022-09-16

„Gogolowe disco” Paavo Matsin

 

Wydawca: Wydawnictwo Marpress

Data wydania: 18 sierpnia 2022

Liczba stron: 180

Przekład: Anna Michalczuk-Podlecki

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 41 zł

Tytuł recenzji: Przyszłość, którą znamy

To bardzo oryginalna propozycja czytelnicza z serii Bałtyk wytrącająca nas niejako z nurtu klasycznych narracji proponowanych tam do niedawna. Paavo Matsin jest estońskim demiurgiem literatury, lecz jednocześnie jej znakomitym koneserem doskonale rozpoznającym granicę między tym, co kontestatorskie, a tym, co domaga się poważnej i pogłębionej dyskusji. „Gogolowe disco” jest jak pudełko czekoladek – naprawdę trudno przewidzieć, na co się tam trafi, czy będzie smakowało i czy pozostawi po sobie ślad. Matsin umiejętnie dekonstruuje i jednocześnie uzupełnia o odważne interpretacje mity kulturowe, religijne, polityczne i szereg społecznych stereotypów. Postanawia z rzeczywistych miejsc i postaci stworzyć fantazję literacką, w której doświadczymy konsternacji, ekspiacji poprzez czarny humor, ale przede wszystkim zrozumiemy, na jak wielu polach oraz w ilu znaczeniach może dziś funkcjonować groteskowość literacka. Gawędziarski i bardzo sugestywny styl tej opowieści wprowadzi nas w świat portretowany – wedle starej rosyjskiej szkoły powieści – z wszystkimi detalami, do których dołącza przyjemność, lecz i trudność rozszyfrowania ich. Bo w tej skondensowanej, ale bardzo ekspresyjnej powieści odnajdziemy tropy oczywiste, niebanalne, jednak również możemy uznać, że w niektórych miejscach Matsin tylko się bawi i w „Gogolowym disco” nie będzie do końca chodzić o to, by każdą scenę i każdego bohatera deszyfrować i rozpoznawać.

Wydana w Estonii w 2015 roku książka mogła dostarczać swojego rodzaju rozrywki. Odczytywana dzisiaj jawi się już niekoniecznie zabawnie. Oto futurystyczny świat, który wygląda wyjątkowo archaicznie. Niby jesteśmy w przyszłości, lecz tak naprawdę co krok potykamy się o element świadczący o tym, że Matsin jakby hibernował całą niezwykłą galerię postaci, które tworzą tutaj mity i legendy – samych siebie, ale również opowiadania o sobie w kontekście zdarzeń minionych. Zatem Rosja znowu jest carska, pokonała NATO, a wszystkie kraje bałtyckie znalazły się w jej groźnej orbicie wpływów. Mamy przejmującą przyszłość, a tak naprawdę tkwimy w tym, co minione. Przede wszystkim tam, gdzie rodziły się opowieści – sankcjonujące wiarę, ustroje polityczne, systemy władzy, społeczne posłuszeństwo lub społeczne podziały. Utkwiliśmy zatem z bohaterami Matsina w świecie, który z jednej strony dopiero się stwarza, z drugiej jednak – jest już stworzony, nazwany, określony przez kulturę i doświadczenia pokoleń. Jest zatem trochę jak z religijnej opowieści o stwarzaniu i destrukcji. Prowincjonalne Viljandi, po którego ulicach możemy spacerować także w realnym świecie, stało się pewnym archaicznym konstruktem, w którym kryją się zaufanie i nieufność wobec totalitaryzmu, a jednocześnie pewne społeczne przyzwolenie na to, by dać się ponownie zniewolić. Matuszka Rosja dała sennemu Viljandi wszystko, co najlepsze. Na przykład tramwaj. To nic, że sprowadzony z Polski. Albo likwidację zadłużeń kredytowych. Żyć trzeba teraz tak, jak określa to nowa, a właściwie stara władza. Estończycy zostali wywiezieni. Na ulicach znowu pojawiają się pracownicy bezpieki. Estońską literaturę, wypartą i stygmatyzowaną, można znaleźć już tylko w ustępach (tam zresztą zamknięty zostanie Gogol albo to, co symbolizuje jego postać).

Główna ulica Vijandi jest zaniedbana, wczorajsza, pełna swoistego smutnego zobojętnienia, wobec którego stoją w kontrze bohaterowie tej książki. Aktywni, dynamiczni, wciąż wierzący w słowa, moc przemiany, wciąż na nowo kontestujący społeczny marazm, w którym totalitarna władza urządziła się doskonale, podporządkowując sobie estońskie miasteczko i stygmatyzując estońskość. Ale to wszystko tylko w takim ogólnym zarysie. Matsin chce być szczegółowy. Bardzo precyzyjnie porusza się w tym wykreowanym chaosie fabularnym – i ma rację tłumaczka tej powieści, twierdząc, że to warta uwagi lektura wielokrotna. Tu za każdym razem możemy ujrzeć coś innego. Mamy bohaterów pozornie pogodzonych z tym, co zaistniało – jak właściciel antykwariatu, miejsca, które połączy wszystkie niezwykłe postacie z tej książki. Mamy też ludzi doskonale odnajdujących się w tym, co przyszło ze strony carskiej Rosji – jak charyzmatyczny dyrygent o mówiącym nazwisku Mammutow. Mamy również różnej maści kontestatorów albo ludzi, którym zmiany przyniosły pogorszenie sytuacji bytowej, na przykład inteligentny złodziej kieszonkowy, miejscowy muzyk tworzący swoją legendę już za życia czy poszkodowany przez to życie artysta rzeźbiarz lub gitarzysta czujący wyobcowanie – w swoim mieście i w związku, w którym żona zamyka go w klatce rosyjskiego sznytu mieszkaniowego z kryształami i portretami niedźwiedzi. Oni wszyscy doświadczą zdarzenia o charakterze metafizycznym i symbolicznym. W ich życie wedrze się Mikołaj Gogol. Zmartwychwstały? Tu rozpocznie się szalony wir zdarzeń, w którym niekoniecznie będzie ważne to, co się naprawdę dzieje, lecz przede wszystkim to, jak się potem o tym opowiada.

Oczywiste odniesienia do Biblii w wizerunku Gogola pozwolą antycypować pewne rozwiązania fabularne i dla mnie nie było zaskoczeniem to, co Paavo Matsin proponuje w zakończeniu. Dużo ciekawsze było śledzenie tego, w jaki sposób w rzeczywistości tej groteskowej antyutopii, która wcale nie tak czytelnie może być zaliczona do political fiction, bohaterowie konfrontują się z kwestią kulturowych wzorców, które kształtują świadomość, ale są również destrukcyjne dla ludzkości. Jeden z bohaterów ma gdzieś z tyłu głowy stwierdzenie: „Cała kultura to jedynie cienka warstewka na okropnościach życia”. „Gogolowe disco” w swojej dynamicznej konwencji jest opowieścią, w której kultura funkcjonuje jednocześnie twórczo i opresyjnie. Pokazany jest tu kulturotwórczy wymiar mówienia o społeczeństwie jako narodzie w zderzeniu z doskonale już sportretowanym przez klasyków literatury obrazem rosyjskiego totalitaryzmu. Można nawet odnieść wrażenie, że Matsin idzie trochę na literacką łatwiznę z tymi swoimi szpitalami dla obłąkanych, scenami doświadczeń metafizycznych bohaterów, jak również portretowaniem najbardziej mrocznego zła – bandyckiej siły kryjącej się gdzieś na peryferiach, a w ostateczności rozdającej karty. Ale to nic, bo powieść Matsina jest absolutnie żywa w każdym swoim akapicie. To nie tylko kwestia obcowania z językiem, który wyróżnia tę narrację, nadając jej wyjątkowo niejednoznaczny kształt. Chodzi chyba bardziej o brawurową wizyjność. Dowód na to, że wciąż może mieć miejsce i nie jest ani grafomanią, ani odklejonym od wszelkich norm oraz tradycji surrealizmem, którego siłą ma być tylko siła absurdu.

Zauważyć i docenić trzeba także to, w jaki sposób estoński prozaik opowiada w tej książce kobiety i nadaje im niezwykłość. Pozornie jest to przesiąknięta testosteronem opowieść o granicach męskiego egocentryzmu i jednocześnie upodlenia, jednak kobiece postacie ujawniają się tu w szczególnie wyraźny sposób. Ale i tak najcenniejsze jest zatrzymywanie się na szczegółach. Na tym, w jaki sposób Matsin opowiada historię o miłości oraz wolności – sprawach, o których napisano wiele oczywistych lub dydaktycznych powieści. „Gogolowe disco” to literacki żywioł, z pewnością lektura będąca wyzwaniem. Niekoniecznie dla każdego, ale koniecznie dla tych, którzy chcieliby w tych szalonych zwrotach akcji ukazujących się nam jak kolejne elementy matrioszki poszukać sensów i znaczeń tylko dla siebie. I zadać pytanie o to, czy ta książka to opowieść o tym, w co wierzymy, czy bardziej o naszym wyobrażeniu tej wiary. A także o tym, że każda tradycja może być zbawieniem, wyzwaniem i stygmatem. Jedna z oryginalniejszych zagranicznych narracji, z którymi się spotkałem w tym roku.

2022-09-14

„O mojej córce” Kim Hye-jin


Wydawca: Kwiaty Orientu

Data wydania: 12 września 2022

Liczba stron: 184

Przekład: Łukasz Janik

Oprawa: miękka

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacje

To jedna z bardziej poruszających mnie azjatyckich narracji, jakie kiedykolwiek czytałem. Jej wielką zaletą jest kondensacja – tak częsta w powieściach tego rejonu geograficznego, lecz nie tak przemyślana – bo w niej młoda koreańska pisarka zawrze absolutnie wszystko, by tak krótka powieść pozostawiła po sobie wyraźny ślad w głowie. Jest tu znakomicie poprowadzona warstwa realistyczna, wszelkie dosadności i wręcz naturalizm, z kałem płynącym po udach czy siniakami na ciele. Jest jednocześnie sfera symboliki i swoistego liryzmu. Kim Hye-jin najlepiej wypada w nietuzinkowych porównaniach, jednakże najważniejsze w tej powieści są ujawniane emocje. Ich stopniowanie i tworzenie atmosfery bardzo intensywnego napięcia. „O mojej córce” to w oczywistym wymiarze książka podejmująca temat trudnej konfrontacji, ale na tym motywie autorka buduje coś ciekawszego i bardzo wartościowego. To nie będzie tylko powieść o ekspiacji, która dość czytelnie rozpisana jest tutaj na dwie historie bardzo dobrze spojone w całość. To sztuka zwłaszcza w przypadku krótkiej narracji. Najcenniejsze w tej opowieści jest to, że Kim Hye-jin nie proponuje żadnych prostych rozwiązań. Nawet wtedy, gdy antycypujemy przesłanie zakończenia, pozostajemy i w swoistym niedosycie, i estetycznym zachwycie, bo nie ma w tej książce żadnej dydaktycznej wykładni, choć jej konstrukcja fabularna sugeruje, że takowa jednak będzie miała miejsce.

Szalenie ważne jest to, w jaki sposób pisarka wykorzystuje tutaj kwestię nazewnictwa. Co i jak jest nazwane albo dlaczego nie ma miana. Główna bohaterka jest bezimienna. Jej córka również, bo tak naprawdę poznajemy imię, które nadała jej partnerka, jakby za jego pomocą chciała zabrać kobietę do swojego świata, określać dla niej inną rolę, taką drogę życiową, z którą nie zgadza się matka. Tymczasem w ich relacjach ważna jest kwestia zaimków i w ogóle chylę czoła przed wspaniałym tłumaczeniem tej powieści. „My obie” rezonuje w głowie głównej bohaterki, zawłaszczając całkowicie emocje, a te zaczynają być wyjątkowo proste, ustawione wciąż w kontrze do doświadczenia życiowego i wyborów córki. Zatem „my obie” to tutaj pojęcie powiązane z przerażeniem, niepewnością, swoistym stygmatem. Córka jest w każdym znaczeniu inna niż matka. Nie wychowała jej kulturowa zachowawczość, nie będzie przez całe życie jak matka „odwracać wzrok, zamykać usta”. To wydaje się seniorce nie tylko nie do zrozumienia, ale wręcz nie do wyobrażenia. I w świat jej egzystencjalnego niepokoju wkracza „tamta”. Druga kobieta, przed którą trzeba trzymać gardę. Ktoś, kto stanowi coraz bardziej sprecyzowane źródło niebezpieczeństwa, ale również ktoś, kto z wyjątkową łagodnością i empatią podchodzi do wszelkich uprzedzeń matki swojej kochanki.

„Tamta” staje się w opowieści głównej bohaterki „tą drugą”. Kim Hye-jin wciąż zaznacza dystans, jaki matka musi wypracować sobie wobec kogoś, z kim jej córka żyje w związku od siedmiu lat. Obca w jej domu nie jest kimś takim dla najważniejszej istoty w jej życiu. Córka jest jedna. Jej jedyne ukochane dziecko dokonuje wyboru, który rujnuje wizję powinności społecznych w oczach anonimowej matki. Dla niej posiadanie potomstwa to „,majątek i zabezpieczenie”. Czuje się oszukana, odrzucona i zraniona, kiedy córka wybiera zupełnie inny model życia. Także, a może przede wszystkim życia seksualnego. To jest rzeczywistość, dla której nie ma miejsca w wyobraźni matki. Tam cały porządek został stworzony przez innych, tymczasem córka chce go stworzyć na własnych zasadach. Z dala od matczynej zachowawczości i wiecznego zapadania się w siebie, aby być niewidzialną.

Zatem Green, bo tak jest nazwana przez partnerkę, dokonuje zupełnie innych wyborów. Nie będzie wycofana i milcząca jak matka. Nie osiądzie na peryferiach istnienia egzemplifikowanych przez stary smutny dom, przestrzeń kontroli życia swojego oraz życia najbliższej osoby przez kobietę, która stopniowo będzie wydostawać się ze szponów opresyjnego narzucania sobie społecznego i kulturowego balastu. W przeciwieństwie do matki wybierze nonkonformizm, będzie buntowniczką, działaczką społeczną, jej właściwością będzie działanie w kontrze do utrwalonych stereotypów. Matka ujrzy swoje ukochane dziecko nie tylko w całym tym skomplikowanym procesie transformacji, ona osobiście doświadczy tego, co znaczy bunt Green. Z czym wiąże się brak akceptacji i poszanowania ludzkiej wolności, możliwości życiowych wyborów. Bohaterka niespodziewanie sama dojrzeje do pewnego buntu. Nie będzie się spodziewać tego, z kim naprawdę się spotka, kiedy zrobi to, co zamierza zrobić w zawodowej relacji z podopieczną. A ta relacja przestaje mieć charakter oficjalny.

„O mojej córce” to nie tylko kameralny dramat rodzinny rozpisany w zasadzie na dwie kobiece role, bo nieobecność mężczyzny jest tu zaznaczona i dosadnie, i symbolicznie. To również książka portretująca obraz koreańskiej starości. A właściwie proponuje nam uniwersalną historię o tym, co się dzieje z ludzkim życiem, kiedy zostajemy w jego jesieni bez najbliższych. To oczywiście w bardzo ogólnym wymiarze, bo druga historia opowiedziana przez Kim Hye-jin znakomicie uzupełnia się z tą pierwszą, najważniejszą. „Życie jest haniebnie długie” – słyszy bohaterka z ust zmęczonej swoją pracą opiekunki społecznej. Hańba będzie tutaj miała kilka ważnych wymiarów. Ale koreańska autorka wyraźnie podkreśla, że hańbiące jest przede wszystkim to, jaki mamy stosunek do życia ludzkiego, kiedy człowiek przestaje być w jakikolwiek sposób użyteczny, przestaje być dla kogoś ważny. W tej powieści przejmujące losy seniorki, z którą główna bohaterka wiąże się szczególnie silnie, wykorzystane są po to, by pokazać swoistą przemianę. A może raczej drogę ku przemianie. Bardzo to wszystko misternie ze sobą połączone, kiedy losy skonfliktowanych matki i córki łączą się z innym konfliktem. Właściwie wręcz z dramatycznym dylematem. Dzięki temu ta powieść jest tak przejmująca od pierwszej do ostatniej strony. Ale Kim Hye-jin chce opowiedzieć jeszcze o czymś.

To książka o rozwijającej się gospodarczo Korei, gdzie znajdują się ludzie cierpiący w wyniku transformacji, wskutek których wielu płaci za to dużą cenę. Drogie mieszkania, znikające małe sklepiki, praca będąca frustrującą harówką. Sporo dzieje się tutaj w tle i nadaje tej opowieści jeszcze więcej dramatyzmu. Jednocześnie „O mojej córce” to głęboko humanistyczna historia o tym, co to znaczy spotkać samego siebie, zbliżyć się ze sobą i odrzucać to, co uformowało różnego rodzaju opresje. Bohaterka definiująca rodzinę zgodnie ze społecznymi standardami dostrzega wyraźnie, do czego te standardy doprowadzają. Czy będzie gotowa na to, by otworzyć się na inne pojmowanie rodziny i tego, co to znaczy bliskość oraz wolność wyboru życiowych partnerów? Kim Hye-jin jest naprawdę świetna w sferze niedomówień. Tam gdzie pozostawia nas czasem bezradnych i egzystencjalnie zagubionych, tak jak zagubiona jest główna bohaterka. To historia o tym, czym są matczyna desperacja, wściekłość i bezsilność. Ale również o tym, co się na bazie tego wszystkiego tworzy, co nowego wykształca, jak zmienia się punkt widzenia i jak w tej naznaczonej upałem codzienności wreszcie przychodzi ulga ochłodzenia. Intrygująca książka z wieloma uniwersalnymi przesłaniami.

2022-09-13

„Johnny. Powieść o księdzu Janie Kaczkowskim” Maciej Kraszewski

 

Wydawca: Agora

Data wydania: 7 września 2022

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Końce i możliwości

Nie czytałem żadnej książki Jana Kaczkowskiego ani żadnej książki o Janie Kaczkowskim. Mój ateizm zmusza mnie do trzymania dystansu wobec każdego mężczyzny w sutannie, jakkolwiek byłby wrażliwy, otwarty i mądry. Być może pomógł mi też zauważyć i antycypować niejako zarzuty, które mogłyby się pojawić wobec tej narracji. Bo przecież łatwo ją uznać za banalną, pełną uproszczeń, manipulującą emocjami. „Johnny” to rzeczywiście książka, przy której można się rozpłakać, ale wcale nie dlatego, że jest jakimś tandetnym wyciskaczem łez. I z pełnym przekonaniem mogę napisać, że ani banał, ani uproszczenia nie są tym, co Maciej Kraszewski chce nam przekazać. Zastanawiałem się chwilę, czy to bardziej opowieść o Kaczkowskim, czy o Patryku Galewskim – człowieku, który otrzymał „od umierającego księdza przepustkę do życia”. Dochodzę do wniosku, że to przede wszystkim książka o relacji. Nawiązującej się na skutek zbiegu okoliczności, ale później rzutującej na życie mężczyzn, którym udało się ujrzeć siebie naprawdę. A jeśli i to brzmi banalnie, to z pewnością nie będzie się ocierało o banał wyraźnie tu sygnalizowane przekonanie, że cała ta historia opowiada o tym, iż bycie przyzwoitym i dobrym na co dzień nie jest sztuką. Sztuką jest przekazanie przyzwoitości oraz dobroci, puszczenie ich w świat, a to wymaga przede wszystkim pracy nad sobą.

„Johnny” to jednak przede wszystkim rzecz o konfrontacji ze śmiercią. O tym, czego każdy z nas doświadcza na końcu i czego boi się lub doskonale wypiera ze świadomości, bo śmierć – od zawsze obecna – w ostatnich dekadach stała się umiejętnie i skutecznie wypieranym faktem, a jest czymś, z czym będziemy musieli zmierzyć się samotnie. I o tym egzystencjalnym osamotnieniu Kraszewski opowiada wyjątkowo sugestywnie. Nie tylko dlatego, że historia Patryka Galewskiego to świadectwo doświadczenia intensywności życia dokładnie wówczas, gdy obserwuje się, jak życie kogoś innego gaśnie. To bardzo mądra książka o tym, że świat nie przejmie się naszym odejściem i tylko my sami musimy być na nie gotowi. A wielu bohaterów tej książki nie jest. Oparta na faktach opowieść zapisana jest w taki sposób, że znajdujemy się wewnątrz tych wszystkich pomieszczeń, do których wdziera się umieranie. Jesteśmy wręcz fizycznie przy każdym łóżku z człowiekiem nigdy niegotowym na odejście. „Johnny” w sposób bardzo bezkompromisowy, lecz jednocześnie z czułością portretuje moment, w którym tak rozpaczliwie nie chcemy być sami, a jednocześnie jesteśmy. Bohaterowie tej książki doświadczają śmierci innych, aby w tym dramatycznym momencie ujrzeć swoje możliwości, bo ich życie się nie kończy.

Kończy się jednak dla Jana Kaczkowskiego. Dla człowieka, który po usłyszeniu śmiertelnej diagnozy przyspiesza ze wszystkim. Intensyfikuje każdy swój ruch, każde swoje działanie. Założyciel hospicjum, w którym pomagał ludziom godnie odejść, sam z dnia na dzień i z tygodnia na tydzień musi przygotowywać się do własnego odejścia. W tym niezwykle żywiołowym okresie życia, kiedy Kaczkowski trochę kompulsywnie, ale cały czas świadomie usiłuje nadać egzystencji jakiś ponadwitalny wymiar, na jego drodze staje młody człowiek, który próbował odejść na własną rękę, a obecnie czuje, że jego nędzne życie nie ma treści. W tej książce widać nie tylko troskę księdza, który usiłuje oddać jak największą część energii życiowej komuś, kto w swoją energię oraz własny potencjał musi po prostu uwierzyć. Dostrzegamy przede wszystkim coś, co zapewne dzieje się wciąż na nowo i odmienia życie różnych ludzi – z rozmaitymi doświadczeniami i przekonaniami. Chodzi o spotkanie z kimś charyzmatycznym, kto pewne oczywiste kwestie jest w stanie wyrazić w taki sposób, że stają się celami do zdobycia. Jan Kaczkowski jest tu trochę demiurgiem, stwarza nowego Patryka Galewskiego, lecz nie ma tu żadnej – zwłaszcza religijnej – indoktrynacji, nie ma przekonania Kaczkowskiego o własnej omnipotencji, o słuszności wskazywanych kierunków życia. W gruncie rzeczy jest to opowieść o dwóch rodzajach zagubienia: Kaczkowskiego wobec niemocy i świadomości nieuniknionego oraz Godlewskiego, który również odczuwa niemoc, jednak nie ma świadomości tego, że czeka na niego wiele drzwi do otwarcia.

Przyciąga uwagę i absorbuje styl autora. Maciej Kraszewski chce nas przybliżyć do swojego bohatera za pomocą języka. Wybór takiej, a nie innej konwencji językowej pozwala w tej opowieści umieścić bardzo dużo doskonałego humoru, przenikliwej ironii oraz sarkazmu, który nikogo nie rani. „Johnny” będzie opowieścią o tym, w jaki sposób dwie mentalności zderzają się także w języku – mówieniu o świecie, rozumieniu tego świata, wartościowaniu go, przyglądaniu się relacjom i analizowaniu ich. Patryk Galewski zdaje się niegotowy na konstruktywną relację z drugim człowiekiem, bo jego dom rodzinny poza troską i stałą obecnością matki przekazał mu w spadku (także pokoleniowym) bezradność, biedę, przemoc i narzędzia do tego, by życie wciąż komplikować, wciąż czynić udręką. Bohater Kraszewskiego – z którym autor spędził wiele czasu i w każdym akapicie widać tutaj czułość do tego człowieka – jest mężczyzną niegotowym na to, by dostrzec swoją wartość, swój potencjał. To gorzka opowieść o tym, jak trudno wydostać się z uwarunkowań dzieciństwa i młodości i że często bywa niemożliwe. Galewskiemu się udaje – ujrzeć siebie z dystansu, nazwać się i określić swoje nowe możliwości. Jest w „Johnnym” wciąż obecne przekonanie, że miłość, szacunek i zmiana nastawienia do życia często stoją gdzieś obok siebie. Ale najistotniejsze jest ukazywanie w tej narracji, jak wszystko to można zdobywać. I że często jest to bardzo trudna batalia.

To także bardzo ciekawa opowieść o tożsamości. Niebywałej pewności siebie oraz bezradności w określeniu, kim się jest i ku czemu się podąża. Nie jest jednak tak, że Kaczkowski jest tu tylko mentorem, a Galewski pojętnym uczniem. Tu życie rozgrywa się wszędzie i ujawnia swoje różnorodne oblicza w szeregu sytuacji, które można nazwać granicznymi. Kraszewski proponuje też kilka scen, które wyjątkowo mocno chwytają za serce – jak moment, w którym jego bohater nagrywa monolog umierającej matki dla swojego syna z przyszłości. „Johnny” najpierw ukazuje, ile egzystencjalnego lęku i jak wiele wahania może być w każdym z nas, a potem relacjonuje – w pozornie nonszalanckim rytmie – zdarzenia swoistych konfrontacji, za którymi stoi przemiana. I to wszystko z jednej strony wygląda na bardzo proste do osiągnięcia, z drugiej jednak jest szalenie trudne. Najbardziej podoba mi się to, że autor nie próbuje z tej powieści uczynić poradnika motywacyjnego i choć margines religijności Kaczkowskiego oraz roli wiary w jego życiu jest tu zaznaczany wyraźnie i stanowczo, Kraszewski unika tendencyjności, a przede wszystkim uproszczeń.

„Johnny” to bardzo dynamiczna książka, która przykuwa do siebie na tyle mocno, że właściwie można ją przeczytać całą od razu. Uczciwie i w bardzo prosty sposób opowiada o tym, kiedy jesteśmy samotni, kiedy ta samotność jest opresyjna i w jaki sposób zyskujemy bliskość drugiego człowieka. Ta historia nie tyle uczy, ile sugeruje, że jakkolwiek byśmy tego nie oczekiwali, właśnie bliskość wyrażana na różne sposoby jest tym, co dla wielu z nas konieczne, by być szczęśliwym lub się rozwijać. Podoba mi się również to, że Maciej Kraszewski portretuje dwóch wzajemnie uzupełniających się mężczyzn, którzy przez cały czas są gotowi na zmianę, wychodzenie naprzeciw stereotypom oraz temu, z czym nie chcemy się mierzyć, bo błędnie zakładamy, że nie da się zmienić ludzkiej natury. Książka o wspólnym poszukiwaniu spełnienia. I o tym, na co musimy być gotowi, bo tylko ta gotowość ocali nasze człowieczeństwo.

2022-09-12

„Ogień wyszedł z lasu” Dawid Iwaniec


Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 26 sierpnia 2022

Liczba stron: 208

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 42 zł

Tytuł recenzji: Wobec bestii

Przed lekturą byłem trochę sceptyczny. Bo jak to, reportaż o pożarze? To naprawdę może zaciekawić? Potem oniemiałem, gdy zorientowałem się, z czym mam do czynienia. To nie tylko jedna z najkrótszych narracji tego gatunku, którą czytałem. To przede wszystkim mistrzowski pokaz tego, w jaki sposób można oddać szczegóły dramatycznego wydarzenia wręcz minuta po minucie, posługując się świadomymi skrótami i umiejętnie nadając zdarzeniom szybkie tempo, a w całej tej dynamice zaproponować głównie pasjonującą rekonstrukcję, która jest tak plastyczna, że podczas kilku godzin czytania naprawdę jest się w środku płonącego piekła. To wrażenie bycia wewnątrz jest zaplanowane przez autora bardzo świadomie. Tylko wewnątrz ognistego szaleństwa można zrozumieć, czym ono jest w istocie.

Dawid Iwaniec postawił na kondensację treści i formy. Wyszło mu to bardzo dobrze. Czyta się na wdechu, mając świadomość, że bohaterowie tej książki nie byli w stanie go wziąć. Ale poza umiejętnym balansem między mroczną dramaturgią a czarnym humorem (fantazje o tym, jak odbywałaby się dyskusja dotycząca wzajemnych oskarżeń o zaniedbania) jest tu również dociekliwość, której być może zabrakło odpowiednim osobom zarówno w trakcie gaszenia jednego z największych pożarów w Europie, jak i po nim, kiedy portretowany jest krajobraz po katastrofie. „Ogień wyszedł z lasu” to reportaż stawiający pytania o to, co naprawdę doprowadziło do przerażającej klęski żywiołowej w 1992 roku. Bynajmniej nie były to iskry spod kolejowych kół, choć to oczywista przyczyna dramatu i o niej jest mowa jeszcze w zakończeniu książki. Iwaniec w poczuciu społecznej odpowiedzialności zastanawia się nad tym, co potrafimy zrobić nie tylko śląskim, ale w ogóle polskim lasom. Jak bardzo niefrasobliwi i nierozumiejący pewnych zagrożeń jesteśmy. Bo to, co się wydarzyło, było konsekwencją czegoś, co wielu nie przychodziło do głowy. Tymczasem jest to również ciekawy reportaż o tym, jak sytuacja graniczna odsłania słabość konkretnego sektora odpowiedzialnego za to, by tej sytuacji zapobiec.

Autor zaczyna od sugestywnego obrazu siły żywiołu. Tego żywiołu, którego tożsamość rozpisze na ludzkie role. Na katowickiego kioskarza, bacznego obserwatora z dystansu. Na pracownika kolejowej stacji towarowej, który dopuszcza do użytku pociąg, spod którego kół wydostaną się te feralne iskry. Na zaangażowanego w swoją pracę aspiranta, który nie wyjdzie z ognia żywy. Na młodą dziennikarkę skonfrontowaną z czymś, co ją przerośnie, nie tylko zawodowo. Także na nowożeńców celebrujących początek nowej drogi życiowej pośród ognia i dymu. Na zarządzającego ekipą techniczną, który ma naprawiać sprzęt nienadający się do naprawienia. W końcu na pewną matkę, której dziecko ocaleje z przypadkowej tragedii związanej z zamieszaniem wokół katastrofy. Dawid Iwaniec nie oddaje głosu swoim bohaterom, jak czynią to zwykle jego koledzy po fachu, albo też oddaje go na chwilę. W tej książce ci ludzie komunikują się z nami – jeśli w ogóle to robią – kilkoma zdaniami. Najbardziej cenna w tym reportażu jest jego panoramiczność rozłożona właśnie w taki sposób: na punktowanie życiorysów ludzi, o których już się nie pamięta, a którzy mieli większy lub mniejszy związek z tym, jak na przełomie sierpnia i września 1992 wiele hektarów terenu zamieniło się w płonący wyrzut sumienia.

„Ogień wyszedł z lasu” opowiada tę historię bardzo szczegółowo i nie zaniedbuje żadnego elementu reporterskiej opowieści. Najpierw jest relacja z tego, w jaki bezkompromisowy sposób w codzienne życie wdziera się susza. Potem śledzimy działania służb odpowiedzialnych za gaszenie pożaru, ale jesteśmy także gdzie indziej, na drugim, pozornie bezpiecznym froncie walki z żywiołem. Dawid Iwaniec kończy przejmującym opisem tego, co zostało po szalejącym w upale piekle, lecz w tym reportażu wcale nie ma tej metaforycznej ostatniej kropki. Zaskakujące jest to, jak wiele powiązań ze zdarzeniami relacjonowanymi tu w taki sposób, że po prostu nie można się oderwać od czytania, znaleźć można w przyszłości, kolejnych latach odsłaniających pewną polską indolencję i kilka zaniedbań. W dużej mierze jest to również narracja, która stara się pokazać, w jak katastrofalnym stanie były organizacja oraz infrastruktura polskiej straży pożarnej, jakie absurdy ją dotykały i jak bardzo – prawdopodobnie do dzisiaj – deprecjonowana jest jej rola pośród innych polskich służb mundurowych. Nie sposób nie wyobrazić sobie po lekturze, jak w ogień wchodzi ochotnik w niedopasowanych butach czy stroju. Widać u Iwańca zarówno konkretyzację wszelkich deficytów związanych z działaniami wokół wielkiego pożaru, jak również baczne skupianie się na szczegółach. Nieprzypadkowo bowiem opowiada historię piekła 1992 roku na dwa sposoby: wtłaczając nas w nurt wydarzeń, ale również proponując wycieczki tam, gdzie dramat ten rezonował z dala od duszącego powietrza i zawłaszczających wszystko płomieni.

To także książka o dużym znaczeniu poznawczym. Co tak naprawdę wiemy o polskich strażakach? Czy rozumiemy różnicę między strażacką służbą zawodową a sferą ochotniczej działalności w tej sferze? Dowiemy się nie tylko tego, dlaczego pożar jest wyjątkowo groźny, gdy atakuje młodnik, albo tego, co staje się strażacką ostatecznością w boju z ogniem. Ujrzymy świat ludzi niezwykle zaangażowanych w swoje działania, specyficznych społeczników i postacie gotowe do bycia anonimowymi bohaterami. To też opowieść o aprowizacyjnej solidarności oraz o tym, kto na każdej tragedii jest w stanie załatwiać własne interesy. W tym wszystkim jednak najważniejszy jest żywioł. Dawid Iwaniec animizuje pożar, by nadać mu specyficzne cechy. To nie były tylko płonące drzewa, których nie udało się ugasić. To wszystko określane jest jako dzikie zwierzę, swoista bestia nie do okiełznania. I widać wyraźnie w każdym akapicie tej książki, że w 1992 roku doszło do konfrontacji służb ratowniczych z żywiołem, która na zawsze pozostała w pamięci wszystkich podejmujących z nim walkę. Tymczasem niejako ewolucyjnie wyłania się z reportażu obraz wszelkich bolączek i absurdów, które zostały wówczas odsłonięte. Krajobraz po pożarze to u Iwańca nie tylko spalone hektary, świadectwa bezkompromisowości ognia, ludzkiej bezradności i pozostałej po wszystkim pustki. Ujawnia się tu coś jeszcze. W tej bardzo krótkiej, ale niesamowicie treściwej książce skryją się również autorskie troski, dylematy oraz wątpliwości. „Ogień wyszedł z lasu” nie stawia wielu pytań wprost, bo formalnie stara się być dynamicznym sprawozdaniem. Jednakże sięgająca nawet średniowiecza opowieść Iwańca to również w pewnym stopniu mroczne memento. Opowieść o tym, że każda katastrofa ekologiczna powstaje z czegoś i ma swoje uwarunkowania. Autor gdzieś na marginesie, lecz bardzo wyraźnie łączy swoje spostrzeżenia z wątpliwościami, czy zmiany klimatyczne nie są już czymś, co stało się nieodwracalne. Wartościowa książka, bardzo wyróżniający się reportaż. O powinnościach, lojalności, zawodowej bezkompromisowości w działaniu, ale również o zwyczajnej ludzkiej bezradności oraz strachu. O tym, że za to, co się dzieje z naturą, oraz za wiele form środowiskowych aberracji jesteśmy w pełni odpowiedzialni, choć rzadko zdajemy sobie sprawę ze swojej odpowiedzialności. 

2022-09-09

„Słoń z Étretat” Joanna Stoga

 

Wydawca: Seqoja

Data wydania: 9 września 2022

Liczba stron: 360

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44 zł

Tytuł recenzji: Utraty i możliwości

Zawsze z dużą czułością czytam powieści, przy lekturze których ciągle pojawiają mi się w głowie słowa z ulubionego wiersza Leopolda Staffa „Przedśpiew”. Tak się bowiem składa, że główna bohaterka tej książki musi być „pogodna mądrym smutkiem i wprawna w cierpieniu”. Jest to jej niejako narzucone, ale ta fraza dźwięczy również, gdy przyglądamy się losom innych bohaterów. „Słoń z Étretat” to bowiem narracja, w której Joanna Stoga zadbała o wszystkie postacie, każda jest sugestywna i żadna nie schodzi na margines. Jednocześnie autorka konsekwentnie opowiada tu jedną historię. Historię pamiętania, zwłaszcza o krzywdzie, życiowego fatalizmu i takiego rodzaju egzystencjalnej udręki, od której nic nie jest w stanie uwolnić. Ten ostatni fakt odsłoni się dopiero pod koniec, gdyż Stoga tworzy swą opowieść w taki sposób, by to, co najważniejsze, zaskoczyło i dotknęło czytelnika najpóźniej. Świetnie się czyta to literackie połączenie chick litu, powieści z ambicjami społecznymi, dobrej literatury obyczajowej i przede wszystkim książki, która przypomni, że literatura często ma pełnić funkcję terapeutyczną. Bo „Słoń z Étretat” może przynieść ukojenie nie tylko Kassi, ale również każdemu, kto zaangażuje się w śledzenie jej losów. Ta powieść po prostu czyta się sama.

Kassi w bardzo gwałtowny sposób i wskutek dramatycznego zbiegu okoliczności przestaje być dzieckiem. W zasadzie nigdy nim nie była, nie było w jej życiu miejsca na swobodę i nonszalancję, bezwarunkową ciekawość świata oraz jej zaspokajanie. Kassi jest tą drugą, żyjącą w cieniu charyzmatycznego brata. Teo zawłaszczył całą uwagę rodziców i nawet po swojej śmierci konsekwentnie trzymał ich myśli przy sobie, jakby młodsza siostra była tylko osobą z tła, jedną z budujących mit o Teo, stojącą zawsze w jego blasku, nieogrzaną nim, a wręcz przeciwnie – zziębniętą, bez zainteresowania rodziców, bez ich czułości. To wszystko w znacznej mierze odbije się na charakterze dorosłej już Kassi. Kobiety, która kończy trzydzieści lat, a patrząc w lustro, nie widzi nikogo. Jej artystyczna czułość została zamknięta w pudełku z prezentem dla brata, który nigdy go nie otrzymał. O bracie pozostała tylko pamięć, właściwie konsekwentnie przez lata budowany mit. Opowieść, która ma swoją drugą stronę, ale nikt tak naprawdę jej nie poznał. W tym ujęciu właśnie Teo będzie tu najciekawszą postacią. Nieobecny, niezwykły, oddziałujący na otoczenie, zawłaszczający rodziców. Historia tego, który odszedł, będzie jednocześnie mroczną historią Kassi. Dlatego „Słoń z Étretat” to bardzo ciekawa powieść. Wszystko, co najważniejsze, już się właściwie wydarzyło. Śledząc codzienność życia bohaterki, nie mamy pojęcia, że duży związek z tym, w jaki sposób funkcjonuje i co myśli o sobie oraz o świecie, mają zdarzenia z przeszłości. Ich ślady zapisały się na pewnym zdjęciu. Ale cała reszta tkwi wewnątrz zagubionej w sobie bohaterki.

Joanna Stoga portretuje kobietę, wokół której wiele się dzieje; ona sama jest działaniem. Jej codzienność to wyzwania i spełnianie oczekiwań świata. A właściwie funkcjonowanie gdzieś na jego marginesie, bo Kassi ma na co dzień mnóstwo frustrujących obowiązków i zwykle pozostaje z nimi sama. Do pewnego momentu. „Słoń z Étretat” jest opowieścią o trudnym do uniesienia zadaniu, które zdaniem społeczeństwa należy wykonywać bezwarunkowo i odruchowo. To zajmowanie się niepełnosprawnym umysłowo rodzicem. W zasadzie każdym starzejącym się rodzicem. Przyjaciel Kassi twierdzi, że jesteśmy winni rodzicom opiekę nad nimi. Czy na pewno? Jak temu podołać, kiedy rzeczywistość osacza, a dziecko nie ma w sobie siły, bo wpada w marazm i czuje bezradność? To jeden z kilku ważnych społecznie tematów, które są tu poruszane. Stoga wyraźnie kreśli obraz tego, jak niewydolny jest polski system opieki nad niepełnosprawnymi. Jak wiele zrzuca na barki najbliższych. Ale Kassi nie zostanie sama – wspomniałem, że ta powieść jest trochę chicklitowa i tu właśnie ujawni się ta właściwość. Tymczasem tematy społeczne, których dotknie tutaj autorka, obejmą jeszcze kilka istotnych kwestii. Według mnie najważniejsza to sprawa przemocy seksualnej wobec kobiety i to, jakie ta przemoc ma – szczególnie w Polsce – konsekwencje.

Ale Joanna Stoga twórczo wykorzystuje swoją narrację także wtedy, gdy odnosi się do mitologii greckiej, a głównie do mitologizowania losów ludzi, ich działań i determinujących te działania cech ludzkich charakterów. Cała rodzina Kassi została naznaczona piętnem mitologizacji. Dlaczego piętnem? Bo jeśli spojrzeć na to, że rodzinne zainteresowania skoncentrowały się wokół Teo, są to obecnie kwestie wywołujące sporo mrocznych wspomnień. Z którymi pozostaje tylko jedna członkini rodziny. Rodziny po rozpadzie, bo dom Zakińskich tak naprawdę przestał istnieć, pozostała w jego ruinach córka ze swoim zdziecinniałym ojcem. Mężczyzna nie chce już pamiętać niczego, Kassi pamięta wszystko. Mitologiczne bóstwa powracają tu w retrospekcjach, ale warto również spojrzeć na to, w jaki sposób autorka wykorzystuje motyw antycznej wędrówki i jak ciekawie nawiązuje do antycznej tragedii.

Tymczasem to, co najbardziej przykuwa uwagę do tej powieści, to czułe, empatyczne i wieloznaczne ujęcie tego, czym jest dla człowieka utrata. „Słoń z Étretat” jest opowieścią o utracie rodziny i o tym, że wszystko, co ją konstytuowało, zostawia już tylko ledwie widoczne ślady. W niemocy ojca Kassi i w niemocy jej samej. On odłącza się po prostu od świata, który go zranił. Ona musi w tym świecie funkcjonować. Dla nich obojga. Dlatego przez dłuższy czas nie ma możliwości, by spotkać się ze sobą z przeszłości, a przede wszystkim z ludźmi, którzy wtedy odeszli. Kiedy śmierć zacznie dotykać osób z najbliższego otoczenia bohaterki, ujrzymy w całej rozciągłości, że Stoga w pozornie prostej konwencji opowiada o sprawach niezwykle skomplikowanych. Tu śmierć jest jedną z bohaterek powieści, celowo sprowadzoną na peryferia, z których co chwilę wybija się na pierwszy plan. Ta powieść – także w jeszcze innym wymiarze, bo warto śledzić i odtwarzać sobie podczas czytania proponowane przez autorkę utwory muzyczne – prowadzi nas przez świat półcieni, w którym śmierć jawi się zawsze bardzo wyraźnie, lecz nie mamy odwagi jej dostrzec naprawdę. To przecież pełna witalności opowieść o tym, że zawsze warto dawać życiu szansę, zwłaszcza z oddanymi przyjaciółmi u boku. Jednak wciąż konsekwentnie dźwięczy tu nuta melancholii świadcząca o tym, że „Słoń z Étretat” to przede wszystkim książka o sprawach ostatecznych, wobec których paradoksalnie nigdy nie można przyjąć ostatecznego stanowiska.

Intrygująca historia o tym, że życie stanie nam w miejscu tylko wówczas, gdy sami na to pozwolimy. Jednocześnie pełna wrażliwości na detale opowieść o tym, jak radzimy sobie z odejściem tych, dla których życie rzeczywiście się zatrzymało. Widać tu pomysłowość autorki i jej ambicje, by książka nie miała – i nie ma! – jednoznacznych definicji, nie poddawała się oczywistym interpretacjom. Pomijając nieco surrealistyczne zakończenie, jest to pod każdym względem dopracowana i bardzo sugestywna opowieść o tym, w jaki sposób czas miniony i pustkę po stracie można oswoić, nie rekompensować – co sugerują często inne banalne narracje na ten temat. Bardzo twórczo spędzony czas. Powieść mocno przywiązująca do siebie.

2022-09-08

„Adela nie chce umierać” Aga Antczak

 

Wydawca: Lira

Data wydania: 5 września 2022

Liczba stron: 448

Oprawa: twarda

Cena det.: 52,99 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacje z minionym

Aga Antczak znakomicie pokazuje, że starość wciąż może być wdzięcznym motywem literackim w czasach, kiedy się ją tuszuje, redukuje, przenosi na peryferia, zapomina. I to pierwszy argument, aby przeczytać tę poruszającą powieść. Zwłaszcza że starość portretowana dotychczas przez polskich pisarzy zdaje się tematem nie dość twórczo traktowanym. Pomijając literacki eksperyment, jakim była ciekawa „Rebelia” Mariusza Sieniewicza, w ostatnich latach pojawiło się kilka raczej rozczarowujących powieści portretujących starość. Mam na myśli choćby „Dom Czwartego Przykazania” Dariusza Papieża, w którym autor chyba nie do końca zdecydował się na postawienie starości właśnie w centrum swojego zainteresowania, ale także „Zaraz będzie po wszystkim” Grzegorza Uzdańskiego, w którym to debiucie na temat ludzi w jesieni życia nie zostało powiedziane nic naprawdę interesującego. Antczak w portretowaniu swojej wiekowej bohaterki (bo jej bohater, mąż Adeli, zdaje się tu jednak tłem i jest kimś, w kim po prostu lepiej odbijają się niepokoje oraz tajemnice żony) jest tak dobra jak anglojęzyczne autorki proponujące nam historie podobnych kobiet. „Adela nie chce umierać” ma w sobie sugestywność „Być Ester” Miriam Karmel czy „Kamiennego Anioła” Margaret Laurence, ale opowiada nie tylko o doświadczeniu wieku. To także odważna książka poruszająca problem kobiet zmuszanych do prostytucji w obozie zagłady. W dobie literackiej komercjalizacji tematu Auschwitz to książka nie tylko cenna, lecz przede wszystkim wyjątkowa.

Już na wstępie ujmuje nas obraz śpiących staruszków. Ludzi ciasno do siebie przywierających, których blisko dziewięćdziesięcioletnie ciała pomału odmawiają posłuszeństwa, ale ich umysły są gotowe na specyficzną konfrontację. Na lekcję przeszłości, po której oboje będą odmienieni. Bo ta powieść jest rozprawą o bezkompromisowości ludzkiej pamięci i o tym, co to znaczy przemilczenie, gdy pamięta się rzeczy potworne lub mogące wpływać na kształt relacji. Adela i Adolf to małżeństwo, które zrodziło się z przypadku, wspólnych obozowych doświadczeń i w dużej mierze z rozsądku, bo przecież ona nie kochała go wówczas, gdy postanowiła rozpocząć z nim nowe życie. To jednocześnie para decydująca się na powrót do wspomnień, które nigdy nie istniały w ich związku. Jakby celowo i kontestacyjnie zaczęli rozsadzać stabilny fundament tej relacji. Tylko komu w ich wieku przyszłoby do głowy konfrontować się z odległą przeszłością w obliczu rychłej śmierci? Może to konieczność, by umrzeć godnie i świadomie? Może jakiś niepokojący imperatyw moralny, aby to drugie zrozumiało, co tak naprawdę stworzyło ich związek? Bohaterowie tej powieści podążają za wspomnieniami i do tych etapów swojego życia, które z różnych powodów były dla nich wstydliwe lub kompromitujące. Co wyniknie z tej konfrontacji? Czy Aga Antczak osunie się tu w jakąś banalną mieliznę narracyjną, czy jednak zaproponuje nam oryginalną i odważną powieść o tym, że stajemy przed sobą odsłonięci do ostatnich chwil wspólnego życia?

Symboliczne jest to, że Adela przez całe życie gubiła klucze. Teraz jakby chciała kompulsywnie wszystkie je znaleźć, otworzyć zakazane drzwi i zajrzeć w głąb czasu przeszłego, do którego przez całe życie nie dawała sobie dostępu. Adolf jest gotowy na te otwarcia, bo i sam kryje kilka tajemnic uwierających go i proszących o ujawnienie. Małżonkowie przez lata nie wiedzieli o tym, jak wyglądało ich dzieciństwo, dorastanie, młodość, a także życie przed Auschwitz. Zwłaszcza Adela czuła nieodpartą potrzebę, by po wojnie zacząć wszystko od nowa. Stworzyć nową siebie. W relacji z mężczyzną, który pokochał od początku i bezwarunkowo, ale który nie był zapewne gotowy na to, by wziąć za żonę kobietę z tak traumatycznymi doświadczeniami. Kobietę, która nie chce spać z nim razem w łóżku, nie wsiada do pociągów, nie używa cukru. U Antczak płaszczyzną porozumienia i zbliżenia stają się doświadczenia obozowe. Adela i Adolf mieli je inne. Dla każdego z nich najważniejsze było przetrwanie, choć inaczej ku temu dążyli. Ona musiała podjąć się działań, które pozostaną w jej pamięci wyjątkowo okrutną traumą, bo droga Adeli do wolności od obozu wiodła przez wyboistą ścieżkę śmierci innych. Adolf po prostu przycupnął, dostosował się, stał się pożyteczny i niezauważalny – jak pszczoły, które tak pokochał mimo tego, że kiedyś okrutnie go pożądliły. Antczak zbliża nas do doświadczeń granicznych swoich bohaterów, wyraźnie wyznaczając ramy ich nowego i teoretycznie lepszego życia. Ale przeszłość wraca. Na zasadach określonych tutaj przez autorkę, która chce stworzyć nieoczywistą opowieść o przemijaniu, przywiązaniu i wybaczeniu. Chyba zwłaszcza o tym ostatnim. „Adela nie chce umierać” jest jednak napisana w taki sposób, że to czytelnik sam ostatecznie zdecyduje, czego jest tutaj najwięcej, co jawi się najintensywniej. Tymczasem warto zwrócić uwagę na to, w jak nieoczywisty sposób autorka obrazuje oczywiste przecież doświadczenia egzystencjalne. Tu na przykład dowodem wielkiej miłości będą zdjęcia rentgenowskie płuc. Ale cała ta historia jest niejednoznaczna i oryginalna. Do końca nie wiemy, kim będą bohaterowie po tym, jak skonfrontują się ze sobą, których nie znali. I właściwie dlaczego to robią…

Aga Antczak jest również świetna w portretowaniu losów trzech pokoleń kobiet, które z różnych powodów i na skutek rozmaitych okoliczności czuły się niedopasowane do rzeczywistości, a opresja tego, kim są, rosła z wiekiem. Być może tylko Adela – w przeciwieństwie do swojej babki i matki – była gotowa stanąć naprzeciw siebie i uświadomić sobie, jakie doświadczenia uczyniły ją kobietą osobną. I tylko Adeli udało się stworzyć długi i satysfakcjonujący związek. Związek wystawiony teraz na próbę. Jednak przecież wszystko zostało już przeżyte, co więcej jest do zrobienia i opowiedzenia sobie? Historie Anastazji czy Aldony, babki i matki głównej bohaterki, zaprezentowane są jako retrospekcje bardzo punktowo. Antczak pozostawia dużą przestrzeń wątpliwości i zezwala czytelnikom na fantazjowanie o tym, czym tak naprawdę było życie tamtych kobiet. Kim stała się Adela po nich i dlaczego tak obsesyjnie wraca pamięcią do pewnych wydarzeń. Bo te historie, wszystkie trzy, a właściwie nawet czwarta, gdyż epizodycznie pojawia się tu wspomnienie będącej już emerytką córki Adeli, są opowieścią o śmiałej i odważnej kobiecości, która nie zawsze gotowa jest na śmiałość i odwagę, kiedy trzeba skonfrontować się z okrutnym światem. Najbardziej odważna w tej kwestii wydaje się tu opowieść demitologizująca macierzyństwo. Adolf nie wyobraża sobie, że matka może nie kochać swojego dziecka, kobieta może nie chcieć urodzić potomka. Okazuje się, że poczciwy i wycofany Adolf nie wyobraża sobie wielu spraw, które mają miejsce. Ale i on zaskoczy tutaj niejednokrotnie, bo Antczak nie czyni go postacią peryferii swojej prozy.

„Ludzi w ich wieku już prawie nie ma”. Opowieść o nich staje się istotnym memento i Aga Antczak dobrze wie, że poruszane tutaj tematy rozwijają się i rosną przede wszystkim ze względu na to, jakie są roczniki urodzenia jej bohaterów. Ich związek, portretowany gdzieś między śmiertelną powagą a specyficznym dowcipem i ironią, daje autorce wiele możliwości opowiadania historii idealizowania czyjegoś umysłu i ciała (bo to również ważna historia o ludzkim ciele!), a także punktowania, jak bardzo jesteśmy ułomni oraz zagubieni w każdym wymiarze człowieczeństwa i w każdej definicji naszej biologii czy fizjologii. Piękna, pełna szacunku do każdego rodzaju egzystencjalnej słabości powieść o tym, że jesteśmy tym, co pamiętamy, a nie tym, co usiłujemy stworzyć pośród przemilczeń oraz wyparć. Antczak chce też opowiedzieć o tym, o czym mówi jej Adela. Że zawsze trzeba mieć w sobie bardzo wiele odwagi, aby móc kochać. Warto przyjrzeć się temu, czym jest nieoczywista miłość w tej powieści.

2022-09-07

„Manifest” Bernardine Evaristo

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 7 września 2022

Liczba stron: 264

Przekład: Kaja Gucio

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: O niezależności

To lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy zachwycili się powieścią „Dziewczyna, kobieta, inna”. Nie tylko dlatego, że opowieść o jej tworzeniu jest równie fascynująca co sama książka. Przede wszystkim dlatego, że „Manifest” jest – między innymi – inspirującą narracją o tym, w jaki sposób dojrzewa się twórczo, i o tym, że twórczość to pokłosie wielu lektur, uważnych obserwacji oraz doświadczeń różnorodności, które czasem przychodzą nieco później i nie trzeba ich wymuszać, bojąc się swej metryki oraz tego, że na danym etapie życia nie osiągnęło się tego, co być może jest od nas oczekiwane. Bernardine Evaristo jest orędowniczką różnorodności. Jeśli można byłoby pokusić się o inne określenia jej drogi twórczej, to z pewnością trzeba byłoby wypunktować tak: intelektualistka, aktywistka, kontestatorka, feministka. To oczywiście nie wszystko, bo ta publikacja jest bogata w rozmaite tropy, jest też zbiorem przemyśleń o całokształcie życia, w którym ważne jest na równi to, w jaki sposób Nagroda Bookera zmienia świadomość twórcy, jak i to, co nauczyło twórczynię szybko oddawać mocz. Evaristo nie pyta o to, co stworzyło jej artystyczną tożsamość i wrażliwość. Ona się z tymi doświadczeniami świadomie konfrontuje. Opowiadając o życiowych wyzwaniach oraz gotowości do dialogu ze sobą, proponuje nam książkę, która nie jest kolejną publikacją artysty zawierającą refleksje o jego własnym życiu, którą warto wydać, bo zrobiło się o tej osobie głośno. Tu jest znacznie więcej i ta narracja ma swoją niepowtarzalną wartość.

Niesamowita jest siła sugestywności, którą „Manifest” jest przepełniony. Przekonują zarówno opowiadanie o dorastaniu do siły, otwartości i niezależności, jak i wszelkie osobiste refleksje o tym, jak trudno w życiu zaakceptować różnego rodzaju niepowodzenia. W rozdziale poświęconym bliskim relacjom pisarka śmiało wspomina o przemocy domowej. Takiej, której sprawczynią była czarna kobieta. Bo nie ma definicji i rozróżnień tego, w jaki sposób doświadczamy zła oraz uprzedzeń. Otwartość na to, co nas kształtuje jako ludzkość, jest w „Manifeście” najważniejsza. Zwłaszcza gdy punktowane jest tu, w jaki sposób rodzą się uprzedzenia i jak nierówne szanse rozwoju mogła mieć dorastająca w Wielkiej Brytanii kobieta, córka „brązowego emigranta”, osoba społecznie i kulturowo wykluczana już za samo to, jaka się urodziła, kim się urodziła i jakiej jest płci. Widać wyraźnie, że tendencja do działań społecznych i pomagania innym przeszła na Evaristo z rodziców, którym autorka uważnie przygląda się z dystansu. Przede wszystkim ojcu, którego była w stanie zrozumieć i pokochać dopiero w dorosłym życiu. Ale również matce, bo to opowieść o tym, jak jest postrzegane wielokrotne macierzyństwo oczyma jednej z licznego rodzeństwa. Bardzo podoba mi się – obecny we wszystkich rozważaniach o rodzinie – szacunek do tego, co w rodzicach było niezrozumiałe, jak również do tego, w jaki sposób ukształtowała się domowa wspólnota stworzona przez białą kobietę i nigeryjskiego imigranta. Rodzina, która każdego dnia uczyła samowystarczalności oraz dbałości o to, by po upadku zawsze się podnieść.

Czy jest to opowieść o dorastaniu dziewczyny, która bardzo chciała awansować z klasy robotniczej do średniej, czy historia pisarki mogącej dzisiaj wspierać młodych twórców i im pomagać, czy też zagubionej w skomplikowanych relacjach kobiety odważnie mówiącej o tym, że seksualność to również poszukiwanie – za każdym razem wybrzmiewa tu charyzma bycia niepokonaną przez życie i jego okoliczności. Dlatego jest to jedna z naprawdę cennych publikacji motywacyjnych, a jednocześnie mądra opowieść o tym, że każda porażka może być konstruktywna. Jeśli tylko zostanie potraktowana jako cenne doświadczenie życiowe. A pisarka uznaje za cenne absolutnie wszystko, czego doświadczyła. Kłania się sobie i swoim błędom z przeszłości, a jednocześnie sprawia wrażenie, że doskonale wie, iż tamta dziewczyna i kobieta to wciąż ta sama osoba, która niczego się nie wstydzi, a każde wspomnienie chce wykorzystać twórczo.

Bernardine Evaristo nie kryje tego, ile ma lat. Nie jest to dla niej – wciąż z niezrozumiałych dla mnie względów ukrywany przez wiele osób – fakt, wobec którego odczuwa się jakiś rodzaj frustracji. „Manifest” opowiada o tym, że nikt z nas nie ma wyznaczonego czasu na osiągnięcia, nikt też nikogo nie powinien z tego rozliczać. Pewne doświadczenia mogą przyjść późno i ma to swoje zalety. Evaristo wspomina, że kredyt hipoteczny wzięła dopiero w wieku pięćdziesięciu pięciu lat, rozpoczęła fascynujące ją studia po czterdziestce, a dzisiaj ma tyle lat, ile ma, i jako osoba twórcza nie przestaje się rozwijać, nie traci również pokory oraz czujności w obserwowaniu tego, jak wygląda otaczający ją świat. To niezwykle cenne móc przeczytać, że nie ma żadnych granic wiekowych dla konkretnych osiągnięć. Mało kto mówi o tym głośno i wyraźnie. Bardzo często kwestia wieku i związanych z nim doświadczeń wzbudza wiele frustracji, a za nimi zwykle stoją blokady. Bernardine Evaristo nie tylko barwnie opowiada o tym, jak przez całe życie poszukiwała przynależności i nie poświęciła niczego, by przynależeć za wszelką cenę, bo tak wypadało. Pisarka ponownie spotyka się z samą sobą sprzed lat. Jest gotowa na zrozumienie oraz szacunek dla każdej emocji i każdego, najbardziej nawet nieudanego życiowego kroku, dla każdej konsekwencji swoich decyzji. To wszystko buduje narrację harmonii i zrozumienia dla siebie. Ale „Manifest” jest najciekawszy jako opowieść o dojrzewaniu do bycia artystką, a także o tym, że najcenniejszym doświadczeniem egzystencjalnym może być kreowanie opowieści dla innych ludzi.

Wytrwałość, konsekwencja, bezpieczny dystans wobec swoich emocji umożliwiający niezrażanie się. W karierze pisarskiej Evaristo proces twórczy to nieustanne eksperymentowanie ze sobą. Bardzo ciekawe jest na przykład śledzenie, w jaki sposób doświadczenie teatru wpłynęło na wrażliwość, a potem pomysłowość poetki i prozaiczki. Jednocześnie jest to opowieść o tym, że na równi z kreowaniem fikcyjnych fabuł dla Evaristo zawsze ważne były problemy społeczne i kwestie związane z tym, jak wciąż kolor ludzkiej skóry wpływa na sposób myślenia, działania i kształtowania rzeczywistości tak społecznej, jak i politycznej. Czarnoskóra Brytyjka doświadcza wyznaczanych przez społeczeństwo granic intuicyjnie, rodząc się z gotowością do konfrontacji oraz czujnością wobec dyskryminowania. „Manifest” punktuje to, co zmieniło się w postrzeganiu, a także funkcjonowaniu rasizmu, jak również to, co prawdopodobnie pozostanie niezmienne. Interesujące staje się, w jaki sposób płaszczyzna prywatnych doświadczeń łączy się tu z rozważaniami o tym, kim jesteśmy z historycznym oraz społecznym bagażem doświadczeń swoich przodków, z którymi chcąc nie chcąc mamy zawsze kontakt. Jednakże najciekawsze jest to, w jaki sposób autorka opowiada o drogach i możliwościach uzyskania cennego dystansu wobec każdej formy uprzedzenia. I tu wrócić trzeba do szeroko rozpatrywanego pojęcia różnorodności. Bernardine Evaristo opowiada o tym, że dostrzegając i doceniając różnorodność, zawsze można ukształtować satysfakcjonujące życie. Wierzy się komuś, kto jednocześnie ma tak wiele pokory i czujnej empatii wobec przejawów tego życia. Jedna z bardziej inspirujących do działania i wiary w siebie książek, jakie przeczytałem w tym roku.

2022-09-05

„Euforia” Elin Cullhed

 

Wydawca: Książnica

Data wydania: 7 września 2022

Liczba stron: 320

Przekład: Ewa Wojciechowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Ku nieistnieniu

Za każdym razem, gdy literatura obca porusza mnie przede wszystkim językiem, a nie fabułą, zastanawiam się nad tym, jak by to było, gdybym czytał daną książkę w oryginale. Ewa Wojciechowska wykonała tu naprawdę wspaniałą pracę, ale biorąc pod uwagę to, w jaki sposób Elin Cullhed niuansuje wrażliwość i specyficzną percepcję swojej bohaterki, bardzo chciałoby się sprawdzić, jak z tym całym zamysłem pisarka poradziła sobie w oryginale. Bo to dość trywializujące: określić „Euforię” jako poruszającą fantazję literacką o twórczyni, która zawładnęła wyobraźnią i emocjami autorki książki.

Tak, Sylvia Plath otrzymuje tu specyficzne nowe życie, ale od początku można się zorientować, że Cullhed interesuje przede wszystkim ostatni rok życia jej bohaterki i wcale nie zależy jej na tym, by w jakimkolwiek dydaktycznym tonie sugerować, dlaczego Plath mogła odebrać sobie życie. Ba, o samobójstwie nie ma tu mowy wprost, choć oczywiście wszystko jest opowieścią o cieniu, który po równi pochyłej prowadził do dramatycznego rozstania się z życiem. „Euforia” znakomicie obrazuje emocjonalną labilność Sylvii Plath, jej gorzkie doświadczenie niedopasowania do rzeczywistości oraz niezgody na narzucone jej role, lecz przede wszystkim jest bardzo wartościową książką fantazjującą o tym, w jaki sposób poetka tkwiąca tu w oczekiwaniu na wydanie swojej głośnej powieści postrzega ludzi z najbliższego otoczenia. Jak interpretuje, co mówią i robią, w jaki sposób wkradają się do jej świadomości, siejąc tam często spustoszenie. Ale przede wszystkim najważniejsze jest ukazywanie, dlaczego Plath pogrąża się w narastającym niepokoju za każdym razem, kiedy dane jej będzie obcować z człowiekiem, który wzbudza w niej coraz więcej wątpliwości.

Osią fabularną powieści jest oczywiście obrazowanie bliskiego związku dwojga charyzmatycznych ludzi będących artystami. Bycie mężczyzną i bycie kobietą będą tutaj ukazane jako bardzo złożona dychotomia. Największy dramat egzystencjalny Sylvii Plath zdaje się opierać na tym, jak bardzo opresyjne jest zderzenie płci: ich funkcjonowanie, możliwości rozwoju narzucane przez płeć, płciową niezależność i podległość. Walka w małżeństwie Plath i Teda Hughesa w dużej mierze opiera się na tym, że płciowość tworzy dwa fronty, a konfrontacja w każdym aspekcie zmierza do katastrofy. Kim może być mężczyzna, a kim musi być kobieta u progu lat sześćdziesiątych minionego stulecia w Anglii? Elin Cullhed chce nas oprowadzić po tym intensywnie przeżywanym i doświadczanym małżeństwie w taki sposób, by od tytułowej euforii – znaczącej tu dużo więcej – przejść do gorzkiego rozczarowania. Od zawłaszczenia, wręcz „skolonizowania” (cytuję za autorką) do dezintegracji osobowości powodowanej bezradnością wobec przekonania, że aby przetrwać, trzeba umieć przede wszystkim pokochać samego siebie.

Ted uznaje się za tego, który „dużo myśli”. Jego partnerka zdecydowanie za dużo przeżywa. Hughes formułuje wobec Plath kilka zarzutów, a te najbardziej precyzyjne mówią o tym, że żona ma potrzebę nieustannej kontroli i że bywa fałszywa. Jakże duży ładunek hipokryzji skrywają te zarzuty, kiedy pozna się anatomię tego specyficznego związku. Tu ściera się nie tylko męskość, dla której oczywiste jest, że można się udać na ryby, kiedy małżonkę trawi niebezpieczna gorączka, albo pozbyć się nadmiaru nasienia, gdy wreszcie przestanie być ciężarna, z kobiecością wciąż na nowo sygnalizującą, że w małżeństwie jest jakimś słabszym czy gorszym ogniwem, do którego nic nie przynależy, ale które ze wszystkiego musi się tłumaczyć. Cullhed zabiera nas w świat dużo ciekawszej konfrontacji.

Małżonkowie są twórcami. Każde z nich ze swoją wrażliwością i potrzebami artystycznymi staje się nie tyle wyzwaniem dla tego drugiego, ile przede wszystkim swoistym punktem odniesienia, bo tworzą inaczej, są w swej wrażliwości twórczej osobni i za każdym razem konfrontują się, nie jednoczą. Tu ważne będą poszczególne słowa i zaborcze gesty, a batalia artystycznych dusz rozegra się w sferze, którą szwedzka pisarka przedstawia najbardziej sugestywnie – to emocje towarzyszące jej bohaterce, do odczytania wprost albo w łatwej metaforyce, ale także emocje mężczyzny przekonanego o tym, że ze względu na swój status pisarski ma do zaoferowania więcej, lecz i jemu więcej zaoferować należy.

Te starcia są w powieści najbardziej przejmujące, jednakże nie można zapominać o tym, że „Euforia” to przede wszystkim historia o tym, że życie staje się ciężarem nie do uniesienia. Cullhed bardzo pięknie portretuje macierzyństwo, Sylvia Plath w roli matki jest siłą, pewnością siebie, omnipotencją, czujnością i przede wszystkim miłością. Ale jest również postępującym zagubieniem. Poczuciem niespełnienia albo nieistnienia w roli matki we właściwy sposób. Przejmujące jest to, co czyta się już na początku i od początku wiedząc, jak Sylvia Plath zakończyła życie. Kilkuletnia córka i niedawno narodzony syn. „Nie mogę nigdy przestać dla nich żyć”. Siła matczynej miłości jest tu ogromna, lecz konfrontuje się z bezradnością, kiedy kobieta nie wie, czy intuicyjnie wszystko dobrze rozgrywa. Czy dzieci mają poczucie bezpieczeństwa i są otoczone właściwą opieką. Czy te dwa młode życia wystarczająco pewne są tego, na kim mogą polegać. Po małżeńskim dramacie pozostają już tylko dzieci. Istoty niewinne, jak również niegotowe na to, by spotkać się ze swoją matką taką, jaka ona jest naprawdę. Plath wciąż chce czemuś lub komuś zawierzyć, na czymś lub kimś się oprzeć. Miłość do dzieci jest dla niej najważniejsza. Dlaczego? Dlatego że gorzki obraz jej walki ze sobą i swoim wyobcowaniem zasadnie i najbardziej przejmująco puentuje zdanie: „Nikt nie potrafił dać mi miłości”.

Siedmioletni związek z mężczyzną, dla którego bohaterka tej książki „opuściła siebie”, będzie jednocześnie relacją bez kompromisów, pełną różnego rodzaju szorstkości i zadawanych sobie nawzajem ran. To nie jest jednak opowieść o niegotowości bycia ze sobą dwóch charyzmatycznych osobowości. Elin Cullhed przez cały czas i z wyjątkową czułością skupia się przede wszystkim na ogromie niezwerbalizowanych emocji Sylvii Plath, które połączone są tutaj głównie niepokojem. Cała ta powieść jest nim przepełniona w bardzo fatalistycznym wymiarze. Tu to, co najbliższe oraz mające dawać poczucie bezpieczeństwa i przynależności, zaczyna być mroczne, opresyjne, zaczyna czegoś wymagać, niczego nie dając. Zamknięta w symbolicznym szklanym kloszu Plath reaguje bez skrajności i bez związku z narastającym wyobcowaniem tylko na decyzje wydawnicze. Zwyczajnie się smuci i jest jej przykro, gdy odpowiedzialni za jej dorobek twórczy nie chwalą go tak, jak oczekuje. Jest przepełniona szczęściem, dowiadując się o możliwości publikacji tego, co dla niej najważniejsze. Można odnieść wrażenie, że powieść ukazuje stłamszony wizerunek poetki i pisarki, dla której twórczość mogła być życiowym wybawieniem od każdego cienia, który się do niej nieszczęśliwie zbliżał. Tymczasem Cullhed, opowiadając o spełnieniach i marzeniach, snuje przede wszystkim gorzką historię tego, co stawało się czasem dramatycznym przypadkiem i zbiegiem złych okoliczności, rzutując na całe życie oraz decyzję o tym, czy to życie kontynuować. Ekspresyjna i sugestywna opowieść o poszukiwaniu własnego szczęścia, które być może za bardzo miało być zawsze odbiciem poszukującej w drugim, tak często opresyjnym człowieku.

2022-09-02

„Rana pełna ryb” Lorena Salazar Masso

 

Wydawca: MOVA

Data wydania: 7 września 2022

Liczba stron: 192

Przekład: Katarzyna Sosnowska

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Podróż ku rozpaczy

Myślę, że powieść Loreny Salazar Masso powinno się czytać razem z „Suką” Pilar Quintany nie tylko dlatego, że ta druga autorka poleca „Ranę pełną ryb” na okładce. Podobieństw między tymi dwiema prozaiczkami jest bardzo dużo: obie są Kolumbijkami, stworzyły niesamowicie skondensowane i jednocześnie przepełnione niedopisanymi na ich kartkach znaczeniami opowieści o definiowaniu macierzyństwa, które rozgrywają się w świecie błota, deszczu i wilgoci. O ile Quintana fantazjowała bardziej na temat tego, jak ma się przywiązanie matki do dawania wolności swojemu dziecku, o tyle Masso opowiada nieco inną historię – pełną skrywanej zaborczości, ale jednocześnie głęboką w swym wymiarze humanistycznym opowieść o matce, która też gotowa jest dać wolność, jednakże sama w związku z tym skazuje się na egzystencjalną banicję. Jakkolwiek inaczej kolumbijskie twórczynie prowadzą nas przez skomplikowany świat wewnętrzny swoich bohaterek, jednym głosem i bardzo sugestywnie opowiadają kobiece wyobcowanie. A wszystko w urzekających oraz zawłaszczających zmysły okolicznościach przyrody. Pięknej i jednocześnie groźnej. I w „Suce”, i w „Ranie pełnej ryb” kojąca harmonia natury skrywa w sobie jakąś niejednoznaczną grozę. W obu tych powieściach czujnie wypatrujemy pęknięcia, rozpadu, jakiegoś kreowanego tu w szczegółach dramatu, który musi nadejść. Lorena Salazar Masso bardzo mocno zainspirowana faktami prowadzi nas przez taki rodzaj przestrzeni, w której tworzą się dwa enigmatyczne labirynty. Ten wyznaczany przez nurt rzeki będącej jednocześnie zbawieniem i przekleństwem i ten dyskretnie zaznaczany, który tkwi w świadomości nieodsłoniętej tu do końca bohaterki.

Masakra w Bojayá. O niej nie przeczytamy w polskiej Wikipedii. To być może mało znaczące zdarzenie dla całego świata. Ale jesteśmy w Kolumbii. I tu ta historia wciąż rezonuje, bo w mniejszym czy większym nasileniu dochodzi do powtórek, w których zło powraca, a ludzie są wobec niego bezbronni. Jednak „Rana pełna ryb” nie ma w sobie ambicji paradokumentalnych. Wręcz przeciwnie – w niektórych fragmentach ucieka w wysublimowaną poetyckość, co jest zadaniem dosyć trudnym, skoro Lorena Salazar Masso stara się opowiedzieć bardzo konkretną i niezwykle bolesną historię. Ale na początku nic nie jest oczywiste. Mamy do czynienia z powieścią drogi, która rozpada się na kilka literackich fantazji – na tę oczywistą i czytelną dotyczącą tego, czym jest macierzyństwo, lecz również na inne, sugerujące niezapisane tu historie ludzi tworzących tło głównej opowieści. Podróżująca z synem kobieta boi się stracić go choć na chwilę z oczu. Kiedy znika on na bardzo krótko, wpada w panikę. Chłopak podróżujący z nią jest „pchełką uczepioną jej sukienki”, dzieckiem wyjątkowej wrażliwości, które w posępnej kurze widzi ptaszynę, a owocom nadaje nieistniejące imiona. To dziecko zbudowało tożsamość matki. Jej misją jest dowiezienie chłopca (konsekwentnie nazywanego chłopakiem) do miejsca, w którym wydarzy się coś, co być może zmieni bohaterkę na zawsze. Boimy się tej podróży razem z nią. Każdy jej kolejny etap naznaczony jest gęstniejącą atmosferą grozy. Nie wiemy, ku czemu zmierzamy i jak bardzo cel zmieni podróżników. Być może tego, co nadejdzie, spodziewa się tylko skoncentrowana na swym synu matka. Ale i ona nie może przewidzieć wszystkiego.

Para podróżników wzbudza emocje i zainteresowanie. Ona jest biała, on czarny. Piekielny kontrast kolorów skóry, za którym stoją rozmaite konflikty, a także przemoc. Bo to w dużej mierze powieść o przemocy napisana dość sennym i usypiającym czytelniczą czujność językiem, który przypomina ospałość rzeki Atrato. To ona jest tu wybawieniem i przekleństwem. Wokół niej koncentruje się życie, w którym pojawiają się deficyty, a przede wszystkim niepewność jutra. Z taką silną dozą niepewności matka zabiera swojego syna w podróż. Ona musi się odbyć, ma bardzo duże znaczenie, jest prawdopodobnie początkiem jakiegoś nowego etapu życia. Tymczasem obserwujemy, jak silne jest przywiązanie do siebie tej dwójki i jak skutecznie udało im się zbudować emocjonalny i mentalny świat, w którym razem czują się bezpiecznie.

Tymczasem bezpiecznie nie jest. Podróżnicy zatrzymują się w wiosce trawionej pożarem. Jedna z uczestniczek wyprawy zaczyna krwawić, a jej nienarodzone dziecko jest zagrożone. Na obu brzegach rzeki czai się jakieś niesprecyzowane niebezpieczeństwo, bo choć podróż jest senna i ma swoistą harmonię, wciąż zbliżamy się do czegoś nieokreślonego, ale bardzo niepokojącego. Lorena Salazar Masso znakomicie buduje nastrój grozy, lecz najskuteczniej wzbudza ciekawość, gdy podróż przestaje być tym, czym mogłaby się na początku wydawać. W funkcji retardacyjnej mamy tutaj retrospekcje, odsłony scen z przeszłości życia głównej bohaterki, które ukształtowały ją taką, jaka jest obecnie. Ale dają też kilka odpowiedzi na pytanie stawiane przez współtowarzyszkę podróży: „Lubi pani być białą?”. Można odczuwać pewien niedosyt, że te odsłony sięgające dzieciństwa są tak skondensowane. Gdyby je rozbudować, powieść z pewnością zyskałaby na wartości. A może właśnie nie? Może ta opowieść wcale nie jest tym, czym się wydaje, czyli przemyślanym, ale zaledwie szkicem literackim? Warto zastanowić się nad tym, jakie znaczenie odgrywają tutaj niedopowiedzenia i jak istotna jest liczba stron tej książki. Myślę, że nic nie jest w tej fabule pozostawione przypadkowi. Choć na przypadek w pewnym znaczeniu zdaje się tu bohaterka.

„Rana pełna ryb” to poruszająca fantazja o tym, co się dzieje, kiedy macierzyństwo staje się „raną i blizną”. Dlaczego tak się dzieje i co kryje się pod tymi dwoma słowami. Jest to z jednej strony powieść o absolutnym poświęceniu się w imię dobra dziecka. Z drugiej jednak – skomplikowana historia doświadczania macierzyństwa niepełnego albo takiego, w którym wciąż na nowo trzeba podświadomie walczyć z przekonaniem, że to, co najpiękniejsze, czyli wychowywanie dziecka, może być tylko na chwilę. W to wszystko wplecione opowieści o tym, co ukształtowało drżącą przed przyszłością matkę, historie o stygmatach koloru ludzkiej skóry, a także o biedzie, prowincjonalnym ufaniu tylko w lepsze jutro i o tym, że nurt rzeki może zdecydować za człowieka – określić, czy jego życie będzie mieć sens oraz cel. Nade wszystko jest to jednak wstrząsająca historia o niegotowości na przemoc. W zasadzie obecną od początku albo przynajmniej sugestywnie zapowiadaną, ale i tak uderzającą z potworną siłą. W świecie, w którym matka prowadzi dokądś swojego chłopaka, wydarzyć się może dużo więcej niż to, co proponują nam poetyckie metafory. Bo Lorena Salazar Masso będzie tu też naturalistyczna i bezkompromisowa w opowiadaniu prozy życia. Tego życia, które musi się mierzyć z różnymi przejawami śmierci. Tu śmierć właśnie stanie się kolejną bohaterką.

Wizyjność i praca różnymi symbolicznymi scenami to cechy wyróżniające tę książkę. Mocno rezonującą w czytelniczej świadomości opowieści także o tym, czym jest przynależność. O tym, co jest naszym wyborem, a co wybiera za nas. Ciekawe jest też obserwowanie tego, jak bieżące wydarzenia łączą się w pamięci głównej bohaterki z tym, co przeżyła. Mroczna, ale i piękna w swych półcieniach książka.