2010-12-12

"Siedem grzechów kubańskich" Yoss

Inteligencja, przewrotność i ironiczność – to cechy pisarstwa José Miguela Sánchez Gómeza ukrywającego się pod pseudonimem Yoss i spoglądającego nonszalancko ze zdjęcia, zdobiącego okładkę, na którym krwista czerwień opaski na głowie z burzą czarnych włosów nijak nie przypomina poważnego pisarza. Yoss bynajmniej nie chce być w swej prozie poważny, chociaż siedem opowiadań, które spaja w całość motyw grzechów głównych i pewnej hawańskiej ulicy, podejmuje się tematyki przejmującej oraz bolesnej.

Opowiadania Yossa przenoszą nas do Kuby sprzed blisko dwudziestu lat. Bohaterami są sfrustrowani, zagubieni, gniewni i rozczarowani życiem mieszkańcy Hawany, wśród których znajdziemy między innymi leniwego dziennikarza, zazdrosną kobietę, gniewnego cieślę czy pyszniącego się dorobkiewicza. Autor tworzy krótkie prologi do opowiadanych historii, sytuując się wobec nich z dystansem i zmuszając do zastanowienia, co tak naprawdę przekazują. Bo to przecież nie tylko kubańskie łakomstwo, gniew, lenistwo, chciwość, rozwiązłość, zazdrość i pycha tworzą te narracje. Yoss wciela się w różne role, mówi różnymi językami, opisuje rzeczywistość za pomocą różnych środków wyrazu. Stawia jednak znak równości między swymi bohaterami. Zrównuje ich smutna i ciężka rzeczywistość Kuby. W niej to mały chłopiec kolekcjonuje etykiety produktów żywnościowych, których nie ma na półkach sklepowych. W niej młoda dziewczyna woli być rozwiązła i zarabiać na swych wdziękach niż stać się np. kasjerką w markecie dewizowym. Tam zgnuśniały dziennikarz, który przemierzył świat, przemierza obecnie metry swojego mieszkania, czekając na wielką chwilę i zastanawiając się nad tym, czy nadejdzie ona wraz z pisaniem o problemach komunistycznej Kuby.


W dotychczasowych omówieniach opowiadań Yossa zwraca się uwagę na to, iż świat ten bliski będzie Polakom, którzy nie tak dawno pożegnali się ze smutnym komunizmem, pustymi półkami, tłamszeniem wolności i równością opartą na tym, że wszyscy mają tyle samo, a ten, kto odstaje i się dorabia, jest szykanowany. Myślę jednak, że „Siedem grzechów kubańskich” ma jednak swój niepowtarzalny koloryt i zwraca uwagę przede wszystkim na osadzone w problematyce lokalnej dylematy dręczące wszystkich tych, dla których życie to walka o przetrwanie.


Życie na Kubie nie jest łatwe. Między slumsami jej stolicy a ekskluzywną dzielnicą Miramar jest tak wielka różnica jak między życiem tego, który je wciąż te same produkty a tym, który urozmaicone produkty sobie sprowadza z zagranicy. Hawana Yossa mimo wszystko tętni życiem, bo chociaż jest ono trudne, nie brak mu barw. W tym znaczeniu ta bardzo lokalna w swej wymowie książka (i książka, której nie mieli okazji przeczytać Kubańczycy) jest optymistyczna i radosna, bo autor wykazuje się przede wszystkim ogromnym poczuciem humoru, ironizując i bawiąc.


Istotnym aspektem opowiadań jest wskazanie na rozwój i klęskę kapitalizmu w socjalistycznym społeczeństwie. Bohaterowie Yossa próbują otwierać własne interesy, dorabiać się, kombinować i wykorzystywać luki w prawie, by tylko zapewnić sobie dobrobyt. Większości się to nie udaje. Niektórym pozostaje albo rzucanie kamieniami albo noce z obleśnymi kochankami zapewniającymi pieniądze i złudne poczucie szczęścia. Chociaż siedem grzechów kubańskich jest jednocześnie siedmioma opowieściami o niespełnieniu, dominuje w tych opowiadaniach witalizm i są one pełne energii. Takiej, jaka cechuje pewnie na scenie ich autora, kiedy wokalnie wyżywa się wraz ze swym zespołem Tenaz.


Grzeszący Kubańczycy to rozpisana na kilka głosów dosadna i intrygująca diagnoza życia w państwie pełnym stagnacji, ale jednocześnie w państwie żywym i pełnym wewnętrznych sprzeczności. Każde opowiadanie Yossa mogłoby służyć za podstawę do dłuższej powieści. Powstałoby wtedy siedem książek o tym, jak grzeszyć i się tym nie przejmować.


A może jednak tą dwuznaczną w swej wymowie książką naprawdę trzeba się przejąć?

Wydawnictwo Claroscuro, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-12-11

"Sztuka pierdzenia" Pierre-Thomas-Nicolas-Hurtaut

Francuskie pisarstwo osiemnastowieczne ma dwa oblicza. W wydanej niedawno powiastce Pierre-Thomasa-Nicolasa-Hurtaut ujawnia się temat nie tylko w Oświeceniu i nie tylko we Francji pomijany. Trudno jednoznacznie określić, czy „Sztuka pierdzenia” to czytelna ironia względem dzieł uczonych twórców XVIII wieku, czy też tylko zabawa. Czymkolwiek byłaby ta książeczka, niewątpliwie zwraca na siebie uwagę. Typowy przykład literatury skatologicznej zamienia się w źródło quasi-naukowych wywodów i nawet jeżeli staje się chwilami nadęte, absurdalne do granic wytrzymałości i zwyczajnie niesmaczne, można je traktować jako specyficzną wędrówkę do krainy absurdu balansującą na granicy dobrego smaku. Poznajmy drugie, nienaukowe oblicze francuskiego pisania sprzed blisko trzech stuleci.

Hurtaut zwraca uwagę na istotę procesu puszczania wiatrów. Na istotę pierdzenia po prostu. Traktat rozpoczyna dogłębna analiza tego, co nazywamy pierdnięciem, a następnie autor wskazuje różnice między wypuszczaniem gazów dolną częścią ciała a pozwoleniem na ich wypuszczenie przez naszą gardziel (beknięcie wydaje się zatem mniej istotne, a już na pewno nie tak bardzo, by poświęcać mu książkę). Potem mamy do czynienia z niepowtarzalną klasyfikacją pierdnięć i wskazaniem, iż pierdzenie już w starożytności było czynnością gloryfikowaną. Co dalej? Ano wiele frapujących rozważań, między innymi na temat tego, czy pierdnięcie jest muzyką, wszak – wedle gruntownej wiedzy w tym zakresie autora rozprawy – nasz odbyt wydać może aż 62 różne dźwięki.


Rozważania obejmują także genezę i cel pierdzenia. Tylko cele zdrowotne i artystyczne zwracają uwagę Hurtaut, zatem jego rozważania próbują istotę popierdywań wpisać w ogólne kanony piękna i sztuki. Co więcej – nasze bąki przynoszą pożytek i temu także poświęconych jest kilka stron rozważań autora. Książeczka wskazuje również, jak dzięki puszczaniu wiatrów można odpędzić diabła, rozpalić lichtarz czy nawet budować specyficzną linię porozumienia międzyludzkiego. Nic co ludzkie, nie jest nam przecież obce, a traktowanie czynności fizjologicznej z uczuciem wstydu czy zażenowania nie jest właściwe, wszak „opinia jakoby pierdnięcie było nieprzyzwoite wynika tylko z dąsów i kaprysów ludzi płochych”.


Czemu służy wydanie tego typu publikacji? Dlaczego rzecz przecież literacko mierna doczekała się po swym pierwszym wydaniu w 1751 roku tak wielu wznowień? Ludzka ciekawość i potrzeba poznawania samych siebie, łącznie z fizjologiczną stroną ludzkiej natury, to przecież nie tylko coś, co wyróżniało renesansowe czy oświeceniowe poszukiwania społeczeństw. Charakterystyczną cechą „Sztuki pierdzenia” jest rubaszność i dwuznaczność. Myślę, że tłumaczenie tego traktaciku sprawiło Krzysztofowi Rutkowskiemu wiele frajdy i częściowo jako formę rozrywki należy tę lekturę traktować. Bo przecież trudno jest się powstrzymać od uśmiechu podczas czytania tak osobliwej książeczki. Trudno także nie zadać sobie pytania o to, jak bardzo pewien syn handlarza końmi musiał starać się zwrócić na siebie uwagę w XVIII wieku.


A może po prostu mu się napisało tak jak pierdziało, czyli z przyjemnością. I choć to wszystko niezbyt smaczne, jako człowiek „niepłochy” polecam ku rozrywce i rozwadze.


Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-11-27

"Dzisiaj narysujemy śmierć" Wojciech Tochman

Tematyka ludobójstwa w Rwandzie z roku 1994 roku staje się bardzo popularna na polskim rynku wydawniczym. Jakkolwiek upiornie by to brzmiało, faktem jest jednak, że kolejne publikacje dotyczące krwawych wydarzeń w sercu Afryki sprzed 16 lat są bardzo potrzebne, uzupełniają się wzajemnie, budują bardziej czytelny obraz tego, co wydarzyło się naprawdę, a co tak zwane cywilizowane społeczeństwa przeżywały tylko przez chwilę, wpatrzone w kilka medialnych migawek z ogarniętej rzezią Rwandy.

Wojciech Tochman, którego nazwisko śmiało można uznać za etykietę doskonałego reportażu, z jakim po Ryszardzie Kapuścińskim mamy do czynienia rzadko, nie czyni właściwie niczego innego niż Jean Hatzfeld. Wydana przed rokiem „Strategia antylop” jest zapisem rozmów z Rwandyjczykami, którzy wiele lat po tragedii 1994 roku muszą żyć dalej i żyją, chociaż demony przeszłości stale nad nimi krążą. Tochman opowie trochę o tych demonach, o przemilczeniach, o ucieczkach - w sensie dosłownym przez maczetami zabijającymi szesnaście lat temu i w sensie metaforycznym przez wspomnieniami, jakie mogą zabijać teraz. „Dzisiaj narysujemy śmierć” to bardzo mocna, świetnie skrojona i przerażająca rzecz. Jeden z tych reportaży, które pozostają z nami na zawsze, bo nie można się już nigdy od nich uwolnić.


Jaki cel stawia sobie Tochman, przybywając do Rwandy, obserwując, notując i zapisując? „Dlaczego chcę o tym opowiadać? Komu i po co? Tym, którzy powiedzą, że nie wiedzieli? Że nie znali prawdy? Ale gdzie jest granica między mówieniem prawdy a epatowaniem?”. Czytelnik tego reportażu nie tylko zada sobie pytanie to, dlaczego czyta, ale przede wszystkim o to, czy nieopisane cierpienie, jakiego doświadczyli Rwandyjczycy i które nadal jest z nimi obecne, można w jakikolwiek sposób wyrazić. Tochman nie epatuje, Tochman opisuje. W swoim tekście przedstawia rzeczy niewyobrażalnie okrutne. Celem opisu jest wzbudzenie lęku, wątpliwości, pytań i rozmyślań. Można bowiem opisywać ścinanie maczetą, porównywać odgłos rozbijanej tym narzędziem czaszki z odgłosem towarzyszącym rozłupywaniu kapusty. Można opisywać okrucieństwa mordów, trupy, lejącą się krew, wydzieliny i wydaliny. Można w naturalistyczny sposób oddać to, czego oddać nie sposób inaczej. Można po prostu na tym poprzestać i wydać książkę przerażającą. Tochman nie chce przerażać, raczej wzbudzić zainteresowanie i niepewność. Wielogłosowość jego reportażu i fakt, iż składa się głównie z pytań, a nie odpowiedzi świadczy o tym, że po raz kolejny autor „Jakbyś kamień jadła” pokazuje, iż umie słuchać, właściwie zadawać pytania i pozostawiać swoich czytelników z enigmatycznymi odpowiedziami na nie.


Wraz z autorem wysłuchamy różnych ludzi. Ludzi doświadczonych przez traumę zdarzeń 1994 roku i traumę teraźniejszości, w której wciąż żyją echa tego, co było. Matkę, która po latach nie potrafi nazwać swego potomka synem. Sędziego opowiadającego o konieczności ogromnej cierpliwości przy sądzeniu po latach odpowiedzialnych za zbrodnie. Mężczyznę, który żyje tylko dzięki temu, że uciekł i dodatkowo miał przy tej ucieczce szczęście. Więźnia skazanego przez gacaca, sąd specjalizujący się w rozliczeniach katów i ofiar sprzed szesnastu lat.


Tochman opowie o tym, że po ludobójstwie trzeba żyć dalej. W Rwandzie tłumów. W kraju, gdzie ludzie są wszędzie, ocierają się o siebie, wciąż są w bliskości. W kraju, gdzie ci sami Tutsi oraz Hutu, którzy przed laty się zabijali, dziś tworzą coś wspólnie, wspólnie żyją i współpracują. Autor podejmuje także wątki odważne i śmiałe. Porusza kwestię gwałtów na kobietach podczas zdarzeń z 1994 roku i opowiada o przedmiotowej roli kobiety w dzisiejszym społeczeństwie rwandyjskim. Próbuje odpowiedzieć na pytanie o to, co kierowało europejskimi misjonarzami, którzy uciekali przed pogromem, a niejednokrotnie poprzez swoją obojętność byli takimi samymi katami dla wiernych jak dzikie oddziały Interhamwe tnące maczetami nawet w kościołach. Dotyka kwestii samobójstw tych, którzy przeżyli 1994 rok, ale którym brakuje już sił i odwagi, by żyć nadal mimo pozornego pokoju.


Tochman zwraca uwagę na to, o czym mówi m.in. beletrystyczne „Sto dni" Lukasa Bärfussa, wydane niedawno. O odpowiedzialności świata Zachodu za to, co zdarzyło się w Rwandzie. O braku zainteresowania tym, co toczyło się gdzieś w oddaleniu. Świst maczety opadającej na ludzki kark brzmi wszędzie tak samo. Europa być może nigdy nie chciała tego świstu usłyszeć. A dzisiaj nie pozostaje nic innego jak pisać o nim i wielu innych problemach, wciąż obecnych w podzielonym społeczeństwie Rwandy.


Wydawnictwo Czarne, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-11-20

"Codzienność" Ewa Schilling

Literacki powrót Ewy Schilling udowadnia, że po licznych mniej lub bardziej sugestywnych publikacjach traktujących o problemach homoseksualnych kobiet we współczesnym polskim społeczeństwie, to ona i przede wszystkim ona jest naprawdę liczącą się postacią, którą kojarzy się z nurtem literatury lesbijskiej. Po niezbyt udanym „Głupcu” autorka wraca do krótkich form prozatorskich. „Codzienność” to zbiór narracji równie dobry jak „Lustro”, a może nawet jeszcze lepszy. Trzynaście pozornie prostych od strony formalnej opowiadań, w których Schilling odda głos nie tyle kobietom homoseksualnym, co kobietom zagubionym, sfrustrowanym, samotnym i niejednokrotnie wciąż silnie tkwiącym w traumatycznej przeszłości. „Codzienność” nie jest książką spektakularną; to podzielona na mniejsze obrazy panorama kobiecych losów – tak różnych od siebie, a w gruncie rzeczy tak do siebie podobnych. Sztuką jest pisanie o codzienności w niecodzienny sposób i chociaż dotychczas nie byłem jakoś przekonany do tego, co prezentuje w swej prozie Ewa Schilling, po lekturze jej najnowszych opowiadań mogę śmiało stwierdzić: Proszę państwa, to jest coś!

O czym pisze autorka? „Może o tym, gdzie się jest, kim się jest i że nie wiadomo dlaczego?”. Słowa z pierwszego opowiadania zdają się trafnie wskazywać ogólne przesłanie tej książki. Bohaterki „Codzienności” znajdują się zwykle w jakim krytycznym punkcie. Emilia musi pogodzić się z tym, że jej chora na raka matka opuszcza świat. Julia przeżywa kryzys wiary, która zawsze dawała jej pewność i stabilność. Wanda po 22 latach związku z pisarzem, przy którym była jedynie cieniem, zaczyna odkrywać, że życie należy do niej i że nigdy o siebie należycie nie dbała. Dla niepełnosprawnej Aliny wigilijny wieczór w towarzystwie nowopoznanej znajomej będzie początkiem innego życia, zmiany punktu widzenia na to, co ma, a co sobie i komuś odebrała w przeszłości. Schilling zadaje ustami swych bohaterek pytania o to, gdzie w tym momencie są oraz czym jest moment przejścia, jakiego doświadczają. I kim tak naprawdę się stają oraz kim były wcześniej?


Heteroseksualne związki kobiet z „Codzienności” są próbą ucieczki od własnych pragnień i dają złudne poczucie bezpieczeństwa. Wiążąc się z mężczyznami, wybierają prostszą, łatwiejszą drogę. Bożena, Weronika, wspomniana już Wanda… każda z nich w takim związku ucieka od samej siebie. Od tego wszystkiego, co konstytuuje ich kobiecość. Tę kobiecość, której siła drzemie w homoseksualnym pożądaniu. Kim jednak są kobiety w związkach z innymi kobietami? Tutaj warto zwrócić uwagę na opowieści Ireny czy Kariny. Odpowiedź nie będzie jednoznaczna. Podobnie niejednoznacznie można patrzeć na miłosny akt z drugą kobietą, który w życiu zagubionej Justyny jest próbą ekspiacji i jednocześnie próbą poznania samej siebie. Tutaj dochodzimy do trzeciej części pytania, próbującego nakreślić, o czym jest ta książka. Dużo nie wiadomo, a na pewno nie wiadomo, dlaczego bohaterki zachowują się tak, a nie inaczej. Co sprawia, że zgorzkniała matematyczka Teresa ląduje w pokoju swojej uczennicy, z którą pali zioło i rozmawia o pasjach filmowych? Dlaczego pisarka Agata, by ukończyć swoją książkę, za wszelką cenę musi spotkać się z kobietą ważniejszą dla niej niż pisanie? Czy tylko molestowanie seksualne przez ojca i burzliwa przeszłość spowodowały, iż Małgorzata wyemigrowała do Holandii? Ewa Schilling nie daje odpowiedzi, lecz zadaje pytania. Pośród nich znajdują się zagubione bohaterki, ich seksualność, wrażliwość i delikatność.


Trzynaście opowieści Ewy Schilling to historie opisujące prozę życia, ale z tej prozy wydobywające ukrytą poetyckość. Ktoś mógłby zaprzeczyć, te historie przecież tak mocno osadzone są w realnym życiu, iż niewiele w nich miejsca na dwuznaczność, symbolikę. Nic bardziej mylnego. Schilling już w „Lustrach” udowodniła, że siła przekonującego pisarstwa o wykluczonych i niepewnych swej tożsamości (także seksualnej) kobietach nie ukrywa się w eksperymentatorskiej formie, lecz w treści. Treścią „Codzienności” jest – jak wskazuje nota na okładce – chleb powszedni lesbijek. Może jednak smakować trzynaście razy inaczej i za każdym razem stawać się wyjątkowym.


Korporacja Ha!art, 2010

2010-11-13

"Good night, Dżerzi" Janusz Głowacki

Jerzy Kosiński to postać tragiczna, która swój tragizm potrafiła wykreować. Pisarz w sumie dość przeciętny, osobowość niezwykła. Kiedy jego życie nagle się zakończyło w 1991 roku, wielu zadawało sobie pytanie, czy samobójstwo było także elementem przerażającej gry, w jaką wdał się Kosiński, wyjeżdżając z Polski, pisząc po angielsku, wciąż atakując, ironizując, szokując. Po blisko dwudziestu latach jego postać wydaje się mocno zapomniana – zarówno w kraju, z którego wyemigrował, jak i w Ameryce, jaka przed laty przyjęła go z otwartymi ramionami i pozwoliła na artystyczny rozwój. Czytając „Good night, Dżerzi” należy zadawać sobie pytanie nie tylko o to, o kim ta książka, ale także o to, kto ją napisał. Przecież Janusz Głowacki to także polski emigrant, któremu Nowy Jork daje możliwości rozwoju. Tak samo sarkastyczny, tak samo kontrowersyjny, równie mocno wyrazisty i zauważalny jak przed laty Dżerzi. O kim jest ta barwna opowieść? O Kosińskim czy samym Głowackim? Czy można w jednoznaczny sposób wypowiadać się o fikcji stworzonej po to, by… tak naprawdę opisywała fikcję? Bo przecież to, w jaki sposób kreował się Jerzy Kosiński było przede wszystkim grą. Książka Głowackiego także nią jest. Autor podejmuje inteligentną próbę wyjścia naprzeciw Dżerziemu, sam tworząc mity, spekulując, zmyślając i – jak przypuszczam – dobrze się przy tym bawiąc.

Zostawmy na razie na boku rozważania o tym, czy to książka napisana całkiem serio i pytanie o to, dla kogo została napisana. Przyjrzyjmy się jej koncepcji. Autor zbiera materiały do filmu o Jerzym Kosińskim. To, czego dowiemy się o Dżerzim, jest więc mocno fragmentaryczne. Nie chodzi tu bynajmniej o stworzenie biografii, bo i nie jest książka Głowackiego żadną biografią. Myślę, że „Good night, Dżerzi” powstało głównie z autentycznego zainteresowania twórczego, z zazdrości (sam autor przecież daje nam do rozważenia obrazową metaforę, pisząc „(…) Siedzę teraz w starej budzie, z łańcuchem na szyi i warczę. A Dżerzi naprawdę urwał się ze smyczy”), z fascynacji i niemocy. Bo bardzo można pragnąć napisać o Jerzym Kosińskim, ale tak naprawdę napisze się tylko o tym, co on sam chciał, by napisano. Głowacki zaś chce wniknąć w jego życie na inny, niepowtarzalny sposób. I ta inność jest wyraźna, bo przecież nie jest to linearnie układająca się historia, tylko zbiór tekstów o różnym charakterze i proweniencji, które niczym kolaż składają się w obraz niepokojący i dwuznaczny. A przecież taki przez całe swoje życie był Jerzy Kosiński. I widać, że to bardzo imponuje temu, który o nim pisze.


„Good night, Dżerzi” to świetnie skrojony obraz Ameryki, która potrafi przygarnąć każdego i w której można dość łatwo przejść drogę od pucybuta do milionera, jeżeli ma się odrobinę szczęścia i potrafi to wykorzystać. Jeden z rozmówców Głowackiego mówi o Ameryce następująco: „U nas jak w szpitalu wariatów, wybierasz sobie, kim chcesz być i jesteś”. Wykorzystał to przed laty Kosiński, wykorzystuje to także autor książki o nim i zmusza do ciągłego zastanawiania się nad rolą artystycznej kreacji. Przecież tak naprawdę Głowacki nie wydaje się pisać o Kosińskim czegoś, czego już byśmy nie wiedzieli. Problemy osobowościowe, niejednoznaczne relacje z matką, kontrowersje wokół wydawania książek napisanych w języku angielskim być może przy pomocy amerykańskich redaktorów; obsesyjne pragnienie bycia niezależnym i pełne dramatyzmu relacje z kobietami (z mężczyznami Kosiński nie chciał i nie próbował ich stwarzać), ucieczka w seks, alkohol, narkotyki. Intensywne życie na krawędzi i ciągłe poczucie, że jednak za mało się o tym wszystkim mówi. „Good night, Dżerzi” to jednak książka, która zmusza raz jeszcze do myślenia nad tym, co spowodowało, że mały żydowski chłopiec zastraszany przez otoczenie, wciąż nim tak naprawdę pozostaje, chociaż dumnie kroczy przez nowojorskie aleje, bywa wszędzie, gdzie go powinni widzieć, prowokuje, atakuje i pokazuje swą siłę. Głowacki snuje w swej książce rozważania nie tyle ciekawe, co kontrowersyjne. Choćby porównanie fatalizmu losu Edypa do życia polskiego autora, który zasłynął z makabrycznych wizji „Malowanego ptaka” i „Kroków”. Wydaje się być bardzo blisko problemów Dżerziego, a z drugiej strony subtelnie się od nich odsuwa. Opowiada o kreowaniu samego siebie i kreuje – nie tylko postać-legendę, ale i siebie jako piszącego o tej legendzie.


Niezwykle istotne są relacje Kosińskiego z kobietami i tym relacjom Głowacki poświęca sporą część książki. To nie tylko postać tragicznej rosyjskiej emigrantki Maszy, wokół której koncentruje się wiele opisanych zdarzeń. To także pozostająca w cieniu, ale wciąż ważna dla niego matka i żona, której teatralna obecność tylko za kotarą rzuca nowe światło na rozumienie istoty związku przez Kosińskiego. Kobiet w jego życiu było bardzo wiele, jednakże wszystkie one doświadczały z jego strony tych samych rozczarowań i upokorzeń. Głowacki próbuje nadać im mocno teatralnego wyrazu i wychodzi mu to całkiem nieźle.


W ogóle „Good night, Dżerzi” to niezła publikacja. Zastanawiająca. Dwuznaczna. Fascynująca. Opowieść o tym, w jaki sposób los zamienia się w przypadek i o przypadku zamienianym w los. Inteligencji i pomysłowości jest w Januszu Głowackim tyle, że bez względu na to, czy pisze o Kosińskim czy też o samym sobie, warto tę książkę poznać i zastanowić się nad tym, czy tragizm nie chadza w życiu (np. na nowojorskiej ulicy) nazbyt często pod rękę z komizmem i ironią.


Wydawnictwo Świat Książki, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-11-11

"Single+" Dawid Kornaga

Rozpędził się Kornaga w swej najnowszej powieści, językowo rozbuchał, lingwistycznie zaszalał i wyszedł z tego tygiel słów tyleż niestrawny, co po prostu przesadzony. Nie jest przyjemnie pisać źle o książce autora, który jest jedną z większych indywidualności współczesnej literatury polskiej, ale „Single+” mu po prostu nie wyszły i u mnie za tę powieść ma duży minus. Trudno doprawdy orzec, czy ta dość męcząca narracja ma się bronić formą czy treścią. Formalnie słów za dużo, posklejane ze sobą w ryzykowne kolaże, kompozycyjnie chaotycznie, w finale niezmiernie irytująco. Treściowo… no cóż, o lanserskim świecie warszawki napisano już trochę; bardziej ironicznie, bardziej dosadnie i bardziej kompromitująco. Obawiam się, iż błędem singli na minusie jest fakt, że opowieść rości sobie prawo do bycia swoistym manifestem, ale tyczy się ludzi zamkniętych zarówno w sobie jak i na innych.

Życie codzienne Warszawy to nie egzaltowane panienki robiące we własnym przekonaniu show ze swojego życia, to nie manieryczni geje ze skłonnością do samobójstwa, to także nie neurotyczni dilerzy narkotykowi ani wolni strzelcy branży medialnej. Kornaga pragnąc być wyrazicielem myśli swych bohaterów, nazbyt hermetycznie zamknął się zarówno w pewnej manierze stylistycznej jak i w ich światach zbudowanych przede wszystkim na toksycznych rojeniach o wolności i hedonistycznych pragnieniach bycia zauważonymi. I nie wiem, o co tak dokładnie chodzi – o zobrazowanie pewnych kręgów środowiskowych, które mają poczuć się wyróżnione czy o szaleńcze tempo i językowy freestyle, który sam w sobie nie robi wrażenia.


Utkana z losów kilku nieszczęśliwych ludzi historia koncentruje się wokół Krystiana nie tylko dlatego, iż będzie on sprawcą chcianych i niechcianych ciąż. Krystian jest w kompozycji „Singli+” najważniejszy, albowiem z jego losami w przewrotny sposób połączą się losy jego przyjaciela Kwiatuszka, który darzy bohatera niespełnioną miłością tak silną jak tylko silnie wrażliwy homoseksualista projektuje sobie własne pragnienia i marzenia na męski heteroseksualny obiekt nie do zdobycia. Kwiatuszek, który na co dzień wydaje, konsumuje i przerabia, jest w gruncie rzeczy fatalistycznym „wiecznym chłopcem”, któremu wrażeń dostarczają odpowiednie środki zdobywane u Kaczora. Tenże natomiast walczy z wulgarnym językiem i próbuje opisywać świat, swe kompleksy i nieustanne napięcia wynikające ze zderzenia marzeń oraz rzeczywistości za pomocą słów, których wielka moc jest jednocześnie dla niego tak niszcząca. Kaczora los połączy także z Just, artystką i kolekcjonerką filmów porno; nieszczęśliwą singielką, która czuje się niechciana, ale której to poczucie rekompensuje bardzo pożądana przez innych twórczość. Justyna w konfrontacji ze swą przyjaciółką Magdą jest wyrazicielką specyficznej formy kobiecości, której uzupełnieniem ma być dramat pustki i samotności Kai, serialowej gwiazdki telewizyjnej oraz Izy, kochanki Kaczora. W życiu każdej i każdego z tego specyficznego grona zaznaczy swą obecność właśnie Krystian. Kim jest?


Przede wszystkim szalenie upierdliwą personą. Przykleja się do czytelnika i nie może odkleić. Zostawia po sobie ślad nie tylko w pochwach kobiecych bohaterek książki, ale przede wszystkim w myślach tego, kto brnie przez jego szalenie nudne, przewidywalne i bełkotliwe rozważania o tym, kto jest kim w dzisiejszym świecie oraz w jaki sposób trzeba uciekać od odpowiedzialności i świadomości, że starość ze sraniem pod siebie już niebawem. Krystian to takie męskie „piździątko” odbiegające od schematu klasycznego macho. Odnajdujące dystans do świata w jakże klasycznym miejscu, na dnie butelki z alkoholem. To bohater upojony nie tyle procentami co świadomością tego, iż wokół niego koncentruje się cały świat. Krystian – i inni bohaterowie tej książki – jest przekonany, iż jego myśli są rzeczywistością. Obawiam się, iż tak też uważa Dawid Kornaga, dodając pikanterii swej narracji, bombardując nas co rusz oryginalnymi konceptami, które są po prostu językowymi kalkami i jedynie nieudolnie imitują rzeczywistość, jaką chcą opisać.


Wydaje mi się, iż Kornaga potrzebuje jednego wyraźnego bohatera, by jego proza była przekonująca. Przecież Adam z „Gangreny” czy Ola z „Rzęs na opak” to były persony rozbrajające szczerością; każda na swój sposób. Chociaż wyszło autorowi z wampirycznym bohaterem zbiorowym w „Znieczuleniu miejscowym”, w „Singlach+” to wszystko się rozmywa. Mówi Krystian i inni mówią za siebie. Wszyscy generalnie dużo mówią, sporo opisują. A słowa oczywiście mają moc, ale obawiam się, że nie w najnowszej książce Dawida Kornagi.


Wydawnictwo FILAR, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-11-09

"Między frontami" Evelio Rosero

"Nie sposób czytać „Między frontami” bez emocji, chociaż można odnieść wrażenie, iż wszystko opisane jest niezmiernie statycznie. Książka Rosero to opowieść o różnie pojmowanym cierpieniu, historia opowiadająca o makabrycznym tańcu żywych i umarłych, powieść o śmierci fizycznej i duchowej, o umieraniu i o bólu. Kolumbijski pisarz pisze tak, że niemal każde słowo jest ostrym sztyletem, którego zimne ostrze rozpruwa nas od środka. Najbardziej jednak wstrząsające jest to, w jaki sposób autor wplata do wojennej opowieści wątki egzystencjalne i jak bezkompromisowo rozprawia się z okrutną stroną człowieczeństwa. To książka ważna i wielka. Po „Lunatycznej krainie”, w której Mia Couto – operując innymi środkami wyrazu – opowiedział o dramacie egzotycznej dla nas wojny domowej w Mozambiku, otrzymujemy jej kolejny obraz. Bo przecież żyjemy tak daleko od skorumpowanej, niebezpiecznej i żyjącej w ciągłym strachu Kolumbii. Tyle tylko, że doświadczenia, jakimi dzielą się z nami zarówno mozambicki jak i kolumbijski pisarz, są doświadczeniami uniwersalnymi i niezależnymi ani od długości, ani od szerokości geograficznej."

Wydawnictwo W.A.B., 2010

Całość tekstu na stronie G-punkt


KUP KSIĄŻKĘ

2010-11-03

"Kobiety bez mężczyzn" Shahrnush Parsipur

PATRONAT MEDIALNY
„Dom jest dla kobiet, świat zewnętrzny należy do mężczyzn”. Od tego stwierdzenia warto wyjść, snując rozważania na temat magicznej powieści Shahrnush Parsipur, albowiem pięć kobiet opisanych przez irańską pisarkę stara się zaprzeczyć twierdzeniu, które słyszy jedna z nich i wspólnie odnaleźć się w otaczającym je świecie, którym kierować będą one same i w którym mężczyzna nie będzie miał nic do powiedzenia. Bohaterki Parsipur opuszczają domy, by w jednym wspólnym, w otoczeniu magicznego ogrodu Karadż, stworzyć własną przestrzeń do życia i miejsce, gdzie poczują się naprawdę wolne. Wydanie książki „Kobiety bez mężczyzn” było w Iranie wydarzeniem szokującym. Po licznych przekładach w USA i Europie polski czytelnik ma okazję poznać niepowtarzalną historię rozgrywającą się ponad pół wieku temu, a jednocześnie tak uniwersalną w swej wymowie, że pozostającą w pamięci na długo. Zanim to wszystko, co stworzy w wyobraźni czytających niezwykła narracja Parsipur, zweryfikuje obraz filmowy, który niebawem wejdzie na ekrany polskich kin, warto dowiedzieć się, dlaczego istotne jest to, by z dokonaniem irańskiej pisarki zapoznać się wcześniej, przed obejrzeniem filmu Shirin Neshat na jego podstawie.

Iran, rok 1953. Świat dowiaduje się o zamachu stanu, przeprowadzonym przez Centralną Agencję Wywiadowczą Stanów Zjednoczonych przeciwko premierowi Iranu Mohammadowi Mosaddekowi. W tle ważnych przemian dziejowych Iranu rozpoczynają się dzieje kobiet, których życie z tymi przemianami nie ma nic wspólnego, ale które stają się ważniejsze niż polityka i problemy społeczne, albowiem Shahrnush Parsipur połączy ich losy w subtelny i niezwykły sposób, tworząc opowieść o roli kobiety w społeczeństwie irańskim, o opresyjnym charakterze życia tychże kobiet i o ich niezwykłej woli przerwania dramatycznych zdarzeń, które prowadzą do upokorzeń i tworzą życie oparte na stałym lęku i niezrozumieniu samych siebie oraz własnych potrzeb.


Już sama wstępna prezentacja bohaterek powinna wystarczyć jako rekomendacja książki niebanalnej i frapującej. Dwie 28-letnie kobiety różni praktycznie wszystko. Mahdocht jest byłą nauczycielką, której nigdy nie dane było duchowo dorastać i rozkwitać, a jedyną szansą na to jest przemiana w drzewo, jakiej bohaterka ulega. Faezeh niesie w swym sercu wiele żalu i zawiści, jest kobietą niespełnioną i nieszczęśliwą, nigdy nie zaznała prawdziwej bliskości z mężczyzną i nie jest w stanie stworzyć jej w relacjach z innymi kobietami. Cierpi z powodu odrzucenia osobistego i społecznego. Jest istotą pozornie szorstką i bezkompromisową, a jednocześnie kobietą niosącą w życiu ciężar nie do opisania. Młodsza od nich o dwa lata Zarrinkolah to prostytutka, która pewnego dnia zauważa, iż jej kolejni klienci to mężczyźni pozbawieni głów. Zarri cierpi z powodu hańby, jakiej na co dzień doświadcza i wyobcowania, którego nie jest w stanie dłużej znieść. Dla niej dotychczasowe życie to duchowa śmierć. Śmierci natomiast doświadcza i to parokrotnie 38-letnia Munes, przyjaciółka Faezeh, której reinkarnacje i zdolności czytania w myślach po powrocie do świata żywych stanowią klucz do zagadki kryjącej odpowiedź na pytanie, kim tak naprawdę jest. Tego nie wie 51-letnia Farrochlagha, której trzydzieści lat związku z mężem nauczyły, by być niezauważalną, by się nie ruszać, by w żaden sposób nie dać się do siebie zbliżyć. Kiedy nadchodzi moment, w którym mężczyzna jej życia chce okazać żonie czułość, Farrochlagha odpychając go, przypadkowo pozbawia życia. Postanawia uciec od traumy wspomnień do idyllicznego Karadż. Tam będzie pielęgnować ogród, do którego bram pod wpływem różnych okoliczności zapukają wszystkie pozostałe kobiety.


Kobiety Parsipur próbują zdefiniować swoje nowe życiowe role, żyjąc w Karadż bez mężczyzn. Wyjątkiem jest dobry ogrodnik, z którym wchodzi w bliższe relacje Zarri, ale jego męskość jest zagadką i pozostanie nią do ostatnich stron opowieści. Karadż staje się ostoją dla każdej z bohaterek i każda na swój sposób będzie radzić sobie z brzemieniem przeszłości, w której mężczyźni je krzywdzili. Jednocześnie wszystkie ponownie będą starały się wejść w relacje z mężczyznami; każda na innej płaszczyźnie i z innymi doświadczeniami. Przede wszystkim z doświadczeniem pobytu w ogrodzie Karadż, w którym dokona się specyficzne oczyszczenie każdej z nich.


„Kobiety bez mężczyzn” to przejmująca opowieść o sile witalizmu i człowieczeństwa, definiowanej przez kobiety i określanej przez nie.
To historia o poszukiwaniu sensu w samym sobie, o płciowości, różnicach zeń wynikających, o prawie że Owidiuszowskich przemianach i o potędze kobiecości w kraju, w którym jej wielkość można ocenić tylko wówczas, gdy odważnie zajrzy się pod czador. Bohaterki Shahrnush Parsipur potrafią go zrzucić dosłownie i w przenośni, ale najbardziej przejmujący w tej książce jest urokliwy klimat i specyficzna symbolika, każąca na tę narrację spojrzeć z wielu różnych perspektyw.


To książka o doświadczaniu świata i opowieść, której doświadczanie będzie świata zgłębianiem. Bo świat zewnętrzny nie należy do mężczyzn, a irańska pisarka mówi o tym otwarcie.


Wydawnictwo Claroscuro, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-11-01

"Miasto ryb" Natalka Babina

Jak pokonać czorta babskim sposobem? Przywalić mu w jego czorci łeb podpaską przepełnioną krwią menstruacyjną. Walić, ile wlezie, aż wróg rozpłynie się w niebycie i nie starczy już sił na to, by myśleć, iż się go odpędziło. Ała Babylowa, główna bohaterka książki Natalki Babinej, będzie walczyć z niejednym czortem. Największym z nich będzie jednak upływ czasu i przemiany, jakie dotykają jej sielską małą ojczyznę, krainę nad Bugiem rozpiętą między granicami, miejsce od zawsze idylliczne i oddalone od świata. Miejsce, w którym Babylowej przyjdzie walczyć o ziemię, honor, o swą kobiecość, o poczucie własnej wartości i o marzenia, których coraz mniej. „Miasto ryb” to powieść – zaproszenie. Powieść, w której białoruska prowincja doświadcza przemian i historia opowiadająca losy ludzi, dla których przywiązanie do tradycji jest czymś nadrzędnym. Babina zaprasza do zajrzenia w miejsca, które kuszą równie silnie jak pragnienie ucieczki do baśniowego miasta ryb, kiedy nie ma już dokąd uciec od siebie.

Ała od urodzenia musiała walczyć o swoje. Już przeciskając się między matczynymi nogami, stała się niespodzianką, rodząc się po siostrze Uljance. Potem to już było coraz gorzej. Problemy osobiste, narkotyki, alkohol, rozstanie z mężem, ciągłe poczucie wyobcowania i świadomość krzywdy, jaką wyrządza sobie Ała swoim życiem. Jedyne co zostało, to ziemia, na której dorastała, z którą się związała i bez której nie potrafi żyć. Dobratycze, Stradycze, Zakazanka. Nieopodal majestatyczny Bug, wokół pustka; to miejsce, w którym można jakoś poszukiwać sensu pokiereszowanego 50-letniego życia. Ała jest silnie związana emocjonalnie z babcią Makrynią. Tymczasem któregoś dnia serię niespodziewanych zdarzeń, zakłócających spokój bohaterki, zainicjuje śmierć Makryni. Staruszka wypiła kawę, do której ktoś dosypał środka, wywołującego zawał. Kawa nie była przeznaczona dla niej, zatem ktoś miał zamiar zamordować albo Ałę albo jej siostrę, która niedawno wróciła do Dobratycz. Potem zdarzenia rozgrywają się w tempie wręcz szalonym. Pojawia się mężczyzna, który za wszelką cenę chce wykupić ziemię, na której mieszka Ała. Bohaterka parokrotnie jest o włos od śmierci. Tkwi w więzieniu, ukrywa się, doświadcza upokorzeń i zdrad. Coraz mniej w tym wszystkim sensu i coraz więcej goryczy. Nic dziwnego, że Ała ucieka w świat swoich widzeń, do czasowych nor; tam spotyka się ze swą babką, poznaje legendy, odkrywa tajemnice i doświadcza istnienia świata, do jakiego nikt nie ma dostępu.


Chociaż Babina w swej powieści stawia przede wszystkim na dynamiczny rozwój akcji, nie sposób nie zauważyć, że w tej przewrotnej i autoironicznej książce o charakterze paradokumentalnym, mamy także sentymentalną opowieść o poszukiwaniu szczęścia i spełnienia. Liryczność kontrastuje u Babinej z grozą, czarny humor idzie w parze z groteską. Trup ściele się gęsto, ale jakoś nie przeraża to do końca, bo „Miasto ryb” to historia tak niejednoznaczna i powikłana, że tworzy się z pytań, nie odpowiedzi. I nie jest to także wydumana powieść psychologiczna, bo mieszkańcy Dobratycz nie rozmawiają ze sobą za często, nie monologują niczym bohaterowie Dostojewskiego, nie dają siebie poznać przez to, co mówią, ale przede wszystkim przez to, co robią. A jeżeli do kryminalnej intrygi dołożyć jeszcze historię o skarbie z XVII wieku, którego poszukiwań podejmą się mieszkańcy wioski, otrzymamy doprawdy książkę całkowicie nieprzewidywalną. No, chyba że spojrzy się nieco inaczej na nieżyjącą Makrynię, bo „Kto zrozumie babcię, ten zrozumie wszystko”, jak mówi Uljanka. Niekoniecznie bowiem żywi w „Mieście ryb” będą najważniejsi.


Istotna jest przestrzeń, w jakiej rozgrywają się zdarzenia i emocjonalny stosunek Ały do tej przestrzeni. „Nas, swoich, z Dobratycz, Stradycz i Zakazanki, było kiedyś niewielu. A potem przyjechali ludzie i zadeptali Dobratycze, Stradycze i Zakazankę. I wtedy my też staliśmy się ludźmi. Nawet ja w pewnym sensie”. Krzywda dzieje się nie samej bohaterce, a miejscu, w którym dorastała i gdzie poznawała życie. Ingerencja z zewnątrz zabija Makrynię, a metaforycznie całą okolicę, w której od lat nie wydarzyło się tak wiele jak po śmierci starej Łukaszawnej. W tym wszystkim zagubiona i zmęczona życiem Ała Babylowa. Kobieta po przejściach i kobieta w trakcie przejść. Bohaterka twarda i bezkompromisowa, a jednocześnie specyficznie wrażliwa. Niechętna ludziom, a przecież tak serdeczna w relacjach z nimi. Samotna w gruncie rzeczy tylko i wyłącznie na swe własne życzenie. Dzielna, waleczna i dziarska, ale… przeraźliwie smutna. I chociaż smutku u Babinej jest najwięcej, autorka zna jednak granicę, po przekroczeniu której opowieść może stać się przez ten smutek nieznośnie ckliwa.


Białoruś Babinej to straszny i śmieszny świat, który wbrew pozorom nie jest nam daleki. To nie jest książka, w której doceniać trzeba lokalny koloryt. To opowieść o losie spełnianym i niespełnionym, o przywiązaniu, wierze, nadziei i bliskości. O tym, o czym się nie mówi, ale czego się bardzo pragnie…


Dom Wydawniczy Rebis, 2010

KUP KSIĄŻKĘ

2010-10-30

"Obsoletki" Justyna Bargielska

„Obsoletki” to książka straszna i śmieszna. Śmiertelnie poważna i niesamowicie lekka. Smutna i jednocześnie pełna witalizmu. Nie jest to właściwie książka. Formalnie przypomina niedawno wydanego przez to samo wydawnictwo „Wieloryba” Agnieszki Taborskiej, ale o ile struktura krótkich, nasyconych czarnym humorem i ironicznych tekstów Bargielskiej jest w jakiś sposób wtórna, o tyle to, o czym pisze poetka debiutująca w roli prozaiczki, jest jakością nową, dyskusyjną i kontrowersyjną.

Nieprzypadkowo rekomendacja Sylwii Chutnik znajduje się na okładce „Obsoletek”, bo nie można nie zauważyć pewnych podobieństw między pisaniem Bargielskiej a „Dzidzią” Chutnik. Obie pisarki próbują mówić o macierzyństwie niespełnionym, o jego trudach, o frustracjach matki, która zbyt szybko wychodzi ze swej roli albo też nazbyt prędko w tej roli musi się sprawdzać. Danuta Muter, pokarana przez los tytułową niepełnosprawną Dzidzią to po części narratorka „Obsoletek”, po części jedna z wielu kobiet, z którymi owa narratorka wchodzi w relacje. Bargielska bowiem pisze o bolesnych stratach i o problemach, jakie rodzą się wraz z dzieckiem. To taka szatańska biblia macierzyństwa. Książka o cierpieniu, jakie ono wyzwala i o tym, jak wiele mimo wszystko daje szczęścia.


Kim jest bowiem snująca swe rozważania bohaterka „Obsoletek”? Jest kobietą, matką, żoną, fotografką martwych płodów, artystką, demiurgiem słowa i poszukującą jakiejś granicy między życiem a śmiercią zadumaną nad przeszłością introwertyczką. Każda z tych definicji jest trafiona i jednocześnie każda niepełna. Bargielskiej chodzi w swym pisaniu głównie o to, by definiować przeżycia egzystencjalne, jakie towarzyszą kobietom balansującym między narodzinami a śmiercią. Czy logiczne jest stwierdzenie, że ktoś rodzi się martwy? Czy można być martwym za życia i jednocześnie tak intensywnie go doświadczać? „Obsoletki” to studium paradoksów, filozoficzna rozprawa ze wszystkim, co utracone, ale przede wszystkim nasycona symboliką i rozbita na kilkanaście krótkich narracji próba poszukiwania spokoju i świadectwo tego, iż czarny humor spełniać może dużo więcej funkcji niżby się po nim oczekiwało.


Swoistym przekleństwem Bargielskiej jest fakt, że niejako prowokuje pewne zdarzenia, najpierw je opisując. „Napisałam, dla przykładu, piękny wiersz o poronieniu, a dopiero potem poroniłam. Napisałam, dla przykładu, wielozdaniowe uzasadnienie, dlaczego warto robić zdjęcia zmarłym dzieciom, a potem sama zaczęłam takie zdjęcia robić”. Wydawać by się mogło, że przeczuwa wiele małych i dużych tragedii, których doświadczy w życiu. Nie jest to jednak życie tragiczne. Pośród smutków i rozczarowań rozgrywa się przecież życie – życie duchowe bohaterki, która codziennie wciąż na nowo się formuje.


Justyna Bargielska to taka matka nie-Polka. Jakieś – cytując Joannę Bator – fiksum dyrdum. Zamiast wyjąć cyca, karmić malucha, zamiast drugim zająć się po bożemu, śni że sama jest Matką Boską; zamiast siedzieć w domu i myśleć o tym, jaką papkę zrobić dzieciom, a co treściwego mężowi po pracy zmęczonemu ona z nim na temat światopoglądu dyskutuje; zamiast do piersi tulić i uciszać, w relacjach z dziećmi szorstka oraz chropowata, o jakichś śmieciach opowiada, z aparatem po prosektoriach biega, ból i smutek z twarzy osamotnionych przez martwe płody matek zdejmując.


„Obsoletki” nieprzypadkowo są zbudowane z historii krnąbrnych i niemożliwych do opowiedzenia. Niemożliwe jest bowiem to, by bolesne wspomnienia usunąć z pamięci. Uciec można w pure nonsens, w groteskę i surrealizm. Tyle tylko że Bargielska nie ucieka. Ona się mierzy. Z życiem, ze śmiercią, z własnym macierzyństwem i rozwojem osobistym, z samą sobą i z tymi wszystkimi kobietami, w których odnajduje siebie.


Wydawnictwo Czarne, 2010


KUP KSIĄŻKĘ

2010-10-19

"Dom tysiąca nocy" Maja Wolny

Pisarstwo Mai Wolny jest specyficzne z kilku powodów. Dla mnie osobiście dlatego, że jej najnowsza powieść nie pozwala mężczyźnie na pełne przeżycie tego, co jest w niej opisane, albowiem Wolny w dość zawikłany sposób kwestionuje męskość. Mimo wszystko jednak kusi każdą kolejną stroną. „Dom tysiąca nocy” jest bowiem opowieścią o silnych kobietach i o tym, w jaki sposób radzą sobie one przede wszystkim z balastem traumatycznych wspomnień. Mężczyzna, jedyny bohater tej książki, wydaje się efemeryczny i słaby; swą siłę czerpie z bliskich mu kobiet i poprzez ich kobiecość… staje się mężczyzną. Druga kwestia to sposób, w jaki autorka opowiada pozornie sentymentalną i ckliwą historię mającą w założeniu wzruszyć głównie czytelniczki, a mimo wszystko dotykającą czytelnika i pozostającą z nim na dłużej. Maja Wolny to pisarka specyficzna także dlatego, iż doskonale zdaje sobie sprawę, ile czasu i zdań poświęcić opisom sytuacji, przeżyciom, wspomnieniom i rozmowom budującym jej fikcję literacką. Wszystko gra; idealna harmonia, żadnych dłużyzn, żadnego niepotrzebnego słowa. W końcu argument ostatni – „Dom tysiąca nocy” to proza w pewien sposób magiczna, chociaż osadzona w realiach życia dwóch kobiet po przejściach, które najpierw łączy, a potem dramatycznie dzieli postać młodego, wrażliwego chłopaka. Jeśli to za mało, by głównie mężczyźni przekonali się do pisania Wolny (zakładam, że kobiet szczególnie zachęcać nie trzeba), warto zwrócić uwagę, iż autorka ma zapewne docelową grupę odbiorczyń swego pisania, ale naprawdę warto do tej grupy się włamać, by – co nie jest może męskie, lecz ludzkie – przeżyć chwile autentycznych wzruszeń, a tego literatura nie zapewnia już zbyt często bez stosowania banalnych i wielokrotnie wykorzystanych schematów fabularnych.

Do malowniczego Sorrento w pełni lata przyjeżdża Malwina, kobieta dojrzała, a jednocześnie młoda zarówno duchem, jak i ciałem. Malwina ma prowadzić dom Carli i opiekować się nią samą. Zarówno Polka, jak i Włoszka kryją w sobie tajemnice przeszłości, do których niechętnie wracają. Za Malwiną nieudane małżeństwo, utrata dziecka. Chociaż losy Carli, zagorzałej komunistki w młodości, wydają się inne, kobieta mierzy się dokładnie z tym samym co Malwina. Obie na różne sposoby, bo przecież inaczej ukształtowały je warunki życia w Polsce i we Włoszech. Obie zaskakująco do siebie podobne i to podobieństwo, coraz bardziej czytelne i wyraźne, stanowi oś konstrukcyjną „Domu tysiąca nocy”.


Pomiędzy dwiema dojrzałymi kobietami pojawia się on – pozornie całkowicie od nich różny. Bruno, wnuk Carli, przez całe życie był dla swej babki jak syn. Matka Brunona wybrała inne życie, w którym odpowiedzialność za potomka zrzuca się na czyjeś barki. Swego czasu podobnie postępowała Carla, natomiast Malwina, która szybko nawiązuje z młodym mężczyzną kontakt, projektuje nań swe wizje macierzyństwa niespełnionego. Jej bowiem, w przeciwieństwie do Carli i Alessii, nie dane było długo być prawdziwą matką, chociaż tak bardzo chciała spełniać się w tej roli. Zaczyna matkować Brunonowi, stając się jego natchnieniem i wyrocznią, albowiem młodzieniec pisze powieść opartą na losach Fryderyka Nietzschego oraz Malwidy von Meysenbug, którym los pozwolił na spędzenie czasu w malowniczym Sorrento. Polska pomoc domowa staje się uosobieniem wrażliwości i piękna, które adoruje Bruno; Malwina wprowadza go w świat kobiecych przeżyć, inicjując tym samym drogę samopoznania chłopaka, który świat musi poznawać wszystkimi innymi zmysłami, skoro zmysł wzroku mu szwankuje. Carla jest gwarantem dopełniania się historii opowiadanej przez Wolny, ale stoi jednocześnie gdzieś obok niej. Starzejąca się Włoszka nie może pogodzić się z faktem, że jej ukochany Bruno przejawia zainteresowanie innymi kobietami. Że zaczyna interesować się Malwiną i że jego życie wymyka się jej kontroli.


Maja Wolny opowiada o sprawach trudnych, ale nie jest to w gruncie rzeczy książka smutna, chociaż tak wiele smutku było w dotychczasowym życiu Malwiny i Carli. Słoneczne i skaliste Sorrento wydaje się tłem kontrastowym dla przeżyć bohaterek – piękne, ciepłe, idylliczne. Miejsce, w którym rozegra się dramat trzech osób, rozpisany na trzy różne role i trzykrotnie przykuwający uwagę.


„Dom tysiąca nocy” to proza finezyjna i proza skrojona z klasą. Opowieść o wielkości kobiecego serca, w którym znajdzie się miejsce na bardzo wiele i które potrafi kochać oraz wybaczać, a ckliwość takiego przesłania bynajmniej nie powinna zniechęcać do sięgnięcia po tę książkę.


Wydawnictwo Prószyński i Spółka, 2010

2010-10-12

"Instytut" Jakub Żulczyk

Przyznam, że postaci Jakuba Żulczyka w przestrzeni publicznej nie sposób nie zauważyć. Autor robi wszystko, by zwrócić na siebie uwagę, a kwintesencją tych starań jest lanserski, lecz skądinąd ciekawy blog Żulczyka. Tak się złożyło, że nie dane mi było poznać jego wcześniejszych dokonań literackich (podobno dobrych), aż wreszcie ukazał się „Instytut” rekomendowany przez popularne wydawnictwo. Kiedy przyglądałem się sposobom promocji tej książki w sieci, odnosiłem nieodparte wrażenie, iż takie filmiki z głuchym „uhuu” już gdzieś widziałem. Czytając trzecią (dla mnie pierwszą) książkę Jakuba Żulczyka, przekonałem się, iż jej autor albo bardzo zazdrości Łukaszowi Orbitowskiemu, albo chciał postawić na nową jakość awangardowej prozy – bo o ile się orientuję, taką Żulczyk do tej pory pisał - a wyszło mu jednak mimo wszystko coś wtórnego. Zastanawiałem się również nad celami stylizacji językowej i budowania napięcia w tej absurdalnej powieści. Nie jestem w stanie dopatrzeć się w „Instytucie” niczego poza popkulturową papką, w której mieszają się elementy powieści grozy i książki obyczajowej z zapędami do socjologizowania. Być może zaszkodziły Żulczykowi wielokrotne seanse „Matrixa”. Być może przekonanie, iż lepiąc prozę z odniesień do kultury masowej starających się jednocześnie kontestować tę kulturę tworzy coś, co można nazwać dziełem życia i co wzbudzi w czytelnikach wiele emocji. Podczas lektury głównie ziewałem, a cały absurd opisanych zachowań i sytuacji nieubłaganie zmierzał ku przerażającemu (sic!) finałowi, który pogrążył tę opowieść jeszcze bardziej.

Agnieszka ma 35 lat, za sobą burzliwy związek z niespełnionym reżyserem, przed sobą bliżej nieokreśloną przyszłość w Krakowie, gdzie otrzymuje w spadku ogromne mieszkanie. Bohaterka kumuluje w sobie całą masę rozbijających ją od środka emocji – od nienawiści do teściów, krzywdzących zarówno ją, jak i jej córkę, po euforię przeżywania wszystkiego naprawdę, w sposób wolny i nieskrępowany, na co pozwala życie „niebieskiego ptaka” dzielone między pracę w knajpie a trzeźwienie po tej pracy tudzież po absorbujących uwagę spotkaniach towarzyskich. Agnieszka snuje swą opowieść z perspektywy osoby zamkniętej i osaczonej, w sensie dosłownym i metaforycznym. Okazuje się bowiem, że krakowskie mieszkanie o nazwie Instytut stanie się pułapką zarówno dla właścicielki, jak i dla jej przyjaciół, którzy zamieszkują kolejne pokoje wielkiego lokum. Absurdy rozpoczynają się już w chwili zainicjowania rzekomo mrożącej krew w żyłach historii. Instytut staje się niedostępny, piąte piętro jest więzieniem, winda nie działa, krata na klatce schodowej zamknięta, odcięty dostęp do Internetu oraz telefonów, pustka i przerażające, rosnące przekonanie, iż z Agnieszką oraz jej kompanami ktoś pogrywa w grę rodem z „Piły” lub „Cube”.

Pomysł uwięzienia w mieszkaniu kryjącym mroczną tajemnicę jest jak najbardziej ciekawy. Mniej ciekawe jest już jednak to, w jaki sposób uwięzieni radzą sobie z sytuacją, jak nieracjonalnie postępują, jak wiele logicznych dziur jest w strukturze opowieści rzekomo wychodzących od tego, co jest naprawdę. Ja wiem, że w sytuacjach skrajnego napięcia nie działa się zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, ale to, co wyczyniają labilni emocjonalnie bohaterowie Żulczyka, to już lekka przesada. Tak naprawdę w „Instytucie” za wiele się nie dzieje. Autor próbuje przede wszystkim zobrazować, jaka jest Agnieszka, co wpłynęło na jej decyzję o przeprowadzce do Krakowa, jak opresyjny charakter miało jej dotychczasowe życie i jak modelową wręcz ucieczką od niego jest projekcja marzeń i pragnień na swe jedyne dziecko (wychowywane – mówiąc oględnie – dość kontrowersyjnie, skoro matka pochwala stosowanie przemocy i nawet do niej namawia). Najgorsze jest to, że rozwiązań finałowych dość szybko można się domyślić i staram się wierzyć w to, iż tak naprawdę nie chodzi o szaleńcze bieganie po stu metrach kwadratowych, stukanie, łkanie, smarkanie, przeklinanie, palenie papierosów, rozwalanie drzwi i głów innych, krzyki i inne wywołujące zamęt zachowania. Chciałbym wierzyć, że Agnieszka symbolizuje współczesną zagubioną kobietę nieszczęśliwą, której Żulczyk próbuje nadać psychologiczną wiarygodność.

„Instytut” dotyka wielu problemów, ledwie je tylko akcentując. Towarzystwo zamknięte w mieszkaniu nie jest bynajmniej przypadkowe i każda z osób jest jednocześnie drogą do zrozumienia socjologicznego szyfru, jakim zakodował autor tę książkę. Co z tego jednak, kiedy otrzymujemy po prostu marną jakość literacką oraz opowieść pełną szczeniackiego buntu i kontestacji sklejoną ze zdarzeń mocno, ale to mocno naciąganych. Pomijam już momenty, w których po prostu się pada na twarz przy lekturze (obchodząca urodziny córka Agnieszki nazywana solenizantką, błyskawiczne oklejenie deskami wszystkich okien mieszkania podczas kilku godzin snu wyczerpanych lokatorów), „Instytut” jest pozycją rażąco słabą i myślę, że nie zmieni tego ani promocyjny, ani autorski lans.

Wydawnictwo Znak, 2010


KUP KSIĄŻKĘ