2016-02-05

"Rachunek" Jonas Karlsson

Wydawca: Znak

Data wydania: 3 lutego 2016

Liczba stron: 190

Tłumacz: Patrycja Włóczyk

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Definicje szczęścia

To jedna z tych książek, które wykorzystują inteligentny koncept, by przykuć do siebie uwagę na stałe. Jedna z powieści, w których najważniejsze jest zakończenie. Chce się je poznać już od pierwszych stron. I naprawdę nie jest ważne, co tymczasem autor wymyśli, jakimi woltami nas uraczy i jak bardzo zagubi w swojej narracji. Liczy się koniec. Ten zaproponowany przez Jonasa Karlssona może zaskakiwać, ale także rozczarować. Niewątpliwie "Rachunek" to jedna z tych małych książek, które wbijają się  w pamięć na długo. Któż z nas nie zainteresuje się historią szarego obywatela, do którego drzwi puka bezduszny system? Kto nie zada sobie pytania o to, czy i mnie w jakichś okolicznościach może spotkać to samo? Dlatego tej książki się nie odkłada. Warto przeznaczyć sobie na nią czas, bo to lektura do pochłonięcia w całości. Surrealistyczna i groźna. Dowcipna i niezmiernie przerażająca. Pełna zaskakujących zdarzeń, do których opisania potrzebne było nietuzinkowe poczucie humoru i przede wszystkim inteligencja.

"Rachunek" odwołuje się do doskonale znanych z literatury motywów inwigilacji przez państwo. Karlsson nie jest ani Kafką, ani Orwellem. Jest sobą. Tak jak jego bohater. Mężczyzna zbliżający się do czterdziestki, którego życie pozornie jest nie do pozazdroszczenia. Nie zgromadził wokół siebie nawet procenta dóbr, którymi szczycą się jego rówieśnicy. Wynajmuje mieszkanie, w którym - co wykażą później odwiedziny wysłanników systemu - nie ma niczego posiadającego jakąkolwiek wartość. Karlsson portretuje człowieka żyjącego w pewnym zawieszeniu i oderwaniu od rzeczywistości. Czy ten samotnik jest nieszczęśnikiem? Czy egzystencja okrojona do codziennych rytuałów i obserwacji przejawów życia wokół nie jest przypadkiem żałosną wegetacją? Wciąż zmieniamy zdanie na temat sytuacji bohatera powieści, bo to wymusza na nas narracja. Nie wiemy, czy jest mu w życiu dobrze. Wiemy, że otrzymuje ogromny rachunek za wykorzystanie życiowego szczęścia. Kto go wystawił i na jakich warunkach? Rozpoczyna się konfrontacja jednostki z czymś nieprzewidywalnym. Zaczyna się spektakularna gra między człowiekiem a bezduszną machiną inwigilacji. Kto zachowa umiar i zdrowy rozsądek, a kto polegnie w zagubieniu i frustracji? Przecież dochodzi do zburzenia czyjejś harmonii życiowej i do sytuacji, w której padają pytania bez odpowiedzi...

Jonas Karlsson fantazjuje na temat pojęcia szczęścia. Są dwie zasadnicze drogi jego definiowania. Albo zagląda się w głąb siebie i dokonuje subiektywnej analizy, albo zestawia się swoje dokonania, plany i przeżycia z tym, czego doświadcza świat wokół, inni ludzie. Sytuacja wyjściowa przedstawiona w tej narracji jest wielce dwuznaczna. Oto bowiem bohater czuje samozadowolenie, gdy przebywa we własnym towarzystwie. Nikt i nic nie jest mu potrzebne do osiągnięcia stanu zadowolenia z życia. To życie to wieczne zwlekanie z decyzjami - choćby z tą, by zmyć klejącą się od czegoś podłogę. Mężczyzna tkwi w wypracowanych latami schematach. Nigdzie mu się nie spieszy. Jego ważne zajęcia to zmienianie tapety w telefonie komórkowym czy nadmuchiwanie policzków. Za nim niewątpliwie przykre doświadczenia, czyli śmierć rodziców i odejście ukochanej kobiety. Przed nim niewiele perspektyw. Czy to wszystko jest żałosne? Jak ocenia sam siebie człowiek, w którego życiu pojawia się niepokój, gdy przestaje czuć się dobrze we własnym towarzystwie?

W "Rachunku" dostrzegamy czytelną dychotomię, która cały czas zmusza nas do myślenia nad rozwiązaniem finałowym. Z jednej strony prostoduszność obywatela. Z drugiej - skomplikowany mechanizm wyznaczający mu miejsce w społeczeństwie i decydujący o pobraniu stosownej opłaty za status jego życia. Te dwie strony ścierają się w nierównej walce i dzięki temu narracja cały czas iskrzy. Karlsson dyskretnie sugeruje, że bardzo często poczucie własnego szczęścia albo klęski skrywamy gdzieś naprawdę głęboko. Niekiedy potrzebny jest jakiś dynamiczny bodziec, by zadać sobie pytanie o to, czy nasze życie jest spełnione. Tutaj do codzienności wdziera się nieprzewidywalny system. W zasadzie pewien układ naczyń połączonych o jasnej strukturze, ale dla głównego bohatera źródło lęku, bo tytułowy rachunek to suma powstała ze skomplikowanych obliczeń i przemyśleń wszystkich zaangażowanych w funkcjonowanie systemu.

Jego ludzkim głosem jest niejaka Maud. To z nią bohater książki ucina sobie pogawędki, gdy niespodziewanie szybko służbowy ton kobiety zastąpi zwyczajna ciekawość losu i przeżyć skazanego na zapłatę horrendalnej sumy. Maud to pewne wrota, przez które można zajrzeć do wnętrza opresyjnej organizacji, jak się okazuje – wszędzie mającej swe wpływy i wszystko kontrolującej. Nic bardziej przerażającego niż czytanie opowieści o tym, iż każdy z nas jest pod lupą, prawda? Tyle tylko, że lupa z "Rachunku" nie jest ani precyzyjna, ani też wyważona. W konfrontacji z poczuciem szczęścia głównego bohatera system staje wobec niemożliwego. Jak zachowa się w momencie, w którym wystawiony rachunek stanie się sumą absolutnie nierealną do spłacenia?

Powieść Karlssona - sama w sobie szczuplutka - jest w pewnych momentach przegadana. To ją osłabia, bo napięcie, o którym wspomniałem na wstępie, daje siłę napędową, by naprawdę zachłannie przemierzać kolejne strony. Zbyt wiele zostaje powiedziane i wyjaśnione. Mimo, że opisana sytuacja składa się głównie z niedopowiedzeń i szeregu surrealistycznych sytuacji, wobec których stajemy bezradni podobnie jak główny bohater. Pojawia się sporo truizmów w tej zagadkowej historii i zwłaszcza w drugiej części powodują one, że potencjał książki słabnie, wypala się. Z pewnością jednak jest to rzecz z wyrazistym zakończeniem. Paraboliczna historia o tym, w jaki sposób określamy swą pewność lub boimy się niepewności. Co robimy, by obronić się w konfrontacji z systemem i w jaki sposób zakładamy, co nas w życiu spotka, po analizie tego, co do tej pory przeżyliśmy. Karlsson wyraźnie pokazuje, iż nazywanie szczęścia może być niebezpieczne. Zwłaszcza wtedy, gdy chcemy je określić na zasadzie porównań i zestawień. Podobnie niebezpieczne jest jego nadużywanie w życiu. Za to można słono zapłacić. Nawet nie wiemy kiedy.

2016-02-03

"Dary życia" Martha Woodroof

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 13 stycznia 2016

Liczba stron: 416

Tłumacz: Małgorzata Fabianowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: O dobroci w nas

Późny debiut Marthy Woodroof to klasyczne wyznanie o tym, w jaki sposób uzyskało się życiową harmonię i jak chce się o pięknie życia opowiedzieć. Tego typu powieści są bardzo budujące. Podczas ich czytania odnosi się jednak wrażenie, że złudzenie idyllicznych rozwiązań fabularnych to przede wszystkim narracyjna bajka, nie zawsze sugestywna i nie zawsze odnosząca się do życiowych realiów. A przecież taka książka wydobywa się jak najbardziej z prozy życia! Powieść tę można uznać za naiwny pean na cześć ludzkiego istnienia, ale Woodroof na szczęście nie wpada w pułapkę tworzenia książki o bardzo wyraźnym wydźwięku dydaktycznym, bo tak naprawdę każe nam wybierać, opowiadać się po stronie różnych bohaterów. Każe widzieć każdą ludzką ułomność w różnym świetle. "Dary życia" to bowiem książka przede wszystkim o problemach i dopiero później o optyce patrzenia na nie. Chwilami zbyt pretensjonalna, ale oddziałująca na wyobraźnię.

Sytuacja wyjściowego dramatu nakreślona jest bardzo obiecująco. Oto bowiem wykładowca akademicki poznaje kobietę, która silnie oddziałuje na jego zamkniętą przed światem żonę. Marjory jest udręczona i nieszczęśliwa, a jednak zauważa w Rose coś, co każe wspiąć się na wyżyny empatii i zaprosić ją do siebie. Tom Putnam dostaje w międzyczasie list od byłej kochanki, która w żołnierskich słowach informuje, że tak po prostu wysyła do niego owoc ich romansu, dziesięcioletniego już syna, którym Tom ma się przez pewien czas zaopiekować. Woodroof szybko układa narracyjne klocki tak, by świat przedstawiony dopasować do kilku uproszczonych tez i choć mija się z logiką, manewruje bohaterami tak, że generalnie ze wszystkim będą w stanie sobie poradzić.

"Dary życia" to książka o tym, w jaki sposób można z ludzi wydobywać dobro oraz wiarę w siebie. Mistrzynią jest w tym właśnie Rose Callahan. Przybywa właściwie znikąd i od razu roztacza wokół siebie aurę niezwykłości. Widać, że to kobieta, która potrafi być szczęśliwa i nie daje się życiu. Rose wywiera pozytywny wpływ na każdego, kto znajdzie się w jej otoczeniu. To ona będzie władna zmienić Toma. Mężczyznę, który w małżeństwie był wiecznym opiekunem. Poczciwym człowiekiem, któremu wszyscy współczuli, i delikatnym partnerem osoby zmęczonej samym istnieniem. A Tom stanie przed nie lada wyzwaniem. Będzie musiał zmienić formę opieki wypracowaną przez lata. Stanie się opiekunem wspomnianego już syna, który przywiezie ze sobą wiele smutnych tajemnic. Rose także ma kilka swoich. Przede wszystkim zależy jej na tym, by wreszcie poczuć pewną życiową stabilizację. Oboje zrozumieją, że w życiu liczą się tytułowe drobne dary. Oboje staną przed wyzwaniami zmian i przed takim rodzajem egzystencji, w którym muszą na nowo nazywać siebie w relacjach z innymi.

Martha Woodroof ukazuje dość skomplikowane środowisko akademickie Południa,  w którym ludzie żyją wymodelowani przez opinie innych. Jest w portretowanych relacjach dużo zawiści, tłumionych kompleksów, jest obcesowość i są problemy alkoholowe. Są jednak także więzi, dzięki którym można poczuć się kimś wartościowym. Pewne relacje trzeba zmienić, o pewnych sprawach powiedzieć głośno. Być może wiele zmian nie zaszłoby, gdyby nie obecność Rose, ale Woodroof dyskretnie sugeruje, że czas na zmianę siebie zawsze jest właściwy i zmiany tej dokonujemy tylko my sami, bez pomocy innych.

W tej powieści bohaterowie stają wobec wyzwania bycia szczęśliwymi i wobec przyszłości, która zaczyna nabierać innych kształtów. Autorka sygnalizuje, że każdy traumatyczny moment życia można wykorzystać jako lekcję, by żyć inaczej oraz by cieszyć się istnieniem niejednokrotnie przełamanym smutkiem i melancholią. Zmiany dotykają wszystkich bez wyjątku. W tej fabule będziemy mieć do czynienia z ludźmi mającymi bardzo różne problemy, ale jednym głosem wołającymi o zrozumienie przez innych. Być może to właśnie Rose pokazuje, w jaki sposób wspiąć się na wyżyny empatii i naprawdę siebie słuchać. Być może także to ona, a nie Tom Putnam, jest główną bohaterką tej powieści stworzonej chyba przede wszystkim po to, by nieść otuchę. W tym wszystkim jest jeszcze Szekspir w tle - znawcą jego twórczości jest Tom, a autorka pozwala sobie na komentowanie rzeczywistości słowami angielskiego dramaturga, co chwilami wzbogaca powieść o dodatkowe odniesienia, a chwilami czyni ją mimo wszystko pretensjonalną.

Myślę, że to w dużej mierze książka o tym, jaki obraz rzeczywistości sobie kreujemy i jak próbujemy dopasować się do tego, co sądzą o nas inni. Zmieniają się społeczne i osobiste role w życiu ludzi, dla których dotychczas nie było szansy na żadną zmianę. Dość ciekawie portretowani są bohaterowie drugiego planu, koledzy Toma z uczelni. Woodroof nie koncentruje się na nakreślonej już czytelnie relacji, ale stara się wejść gdzieś głębiej. Usiłuje wyraźnie nakreślić kontekst, by wyznaczyć zadania ludziom różnym od siebie, ale przepełnionym pustką egzystencji niezgodnej z tym, czego mogliby oczekiwać od życia. "Dary życia" to też opowieść o tym, w jaki sposób gubimy się w nadmiarze bodźców, dokonując nie zawsze trafnych wyborów i będąc w stanie takiego dziecięcego wręcz zagubienia. Perspektywa dziecka będzie u Woodroof równie ważna jak dylematy głównych bohaterów. Dlatego ta książka jest jednak przekonująca. Takich pozytywnych lektur powinno się czytać sporo. Uczą empatii i postrzegania życia z różnych perspektyw. Uczą także, by zajrzeć głębiej w siebie.

Najciekawiej sportretowane są różne oblicza samotności na równi z wielością szczęścia, które przychodzi nagle i niespodziewanie. Szczęście to także pokłosie wewnętrznej walki. Kompromisów, do których nie jesteśmy w stanie dojrzeć. Martha Woodroof dyskretnie sugeruje, w jaki sposób spojrzeć na drugiego człowieka, by zobaczyć w jego obliczu to radosne oblicze samego siebie niejednokrotnie z różnych powodów skrywane przed światem. Ciepła i pozytywna lektura o niełatwych problemach. Banalizująca je momentami, ale uczciwie sugerująca, że każda droga zmiany jest drogą niesłuchanie trudną, lecz możliwą do przebycia. Przez każdego z nas.

2016-02-01

"Ostatnia noc w Tremore Beach" Mikel Santiago

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 13 stycznia 2016

Liczba stron: 390

Tłumacz: Maria Mróz

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Wizje pełne grozy

Mikel Santiago gra wykorzystanymi już do bólu motywami. Udaje mu się nieźle, bo ta historia rzeczywiście potrafi zainteresować - choć wątpię, czy spowoduje ominięcie stacji docelowej, gdy czyta się w pociągu. Jest w niej kilka smaczków, które powodują, że to lektura nietuzinkowa. Bo mimo, iż autorem jest Hiszpan, jest to przede wszystkim książka dla wielbicieli Irlandii. Przepięknie prezentuje się dziewicza irlandzka przyroda będąca tłem dramatycznych wydarzeń. Ujmująco połączone są zmiany w naturze ze zmianami w psychice głównego bohatera, również narratora, dość mocno skupionego na sobie i w dużym stopniu egocentrycznego, ale za to właśnie - jak się dowiemy - porzuciła go żona. Santiago nieco szarżuje, wymyślając historie gdzieś w tle, które mają wstrząsnąć czytelnikiem. Choćby epizod z portugalskim psychopatą, czyżby jakaś sąsiedzka uszczypliwość? "Ostatnia noc w Tremore Beach" to książka o przekleństwie daru przekazywanego z pokolenia na pokolenie. To także rzecz o tym, jak bardzo może on pomóc, ale przede wszystkim historia sugerująca nam, że nikt w zadowalającym nawet stopniu nie zna swego umysłu i nie ma pojęcia, czy może na nim polegać.

To, co literatura przeżuła już do wyplucia, u Mikela Santiago nabiera jednak pewnej świeżości. Zagubiony w życiu artysta, który poszukuje weny twórczej w domu na odludziu. Dzika przyroda i szaleństwo wyobraźni pozostawionej na pastwę pustkowia wokół. Odpowiednio udramatyzowane zjawiska atmosferyczne, niespokojne poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o to, jak żyć dalej po piekle rozwodu, oraz małomiasteczkowa społeczność nobilitująca niezwykłego gościa i spoglądająca w jego stronę z niezdrowym zainteresowaniem. Wszystko we właściwych proporcjach i w dobrze skrojonej narracji. Można ze sztampowych rozwiązań fabularnych stworzyć opowieść zajmującą uwagę. Bo Santiago napisał krwisty thriller, który początkowo jawi się jako narracja ściągnięta częściowo z "Przebudzenia" Kinga, a potem zaprasza do zabawy w rozszyfrowywanie tego, co się wydarzy, i wpływu na to niezwykłego umysłu głównego bohatera.

Czterdziestodwuletni Peter Harper wynajął dom z dala od cywilizacji, by pokonać kryzys twórczy i przypomnieć światu, że jest jednak znanym i cenionym kompozytorem muzyki filmowej. Irlandzka gościnność małej miejscowości przenosi się na relacje z najbliższymi sąsiadami. Pete przyjaźni się z Leo i Marie, choć w zasadzie niewiele o nich wie. Podobnie o traumatycznej przeszłości swojej nowej partnerki życiowej, Judie. Miewa ona koszmary senne, na ciele widać blizny - ślad po mrocznych wydarzeniach, a sama Judie zbliża się do Harpera przede wszystkim dlatego, że oboje poszukują prawdziwej samotności. Oboje też mają do przepracowania dramaty, z którymi się nie pogodzili. A tymczasem okolica zachęca do beztroskiego życia pośród silnych wiatrów, szumu oceanu i z dala od ciekawskich spojrzeń, bo nawet te z miasteczka należą do ludzi, którzy wiedzą, czym jest prywatność innych.

Peter latami żył silnie związany z matką. To ona zasugerowała mu drogę rozwoju zawodowego. Jego pochodzenie nie wskazywało na to, że Harper stanie się artystą. Niewiele też o jego pasji tworzenia mówi sama fabuła, przez co fach bohatera nie ulega znaczącemu uwiarygodnieniu, bo w gruncie rzeczy ważniejsze są jego niezwykłe umiejętności. To wizje przepowiadające przyszłość, które stają się coraz bardziej natarczywe, gdy pewnej burzowej nocy Harper nie zadba o podstawowe zasady bezpieczeństwa. To też niewidoczny ślad po matce. Tej, która wczesnym odejściem unieszczęśliwiła syna, ale także męża. Ojciec Petera zamknął się w czterech ścianach i nie oczekuje już od życia żadnego wyzwania. Samotniczy charakter ma też syn, ale to reakcja obu mężczyzn na przejścia, z którymi nie mogli sobie poradzić, bo ich przerosły. Santiago portretuje ich obu z dużą dozą czułości, bo to także książka o tym, w jaki sposób można wyjść życiu naprzeciw nawet wówczas, gdy zostało się przez to życie wybitnie skrzywdzonym.

Wątek kryminalno-sensacyjny przykuwa do lektury bardziej niż sugestywne opisy irlandzkiej przyrody, jest też poprowadzony na tyle sprawnie, że wizje Harpera nie niszczą nam przyjemności odkrywania tego, co ma się wydarzyć. Zmysły głównego bohatera odmawiają mu posłuszeństwa, a może to on sam źle interpretuje wszystkie mroczne objawienia, którymi raczy go jego umysł? Pojawiają się głosy i sugestywne obrazy. Coś wyprzedza myślenie o rzeczywistości. Coś wyraźnie niepokoi, podskórnie daje o sobie znać. Przed Harperem na pewno czas próby. Będzie musiał zadbać o swój zdrowy rozsądek oraz bezpieczeństwo dzieci, które przyjeżdżają do niego na wakacje. Będzie też zmuszony do tego, by podjąć kilka ważnych decyzji oraz odkryć tajemnice, których być może nigdy by nie poznał, gdyby nie jego szósty zmysł.

Mikel Santiago sugeruje, że nasza podświadomość może być przekleństwem oraz zaznacza, iż poczucie bezpieczeństwa to także miraż, któremu ulegamy zazwyczaj w spokojnym i odludnym miejscu. "Ostatnia noc w Tremore Beach" to książka o odwadze i niezwykłym sposobie pojmowania rzeczywistości. O tym, jak inni ludzie widzą nas przez pryzmat naszego szaleństwa i o tym, że - jak wspomina jeden z bohaterów - w czasach, gdy ludzie podbijają kosmos, nie są w stanie pojąć tego, czym jest ludzki umysł. Tutaj ten umysł przechowuje pewne niewygodne fakty i przeżycia oraz przewiduje przyszłość ze wszystkimi jej tragicznymi konsekwencjami. Santiago nie stworzył jednak dobrej prozy psychologicznej, bo próby uwiarygodnienia motywów działania niektórych bohaterów nie do końca są przekonujące. Rzecz jednak napisana ze swadą i zaangażowaniem, a w związku z tym - dobra rozrywkowa lektura zaspokajająca gusta różnorodnych czytelników.

2016-01-29

"Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki" Ed Vulliamy

Wydawca: Czarne

Data wydania: 13 stycznia 2016

Liczba stron: 520

Tłumacz: Janusz Ochab

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Bez pojednania

Ed Vulliamy napisał wstrząsający reportaż, który - w przeciwieństwie do "Ameksyki" - nie rozszedł się w wielkich nakładach i nie przyciągnął zainteresowania opinii publicznej satysfakcjonującego autora. "Wojna umarła, niech żyje wojna" traktuje bowiem o konflikcie, wobec którego świat zachował daleko idącą wstrzemięźliwość. Wojna bałkańska, która w latach 1992-1995 pochłonęła mnóstwo ofiar, była konfliktem lekceważonym. Być może do czasu, ale wystarczająco długo, by lała się krew, i by bestialskie zachowania, bratobójcze mordy zaczynały wchodzić w nawyk oprawcom, którzy poczynali sobie coraz śmielej. Świat wstrzymał oddech, gdy była Jugosławia płonęła w ogniu. Świat wstrzymywał się także z jakąkolwiek interwencją, albowiem nie można było jednoznacznie wskazać, kim są oprawcy, a kim ofiary. Tymczasem w okresie, kiedy opinia publiczna zajmowała się zrównywaniem cierpień i strat, Bałkany przeżywały największy koszmar od czasu wojennych poczynań III Rzeszy. Ed Vulliamy był na froncie, odwiedzał obozy, rozmawiał z oprawcami i ofiarami, ale przede wszystkim śledził później zarówno procesy odpowiedzialnych za ludobójstwo (brał w nich udział także jako przesłuchiwany), jak i losy tych, którzy z różnych przypadkowych powodów przeżyli wojnę, uniknęli śmierci, wciąż na nowo jednak przeżywając dramatyczne wydarzenia ze świadomością, iż koniec rzezi nie zakończył konfliktu.

Kiedy ma się wrażenie, że natężenie dramatyzmu tego reportażu osiąga apogeum, czyta się kolejne wyznanie, zapis następnej rozmowy i odnosi wrażenie, że nie ma końca głębia ludzkiego cierpienia, której egzemplifikacją są powojenne losy Bośniaków, Muzułmanów czy Chorwatów - ludzi żyjących w symbiozie, a potem bezlitośnie się eliminujących. Vulliamy podkreśla z całą stanowczością, że zakończony konflikt bałkański trwa nadal w pamięci tych, którzy przeżyli. Wielu z nich przyjął ten zachodni świat, który latami odwracał wzrok od morderstw, czystek etnicznych, porażających skalą zabójstw - potem wypieranych z pamięci. Azyle w bezpiecznych krajach nie przyniosły ukojenia. Wielu imigrantów chce wracać i realizuje te powroty. Czasem wbrew zdrowemu rozsądkowi, bo przecież nic nie pozostało ze spalonego domu, a ulicami rodzinnego miasteczka przechadzają się byli zabójcy, którzy doskonale wymazali swą pamięć albo też doskonale udają, że nie pamiętają, co czynili. Te przesycone fatalizmem powroty noszą znamiona czegoś groźnego i przygnębiającego. Niektórzy rozmówcy Vulliamy'ego bardzo wyraźnie mówią o tym, że krew w nich wrze, że po latach nie zdobyli się na wybaczenie, że nie potrafią i że oczekują drugiej wojny w rejonie. Ta mroczna wizja wcale nie wydaje się niemożliwa. Pomiędzy walczącymi przed laty nigdy nie pojawiło się prawdziwe pojednanie. Bośniackie rozrachunki to spektakl zapominania i wypierania z pamięci. Także prowokacji służących pokazaniu, że krwawy chaos mógłby nastąpić ponownie. Poznajemy nie tyle dramatyczne losy ludzi, dla których wojna jest synonimem wewnętrznego zniszczenia, ile sylwetki zniewolonych przez tę wojnę po latach, gdy traumatyczne wspomnienia powracają z zaskakującą wyrazistością...

To w dużej mierze książka o pamięci i zapamiętywaniu. Z wieloma odważnymi oraz niewygodnymi tezami. Vulliamy oskarża europejski wymiar sprawiedliwości o biurokrację, opieszałość i dużą nieudolność. Odpowiedzialni za krwawe wydarzenia bałkańskie latami cieszyli się wolnością. Procesy tych, których udało się schwytać, trwały długo i powodowały u  ofiar konfliktu dyskomfort nierozliczenia sprawców z okrucieństw. Ci, co przeżyli, poszukują sensu w pozornie stabilnej koegzystencji, ale o normalność w Bośni jest bardzo trudno, czas wcale nie leczy ran. Vulliamy podkreśla, że odebrano ludziom jedną z podstawowych potrzeb. Chodzi o potrzebę pogrzebania bliskich zmarłych. Bałkańska ziemia to nadal anonimowy cmentarz. Zwłoki, których nie udało się ekshumować. Ciała porzucone przypadkowo i bez możliwości ich odnalezienia. To dopiero początek traumy kolejnego pokolenia. Nie ma spokoju, gdy nie ma pewności, co ze zmarłymi. Nie ma wybaczenia, kiedy nikt nie nazywa ogromu zbrodni, nie szuka odpowiedzialnych za nią, gdy nie dzieje się nic wskazującego na poczucie winy. Bałkański krajobraz powojenny nie zmienił się przez dwadzieścia lat. Miejsca masowych morderstw nie doczekały się należnego im szacunku. Świat wie o zbrodniach Srebrenicy, ale Vulliamy odwiedza inne obozy i notuje, co się w nich działo. Tak jak niepojęte dla Europy są motywy, dla których Bośniacy i Muzułmanie mordowali się z takim okrucieństwem i zachłannością, tak niejasne jest dzisiaj to, dlaczego nie można po prostu rozliczyć katów i oddać sprawiedliwości ofiarom.

"Wojna umarła, niech żyje wojna" to poruszający wyobraźnię reportaż, którego zasadniczym celem jest wskazanie, że każdy konflikt musi być właściwie zakończony. Nie chodzi o zakończenie działań wojennych, o przerwanie zabijania, spirali przemocy. Każda wojna ma swój dalszy ciąg w postaci rozliczeń z tego, co się wydarzyło. W Serbii unika się tych rozliczeń. Niejednoznaczne jest pojęcie wybaczenia, skoro tak niejednoznacznie portretowani są zabójcy. A jednak Vulliamy protestuje przeciwko wszelkiej relatywizacji. Wie, co widział, i zdaje sobie sprawę z tego, co usłyszał. Stanowczo i zdecydowanie opowiada się za rozrachunkiem. Prawdziwym. Bez niego nie można budować normalności. Ta dzisiejsza bałkańska ma bardzo kruche fundamenty. To nie tylko skrywane emocje, ale przede wszystkim gorzki żal i szaleńcza często chęć zemsty, od której trudno odstąpić. Trud bałkańskiego rozrachunku polega na tym, że ci, co ocaleli, wcale się kimś takim nie czują. Niekiedy zazdroszczą swym bliskim, że udało im się umrzeć szybko, od strzału w głowę. Życie pamiętających bratobójczą zagładę przypomina chaotyczne podążanie ku szaremu horyzontowi. Przetrwanie to nie wszystko. Zabójcza jest pamięć. Tak trudno to zrozumieć wszystkim tym, którym sąsiad nie groził bronią, by potem znowu udawać żyjącego w zgodzie...

Vulliamy w dość szerokim kontekście opowiada o wszelkich niebezpieczeństwach nierozliczonej historii. Nieprzypadkowo pojawiają się opisy podróży do niemieckich obozów koncentracyjnych i rozważania o tym, w jaki sposób Niemcy poradzili sobie z wojennym obciążeniem, dokonując właściwego rozrachunku, potępiając katów, prosząc o przebaczenie ofiary. Wojna bałkańska, sama w sobie niepojęta dla światowej opinii publicznej, będzie dla niej zawsze zagadką. Ed Vulliamy stara się pokazać, co on sam zrozumiał i jak musiał sobie z tym radzić. Pisząc ten reportaż, poznał z bliska człowieczeństwo na granicy szaleństwa, w którym kotłują się na przemian nienawiść i rezygnacja. Także z życia po wojnie, które okazało się dla wielu jeszcze większym koszmarem.

Bałkańskie linie podziałów to wciąż newralgiczne punkty na mapie Europy, o których Europa zdaje się nie mieć pojęcia. Ta książka, pełna autorskiej odwagi, empatii i zaangażowania ma być mrocznym memento i wspominać zbrodnie, wobec których zbyt wielu pozostało bezradnych. Ed Vulliamy sugeruje także, że każdy naród ma moralny obowiązek rozliczenia się z każdej traumy i jeśli tego nie zrobi, pogrąży się w traumie dużo większej. W mroku spychania gdzieś do podświadomości tego, że chce się odwetu. Autor pokazuje, jak jego rozmówcy dzielnie walczą z tym, by nie żyć nadal w piekle. W piekle, które teoretycznie zakończyło się w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia. Wciąż jednak trwa, bo wciąż nie zostało właściwie nazwane i rozliczone. Bałkański krajobraz po wojnie wciąż na nowo przypomina, że w wielu sercach ta wojna wciąż trwa i nadal niszczy.

2016-01-27

"Czarny mercedes" Janusz Majewski

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 13 stycznia 2016

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Kryminalne oblicze wojny

Znakomity kryminał! Pomimo tego, że śledztwo polskiego nadkomisarza Króla to ciąg lekko absurdalnych przesłuchań świadków, którzy nie mają nic wspólnego ze sprawą. Mimo tego, że dość łatwo i stosunkowo szybko domyślamy się, kto popełnił spektakularną zbrodnię na pięknej kobiecie. Nawet mimo tego, że Janusza Majewskiego można posądzić o szowinizm, bo kobiety ukazuje przez pryzmat ich seksualności - jednych nią kuszą, innych dodatkowo gubią. Nic to. "Czarny mercedes" to książka napisana w taki sposób, że nie można się od niej oderwać. Umiejscawia zbrodnie w afekcie (bo trup będzie ścielił się gęsto) w samym centrum wojny. W czasie, kiedy - jak wspomina jeden z bohaterów - ludzka żądza krwi zaspokajana jest aż w nadmiarze i morderstw jest przez to mniej. Majewski z dużą dozą empatii portretuje sylwetki ludzi z krwi i kości. Doskonale zarysowuje tło psychologiczne oraz określa ich motywacje. Wojna wokół potęguje wrażenie wszechobecnego zagrożenia, ale autor podkreśla przede wszystkim, że nawet w tych nieludzkich czasach życie kieruje się atawizmami i instynktami, których wojna właśnie nie jest w stanie osłabić. Być może dla tych sił witalnych warto walczyć, by to życie chronić. W "Czarnym mercedesie" straci je kobieta dwóch tożsamości, o której wiemy dużo mniej niż nam się wydaje na początku.

Powieść rozpoczyna doskonale skreślona scena z tezą. Oto na warszawskiej ulicy, w samym środku drugiej wojny światowej, szarmancki Niemiec pomaga Polakowi zbierać dokumenty, gdy te rozsypią mu się na ulicy. Ujmujący kulturą osobistą oficer SS to Maximilian Graf von Fleckenstein. Ten, któremu pomaga, jest adwokatem, specjalistą od spraw hipotecznych. Karol Holzer ujmuje Maxa znajomością niemieckiego i manierami. Obaj dochodzą do wniosku, że bez względu na wojnę pewne odruchy nadal pozostają. Te dobre - jak w prologu - ale także i te złe, o czym przekonamy się później. Tymczasem rozkwita przyjaźń między mężczyznami. Max zabiera Karola do pełnej pysznego jadła i napojów żydowskiej kawiarni. W centrum getta raczą się smakołykami i rozmawiają o filozofii życia. Znajomość nabiera dość niebezpiecznych znamion, kiedy zwierzają się sobie ze swoich poglądów. Obecność Maxa w życiu Holzera i jego wizyty w domu adwokata pozwalają mu na bezproblemowe załatwianie pewnych nielegalnych interesów pod osłoną znajomości z nazistą. Brak wścibskości sąsiadów ratuje także kobietę Holzera. Tę, która ukrywa się u niego pod zmienioną tożsamością, i tę samą, którą Karol znajdzie w kuchni z nożem wbitym w plecy...

Krystyna Holzer żyje w strachu. Wchodzi w pewien układ z Karolem. Obojgu zależy na tym, by nikt nie odkrył prawdziwych relacji między nimi. Problemem jest służąca Holzera, Cesia. Być może widzi zbyt wiele, a być może po prostu kusi swą obecnością - jest w niej bowiem, jak i w Krystynie zresztą, mnóstwo erotycznej mocy. Przyciąganie jest silne i obie kobiety zdają sobie sprawę z tego, że potrafią uwodzić bez problemu. Obie jednak znikną. Krystyna zginie, a Cesia przepadnie. Karol Holzer tymczasem będzie musiał się mierzyć z dodatkowym problemem, z intymną sytuacją między nim a Maxem i odkryciem homoseksualnych skłonności oficera SS.

Intryga staje się wielowątkowa, jeśli dołożymy do niej wcześniejszy życiorys Krystyny oraz jej poprzedniego młodziutkiego kochanka, który ogarnięty jest szałem zemsty. To zresztą książka o ludziach prowadzonych na stracenie przez swe zmysły i żądze. Oczywiste jest, że spektakularne morderstwo było czynem w afekcie. Dopiero po śmierci Krystyny odkrywamy, jak naprawdę żyła. Czy rzeczywiście wciąż drżała ze strachu i wiodła samotnicze życie zamknięta w czterech ścianach mieszkania Karola? Jemu samemu z pomocą przychodzi nadkomisarz Rafał Król. Polski policjant, który w słusznej sprawie współpracować będzie potem z niemieckim kolegą po fachu. Portretowany jako bystry i inteligentny, ale generalnie marnujący czas w swoim śledztwie. Tymczasem wokół trwa wojna. Polacy dumnie odmawiają pogodzenia się z niemiecką okupacją, a Niemcy... to właśnie o nich samych opowie nam historia Maxa. Nieszczęśliwego człowieka, któremu czas i okoliczności nie pozwoliły na uczuciowe spełnienie. Dumnego i wykształconego bogacza, u którego stóp leżał cały świat. Prowadzącego charakterologiczną grę z Holzerem, w której obaj ukrywają przed sobą tajemnice i prawdziwe motywacje działań.

Janusz Majewski napisał książkę o męskich emocjach. Tych ujawnianych i tych boleśnie tłumionych. Przyjrzał się męskości z kilku ciekawych perspektyw. Ujawnił dodatkowo anatomię pustki wewnętrznej i niespełnionych marzeń, fascynacji erotycznych. Powstał z tego obraz dramatu, w którym zasadniczą rolę odgrywa stosunek do kobiet jako silnych jednostek oraz ambiwalentne odczucia w odniesieniu do wojennej okupacji oraz filozofii hitleryzmu. To powieść, w której szlachetne idee zderzają się z ohydą ludzkich instynktów. "Czarny mercedes" to w końcu książka o niezliczonych ludzkich konfabulacjach w czasach, w których każda prawda jest wyjątkowo niebezpieczna.

Nie sposób nie pamiętać o wojnie, która przecież wciąż jest obecna, szaleje i niszczy, odbiera nadzieję i zdrowy rozsądek. Bohaterowie usiłują żyć mimo jej grozy. Zajmują ich codzienne sprawy, cieszą drobiazgi - dobry trunek czy możliwość przeprowadzenia wartościowej rozmowy. Majewski portretuje zarówno ludzkie doświadczenia w czasie okrucieństwa, jak i samo okrucieństwo ludzi, którym wojna wypaczyła światopogląd i zmusiła do bezrefleksyjnego postrzegania śmierci drugiego człowieka. To proza, w której wyniośli, majętni i ekscentryczni zderzają się z biednymi, pozbawionymi środków do życia, własnego zdania i umiejętności spoglądania ponad to, co teraźniejsze. Autor dość okrutnie rozprawi się ze wszystkimi. Tak jak rozprawia się z ludźmi wojna. "Czarny mercedes" świetnie ukazuje interesowność ludzkich relacji oraz te wyjątkowe, które wolne są od jakichkolwiek zależności. W tej książce tracą wszyscy. Każdy musi coś pożegnać, odciąć się od przeszłości, przemodelować plany na przyszłość. Każdy dodatkowo nosi w sobie piętno wojennego obciążenia. Czasem jest to deformacja umysłu. Niekiedy zwykła bojaźń.

Janusz Majewski opowiada o dwóch mężczyznach, którzy są ostatnimi z rodu i nikomu nie przekażą swojej spuścizny. O samotności pożerającej od wewnątrz. Motywującej do złych uczynków. Karzącej za nie jeszcze większym poczuciem osamotnienia. Autor nie pozostawia w próżni żadnego ze swych bohaterów. Retrospekcje ujawniają, kim się stali, zanim dopadł ich koszmar wojny, który wykoślawia relacje i dewaluuje pojęcia. Wtłoczeni zostali w tok zdarzeń, wobec których stają się bezbronni. Jak rozwiąże się kryminalna intryga i czy ktokolwiek okaże się tym, kim wydawał się na początku? Majewski prowadzi nas ku spektakularnemu finałowi, cały czas zadając pytanie o pozostające w nas odruchy. Część z nich podporządkowana jest zdrowemu rozsądkowi. Co dzieje się w momencie, w którym zaczynają dominować żądza i natłok emocji? Świetna, wyrazista proza o czułych mistyfikacjach i okrucieństwie ich odkrywania.

2016-01-25

"Wybrańcy" Steve Sem-Sandberg

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 14 stycznia 2016

Liczba stron: 555

Tłumacz: Paulina Rosińska

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Szpitalny front zagłady

Steve Sem-Sandberg w swej najnowszej książce opowiada o tym wstydliwym obliczu wojny, z którego nie wytłumaczono się przez lata. To książka o trwaniu miejsca i ludzi, dla których Trzecia Rzesza nie przewidywała żadnej pamięci. Masowo uśmiercani mali pacjenci, a po latach - obojętność, zaprzeczanie faktom, amnezje, wypieranie odpowiedzialności za okrucieństwo. "Wybrańcy" to bardzo mocna narracja. Autor opiera się na tych dramatycznych faktach, wobec których po latach jesteśmy bezbronni i tak samo zagubieni. Jak można było prowadzić taki właśnie front wojenny? Am Spiegelgrund - miejsce, w którym z nakazu Führera należało eliminować jednostki nieprzydatne dla społeczeństwa. Cierpiące dzieci były balastem, należało się ich pozbyć. I pozbywano się. Zaburzenia nerwowe, deformacje, wrodzone wady, psychopatie czy epilepsje - one stanowiły uzasadnienie dla wyroku śmierci. Sem-Sandberg opowie o wyjątkowo okrutnej machinie działań morderców w białych kitlach, wyćwiczonych i karnych jak na froncie, składających przysięgę Hipokratesa, a potem w wojskowym rygorze "sprzątających" w społeczeństwie, które powinno zostać bez skazy.

Pozostały zaś skaza, wstyd i stygmat na lata. Nie tylko w tych, którym udało się przeżyć pobyt w austriackiej klinice śmierci. Także w pozostałych przy życiu lekarzach i pielęgniarkach, wśród których autor książki wyszczególnia konkretne jednostki, przyglądając im się z uwagą i kreśląc niejednoznaczne motywacje czegoś, co brzmi przecież nad wyraz jednoznacznie - to zabijanie. "Wybrańcy" to epicka narracja przypominająca chwilami powieść sensacyjną, momentami przejmujący thriller. Nie ma w niej jednak fikcji literackiej. Są fakty, wokół których Sem-Sandberg snuje opowieść o kilku rodzajach strachu i o tym, że można umierać na raty, wciąż na nowo. To książka o wszelkiej możliwej deformacji śmierci i o psychologicznych uwarunkowaniach, dla których służby medyczne podejmowały się procederu eliminacji zbędnych jednostek. Am Spiegelgrund odbierał resztki nadziei. Także pozostałości zdrowego rozsądku, z którym pożegnali się lekarze odbierający sobie i innym resztki empatii oraz poczucia odpowiedzialności za czyjeś życie. Ich odpowiedzialność po latach zatarła się, a mechanizm selekcjonowania człowieczeństwa działał na wybranych osobnikach w wieku od niemowlęctwa do osiemnastu lat. Tytułowi pacjenci musieli udowodnić własną godność, by przeżyć. Dla niektórych jedyną możliwością zachowania człowieczeństwa było samobójstwo. Inni uciekali. Nieliczni zaufali pielęgniarkom, bo im zdarzało się przecież przejawiać prawdziwą troskę. A jednak machina pracowała doskonale. Setki słoików z ludzkimi szczątkami znalezione w 1997 roku udowodniły jej potworność. Co jednak i w jaki sposób stara się udowodnić ta książka?

Sem-Sandberg kreśli symultanicznie losy dwójki ludzi, których z dużym uproszczeniem można byłoby określić mianem ofiary i kata. Ofiarą jest niejaki Adrian Ziegler. Dziecko z patologicznej rodziny, które stale poszukiwało miłości i akceptacji, otrzymując kolejne razy od życia. Adrian trafia do szpitala, w którym zmienia się spojrzenie na chłopca. Ciemna cygańska twarz to już wystarczający stygmat, ale być może jest w nim coś, co można ocalić. Autor kreśli dramatyczne losy chłopca, którego upokorzono na wszystkie możliwe sposoby. Pokazuje konsekwencje jego ucieczki z piekła i wtłoczenie w nowe, to pozaszpitalne, wymagające od niego bycia niewidzialnym. Adrian musi pokornie zgodzić się na nieistnienie, by przetrwać wszelkie nieludzkie okoliczności, w jakich będzie walczył o życie. Sem-Sandberg zaznaczy te momenty życia, w których strach przejmował w wyjątkowy sposób. Kiedy nie miało się nadziei na przetrwanie i gdy każdy kolejny dzień przynosił jedynie wstyd. Za to, że wciąż się żyje i pozwala na to, by manipulacje i groźby stały się codziennością.

Z drugiej strony - postać autentyczna, Anna Katschenka. Pielęgniarka pełniąca swoje obowiązki z oddaniem, która weszła w skomplikowaną zależność z jednym z lekarzy manipulującym nią, ale i pomagającym w duchowym odrodzeniu. Anna karnie wykonywała wszystkie zalecenia i choć wiedziała, do czego się przyczynia, wciąż powtarzała, że robi to, co umie najlepiej. Uratowana duchowo przez doktora Jekeliusa, wielbi go bezgranicznie i tym samym przesuwa w sobie granice moralności, by postępować słusznie i nie zastanawiać się, czym jest słuszność. Portretowana postać Katschenki to doskonały przykład tego, w jaki sposób manipulowano ludźmi karnymi i umiejącymi wykonywać obowiązki bez względu na okoliczności. Am Spiegielgrund uratował Annę i był jednocześnie trumną dla niej. Nie wyzwoliła się spod toksycznego wpływu człowieka zacierającego swe okrutne uczynki i uwierzyła w tę formę rzeczywistości, jaka pomogła jej wewnętrznie uporządkować cały chaos, który miała w własnych myślach, gdy stanęła po raz pierwszy w gabinecie Jekeliusa.

Sem-Sandberg pozostawia interpretacje czytelnikom. Nakreśla bardzo wyraźnie motywacje bohaterów. Każdy na swój sposób chce przeżyć i szukać resztek normalności w świecie, w którym na nieco innych, ale równie okrutnych zasadach szaleje druga wojna światowa. "Wybrańcy" to opowieść o dzieciach, których rodzice nie mogli pochować. O spirali kłamstw w centrum ogromnego cierpienia. Dziecięcego cierpienia wyrażanego krzykami. Ale to też historia pacjentów, którzy w tym całym szaleństwie odnajdywali namiastkę domu. Am Spiegelgrund - mimo potworności swojej struktury - dla niektórych dzieci był ich imago mundi. Niczego innego nie mogły przecież od życia oczekiwać...

Autor portretuje zło w jego różnych przejawach i tę paraliżującą dziś świadomość, że na każdym etapie życia i w każdym ustroju można dorobić filozofię zbędności człowieka. "Wybrańcy" to książka o tych, którzy mieli siłę walczyć oraz o wewnętrznej walce zagubionych, którym nie sposób było pomóc. To też opowieść o rozliczeniach historycznych, która podkreśla nie tyle ogrom niesprawiedliwości, ile przemilczane fakty, z którymi po latach jest niewygodnie, a które podczas wojny kształtowały monstrualne oblicze wiedeńskiej kliniki. To książka o wypaczeniach czasu i o ludzkiej świadomości, w której można porządkować najbardziej nawet niewyobrażalne okrucieństwo. To także literacki hołd dla wszystkich tych, którym nie poświęcono czasu i uwagi, a ich cierpienia zlekceważono. Tych zachowujących godność, ale niezgodnych z filozofią rozwoju społeczeństwa. Sem-Sandberg wyraźnie zaznacza, że w żadnych okolicznościach i w żadnym czasie nie mamy i nie będziemy mieli prawa do tego, by dokonywać jakiejkolwiek selekcji w imię dobra ludzkości.

2016-01-22

"41 utonięć" Agnieszka Wolny-Hamkało

Wydawca: Iskry

Data wydania: 13 stycznia 2016

Liczba stron: 186

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Teatralna nagość

Polskiego lata 2015 roku nie sposób nie zapamiętać. Większość bezskutecznie walczyła z żarem, który spowalniał wszelkie procesy życiowe. Niektórzy uznali, że ten czas to jednak wyzwanie. Agnieszka Wolny-Hamkało w skwarze i duchocie pisała książkę. Swoją drugą powieść. Rzecz, w której upał jest niemym bohaterem, gdy blokuje w działaniach albo te działania wykoślawia. Opowieść oddającą hołd Wrocławiowi - i to w zupełnie innej tonacji niż pisarstwo Łukasza Orbitowskiego czy Piotra Adamczyka, samo w sobie przecież różne. Niepowtarzalny styl autorki ma taką siłę, że gdybym przeczytał kilkanaście fragmentów prozy, bez wahania wskazałbym tę pisaną przez Wolny-Hamkało. "41 utonięć" to nostalgiczna i dramatyczna opowieść o tym, że nikt z nas tak naprawdę nie umie żyć i chwytamy się rozpaczliwie zrębów tak zwanej normalności, by nazwać swoje życie w znanych kategoriach, dopasować je do nich, uczciwie przyznać przed sobą, że porażka nie jest w naszym stylu. Bohaterowie tej książki, której tytuł to mroczne memento pewnego letniego weekendu, odnajdują swoje miejsce w przestrzeni teatru. Tylko tam można znaleźć kontakt nie tyle z innymi, ile z samym sobą. Poszukiwacze nowej koncepcji sztuki starają się przede wszystkim obnażyć siebie. Robią to w jednej scenie dosłownie, ale chodzi o symboliczne ujawnienie tego, co skrywane gdzieś wewnątrz. Czegoś, za co wypowie się spektakl w odpowiedniej oprawie. Sztuka pełnej wolności - osób przygotowujących ją i tych, którzy przyjdą zobaczyć.

Widać dość czytelne ślady "Zaćmienia", bo Ada z nowej książki to taki literacki konstrukt bez ustanowionej tożsamości jak Ewa Skalska zastanawiająca nas w poprzedniej prozie Wolny-Hamkało. Podobne są też relacje z mężczyznami, którzy otwierają się w taki może trochę niemęski sposób, ale to w nich widać wyraźnie, że żyjemy w "cywilizacji neuroz", skrzętnie skrywanych i jednocześnie ekshibicjonistycznie eksponowanych. Obie książki łączy również ta specyficzna wrażliwość wobec słowa, które łączy się z drugim w zaskakującym związku. To nic, że w "41 utonięciach" Wolny-Hamkało gubi czasem wątek jak jej bohaterka Ada. To tak ma być, bo słowa są labiryntem. Jest nim także przeprawa przez teatr i wydawanie na świat sztuki. Druga powieść to potwierdzenie, że wrocławska autorka dąży do konkretyzowania rzeczywistości surrealistycznej, mocno groteskowej, dwuznacznej. Świat przedstawiony jest niczym plastyczna masa do modelowania przez czytelniczą wyobraźnię. Dlatego ponownie mamy do czynienia z książką wielości odczytań. Tymi kilkoma dzielę się w niniejszym omówieniu.

Ada Wasilewska bardzo źle znosi codzienność. Wypadła z rytmu etatowej pracy i chciałaby zniknąć we wnętrzu własnych obrazów, rozpłynąć się w nich - zamiast całkiem realnego rozpływania się w atakowanym przez upał Wrocławiu. Ada często gubi swój dowód osobisty. Porzuca wyznaczniki tego, kim ma być, bo ważne jest dla niej, kim się staje. W życiu żegluje bez możliwości zacumowania. Kiedyś odważyła się dopłynąć do małżeńskiego portu, ale pozostały po nim tylko wspomnienia oraz substytut bliskości - seksualna zależność, w której poniżający kochanek staje się materiałem do czegoś na kształt badania antropologicznego. Bo Ada lubi zmysłowo badać rzeczywistość. Może to zrobić, kreśląc wizję scenografii do awangardowego spektaklu, za którym stoją wszelkie formy kontestowania rzeczywistości. I wszelkie rodzaje ludzkiego zagubienia się w niej.

Charyzmatyczne postacie koncentrujące się wokół planowanego spektaklu to z pewnością autorskie portrety rzeczywistych ludzi z otoczenia wrocławskiego Teatru Polskiego. Niemniej łączy je ta specyficzna niezdolność do wchodzenia w bliskie relacje i potrzeba zaspokojenia ich poprzez artystyczne eksperymenty. Kim są bohaterowie prozy Wolny-Hamkało? "Jesteśmy ludźmi nowego pokolenia, ze źrenicami rozszerzonymi od efedryny. Regulujemy emocje za pomocą xanaxu i seksu. Naszymi zawodami zaufania społecznego są psychoterapeuta i barista". Usiłują zerwać z wyżej wymienionymi zależnościami i uwierzyć w teatr transgresji. Bo przecież - jak twierdzi powieściowy dyrektor - to kształt świata wydaje się skandaliczny, a nie koncepcja, wedle której tworzona jest ta alternatywna rzeczywistość, gdzie na scenie można się wyzwolić.

Zaangażowanie w sztukę wyzwalającą jest bardzo duże. Żyje się intensywnie. Można wybrać coś innego niż uczestnictwo w Nocy Konfesjonałów, wybiórcze przyjmowanie islamu, wirtualną namiastkę intensywnego życia w Virtual Party czy toksyczne relacje, z którymi nie można sobie poradzić. Ada uwielbia wędrować, dotykać świata i spoglądać na jego różnorodność, więc funkcja scenografki będzie dla niej idealna - koncepcje otoczenia stworzy ona sama. Ona zdecyduje, na jakich warunkach i w jakich przestrzeniach poruszać się będą aktorzy. Ona w końcu weźmie odpowiedzialność za coś zbudowanego na bazie pracy grupowej. To odmiana dla kogoś, kto uciekał do sztalug i farb, bojąc się jednocześnie przyznać do upływu czasu i kurczowo trzymając się wspomnień z młodości i dzieciństwa. Choćby tego, w którym Ada bała się własnego cienia.

Agnieszka Wolny-Hamkało opowiada o ludziach oszukanych przez życie, którym wciąż jest za mało doznań i którzy wciąż za krótko czują siebie naprawdę. Życie jako wieczna utrata? Owszem, ale także zyskiwanie. Do czego doprowadzi praca nad spektaklem - to już pozostawione zostało fabule. Pewne jest natomiast to, że nie jest to książka ani o teatralizacji życia ani też o wdzieraniu się jego bezkompromisowości w sferę nazywaną sferą wolności twórczej. "41 utonięć" to rzecz o różnego rodzaju zagubieniach i o próbach definiowania porządku świata. O stawaniu twarzą w twarz z drugim człowiekiem i jego oczekiwaniami. O tym, że zastępujemy tożsamość seksualnością bądź religią, a nie odważamy się ujrzeć siebie nago. W tej historii o eksperymentatorskim teatrze nie mamy już jednak eksperymentalnej prozy, jaką było być może "Zaćmienie". Wolny-Hamkało jest bardzo świadoma tego, co i w jakiej konwencji przedstawić. Pokazuje, do czego możemy być przywiązani, i jak trudno jest nam walczyć z rozedrganiem oraz zagubieniem. Zwłaszcza w piekielnym żarze, który częściowo odbiera człowieczeństwo i stawia nas w sytuacji ekstremalnej. "41 utonięć" to książka o próbach i o walce. O tajemnicach, które kryjemy w sobie i do których często nie chce nam się docierać.

2016-01-20

"Ścieżki Północy" Richard Flanagan

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 7 października 2015

Liczba stron: 476

Tłumacz: Maciej Świerkocki

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Wojna i pamięć

Richard Flanagan - uznany australijski pisarz - stworzył powieść bez wątpienia wybitną. W jego historii najważniejsze jest kilka pojęć. Rozpacz, samotność, okrucieństwo i pamięć. Ale to też pasjonująca opowieść miłosna, choć ten akurat wątek nie jest najmocniejszą stroną "Ścieżek Północy". Flanagan napisał o człowieku z pewnej tasmańskiej rodziny. Największym życiowym dokonaniem tejże rodziny było przetrwanie. Dorrigo Evans przetrwa nieszczęśliwą miłość, wojnę w obozie pracy, późniejsze wyobcowanie i małżeństwo bez iskry uczucia. Przetrwa głód i błoto mieszające się z krwią i kałem. Przetrwa epokę, która zamilknie i przeminie, a on pozostanie z jej śladami na zawsze. Nieprzystosowany, niepewny siebie. W centrum zainteresowania opinii publicznej, a przecież tak rozpaczliwie samotny. "Ścieżki Północy" to próba oddania w słowach tego wszystkiego, co nieszlachetne, niewyobrażalne, bezsensowne i do głębi złe. Książka o okrucieństwie ludzkim i o chorych podwalinach wspólnoty. O tym, że zapominamy zbyt wiele i zbyt często, a literatura powinna przed tym zapomnieniem bronić. Wstrząsająca opowieść wojenna i egzystencjalny traktat o byciu osobnym, oderwanym od siebie samego i pozbawionym możliwości odnalezienia w życiu choćby namiastki tego, co może czynić szczęśliwym.

Dorrigo Evans był przez moment szczęśliwy. Może wtedy, gdy jako młokos przechwytywał w locie piłkę od rugby. Może wówczas, gdy odkrył magię literatury i uznał książki za coś sobie najbliższego. Być może wtedy, gdy po raz pierwszy ujrzał tajemniczą nieznajomą z kwiatem kamelii za uchem i gdy spoglądał w jej niezwykłe błękitne oczy zapowiadające rozkosz oraz nieopisany dramat. A może szczęście przychodziło w tych krytycznych momentach, w których jako dowódca oddziału ratował na stole operacyjnym któregoś ze swych cierpiących towarzyszy. Dorrigo Evans wciąż wierzył, że przyświeca mu jakieś światło. Nie mógł uwierzyć, że świat nie ma właściwości, lecz po prostu jest. Poczuł swoją nieopisaną pustkę w tym wielkim światowym istnieniu, kiedy ocalony z piekła, miotał się w kolejnym i walczył niczym z ogniem, ratując swą rodzinę przez spłonięciem.

Flanagan stosuje zabieg antycypacji przede wszystkim po to, by czytelnik nie skupiał uwagi tylko na tym, czy główny bohater przetrwa wojnę w jenieckim obozie pracy. Autor sygnalizuje znaczące momenty w życiu dojrzałego już Evansa przede wszystkim po to, by zastanowić nas nad tym, dlaczego stał się taki i w jaki sposób odbiera teraz życie. Jego cienie pojawiają się gdzieś w medialnych doniesieniach, gdzie Evans jest bohaterem wojennym i gdzie musi mówić to, czego od niego oczekują. Wszystko jednak kryje się w jego milczeniu. Sugestywnym milczeniu połączonym z apatią. Po tym, jak musiał walczyć o życie swoje i swoich kolegów, którzy ginęli w nieludzkiej misji budowy kolei birmańskiej, brakuje mu motywacji, by powalczyć o sensowne powojenne jutro. O czas i miejsce, które tak bardzo chcą zapomnieć o przeszłości. A przecież - jak mówi jeden z jeńców obozowych - "prawdziwa sprawiedliwość to pamięć". Dorrigo Evans portretowany jest jako piewca tej pamięci, ale jednocześnie człowiek skazany na jakąś piekielną otchłań przypominania wciąż na nowo tego wszystkiego, co bardzo go zraniło. Także tej, której uśmiech i czułość zabrał ze sobą na wojnę.

Dla Evansa i jego kolegów prawdziwym frontem jest walka o przetrwanie w azjatyckiej dżungli. Mimo powołania pod koniec 1940 roku dopiero trzy lata później australijski chirurg doświadczy tego, czym naprawdę jest wojna. Budowanie kolei to realizowanie pewnej idei Japończyków. Ludzi zahartowanych w boju i pozbawionych skrupułów, kiedy trzeba pożegnać się z życiem, gdy staje się hańbiące. Australijscy jeńcy są dla japońskich ciemiężycieli ludźmi, których nie wzmocniła żadna głębsza myśl. Budowanie potęgi w tajskiej dżungli ma groteskowy charakter. Także w momencie, w którym świat przyrody zwycięża nad chorym ludzkim planem. Ale budowę kolei trzeba realizować, by na jej trasie porzucać kolejne trupy. Śmierć ma u Flanagana niejedno mroczne oblicze, a autor doskonale łączy naturalizm z subtelnością, gdy opowiada o ratowaniu resztek człowieczeństwa pośród bólu i upokorzenia. Także wtedy, gdy o człowieczeństwo trudno nawet zapytać, gdy kilkuset jeńców biernie przygląda się pokazowej kaźni jednego z nich. Evans wie, że jego rolą jest odraczanie śmierci albo jej przyspieszanie. Staje się takim okrutnym bogiem i iluzorycznym zbawcą dla wszystkich tych australijskich mężczyzn, którzy nie potrafią już cierpieć godnie. Bo "Ścieżki Północy" to opowieść o męskości w sytuacji krytycznej. Dosadnie i przejmująco obrazująca rozpad ludzkiego ciała i idącą za tym destrukcję tożsamości.

A tę japońską wyznaczają skrajności. Dumny japoński dowódca jest w stanie zachwycać się haiku i ścinać głowę jeńca bez mrugnięcia. Japońska duma i przekonanie o swej wielkości zostaną zmiażdżone przez los i historię w równym stopniu, co marzenia australijskich żołnierzy o powrocie do normalnego życia, kiedy koszmar wojenny stanie się przeszłością. Richard Flanagan pokazuje, że wojna to wieczne ofiary. Ofiary po każdej stronie, bo kat również płaci za swą butę i przekonanie o byciu zwycięzcą. Nie ma godności w umieraniu za ideę, ale nie ma jej również wtedy, gdy wycieńczone ciało pada na leśną ścieżkę, by nie podnieść się i nie udowodnić sobie, iż może walczyć o kolejny dzień.

Walką o normalność jest powojenna rzeczywistość. Idee i definicje brzmią jakoś inaczej. Świat Flanagana wciąż chwieje się w posadach, ale najważniejsze jest nakreślanie jego wyraźnych konturów. Bo przecież istnieje - mimo wszystko. Mimo ludzkiej podłości i przejawów okrucieństwa. Mimo nienawiści stającej się dla niektórych jedyną siłą przetrwania. W błocie dżungli czy w australijskim upale - kondycja ludzka narażona jest na wiele niebezpieczeństw, ale najgorszym z nich jest obojętność. Nie można przetrwać, będąc obojętnym. Każde bolesne uderzenie gdzieś w azjatyckiej głuszy idzie w parze z późniejszym nieśmiałym stawianiem kroków w rzekomo lepszym świecie, gdzie upadek jest równie odczuwalny jak razy wymierzane przez okrutnych japońskich strażników.

"Ścieżki Północy" to historia o tym, jak deformujemy rzeczywistość wokół i jak bardzo bezbronni jesteśmy wobec samych siebie. To przejmująca powieść o wieloaspektowym okrucieństwie wojny i o tym, że jej stan zmienia patrzenie na świat. Ten świat, który po prostu jest. Zobojętnienie na jego obecność to podróż do piekła gorszego niż to, którego zaznają australijscy jeńcy. Rzecz napisana z rozmachem, choć z drugiej strony książka bardzo kameralna. Tego typu opowieści pokazują ludzkie cierpienie w każdym możliwym znaczeniu. Czy jednak oczyszczają? Dają nadzieję? Flanagan napisał powieść wstrząsającą. O tym, o czym czasem wiemy, a czasami boimy się to sobie wyobrazić, bo może nas przerastać.

2016-01-18

"Rozmowa z Botem" Piotr Sender

Wydawca: Replika

Data wydania: 26 stycznia 2016

Liczba stron: 336

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Samotność przed ekranem

Myślę, że to najbardziej dojrzała powieść Piotra Sendera. Historia samotności i kolejnych utrat bliskich osób. Kameralna sceneria każe nam zapytać o to, kim się stajemy, kiedy widzi nas tylko ekran komputera. Niespokojna, przesycona fatalizmem, ale i pewną nadzieją książka. Nie dla wszystkich, bo zbyt boleśnie przypominająca nam o tym, na co nie zwracamy często uwagi i co dopada nas w chwilach samotności. To bezgraniczne poczucie, że zgubiło się cel, a jednocześnie zraniło innych, doprowadzając do ich odejścia. "Rozmowa z Botem" kryje w sobie dwuznaczną wymowę. Z jednej strony opowiada o toksycznych relacjach rodzinnych, które potem wpływają na różnego rodzaju dysfunkcje w dorosłym życiu. Z drugiej jednak - daje możliwość wielopłaszczyznowego przyjrzenia się samotności ludzkiej, która nie bierze się znikąd, a czasem może mieć swą istotną moc. Bohater książki podświadomie dąży do samozagłady, ale jednocześnie stara się opóźnić moment odejścia. Co usłyszy od komputerowego bota w zaskakującym zakończeniu? Co być może zmieni jego optykę i da szansę na ratunek?

Mamy 2021 rok. Odnosi się wrażenie, że to taki mroczny czas, w którym wszelkie możliwe sposoby kontaktowania się ze sobą są na wyciągnięcie ręki, ale obsesyjnie tych kontaktów unikamy, zaprzyjaźniając się z martwym monitorem. Julian spisuje swoje życie oraz historie ludzi, którzy zostawili swój trwały ślad w jego egzystencji. Dokonuje druzgoczącej selekcji faktów, z której wynika, że przegrał życie. Sam nazywa je "czarną dziurą, która wysysała szczęście z bliskich". Nie ma już odwagi stawiać czoła kolejnym wyzwaniom, bo zawiódł zbyt wiele razy - siebie oraz ludzi z najbliższego otoczenia. Pozostaje mu kompulsywna próba zwrócenia na siebie uwagi we wspomnianej już scenerii zwierzenia czemuś nieludzkiemu. Tak jest bezpieczniej i tak jest łatwiej. Nie sposób przewidzieć, do czego doprowadzi konfrontacja umysłu zranionego przez życie człowieka oraz bezdusznej maszyny analizującej jego poczynania niczym zdystansowany i kostyczny terapeuta podczas sesji.

Największym problemem Juliana było zdobycie choć cząstkowego zainteresowania matki. Kobieta wyparła się go już na sali porodowej. Miał być dziewczynką, stał się bolesnym stygmatem. Potem idiotą, który idzie w ślady ojca. Nieustannie krytykowanym, ośmieszanym, upokarzanym i terroryzowanym przez rodzicielkę będącą potworem. To wieczny ślad i stale pulsująca pod skórą okrutna obecność, bo matka towarzyszyła mu ciągle, każdy etap jego życia komentując i stale uświadamiając mu, że jakiekolwiek życiowe spełnienie nie jest dla niego możliwe. To matka wyznaczyła ten okrutny kierunek przemian, który był dla niej tak oczywisty i przewidywalny i który narzuciła dziecku odtrąconemu z powodu jej egoizmu i pychy. Te cechy skryte są pod maską katolicyzmu, który zatruł duszę dziecka równie mocno, co sączony z ust rodzicielki jad. Ciągle w nadmiarze.

Julian stara się być blisko ojca. Jego czułość ratuje go przed matczynym dręczeniem. Tylko on stara się tworzyć ład, któremu nie daje prawa do istnienia matka Juliana. Ale ojciec pewnego dnia odchodzi. Umęczony jak Julian, niezdolny do jakiejkolwiek zmiany w życiu, pokornie oddany domowemu piekłu. A to tylko jedna z bolesnych utrat, z którymi zmierzy się mężczyzna, w 2021 roku wspominający nieudane małżeństwo, krótkotrwałe i bezowocne relacje z innymi ludźmi i kobiety, które darzył uczuciem i których nie udało się uratować...

W chaosie nieuporządkowanych wspomnień rysuje się życie szarego i nijakiego człowieka. Kogoś bez właściwości, kto chciał je zdobywać od innych. Bezwolnego, ale jednocześnie zdeterminowanego przez kostyczną matkę, by stan bezwoli w sobie sankcjonować. Julian gorzko ocenia samego siebie, ale i ze sporą dozą ironii portretuje kilka ważnych życiowo sytuacji, w których życie i ludzie wokół drwili z niego tylko dlatego, iż na to pozwalał. Piotr Sender obrazuje życiorys człowieka, który wiecznie brał odpowiedzialność za szczęście innych, bo nie był w stanie zadbać o swoje. To nie tylko anatomia zgorzknienia i niewyobrażalnie smutnej samotności. To nakreślony żywą frazą portret mężczyzny w stanie zaniedbania. Niepełnego w uczuciach i przeżyciach, bo od dzieciństwa konfrontowanego z systemem opresji. Teraz pozostają mu zwierzenia, które czyni na osobności wobec maszyny imitującej ludzkiego interlokutora. Snuje opowieści o tym, że mogły się mu przydarzyć miłość i przyjaźń, ale nie był gotowy na to, by o nie właściwie zadbać.

Piotr Sender snuje futurystyczną wizję, w której cierpienie ludzkie jest osobne i kameralne. Jednocześnie bardzo dramatyczne, gdy życie to pasmo strat, a jedynym spowiednikiem staje się komputer. Czy aby na pewno należy żałować, że żyjemy tak, a nie inaczej? Ku czemu zmierza ten rozpaczliwy monolog i co ostatecznie przyniesie? Frapująca powieść. Wywołuje nie tylko jasno sprecyzowane współczucie, ale zastanawia, bo wiele opowiadanych przez Juliana historii można interpretować z innego punktu widzenia. Przez dramatyczny subiektywizm próbuje przebić się tytułowy bot. Z różnych powodów jest to dla niego trudne. Czytamy jednak tę książkę, odnajdując uwarunkowania i te wszelkie złożoności, których pogrążony w rozpaczy nad sobą Julian nie jest w stanie zwerbalizować i poczuć.

To nie jest tylko książka o losowych stratach i niemożności wyjścia poza szarość oraz przewidywalność egzystencji. To opowieść o niezrealizowanych marzeniach i sile tych pozytywnych uczuć, dla których nie znalazło się miejsca. Być może to odpowiada za utraty bliskich. Być może nadejdzie czas zrozumienia, a zdeformowane przez gorycz wspomnienia nabiorą innego kształtu? "Rozmowa z Botem" to w gruncie rzeczy powieść bardzo zagadkowa. Napisana z taktem i złośliwością jednocześnie. Wymagająca zmiany perspektywy - tego, do czego nie jest zdolny sam Julian. Niepokojąco wyrazista i symbolicznie wieloznaczna. Wycieczka w przyszłość, gdzie ponury czas monologu internetowego zastępuje relacje z bliskimi. Tymi, których nie udało się uratować. Czy można uratować samego siebie? Czy można uratować swoją przyszłość, skoro zaprzepaściło się tyle w przeszłości?


PATRONAT MEDIALNY