2016-01-06

"Mama umiera w sobotę" Rafał Niemczyk

Wydawca: Afera

Data wydania: 7 grudnia 2015

Liczba stron: 225

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 33 zł

Tytuł recenzji: Siedem tajemnic

Rafał Niemczyk debiutuje z przytupem. O takie małe i wstrząsające czytelnikiem książki często nam chodzi, gdy tracimy wiarę w to, że młoda proza polska może jeszcze zaoferować coś oryginalnego. Siedem tekstów Niemczyka pośrednio lub bezpośrednio koncentruje się na relacjach między najbliższymi ludźmi albo tymi, których teoretycznie nazywa się najbliższymi. Autor z Jaworzna nie idzie jednak w stronę przetartych ścieżek tych polskich autorów, którzy na różne sposoby ukazywali toksyczność rodzinnych relacji. Autorskie podglądania mają w sobie coś ze szczerego zadziwienia, gorzkiego sarkazmu. Widzimy zastane sytuacje okiem bacznego obserwatora, który ma w sobie i czułość, i niespotykaną wrażliwość na niuanse, i krytycyzm spojrzenia, bo naturalizm idzie w parze z psychologizacją, a portretowane postacie płynnie przechodzą z rzeczywistości do świata wewnętrznych przeżyć.

Tych jest mnogość, ale Rafał Niemczyk skupia się przede wszystkim na kilku. To tęsknota za utraconą przestrzenią, światem, za zgubioną gdzieś bliskością czy za czasem, w którym można było wyrazić wszystko to, co teraz uwiera, nie dając się werbalizować. To także przejmująca samotność, z którą bohaterom książki czasami jest do twarzy. Oswojona bliskość samego siebie, która zrodziła się z jakiejś ważnej ucieczki. Z jakiegoś dystansu do tego, co uformowało się w przeszłości, a potem boleśnie naznaczyło tą formą. Z tymi dwoma uczuciami związane są różnego rodzaju utraty. W opowiadaniu tytułowym finansowa chciwość staje się substytutem żałoby. W zamykającej zbiór "Stodole" figura umierającej matki to dopiero początek kreślenia tych dramatycznych strat, wskutek których dzisiaj bohater wraca do czasu minionego, oczekując na wyrok po stłuczce samochodowej.

Niemczyk fascynująco pisze także o przemianach. Niezwykła jest egzotyczna miniatura "Kobieta i mężczyzna z szafy", w której obserwujemy podróż w inne rejony odczuwania i przeżywania świata połączoną z odmianą roli, także płciowej. W "Przypadku brzydala" - najbardziej literacko iskrzącym tekście - zmiana dokona się poprzez konfrontację z cudzym obłędem. Naznaczenie rolą i funkcją zmusza do przewartościowań, a ucieczka zawsze wiąże się z jakąś inną jakością życia. Zaskakujące, na ile zawoalowanych sposobów można opowiedzieć o tym, co człowieka dręczy, i o tym, w jaki sposób mozolnie zmienia on samego siebie, bo to konieczne, by odbierać świat inaczej, bardziej dosadnie.

Rafał Niemczyk doskonale "żeni pióro z pergaminem", w związku z tym gra niedopowiedzeniami, mrocznymi symbolami i taką stylistyką, w której zagrożenie czuje się w każdym kolejnym akapicie, bo jest w tych tekstach wszystko to, co nienazwane przez enigmatycznych bohaterów. Rysy nieodgadnionego, niepokojącego - przykuwają uwagę w szczególny sposób. Przy tak dobrym pisaniu i takiej swobodzie konstruowania każdej kolejnej frazy pojawia się jednak ryzyko, że literackie igraszki mogą zmierzać donikąd. Kiedy bardzo dobrze językowo pisze się dany tekst, istnieje możliwość przemycania samych tylko figur, bezimiennych tropów, doskonale rozpisanych, ale jednocześnie całkowicie niejasnych scen. "Gambino" to tekst, który jest dla mnie zagadką nawet po dwukrotnej lekturze. Który polski autor zmusiłby mnie do tego, bym przeczytał jego tekst dwa razy! W momencie, w którym Rafał Niemczyk wpada w dygresyjność, całość tekstu chwieje się nieco w posadach i w przypadku wspomnianego może tak się istotnie dziać. Autor eksperymentuje, ale jednocześnie umieszcza w tekstach wiele śladów, by zmusić do zastanowienia, skąd niektóre teksty literacko wyrosły.

"Mama umiera w sobotę" to świadectwo niebywałej wyobraźni, która potrafi konstruować nie tyle zgrabne, ile przede wszystkim zapadające w pamięć teksty. Niemczyk pisze o ludzkim wyobcowaniu, wykorzystując motyw szpetoty, odrzucenia przez bliskich, figury podróży czy enigmatycznego widziadła dzielącego przestrzeń pokoju. Ważne są u niego także poszczególne momenty, w których bohaterowie wyrywani są z marazmu i dostrzegają świat wokół w innym wymiarze. Tak jest w groteskowym i stosunkowo najbardziej czytelnym opowiadaniu "Trup w piwnicy", który także skądś w literaturze się wydostał, tu natomiast eksponuje życiowy problem wykraczający poza nawyki, przyzwyczajenia i przyswojone na własny użytek normy.

Motyw śmierci zaciska pętlę na szyi czytającego. Umieranie ma miejsce naprawdę, ale umiera się też symbolicznie. Myśli się o śmierci i na różne sposoby do niej wraca. Odejścia są mało spektakularne, ale przewartościowują życie tych, którzy nadal w nim tkwią. Niemczyk puszcza do nas oko w tym całym absurdzie i grozie śmiertelności, bo być może samo odchodzenie może być tylko żartem. Tak jak w żart obrócić można kilka pozornie dramatycznych sytuacji z tych opowiadań. Jest jeszcze sygnalizowane zamknięcie, izolacja. Naznacza i pozostawia ślad po sobie. Wszyscy zdają się zamknięci w wyreżyserowanych przez siebie kadrach. Każda próba rozbicia toku dotychczasowego myślenia o sobie może nieść ze sobą ryzyko zagubienia. W tym znaczeniu śmierć i mierzenie się z nią może być jedynym stałym punktem odniesienia do... życia w każdej możliwie najbardziej skomplikowanej jego formie.

Rafał Niemczyk na siedem różnych sposobów ukazuje grozę ludzkiego istnienia oraz granice niedopowiedzeń, poza którymi nie potrafimy już poradzić sobie ze sobą. Bohaterowie mają imiona lub czytelne życiorysy. Mówią wprost o swoich lękach albo doświadczają ich w konfrontacji z nieznanym. Oddalają się od siebie w rodzinach, w których sceny batalistyczne mieszają się z groteskowym żalem po odejściu kogoś, kto śmiał umrzeć za wcześnie i skomplikować tym życie innym. Autor utrudnia czytelnikom odbiór, udowadniając jednak aż siedem razy, że potrafi napisać w różnej konwencji i zagrać słowem raz jak mistrz dojrzałego realizmu, raz niczym oniryczny wizjoner straszący trochę w angielskim stylu, z widocznym gdzieś między wersami uśmiechem. Niemczyk nadaje nowe znaczenie słowu "tajemnica". Eksperymentuje i pisze jednocześnie bardzo dosadnie. Cieszę się, że "Mama umiera w sobotę" w tak pokrętny sposób wdarła się do mojej wyobraźni. Tekstów takich jak te łatwo się z niej nie wypuszcza.

2016-01-04

"Wspomnienia" Nadieżda Mandelsztam

Wydawca: Agora

Data wydania: 10 grudnia 2015

Liczba stron: 560

Tłumacz: Jerzy Czech

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Miłość i spuścizna

Pierwszego wydania "Wspomnień" Nadieżdy Mandelsztam - pod innym zresztą tytułem i w innym tłumaczeniu - z oczywistych względów nie mogłem odczytać świadomie. Myślę, że to najważniejsze wznowienie 2015 roku i książka, która jest symboliczną wykładnią losu ludzkiego w szponach terroru mogącą być odczytaną na kilka różnych sposobów. Siła tych zapisków to nie tylko wielowymiarowe i bezkompromisowe ukazanie dwóch rosyjskich dekad podłości i ratowania w niej godności ludzkiej. To także świadectwo wyjątkowego przywiązania do twórczości Osipa Mandelsztama, której strażniczką niosącą ją w przyszłość była właśnie jego żona. Autorka wspomnień nie trzyma się chronologii. Książkę porządkuje logika wspomnień oraz skojarzeń. Obrazuje ona, w jaki sposób w nieludzkich czasach można było zachować miłość, zdrowy rozsądek i przede wszystkim poczucie sensu tego, co się robi. Bo Nadieżda Mandelsztam to - jak twierdzi Josif Brodski - przede wszystkim "wdowa po kulturze". To ona pozwoliła mężowi przemawiać na nowo. Oddać mu głos, gdy okrutne lata dwudzieste i trzydzieste XX wieku wreszcie się skończyły. Ukazać go poprzez twórczość - z każdą możliwą ułomnością i egzystencjalną wątpliwością. Pokazać siłę tego małżeństwa, którego nie zniszczyły reżim, dwumyślenie i ciągła atmosfera niepewności pośród donosów oraz spektakularnych zdrad.

Właśnie uczucie niepewności tworzy charakterystyczną klamrę kompozycyjną wspomnień napisanych przez Nadieżdę Mandelsztam bardzo późno, po sześćdziesiątym piątym roku życia. Zapiski rozpoczynają się od mrocznej majowej nocy 1934 roku, kiedy to czekiści aresztowali Osipa Mandelsztama, zajmując się jednocześnie metodyczną rewizją mieszkania. Kończąca książkę niepewność jest dużo bardziej przejmująca. Dotyczy daty śmierci męża. Autorka otrzymała kilka relacji z jego ostatnich dni - zesłany, wyzionął ducha z wycieńczenia, a być może też z narastającej beznadziei. Bo obok żony czuł się nie tyle pewnie, ile przede wszystkim miał świadomość, że nie walczy z systemem sam. Wielu kolegów po piórze zachowawczo przyjęło na siebie choćby te zarządzenia, które kształcenie ludu zamieniało w jego wychowanie. Nadieżda Mandelsztam pozostaje w niedopowiedzeniu. Noc aresztowania męża. Dzień jego śmierci. Między tymi dwoma zdarzeniami - przenikliwy obraz życia naznaczonego uciekaniem i wyjęciem spod prawa. Życia, w którym kreśli się jednocześnie rola poety w świecie wypaczonych wartości i tam, gdzie nie można było żyć bez kłamstwa. Bo przecież to także bolało Nadieżdę Mandelsztam przez całe długie życie. Lata wstecz napisała przecież: "Dobrze jest żyć tam, gdzie nie ma powodów do kłamstwa. Czy jest takie miejsce na ziemi?". Myślę, że to pytanie zadawała sobie niejednokrotnie, diagnozując chorobę narodu radzieckiego wymazującego z pamięci wszystko to, co niewygodne i utrudniające przetrwanie.

Ale czasy, w jakich przyszło żyć małżeństwu Mandelsztam, to przede wszystkim okres tak sterowanego przez władzę szaleństwa, że nie tylko zanikały więzi międzyludzkie, ale przede wszystkim stale zmieniało się znaczenie samego słowa. Rzecz dla poety niewyobrażalna w momencie, w którym to nie czytelnik interpretuje jego znaczenie. Czytamy między innymi: "Gdzie w takich epokach jak nasza przebiega granica między normą a chorobą psychiczną?". To wynik obserwacji tego, jak bardzo ulega destrukcji życie wewnętrzne na zesłaniu, ale także reakcje znajomych - tych bliskich i najbliższych. Bo tylko Anna Achmatowa była przez cały czas najbliżej. Reszta w różnym stopniu zawodziła. Pomieszanie zmysłów czy rozpaczliwa chęć przeżycia w czasach, w których wszyscy byli ofiarami terroru? Zaskakująca jest empatia, z jaką Nadieżda Mandelsztam portretuje ludzi utrudniających życie mężowi, dosadnie je komplikujących. Bo wartość tych zapisków to także możliwość śledzenia dróg twórczych innych znanych wówczas rosyjskich poetów i prozaików. Autorka szczególnie uważnie analizuje dwie różne drogi twórcze Osipa Mandelsztama i Borysa Pasternaka, jednak przygląda się uważnie także temu, jak funkcjonowali w życiu publicznym Błok, Babel czy Bieły.

"Wspomnienia" to wyrazisty bunt wobec pokory przyjmowania na siebie kolejnych razów. Autorka punktuje zachowawczość opinii publicznej w sprawie aresztowania i gnębienia męża. Z dużą dozą zdrowego rozsądku, a nawet dystansu ukazuje tę groteskową drogę od wygłoszenia przez Osipa Mandelsztama antystalinowskiego wiersza po bolesne konsekwencje takiego pomysłu i ich społeczne uwarunkowania. Zesłanie do Woroneża i te chwile nieuzasadnionej euforii po powrocie do Moskwy to czas, w którym poeta cierpiał na kilka sposobów, a żona gruntowała się w przekonaniu, iż to jej pamięć okaże się w przyszłości niezbędna, by pomóc mu wyrazić siebie.

Jeśli chodzi o sferę życia codziennego, publikacja ta to zarys codzienności małżeńskiego życia z jego urokami i problemami. Dykteryjki i autoironiczne zapiski łączą się z przełomami, których mroczny cień zwiastował kolejne dni niepokoju. To książka o tym, co naprawdę znaczy bycie razem i jak silne jest wówczas, kiedy czas i historia chcą ludzi atomizować, oddalając w strachu i niepewności. Nadieżda Mandelsztam to strażniczka śladów po ukochanym mężu i obrończyni tej pamięci, której wyrzekali się prawie wszyscy. Drogi literatów były różne i wielu z nich wolało oddychać bez strachu. Autorka nakreśla absurdalność takiego przekonania, bo nie było w czasach Stalina nikogo, kto mógłby rozpoczynać dzień bez obawy o jutro. A wieczne jutro Mandelsztamów kształtowała ich bliska relacja. W intymności emigrowali naprawdę. Byli dla siebie i wewnątrz siebie. Widać, jak ogromne pokłady czułości przepełniają zapiski redagowane przecież wiele lat po śmierci Osipa Mandelsztama. W nich jest nadzieja na to, że oboje pozostaną razem na zawsze. Pozostali do chwili ostatniego tchnienia Nadieżdy. Te zapiski to dowód na to, jak bardzo trzeba było walczyć o to, by oddychać pełną piersią i by zapisane słowo nie przejmowało grozą. "Wspomnienia" wydano przecież jeszcze w czasie, kiedy słowo pisane było niebezpieczne.

Ta książka daje przejmujący dowód na to, że nie każdego człowieka da się uwięzić. Że można przetrwać nieludzki czas, okazując ludzką godność i solidarność z tymi, dla których droga twórcza to czas nieustającego wyzwania. Mandelsztamowie podjęli się wyzwania najtrudniejszego - wytrwania w godności pośród radzieckich realiów. Truizmem jest określenie, że zapiski są świadectwem tego, iż można ocalić człowieczeństwo, ale udało się to nie tylko autorce i jej mężowi. Bo to książka o dobrych ludziach i silnych charakterach w czasach, w których słabość była na porządku dziennym, a władza dodawała sobie siły, łamiąc charaktery innych. Wstrząsające, pełne czułości, trudnych i retorycznych pytań oraz niepokoju zapiski, dla których nie ma już tyranii i ograniczeń. Poruszająca książka.

2016-01-01

"Ferma ciał" Jarosław Maślanek

Wydawca: FORMA

Data wydania: 2 grudnia 2015

Liczba stron: 134

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 30 zł

Tytuł recenzji: Kondygnacje rozpaczy

Polska literatura współczesna "używa" figury osiedla rozmaicie i za każdym razem są to udane książki. Kiedyś Lidia Amejko pokusiła się o eksperyment z odrodzeniem hagiografii w "Żywotach świętych osiedlowych" i było to przede wszystkim ekscentryczne. Gdy Łukasz Orbitowski gubił nas w mroku osiedla, gdzie łatwo zniknąć, kusił jednocześnie "Świętym Wrocławiem", czyli surrealizmem okraszonym opowieścią o ludzkich fobiach i histerii. Jarosław Maślanek wykorzystuje swoje osiedle w zupełnie inny sposób. Jest bardzo realistycznie, do bólu prawdziwie, przerażająco i przygnębiająco jednocześnie. Autor "Haszyszopenek" zamyka swoich cierpiących bohaterów w mrocznej enklawie i każe nam podglądać ich życia z różnych perspektyw. Kreśli przejmujący obraz ludzkiego wyobcowania, obrazuje ze szczegółami proces demontażu podstawowej komórki społecznej, czyli rodziny. Dodatkowo stawia anonimowych mieszkańców strzeżonego osiedla w sytuacjach krańcowych. Widzimy ludzi, których nerwy są napięte do granic możliwości. Przepełnionych żalem i agresją, które usiłują wyrzucić gdzieś poza siebie. Tkwiący na trzech kondygnacjach złości i niespełnienia. Osobni i samotni. Boleśnie doświadczeni przez różnego rodzaju braki i nieumiejący ze sobą naprawdę porozmawiać.

W "Haszyszopenkach" mieszkańcy miasta koncentrowali się tylko na teraźniejszości, odpychając od siebie to, co było, i unikając myślenia o tym, co będzie. Tkwili w mentalnym zaduchu. Ludzie z "Fermy ciał" skupieni są przede wszystkim na tych płaszczyznach czasowych, w których kumulują się niepewność wraz z przerażeniem. Oto bowiem niektórzy obsesyjnie wracają do traumatycznej przeszłości, a inni z lękiem spoglądają w niepewną przyszłość. Wszyscy naznaczeni są tym samym adresem. Ich osiedle miało być ostoją spokoju, a okazuje się zewsząd atakowane. Samo dusi się w sobie, a barwna personifikacja złowrogiego miejsca wprowadza nas w dramaty żyjących tam ludzi.

Trzecie piętro zajmuje małżeństwo. Ona wychowuje syna, on traci pracę i usiłuje związać koniec z końcem, godząc się na umowę śmieciową. Na drugim piętrze czas zatrzymał się w każdym możliwym wymiarze. Samotny mężczyzna żegna się ze sparaliżowaną matką. Zarzuca jej koszmar dzieciństwa i młodości, z którego nigdy nie mógł się wydobyć. Umierająca kobieta przykuwa go do siebie na stałe. Wspólne mieszkanie jest klatką - mrocznych wspomnień i niemożności wyjścia realnemu życiu naprzeciw. Na drugim piętrze naprawdę można poczuć, czym jest zaduch. Niżej sytuacja równie dramatyczna, choć przeżywana raczej w milczeniu - w przeciwieństwie do monologującego samotnika z drugiego piętra. Małżeństwo nie u siebie. W mieszkaniu córki, gdzie czują się wyobcowani. Ona walczy z chorobą o resztki normalności, on bezwolnie poddaje się losowi, przeczuwając nadciągającą katastrofę. Oboje - jak wspomina Maślanek - "obnażeni do kości". Względem siebie, ale także względem czytelników. Tak właśnie stara się portretować mieszkańców osiedla sam autor, który dodatkowo obdarza funkcją komentatora rzeczywistości obcesowego ochroniarza osiedlowego.

Atmosfera grozy i dwuznaczności odczuwana jest już od pierwszych stron. Wydaje się, że życiowe dramaty na trzech piętrach widzimy wyraźnie i z kilku perspektyw. Tymczasem nie docieramy w pełni do sedna zgorzknienia i tego lęku przed życiem, który zabiera ludzi Maślanka do piekła stworzonego z własnych wyobrażeń. Wycofani i sfrustrowani bohaterowie nie potrafią się ze sobą komunikować. Więzi ludzkie rozpadają się, a to, co z nich zostaje, jest toksyczne. Być może para z pierwszego piętra broni się przed bezkompromisowością świata siłą swej miłości, ale i oni wpadają w bliżej nieokreślony niebyt, stają się niewolnikami przyzwyczajeń i wspomnień o tym, co odeszło na zawsze. Nakreślone przez Jarosława Maślanka sceny są piorunująco realistyczne, choć autor operuje bardzo prostymi środkami wyrazu. Ukazuje bohaterów przebywających w pustych wnętrzach. Przygnębionych własnymi myślami i boleśnie odczuwających narastającą samotność. Są bardzo wieloznaczni, choć konkretnie opisywani i posortowani na kondygnacje. Odnosi się wrażenie, że "Fermę ciał" psuje nieco zakończenie, z którym autor chyba sobie nie poradził. Przejmujące niedopowiedzenia zostają porzucone na rzecz zbyt czytelnej metafory końcowej. W gruncie rzeczy możemy przewidzieć, ku czemu wszystko zmierza. Dużo jednak ważniejsze staje się fantazjowanie, dlaczego dzieje się to, co przedstawione w bardzo oszczędny, naturalistyczny sposób.

"Ferma ciał" to opowieść o ludzkim świecie wewnętrznym w stanie rozpadu. O tym, że pozostajemy ze swoimi lękami boleśnie samotni i że część naszego życia opiera się na porównaniach własnych sytuacji życiowych z tymi, które są udziałem innych. Do tej książki wdziera się krwiożerczy kapitalizm, a wizja kryzysu burzy uporządkowane rytuały. Nic nie jest już pewne, a przecież ludzie w tej niepewności zamieszkali w miejscu, gdzie gwarantowana im była stabilizacja. Tymczasem giną wewnętrznie. Szczególnie widoczne jest to w opisach prób porozumienia się z otoczeniem spoza osiedla, zazwyczaj przez telefon. Z osiedla bardzo trudno się wydostać, a pozostając w nim, bohaterowie stają się martwi za życia - każdy z nich w innym znaczeniu, ale wszyscy boleśnie kwestionujący swoją tożsamość.

Jest jeszcze parter. Tam być może kryje się forma życia, której można zazdrościć. Jarosław Maślanek nie będzie oszczędzał swoich bohaterów, ale każdemu z nich każe wierzyć, że pod nimi istnieje jakiś metraż szczęścia i spełnienia. Nadzieje skonfrontowane są z utrudnioną sytuacją materialną, bo w dużej mierze byt określa świadomość mieszkańców osiedla, a oni sami byt chcą stawiać ponad świadomością. To rozpisana na trzy akty psychodrama, której filmowość słusznie podkreśla Maciej Robert. "Ferma ciał" byłaby gotowym materiałem na film, ale w tym momencie jest przede wszystkim bardzo dobrą książką o tym, w jaki sposób sami możemy wykluczyć się z życia i o procesie gorzknienia, który wydaje się nieodwracalny. Maślanek napisał o mrocznym życiu w cieniu umierania oraz o tym, że zamknięte przed światem osiedla - pułapki z różnych powodów mogą skrywać izolujące się od odpowiedzialności za siebie żywe trupy. Wstrząsająca rzecz, od której - mimo mroku - nie sposób się oderwać.


PATRONAT MEDIALNY

2015-12-30

"Stryjeńska. Diabli nadali" Angelika Kuźniak

Wydawca: Czarne

Data wydania: 16 grudnia 2015

Liczba stron: 344

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Życiowa tułaczka

Angelika Kuźniak jak mało kto umie opowiadać o kobietach osobnych i wieloznacznie postawionych przed przeciwnościami losu. W narracji o Zofii Stryjeńskiej kreśli obraz kobiecego talentu zderzonego z przyziemnością prozy życia. Otrzymujemy opowieść o artystce, o którą świat raz się upominał, raz boleśnie ją odrzucał. Bo Stryjeńska nigdy nie była typem światowym, a przecież jej dzieła wystawiano na całym globie! Kuźniak portretuje swoją bohaterkę w rozpaczliwej samotności, bolesnym odizolowaniu od rzeczywistości i pokazuje jednocześnie, jak walczyła - czasem o resztki nonszalancji, czasami po prostu o byt, niekiedy o uznanie, ale przede wszystkim o miłość Karola Stryjeńskiego, o relację, w której kryły się obłęd i opętanie, szaleńcze próby przywiązywania do siebie mężczyzny oddalonego na kilka możliwych sposobów. Chociaż reportaż ten jest w gruncie rzeczy smutną opowieścią o wyobcowaniu artystki wszędzie będącej nie u siebie, tkwi w nim jednak potencjał innej natury. To krytyczne i dowcipne, ironiczne i złośliwe komentarze do rzeczywistości samej Stryjeńskiej. Jej żarty i manifestacje. Wylewanie z talerza zupy. Zabieranie kapelusza Boyowi-Żeleńskiemu. Spektakularne akcje mające ukazać ją jako kontestatorkę i złośliwą Zochę. Sama miała w sobie wiele goryczy, bo żyć w dwudziestoleciu międzywojennym i po drugiej wojnie światowej nie było jej łatwo.

Namiętności zawsze brały górę. Zofia Stryjeńska nie dała się pokonać wspomnianej prozie życia, na przekór której kompulsywnie tworzyła, wciąż zaznaczała wyraźną granicę między sobą a tą trudną rzeczywistością, w której ciągle coś było nie tak, stale odkształcało się to, co rzekomo pewne. Najwięcej namiętności to oczywiście związek z pierwszym mężem. Tym samym, który nie wahał się zamykać Stryjeńskiej w szpitalach dla umysłowo chorych. Jej miłość to była walka o pozycję i o docenienie. Karola wciąż musiała zdobywać. Obsesyjnie się go trzymała, choć on sam gotów był, by żonę poniewierać. Zazdrość zaczęła się łączyć z nienawiścią, a trudny związek rozpadł się, gdy przeszedł przez najbardziej burzliwe fazy. To taka miłość jedyna, na całe życie. Stryjeńska nigdy nikogo nie obdarzyła tak silnym uczuciem nie tylko dlatego, że można je żywić tylko raz. Spaliła się w miłości tak jak traciła energię na malowanie. Dwie różne formy oddawania siebie światu - destrukcyjne uczucie do mężczyzny i barwna twórczość, różnorodna i niepokojąca.

A obok tego wszystkiego jeszcze dzieci. Zaniedbane, bo Stryjeńska nie była przecież dobrą matką. Pierworodną córkę odrzuciła już na wstępie. Późniejsze relacje były chyba zacieraniem zła obojętności z tych lat, kiedy Madzia niczym podrzutek lądowała u kolejnych członków rodziny, a Stryjeńska marzyła o synu dla Karola, bo to miałoby dać im obojgu prawdziwe szczęście. Szczęście okazało się dwuimienne. To bliźniacy Jan i Jacek - w opinii Zofii jej najdoskonalsze życiowe dzieła. Ale i oni nie mieli lekko z matką, która spalała się w toksycznej miłości i tworzyła na pohybel szarości życia, zwykle w tonacji blue albo z fascynacją wszystkim, co słowiańskie. Stryjeńska zdawała sobie sprawę z tego, jak to wszystko wokół niej wygląda. "Życie rodzinne to pozycja dla mnie przegrana, już stracona. Dawno ją spaliłam na tzw. Ołtarzu Sztuki". To nie jest górnolotne stwierdzenie. To desperacka próba tłumaczenia się przed samą sobą z tego, że nie wzięła się z życiem za bary wystarczająco skutecznie i że cierpieli jej bliscy, zwykle w oddaleniu i bez kontaktu z duszą artystki funkcjonującą w innym wymiarze.

Ten przyziemny dał o sobie znać - jak mało któremu artyście. Stryjeńska haruje, by przetrwać. Określony odcinek narracji Kuźniak wyznaczają liczby: co, za ile, gdzie wydane, ile też zostało. Czas był straszny i dodatkowo popędzał. Trzeba było podejmować trudne decyzje, a talent, który zachwalano w Polsce, latami nie szedł w parze z zapewnieniem warunków do twórczego rozwoju. Dlatego Zofia Stryjeńska walczy z okrucieństwem biedy i zmaga się z problemami finansowymi, które dodatkowo frustrują. Wyrzuca ją to trochę poza nawias świata, bo życie oparte na przeliczeniach i kombinacjach finansowych to życie niegodne, odbierające resztki sił. Tych sił musiało jej wystarczyć na bardzo długie życie, na liczne podróże i na błąkanie się po Europie, gdy rodzinny Kraków przestał być jej miejscem wraz z odejściem matki, po którym można było już tylko poprawiać kalekie relacje z dziećmi i odpędzać duchy, a tych przed śmiercią było coraz więcej...

Stryjeńska gromadziła rzeczy oraz zapiski. To na pewno pomagało Angelice Kuźniak w pisaniu tej książki. Jej rytm jest złożony. Autorka "Papuszy" dynamizuje prozę wówczas, gdy analizuje najbardziej niespokojne lata życia artystki. Stopniuje napięcie i zdradza bardzo prywatne szczegóły życiorysu. Prowadzi nas za rękę przez rzeczywistość, w której miotała się ekscentryczna, chimeryczna i często niezdecydowana kobieta. Ta, dla której porzucenie projektu nie było niczym trudnym. Ta, która często nie mogła podjąć prostej decyzji, nie wahając się przy tych dużo bardziej skomplikowanych. "Stryjeńska. Diabli nadali" to opowieść o walce z losem, z którym nie była pogodzona, i o rozwoju talentu - w bardzo trudnych warunkach, pośród peanów i zapomnienia jednocześnie.

To książka o życiowej tułaczce, której końca nie widać. Przepełniona z jednej strony ciepłem i humorem, z drugiej jednak - pewnym przekonaniem o tym, że wielowymiarowy los odcisnął się na Stryjeńskiej bardziej niż na jakiejkolwiek innej artystce. Świetnie się przyswaja ten barwny obraz dwudziestolecia międzywojennego, w którym bohaterka Angeliki Kuźniak udowadniała, iż jest jednostką wybitną, ale też zagubioną. Mroczna tonacja okresu wojny i późniejszej emigracji przywołuje lęki i demony, z którymi artystka skutecznie walczyła wcześniej. Kuźniak opowiada jednak przede wszystkim o impulsywności i różnego rodzaju ruchu. O żywiołowym życiu, emocjonalnej sztuce, o niezgodach i kompromisach. Przede wszystkim o tym, co zyskuje, a co traci kobieta w roli artysty. Zocha z kart tego reportażu ma niejedno oblicze. Dzięki temu to książka wielu interpretacji. Sporo w niej gniewu i kontestacji, ale jest i czułość. Bo to historia czułego związku życia z artystycznym spełnieniem. Ujmuje i porusza wyobraźnię.

2015-12-28

"Życie i śmierć na Drodze Umarłych" Tomasz Grzywaczewski

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 2 grudnia 2015

Liczba stron: 252

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: W syberyjskiej pustce

Przykro jest pisać krytycznie o reportażu, bo za każdą książką tego rodzaju stoi ważna wyprawa i emocjonalne zaangażowanie. Problemem Tomasza Grzywaczewskiego jest wybranie sobie bardzo ciekawego tematu i napisanie na jego temat słabej książki. "Życie i śmierć na Drodze Umarłych" to efekt wyprawy, której autor podjął się z grupą przyjaciół, by na własne oczy zobaczyć, co pozostało po Transpolarnej Magistrali Kolejowej, szalonym planie Stalina, po tym morderczym absurdzie dziejów i po inwestycji nie tylko chybionej, lecz przede wszystkim bezsensownej i pochłaniającej tysiące ludzkich istnień. Grzywaczewski tworzy jednak książkę o czymś innym. Przede wszystkim o samej Syberii i o żyjących tam ludziach. O oswajaniu pustkowia i o mierzeniu się z przeciwnościami ze strony natury oczywistymi dla tej szerokości geograficznej. Nawet przeprowadzone w kraju rozmowy z tymi, którzy przetrwali piekło łagru i katorżniczą pracę przy Martwej Drodze, oraz z ich rodzinami naprawdę niewiele wnoszą do samego tematu przewodniego. Opowieść ogranicza się w gruncie rzeczy do suchego sprawozdania okraszonego informacjami o sytuacji deportowanych na Syberię i strukturze obozowej zdobywanymi jeszcze w szkole.

To byłaby świetna rzecz dla wielbicieli surowej Północy, gdyby była o czymś. Gdyby zmuszała do rozmyślań nad tym, co dotychczas niewyobrażone albo przynajmniej nienazwane. Nie tyle mnożyła tajemnice, ile je wyjaśniała bądź sygnalizowała. Pokazywała niejednoznaczny świat stworzony w chaosie terroru i w tym chaosie potem upadający. Gdyby wdzierała się w tajgę i wydobywała z niej coś naprawdę niezwykłego. Ton relacji i opisu to za mało, bo nic nie iskrzy między słowami. Odnosi się wrażenie, że symbolicznie książka ta jest czymś w rodzaju syberyjskiej pustki. Nie pozwala zajrzeć w głąb, bo niewiele tam jest. Szkoda.

Bohaterowie wyprawy chcą zbadać ślady ludzkiej bytności na nieludzkiej ziemi, gdzie dodatkowo syzyfowy trud okupiony był utratą życia, a celowość przedsięwzięcia syberyjskiej kolei wiązała się być może przede wszystkim z przerostem ego dyktatora. Starają się zdążyć, bo wrota do przeszłości zamykają się powoli w dwóch możliwych wymiarach. Po pierwsze - upływ czasu zacierający ślady po zbrodniczej machinie. Po drugie - rosyjskie blokady mnożone dziś celowo, by za bardzo nie eksplorować niewygodnych faktów z przeszłości. W gruncie rzeczy wyprawa - w opisie autora - opiera się głównie na tym, żeby przetrwać w trudnych warunkach atmosferycznych, przedrzeć się przez niedostępne dla człowieka rejony, obejrzeć i sfotografować kilka obiektów, a następnie wrócić z poczuciem dobrze wykonanej misji. Uproszczenie? Tak to wygląda, niestety, na kartach tego reportażu. Sporo w nim wniosków i refleksji o charakterze ogólnym, zbyt wiele truizmów. Taki choćby opis przemierzanej krainy: "Syberia poraża dlatego właśnie, że jest nieporuszona. Zatrzymana w kadrze. Niepodatna na upływ czasu".

Dużo ważniejsze jest jednak życie niż śmierć. To, które toczy się dziś na dalekiej Północy. To historia oddanych i dobrych ludzi, którzy zmartwili się tym, że grupa młodych Polaków będzie podążać samotnie po tajdze, i postanowili jej pomóc na miarę swoich możliwości. A mieszkańcy Syberii nie mają ich wiele. Żyją w kostycznej symbiozie z miejscem, w którym nie ma możliwości decydowania o sobie, bo bardzo często decyzje o ludzkim losie podejmuje natura. Mieszkańcy wtulonych w siebie wiosek gdzieś, gdzie ląd jest wieczną zmarzliną, budują sobie własną filozofię przetrwania - są w niej konsekwentni i zdecydowanie odsunięci od tak zwanej cywilizacji. Potrafią miłować swą samotność w izolacji, a jeśli mają z nią problemy - zapijać rzeczywistość i zniekształcać nieco jej trudną obecność. Grzywaczewski z przyjaciółmi spotyka na swojej drodze ludzi niezwykle otwartych. Otoczonych lasami i zaginionych gdzieś w zimnym bezkresie, ale bardzo empatycznych i pomocnych. Wśród nich wyróżnia się lokalny przewodnik grupy, Dima. Nieco egzotyczny, na pewno ekscentryczny. Portretowany jednak w taki sposób, że można przyjrzeć się temu, w jaki sposób ludzka mentalność dopasuje się do miejsca, jego spowolnionego rytmu i przewidywalnej cykliczności. Ale przecież wyprawa nie poznaje prawdziwej surowości Syberii, bo wszyscy chcą zdążyć przed zimą, a  i tak w wielu miejscach pojawiają się jednak zbyt późno - mimo pośpiechu.

"Życie i śmierć na Drodze Umarłych" to relacja z realizowania przedsięwzięcia wydającego się równie enigmatyczne jak decyzja Stalina o budowie Transpolarnej Magistrali Kolejowej. Rozumiem, że polscy badacze chcieli po prostu dotrzeć w określony rejon i zobaczyć pewne rzeczy na własne oczy. Sfotografowanie tego, co pozostało po łagrze zero, i dodanie garści faktów z Sołżenicyna czy Herlinga-Grudzińskiego to trochę za mało. Ta Syberia obok oddycha przecież zupełnie inaczej, kusi i odpycha. A grunt pełen spróchniałych desek to arena walki o przetrwanie. O ludzką godność i świadomość. Grzywaczewski pochyla się nad śladami, ale one do niego nie przemawiają. Obserwuje ludzi, ale jest w stanie skreślić dość płytkie komentarze na temat tego, jak żyją i co stanowi sens ich istnienia. Autor próbuje udowodnić, że surowa Syberia to miejsce, gdzie człowiek może jednak żyć, może się rozwijać i prowadzić sensowne, zorganizowane życie. Ta natura jest dzika, ale nie zabija. Dostrzega w swej podróży wiele śladów życia, jednak o samej śmierci w różnych jej wymiarach nie znajdziemy wiele.

Niedosyt jest spory, bo reportaż traktuje o konsekwencjach bezsensownej inwestycji w pustkę, ukazując jednocześnie, jak wiele zainwestowali młodzi Polacy, by dotrzeć tam, skąd każdy chciał zawsze uciekać. Problem publikacji polega na tym, że nadmiernie rozbudza oczekiwania, a potem staje się uporządkowanym i spójnym sprawozdaniem, w którym trudno o niejednoznaczności, symbole. Przecież wędrowcy podróżują po świecie zaginionej tożsamości oraz znajdują się pośród ludzi kurczowo walczących o ocalenie swego języka czy kultury. Zdaje się, że są gdzieś obok tego. Ważna jest przeprawa i zdobycie celu. Bez wchodzenia w intymną bliskość z tym, co dookoła.

2015-12-26

"Hiszpania w filmach Pedra Almodóvara" Anna Sikorska

Wydawca: Attyka

Data wydania: 30 listopada 2015

Liczba stron: 190

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det.: 33,90 zł

Tytuł recenzji: Filmy i społeczeństwo

Anna Sikorska doskonale zdaje sobie sprawę, że nie jest pierwszą osobą, która pisze o twórczości najbardziej charyzmatycznego hiszpańskiego reżysera. Umiejętnie korzysta z tego, co napisali jej poprzednicy, tworząc jednocześnie opowieść o artyście w duchu Gadamerowskiej hermeneutyki, wszak to praca naukowa starająca się badać mniej dotychczas omówione aspekty twórczości Almodóvara. Mam na myśli związek jego filmów z socjologią i antropologią. Sikorska wchodzi weń bardzo głęboko. Jednocześnie - poza kilkoma wstępami - operuje językiem zrozumiałym dla każdego odbiorcy, kreśląc coś na kształt gawędy i umiejętnie dobierając przykłady, gdy uważnie obserwuje każdy detal przede wszystkim we wcześniejszych filmach artysty. Pedro Almodóvar w tej książce jawi się jako genialny samouk, błyskotliwy kontestator, odważny eksperymentator oraz człowiek stający się współczesnym kronikarzem zmian w hiszpańskiej mentalności. Świetnie się to czyta, bo ta rozprawa naukowa sama poszukuje. Opowiada, sygnalizuje, przytacza zasadne dialogi. Rozwija akcję i rozbudowuje przesłanie. Odnosi się do filmów z szacunkiem i niespotykaną wnikliwością.

Z pewnością jest to lektura wskazana dopiero po obejrzeniu omówionych filmów. Anna Sikorska wchodzi w nie bowiem nadzwyczaj dokładnie, w związku z czym czytanie poprzedzające seanse byłoby z pewną szkodą dla tych drugich. Wcześniejsze osobiste doświadczenia z filmami były dla autorki ważnym przeżyciem i przyglądała się tym filmom ze szczególną uwagą. Teraz, udowadniając sygnalizowane wstępy, przypomina o strojach, dewocjonaliach, o ważnych dialogach czy ujęciach architektury. Detal odgrywa w rozważaniach bardzo ważną rolę, ale zasadniczym celem tej książki jest ukazanie filmów Almodóvara w kontekście przemian XX i XXI wieku, jakie dotknęły Hiszpanię, diametralnie zmieniając jej tkankę i świadomość obywateli - dzisiaj dużo bardziej dynamicznie mierzących się z życiem niż chociażby za czasów dyktatury Franco, której obecność na kilku możliwych poziomach Sikorska wskazuje w wybranych filmach.

To historia o tym, w jaki sposób dojrzałość twórcza reżysera wydobywała się z wpływów movidy - ruchu artystycznego odciskającego wyraźne piętno na pierwszych filmach. Potem opowieści zmieniają kształt i starają się coraz wyraźniej opowiadać bardzo konkretne historie. Sikorska również bazuje na konkretach. Przegląda kadry filmowe w odniesieniu do różnorodności hiszpańskiej religijności oraz do procesu destrukcji tradycyjnego podziału ról doprowadzającego w konsekwencji do śmiałych gier charakterologicznych na granicy płciowości. Ale to także książka o różnych - także erotycznych - aspektach corridy i o trudnych relacjach rodzinnych z wyszczególnieniem relacji matki z synem, której Almodóvar poświęca dużo miejsca. Sikorska wyraźnie sygnalizuje te aspekty katolicyzmu, które wciąż obecne są w świadomości przeciętnego Hiszpana, oraz obrazuje, w jaki sposób z kwestią wiary i przekonań radzą sobie filmowi bohaterowie, często zawieszeni między trudnymi wyborami i problemem akceptowania swojego pochodzenia wraz z konsekwencjami zmiany środowiska, w jakim żyją.

Wkraczamy do filmów w taki sposób, że poszczególne sceny lub dialogi bardzo czytelnie dokumentują dynamizm przemian rodzinnych i społecznych, za którymi stoją różne formy buntu, różnorodnie prezentowane. Anna Sikorska jest świadoma tego, że czasem drobiazg nadaje odpowiednie znaczenie całemu filmowi. Uprawia trudną sztukę interpretowania obrazów nasyconych różnorodną symboliką śmiało wychodzącą naprzeciw nowym oczekiwaniom i nowym formom przeżywania świata przez Hiszpanów. Osadzenie starszych filmów w kontekście historycznym idzie w parze z poszukiwaniem w tych nowszych wyraźnych sygnałów zmiany stylistyki i umiejętności sprytnego zderzania sacrum z profanum, które ma na celu nie tylko wywołanie specyficznej przyjemności obcowania z filmem. W tej książce dostrzeżemy i dzięki niej zrozumiemy to, co być może mogło nam umknąć w mnogości tropów. Almodóvar nigdy nie nakręcił filmu jednej interpretacji i Sikorska udowadnia, jak wiele przemyconej treści odnosi się do codziennego życia Hiszpanów i do ich pragnień ucieczki od takiego życia.

"Hiszpania w filmach Pedra Almodóvara" to książka o miłości do kina, ale także o wyjątkowo silnym związku z krajem, w którym równie silnie opowiada się o strachu i terrorze, jak i o ludzkich namiętnościach. Autorka nakreśla skomplikowany obraz klasowości społecznej, ale zaznacza jednocześnie, jakimi środkami Almodóvar wydobywa w swoich filmach to wszystko, co zostanie zrozumiane jako czytelny kod ponad wszelkimi podziałami. To też rozprawa z tym, co mocno nieoczywiste. Książka stawia również pytania retoryczne. Widzimy, że mowa jest o wyjątkowo czułym twórcy - ludzkie dramaty niedostosowania i egzystencjalne lęki przed samymi sobą potrafi ująć w barwne i przystępne opowieści, po których przeżywa się pewien rodzaj katharsis. Tak jak po corridzie, której kilka wykładni Sikorska także proponuje w swoich rozważaniach.

To ciekawa publikacja o hiszpańskich uwarunkowaniach czyniących z filmów Pedra Almodóvara produkcje z jednej strony bardzo specyficzne, z drugiej jednak - czytelne dla odbiorcy pod każdą szerokością geograficzną. To sposób analitycznego spojrzenia na warsztat, do którego reżyser przywiązał licznych aktorów i współpracowników będących z nim na stałe. Sikorska pokazuje, w którym momencie i w jakim stopniu Almodóvar chciał pozbawić hiszpańskiego odbiorcę odium strachu za samego siebie, własne wybory i poczucie, że chce się zdobyć lub osiągnąć cel innymi drogami niż do tej pory. Istotne jest przywołanie tych dyskretnie zaznaczonych obecności reżimu oraz to, w jaki sposób ograniczone przez Franco życie społeczne rozsadziły liberalne przemiany i ubarwiły nowe możliwości. Autorce udaje się stworzyć naprawdę nową książkę o hiszpańskim reżyserze. To jednak przede wszystkim opowieść o kraju, z którego wyrastają jego filmowe opowieści, i o ludziach, których poczynania stają się źródłem artystycznego natchnienia. Fascynująca wyprawa w świat kina i w głąb kraju będącego dla wielu z nas zagadką.


PATRONAT MEDIALNY

2015-12-23

"Brudny róż. Zapiski z życia, którego nie było" Kinga Kosińska

Wydawca: Nisza

Data wydania: 25 listopada 2015

Liczba stron: 134

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Walcząc o tożsamość

Debiut Kingi Kosińskiej to niebywale odważne i równie przejmujące świadectwo stygmatyzacji, jakiej winna jest skomplikowana tożsamość. Jest to historia osoby transpłciowej, która po latach rozlicza się sama ze sobą - ze swojego strachu, własnej samotności, z wiecznych tendencji ucieczkowych i z problemu akceptacji siebie zwielokrotnionego przez brak tolerancji otoczenia. "Brudny róż. Zapiski z życia, którego nie było" to świadectwo przekleństwa własnej pamięci. Historia życia, które - jak sama autorka podkreśla  - naznaczone było bliznami. Nie tylko tymi po operacjach, ale przede wszystkim śladami po ludzkiej niefrasobliwości, która z taką łatwością pozwalała atakować, ośmieszać, kpić i zaburzać poczucie wartości.

Ten intymny dziennik powstał z potrzeby wewnętrznego rozliczenia się z samą sobą. Z pewnymi etapami życia, które należało przejść, by uzyskać wewnętrzną wolność. Kosińska urodziła się mężczyzną i jej pierwszy życiowy dramat polegał na tym, że nie identyfikowała się z płcią. Wspomina szkolne piekło, to wieczne wytykanie palcami, definiowanie jej inności przez heteronomiczną gromadę, która z taką łatwością i wielką ulgą odnajdywała sobie obcość do krytykowania. Bo przecież człowiek z pewną ulgą dostrzega obok siebie ofiarę, ciesząc się, że sam jest w tej silnej grupie, która potrafi stygmatyzować... Autorka czuła na sobie piętno wykluczenia przez bardzo wiele lat, ale nawet wtedy, gdy - co ważne i nieczęste - zaakceptowała ją rodzina, nie potrafiła przekonać się do tego, że w oczach innych może być pełnowartościowym człowiekiem.

To książka o trudnym człowieczeństwie gdzieś ponad płciami i społecznymi rolami, które warunkują stabilność w tak zwanym normalnym świecie. To opowieść przede wszystkim o tym, jak skomplikowane może być odkrywanie własnej tożsamości i jaką cenę trzeba zapłacić za bycie sobą w konflikcie z otoczeniem zbyt łatwo kategoryzującym i ferującym wyroki. Kosińska przyjęła czytelny azymut własnych myśli oraz uczuć, który starała się wspierać konsekwentnym działaniem. Opowiada o kobiecości kojarzonej ze sferą prawdziwej wolności oraz o tym, jak okrutne było zgłębianie tej kobiecości w sobie. Autorka czytelnie sygnalizuje, że kwestia zmiany płci to nie tylko zdobycie stosownych zapisów w dokumentach czy operacja dopasowująca ciało do nowej roli. To dużo bardziej skomplikowany proces okupiony lękami i wiecznym poczuciem zagrożenia. Także myślami samobójczymi, o których sporo jest w tej książce. Kosińska wyznaje, że przez całe życie czuje pewną bliskość z tymi, co odważyli się odejść na własnych zasadach i pożegnać życie, gdy stało się nieznośne.

"Brudny róż" to bolesna opowieść o życiu, w którym najbardziej uwiera bycie sobą. O nazywaniu swego istnienia "własną klęską" i o problemie znalezienia sensu w tym, jak się działa i co się myśli. Kinga Kosińska opowiada o niemożności skonfrontowania się z kimś podobnym i o pewnych rozczarowaniach, kiedy do takiej konfrontacji dochodzi. Najważniejsze bowiem jest zaakceptowanie siebie. Wewnętrzne i świadome. Takie, które daje perspektywy, bo chce się żyć naprawdę, chce się lubić świat i doceniać jego złożoność, tak często przecież deprecjonowaną przez lękających się inności. Transseksualizm trzeba na każdym etapie zmiany płci bardzo stanowczo udowadniać. Batalie w gabinetach lekarskich, a potem na salach sądowych zdają się nie mieć końca. A przecież formalnie to dopiero początek. Potem zaczyna się istnienie usankcjonowane przez zewnętrzne organy. Co jednak z poczuciem wewnętrznego spełnienia i satysfakcji, że jest się wreszcie sobą?

Myślę, że to głos wszystkich tych, dla których życie stawało się zbyt mroczne, by w nim pewnie kroczyć. Ta książka jest anatomią specyficznej samotności. Takiej, która uwiera, i takiej zaakceptowanej jako stan świadomy i normalny. W świecie przedstawionym tej prozy wciąż trzeba mierzyć się z tą dramatyczną dychotomią - jaką płeć akceptuję ja, a jaką postrzega otoczenie. Kosińskiej na pewnym etapie zabrakło determinacji, by stanowić o sobie, w związku z tym opisuje powroty do szpitala, bezpieczną przestrzeń snu i izolacji, poczucie nieprzystawalności do samej siebie i ten wieczny konflikt między oczekiwaniami względem nowego życia a jego kanciastą, nieprzyjazną formą.

Kinga Kosińska opowiada o swym nerwowym introwertyzmie, który utrudniał jej kontakt z rzeczywistością i blokował poczucie satysfakcji po tym, gdy prawnie uznano ją za kobietę. Ta książka opowiada o dramacie osób transpłciowych - im poczucie spełnienia dawane jest przez los niezwykle rzadko. To historia osamotnienia, w którym ogromną rolę odgrywają ludzkie uprzedzenia. Jest ich sporo także w samej autorce. Tak zwany normalny świat każe jej spoglądać na siebie z dużym krytycyzmem. Pomaga wsparcie rodzinne i przede wszystkim wiara. Być może Bóg jest substytutem ludzkości, pomaga zrozumieć szereg przerwanych z różnych powodów relacji, pozwala poczuć bliskość z czymś, co daje nadzieję, pozwala iść do przodu. Kosińska w swym życiu wielokrotnie podejmowała trud stawiania kolejnych kroków okupiony strachem i dezercją, gdy cofała się pełna lęku i frustracji. Jednocześnie opowiada o tym, w jaki sposób dała radę. Nie światu wytykającemu palcami, lecz samej sobie. Tej, która wielokrotnie odczuwała, czym może być piekło uwięzienia. Tej, co odważnie powalczyła o swą wolność.

"Brudny róż" to osobista wyprawa w poszukiwaniu szczęścia i studium samotności, dla której trzeba znaleźć trwałe miejsce i w pełni ją zaakceptować. To też historia niebywałej determinacji - nie są w stanie zdobyć się na nią te osoby transseksualne, dla których perspektywa życiowej rewolucji jest zbyt paraliżująca. Kosińska opowiada o tym, co utraciła i w tej wielości strat sygnalizuje także, co udało jej się zyskać. Jej pamiętnik dramatycznie sygnalizuje fakt, że to instytucje i inni ludzie czasem decydują o tym, czy wolno pozostać sobą. Co więcej - sankcjonują lub odrzucają przestrzeń wewnętrznej wolności. Bo człowiek to nie płeć, to przede wszystkim tożsamość. Autorka staje się wyrazicielką kilku prostych prawd, o jakich zapomina świat tak zwanej heteronormy. Sami stwarzamy sobie granice w myśleniu i pojmowaniu rzeczywistości - dla własnego bezpieczeństwa i komfortu psychicznego. Sami odrzucamy także to, co w nas niezgodne z pojęciem normalności. Czasami skazujemy się w życiu na prywatne piekło w imię spokojnego trwania gdzieś na marginesie. Kinga Kosińska odważnie opuszcza ten margines. Pisze o ludzkiej godności i możliwości samostanowienia. O czymś, o co zawsze warto walczyć. Nawet samotnie i ocierając łzy upokorzenia. Mądra i istotna książka o ludzkiej czułości i delikatności, której nie zniszczyły uprzedzenia i nienawiść.

2015-12-21

"Krym. Miłość i nienawiść" Maciej Jastrzębski

Wydawca: Helion

Data wydania: 18 listopada 2015

Liczba stron: 280

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Ponad podziałami

To zupełnie inny reportaż niż "Rosja Matrioszka i Jastrząb". Przede wszystkim dlatego, że jest fabularyzowany. Śledzimy w nim historię miłosną Rosjanina i Ukrainki z Krymu, a oczywista symbolika tej opowieści każe spoglądać na nowy reportaż Macieja Jastrzębskiego jak na rzecz z tezą. Skoro kochankom udaje się pokonać ogromne różnice i przedrzeć przez to, co zaognia konflikt między ich rodakami, porozumienie między Rosjanami a Ukraińcami w obliczu dramatycznych wydarzeń ostatnich lat jest jednak możliwe. Napisać książkę o polityce i miłości, a dodatkowo zachować konieczny obiektywizm reportażu - to zadanie bardzo trudne, jednak Jastrzębskiemu się udało. "Krym. Miłość i nienawiść" to uderzająca w sentymentalną nutę opowieść o podziałach, które zaistniały w ludzkiej świadomości i spowodowały dzielenie terytorium, sankcjonowane ideologicznie i uzasadniane propagandą. To książka o tym, że możliwe jest wzniesienie się ponad podziały, ale jednocześnie niezwykle trudno dostrzec ich granice. Bo autor nie kategoryzuje - zmusza nas do spoglądania na agresorów z czułością i do rozumienia motywów postępowania zwaśnionych stron. W tle niemy Krym, którego piękno opisywane jest przy użyciu znanych poetyckich fraz. Powstała książka o pojednaniu i o miejscu, gdzie trudno o jakąkolwiek jedność. Książka, w której zarysowuje się bardzo szeroka perspektywa słuchacza analizującego przyswojone treści i poszukującego w niej śladów kompromisu. Bo żeby żyć dzisiaj na Krymie, trzeba sobie ustalić jakiś wewnętrzny azymut oparty właśnie na kompromisie.

Marianna z Symferopola i Fiodor z Moskwy stają na drodze Macieja Jastrzębskiego zupełnie przypadkowo, niedaleko granicy rosyjsko-ukraińskiej - a może obok tego, co z tej granicy obecnie zostało. Autor wykorzystuje sytuację, z przypadkowości czyniąc zasadność. Uważnie słucha dramatycznej opowieści zakochanych i to na niej właśnie buduje fascynującą opowieść o Krymie. Przedstawia anatomię fanatycznego wręcz zjednoczenia narodowego, które wypchnęło półwysep z ukraińskiej sfery wpływów i skazało go na izolację, stałą atmosferę grozy i podejrzeń. Zaburzyło normalne życie i wielu ludziom odebrało nadzieję na lepszą przyszłość, czyniąc rozgoryczonymi wygnańcami. Opowieść miłosna to jedno, ale portretowanie codziennego życia w strachu i niepewności to zasadnicza wartość tej książki. Fiodor powoli zbliża się mentalnie do tego, czym jest dzisiaj Krym i jak został naznaczony, bo jego miłość pozwala przedrzeć się przez propagandę i uwierzyć w wartości oraz czyny dotychczas przez niego potępiane. Marianna zdaje się złamana na kilka możliwych sposobów, jednak daje szansę miłości między granicami i skłonna jest do pewnych kompromisów, by naprawdę ujrzeć portret wewnętrzny swego rosyjskiego wybranka. A ten zmieni się nie tyle diametralnie, ile przede wszystkim rozumnie. Fiodor ujrzy problemy z innej perspektywy niż ta prezentowana przez rosyjskie media. Zaangażuje się mocno w odbicie Marianny z rąk porywaczy i tutaj Jastrzębski uraczy nas próbką prozy sensacyjnej, bo opisywana miłość dojrzeje w bardzo burzliwych okolicznościach, a sytuacja na Krymie oraz wojna na wschodniej Ukrainie staną się z tą miłością związane trudnym węzłem.

Maciej Jastrzębski odtwarza znane nam z doniesień medialnych wydarzenia prowadzące do obecnej sytuacji na Półwyspie Krymskim. Przygląda się uważnie temu, w jaki sposób Krym został dotknięty tą nieoczekiwaną inwazją uzasadnianą przecież przez wielu przekonaniem, iż nagle, po 23 latach, należy odebrać Ukrainie ten półwysep, bo to kwestia sprawiedliwości historycznej. Autor słucha tych, którzy podczas manifestacji wyrażają między innymi takie opinie. "Dążenie do aneksji Krymu to otwieranie puszki Pandory. Całe zło, którym teraz epatują nasi politycy, prędzej czy później wróci do nas". To nie jest tak, że Krym w rękach Rosji jest jakimś gotowym tworem i miejscem, w którym będzie budowany ład na nowych zasadach. To przede wszystkim miejsce ludzkiego smutku i łez. Rozgoryczenia tych, którzy musieli uciekać. Mrocznej dumy pozostałych, akceptujących specyficzny akt transformacji. Dających przyzwolenie na to, żeby obcy zawłaszczał domy, sugerując ich wyzwalanie i sankcjonując swoją w nich obecność. Krym cierpi i płacze, ale jednocześnie boryka się z wieloma trudnościami, z powodu których codzienne życie staje się nie do zniesienia. Ponad tym wszystkim monumentalna przyroda, niewzruszony świat natury traktujący ludzkie szaleństwa z wiecznym dystansem. Jastrzębski stara się pokazać, w jaki sposób ludzie tacy jak Marianna, wciąż na Krymie z ukraińskim paszportem, odbierają sytuację aneksji w kilku możliwych kontekstach. To także historia rosyjskiej świadomości Fiodora, któremu pewne zdarzenia wydają się naturalne, ale ujrzenie ich z innego punktu widzenia powoduje dramatyczną rozterkę.

Obrazowanie wewnętrznego podziału Krymu idzie w parze z zaglądaniem do tych domów, w których mówi się odważnie o niesprawiedliwości dziejowej i płacze w gniewie za utraconym status quo. Ten reportaż to także historia okrucieństwa i bezkompromisowości, której nadano tatarskie imię i nazwisko - Reszat Ametow. Opowieść o zaginięciu pewnego Tatara, który chciał zaciągnąć się do ukraińskiej armii i walczyć z okupantem, dyskretnie sygnalizuje skomplikowaną sytuację ludności tatarskiej na półwyspie i ich zderzenia z układem sił opartym na terrorze. Ta dodatkowa opowieść czyni reportaż Jastrzębskiego jeszcze bardziej dramatycznym, ale autor unika tak naprawdę dramatyzmu, bo przez pryzmat swych zakochanych z dwóch krajów stara się pokazać, w jaki sposób możliwe są dzisiaj porozumienie i wzajemny szacunek. Ta książka ukazuje niejako dwa oblicza wojny. Po każdej stronie - rosyjskiej i ukraińskiej - kryją się te same troski, niewybaczalne utraty, ta sama złość i podobne nadzieje. W gruncie rzeczy ludzie są podobni i nie tylko miłość jest dla nich wspólnym mianownikiem. Jastrzębski ostrzega przed bezwzględnymi i jednoznacznymi ocenami. Ukazuje szaleństwo wojny, w której obie strony cierpią podobnie. Pokazuje ludzkie zagubienie, a w tym wszystkim siłę miłości. Jej moc skryta jest naturalnie w osobnej opowieści, ale i nienawiść także ma wiele oblicz, wielokrotnie niezrozumianych.

Maciej Jastrzębski zabrał nas do świata, którego kształtu nikt dzisiaj nie może być pewien. To reportaż o ocaleniu ludzkich uczuć i takich odruchów, dzięki którym zawsze możemy się odróżnić od wojennej grozy. Nie jesteśmy istotami stworzonymi do zabijania i niszczenia. Miłość symbolizuje sporo, ale przede wszystkim jest orężem wobec zagubienia, stereotypowego myślenia, chęci odwetu i żądzy niszczenia innych. Po części jest to więc pacyfistyczna książka. Bardzo wyraźna, wielowątkowa, napisana z zaangażowaniem i czułą bliskością do poezji opisującej Krym najpiękniej jak to możliwe. O zderzeniu dwóch całkowicie różnych światopoglądów i o wypracowaniu rozumnego kompromisu. To naprawdę jest i może być w przyszłości możliwe.

2015-12-19

"Gwiazdozbiór" Marta Zaborowska

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 4 listopada 2015

Liczba stron: 494

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Krawiec na tropie zbrodni

Marta Zaborowska dzielnie pisze kolejne kryminały z podkomisarz Julią Krawiec w roli głównej, a ja uległem pokusie przeczytania jej książki bez znajomości poprzednich, czego teraz nieco żałuję. Płynnie wprowadzono mnie w skomplikowany świat przeżyć i w trudną sytuację życiową bohaterki. Nie pogubiłem się w żadnym istotnym wątku. Nic nie powodowało dezorientacji. Wszystkie wcześniejsze zdarzenia z tej wiarygodnej psychologicznie biografii zostały umieszczone we właściwym kontekście i z subtelnym zaznaczeniem momentów zwrotnych, po których Krawiec jest w "Gwiazdozbiorze" na takim, a nie innym etapie życia. Świetnie się to czyta, bo Zaborowska opowiada o trudzie bycia dzielną kobietą i o traumie kilku życiowych utrat. Umiejscawia swoją bohaterkę na takim etapie życia, że poza prowadzonym śledztwem musi podejmować bardzo trudne decyzje i myśleć o przyszłości w narzuconej niejako przez los perspektywie. Zaczynam od peanu na cześć wątku obyczajowego tej powieści, albowiem jest on jej najmocniejszą stroną. Intryga kryminalna - dość efekciarska, grająca na emocjach, zręcznie myląca tropy, lecz w gruncie rzeczy przewidywalna. Nie do końca, oczywiście. I szkoda, że autorka odbiera nam ten bezpośredni kontakt z psychopatycznym zabójcą, który nawiązujemy na początku powieści, potem pozostając już tylko w wirze wydarzeń policyjnej gonitwy za oprawcą.

Zabijane są dzieci, w związku z tym wiadomo, gdzie będzie umieszczony środek ciężkości i do jakich emocji czytelniczych odwoła się Zaborowska. Jest w gruncie rzeczy dość przewidywalnie. Młodziutkie ofiary otacza aura niewinności także dlatego, że są dziećmi albo porzuconymi, albo z patologicznych rodzin. "Gwiazdozbiór" nakłada okrutne prawa dorosłych na świat dzieci. Mamy bowiem takie, które z różnych powodów uznawane są za niewygodne. Tutaj ponoszą najbardziej dotkliwe konsekwencje swojej zbędności. Wykorzystane są ich słabości oraz ten rodzaj niewinności, który nie jest w stanie ostrzec przed tym, że staczają się po równi pochyłej, wpadając w łapy demonicznego zabójcy planującego z wyprzedzeniem kolejne rytualne zbrodnie. Marta Zaborowska opowiada także o matkach pozbawionych instynktu macierzyńskiego albo takich, którym ów instynkt gdzieś po drodze zasnął. Dzieci pozostawione są same sobie. Jedna z ofiar nie wyzwala w swej młodocianej matce nawet tyle skruchy, by wróciła pogrzebać córkę. Jasno i czytelnie naznaczone są trudne losy dzieci, które umierają także z powodu pewnych defektów. A mogłyby wieść życie geniuszy. Ktoś odbiera im tę szansę. Julia Krawiec natomiast gotowa jest poświęcić własne (i nie tylko) zdrowie, by walczyć z czasem oraz z psychopatą, bo - jak sama twierdzi - zwłoki dziecka porusza ją dużo bardziej niż nawet dziesięć trupów dorosłych ludzi. O ile niepojęte jest dla mnie tego rodzaju kategoryzowanie ludzkiego nieszczęścia, o tyle wiadomo, że ten punkt widzenia będzie się bronił, a czytelnik dużo silniej niż przy innych kryminałach zaciskać będzie kciuki, wierząc w skuteczność działań policjantki.

Zaborowska fantazjuje dodatkowo o tym, co kryje się w murach tak zwanych renomowanych szkół. Podsuwa niekoniecznie nieprawdopodobne scenariusze mogące mieć miejsce w tych kuźniach talentów, gdzie selekcja jest okrutna i gdzie absolwentem staje się naprawdę wyjątkowa jednostka. W "Gwiazdozbiorze" rolę szkoły z dysfunkcjami gra podwarszawska podstawówka, której uczniowie osiągają znakomite rezultaty w dziedzinie plastyki, muzyki i sportu. Talenty wykuwane są pod czujnym okiem pedagogów, ale rekrutacja także odbywa się na podstawie określonych uwarunkowań. To właśnie uczniowie tej wspaniałej szkoły padają ofiarami zabójcy. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że być może nigdy nie rozwiną w pełni swoich talentów, ale to tylko jedna z przyczyn. Taka dość racjonalna, bo wynikająca ze śledztwa i zbadania odpowiednich materiałów, także po profesjonalnie przeprowadzanych rozmowach. Prawdziwe powody morderstw kryją się już w pokrętnej logice zabójcy, z którym Julia Krawiec naturalnie musi skonfrontować się osobiście w finale książki. Dla mnie dużo bardziej ciekawe staje się to, z czym konfrontuje się dopiero na ostatnich kartach, ale już wspomniałem, że czytało mi się "Gwiazdozbiór" dobrze niekoniecznie jako powieść kryminalną. Tymczasem cyniczny dyrektor szkoły stara się zacierać ślady i ignorować to, co się dzieje, ale dość ciekawą wojnę charakterów między nim a Krawiec Zaborowska również - jak w przypadku narracji zabójcy - ogranicza do jednej sceny. Jaka jest cena bycia kimś wielkim? Jak naprawdę wykuwa się talenty w tej szkole? To jeden z ciekawszych wątków, bo zgrabnie obrazuje sposób myślenia o licznych sukcesach, których na każdym etapie życia i w każdym nasileniu Polak Polakowi odwiecznie zazdrości. Zazdrość pojawi się także w mentalności zabójcy. Ale nie można zdradzać niczego więcej...

Ta książka składa się także z wyraźnie zarysowanych wątków pobocznych i frapujących postaci drugiego planu. Michalina Bodnar, pozornie mniej rozgarnięta policjantka, nieszczęśliwie lokująca swoje uczucia, stająca przed problemem zdradzenia rodzinie sekretu tożsamości seksualnej. Była bibliotekarka, zdegradowana, a następnie zwolniona ze szkoły. Matka przeżywająca osobiste nieszczęście i kobieta niemogąca sobie poradzić z frustrującą ją sytuacją zawodową. Jest także hipochondryczna i rozmodlona matka Julii Krawiec, okazująca się nad wyraz praktycznie nastawioną do życia osobą. Jest też partner policjantki próbujący zbudować wokół niej namiastkę domowego ciepła i planujący daleko idące kroki, by status jego związku z Krawiec stał się bardziej stabilny.

Jest o czym poczytać, to na pewno. Zaborowska napisała o ludzkim smutku i cierpieniu, rozpisując tę egzystencjalną przypowieść na kilka możliwych historii. Każda z nich przesycona jest fatalizmem. Jest w tym wszystkim także sporo zgubnych namiętności i ta tendencja Julii Krawiec do bycia idealną i konsekwentną policjantką, kiedy osobisty świat obok cierpi na skutek jej zawodowego zaangażowania. "Gwiazdozbiór" to książka o tym, jak trudno człowiekowi unieść ciężar własnego geniuszu, i o zdradzaniu samego sobie, o narastającej frustracji i o gniewie niespełnienia. Nic nie jest w tej książce przypadkowe i nic nie dzieje się bez związku z poprzednimi wydarzeniami. Czyta się więc Martę Zaborowską w skupieniu, ale trudno jednoznacznie orzec, na co tak naprawdę autorka chce zwrócić naszą uwagę najmocniej.