2018-05-09

„Dam ci to wszystko” Dolores Redondo


Wydawca: Wydawnictwo Kobiece

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 624

Przekład: Barbara Bardadyn

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Mężczyźni pośród tajemnic

Z dużą ekscytacją przyjąłem wiadomość, że przetłumaczono dla polskiego czytelnika napisaną przez Dolores Redondo powieść, która ma być całkowicie realistyczna i odbiegać od cyklu „Dolina Baztán”, z którego udało mi się przeczytać tylko „Niewidzialnego strażnika”. Wiedziałem, że hiszpańska autorka posiada znakomity warsztat, ale czytając wyżej wymienioną książkę, miałem nieustające odczucie osuwania się w kicz i pretensjonalność, gdy rasowy kryminał mieszał się z mistycznymi bajkami i baskijskimi wierzeniami. W „Dam ci to wszystko” również pojawia się nawiązanie do legendy baskijskiej, ale całkiem w tle, albowiem ta książka pokazuje, co Redondo potrafi zaserwować, tworząc wielopiętrową, bardzo mroczną intrygę osadzoną nie w świecie wierzeń i zjaw, lecz pośród ludzi z krwi i kości. Z nich na pierwszy plan wysuwają się mężczyźni, którzy na kartach tej powieści nie będą wstydzić się swoich łez. Homoseksualny pisarz, ksiądz będący przyjacielem jego męża, miejscowy homofobiczny porucznik tropiący zagadkę śmierci męża pisarza. Doborowa trójka w doskonale skrojonej intrydze. Dolores Redondo dotyka tematów tabu i niebezpiecznie prowokuje. Udowadnia, że potrafi pisać naprawdę doskonale, gdy porzuci mistykę i leśne zjawy, a skupi się na dramacie pojedynczego człowieka. „Dam ci to wszystko” jest przemyślaną, spójną i frapującą książką z doskonałym zakończeniem, albowiem na ostatniej stronie niejedno czytelnicze oko uroni łzę. Redondo opowiada o tajemnicach zmarłego, ale odsłania nam także sekrety żywych – te, z którymi muszą się sami zmierzyć, bo są  to ich wewnętrzne demony, i te pokazujące, jakim okrutnym demonem może być człowiek dla człowieka.

Manuel Ortigoso pracuje nad swoją kolejną powieścią, gdy do drzwi jego mieszkania pukają policjanci z wiadomością o śmierci męża. Porzucony migający kursor będzie pewnym symbolem bezradności aktu pisania, bo w tej narracji przeżywane przez Manuela zdarzenia będą miały ogromny wpływ na to, w jaki sposób i w jakiej konwencji będzie tworzył kolejną książkę. Tymczasem dopadają go liczne emocje, które Redondo bardzo dobrze niuansuje. Niedowierzanie i bezradność przechodzą we wściekłość oraz gniew, gdy bohater dowiaduje się, że jego Álvaro zginął w miejscu, w którym nie powinno go być. Zrozpaczony pisarz udaje się w rodzinne strony swego partnera, by dowiedzieć się, że latami ukrywał on istnienie ludzi, którzy nigdy podczas piętnastoletniego związku nie funkcjonowali w świadomości jego męża. Wyprawa okaże się przerażającą drogą do bram piekła – udowodni Manuelowi, jak bardzo zamknięty był na problemy i przeżycia swojego męża. Pozostawi go także z mnogością zagadek, których część trzeba rozwiązać od razu, dowiedzieć się prawdy.

Redondo nie stosuje zbyt wielu retardacji, w związku z tym nie poznajemy prawdziwej istoty związku mężczyzn. Dowiadujemy się jednak z ust krewnych oraz ich służby, jakim człowiekiem był Álvaro, jakie miał dzieciństwo, jaki stosunek do swojej arystokratycznej, wewnętrznie podzielonej rodziny. Manuel odkrywa szokujące fakty, ale najbardziej uderza go to, czego dowiaduje się o dzieciństwie zmarłego. Dotychczas przekonany o tym, że Álvaro po śmierci rodziców i siostry nosił bagaż niezwykle traumatycznych doświadczeń z młodości, wdowiec rewiduje swój pogląd na to, co jest prawdziwą traumą. Bo Dolores Redondo opowie o niewyobrażalnych wręcz cierpieniach, których ślad pozostaje na zawsze i które są wyjątkowo ciężkim brzemieniem. Nie każdy w rodzinie Álvara jest w stanie unieść ogrom potworności, jakich doświadczył. Przybywający z Madrytu pisarz musi zmierzyć się z demonami zmarłego. Z tym, jak go postrzegał, kim dla niego był i w jaki sposób funkcjonował latami ich związek.

„Dam ci to wszystko” piętnuje nierówności społeczne i niepisane status quo w hiszpańskim społeczeństwie, które sankcjonuje pewną wyższość i nieskazitelność rodów arystokratycznych – o nich nie można mówić źle, im wszystko się wybacza, na ich przypadłości i grzechy cały czas się patrzy, niczego jednak nie widząc. Ale to nie jest jedyna zagadka tuszowania okrucieństw. Czytając Dolores Redondo, ma się świadomość tego, że wchodzimy w kolejne piekielne kręgi niewyrażonych latami cierpień. Trzeba czytać uważnie od samego początku, albowiem każdy szczegół będzie mieć znaczenie, kiedy zrozumiemy, czym były powroty Álvara do miejsca, o którym nie miał pojęcia jego mąż. Powieść jest skonstruowana w taki sposób, że przez cały czas poznajemy fakty, nie rozumiejąc kontekstów. To mocno absorbuje, bo ustawicznie zastanawiamy się nad tym, czy za wszystkim, co opisane, stoi spójne rozwiązanie. Ani Manuel, ani czytający powieść nie domyślają się, jak wiele zaskakujących zwrotów akcji co jakiś czas będzie burzyć dotychczasowe ustalenia i interpretacje.

Ale równie ciekawy jak wir wydarzeń jest krajobraz emocjonalny mężczyzny po stracie najbliższej osoby. Dolores Redondo jest wnikliwa i czuła w portretowaniu specyficznego rodzaju samotności. Takiej, za którą stoją trudne pytania. Niespełnione oczekiwania. Zranione zaufanie. Cokolwiek stało za poczynaniami Álvara, uderza w Manuela dopiero po śmierci męża. Okazuje się, że wsparcia udzielą mu mężczyźni, z którymi na co dzień nie znalazłby wspólnego języka. Ale nie tylko oni. Duże znaczenie będą mieć płatki gardenii, a także pewien klasztor, w którego murach przed laty doszło do czegoś haniebnego.

Ta powieść to też autotematyczna fantazja na temat tego, czym jest warsztat pisarski, i tego, czym może być dla twórcy sam akt pisania. Manuel jest poczytnym pisarzem, który na własne życzenie zamyka się w świecie fikcji literackich. Álvaro akceptuje to, szanuje, dostosowuje się. Ale po swojej śmierci pozostawia Manuela z pytaniami, które być może powinien on zadać sobie, będąc w związku z nieżyjącym. Redondo odsłania kilka czytelnych ścieżek łączących dzieło z rzeczywistością, którą to dzieło ma odwzorować. Nieprzypadkowo wszystko rozpoczyna się od przerwania pisania powieści. Ku czemu będzie zmierzać? Jakim twórcą stanie się Manuel, gdy zmierzy się z trudnymi i mrocznymi problemami świata, od którego zwykle uciekał w fikcję?

Warto zwrócić uwagę na pewną bezkompromisowość tej powieści. To, w jaki sposób Dolores Redondo jest czuła i delikatna w opowiadaniu o śmierci przy jednoczesnej szorstkości portretowania żywych. „Dam ci to wszystko” ma też świetnie dobrany tytuł i jest to powieść, która niewątpliwie zapada w pamięć. Doskonale rozumiem, czym z takim zainteresowaniem zaczytywała się Hiszpania w ubiegłym roku.  

2018-05-07

Rozmowa z Kubą Wojtaszczykiem

fot. Zuzanna Szamocka

Czujesz się pisarzem młodego pokolenia? Bo wszyscy ci, których tak zwykło się nazywać, powoli przesuwają się w granice tak zwanego wieku średniego. Oczywiście pytam pół żartem, pół serio.

Wydaje mi się, że takie szufladki, jak pisarz młodego pokolenia, są potrzebne, bo ułatwiają klasyfikację, a przecież nie ma nic gorszego niż chaos, który pojawia się, gdy nie doczepimy komuś łatki. A tak na serio, mogę być wiecznie nazywany młodym pisarzem, mnie to zupełnie nie przeszkadza (śmiech).

Jesteś człowiekiem, który czasami dość obsesyjnie trzyma się problemów czasu minionego, a dodatkowo potrafi świetnie te problemy niuansować. Lubisz się schować w czasach, których nie pamiętasz, czy uważasz, że po prostu jesteś im coś winien jako prozaik? Marcinowi Wilkowi powiedziałeś, że z historii przede wszystkim sam chcesz się jak najwięcej dowiedzieć dla siebie.

Lubię poznawać, jak to ładnie nazwałeś, czasy minione, dlatego też dwie moje ostatnie powieści dzieją się w przeszłości. Oczywiście książka zaczyna się od pomysłu. Przy „Słońcu narodu” przyczynkiem był autentyczny dziennik, który znalazłem na pchlim targu; to on ustawił mi ramy czasowe, czyli lata 1978 i 1979. Sam pomysł nie wystarczy, muszę wiedzieć, o czym piszę, dlatego też dokonuję bardzo szczegółowego researchu. Czytam gazety, pamiętniki, oglądam filmy i kroniki, a nawet słucham muzyki z tamtych lat – nawet jeżeli coś później nie wejdzie do fabuły książki, muszę mieć pewność, że wiem wystarczająco dużo o opisywanych czasach. A to, co przenoszę do powieści, powinno być właśnie zniuansowane, bo przecież nie mam zamiaru przepisywać Wikipedii.

A przeszłość?

Przeszłość ma w sobie coś, co mnie do niej przyciąga. Kiedyś myślałem, że to prozaiczna melancholia, takie „kiedyś było lepiej” przekazywane w Polsce w genach. Jednak im więcej czasu spędzałem, zagłębiając się we wspomnienia, tym bardziej zauważałem, że choć zmienia się świat, myślenie ludzi pozostaje podobne, kierują nim podobne mechanizmy. Poza tym, już zupełnie prozaicznie, lubię kostium, tę całą wizualną otoczkę czasów, do których dzięki pisaniu mogę się przenieść.

Nie sądzisz, że większość wielkich światowych powieści wydobywa się z czasu przeszłego?

Właśnie szukam w pamięci książek, które są dla mnie najważniejsze. Wprawdzie jest wśród nich potwierdzająca twoją tezę powieść „Krwawy południk” McCarthy’ego (napisana współcześnie, ale dziejąca się w XIX wieku); ale zaraz myślę o „Graj jak się da” Didion, „Wielkim Gatsbym” Fitzgeralda albo o „Świecie w płomieniach” Hustvedt, czyli rzeczach, które opowiadają o czasach mniej więcej współczesnych dla ich autorek i autorów. Tak więc wielkość światowych powieści jest chyba zależna od czytelników, ale oczywiście mogę się mylić.

Mamy wspólnego wydawcę swoich pierwszych książek. Self-publishingowego, ale tak się złożyło, że mój wkład w wydanie „Roku w rozmowie” był tam zerowy, a twój we własną książkę niewielki. Nie masz może wrażenia, że na rynku wydawniczym dla debiutującego autora ścieżką do wydania pierwszego tytułu jest tylko self-publishing, bez względu na to, jak dobre jest to, co napisał?


Trudno mi porównać dzisiejszą sytuację na rynku wydawniczym z tą w 2014 roku, kiedy debiutowałem „Portretem trumiennym”. Wtedy wydawnictwo zgłosiło się do mnie samo, dopiero później dowiedziałem się, że działa ono też na zasadach self-publishingowych. Pytasz, czy self jest często jedyną ścieżką dla debiutu? Chyba nie, bo wystarczy spojrzeć, ile pierwszych książek obecnie wychodzi; ale na pewno jest jedną z możliwości.

Ale ze swoich doświadczeń wiem także, ile ich nie wychodzi, choć często są dobre. Jaką miałbyś radę dla debiutanta, który ma ciekawą propozycję wydawniczą i marzy o swej książce?

Na pewno uczucia radości, towarzyszącemu debiutantowi, którego książka niebawem trafi na rynek, nie da się porównać z żadnym innym. Jednak na początku polecam obniżyć swoje oczekiwania, bo te najczęściej mamy bardzo wysokie, a przebić się z debiutem jest naprawdę ciężko. Warto też wyhodować sobie grubą skórę, która choć trochę uchroni od hejtu i niekonstruktywnej krytyki. No i robić swoje, bez względu na wszystko.

W wywiadzie z Łukaszem Saturczakiem wspomniałeś, że nie przepadasz za rozmowami z ludźmi. Niektórzy moi znajomi też tak mają i tłumaczą to tym, że dzisiaj ludzie nie mają za wiele do powiedzenia. Dlaczego ty robisz uniki?

Z natury jestem introwertykiem, więc wolę ludzi obserwować. Ich zachowania, cechy charakterystyczne „kradnę” i przelewam na papier. Proces twórczy chyba się we mnie nie kończy. Jestem nastawiony na wyłapywanie ciekawostek z życia, zachowania, sposobu mówienia czy poruszania; są to np. sformułowania albo nawet pojedyncze słowa, którymi posługuje się tylko jedna rodzina, bo przekazywane są one jakby w genach; lubię też słuchać opowieści znajomych z ich domów rodzinnych, zawsze znajdę w nich coś, co mnie zaintryguje; kiedyś na przykład moja znajoma w trakcie rozmowy wyjawiła, że w dzieciństwie jej babcia miała w zwyczaju grozić, że jak nie będzie grzeczna, to wymieni ją na dwie dziewczynki z sierocińca. Od razu nasunęło mi się pytanie: ale dlaczego na dwie?! To trzeba rozwinąć! W takich chwilach zapala się we mnie lampka, że to może się przydać.

Wszyscy pytają cię o żyjące postacie ze „Słońca narodu”, a mnie najbardziej zaintrygowała ta, którą uśmiercasz. Samobójczyni Rozalia podyktowała Gustawowi rytm życia, z którego nie może się on wydobyć. Rozalia była toksyczną matką czy może tylko nieszczęśliwą w swej roli, niemogącą dać synowi radości?

Postać Rozalii jest jedną z najbardziej tajemniczych w powieści. Dzięki temu, że nie jesteśmy pewni jej losów i wyborów życiowych, nie możemy też być pewni niczego w kwestii wizji/wspomnień Gustawa. Lubię myśleć, że starała się być najlepszą matką, jaką potrafiła. Bardzo szybko urywam wątek Rozalii, widzimy ją jedynie z punktu widzenia jej syna, co niekoniecznie wygląda na wzorowe wychowanie; ale musimy wziąć pod uwagę fakt, iż była samotną, ciężko pracującą kobietą w bardzo ciężkich czasach.

Nie bałeś się, że niektórzy czytelnicy będą niezadowoleni, czytając po raz kolejny w „Słońcu narodu” o dyżurnych polskich tematach literackich typu wojna w pamięci, komunizm czy skomplikowane relacje rodzinne? Bo łączysz to wszystko znakomicie w powieść, która rozgrywa się gdzieś wewnątrz bohaterów, nie diagnozuje niczego nowego w ww. tematach.

Dziennik, o którym wcześniej wspomniałem, nie ustawił mi tylko ram czasowych książki, ale również jej tematykę. Poza tym bardzo lubię zaglądać pod podszewkę pozornie przeciętnej polskiej rodziny i doszukiwać się tam różnych brudów, co zresztą zapoczątkowałem już „Portretem trumiennym”. W „Słońcu narodu” jednak idę dalej niż w swoim debiucie, nie tylko rozkładam rodzinę na czynniki pierwsze, ale też pokazuję, jak Historia utrudnia funkcjonowanie jej członkom i jak ich zmienia.

I bardzo to indywidualizujesz. Na kogo z tej rodziny Historia miała największy wpływ?

Jeżeli uznamy, iż Gustaw nie zwariował, tylko przydarzyło mu się to, co dostrzega w swoich wizjach, musiałbym powiedzieć, że przeszłość najbardziej wpływa właśnie na tego bohatera; nie może funkcjonować, tylko popada w stan odrętwienia, zaprzepaszcza wszystko, co do tej pory udało mu się zbudować.
Na drugim biegunie znajduje się Renata, na którą Historia, czyli wybór Wojtyły na papieża, wpływa ożywczo; kobieta przedefiniuje swoje życie, stanie się bardziej odważna, w pewien sposób dzięki Historii się wyemancypuje.

Którego z bohaterów swoich książek najbardziej szanujesz, któremu najbardziej współczujesz, a który jest ci szczególnie bliski?

Odniosę się do swojej najnowszej powieści, bo jej bohaterowie ciągle są żywi w mojej pamięci. Lubię każdą z postaci, nawet te na pierwszy rzut oka antypatyczne. Myślę, że najbardziej szanuję Elkę, czyli dziewczynę Pawła, która mimo przeciwności dąży do swojego celu; jest bardzo silną postacią, emancypującą się w trakcie trwania akcji książki. Natomiast współczuję Gustawowi, bo jest samotny w swojej podróży do przeszłości; tym bardziej że sam nie jest pewien, co jest prawdziwe, i nie ma u kogo szukać pomocy. Teoretycznie najbliższe mu osoby nie mogłyby być od niego dalej. Z kolei najbliższa jest mi Renata, dlatego że od niej zaczęła się ta książka. To odręcznie pisany pamiętnik stał się inspiracją dla postaci żony i matki, wokół której stworzyłem rodzinę. Pamiętnik, dodajmy, realnej postaci, co sprawia, że trudno nie czuć z nią więzi.
fot. Zuzanna Szamocka

„Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?” to powieść o tym, że wojna nie kończy się, gdy wielcy tego świata ogłaszają ten koniec. Reportażowo świetnie opisali to Magdalena Grzebałkowska czy Ben Shepard. Myślisz, że doświadczenie wojny jest największą życiową traumą człowieka?

Trudno mi odpowiedź na to pytanie, z prostej przyczyny – nigdy nie przeżyłem wojny. Żadna liczba przeczytanych książek, artykułów czy obejrzanych filmów nie zbliży mnie do tego doświadczenia. Sam mogę posługiwać się jedynie researchem i wyobraźnią, a wszystko to w bezpiecznej przestrzeni mojego pokoju. Jednakże jest to temat niewątpliwie fascynujący. Pociąga mnie niejednoznaczność wyborów, których człowiek musiał czy musi każdego dnia na nowo dokonywać w tak potwornych okolicznościach, gdy wszelkie do niedawna obowiązujące prawa zostają zawieszone.

Ja też to tak odbieram. I myślę, że każdy z nas ma swoją fantazję o tym, co jest największym okrucieństwem wojny. Zdradzisz mi swoją?

Oczywiście, pisząc, wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, co zrobiłbym w danym momencie. Jeżeli musiałbym wybrać, kogo z bliskich uratowałbym, a kogo poświęcił? Czy byłbym uczciwy? I tak dalej… Jednak te kwestie ciągle pozostają w fazie bezpiecznego gdybania. Choć to truizm, ale jestem pewien, że człowiek dopiero w chwili największego zagrożenia odkrywa, do czego jest tak naprawdę zdolny.

„Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” to zaś rzecz, którą odczytywać można jako gorzką alegorię ludzkiego wykluczenia. Jest smutniejsza o tyle, że dotyczy ludzi młodych, niedopasowanych, sfrustrowanych, zagubionych. Tak zwany kapitalizm tak nas rozczłonkował i zatomizował czy to młode pokolenie zagubiło gdzieś jakiś instynkt stadnego życia rodzący tradycję i wspólnotę?

Młode pokolenie jest ambitne, ale jednocześnie zindywidualizowane na tyle, że zahacza to o egoizm. W przypadku „Przemocy…” mamy do czynienia z grupą studentów humanistyki, którzy mierzą się z tym, że rynek pracy ma im niewiele do zaoferowania. Grozi im albo bezrobocie, albo praca poniżej kwalifikacji. Ta – według nich – niesprawiedliwość jednoczy ich i pcha ku protestom, które w powieści przeradzają się w groteskę. W mojej opinii dziś „stadne życie” pojawia się wtedy, gdy zagrożone są podstawowe prawa, co starałem się pokazać w książce.

Cztery powieści w okolicach trzydziestki to dużo. Mam wrażenie, że masz też duże wsparcie w swoich poczynaniach i ludzi wokół wierzących w to, co piszesz i jak piszesz. To pomaga przy tworzeniu kolejnych próz?

Jest na pewno ogromnym wsparciem. Pozytywne głosy, zarówno ze środowiska literackiego, jak i od najbliższych osób, pomagają w pracy. Jednak piszę głównie dla czytelników i to na ich opinii najbardziej mi zależy.

Opowiadają ci jakieś historie podczas spotkań autorskich?

Oczywiście! Często też do mnie piszą. Np. czytelnik z Poznania opowiedział mi, jak mijając Uniwersytet Artystyczny, „widzi” sceny, które rozegrały się właśnie w tym miejscu w „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć”. Z kolei czytelniczka wybrała właśnie moją książkę jako temat na egzaminie gimnazjalnym i zdała na ponad 90%. To bardzo cenne głosy, bo pokazują mi, że to, co piszę, silnie działa na moich czytelników, zapada im w pamięć. Nie ma większej pochwały dla pisarza.

Wyobraź sobie, że każdą swoją powieść możesz podarować innemu Janowi Kowalskiemu. Jaki byłby każdy z tych czterech Kowalskich, którym twoje książki sprawiłyby przyjemność lub odmieniły ich życie?

Ciekawe pytanie! Gdybym puścił wodze fantazji, „Portret trumienny” trafiłby do matki, której syn coraz rzadziej pojawia się w domu, studiuje w dużym mieście, a ona nie wie, „gdzie się podział jej kochany synek”. „Kiedy zdarza się przemoc…” podarowałbym osobie, która administruje dotacjami na tworzenie nowych miejsc pracy. „Dlaczego nikt nie wspomina psów z Titanica?” licealiście, który do tej pory widział historię jako nudny rozdział w podręczniku i miał czarno-biały obraz II wojny światowej. Z kolei „Słońce narodu” rówieśniczce Renaty, aby przypomniała sobie, jak ona przeżyła wybór Wojtyły na papieża, albo usłyszała w głowie hity muzyki popularnej tamtych lat.

Jak myślisz, dla kogo się dzisiaj pisze w Polsce? Statystyki czytelnictwa rokrocznie są przerażające.

Znam statystyki i dla mnie też są przygnębiające. Jednocześnie istnieje wiele osób, które sięgają po literaturę, i dla nich warto pisać kolejne tytuły. Festiwale, spotkania literackie ciągle cieszą się dużą popularnością, więc nie jest tak, że wszyscy czytelnicy wymarli.

Lubisz zacisza bibliotek. Pewniej się czujesz w przestrzeniach izolacji? Gdzie najchętniej spędzasz wolny czas?
fot. Zuzanna Szamocka

Biblioteki traktuję jako miejsce intensywnego researchu, czyli kojarzące się z pracą. Czas wolny najchętniej spędzam w dużym mieście, spacerując i zwiedzając. Chociażby weekendowy wypad do Berlina pozwala mi naładować akumulatory i oderwać się od codzienności. Po stolicy Niemiec często wędruję bez celu, czasami tylko zaznaczam na mapie miejsca, które są punktami orientacyjnymi. W Berlinie lubię poczucie wolności i tolerancji, no i wielokulturowość, tak obcą na polskich ulicach.

Masz już jakiś pomysł na piątą powieść?

Nie, na razie nie planuję piątej książki. Odpoczynek dobrze mi zrobi. Aczkolwiek niebawem premierę będzie miało moje dziesięcioodcinkowe słuchowisko, które napisałem na zlecenie Storytel.pl; „Roztopy”, bo taki nosi tytuł, to obyczajówka z dreszczykiem, dziejąca się w liceum na początku lat 2000.

Lubisz słuchać opowieści fabularnych? Ja wciąż nie mogę się przekonać do czegoś takiego jak audiobook.

Słucham ich w samochodzie. Jednak jeżeli mam wybierać między książką a audiobookiem, zawsze wybiorę to pierwsze. Mimo to Storytel przekonał mnie tym, że tak naprawdę napisałem serial audio, a nie powieść, którą później czyta lektor. Każdy odcinek „Roztopów” trwać będzie około godziny, ma w sobie kryminalną zagadkę i dużo nastoletnich problemów z czasów, w których nie było smartfonów i social mediów.

Dziękuję za rozmowę.

2018-05-04

„Negatyw” Klaudiusz Szymańczak


Wydawca: Burda Książki

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 452

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wbrew uprzedzeniom

Nie jest dzisiaj łatwo debiutantowi kryminalnemu. Aby się wyróżnić, często nadmiernie dramatyzuje lub komplikuje swój świat przedstawiony. Klaudiusz Szymańczak – były policjant – debiutuje w stylu, który można byłoby nazwać klasycznym. Bardzo dobrze debiutuje. Powieść jest przemyślana, niezwykle spójna, napisana bardzo dobrym językiem i niestawiająca przed czytelnikiem sztucznie wydumanych zagadek. Naprawdę rasowy kryminał, jak głosi tekst na okładce. Co mi się jeszcze podobało? Równowaga między tym, co okrutne, a wszystkim będącym do okrucieństwa w kontrze. Dwie świetnie poprowadzone historie kryminalne, które potem autor łączy jedną zgrabną myślą. Konstrukcja głównego bohatera i to, że jego życie nie jest kolejnym ciągiem traumatycznych doznań charakterystycznych dla wielu policjantów z powieści kryminalnych. Niby nic nowego, a jednak jest w tym wyraźna świeżość i przede wszystkim poczucie, że ta powieść została napisana z lekkością, przy jednoczesnym dbaniu o detale i wykorzystaniu wszystkiego, co Szymańczakowi bliskie. Są więc miejsca, rzeczy, wspomnienia, ale także światopogląd. Nietrudno się domyślić, że agent specjalny FBI John Slade myśli to co autor. Dodatkowym atutem powieści są dwa ciekawe wizerunki miast. Bardzo czułe portretowanie Nowego Jorku idące w parze z przyglądaniem się Warszawie oczyma obcokrajowca. A przecież to polska powieść kryminalna. Tyle że zabierze nas za ocean, by zbudować pewien pomost między Polską a Stanami Zjednoczonymi spojony mrocznym memento. Przesłaniem o tym, że wciąż tkwimy w nienawiści i uprzedzeniach, przejmując część z nich po przodkach, a częścią tworząc destrukcyjną siłę, bo przecież jedno i drugie uderza w gruncie rzeczy w nienawidzących i uprzedzonych.

John Slade właśnie kończy rozpracowywać siatkę amerykańskiego koncernu farmaceutycznego, która wpływa na polskich lekarzy, i przygotowuje się na powrót do USA z Polski, gdzie pracuje na zlecenie amerykańskiej ambasady. Okazuje się jednak, że będzie zmuszony pozostać w Polsce dłużej, albowiem odkryto właśnie w kanale powieszone na łańcuchu nagie zwłoki syna wiceambasadora USA. Młody denat wiódł uporządkowane życie u boku ojca, który narzucił mu zarówno styl, jak i treść funkcjonowania w obcym kraju. Slade musi wesprzeć polskich policjantów w działaniu, ale to tajna misja. Okazuje się, że amerykański agent FBI odkryje dużo więcej niż polscy śledczy i jednocześnie wskaże, jak wielki potencjał w nich tkwi. Bo wokół Johna Slade’a wciąż kumuluje się pozytywna energia. Mężczyzna wolny jest od uprzedzeń, stereotypowego myślenia i negatywnych emocji na co dzień. Pomaga rozładować napięcie wokół siebie i tworzy atmosferę wzajemnego zaufania. A jednocześnie to jedna z jego wielu trudnych spraw, które zawsze w mniejszym lub większym stopniu koncentrują się wokół uprzedzeń ujawniających zło ludzkiego postępowania.

Druga narracja Szymańczaka to tocząca się rok później historia zapoczątkowana znalezieniem zwłok w pewnym hostelu w Harlemie. Tym razem Slade znajduje się w mieście, które doskonale zna i kocha. Z tym większym bólem dostrzega antagonizmy oraz spiralę nienawiści stojące za zamordowaniem pewnego prowincjonalnego latarnika z Wisconsin. Bohater udaje się w jego rodzinne strony, by odkryć mroczną tajemnicę zabitego. Zrozumieć motywy postępowania mordercy, ale przede wszystkim przyjrzeć się różnicom w mentalności Amerykanina z wielkiego miasta i tego z peryferii USA.

Każdą różnicę w ludzkich charakterach – czy to w Polsce, czy w Stanach Zjednoczonych – Slade skrupulatnie odnotowuje, analizując przede wszystkim motywy postępowania. Bo Klaudiusz Szymańczak zaznacza w tej powieści, że działamy wedle pewnych określonych schematów. Droga dobra czy zła wytyczana jest nam bardzo podobnie. Jesteśmy odpowiedzialni za swoje czyny, ale sporo bagażu emocjonalnego niesiemy za naszych przodków. Dlatego „Negatyw” brawurowo rozpięty między dwoma krajami i odmiennymi mentalnościami świetnie obrazuje mroczne podobieństwa, opowiadając przesyconą smutkiem oraz melancholią opowieść o ojcach i synach. Także o tym, że wciąż od nowa podsycana nienawiść ma się bardzo dobrze pod każdą szerokością geograficzną.

Podoba mi się to, że nawet gdy Szymańczak kieruje się w stronę dydaktycznego tonu, robi wszystko, by zachować złoty środek między kolejnymi piętrami intryg kryminalnych a ich wykładniami. Opowiada o emocjach, przeżyciach i doświadczeniach ludzi, rekonstruując ich losy i osadzając w kontekstach. Jednocześnie wskazuje, czym naprawdę jesteśmy od wieków i jak trudno jest nam porządkować świat bez bazowania na zabójczych stereotypach. „Negatyw” to bardzo czytelna i rozważnie napisana powieść o rasizmie, ksenofobii, ale także o wszelkiego rodzaju uproszczeniach i uprzedzeniach, które powodują, że widzimy świat bez jego barw i różnorodności. Klaudiusz Szymańczak nie tworzy moralitetu, nie stara się narzucać swego punktu widzenia. Sympatyzując jednak z ugodowym i nieskłonnym do manipulacji Slade’em, widzimy pewien wycinek rzeczywistości, który dany jest tylko tym, co żegnają się z łatwymi podziałami. A jednak człowiek w tej powieści zdaje się istotą na zawsze naznaczoną skłonnością do prostych rozróżnień. Ta powieść pokazuje, w jak różny sposób ta skłonność może być zgubna. Opowiada o tym, z jaką łatwością tworzymy proste podziały i dokładamy do nich równie prostą ideologię, by – paradoksalnie – nadać życiu sens wówczas, gdy staje się całkowicie bezsensowne.

To nie tylko świetny kryminał z dwoma idącymi w różnych kierunkach intrygami. To przede wszystkim powieść ostrzeżenie. Szymańczak obrazuje, jak łatwo podlegamy dychotomiom i jak niełatwo wydobyć się z uproszczonego sposobu widzenia świata. Takiego, który prowadzi do łatwej zbrodni. Zbrodni absurdalnej albo przypadkowej. Najgorszej, bo wydobytej ze spaczonego światopoglądu. Jest w „Negatywie” pewna prostota w pytaniu o to, dlaczego tak doskonali jesteśmy w „sztafecie nienawiści”, bo przecież każda forma nietolerancji i stereotypizowania ma najczęściej absurdalne pobudki. Autor wydobywa z perypetii swego amerykańskiego agenta FBI o polskich korzeniach pewną oczywistą lekcję, której zbyt wielu z nas nie odrobiło, dorastając. Marzy mu się świat bez prostych i złowrogich podziałów. Wie jednak, że czasem o to, by ludzie byli lepsi, trzeba powalczyć. A Slade nie jest idealny ani doskonały. Czyta się tę powieść z narastającym poczuciem dobrze skonstruowanego świata przedstawionego i czytelnie postawionych tez. Nie takich, które prowokują, lecz tych podkreślających, w czym na co dzień jesteśmy w stanie się zagubić. Jak łatwo możemy mieć czyjąś krew na rękach przez zwyczajne uproszczenie. Pozycja wartościowa i inteligentna.

2018-05-01

„Szpadel” Lize Spit


Wydawca: Marginesy

Data wydania: 4 kwietnia 2018

Liczba stron: 480

Przekład: Łukasz Żebrowski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Traumy prowincji

Mam ogromny problem z oceną debiutanckiej powieści Lize Spit. Z jednej strony autorka udowadnia, że każda powieść o dysfunkcyjnej rodzinie jest ważną powieścią, a dodatkowe podkreślenie faktu, że z dysfunkcji można się nigdy nie wydobyć w dorosłym życiu, uzasadnia chyba poczytność tej narracji w ojczyźnie autorki. Spit z chirurgiczną precyzją, bez emocji, metodycznie i boleśnie portretuje rodzinę w rozpadzie. Taką, w której każdy członek naznaczony jest osobistą traumą i gdzie nie może się wydarzyć już nic, co mogłoby zjednoczyć ludzi pod jednym dachem. Szpadel” jest naprawdę świetną powieścią o tym, co i w jaki sposób przekazujemy sobie z pokolenia na pokolenie, bo Spit opowie o dziedziczonych bezradności i fatalizmie, ale zaznaczy też bardzo wyraźny oraz mocny punkt wyjścia rekonstrukcji zdarzeń, czyli scenę, w której ojciec proponuje córce lekcję wieszania się. To tak przejmujące, że czyta się od razu z wyjątkową uwagą… by potem szybko zrozumieć, iż ta powieść jest zwyczajnie za długa. Dłużyzny fabularne nie nastrajają dobrze. Także do intrygi pierwszego planu, choć moim zdaniem ciekawsze jest śledzenie tego, jak rozpada się dom głównej bohaterki, niż jej rówieśnicze relacje prowadzące do okrutnej tragedii. Odnosi się wrażenie, że autorka nieco hamletyzuje, a potem ten mankament narracji przechodzi na Evę, która dość specyficznie myśli i działa. Spit niezbyt fortunnie, bo za bardzo dydaktycznie, operuje w swym upiornym świecie przedstawionym estetyką brudu i gnoju. O ile świetnie udało się zastosować wyrazistą symbolikę błota Hillary Jordan – także debiutantce – opowiadającej o losach prowincjonalnej Ameryki, o tyle belgijska prowincja w oparach smrodu szamba jest już nazbyt narzucającym się obrazkiem.

Warto dodać, że „Szpadel” to też ciekawa literacka fantazja o motywach odbierania sobie życia i historia ludzi, dla których życie z różnych powodów straciło sens i radość. Spit nie manipuluje, bardzo dokładnie oddaje rzeczywistość, ale zasadza nas może zbyt głęboko w drobiazgowych obserwacjach. Efektem jest to, że przez dłuższy czas rozumiemy oswojoną rzeczywistość, ale nie rozumiemy, ku czemu zmierza nakreślona z dużą fantazją intryga. Dom Evy jest absolutnym centrum zainteresowania czytelnika, a relacje nastolatków udowadniające ich bezkompromisowość i okrucieństwo jakoś blakną, nie mają nas czym zaskoczyć. I to jest problem tej książki – z jednej strony nuży, ustawia w tym samym rejestrze narracyjnym, odbiera czytelniczą uwagę skupioną w niezłym wstępie. Z drugiej jednak – nie można uznać za stracony czasu poświęconego na lekturę, jest niebywale plastyczna i tak absolutnie dramatyczna w zakończeniu, że te sceny – punktowane na szybko, bo wcześniej panowała narracyjna flauta – zapadają w pamięć na bardzo długo. Może na zawsze. Prawdopodobnie o to też chodzi w literaturze.

Lize Spit umieszcza swe dramaty w prowincjonalnym Bovenmeer. To nie jest Belgia znana wszystkim doskonale. To ten margines Belgii, gdzie sprytnie można ukryć większość tajemnic. W małej społeczności dopuszczać się okrucieństw, które z różnych powodów będą pomijane. Myślę, że to cios dla Belgów, gdy czytają o tak prawdopodobnym natężeniu brutalności w ospałej osadzie. W Bovenmeer wszystko jest jednoznaczne i przepełnione rutyną, a atrakcję stanowi budka z frytkami. Zajmujący się ziemią i zwierzętami mieszkańcy stworzyli wioskę, w której można sobie spokojnie wegetować. Tu nic się nie dzieje. Takie słowa usłyszymy z ust niejednego mieszkańca niejednej wsi. A jednak dzieje się bardzo wiele. W emocjach dorastającej Evy, lecz także wokół niej. Dziewczynka wchodzi w toksyczne zależności, by jako kobieta utrwalić tendencję ucieczkową. Do pewnego momentu. Gdy przeszłość stanie się już nie do zniesienia i Eva będzie musiała wyjść jej naprzeciw…

Główna bohaterka jest wycofana. W zasadzie obserwuje, nigdy nie przejmuje inicjatywy. Razem z Pimem i Laurensem tworzą specyficzną trójcę. W ich roczniku urodzili się w Bovenmeer tylko oni. Ale to dla nich ważne jest to wydarzenie, bo mieszkańcy w quizie o przeszłości wsi zapominają o tym. Tymczasem trójka przyjaciół zbliża się do siebie, ale Eva coraz mocniej odczuwa, że jest tą trzecią, trochę zbędną. Dorastająca dziewczyna uczestniczy w zdarzeniach, w których seksualność i zmieniające się ciała nastolatków odgrywają ogromną rolę. Pojawiają się niespełnione marzenia, ale także bolesne kompleksy. Pojawia się ta czwarta, Elisa. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak jej obecność wpłynie na przyjaźń wspomnianej trójki. Czy to naprawdę przyjaźń czy kolejna – po domowych – toksyczna relacja, z którą Eva nie będzie potrafiła się zmierzyć?

„Szpadel” odważnie fantazjuje o tym, jak wiele nienazwanego zła może czaić się w każdym, pozornie sennym i spokojnym miejscu. Groza opisywanych zdarzeń i zawikłanych relacji rodzinnych narasta. Spit trochę w tym wszystkim tonie, bo drobiazgowość opisu niekoniecznie wychodzi opowieści na dobre. Najbardziej rujnująca książkę jest narracja odnosząca się do teraźniejszości. Eva otrzymuje wiadomość od Pima i postanawia ruszyć mu na spotkanie. Z wielką odrazą i blokiem lodu w bagażniku samochodu. Potem jest karykaturalnie, trochę nudno, a następnie zbyt teatralnie. Bohaterka przybywa do rodzinnego domu, gdzie rodzice śpią do trzynastej i po godzinie bezczynności udaje jej się uniknąć z nimi kontaktu. Potem snuje się po wsi. Spit zajmuje naszą uwagę dalszymi rekonstrukcjami zdarzeń. Finał jest spektakularny, ale nie nieprzewidywalny. Widać, że w domu Evy zrodziło się potworne zło. Każde z dzieci i rodziców miało udział w tym, że się utrwalało. Kostyczny ojciec i jego lekcja samobójstwa to dopiero początek wchodzenia do piekielnej otchłani. Eva się z niej nie wydobywa, ale opis jej podróży niczego nowego nie wniesie. Poza czytelniczym nokautem w zakończeniu. Tak mrocznej i przejmującej fantazji nie da się zapomnieć. Pytanie tylko, na ile struktura powieści i opowiedziane w niej historie są literackimi fantazjami…

To też książka z dobrze dobranym tytułem, ale naprawdę za długa. Kondensacja treści przydałaby się przy tak precyzyjnej formie, gdy autorka waży każde słowo i nie pozwala sobie na jakiekolwiek niepotrzebne retardacje. A jednak wszystkiego jest za dużo. „Szpadel” pozostanie w mojej pamięci na długo, ale po raz kolejny przypomni, że powieść nasycona okrucieństwem musi być krótka. Nie możemy znieść jego natężenia, choć wciąż jest naszym udziałem. Belgia musiała się zbulwersować, ale i przestraszyć. Polski czytelnik też tego doświadczy.

2018-04-27

„Słonie w ogrodzie” Meral Kureyshi


Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 11 kwietnia 2018

Liczba stron: 142

Przekład: Urszula Poprawska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 31,50 zł

Tytuł recenzji: Budowanie pośród utrat

Debiutancka powieść Meral Kureyshi – choć nie wiem, czy nie słuszniej byłoby tę książkę nazwać poetycką etiudą – to znakomity dowód na to, że biografia twórcy może zrodzić wielką literaturę. Wystarczy być uważnym i czułym. Dużo pamiętać. Czasem zbyt dużo. A czasami wyjątkowo dokładnie, by złożyć opowieść o dorastaniu i utratach w tak ujmującą całość, jaką są „Słonie w ogrodzie”. Kureyshi pisze o tożsamości dziecka, dziewczynki przeradzającej się w kobietę, ale przede wszystkim o tożsamości imigrantki, która musi zmierzyć się z dwoma odejściami – ukochanego ojca będącego zawsze punktem odniesienia do wszystkiego oraz pierwszej ojczyzny, Kosowa ze wspomnień, snów i wyobrażeń. Ta powieść to nie tylko wzruszająca historia pożegnania prawdopodobnie z najważniejszym człowiekiem na świecie, ale także żegnania się z oswojoną przestrzenią kraju, który wciąż na nowo we wspomnieniach odzywa się za pomocą śpiewów, modlitw oraz słów zmieniających dziś znaczenie.

Baba odszedł bardzo wcześnie. Nie było mu dane cieszyć się życiem nawet przez półwiecze. Opowieść rozpoczyna wspomnienie pogrzebu i żałoby. Ojciec funkcjonuje jako pocieszyciel, tłumacz, przewodnik i mędrzec spajający rodzinę, ale także jako pewien symbol – człowiek, którego działania uporządkowały świat dziewczynie dorastającej ze świadomością, że syta i szczęśliwa Szwajcaria niekoniecznie chce się swymi dobrami podzielić. Niekoniecznie chce uznać rodzinę Baby za własną. Kulturalnie, lecz stanowczo odmawiając, igrając z emocjami i oczekiwaniami. A jednak w rodzinie migrantów, która kilkanaście lat żyła w sercu Europy w trudnym do zwerbalizowania zawieszeniu, Baba zawsze potrafił sprawić, że tęskniąca za nim dzisiaj córka widziała świat w uporządkowanych konturach. Wiele tu przejmujących scen świadczących o tym, że porządek się rozpadł wraz ze śmiercią ojca, ale najbardziej chyba zapada w pamięć wspomnienie, gdy autorka opowiada o tym, jak starała się zrównać oddech z oddechem obserwowanego Baby.

Jedno z jego niewielu spełnionych marzeń na emigracji to posiadanie czerwonego mercedesa. Poza tym – lata niepewności, ciężkiej pracy, uczciwego starania się o prawo pobytu w najpiękniejszym z krajów świata. Kiedy Baba całował ziemię Zurychu, nie spodziewał się, jak wiele trudności postawi przed jego rodziną miejsce, które wspólnie wybrali do lepszego życia. Tymczasem autorka wciąż na nowo powraca do swojego Prizren. Zdaje sobie sprawę z tego, że szwajcarskie życie stało się alternatywnym, ale ona wciąż tkwi w tureckiej mniejszości muzułmańskiej, gdzie ukształtowała swą wrażliwość i rozumiała, czym jest bliskość z ludźmi. Kolejna wyjątkowo sugestywna scena to wspomnienie, w którym dorosła już kobieta wchodzi do dawnej sali lekcyjnej i na tablicy pisze swoje imię, które potem zamazuje ręką. To doskonałe zobrazowanie tego, co przez lata działo się z jej tożsamością. Zatarciu uległo to, co kiedyś było przecież czymś najważniejszym. Rzeczy pierwsze, pierwsze doznania i myśli dziś przefiltrowane są przez pryzmat gorzkich doświadczeń imigranckiego wyobcowania. A ono jest potęgowane przez fakt, że nie mam już Baby. Nie ma też pewności, że rodzina zawsze była tym, co chroniło przed każdą niepewnością.

W ramionach Baby można było się naprawdę schronić, w jego obecności pożegnać samotność. Dziś narratorka musi zmierzyć się z utraconym ojcem i pożegnać Prizren w takim kształcie, w jakim je zapamiętała. Meral Kureyshi opowiada też o lingwistycznym aspekcie swojego wyobcowania. O językach Szwajcarii, w które musiała wrosnąć, i o słowach oraz frazach z ojczyzny – zapisanych w pamięci na zawsze jak życiowe drogowskazy. Ta książka tak pięknie pozbawiona chronologii opowiada o tych zdarzeniach, w których autorka musiała określić, kim jest, do kogo przynależy i z kim chce tworzyć bliskie więzi. Baba był zawsze najważniejszy. Pozostawiona w żałobie matka ukrywa się pośród smug papierosowego dymu i jej dramat jest pewnym niemym tłem tego, co przeżywa opuszczona córka. Kobieta zmuszona do nakreślenia nowego azymutu życiowego. Zawikłana we wspomnienia, które dopiero po latach nabierają wyraźnego kształtu.

„Słonie w ogrodzie” to powieść przesycona smutkiem, ale nie ma go w nadmiarze; Kureyshi znakomicie zachowuje równowagę między tym, co sentymentalne, a tym, co po prostu konieczne do opisania. Wybiórczość życiowych zdarzeń i asocjacje budujące specyficzny rytm książki są wyrazem z jednej strony bezradności i zagubienia, z drugiej jednak – coraz silniejszej samoświadomości, poczucia stanowienia o własnym losie, samodzielnego pisania opowieści o życiu. Wydobywa się z tej narracji osamotnione dziecko nazbyt szybko, ale i bardzo intensywnie przechodzące wszystkie konieczne do osiągnięcia dorosłości inicjacje. Meral Kureyshi pisze o swoich emocjach bardzo subtelnie. Czasem zamyka to pisanie w poetyckie zagadki, gdy na przykład opowiada o nieznośnym ciężarze na końcu włosów. Wchodzimy w ten świat z wyjątkową delikatnością i jesteśmy prowadzeni bardzo subtelnie przez doświadczenia tragiczne, bolesne, uprzedmiotawiające narratorkę i pozwalające jej jednocześnie zbudować silne poczucie zgody na to, kim się stała.

To zatem opowieść inicjacyjna, ujmujące epitafium, ale przede wszystkim czytelna w odbiorze pod każdą europejską szerokością geograficzną historia o trudnym statusie rodziny imigranckiej. Ludzi starających się przez lata zjednać sobie tych, pośród których wybrali dla siebie lepsze życie. To życie wcale takie nie jest. Wiele oblicz wyobcowania i dramatyczna niepewność nakreślone są w szeregu krótkich narracji opowiadających historie bolesne, wstydliwe, czasami upokarzające. A jednak jest w Meral Kureyshi siła. Pewnie wiąże się też z upartością odziedziczoną po Babie. Ta książka wrasta mocno w to, co minęło, ale jest jednocześnie opowieścią o świadomym życiu w innym społeczeństwie. Ono w końcu akceptuje i szanuje, a kontroler nie sprawdza biletu, bo ufa, tylko patrząc. Autorka opowiada o konsekwencji wyboru tej inności oraz o walce o to, co własne, dobre i dające szczęście – w takim znaczeniu funkcjonuje trafnie do tych opowieści dobrany tytuł. Kureyshi zachwyca nienarzucającym interpretacji stylem, w którym odnaleźć można fragmenty dotychczasowego życia składane w całość. Bo nadszedł na to czas. Wówczas, gdy nie ma już kogoś, kto w tej układance kiedyś pomagał. Naprawdę piękna książka.


PATRONAT MEDIALNY

2018-04-25

„Koronkowa robota. Sprawa Gorgonowej” Cezary Łazarewicz


Wydawca: Czarne

Data wydania: 14 marca 2018

Liczba stron: 240

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Wyobcowane

„Koronkowa robota” porusza do głębi. Przede wszystkim dlatego, że Cezary Łazarewicz operuje dwoma różnymi rejestrami narracyjnymi, dwukrotnie uderza w czytelnika i za każdym razem inaczej – w jednej książce tworzy w zasadzie dwa uzupełniające się reportaże w różnych konwencjach. Oba o wyobcowanych i samotnych kobietach, które połączyła trudna, lecz silna więź. Gdy najpierw otrzymujemy znaną powszechnie rekonstrukcję zdarzeń z nocy 30 na 31 grudnia 1931 roku, kiedy w tajemniczych okolicznościach zabita została siedemnastolatka, nie spodziewamy się, w którą stronę podąży reporterskie śledztwo. Mamy jego zarys, ale nie jesteśmy przygotowani na niepokojącą część drugą. Tę, która skupia się na urodzonej w więzieniu córce Rity Gorgon oskarżonej i przez dwa wyroki sądowe uznanej za winną zbrodni na Elżbiecie Zarembiance, którą dla lepszego efektu pamięci nazywa się od chwili zgonu Lusią. Łazarewicz dokonuje rzeczy niezwykłej – niesamowicie porusza wyobraźnię i emocje, niczego nowego nie odkrywając ani nawet nie sugerując jakiejś nowej interpretacji zdarzeń. Opowiada o dziecku idącym przez życie ze stygmatem matki morderczyni. O kobiecie, która przyjęła na siebie społeczne odium, skazana i potępiona dużo wcześniej, niż zrobiły to instancje sądowe. „Koronkowa robota” to opowieść o oddaleniu od siebie dwóch kobiet, które musiały same stanąć do walki o to, by wytrwać pośród ludzi wymierzających wyroki po swojemu. Ta książka to świetny głos reportera opowiadającego o tym, ile wydobywamy dla siebie z cudzego nieszczęścia. Także książka o niezwykłej sprawie. O niebezpieczeństwie skazywania na podstawie poszlak i o życiu, które przez nikogo nie będzie potem darowane…

Wikipedia podaje wiele szczegółów głośnej sprawy Rity Gorgonowej. Jakże z tego stworzyć pasjonujący reportaż? Można to zrobić tylko wówczas, gdy zechce się wyjść naprzeciw zapomnieniu i wyparciu. To, co elektryzowało Lwów w latach trzydziestych, jest dzisiaj zbrodnią funkcjonującą jako pewien mit odwoławczy. Jako straszak. Nazwisko oskarżonej o morderstwo na nastolatce staje się synonimem zła. Rita Gorgonowa uznana jest za złą. Wyrafinowaną oszustkę, która trzymała nerwy na wodzy, nie dając poznać, kim jest naprawdę. A przecież „czułe sumienie publiczne” wydało wyrok błyskawicznie. W sprawie morderstwa, którego musiał dokonać ktoś z domowników. Nie mógł to być ojciec denatki ani jej brat. Tylko ta, która w ocenie opinii publicznej chciała zniszczyć mir domowy, wdając się w romans z człowiekiem zatrudniającym ją jako guwernantkę i walcząc o lepsze życie u jego boku – nawet kosztem innych członków rodziny.

Łazarewicz nakreśla, jak trudna była sytuacja rodzinna znanego architekta Zaremby i jakby w drugim planie kreśli portret psychologiczny człowieka, który po zabójstwie córki robił wszystko, by zachować twarz. Stracił ją przez związek nieaprobowany społecznie. Stworzył się mroczny mit potwornej zabójczyni, który wyrósł z niedopasowania się do określonych wzorców funkcjonowania społecznego. Gorgonowa nie ma po swojej stronie nikogo. Choć nie przedstawiono nigdy żadnych twardych dowodów, od samego początku jest tą, której winę uznaje się za coś oczywistego. I jedyną osobą, która będzie chciała oczyścić jej dobre imię, jest córka. Ewa, której Gorgonowa nie szukała po wyjściu z więzienia. Dziecko porzucone od samego początku, dziecko zbędne i niepotrzebne. Wyśmiewane i atakowane. Idące przez życie w stopniu wyobcowania równym temu, który towarzyszył matce. Dwie kobiety, które nigdy na nikogo nie mogły liczyć. Niewiarygodna wręcz tęsknota porzuconej dziewczynki, która przez całe swoje długie życie marzyła tylko o przytuleniu się do matki. Kobieta, której odebrano godność i uznano za ucieleśnienie zła. Jej córka przejmująca fatum po wyobcowanej matce. Obie są w gruncie rzeczy zagadkami. Łazarewiczowi udaje się porozmawiać tylko z jedną z nich.

Upływu czasu nie da się oszukać, ale „Koronkowa robota” pokazuje, że dobry reporter będzie starał się temat swojej pracy ocalić od zapomnienia za wszelką cenę. Rekonstruując losy Rity Gorgonowej i przedstawiając jej dwa procesy w świetle tego, co myśleli i mówili ludzie bezpośrednio w nie zaangażowani, Cezary Łazarewicz pokazuje, jak niewiele z tych dramatycznych zdarzeń i emocji pozostało dzisiaj – tak jakby ten gwałtowny wybuch zainteresowania opinii publicznej miał tylko wydobyć na chwilę kumulowane emocje. Takie pojawiające się wtedy, kiedy ulica znajduje tego złego i może odetchnąć, bo ona nie jest zła. Ale w tej książce ważniejszy niż toksyczne emocje jest proces Gorgonowej. Akt oskarżenia oparty na zeznaniach dziecka niedarzącego jej sympatią. Dwie obsadzone mężczyznami ławy oskarżonych. Nieopisana forma nienawiści ze strony kobiet. I dwie wskazane obserwatorki, które przyglądały się działaniom sądów, opowiadając o swoim przekonaniu, że oskarżona nie jest winna.

Myślę, że nie chodzi o wzbudzanie oczywistych emocji i zwyczajną rekonstrukcję zdarzeń z sal sądowych. Nie chodzi też o portretowanie nastrojów społecznych, kiedy ludzie z zaskakującą łatwością chcą wskazać winnego, bo poszukiwanie może być dla nich niewygodne. Dużo ważniejsza jest druga część reportażu – obrazująca autorską bezradność i ciekawość jednocześnie. Szacunek dla każdego, o kim pisze, i wnikliwość w badaniu śladów, po których lata temu nikt nie podążał. Ironiczny tytuł reportażu odnoszący się do słów prokuratora udowadnia, że tę jakże skomplikowaną sprawę można byłoby naprawdę zbadać wyjątkowo dokładnie. Po latach tonąc w niedopowiedzeniach, a jednak wciąż na nowo wzbudzając wątpliwości oraz weryfikując opinie. Cezary Łazarewicz wychodzi naprzeciw ludzkim skłonnościom do uproszczeń, łatwych oskarżeń, ale także do zbyt szybkiego zapominania tego, co niewygodne lub niejednoznaczne. Jak wspomniałem, nie pojawią się na kartach tego reportażu żadne nowe ustalenia, a tym bardziej jakieś zaskakujące fakty. Chodzi bardziej o odsłonięcie kontrowersyjnej sprawy nieco inaczej. Spojrzenie na nią okiem człowieka wrażliwego na krzywdę i niesprawiedliwość. „Koronkowa robota” to przecież niebywale smutna historia o kobiecej samotności, potrzebie przynależności, społecznym odrzuceniu i o tym, że najbardziej zajmujące może być to, z czym przez lata musiały radzić sobie matka i córka. Z czym mierzyć w myślach i w sercu. To nie tylko książka o tym, jak łatwo wydajemy wyroki stadnie. Przede wszystkim o tym, jak niewyobrażalna samotność nigdy nie została zwerbalizowana, bo portretowane bohaterki ani Łazarewiczowi, ani nikomu wcześniej nie dały łatwego dostępu do siebie. Książka mocno przykuwająca uwagę i inteligentnie łącząca dwie historie w jedną pasjonującą narrację.

2018-04-23

„Szczęśliwy jak łosoś. O Norwegii i Norwegach” Anna Kurek


Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 4 kwietnia 2018

Liczba stron: 310

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Pasja i pean

Wydawnictwo Poznańskie konsekwentnie toruje drogę autorom blogującym o krajach Północy, pozwalając im wydać własne książki. Wartość poznawcza tych publikacji jest duża i to cenne rzeczy dla osób, które o krajach nordycko-skandynawskich wiedzą niewiele albo bazują na utartych stereotypach. Problem pojawia się wtedy, gdy do czytania zabierze się ktoś w miarę zorientowany w temacie portretowanych państw i narodów. W tym przypadku Annie Kurek – podobnie jak Marcie i Adamowi Biernatom, autorom „Rekina i barana” – przypadła pozycja trudnego startu do takiego czytelnika, albowiem nie jest pierwszą, która portretuje Norwegię, i można z całą pewnością powiedzieć po lekturze „Szczęśliwego jak łosoś”, że nie robi tego najlepiej. Mam wrażenie, że z blogowych opowieści o Islandii, Norwegii i Szwecji, które stały się książkami, najlepiej wyszedł projekt Natalii Kołaczek „I cóż, że o Szwecji”. Może to kwestia niepowtarzalnego stylu autorki i umiejętnego lawirowania między wyrażeniem miłości do portretowanego kraju a zdrowym krytycyzmem oraz uszczypliwościami, głównie językowymi. Anna Kurek tworzy bowiem pean. Stara się, by ta książka nim nie była, ale te starania są marne. Momenty, w których wspomina o bolączkach norweskiego systemu edukacji, sygnalizuje jedynie istnienie Barnevernetu wzbudzającego ogromne emocje także pośród Norwegów czy delikatnie sugeruje stronniczość i brak obiektywizmu mieszkańców Norwegii w postrzeganiu reszty świata przy jednoczesnym apelowaniu o ten obiektywizm u odbiorców publikacji, to zdecydowanie za mało, by można stwierdzić, że autorka pozbywa się sznytu poprawności językowej i znaczeniowej. Wszystko jest za gładko, zbyt pięknie, w rażąco pastelowych barwach i w zasadzie bez większego poczucia humoru, choć Kurek sygnalizuje, że jej książki nie należy traktować całkiem serio.

Problemem „Szczęśliwego jak łosoś” jest to, że po publikacji „Najlepszego kraju na świecie” Niny Witoszek wszystko będzie już apendyksem do tej książki. Także opowieści Anny Kurek – w zupełnie innej konwencji i innym stylu, dalekim od zawoalowanych złośliwości Witoszek, ale oddalonym również od jej wieloaspektowego widzenia Norwegii i Norwegów. Wiem, że to zupełnie inne książki i pisane w innych okolicznościach, a także zdaję sobie sprawę, iż różne intencje kierowały autorkami. Ale Kurek wypada blado przede wszystkim dlatego, że choć naprawdę sporo ma do opowiedzenia, wciąż ślizga się po powierzchni, chcąc przygotować pewną matrycę dla Michellina, a nie opowiedzieć o swojej Norwegii.

No właśnie, pasja i miłość do opisywanego kraju. Kurek rozpoczyna od wspomnienia Tromsø i swojej fascynacji prawdziwą norweską Północą, tą umiejscowioną daleko poza kołem podbiegunowym. Czeka się więc w napięciu i skupieniu, co też autorka o tym rewirze napisze, jak go sportretuje, jak uzasadni przywiązanie do tej najtrudniejszej do życia części Norwegii. Tymczasem na ten temat nie dowiemy się praktycznie niczego. Kurek wędruje w ukochane rejony Norwegii tylko chwilowo i w odniesieniu do rozważań dotyczących reszty kraju. Chciałoby się powiedzieć, że wszystko za nią wcześniej zrobiła Ilona Wiśniewska w swych sugestywnych reportażach, ale przecież intrygujący prolog powinien zobowiązywać do kontynuacji. A nie ma jej, jest zasadniczy i pozbawiony emocji ton wykładu o Norwegii. Nie w akademickim stylu Niny Witoszek, ale też nie w stylu, który mógłby porwać odbiorcę.

„Szczęśliwy jak łosoś” to dla mnie – miłośnika krajów nordyckich – lektura rozczarowująca, albowiem informująca o cechach dystynktywnych Norwegów jako o czymś absolutnie niepowtarzalnym. A przecież chłód i dystans w codziennych kontaktach to także domena Finów, a stosunek do starości i akceptowanie przez seniorów separacji od rodziny cechuje również Islandię. Zbieżności w tym, jak narody Północy myślą lub działają, jest naprawdę wiele. Anna Kurek zbyt wiele przypisuje wyłącznie Norwegom. Jestem w stanie to zrozumieć, bo widać wyraźnie, że kocha zarówno kraj, jak i naród. Ze wszystkim, co dla turysty może być zaskakujące i odbiegające od norm kształtujących relacje społeczne. Ukazuje jednak pewien sielankowy obraz doskonale funkcjonujących relacji, opowiada o ich zbawczym chłodzie – bez wnikania np. w to, dlaczego alkoholowe weekendy w Norwegii wyzwalają w ludziach tyle tłumionych przez pięć dni emocji, o których nigdy się potem nie rozmawia.

Ta książka obrazuje Norwegów jako ludzi, którzy wypracowali sobie doskonałość życia w jakiś szczególnie wybitny sposób. Anna Kurek być może nie zdaje sobie sprawy, że ze swych rozważań tworzy nam wizerunek narodu, który po prostu wyjątkowo silnie kontroluje myśli i emocje. Narodu zawikłanego w każdy rodzaj poprawności, a dodatkowo nieskorego do wyciągania wniosków z krytyki. Dlatego mamy tutaj takie głaskanie Norwega i uzasadnianie wszystkich dość jaskrawo dyskusyjnych kwestii związanych z życiem codziennym jego rodaków, ich mentalnością, stronniczością i świadomością, że są naprawdę laboratorium przyszłości, niedoścignionym wzorem dla Europy i świata.

„Szczęśliwy jak łosoś” to mimo wszystko dowód niezwykłej pasji i zaangażowania w temat. Kraj i jego obywatele stają się punktem wyjścia do wielu rozważań, ale są też bardzo uważnie sportretowani w różnych szczegółach. Norwegia Anny Kurek jest miejscem pokochanym i bezkrytycznie zaakceptowanym. Przynajmniej na tyle bezkrytycznie, by nie podejmować dyskusyjnych wątków. A podjęli je przed Kurek inni. Autorka stawia sobie za cel stworzenie podstawowe kompendium o Norwegii i to naprawdę interesująco napisana książka otwierająca oczy na specyfikę tego kraju oraz jego rzeczywiste piękno. Zastanawia tylko ta uważność w obserwacji Norwegów sportretowanych w tak jednoznacznie cukierkowej tonacji. Entuzjastyczny ton Anny Kurek jest trudny do zniesienia nie tylko dlatego, że publikacja bazuje na tym samym rejestrze narracyjnym i niczym w zasadzie nie zaskakuje. Mam wrażenie, że autorka nie może się zdecydować, czy ma to być przewodnik, jej pamiętnik emocji i wspomnień, czy dowcipna rozprawa socjologiczna o ludziach, którym uwielbia się przyglądać. Ujmuje zaangażowanie w temat, ale pojawia się też przekonanie, że o Norwegii napisano bardziej sugestywnie. Bo to kraj wielu kontrastów, absurdów, ale i poszanowania dla demokracji. Kraj, który jest swoistą zagadką dla świata. Piękny kraj, ale czy przez Annę Kurek wystarczająco dobrze opowiedziany?