2015-07-10

"Ostatnia wola" Joanna Szwechłowicz

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 2 czerwca 2015

Liczba stron: 280

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32 zł

Tytuł recenzji: Spotkanie w pałacu

Joanna Szwechłowicz w poprzednim życiu na pewno mieszkała w Wielkopolsce pierwszej połowy XX wieku. Autorka oferuje nam drugą ciekawą powieść kryminalno - obyczajową, która przenosi w ten specyficzny czas naznaczony dwiema wojnami i trudnościami życia w zbiorowości podzielonej dodatkowo przez różnice majątkowe, pozycje społeczne oraz całą masę uprzedzeń wynikających z faktu przesuwania się granic. Tym razem wraz z wyraziście nakreślonymi bohaterami będziemy żegnać 1938 rok w pewnym pałacu na odludziu. Motywacja wszystkich tam obecnych jest jednoznaczna, chociaż nikt o niej wprost nie mówi. Chodzi o majątek, który ma się dostać jednemu z nich. "Ostatnia wola" czytana bardzo uważnie pozwala przewidzieć - rozczarowujące dosyć - zakończenie, ale nie umniejsza to faktu, iż lektura stanowi wyborne źródło rozrywki. Śmiejemy się z samych siebie i dostrzegamy w złowrogiej atmosferze wzajemnych podejrzeń tę część naszego życia, w której wciąż musimy walczyć z tym wszystkim, co nasze człowieczeństwo czyni małym i żałosnym. Szwechłowicz stawia pytania podobne do tych, które pojawiały się na kartach jej debiutanckiej powieści. Tak jak w "Tajemnicy szkoły dla panien" przygląda się ludzkiej obłudzie, obnaża skrywane sekrety, demaskuje dobre miny do złej gry i udowadnia, że każdy z nas pod wpływem okoliczności może porzucić swoją przyzwoitość. A tej nie mają przybywający do Janowca ludzie.

Już kiedy jadą na miejsce, widzimy wyraźnie podziały sygnalizowane klasami wagonów. Każdy wiezie do pałacu wiekowej baronowej swoje własne tajemnice. Nikt nie będzie tym, za kogo się na początku podaje. Towarzystwo zaproszone zostało seryjnie wysłanymi listami, w których 95-letnia Korzycka informuje, że postanawia pożegnać się ze światem, przedstawiając treść swego testamentu. Z członkami licznej rodziny nie łączyły jej żadne więzi. Spotkanie rodzinne ma być spektaklem kompromitacji. Dodatkowo stanie się dobą podejrzeń i oskarżeń pośród animozji i lęków - wtedy, gdy okaże się, że baronowej nie do końca udało się wyreżyserować spotkanie rodzinne.

Pierwszy trup pojawi się już w pociągu. Dwa kolejne będą dziełem przypadku. A może jednak przemyślnego działania. Tylko kto zabił i dlaczego? Joanna Szwechłowicz po zaprezentowaniu nam, kto jest kim w tej fabule, pozostawia bohaterów samych sobie w gmachu zasypanym śniegiem, w którym dodatkowo pada elektryczność i linia telefoniczna. To jest tak, że autorka wtłacza nas w dobrze znaną, klasyczną sytuację powieści z dreszczykiem, a potem z tego charakterystycznego punktu wyjścia prowadzi dalej uzależnionych od jej narracyjnych fantazji. Nie byle jakich! Dynamika zdarzeń to zasługa dialogów. Padły już zarzuty od czytelników, że ta książka jest nieco przegadana. Nic bardziej mylnego, właśnie na rozmowach pełnych wątpliwości co do intencji interlokutorów budowane jest napięcie utrzymane spektakularnie do ostatniej strony. A może do ostatniej woli jednak, bo w oczekiwaniu na tę właśnie wszyscy członkowie rodziny Korzyckich zapominają się na chwilę i ujawniają te cechy, które na co dzień ukrywali.

A co o nich wiemy na początku? Aleksander jest benedyktynem, takim dosyć postępowym duchownym, bo jego liberalizm nie przystoi piastowanej funkcji w czasach, w których rozmowy np. o równości płci czy homoseksualizmie są rozmowami w zasadzie szeptanymi. Aleksander nie szepcze. Komunikuje się jasno i zrozumiale. Podobnie jak Urszula Klimt, najciekawsza chyba postać powieści. Urszula jest uczulona na mężczyzn, nosi spodnie, świadomie pisze romansowe szmiry dla zarobku, a w specyficznej sytuacji zamknięcia z dwoma trupami w pałacu widzi szansę na rozwinięcie zdolności dedukcyjnych. Urszula jest też baczną i złośliwą obserwatorką. Udowadnia, że "pisarzy cechuje wrodzona bezlitosność wobec bliźnich". Mamy do czynienia z alter ego autorki? Niekoniecznie. Postać Klimt wywołuje dodatkowy rodzaj niepewności i jeszcze więcej kłótni. Klimt jest wyrazistym spiritus movens intrygi z tej powieści, choć ojciec Aleksander przejmuje rolę tego, który wyjaśni wszelkie wątpliwości.

W tajemniczym gronie czyhającym na spadek są także dyplomata Tadeusz, lekarz Ignacy, urzędniczka Nina, jej ciotka Wanda oraz ekscentryczne małżeństwo Rowińskich. Wokół nich orbituje rezolutna trzynastolatka, awangardowo wychowywana przez swą matkę - pisarkę. Towarzystwo nie tyle doborowe, ile przede wszystkim toksyczne dla siebie. W sytuacji odcięcia od świata każdy jest w stanie spoglądać wilkiem na towarzysza. Tym bardziej że jeden z nich straci życie, a mordercą z pewnością będzie ktoś z tego grona.

Joanna Szwechłowicz sytuuje swych bohaterów w bardzo trudnym czasie. Tadeusz przewiduje, że niebawem zacznie się wyniszczająca, długoletnia wojna. Ojciec Aleksander również jest o tym przekonany. Dodatkowo pałac znajduje się przy granicy niemieckiej. Widmo koszmaru drugiej wojny światowej tkwi gdzieś w tle, podobnie jak obcesowa ciotka, która podczas spotkania z przybyszami otwarcie oznajmia, iż żadnemu z nich nie należy się spadek. Dlaczego w takim razie są tak zdeterminowani, by eliminować się w zasypanym białym puchem pałacu? Kim są, skoro na zbrodnię reagują w groteskowy sposób? Przecież niekonwencjonalna żałoba to tylko początek odkrywania w portretowanych ludziach innych twarzy niż te, które dali poznać światu...

"Ostatnia wola" jest rozprawą z ludzkimi ograniczeniami i z bezdusznością. Szwechłowicz mogłaby tak skonstruowaną fabułę umieścić właściwie w każdej epoce, każdym wieku. Tutaj data historyczna jest o tyle ważna, że czytamy z przejęciem o działaniach, które za dziewięć miesięcy zdałyby się śmieszne i nieważne. Intryga kryminalna wprowadza nas w świat ludzi, dla których liczą się osobiste korzyści i zaspokajanie potrzeb, z których niekoniecznie trzeba być dumnym. Autorka wtłacza bohaterów w sytuację ekstremalną i z niej wydobywa wszystko to, co skrywa się za parawanem pozorów, a co bardzo łatwo wydobyć. Rodzinne piekło przepełnione obłudą to także spektakl tego, jak człowiek reagować może w sytuacji zagrożenia swego dobrego imienia. Co buduje to dobre imię? Co tak naprawdę wiemy o drugim człowieku, jeśli nie przyjrzymy się uważnie jego biografii i zachowaniom? Baronowa Korzycka urządza sobie świetne przedstawienie, znając wiele niewygodnych faktów z życia swej rodziny. Szkoda tylko, że nie będzie w stanie go reżyserować do końca. Szkoda też, że Szwechłowicz dość mocno skondensowała swoją powieść, bo w gruncie rzeczy ocieramy się jedynie o coraz to nowe sensacje z życia licznych bohaterów, nie do końca wyczerpująco poznając motywacje. Mimo to przyjemność lektury napisanej piękną polszczyzną czeka na każdego, kto sięgnie po "Ostatnią wolę".

2015-07-08

"Noora" J.K. Johansson

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 26 czerwca 2015

Liczba stron: 276

Tłumacz: Maria Hanhinen

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Niepotrzebna, zagrożona

Przyznam, że z lekką obawą sięgałem po "Noorę", pamiętając, jak ambiwalentne uczucia przed rokiem wywołała we mnie pierwsza część mrocznej trylogii o fińskim miasteczku Palokaski, "Laura". Nie zawiodłem się, albowiem Johansson(owie) - kimkolwiek są - idą w kierunku wiarygodnej prozy obyczajowej, w drugiej części cyklu ledwie okraszając ją wątkami kryminalnymi. Ponownie najbardziej wyraziste staje się zakończenie i znowu wchodzimy w świat fińskich nastolatków - zblazowanych, przesyconych wolnością i gubiących się w niej, skupionych na sprawach marek, imprez, produktów, posiadania i pochylonych nad smartfonami oraz laptopami. W "Noorze" pierwsze skrzypce gra jednak Miia Pohjavirta, szkolna psycholożka, powracająca do uzależnień w postaci seksu i nadmiernego korzystania z sieci, borykająca się z wieloma dylematami wewnętrznymi i zaglądająca w przeszłość, tę niebezpieczną przestrzeń zapowiadającą ostatnią część trylogii, która może się okazać najlepsza. Świetnie napisane, dużo bardziej frapujące niż "Laura" i przede wszystkim niemnożące zagadek, których wielość nie była wbrew pozorom mocną stroną pierwszej książki.

Tę narrację otwiera sugestywna wizja. Odnalezione zostają zwłoki Laury Anderson. Sprawę się wycisza i zamyka - dziewczyna uległa nieszczęśliwemu wypadkowi i spadła ze skały. Komisarz Korhonen nie jest przekonany do takiej wersji wydarzeń. Jego wątpliwości podzieli także wnuk, Saska. Niezdrowe fascynacje chłopaka będą miały swoje konsekwencje, a sam Korhonen będzie musiał korzystać z pomocy Mii, kiedy policja zmusi go do urlopu. Tymczasem Palokaski wraca do normalnego trybu życia. Zarówno Miia, jak i jej brat Nikke, mają w swych gabinetach coraz mniej młodocianych klientów, bo sprawa Laury - tak mocno rozgrzewająca do niedawna fińską opinię publiczną - staje się tylko przygnębiającym wspomnieniem, z którego nie można już wycisnąć żadnej fantazji i sensacji.

O fantazjowaniu i niebezpiecznych konsekwencjach budowania fałszywej tożsamości będzie traktować druga część opowieści o mrocznym Palokaski. Uwaga autorów skupia się na tytułowej Noorze. Dziewczynie walczącej z piętnem "niewidzialności". Niedostrzeganej przez rówieśników, ignorowanej przez nich. Noora Hyvärinen nie płakała po Laurze. Przecież nie były tak naprawdę żadnymi przyjaciółkami, a Noora chciała pożyć jej życiem, nie pragnąc śmierci. Nastolatka uważnie śledzi pewien modowy blog, skąd czerpie inspiracje, a raczej moc frustracji - w końcu niczym się nie wyróżnia i w młodzieżowej społeczności Palokaski tkwi gdzieś na marginesie, nie wzbudzając zainteresowania. Trudno o nie w środowisku, w którym nowobogaccy mieszkańcy miasteczka obiecują córkom wszczepienie silikonów za bardzo dobre wyniki w nauce. Noora jest przeciętna i skazana na obojętność. Wszystko zmieni się w momencie, w którym zainspirowana czytanym blogiem postanowi założyć własny. Tam stanie się Madde, alternatywną biografią, fascynującą dziewczyną kuszącą tłumy. Blogowanie będzie dla Noory jedyną możliwością, by w jakikolwiek sposób zaistnieć. Będzie także równią pochyłą, na której końcu czaić się będzie niebezpieczeństwo...

Ta powieść bardzo wnikliwie obrazuje współczesny system wartości nastoletnich użytkowników internetu, którzy wzorują się na czymś, co stanowi kwintesencję kłamstwa i pozoranctwa. Blog Noory błyskawicznie osiąga dużą oglądalność, a młoda autorka doskonale wie, jak dolewać oliwy do ognia. Liczą się fora dyskusyjne, nakręcający dyskusje hejterzy, kolorowe zdjęcia - równie niewyraźne, co wzbudzające swą niejednoznacznością zachwyt. Fikcyjna Madde wskazuje, w co się ubrać, gdzie bywać, a nawet jak się czuć. Noora przepada z kretesem, budując wizję samej siebie - jeszcze bardziej samotnej i wyobcowanej niż wcześniej, na szkolnych korytarzach.

Miia Pohjavirta nie dostrzega, że Noora niewerbalnie woła o pomoc. Dziewczyna w jej opinii konfabuluje i nie jest dość wiarygodnym świadkiem, by można było wznowić sprawę nieżyjącej Laury. Bo denatka na pewno sama nie pozbawiła się życia. Tymczasem na włosku zawiśnie życie samej Mii, kiedy zda sobie sprawę z tego, w jak skomplikowane i niebezpieczne zależności weszła. Dokładnie wtedy, gdy ponownie dają o sobie znać jej nałogi, kusząc i wabiąc tak jak lata temu. Miia musi mierzyć się także z dramatem brata, gdy małżeństwo Nikkego i Suski wisi na włosku - głównie z powodu nieudanych prób zajścia w ciążę, z czym Suski miała problem już w pierwszej części cyklu. "Noora" opowiada o tym, że wpadamy w szpony nałogów lub uciekamy od świata dokładnie wtedy, kiedy jakaś część rzeczywistości nie pasuje nam do poukładanego obrazu samego siebie. Wtedy, gdy do czegoś nie przystajemy, gdy od czegoś uciekamy. Bohaterowie "Noory" będą kompulsywnie uciekać, gubić się w tych ucieczkach, stawać wobec zagrożenia największego z możliwych - bo przecież możemy być największym wrogiem sami dla siebie.

Druga część trylogii o miasteczku Palokaski uwypukla sieć zależności między mieszkańcami, które jedynie zarysowała pierwsza książka cyklu. Jak wspomniałem, tajemniczy autorzy podążają w kierunku mrocznej prozy obyczajowej. Doskonale portretują świat zależności dorosłych i ich potomków, pokoleniową przepaść wydzieloną dodatkowo nowinkami technicznymi. "Noora" opowiada o istocie kłamstwa w życiu niepogodzonych ze sobą oraz o stwarzaniu iluzji, w jakiej często wygodniej nam żyć. Duch zmarłej Laury jest wciąż obecny na kartach książki wyjątkowo spójnej, sygnalizującej problemy bardzo wyraźnie, dynamicznie rozpisanej na 51 zaskakujących rozdziałów i zapowiadającej naprawdę interesującą ostatnią część. Tym razem wchodzimy w intymne sfery ludzi, dla których bolesnym doświadczeniem jest brak akceptacji albo poszukiwanie szczęścia, którego z wielu powodów nie można osiągnąć. "Noora" potrafi zaskoczyć. Kryminalne sprawy, choć gdzieś w tle, budują skutecznie atmosferę oczekiwania i napięcia. Świetna wakacyjna lektura - nawet dla tych, którzy nie czytali "Laury".

2015-07-06

"Majsterka" Paul Harding

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 17 czerwca 2015

Liczba stron: 208

Tłumacz: Maciej Nowak-Kreyer

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Samotność i unicestwienie

Skomplikowane relacje między ojcem a synem to bardzo nośny literacko temat. W ostatnim czasie udowodniły to choćby trzy książki. "Lotnisko w Monachium" Grega Baxtera surowo obrazuje pustkę, którą potęguje śmierć córki i siostry, zmuszając dorosłych mężczyzn do spędzenia czasu razem. "Mężczyzna ze Stumilowego Lasu" Douglasa Laina to zmyślona historia dorosłego syna Alexandra A. Milne' a, który odrzuca fałszywą w jego mniemaniu spuściznę ojca - pisarza. Wspomniane relacje mogą być też kanwą reportażu i tak dzieje się w przejmującym tekście Görana Rosenberga, który szuka śladów ojca w jego tragicznej historii, kreśląc "Krótki przystanek w drodze z Auschwitz". Co proponuje nam Paul Harding? W swej nagrodzonej Pulitzerem narracji opowiada o braku satysfakcjonujących relacji, ale także o pewnym piętnie mężczyzny zbędnego. Takiego, który pokolenie po pokoleniu usuwany jest z życia rodziny jako ktoś niepotrzebny. Ta książka nabiera intensywności dzięki dwóm rodzajom podróży. Jedna to tragiczne podążanie w kierunku śmierci i nicości. Druga to, jakby na przekór, pełna dynamizmu wyprawa w coraz dalszą przeszłość, w której naznaczenie odosobnieniem staje się bardzo wyraźne, boleśnie namacalne. "Majsterka" każe nam stawić czoła tematyce wstydliwej i problematycznej. Takiemu rodzajowi dramatu, wobec którego czuje się tylko bezradność, ale z którym trzeba się zmierzyć i mierzymy się każdego dnia. Z nieumiejętnością życia i niepogodzeniem się ze śmiercią oraz z bolesnym balastem przekazywanym z pokolenia na pokolenie, od którego nie ucieknie się tak jak nie ucieknie się śmierci...

Dziadek - kaznodzieja popada w obłęd. Ojciec - obwoźny sprzedawca - znika, bo wywołuje w rodzinie ból. Umierający George, jego syn, sam obecnie ojciec i dziadek, mierzy się ze wspomnieniami podczas ostatnich godzin życia. Uświadamia sobie pośród bliskich, którzy nie radzą sobie z jego odchodzeniem, że piętno męskości w rozpadzie i męskości w pewnym sensie zbędnej niesie do samego końca. Bliskość śmierci nie przyniesie ani satysfakcjonujących relacji, ani poczucia spełnienia. Paul Harding opowiada bowiem o męskiej samotności i o byciu osobnym, gdzieś z dala od świata, choć przecież w tego świata centrum jako ułomna głowa rodziny. "Majsterka" każe sięgać w przeszłość, by wydobyć z niej dramaty nie do końca przeżyte świadomie. Życie w czasie przeszłym zderzone jest z bolesnym odliczaniem dni i godzin, podczas których coraz trudniej jest odróżnić wspomnienie od majaczenia i coraz trudniej można zrozumieć, skąd bierze się cierpienie George' a niemogącego pożegnać się z rodziną.

Harding pisze bardzo oszczędnie, ale jednocześnie niesamowicie plastycznie. Ukazuje ludzkie życie jako drobinę w kalejdoskopie różnorodnych form życia. Także form życia natury, z którą będą w ścisłej zależności wymieniani bohaterowie, a najbardziej Howard, ojciec George'a. Amerykański pisarz dyskretnie sugeruje także tę bolesną oczywistość, że najważniejszą cechą każdej formy życia jest zmierzanie do nieistnienia. George próbuje rozpaczliwie wyrwać się z tragicznego przeznaczenia, ale nie pozostaje mu już nic poza pogodzeniem się z nim. A umieranie to przede wszystkim brak kontroli nad samym sobą. Przejmujące sceny golenia bohatera przez wnuczka czy pojenia za pomocą gąbki zapadają w pamięć nie tylko dlatego, że okrutnie piętnują człowieczeństwo George' a Washingtona Crosby' ego. Ta bezradność, w wyżej wymienionych scenach portretowana wprost, jest pewną cechą przekazywaną z ojca na syna. Każdy z nich mierzył się z obcością i każdy w tej obcości zatonął. Ojcowskie nieobecności, braki odczuwane przez synów - w opowieściach z przeszłości one najbardziej stygmatyzują nieszczęśliwych mężczyzn Hardinga. Tych mężczyzn, którzy jednak potrafili walczyć, stwarzali coś z niczego, majsterkowali i przekazywali tę umiejętność w genach, walczyli z chaosem materii i nadawali jej określone kształty.

Tymczasem pozostają wspomnienia. Autor koncentruje się na losach Howarda. To jemu poświęca najwięcej miejsca. W jego biografii ukazuje wszystkie te dramaty, których nie potrafi już zwerbalizować umierający George. Miłośnik zegarów, który wiecznie je naprawiał, mierzy się z ich zatrzymaniem w domu i jednoczesnym niespokojnym biciem tego własnego, biologicznego. W spadku po ojcu przejął tę specyficzną spostrzegawczość i uważność, dzięki której panował nad tym, nad czym wielu mężczyzn nie może panować. Teraz czeka bezwolny, a to właśnie Howardowi Harding udziela głosu, to on opowie za syna to wszystko, co trudne do opowiedzenia. W historii chorującego na padaczkę mężczyzny, który za wszelką cenę chciał być dobrym ojcem i mężem, widzimy bolesny rozdźwięk między marzeniami a rzeczywistością. Choćby w wyrazistej postaci babki George' a - kobiety, która wyobcowana jako żona i matka skrywała pustkę emocjonalną i bez wahania podjęła decyzję o usunięciu męża z rodziny w momencie, w którym jej zagrażał. Harding portretuje trudne decyzje i trudne wybory. One w różnym stopniu naznaczyły umierającego właśnie George' a, czyniąc jego życie bardziej skomplikowanym.

"Majsterka" jest przejmującą rozprawą o życiowym fatalizmie i o tym, że nie mamy wpływu na wiele zdarzeń, niekoniecznie także mamy wpływ na własne życie w kształcie, o jakim dla niego byśmy marzyli. Harding pisze o różnego rodzaju ucieczkach, ale sygnalizowany eskapizm jest metodą zagłuszenia wyrzutów sumienia, która działa tylko na chwilę. Skomplikowany świat relacji rujnuje wskazana już osobność będąca jednocześnie manifestem buntu. Mężczyźni w tej prozie żyją w stadach, ale nie potrafią się swymi stadami zaopiekować. Pojawiają się momenty, w których gaśnie ich umysł, zawodzi zdrowy rozsądek, a George na łożu śmierci to taki tragiczny niemy bohater ze zużytym ciałem i szamoczącym się do końca umysłem. Paul Harding tworzy metaforę rozpadu i na jej bazie analizuje życiorysy, które uległy rozpadowi. To książka bardzo melancholijna, ale też okrutnie bezpośrednia. Elegijny ton i autorska wrażliwość czynią z "Majsterki" małe literackie arcydzieło. Kameralne, a przecież symbolicznie tak wieloznaczne. Dla każdego, bo o przeznaczeniu, które z siebie wypieramy.

2015-07-04

"Ezotero. Córka wiatru" Agnieszka Tomczyszyn

Wydawca: MG

Data wydania: 17 czerwca 2015

Liczba stron: 268

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Pogranicza

Książka Agnieszki Tomczyszyn to dowód na to, jak wiele jeszcze można zrobić z tak zwaną literaturą środka, by wywoływała zaskoczenie i intrygowała, mieszając wszelkie możliwe konwencje. "Ezotero. Córka wiatru" to niezwykłe połączenie tych wszystkich rodzajów powieści, o jakich można przeczytać na okładce, w związku z tym zamiast powielać informacje, dodam kilka nowych. Autorka zręcznie bawi się konwencją powieści kryminalnej, wplatając w nią wątki z pogranicza magii i parapsychologii. Obok mandali, seansu spirytystycznego i księgi wróżb odnajdziemy sprawę morderstwa, będzie także sporo tajemnic rodzinnych, wątek egzystencjalnego zagubienia i silnej relacji między matką a córką oraz młody, bogaty i przystojny mężczyzna zawracający w głowie tytułowej bohaterce. Tomczyszyn pisze lekko i chwilami odnieść można wrażenie, że kolejnych bohaterów oraz historie wprowadza bez większego zastanowienia. Czyta się jednak tę dynamiczną powieść z dużą ciekawością, a jakiekolwiek rozczarowania rekompensuje przewrotne zakończenie. Co jeszcze jest potrzebne, by uznać tę narrację za obiecujący debiut? Może przekonanie, że opowieść ta jest ze wszech miar oryginalna, chociaż wykorzystuje fabularne kalki i umiejętnie igra z konwencjami, którymi autorka tak sprytnie się bawi?

Latte żyje z matką Fileną z dala od ludzi. Fi stara się izolować córkę, nosząc w sobie tajemnicę, której nie chce zdradzić. Latte powoli wychodzi z odosobnienia, na jej drodze stają nowi ludzie. Dokonuje się specyficzna przemiana - dziecko dotychczas chronione przed złym światem, a może tylko przed pewną mroczną sprawą, poznaje ten świat po swojemu, zrywając z zależnościami, kształtując własne pojmowanie rzeczywistości. Sąsiad Janek Rossa, charyzmatyczna koleżanka z klasy Gloria, Kornel i Tosia - projektanci perfekcjoniści. To między innymi z nimi Latte zacznie budować swoje własne życie. Obok nich otworzą się dla niej wrota samodzielności, za którymi czekać będą przeżycia i emocje, jakich matka być może chciała oszczędzić córce. Tymczasem Latte chce stanowić o sobie. Jeśli nie może poznać tajemnic matki, chce przede wszystkim odkryć tajemnicę życia. Tego, w którym będzie mogła panować nad czasem i przestrzenią, co stanie się darem, ale i stygmatem. Wraz z końcem relacji opartej na bliskości i zależności otworzy się przed bohaterką rzeczywistość, którą można przewidywać. Ten dar przyniesie radość i smutek. Z nim Latte będzie budować swoją tożsamość. Śledzenie samodzielnej drogi rozwoju bohaterki będzie szło w parze z poznawaniem odpowiedzi na wiele pytań, dzięki którym początkowo powieść ta może tak silnie angażować czytelnika.

Tymczasem główna bohaterka poznaje Oktawiana Fetera - pana mody i mediów zafascynowanego parapsychologicznymi zdolnościami kobiety. One będą pomagać także policji zmuszonej do korzystania z niekonwencjonalnych metod przy wyjątkowo trudnym śledztwie. Wokół niego skoncentrują się prawie wszyscy znajomi Latte. Ona sama odegra w nim kluczową rolę, ale ta kryminalna zagadka będzie ją kosztować bardzo dużo. Bohaterka Tomczyszyn daje z siebie wiele i czuje, że jest potrzebna wielu osobom na wielu różnych płaszczyznach. Kim staje się dla siebie? Kim jest naprawdę? Co tak naprawdę przekazała jej w spadku matka i czy da jej to możliwość, by ingerować przede wszystkim we własny los?

"Ezotero. Córka wiatru" to opowieść o oczekiwaniach względem życia i o fatalnym darze, kiedy na bieg istnienia swojego i innych można wpływać. To także specyficzna powieść inicjacyjna opowiadająca o tym, czym jest doświadczanie samej siebie z presją brzemienia odziedziczonego po matce. Tomczyszyn sporo ryzykuje, bo w jej książce granice świata realnego i fantastycznego nieustannie się zacierają. Może to wywoływać trudności w odbiorze, w klasyfikacji tej prozy. Zwolennicy powieści obyczajowej będą jeżyć się na wszelkie parapsychologiczne wtręty, jak również odepchnie ich ta odrobina magii, której w powieści jest potem coraz więcej. Ci szukający metafizycznych wrażeń w niecodziennej scenerii przyjmą tę narrację z zachwytem. Udała się sztuka połączenia tego, co pozornie niemożliwe do połączenia. Mroczna realistyczna proza wciąż walczy z fantastyką wyjaśniającą nieco dokładniej to, jak zbudowana jest rzeczywistość. Tomczyszyn przemyca tezę o tym, że nie wszystko można wyjaśnić racjonalnie, a pewna część ludzkiej osobowości zawsze tęskni za obecnością tego, co niewyjaśnione, niezwykłe, nienazwane i przez to pasjonujące.

Bohaterka powieści podejmuje się misji i walki jednocześnie. Spada na nią może zbyt wiele, ale to ogrom życiowych doświadczeń filtrowany przez niezwykłą wyobraźnię autorki buduje wiarygodną postać - osadzoną przecież między światem rzeczywistym a magicznym. "Ezotero. Córka wiatru" wzmaga czytelniczą ciekawość, opowiadając o kilku rodzajach poświęcenia i o pięknych trwałych relacjach międzyludzkich, którym nie są straszne zmiany ani nawet śmierć. To oryginalna proza, dla której warto zagubić się w świecie realnych przeżyć oraz doświadczeń z pogranicza życia i śmierci. Jest też swego rodzaju eksperymentem i manifestem - prowokuje, bawi i smuci. Wyzwala wiele emocji, bo to książka, którą prawdopodobnie emocjami trzeba odbierać. Rzadko zdarza się umiejętne połączenie patosu i powagi z elementami humorystycznymi i lekką nutą ironii w portretowaniu tego, jak układają się ludzkie losy w świecie, dla którego nie ma przecież jednej definicji. Ich poszukiwania można prowadzić zarówno wokół siebie, jak i w innym wymiarze. Dokąd zabiera nas Agnieszka Tomczyszyn? Tam, gdzie bliskość, przywiązanie wraz ze śmiercią i smutkiem budują specyficzną zależność, a świat nigdy nie ma jasno określonych granic.


PATRONAT MEDIALNY

2015-07-01

"PS Nie szukajcie mnie" Leena Parkkinen

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 8 maja 2015

Liczba stron: 350

Tłumacz: Iwona Kiuru

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Uwolnić się od wyspy

Kolejna powieść Leeny Parkkinen nie jest aż tak wielowątkowa ani aż tak zaskakująca jak jej debiut, niemniej mamy do czynienia z naprawdę solidnym warsztatem, który po "Ty pierwszy, Max" rozwija się u fińskiej pisarki bardzo obiecująco. Parkkinen pozostaje przy złożonej tematyce psychologicznej, oferując nam tym razem powieść drogi, w której główną podróżą jest ta w przeszłość. Wiekowa bohaterka chce się z nią ponownie skonfrontować. Podąża ku wyspie, gdzie spotka się ze zmarłymi. Odkryje tajemnice, jakich istnienia być może nawet nie przeczuwała, choć uważnie przyglądała się rzeczywistości i bardzo cierpiała po stracie bliskiej przyjaciółki oraz jeszcze bliższego jej brata. Nie bardzo jedynie rozumiem zabieg połączenia jej losów z losami niepokornej nastolatki, gdy to, co mają ze sobą wspólnego, to realizowane właśnie pragnienie ucieczki. Parkkinen zbudowała dwie płaszczyzny czasowe bardzo wiarygodnie, ale nie widzę głębszego związku między dwiema kobietami, a raczej nie pojmuję zasadności osadzenia w fabule tej drugiej, dużo młodszej. Mroczna tajemnica głównego wątku nie jest ani bardziej uwiarygodniona, ani też pogłębiona przez obecność ciężarnej siedemnastolatki u boku wiekowej Karen, która nie boi się niczego poza niepewnością - dlatego musi rozwiązać zagadkę sprzed lat i poznać tę część prawdy, która była dla niej niejasna.

Karen Valter ma życie za sobą. Przed sobą imperatyw - udać się ponownie na Fetknoppen. Zdaje się skazana na to miejsce. Czym ono jest? "Wyspa, na której nie może się zdarzyć nic złego. Na której nic się nie zmienia. Dziewczęta nie znikają". A jednak staje się inaczej. Dwa lata po zakończeniu drugiej wojny hermetyczną społecznością wyspy wstrząsa brutalne morderstwo dokonane na młodziutkiej Kersti. Karen była z nią blisko, podobnie jak jej brat. Sebastian bardzo szybko uznany zostaje za zabójcę. Chociaż w życiu mierzył się z niejednym stygmatem na nieprzychylnej mu wyspie, nie będzie umiał poradzić sobie z tym ciosem. To Karen musi rozwiązać zagadkę śmierci Kersti. Nie robi tego jednak dla niej. Zrozumienie prawdy da jej czytelny obraz skomplikowanych relacji z bratem, dla którego była gotowa zrobić wszystko, gdy razem snuli plany opuszczenia wyspy.

W retrospekcjach Leena Parkkinen coraz bardziej utrudnia nam odczytywanie relacji między siostrą i bratem. Obserwujemy, jak w cieniu drugiej wojny światowej kwitnie młodość. Widzimy różnego rodzaju ograniczenia stające na drodze do bycia szczęśliwym. Poznajemy w końcu historię zgubnej namiętności, ale przede wszystkim widzimy, jak skomplikowane życie miała córka weterynarza, która borykała się z wczesnym odejściem matki, alkoholizmem ojca i stygmatyzowaniem brata. Okazuje się, że bolesne wspomnienia wciąż dają o sobie znać, bo osiemdziesięciotrzyletnia Karen nie może zaznać spokoju. Ucieka od syna, który tak bardzo przypomina jej mdłego męża, i podąża ku Fetknoppen, bo wspomnienia wciąż niepokoją i mogą prowadzić do nieobliczalnych zachowań.

Takimi charakteryzuje się młodziutka Azar, którą Karen zabiera ze sobą na wyspę. Córka irańskich imigrantów również skrywa tajemnice swego życiorysu. Azar jest zbuntowaną outsiderką i być może przypomina Karen ją samą z czasu, w którym musiała mierzyć się ze wstydem, zahamowaniami, opinią hermetycznej społeczności i odium, jakie spadło na nią głównie z winy brata. Bohaterki znajdują specyficzną nić porozumienia, ale ich wzajemne relacje są niejasne tak samo, jak status samej Azar w tej opowieści o samotności, zgubnych fascynacjach i namiętnościach prowadzących do tragedii.

Centrum zdarzeń minionych i powracających wspomnień jest Fetknoppen - wspomniana wyspa budująca tutaj klimat tajemniczości i dość klaustrofobiczną atmosferę izolacji, w jakiej dorastała młoda Karen. Ona sama musiała być logiczna i uporządkowana, radzić sobie z wyobcowaniem i znosić codzienną obcość ojca. Jednocześnie obok był Sebastian - brat, który fascynował od zawsze i urzekał pewną siłą, jakiej nie miała w sobie jego siostra. Co stało się na przestrzeni lat, że dorosła Karen przestała być empatyczna, starała się dystansować od innych i nigdy tak naprawdę nie zaznała szczęścia? Parkkinen buduje narrację pełną licznych dygresji - niektóre wplatane wątki odwodzą nas od zasadniczego problemu, zaciemniają całą sytuację związaną z morderstwem, jednocześnie zmuszając do zadawania prostych pytań. Te, które Karen nosi w sobie od lat, wcale proste nie są. Sebastian nie został przez nią pochowany. Wciąż jest obok, stale ma 22 lata i ten apetyt na życie, którym nie zdążył się podzielić z siostrą. Czego Karen nie wiedziała o bracie i kim był tak naprawdę? Czasami trzeba zrozumieć i zaakceptować prawdę, jaką skrywa się w sobie od lat, i nie potrzeba żadnych pytań, choć chętnie je mnożymy - to być może jedna z sugestii, które fińska pisarka zawiera na kartach książki o wielu tajemnicach, licznych niedopowiedzeniach i usilnej próbie zatrzymania w sobie przeszłości. Okazuje się, że wojenny czas na wyspie wart jest wspominania i utkwienia w nim na zawsze. Witalizm młodej Karen został jednak przełamany smutkiem, którego istoty nie znamy. Wiemy tylko, że bohaterka żegna się z życiem, ale nie może przyjąć śmierci bez pewnych wyjaśnień. Czy uzyska odpowiedzi na dręczące ją pytania?

Parkkinen pisze z dużą swobodą o sprawach, które uwierają na tyle silnie, że nie sposób o nich mówić przez całe swoje życie. "PS Nie szukajcie mnie" to książka przepełniona fatalizmem i przekonaniem o tym, że raz zadane rany pozostają z nami na zawsze. To powieść o utracie, z którą nie można się pogodzić, i o tej utraty przeżywaniu. Smutna, chwilami melancholijna, niepotrzebnie chyba obudowana sensacyjną otoczką wynikającą z sytuacji Azar. Lektura dotykająca czułej struny, bo mówiąca o zakazanej formie czułości i o tym, jak wiele można poświęcić, by podążać za swymi pragnieniami bez względu na konsekwencje i na przekór małej społeczności, która zawsze stygmatyzuje za jakąkolwiek inność.

2015-06-29

"Cyklon" Andrzej Muszyński

Wydawca: Czarne

Data wydania: 17 czerwca 2015

Liczba stron: 262

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Wyprawy zadziwienia

Wraz z wydaniem "Cyklonu" pojawiła się dyskusja o poziomie merytorycznym tej publikacji. Michał Lubina - naukowiec specjalizujący się w sprawach Birmy - wypunktował nieścisłości w reportażu, autor podjął się polemiki. Kładzie to pewien cień na odbiór tej książki, niezwykłej przecież, bo traktującej o bardzo trudnym kraju, o niepojętej w szczegółach wiecznej batalii knowań i konfliktów. Birma zdaje się mroczna, bo to kraj - na kartach tej książki - przede wszystkim pytań, a nie odpowiedzi. "Cyklon" ma dużą wartość literacką. Długa jest jednocześnie lista błędów merytorycznych. Andrzej Muszyński starał się przedstawić, czasem tylko zasygnalizować, mnogość problemów i dylematów kraju, który tkwi w stanie niekończącej się rewolty i gdzie 135 mniejszości etnicznych wciąż usiłuje znaleźć wspólną przestrzeń do życia. W kraju, którym rządzą tak naprawdę wszechobecna zieleń, szczury, upał i monsuny. Tam, gdzie z równą siłą zabijają reżim i wspomniany w tytule kataklizm. Trudna opowieść o wielu obliczach Birmy spotyka się z zarzutami nieścisłości merytorycznych.  Nie sposób tego nie zauważyć. "Cyklon" jednak wymusza ten rodzaj uważnej lektury, która komuś, kto nie zna azjatyckiego celu ośmiu podróży Muszyńskiego, zapiera dech w piersiach - bo to wszystko nie tyle egzotyczne, ile przede wszystkim bardzo skomplikowane.

Pozostaje mi jedynie wskazać mocne punkty tego reportażu jako dzieła literackiego.  I mimo wszystko zwrócić uwagę na jego ogromną wartość poznawczą. Publikacja sygnalizuje bardzo wiele mrocznych tez, które zrozumieć można lepiej chyba wówczas, gdy pojmie się tę sygnalizowaną birmańską przewrotność ludzkiej natury okazującej przede wszystkim dwie skrajności - serdeczność i okrucieństwo. To także dowód niezwykłych umiejętności - słuchania, pochłaniania egzotyki, racjonalizowania grozy i skupienia na ludzkich historiach, które polifonicznie brzmią jak dramat niekoniecznie gdzieś z dalekiej Azji...

Autor "Miedzy" stosuje kompozycję klamrową, albowiem czas jest kołem i ta jego specyfika odbija się w portretowanych losach kraju, który wciąż walczy, mnożąc wojny i konflikty o bardzo różnym charakterze i pochodzeniu. Birma Muszyńskiego skrywa się przed nami niczym twarz przypudrowana tanaką, chroniona w ten sposób przed palącym słońcem. Autor podejmuje się kilku wypraw, lecz poza tymi realnymi, podczas których między innymi będzie podróżował na słoniu czy przebywał w areszcie domowym, są podróże w przeszłość - czasem bardzo odległą, niekiedy archaiczną dla dzisiejszego stanu rzeczy, który nie ma jednej definicji, bo Birma jest mnogością filozofii, poglądów, odcieni ludzkiego zła i religijnej izolacji, by przetrwać nie tylko gorący klimat, ale i biedę, niepewność oraz wszelkiego rodzaju niestabilność egzystencjalną.

Nie ma chronologii w tych zapiskach, choć historyczne przełomy sygnalizowane są czytelnie i dość linearnie. Zaczyna się od wędrówki po pogrążonym w mroku Rangunie, by skończyć na poruszającej wyobraźnię fantazji o śladzie zwanym "madukha". Jest więc wszystko - mroczny realizm, ściskające za gardło poczucie wyobcowania i oddalenia od samego siebie oraz morze opowieści. Mitów i faktów łączących się w groźnym tyglu, tak jak łączą się natura i człowiek, wciąż naznaczeni piętnem walki. Muszyński nadaje imiona ludzkim nieszczęściom i choć są one egzotyczne, dotykają każdego wrażliwego człowieka bez względu na szerokość czy długość geograficzną. Rozmowy z byłym mnichem - rewolucjonistą, fatalnym rebeliantem, elektrykiem - wygnańcem czy mieszkańcami najbardziej peryferyjnych wiosek stanowią dowód wielkiej empatii, ale i najmocniejszy atut tego reportażu. W ludziach i obok ludzi Muszyński stara się szukać odpowiedzi na pytania o to, co wydaje się nieludzkie, jak siła cyklonu Nargis czy atawizm walczących o przetrwanie szczurów, zalewających miasta i wioski, pustoszących jak wojska etniczne te wszystkie osady, których dramatycznej historii nikt nie napisze. Ale jest i inna poruszająca wyobraźnię narracja. To pamiętnik z wyprawy ku Himalajom Birmańskim, przejmujące eksplorowanie świata na marginesie, zapis mierzenia się z lękiem i nadzieją oraz obcowania z ludźmi zahartowanymi przez życie z dala od jakiejkolwiek cywilizacji.

Trudno o niej samej mówić w kraju, który dopiero od niedawna wprawia się w demokracji, stara się zwalczyć ciemność w miarę regularnymi dostawami prądu i otwierać na świat mimo wewnętrznego zamknięcia i skonfliktowania. Symbolem specyficznej izolacji Birmy może być uważnie portretowana przestrzeń tamtejszych kresów - by zbliżyć się do Himalajów, Muszyński musi zbliżyć się przede wszystkim do innego niż naturalne pojmowania tego, co to znaczy radzić sobie ze sobą i światem wokół. Bo rzeczywistość dalekiej północy kraju odbiega mocno od tego, co serwują była stolica czy też ta obecna, wybudowana na zamówienie w sercu buszu, monumentalna i pusta w gruncie rzeczy. Autor "Cyklonu" udowadnia, że odpowiedzi na większość nurtujących go pytań można odnaleźć tylko na birmańskiej prowincji. Co uznać za taką w kraju z jednej strony wciąż się rozwijającym, z drugiej jednak pozostającym w mroku biedy, korupcji, przemocy i wiecznych zbrojeń?

Wydaje się, że można zaufać Muszyńskiemu, który prowadzi nas przez busz i najpodlejsze zakątki Rangunu z taką samą czułością i ekscytacją, z jaką opowiada o ambiwalentnych uczuciach Birmańczyków, ich wzajemnej nieufności, o trudnej do zrozumienia walce buddyjskich mnichów z opresyjną władzą i o wszystkich tych paradoksach, które czynią z Birmy kraj egzotycznie mroczny. Ten mrok zaskakująco silnie fascynuje młodego reportera podążającego śladami mało wytartymi, z licznymi kopiami pozwoleń, czasem z duszą na ramieniu i niekiedy przekonaniem o tym, że nie uda się osiągnąć celu. "Cyklon" to wielowątkowa i wielopłaszczyznowa opowieść o Birmie, w której można się zakochać z równą siłą, co się jej przestraszyć. Ambitny reportaż, w którym szorstki język idzie w parze z liryzmem odczuć i niebagatelnie skupioną na szczegółach uwagą. Być może podążanie tropem nazbyt wielu szczegółów zostało okupione tekstem krytycznym Michała Lubiny. Muszyński prezentuje otwartość i wrażliwość niejednego, którego Birma mogłaby przerazić. "Cyklon" jest wyrazem fascynacji i wyjątkowego talentu do tego, by fakty przekuwać w pasjonujące opowieści, z kraju, którego można się bać. Albo zacząć jego grozę i wieloznaczność podziwiać.

2015-06-27

"Fosa" Sylwia Siedlecka

Wydawca: W.A.B

Data wydania: 4 marca 2015

Liczba stron: 192

Oprawa: twarda

Cena det.: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Rewiry okrucieństwa i samotności

Sylwia Siedlecka w swej debiutanckiej powieści prowadzi nas przez mroczny świat małomiasteczkowego marazmu z okrucieństwem i subtelnością jednocześnie. To proza przesycona liryzmem i delikatnością nie tylko dlatego, że jej główna bohaterka ma bardzo wyczulone zmysły i odbiera rzeczywistość nad wyraz intensywnie. Siedlecka umieszcza nas w świecie przedstawionym obrazującym miasto - pułapkę, ale także taką samą sytuację życiową. Z jednej strony jest to świadomy wybór dwudziestosiedmiolatki, której największym kapitałem jest ciało, nieskonsumowane jeszcze przez małżonka. Z drugiej natomiast - bolesny ślad po ekstrawertycznej matce, która zabierała córkę w podróże po Polsce, a Liza po okresie tymczasowości, wciąż nowych imion, tożsamości i po życiu na walizkach chce wreszcie ogarnąć tę subtelną "swojość" otoczoną niewidoczną fosą, oddaloną od wielkiego świata wrażeń i zmysłów. Przekornie jednak bohaterka powieści ogrom przeżyć, przeczuć i rozważań osiąga dzięki uważnej obserwacji oswojonej przestrzeni. To historia o tym, co się dzieje, gdy z wąskimi horyzontami spotyka się bogata wyobraźnia. O ludziach, którzy doświadczeni okrucieństwem, sami się nim dzielą czasem w dobrej wierze. O odejściach tak niespodziewanych, jak oczekiwanych w zasadzie. O tym, jak można sobie rekompensować śmierć. I o tym, że potrafimy być dla siebie jednocześnie wrogami i przyjaciółmi.

Liza wie, że za chwilę stanie na ślubnym kobiercu. Zdaje sobie sprawę z tego, że jej życie, odczuwanie tego życia, mogą się za moment diametralnie zmienić. Arek podjął decyzję o ślubie bardzo kompulsywnie - zabrakło mu w życiu kobiety, dla której może być ważny i która jego samego uzna za kogoś najważniejszego. Dla Lizy najważniejsze jest jej bogate wnętrze. Uporządkowane wbrew chaosowi, jaki wciąż wprowadzała do życia matka. Wbrew jej samobójczej śmierci, która stanowi dowód porażki i świadectwo tego, że szczęścia nie znajdzie się, uciekając z małej mieściny. A Strzałki to taka miejscowość na marginesie mapy, z ludźmi żyjącymi własnym rytmem, często naznaczonym okrucieństwem wszechwiedzy. Bo Liza jest tą, która wie najmniej. Czuje zaś znacznie więcej niż społeczność, odczuwa świat inaczej. Ta obywatelka mikroświata nie pozwala nikomu zbliżyć się do siebie na tyle, by zaczął krzywdzić. Trudne relacje z przeszłości przekładają się na to, jak postrzega ludzi teraz. Czy jest gotowa stać się żoną u boku miejscowego mięsnego magnata?

W prozie Siedleckiej uwagę przykuwają postacie drugiego planu. Liza nie jest sama ze sobą, choć tak jej w sumie najlepiej i najwygodniej. Jest obok niej Kika, kobieta o wyglądzie dziecka. Skrzywdzona przez los i rozgoryczona, a ból przenosi na swe mroczne obrazy, szpecąc na nich rzeczywistość. Kika zrobi wszystko, by wydostać się z miasteczka, ale nie uda jej się zabrać Lizy. Liza wie, co o niej dzisiaj stanowi, i choć stara się pożegnać przeszłość oraz sprzedać mieszkanie, w którym matka pozbawiła się życia, rozumie doskonale, że odium nieprzychylnych jej mieszkańców to bolesny ślad po rodzicielce, tak bardzo rozgoryczonej i tak mocno irytującej u kresu swego życia.

Druga ważna postać, na którą zwraca uwagę Liza, to Anna. Kobieta przybywa do Strzałek i stara się odremontować stary ośrodek zdrowia. Przyciąga swą tajemniczością i niefrasobliwością, a przecież niesie ze sobą bagaż bolesnych doświadczeń z czasu minionego i, dodatkowo obarczona zostanie nową tragedią, na którą nikt nie jest przygotowany. Liza obserwuje, wącha i zbliża się do Anny na swój własny, sensualny sposób. Są takie momenty, że być może zazdrości jej tego wszystkiego, co tamta dostała od życia bez wysiłku, i fascynuje ją, jak wiele z tego roztrwoniła i jak bardzo pogrążyła się w rozpaczy mimo pozornej witalności. Anna jest inna, nie pasuje do miasteczka. Przyczyny jej przybycia także nie są jasne dla mieszkańców. Dla Lizy liczy się emocjonalna bliskość, a tę jest w stanie osiągnąć, gdy rozmawia z Anną, towarzysząc jej na co dzień. Rzeczywistość zbliżająca obie kobiety zamyka w sobie także wszystkie tragiczne zdarzenia, o jakich nie chcą sobie opowiadać, pragnąc porzucić wszystko, co je ograniczało i unieszczęśliwiało.

Siedlecka snuje rozważania o tym, czym jest nasze miejsce na ziemi i jak wiele z siebie możemy dać, by to miejsce zachować. Fantazjuje także o ludzkim okrucieństwie, od którego nie można się odgrodzić niewidzialną fosą i które wciąż na nowo daje o sobie znać, formując bolesną bryłę świata - a ta wciąż napiera, mnoży trudności, pytania i wiele wątpliwości różnej natury. "Fosa" to powieść, w której melancholia miesza się z grozą życia. Uzupełniają się wzajemnie, tworząc opowieść pełną niedopowiedzeń. Czytelne retrospekcje wyjaśniają wiele, ale są też wspomnienia zamglone, niejasne. W tym wszystkim dużo, za dużo może tragicznych zdarzeń budujących (a może raczej rujnujących) życiowe plany zagubionych w sobie bohaterów. Sylwia Siedlecka kreśli zdania czasem liryczne, czasami boleśnie jednoznaczne w swym okrucieństwie. Wszystko w mrocznym otoczeniu zapadłego w sobie miasta, które kwitło życiem, a stało się smutnymi peryferiami ludzkiego marazmu i braku perspektyw.

Liza wychodzi poza siebie i poza swój świat, ale tak naprawdę uzależnia swoje decyzje od wpływu innych, czasami destrukcyjnego. Bohaterka Siedleckiej chciałaby się przejrzeć w lustrze życia i zobaczyć tam swą prawdziwą twarz. Pojawia się lęk, bo to niemożliwe. Rojenia, fantazje i marzenia. Jednym z nich jest plan na życie u boku tego, który odebrał życie najcenniejsze dla matki Lizy. "Fosa" opowiada o samotności, wyobcowaniu i niezwykłym rodzaju wrażliwości, która może stać się źródłem dodatkowej udręki, kiedy połączy się z tym, co w drugim człowieku najgorsze. Liza nie chce krzywd, ale krzywdy jej nie opuszczają. Siedlecka wskazuje, że czasami nie uciekniemy od życiowego przeznaczenia, choćbyśmy żyli cały czas na przekór, inaczej odczuwali i inaczej rozumowali. To także książka, w której śmierć wydaje się ważniejsza od życia, bo raz oczyszcza, raz wyzwala działanie i witalność. To, w jaki sposób odczytamy "Fosę", zależy tylko od nas samych. Autorka zrobiła wszystko, by swą powieść uwiarygodnić w sferze niedopowiedzeń. To taka książka o fragmentach cudzych losów i o życiorysie niepraktycznej i niepotrzebnej kobiety, która chce pozostać w mieście  - więzieniu, by nauczyć się życia na nowo. Mroczna, przejmująca oraz dramatycznie drapieżna proza o wydźwięku egzystencjalnym, mnożąca pytania i pozostawiająca z niejasnymi na nie odpowiedziami.

2015-06-25

"Copyfighter" Łukasz Krakowiak

Wydawca: Nisza

Data wydania: 10 czerwca 2015

Liczba stron: 230

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37 zł

Tytuł recenzji: Wokół iluzji

Książka Łukasza Krakowiaka ma dużą wartość poznawczą. Literacką niekoniecznie. W tej dynamicznej historii poznajemy świat reklamiarzy od podstaw. Czynnym uczestnikiem życia tego świata był sam autor, który kreuje coś na kształt twórczej dla siebie i czytelnika powieści autobiograficznej z zadaniem udowodnienia pewnej iluzji. Tą iluzją jest poczucie sensu tkwienia w tym zawodzie. Bokserska nomenklatura wydaje się tu jedyną właściwą, bo przeszłość to walka, a świat przedstawiony książki zbudowany jest z siedmiu rund z prawdziwym nokautem w zakończeniu. Czyta się "Copyfightera" dość lekko, albowiem humor przeplata się z ironią w naprawdę dobrym stylu. Język ma być drapieżny, konsekwentnie prowokacyjny, zdarzają się zdania poddane presji i rygorowi pisarskiego szaleństwa, ale w zasadzie jest to rzecz niezbyt zapadająca w pamięć, choć wyraźna przecież w swym bardzo czytelnym przesłaniu.

Copywriter. To takie zabójcze, groźne i w gruncie rzeczy puste słowo. Jedno z tej nowoczesnej nowomowy, jaką tworzą w firmach i korporacjach przykre anglicyzmy. Copywriter to łebski gość. Zarabia na sprzedawaniu iluzji. Zalewa nią rynek, bo jest potrzebna w nadmiarze. Przeciska się przez wszelkie szczeliny między słowami, budując atmosferę niedopowiedzenia albo upraszczając rzeczywistość rymami częstochowskimi. Wie, do kogo się zwraca, i zna stosowne kody porozumienia. Wywiera wpływ na wiele różnych sposobów, manipuluje ludzką psychiką i nie ponosi żadnych tego konsekwencji. Nieźle, naprawdę nieźle zarabia. Copywriter. Gość wyglądający jak kloszard dzięki ubraniu za dwie średnie krajowe. Gdzieś w telewizyjnych obrazkach posiadający nowoczesną furę i równie nowoczesny loft. To one stają się szczytem marzeń Artura, który dzięki sprytowi, przebiegłości i sprawności językowej bardzo szybko zdobywa poważanie w branży reklamowej, zamieniając sens życia na tworzenie takich konstrukcji językowych, w których słowo ma dziwić się słowu, a lingwistyczna demagogia budować sieć intertekstualnych kłamstw tak chętnie przyjmowanych przez odbiorców.

W opowieści Krakowiaka mamy dopiero początek XXI wieku i opisywane działania ledwie raczkują. Potem rozwiną się w naprawdę prężny biznes konfabulacji za wielkie pieniądze. Na razie Artur znajduje się pośród specyficznych artystów. A może iluzjonistów słowa, którzy za pieniądze są w stanie wyperswadować wszystko. Bohater wkracza do świata ludzi, z którymi bardzo szybko łapie dobry kontakt. Ekipa prężnie wykonuje kolejne zlecenia. Czytanie o ich specyfikacji oraz szczegółach wykonania przez kilkanaście stron jest czytelniczą atrakcją, potem jednak zdecydowanie nudzi. Tym bardziej że Krakowiak mimo wielu wysiłków nie serwuje nam jakichś spektakularnych zwrotów akcji, a tego można oczekiwać, wiedząc, w jakim trybie i nad czym pracują jego bohaterowie.

Alternatywą dla szybkiego działania pod presją czasu, gdzie liczy się zdolność ogłupienia odbiorców komunikatu reklamowego, może być alienacja. A dokładnie klasztor Alienatów, gdzie próbuje skryć się jeden z bystrzejszych znawców systemu reklamowej złudy. To Jaro jest najciekawszą postacią w tej książce, on buduje całą akcję i on jest w niej dominujący. Artur podąża ślepym tropem. Coraz bardziej zaciera mu się granica między życiem zawodowym a tym prywatnym. Coraz więcej daje z siebie, dając się jednocześnie zwariować i uznając, że oto znalazł się w jakimś szczególnie ważnym momencie życia, który zdecyduje o jego przyszłości. Karykaturalne są coraz to nowsze próby wybijania się w biznesie, bo odnieść można wrażenie, iż wszyscy pracownicy agencji reklamowej w tej książce zatracają własne człowieczeństwo, główkując usilnie, co z tym człowieczeństwem innych zrobić, a raczej jak je urobić, przekonując do niepotrzebnych zakupów, za które konieczna będzie wdzięczność losowi. I reklamie.

Iskrzące sylwetki bohaterów z czasem - jak sama akcja - wycierają się na wzór markowych dżinsów, które noszą rasowi copywriterzy. Fabuła zmierza donikąd. Finałowe rozwiązanie trafnie rozsadza napięcie, ale problemem Łukasza Krakowiaka jest brak umiejętności głębszego diagnozowania grozy opisywanego zjawiska. Bo praca Artura go wyjaławia. Zajęcie, któremu się z takim zapałem oddaje, budzi niepokojące instynkty i służy jedynie autodestrukcji. Tak też jest z samą prozą. Krakowiak trochę zjada własny ogon. Za dużo - zamierzonego lub nie - humoru, za mało diagnozy. Jego literacki ring nie przynosi większej przyjemności estetycznej zwolennikom literatury, prezentuje jedynie bardzo szeroki zarys pewnego zjawiska, piętnując je dosłownie i symbolicznie, ale przede wszystkim powierzchownie. Wszystko w bardzo czytelnej, czarno-białej konwencji. Taki też komiks można byłoby stworzyć na podstawie "Copyfightera". Co pozostaje po lekturze? Świadomość szybkiego przetoczenia się przez świat, w którym można zwariować na własne życzenie. Świat, który powoduje, że wariują inni. Bo któż z nas nie nabył jakiegoś produktu tylko dzięki jego reklamie?

Krakowiak portretuje młodych i zdolnych, którzy są straszliwie spięci w swoim wyluzowaniu. Pokazuje iluzoryczność priorytetów świata, jedynie kwoty na kontach są prawdziwe i w większości satysfakcjonujące. Ale to także książka o tym, w jaki sposób traci się w życiu ten rodzaj satysfakcji, który pozwala nam na poczucie się lepszym i świadomość, że jakoś się rozwinęliśmy. Artur udowadnia, że bardzo cienka jest granica rozsądku przy zaangażowaniu się w jakiekolwiek zajęcie. Kreowanie rzeczywistości reklamy idzie w parze z docieraniem do pewnego rodzaju pustki w sobie samym. Czy ktoś poza wspomnianym Jarosławem będzie w stanie powalczyć o normalność i prawdziwą treść we własnym życiu? Groteskowe, ironiczne, mocno karykaturalne ujęcie ludzkiego działania na granicy szaleństwa. Niby nowatorskie i ciekawe, a jednak literatury w tym niewiele. Przesłań i krzykliwej treści rzeczywiście sporo.

2015-06-23

"Tyle słońca. Anna Jantar" Marcin Wilk

Wydawca: Znak

Data wydania: 4 czerwca 2015

Liczba stron: 398

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Szukając promieni...

Niespełna trzydzieści lat. Pełne werwy i witalności życie przerwane przez katastrofę lotniczą. Do dziś, jak przez 35 lat, mnożyć można fantazje o tym, co zrobiłaby Anna Jantar, w jaki sposób się rozwinęła, ile jeszcze energii oddała muzyce i jak bardzo spełniałaby się na estradzie. Marcin Wilk nie fantazjuje, lecz porządkuje. Tworzy bardzo rzetelną biografię, przeglądając multum materiałów źródłowych. Z równą pasją czyta zarówno odtajnione akta IPN, jak i pamiętniki, stare gazety oraz notowania list przebojów. Przesłuchuje stenogramy audycji, prowadzi liczne rozmowy. Dużo jeździ po Polsce. Chce poczuć wszystko na własnej skórze. Z reporterską wnikliwością bada ślady czytelne, ale i niewyraźne. Te drugie przede wszystkim. Rozkłada ręce, gdy tropy się urywają. Pokazuje miejsca, w których nie ma nic więcej, choć więcej byłoby możliwe do odkrycia. Dzięki swej wnikliwości tworzy pasjonującą biografię Anny Jantar. A przecież zadanie miał trudne, jest w końcu trzeci - po Marioli Pryzwan, autorce "Bursztynowej dziewczyny", i księdzu Andrzeju Witko, który wydał książkę "Anna Jantar". To dodatkowe wyzwanie dla Marcina Wilka, by napisać sumiennie, odkrywczo i przejmująco. Udaje mu się to doskonale.

Cała opowieść jest bardzo uporządkowana chronologicznie. Rok po roku śledzimy losy tej, która od najmłodszych lat musiała cały czas walczyć o swoje. Wilk rozmawia z matką artystki, po której Jantar przejęła pewnie tę wewnętrzną siłę, dzięki której wciąż osiągała sukcesy, nigdy nie idąc po trupach. Przecież "kobiety w tej rodzinie mają w genach, by w trudnych chwilach być prawdziwymi heroskami". Halina Szmeterling borykała się z innymi problemami niż radosna Ania, ale obie zostały doświadczone przez los na tyle, by być wobec niego pokornymi i ludzi wokół traktować z szacunkiem oraz empatią.

Pięknie brzmi ta część opowieści, w której poznajemy pierwsze fascynacje Jantar, odkrywając jednocześnie trudną sytuację rodzinną i ambiwalentny stosunek do brata, z którym na przemian była blisko i w oddaleniu. Zdyscyplinowana wewnętrznie i bardzo ambitna, pokonywała kolejne trudności, by realizować cele. Pewność własnej wartości z odrobiną istotnej nieprzewidywalności czyniły z Anny Szmeterling dziewczynę świadomie wkraczającą w dorosłość. Najpierw przy antysystemowych uderzeniach big-bitu, potem już dużo raźniej u boku przyszłego męża, Jarosława Kukulskiego. Jantar poszukiwała możliwości, wciąż coś w sobie i wokół siebie zmieniając. A zmian trudno było dokonywać w kraju o takim, a nie innym ustroju (Wilk dyskretnie sygnalizuje tamten czas, cytując od czasu do czasu propagandowe slogany), przy zamkniętych granicach, przy obecności na estradzie wielu utytułowanych już wokalistek, z którymi Anna Jantar nie chciała się utożsamiać.

Czytelna teza stawiana przez autora brzmi następująco: "Nie ma jednego oblicza Anny Jantar". To dla niej warto było przeprowadzić wiele rozmów z ludźmi z jej najbliższego otoczenia. Również z tymi, którzy obserwowali rozwój specyficznej symbiozy, jaką było wrastanie w męża, Jarka, i wspólne życie podporządkowane muzyce, komponowaniu, śpiewaniu. Jantar doskonale wiedziała, czego chce. Także w Opolu, które za życia było dla niej nieprzyjazne, by po śmierci wielbić i gloryfikować, potwierdzając jedynie smutną teorię o docenianiu wielkich po ich odejściu. Z Jarosławem Kukulskim żyli na tyle dynamicznie i drapieżnie, że znalazł się czas na każdy rodzaj aktywności, ale przede wszystkim na tę odwołującą się do ich pasji.

Ale małżeństwo to także kompromisy. Wilk zaznacza ten moment, w którym Anna musiała się pożegnać z ambitniejszym rodzajem piosenek, z metafizyką i dekadencją oraz duchem podziwianego brata na studiach polonistycznych. Zamieniła to w sposób subtelny na brzmienie popkulturowe. Zyskała emocjonalną bliskość z publicznością, która zawsze była dla niej tak bardzo ważna. Pewnie dzięki temu żegnało ją na cmentarzu czterdzieści tysięcy osób. Znacznie więcej dostrzegało energię i niepowtarzalną siłę sceniczną, którą zarażała w tak wyjątkowy sposób w czasach trudnych przecież nie tylko dla kariery muzycznej. Tej Jantar z wiadomych względów nie rozwinęła. Być może silna koncentracja na pracy i różnego rodzaju zawodowe problemy zachwiały przez moment małżeństwem Kukulskich i kto wie, jak wyglądałoby życie tego tandemu po 1980 roku, ale to znowu tylko fantazje. Tego w książce Marcina Wilka nie ma. Tezy sugerowane są niezwykle dyskretnie. Wilk przygląda się życiu artystki z kilku różnych perspektyw i to czytelnik wybiera sobie tę dla niego najlepszą. "Tyle słońca" jest książką faktów i niepokojących niejasności. Bardzo silnie osadzoną w życiu Anny Jantar, ale przyglądającą się mu także oczyma innych. Nie wszyscy byli w stanie zrozumieć artystkę. Być może to zasługa bycia zodiakalnym Bliźniakiem - wciąż skłonnym do zmian, wciąż niespokojnym. Jakże bardzo kontrastuje z potencjałem życiowym Jantar jej nagła, bezkompromisowa i szaleńczo niesprawiedliwa śmierć... Marcin Wilk bada wszystkie te odcienie światła, które ta słoneczna i przepełniona optymizmem artystka pozostawiała przez lata w sercach fanów i wszystkich jej bliskich. Zdradza się z tym, że przecież nie przyjrzano się wszystkiemu dość uważnie. Będzie więc przeglądał ubrania Jantar, rozmyślał o rodzajach jej makijażu, sygnalizował momenty trudne i niejasne - jak choćby poczucie bycia na rozdrożu tuż przed tragiczną śmiercią.

"Tyle słońca. Anna Jantar" to dowód wielkiej empatii, dziennikarskiej dokładności oraz obiektywizmu, a także osobiste świadectwo wchodzenia w czyjeś życie z tym specyficznym rodzajem zaangażowania, w którym czai się i ciekawość, i podziw, i niepokój czasem, bo odkrywać można wciąż wiele i są ślady, które się urywają. Lektura w zasadzie dla każdego i wierzę, że będzie czytana. Tym bardziej że zawiera liczne uzupełnienia w postaci zdjęć, z których spogląda na nas kobieta z wielkim apetytem na życie. To, co odebrane, musiało się zawrzeć w niespełna 29 latach. Marcin Wilk pokazuje dynamizm i charakter tych lat. Charakter radosnej i niepokornej wokalistki, kochającej córki, żony i matki.

2015-06-21

"Relaks amerykański" Juliusz Strachota

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 4 czerwca 2015

Liczba stron: 218

Oprawa: miękka

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Tabletki (nie)szczęścia...

Juliusz Strachota informuje, że nie czytał ostatnich książek będących ostrzeżeniami przed uzależnieniem. O ile lekturę "Najgorszego człowieka na świecie" Halber rzeczywiście może sobie darować, o tyle powinien znać "Kobierki" Franczaka i w ogóle piszący o uzależnieniach winien czytać innych, którzy to robią. Dlaczego? Przede wszystkim po to, by porównać doświadczenia, przyjrzeć się podobnym mechanizmom nałogu. Uświadomić sobie przede wszystkim, że w swym cierpieniu nie jest się wyjątkowym. Bo dobrze robi odrobina zdrowego rozsądku i brak rozpaczliwego pytania o to, dlaczego ja. Dlatego, że nie ktoś inny. Nałóg jest potworny, ale jeśli ma się w sobie siłę do rozliczenia z nim na kartach książki, warto czytelnikom zwrócić uwagę, że w podobnych stanach nie przechodzą niczego wyjątkowego. Ergo - łatwiej jest się z tym rozprawić, bo to nic nadzwyczajnego, aczkolwiek chwilami nieludzko okrutnego.

"Relaks amerykański" to ciekawa książka, bo w morzu beletrystycznych czy paradokumentalnych rozpraw o tym, ile się wypiło, czego naćpało i jakie detoksy przeżyło, porusza temat skryty gdzieś w cieniu, być może bardziej wstydliwy, prawdopodobnie mocno skomplikowany. Chodzi o lekomanię. Zmorę współczesnych społeczeństw, do której bardzo trudno jest się przyznać, a wstyd staje się coraz większy i coraz bardziej nie do zniesienia. Strachota z nutką ekshibicjonizmu, tak potrzebnego do skreślenia wartościowej książki o lekomanii, rozprawia się ze wstydem swojego Juliana, który stosunkowo szybko uzależnia się od leków przeciwlękowych, wytaczając wojnę światu, ale wojnę z góry przegraną, bo świat się nie zmieni - można tylko modyfikować wyobrażenia o nim za pomocą środków przepisywanych na zlecenie bogatych koncernów farmaceutycznych.

Bohater "Relaksu amerykańskiego" wpada w sidła uzależnienia, kiedy nie radzi sobie z emocjonalną presją związaną z rychłym ślubem. Ot, taki, a nie inny przypadek, który prowadzi do zacisznego gabinetu psychiatrycznego, gdzie przy wyraźnym wskazaniu szkodliwości długotrwałego zażywania zestresowany pacjent otrzymuje pigułkę eliminującą lęki. Zaczyna się od lekarskiego kazania, ale i tak codziennie znajdzie się jakiś odziany w kitel mistrz uśmierzania niepokoju rozpoczynający rosyjską ruletkę przepisaniem pierwszego opakowania - dla wielu ostatniego, dla równie wielu jednego z tysiąca kolejnych. Obserwujemy proces zapadania się w sobie, zamykania na bodźce świata zewnętrznego, rugowania resztek zdrowego rozsądku na rzecz przekonania, że tylko tabletka jest w stanie utrzymać na powierzchni życia. Kiedy lek zaczyna kierować psychiką? W momencie, w którym staje się okrutnie niezbędny. Także wtedy, gdy można zadać sobie tak rozpaczliwe pytanie, jakie zadaje Julian: "Czemu, kurwa, zabrałem sobie z życia jakąś zwyczajną bezcelowość, bezproduktywność, lenistwo, pogodę ducha, spokój, bezpieczeństwo, ciekawość, tkliwość, ufność i inne zjawiska, których symulacje osiągam za pomocą tabletek?". Ano właśnie, co się stało?

Dzieje się wiele. Przede wszystkim trzeba kombinować, w jaki sposób otrzymywać hurtowe ilości recept. Bo uzależnienie jest potworne. Dwie tabletki zamieniają się błyskawicznie w dwadzieścia, te następnie w czterdzieści i nie ma już niczego, na czym można zasadzić resztki zdroworozsądkowego myślenia. Nie docierają czytelne komunikaty z otoczenia, które widzi problem, ale nie widzi dla niego rozwiązania. Rozpoczyna się spektakl konfabulacji, bo każdemu nowemu lekarzowi trzeba zmyślić inną historię, by uwierzył, że ten, a nie inny lek jest nam niezbędnie konieczny. Setki wizyt, zmiany przychodni, podmienianie kart, wycieczki do gabinetów w innych miastach. W tym wszystkim trzy zasadnicze typy lekarzy. Ci zachowawczy, którzy przymykają oko na świadomość uzależnienia i oferują w miarę rozsądne dawki na recepcie. Lekkomyślni - wypisujący piguły w ilościach hurtowych, mając świadomość doskonałego rynku zbytu w postaci uzależnionych. Także ostrożni - ci, którzy starają się porozmawiać i przekonać o zgubnym wpływie nałogu. A jego siła jest ogromna. Tworzy się coś na kształt alternatywnego życia. Kroczy się niebezpieczną drogą, na której niczego już z siebie nie daje się światu, świat ten izolując gdzieś z daleka, w bezpiecznej odległości. U bohatera książki pojawia się coraz większa pustka tego nieżycia. Pasja badacza Warszawy zamieniona zostaje na pasję eksplorowania coraz to nowych aptek. Julian jest samotnikiem odkrywającym peryferie - te związane z własną psychiką, doszczętnie niszczoną przez chemię w tabletkach.

Kolejny bardzo wyraźny rys to krytyczne ukazanie środowiska detoksykacji dla lekomanów. Jeden z pacjentów zamkniętego oddziału wyraża następującą opinię: "Bo tu nie ma nic nowego, bo przyszłość jest taka, że za drzwiami czeka przeszłość. Nie ma się jak i gdzie z tego leczyć". Wedle wszelkich medycznych prawideł liczy się przede wszystkim usunięcie objawu, bez zwracania uwagi na przyczyny. Dodatkowo mnożą się nowe oddziały detoksykacji, w których stosowane są środki mogące z powodzeniem być wykorzystywane w leczeniu ambulatoryjnym. Ktoś musi pacjentowi bardzo sugestywnie wmówić, że jego siła woli nie może się mierzyć z ogromem uzależnienia. Co jest zatem oferowane? Szpitalne przechowalnie, które rodzą dodatkowe lęki i frustracje. Przechowalnie dla ludzi, którzy nie wkładają wystarczająco dużo siły w walkę o swą normalność.

I jeszcze teza, którą ta mroczna opowieść nazbyt mocno sugeruje. Lekarze przedstawieni są jako dilerzy w białych rękawiczkach, którzy w świetle prawa mogą przywiązać do środków medycznych, a potem tym przywiązaniem sterować wedle zaleceń koncernów produkujących leki uzależniające. Myślę, że problem jest dużo bardziej złożony. Nie chodzi o to, żeby winę zrzucić na lekarzy i ich decyzje. One są pewną integralną całością, współtworzą okrutny proces, wspomagają go. Strachota opowiada w gruncie rzeczy o człowieku, który najpierw ucieka od jakiejkolwiek formy odpowiedzialności, a potem nad wyraz łatwo zrzeka się bycia odpowiedzialnym za samego siebie. Decyzje nie są już decyzjami jego samego, bo on chce widzieć siebie jako ofiarę koncernów farmaceutycznych. Teoria spisku jest uzasadniona, gdy weźmie się pod uwagę całe spektrum zaburzeń świadomości lekomana. On jednak, jak alkoholik czy narkoman, w dużej mierze chce walkowerem oddać swą tożsamość. Sam ją sobie kradnie, sam się jej pozbawia. A to trudna walka, by nie oddać siebie. W szponach nałogu prawie niemożliwa. Prawie.

Niezła rzecz, wyrazista i sugestywna. Mocny język, humor pomieszany z tragizmem i to rozpaczliwe poczucie tkwienia w stanie, za który nie można już wziąć odpowiedzialności. Czy aby na pewno? "Relaks amerykański" ma być przestrogą dla wszystkich tych, którzy w stosunkowo łatwy sposób oddają swój los w ręce konfabulacji - farmakologicznych oraz swoich własnych, wynikłych ze wstydu, lęku i różnego rodzaju urojeń. Lektura obowiązkowa dla uzależnionych każdego rodzaju i dla tych, którzy uważają, że problem ich nie dotyczy. Zwłaszcza dla tych drugich.