2020-01-08

„Położna z Auschwitz” Magda Knedler


Wydawca: Mando

Data wydania: 15 stycznia 2020

Liczba stron: 304

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Życie pośród śmierci

Tytułem wstępu do omówienia tej książki chciałem odnieść się do sygnalizowanych wątpliwości i niechęci wobec nagromadzenia beletrystyki związanej z tematem Auschwitz. Fakt, tego rodzaju książek jest bardzo dużo, ale zastanawiam się nad tym, czy utyskujący na ich przesyt do nich zaglądają. „Położna z Auschwitz” proponuje przejmującą paradokumentalną narrację, która podkreśla ten aspekt obozowego życia, który związany był z dramatem paradoksu – dawania życia w obliczu nieuchronności śmierci i pewności tego, że to nowe życie zaraz się zakończy. Dla mnie to frapujący, niejako nowy punkt widzenia na rzeczywistość, o której napisano już wszystko, a która wciąż na nowo jawi się jako przestrzeń oraz czas, których nie można objąć wyobraźnią, nie można zrozumieć. Dlatego każdemu, kto uważa, że powieść Magdy Knedler to kolejny produkt pisarski powstający w związku z popularnością tematyki obozowej, zalecam jej uważne przeczytanie. Nawiasem mówiąc, zaskakujące jest budowanie kontry do polskiej literatury holokaustowej, kiedy nie krytykuje się takich zagranicznych bestsellerów jak „Słowik” Kristin Hannah, banalizujących i upraszczających obraz drugiej wojny światowej, co pozostawia w literaturze dużo gorszy ślad podejmowania trudnych tematów niż polskie powieści związane z tematyką obozową.

Miałem przyjemność przyjrzeć się temu, jak pisze Knedler, na samym początku jej drogi twórczej. Interesująca „Winda” udowadniała, że pisarkę interesują relacje międzyludzkie. Nie wiem, co po tym pozostało w kolejnych powieściach, ale „Położna z Auschwitz” to zdecydowanie rzecz portretująca relacje. Nawiązywane bardzo intensywnie, bo w momencie, w którym siła natury wymuszała na organizmie takie, a nie inne działania, ale za całą biologią porodu stał jego etyczny i humanistyczny aspekt. Zwłaszcza wówczas, gdy rodziło się w warunkach, w jakich rzeczywistość przypominała tylko o postępującej zagładzie. Stanisława Leszczyńska, autentyczna postać budująca kształt tej powieści, przyjmowała w Auschwitz porody na przekór zdrowemu rozsądkowi, bólowi, rozczarowaniom, ale przede wszystkim wielkiemu strachowi. Kobieta dająca życie zazwyczaj musiała się szybko z tym życiem żegnać. Nowym, własnym, ukochanym. Czym miały być porody w czasie, w którym życie noworodka od pierwszych minut naznaczało piętno cierpienia? Dlaczego Leszczyńska z taką determinacją i poczuciem życiowego obowiązku towarzyszyła wszystkim tym zrozpaczonym kobietom, dla których danie życia to był ostateczny akt heroizmu wbrew zdrowemu rozsądkowi i wierze w to, że pojawiające się życie ma dla siebie szansę?

Postać Leszczyńskiej jest tutaj bardzo ciekawie zobrazowana. Wiemy sporo o jej działaniach, ale nie mamy do niej bezpośredniego dostępu. Obozowa Mama to była figura miłości, ofiarności, dobroci, ale przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa. W bezkompromisowym obozowym świecie rodzące kobiety mogły choć na chwilę uwierzyć, że komukolwiek na nich zależy. Że są ważne, a to, iż rodzą, to mimo wszystko cud istnienia. W samym środku piekła, pośród brudu i szczurów, ze świadomością, że za chwilę będzie się świadkiem uśmiercania tego życia, które wydało się na świat z miłością, ale i wielkim trudem. Leszczyńskiej przygląda się narratorka powieści. Artystka, która ma ten komfort, że po obozowej traumie może układać sobie życie i jego filozofię połączyć z bolesnym doświadczeniem obozu. Kobieta znajduje się blisko Mamy, bo niebawem ma rodzić. Przygląda się temu, jak wyglądają inne porody. Podziwia niezachwianą determinację Leszczyńskiej, która przeciwstawiła się zabijaniu, była zdeterminowana i prezentowała siłę oporu nawet wobec Mengelego, który tutaj portretowany jest jako bohater z tła, jednak bardzo wyrazisty.

Obserwacje narratorki idą w parze z jej rozmyślaniami o tym, jak odbudowuje się życie po doświadczeniu Auschwitz. Jak przygląda się codziennemu funkcjonowaniu i co w tym funkcjonowaniu nabiera innego sensu. Nade wszystko jednak jest to narracja niebywałego podziwu dla kobiety, która w otoczeniu każdej formy zła cały czas widziała dobro. Dostrzegała je we wszystkich ludziach – w katach i ofiarach. Ta niezwykła zdolność do niepoddawania się złym emocjom, polegająca na odbieraniu wewnętrznej potrzeby odwetu za uczynione zło, staje się cechą charakterystyczną kobiety, która towarzyszyła każdemu nowemu życiu w przyjściu na świat, w którym żyć przecież nie było warto. Postawa Leszczyńskiej – zapamiętana przez dojrzałą artystkę, która zachowuje jej formę buntu wobec zła jako wzór i jako niezwykłe wspomnienie – jest u Knedler trochę enigmatyczna, nieco zastanawiająca. Skryta przed nami sfera przeżyć Mamy staje się zagadką tej powieści. Bo „Położna z Auschwitz” to obraz pełen niedowierzania, zachwytu i jednocześnie przekonania, że ludzka dobroć jest czymś, czego nie zniszczą najbardziej nawet okrutne okoliczności. Dlatego ważne w tej książce jest nie tyle portretowanie trudnych sytuacji młodych matek, które cierpiały podwójnie – z powodu porodu i jego konsekwencji – ile przede wszystkim zwracanie uwagi na to, w jaki sposób pokora z jednoczesną determinacją wpływają potem na inne życie. Kobiety, która może wyrazić ból istnienia poprzez sztukę. Tej poszukującej odpowiedzi na pytania, które dla Stanisławy Leszczyńskiej zawsze były proste. Konstrukcja książki to opowieść o szukaniu zrozumienia – dla wdzięczności, niebywałej siły i pokornego, lecz bardzo konsekwentnego przekonania o tym, że mimo zagłady człowieczeństwa świat nie zmierzał ku temu, by człowiek przestawał nim być.

Nade wszystko jednak „Położna z Auschwitz” to przejmująca historia kobiecej solidarności. Mama przygląda się i przysłuchuje każdej rodzącej, w której na chwilę znika poczucie przerażenia, a danie życia staje się symbolicznym sprzeciwem wobec rzeczywistości śmierci. Knedler zaznacza, że dynamika i różnorodność kobiecych charakterów zestrajają się w opisanej sztubie położniczej w niezwykłe połączenie świadczące o tym, że ludzka wrażliwość jest czymś niezwykle skomplikowanym. Autorka nie idzie w stronę uproszczeń, nie portretuje cierpień i ulg swoich kobiet w jednolitym wymiarze. Wstrząsa i przejmuje historia jednej z Polek, która dopasowała się do okrucieństwa obozowej rzeczywistości, wrosła w nią i nauczyła się jej okrutnych praw, uznała je za prawa nowego życia. Leszczyńska jest tu symbolem bezwzględnego oporu wobec otaczającego ją zła. Ale jej działania nie ujawniają czytelnego buntu. To nie jest też postać, która w tej powieści zaraża jakąś charyzmą. Nie, jej siłą jest wiara w dobroć i konsekwencja w działaniu. Ale także przekonanie, że wykonuje pracę najważniejszą, bo skoncentrowaną na dawaniu życia, a nie jego odbieraniu. Wybrzmiewa to bardzo mocno, a Magda Knedler pisze w takim stylu, że sięga głęboko, jednak unika patosu, prostych rozróżnień, w końcu dydaktycznego tonu.

Czy niewzruszony spokój był wtedy jedyną godną formą oporu wobec zła? Skąd się brał, co go kształtowało? Narratorka powieści po latach żyje wciąż w niepokoju tego, czy powojenny sens, tak zwany sens normalnego życia, jest pochodną mądrości i dobroci ludzi pokroju Leszczyńskiej, czy też kolejnym zbiegiem okoliczności, tym razem lepszym, ale takim, wobec którego wciąż trzeba żywić dystans i tkwić w lęku. „Położna z Auschwitz” opowiada o kobiecie dającej innym złudzenie poczucia bezpieczeństwa. Ale także portretuje pamięć o tym, że bez względu na to, jak wygląda świat po Zagładzie, pozostaje w nim pewność tego, że można pozostać czułym wobec strachu i stanowczym w sprzeciwianiu się złu. Mądra narracja o pośredniczeniu w przekazywaniu nowego życia, a wraz z nim nadziei. Jednocześnie mocna, wstrząsająca i pełna mrocznych faktów opowieść o piekle Auschwitz. Piekle kobiet z podwójnym pragnieniem życia.

2020-01-06

„Wtedy w Loszoncu” Peter Balko


Wydawca: Biblioteka Słów

Data wydania: 8 listopada 2019

Liczba stron: 200

Przekład: Miłosz Waligórski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Dzieciństwo i pamięć

Muszę zacząć od tego, że chciałbym wierzyć Peterowi Balko, ale mu nie wierzę. Ta książka miała być w zamierzeniu rasową powieścią inicjacyjną, w której dziecięca wrażliwość zderza się z pamięcią mitologizującą miejsca, postacie, zdarzenia i pojawiające się wraz z nimi myśli, ale ostatecznie trudno określić, kto się w niej wypowiada i przede wszystkim – w jaki sposób to robi. Sam początek – list dziewięciolatka przedstawiający panoramę ponurego miasteczka gdzieś na peryferiach świata, które później barwna narracja pokoloruje i uczyni magicznym – to całkiem widoczna mistyfikacja. W takich słowach o najbardziej nawet oswojonej rzeczywistości dziewięcioletni chłopiec się nie wypowie. Późniejsza narracja, kiedy pozna się jej tryb porządkowania, jest oczywiście wiarygodna, ale Balko już na wstępie daje czytelny sygnał, że nie jest do końca przekonany, z jakiej perspektywy opisywać Loszonc, rozwijającą się tam przyjaźń oraz wszystkie surrealistyczne i baśniowe historie, które rozgrywają się między rzeczywistością a światem rojeń dziecka. Powieść jest w gruncie rzeczy chaotyczna, jeśli chodzi o stylistykę i konstrukcję. Są momenty zachwycające i pełne czułości, ale są też strony – jak historia fioletowego noża myśliwskiego – które przypominają szkolne gry redakcyjne, kiedy uczeń zaczyna pisać opowiadanie, a potem kolejny pośród wrzawy i śmiechu dopisuje do tego ciąg dalszy, przekazując kartkę następnej osobie. Poza irytacją tak pisaną książką pojawia się jeszcze jedna wątpliwość. Czy osiem i dziewięć lat to jednak nie za wcześnie na tak znaczące i ważne przeżycia pokoleniowe, które kształtują dorosłą osobowość oraz doskonale pozostają w pamięci na lata?

Jakkolwiek by spojrzeć na „Wtedy w Loszoncu”, jest to na pewno formalny eksperyment i próba wydobycia na światło dzienne czegoś więcej niż literatura opowiadająca o przestrzeniach dorastania, w których elementy rzeczywiste łączą się z zaskakującymi wizjami tworzonymi przez wyobraźnię. Loszonc – miasto na granicy dwóch państw, które historia lokowała raz w jednym, raz w drugim – jest oczywiście tylko punktem wyjścia do opowieści o dziecięcych niespełnieniach, które rekompensuje bogata wyobraźnia. Ale to też historia ważnych relacji – rodzinnych, przyjacielskich, pierwszego adorowania pięknej dziewczyny i pierwszego rozczarowania miłosnego. Balko koncentruje się na relacji dwóch chłopaków, którzy wzajemnie się uzupełniają. Charyzmatyczny Kapia to buntownik i prowokator urastający w oczach zachowawczego Lewiatana, bo odsłania mu świat w taki sposób, w jaki mniej odważny chłopiec sam nie mógłby mu się przyjrzeć. Balko każe zastanawiać się nad tym, skąd biorą się pokłady agresji Kapii, i nawet sugeruje w jednym momencie, że dowiemy się tego, ale nie dowiadujemy się niczego. Najciekawsza chyba postać tej powieści zostaje jakoś konstrukcyjnie porzucona. Kapia staje się niewiarygodny, a zaczyna się wierzyć w opowieści, fantazje i wymysły narratora, cierpiącego z powodu wyobcowania wywołanego tuszą i pewną nieprzystawalnością do świata.

Lewiatan opowiada o swoich więziach emocjonalnych. O tym, co znaczyło dla niego przywiązanie do drugiego człowieka, zaufanie względem niego i jak rodziła się potrzeba doświadczania świata z kimś u swojego boku. Z przewodnikiem i bratnią duszą. Z kimś, z kim więź emocjonalna musi być naprawdę silna. Dlatego Balko koncentruje się tu przede wszystkim na kształtowanych relacjach z przyjacielem, dzięki któremu mógł rozumieć skomplikowany świat wokół – nawet wówczas, kiedy kumpel wyjaśniał mu wszystko w pokrętnej logice buntownika i chłopca przekonanego o tym, że prawie wszyscy ludzie są źli. Lewiatanowi odpowiada jednak cały szereg uprzedzeń Kapii. Co więcej – na nich i na gruncie własnej nieposkromionej fantazji obaj kreują inne oblicze Loszonca, chcą tam być i mieszkać na swoich chłopięcych zasadach. Balko podkreśla to swoją buńczuczną, nonszalancką frazą, ale potrafi być też liryczny. Ta przyjaźń ma surowe, ale i bardzo głębokie oblicze. Kształtuje się wraz z porządkowaniem wspomnień. A może wbrew nim, bo relacja chłopców nie poddaje się logice i porządkowi upływu czasu. Powieść prezentuje się naprawdę nieźle w tych fragmentach, w których słowacki autor oddaje magię i niezwykłość dziecięcych doznań chłopaka będącego nadwrażliwcem. Ujmującego rzeczywistość w swoje charakterystyczne ramy jej postrzegania. Wówczas „Wtedy w Loszoncu” iskrzy, bardzo przykuwa uwagę. A potem można dojść do wniosku, że w obręb bardzo skromnej objętościowo prozy wkracza zbyt wiele sposobów oraz technik opowiadania o imago mundi.

Czytelna scena palenia zabawek definiuje czas, w jakim musi się po latach znaleźć dzięki pamięci i zapiskom dorosły już mężczyzna. Prawdziwy narrator podkreślający, co nadal jest ważne, co niezmienne. Ta sentymentalna podróż, w której retrospekcje mieszają się z poetycką, a czasem buńczuczną wyobraźnią, stara się pokazać, czym jest dom, z którego wyrastamy i który staje się dla nas miejscem pierwszym, przestrzenią najważniejszych doświadczeń. Te doświadczenia przybierają oczywiście różny kształt i bardzo różnorodnie są nazywane. Warto zwrócić uwagę, że pośród ekscentrycznych postaci, nieprawdopodobnych zdarzeń czy kierowania nas ku drobiazgom, o jakich w dzieciństwie tak często się pamięta, Peter Balko chce przede wszystkim opowiedzieć o własnej tożsamości. O tym, jak dojrzewa i wydobywa się ze wspomnień. Ale też o rzeczach i sprawach, które zawsze są w życiu najważniejsze, tylko potem jakoś tracą wyraźne kontury, rozmywają się w prozie życia, nie są punktami wyjścia ani odniesienia.

Koncepcja tej powieści w moim odczuciu jest po prostu mocno przekombinowana. Opowiada o kwestiach wymienionych wyżej, ale w bardzo różny sposób. Cały czas myślę, czy ta konstrukcyjna niespójność została dobrze przez autora przemyślana, bo jeśli tak – po prostu się w tym nie odnalazłem i nie warto utyskiwać na to, jak formalnie ta książka jest zbudowana. Można natomiast odnieść wrażenie – myślę, że nie będzie ono moim subiektywnym – iż jest się tu trochę atakowanym. Dlaczego? Wiemy, że autor świetnie radzi sobie z językiem, potrafi być autoironiczny, sentymentalny i jednocześnie prowokacyjny. Trochę jest tak, jakby Balko w jednej krótkiej powieści chciał pokazać cały swój pisarski potencjał. Napuszył się przed czytelnikiem i za pomocą fragmentów pokazał swoje możliwości frazy i języka. Wychodzi z tego jednak rozczarowujący chaos. Szkoda, bo sama historia ma też znamiona uniwersalnej opowieści przede wszystkim o doświadczaniu utrat i o tym, jak w życiu zastąpić sobie pustkę. Powieść o pamięci, która łudzi i inspiruje, jest dla mnie jednocześnie książką zagadką. Przyznam, że chwilami znalazłem się gdzieś na obrzeżach tej historii jak sam Loszonc i jego przestrzeń zostają wypierane przez narratora na niezwykłe peryferia. Dlatego po prostu nie uwierzyłem tej powieści.

2020-01-03

„Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia” Cezary Łazarewicz


Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 30 października 2019

Liczba stron: 264

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Morderstwo i mit

Ten reportaż to czytelnicza bomba, bo nie można się od niego oderwać, ale po przeczytaniu pozostaje w głowie bardzo długo. Może dlatego, że Cezary Łazarewicz wykonał naprawdę doskonałą reporterską robotę, tropiąc ślady i wskazując tezy dotyczące morderstwa w Republice Południowej Afryki, które wstrząsnęło tamtejszą opinią publiczną. Odnieść można wrażenie, że autor nie pozwolił na to, by czyjś głos w tej sprawie uszedł jego uwagi. Proponuje podróż po skomplikowanych relacjach społeczno-politycznych kraju, w którym wciąż na nowo narastają antagonizmy, a ich istota jest bardzo złożona. Przyznam, że bardziej zniuansował tę skomplikowaną problematykę Wojciech Albiński w „Soweto – my love”, ale celem Łazarewicza nie jest stworzenie obrazu RPA i trudnej państwowości tego miejsca, w którym apartheid nieustannie  dzieli i komplikuje rzeczywistość. Opowiadając o Januszu Walusiu, który 10 kwietnia 1993 roku zastrzelił lidera partii komunistycznej Chrisa Haniego, chce opowiedzieć o destrukcyjnym wpływie plag wspominanych już we wstępie, gdzie autor przywołuje znany cytat Ryszarda Kapuścińskiego o nacjonalizmie, rasizmie i fundamentalizmie religijnym. Ale również skierować uwagę czytelnika na polski aspekt tego spektakularnego morderstwa. Tu mam trochę wątpliwości, gdy Łazarewicz już na wstępie narzuca pewien rodzaj interpretacji, i z dużym dystansem patrzę na trochę naciągane łączenie sprawy Walusia z odradzającymi się w Polsce ruchami nacjonalistycznymi i konserwatywnymi. Tak, zajrzałem na wskazany w reportażu facebookowy fanpage, przejrzałem zawartość, rozmyślałem nad tym, w jaki sposób w naszym kraju tworzy się z mordercy bohatera, ale odnoszę wrażenie, że cała sprawa dotyka przede wszystkim złożonej struktury funkcjonowania Republiki Południowej Afryki i pokazuje ją z różnych perspektyw, w dużo mniejszym zaś przedstawia wieczną polską skłonność do mitologizowania działań i gloryfikowania w roli bohaterów postaci co najmniej niejednoznacznych.

Bo Janusz Waluś nie jest mordercą, którego można łatwo zdefiniować. Moc tej książki opiera się właśnie na jego silnej osobowości. Na specyficznym rodzaju radykalizacji oraz konsekwencji w działaniu i poglądach. Rozmowy ze skazanym początkowo na śmierć, do dzisiaj odbywającym wyrok pozbawienia wolności, dodają na pewno całej sprawie sporo kontrowersji i pewnie słuszne jest działanie Łazarewicza, który podejmuje temat ponownie sześć lat po Michale Zichlarzu publikującym „Zabić Haniego”. W całej tej sprawie pojawiło się w międzyczasie sporo różnych tropów. Po latach to zabójstwo jest odbierane i komentowane tak, jak nikt nie przypuszczałby wówczas, gdy miało miejsce. „Nic osobistego” to opowieść o zbrodni, która stała się punktem odniesienia do rewizji własnych poglądów na sprawę państwa i społeczeństwa, ale też zbrodni polaryzującej – dawniej i dzisiaj – opinię publiczną. Waluś przez wielu nazywany jest bohaterem. Sam uznaje, że to, co zrobił przez laty, było wykonaniem jakiejś misji dziejowej. Pośród wielu punktów widzenia, które brzmią tu w niepokojącej polifonii, nie można zapominać o tym, co jest istotą tej książki. A to opowieść o człowieku, który z zimną krwią zamordował drugiego człowieka tylko dlatego, że miał inne poglądy polityczne.

Tu warto nawiązać do tytułu – moim zdaniem świetnie dobranego. Waluś sam określa zabójstwo Haniego jako zlecenie, zadanie do wykonania. Nie zabijał człowieka, zabijał jego poglądy. To nie są absurdalne wyjaśnienia, jeśli weźmie się pod uwagę to, jak szeroko ten mord rezonował pośród wielu zwolenników działań Walusia. Mamy tu do czynienia z banalizacją zbrodni, co przypomina tłumaczenia Niemców obsługujących obozy koncentracyjne. Dla Walusia jego zbrodnia to zadanie, które miał wykonać. Ofiara nie miała ludzkiej tożsamości, była obiektem do eliminacji. Całe lata skazany powtarza, że nie czuje się więźniem kryminalnym, lecz politycznym. Łazarewicz stara się pokazać – i wychodzi mu to doskonale – w jaki sposób morderstwo pierwszego stopnia można usankcjonować ideologią. To niebywałe, ile teorii spiskowych stawiano potem za tym, co zrobił bohater tego reportażu. I nie mam na myśli tych najbardziej absurdalnych – a do wszystkich odnosi się autor – lecz te związane z usuwaniem ze świadomości faktu, iż jeden mężczyzna morduje drugiego mężczyznę. Zabójstwo Haniego stało się rzeczywiście sprawą polityczną i w takim kontekście wciąż było rozpatrywane. To także polityka nie pozwoliła na zwolnienie warunkowe Walusia. Jest on jednym z najdłużej odsiadujących karę więźniów w Republice Południowej Afryki. Pytanie Łazarewicza odnosi się do tego, czym jest ta kara, ale przede wszystkim – za co została zasądzona.

Jak wspomniałem, autor nie zostawia żadnego tropu w tej sprawie. Rozmawia z ludźmi, którzy w czasie zbrodni nadali jej status i określili się wobec niej, ale także z tymi, dla których Janusz Waluś przez lata stał się postacią niemal ikoniczną. Człowiekiem, za którego działaniem miała stać potężna ideologia. Kimś, kto dopiero po fakcie zrozumiał, czym była zbrodnia. I że ta zbrodnia przestaje nią być w naturalnym, oczywistym znaczeniu. „Nic osobistego” to bowiem odważny i wielowątkowy reportaż o istocie rasizmu oraz o stojących za nim dalszych uprzedzeniach. O tym, w jaki sposób RPA rozwija państwowość w cieniu wiecznych konfliktów rasowych, w które doskonale wpisuje się polityka. Łazarewicz nie przygląda się tylko temu, jak Walusia odbierają inni ludzie. Koncentruje się także na życiu samego Haniego, jedzie do jego rodzinnej miejscowości, rozmawia z rodziną, obrazuje niekonwencjonalną relację jednej z jego córek, która zbliża się do mordercy ojca.

Ale myślę, że najbardziej zapadają w pamięć dwa opisane tutaj spotkania. Jedno z kolegą z młodości Walusia manifestującym niezrozumienie tego, jak człowiek może zabić drugiego człowieka, a potem przytaczającym argumenty świadczące o tym, że… rozumie sytuację swojego znajomego, jego potrzebę wyjścia na wolność, słuszność tej potrzeby, oczywistość takiego obrotu spraw, takiej sprawiedliwości. Druga zajmująca uwagę bohaterka tego reportażu to żona Clive’a Derby-Lewisa, parlamentarzysty skazanego w procesie razem z Walusiem, z pełnym przekonaniem opowiadająca o wyższości białego człowieka nad czarnym. W całym skomplikowanym obrazie portretowanej sprawy zacierać się może to, że w tej zbrodni chodziło także o rasizm. Rozmowy ze wskazaną kobietą każą wrócić do tego, co jest istotą tej książki i jej ostrzeżeniem. Duże wrażenie robią również monologi samego Walusia. Komentarzami do nich są dyskusje o tym, jak jego czyn był i jest postrzegany zarówno w RPA, jak i w Polsce.

„Nic osobistego” to historia o tym, jak może być odbierana i rozumiana zbrodnia – przez samego zabijającego i ludzi, który gotowi są interpretować oraz oceniać jego zachowanie. Łazarewicz opisuje niebezpieczny mechanizm wypierania zasadniczej istoty bezkompromisowego odbierania życia człowiekowi przez człowieka albo oddalania się od niej. Zbrodnia staje się tutaj manifestem, początkiem ideologicznych debat, punktem wyjścia do rozważań o trudnej państwowości, w końcu mitem, dzięki któremu można przekonać samego siebie, że konserwatywne uprzedzenia i idiosynkrazje są zasadne. To także fascynujący wizerunek zbrodniarza – bardzo niejednoznaczny, budowany z jego przemyśleń i wspomnień, ale przede wszystkim przemyśleń ludzi, którym kiedyś był bliski, którzy są w stanie część jego postępowania usprawiedliwić. Uciśniony przez polski komunizm nieszczęśliwy człowiek, który w imię nienawiści do systemu zdecydował się na radykalne działanie? A może ktoś, komu polska komuna nic nie zrobiła, oddała tylko samochody do zabawy i rozbijania, a morderstwo stało się pochodną wyjątkowej podatności na sugestie? Jakkolwiek ujrzymy w tym reportażu Janusza Walusia, to ważny tekst o tym, że między ideą a działaniem może być bardzo cienka granica. To może być granica zła, do którego później możemy dobrać dodatkową ideologię i łatwo je usankcjonować.

2020-01-01

„Gdzie śpiewają raki” Delia Owens


Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 13 listopada 2019

Liczba stron: 416

Przekład: Bohdan Maliborski

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Natura i wyobcowanie

Ogromna popularność, jaką w Stanach Zjednoczonych cieszy się ta tendencyjna i przez cały czas manipulująca czytelnikiem powieść, wcale mnie nie dziwi. Późna amerykańska debiutantka – jak każda, nawet młodziutka, składająca podobne podziękowania – zawdzięcza dużo rozwiniętej za oceanem organizacji biznesowej, jaką jest agentura literacka. Tam wystarczy napisać książkę prawdziwymi emocjami – i dzięki wsparciu kogoś wierzącego w te emocje zdobywa się szturmem czytelników. Jakże odmienne jest to od sytuacji polskiego pisarza, w znakomitej większości pozostawionego samemu sobie. Delii Owens udała się sztuka chwycenia za serce agenta, a potem – w oczywistej konsekwencji – milionów rodaków. Dlaczego ta powieść jest dla mnie rozczarowaniem? Przede wszystkim dlatego, że przypomina trochę historię obyczajową spod znaku harlequina, ale jest jednocześnie nowatorska, bo – to trzeba przyznać autorce – z niezwykłą empatią i sugestywnością opowiada o świecie natury. Co więcej, całkiem ciekawie wiąże kwestie instynktów przyrody z tym, jak żyją i funkcjonują ludzie, zwłaszcza w relacjach z płcią przeciwną. Poza tym jest to rzecz o bolesnych truizmach, łatwo wyciskająca łzy, uznająca proste rozwiązania fabularne, ale przede wszystkim tak konstruująca postać głównej bohaterki, że nawet gdyby wyrżnęła piłą łańcuchową połowę nieprzychylnego jej miasteczka, nadal wzbudzałaby współczucie i czytelnik stałby po jej stronie bezwarunkowo.

Kya zbiera ciosy od losu od samego początku swojego trudnego życia. Opowieść otwiera przejmująca scena, w której dziewczynka widzi odchodzącą matkę. Matkę doświadczającą przemocy domowej, która decyduje się zostawić swoje dzieci, nie dając sześciolatce szansy na pożegnanie. Ta bolesna i bardzo sugestywnie sportretowana trauma osiądzie w świadomości Kyi na zawsze. A potem dzieje się już tylko to, co Owens uzna za konsekwentnie budowany wizerunek outsiderki. Dziewczynką nie interesuje się opieka socjalna, to ona ma się do niej zgłosić, pozostając sama w chacie na odludziu. Jej doświadczenia z systemem edukacji obejmują tylko jeden dzień. Najzwyczajniej w świecie Kya nie odwiedza ponownie już żadnej szkoły, bo dzieci ją wyśmiewają. Funkcjonowanie porzuconego dziecka sportretowano jako bezkompromisową walkę o przetrwanie. Wystarczą małże czy kasza. Otoczenie ją stygmatyzuje i nie znajduje się ani jedna kompetentna osoba, która mogłaby zmienić bieg wydarzeń w życiu Kyi. Tak jakby Delia Owens stanowczo podkreślała, że nie było innych opcji, bohaterka musiała wrosnąć w samotność i poczucie bycia zbędną w małej społeczności, w której jedynymi ludźmi wykazującymi się wobec niej empatią są czarnoskórzy… wówczas, gdy w portretowanym środowisku lat pięćdziesiątych minionego stulecia wyraźnie zaznaczone są antagonizmy na tle rasowym. Pamiętajmy, kto ma być dobry, a kto zły.

Tyle wystarczy, by czytać „Gdzie śpiewają raki” z dużym dystansem już od samego początku. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że w dramat bohaterki można uwierzyć i sama Owens stara się go sportretować bardzo nietuzinkowo. Wtedy, kiedy zbliża wrażliwość stygmatyzowanej dziewczyny z niezwykłością świata przyrody, w którym odnajduje ona swoje miejsce. Ujmujące są opisy miejsc oraz zachowań świata przyrody, które w znacznej mierze determinują działanie najpierw dziewczyny, potem dorosłej kobiety. Jej życie zespolone jest z bagnami i rozlewiskami w taki sposób, że nawet każdy element wystroju domu świadczy o tym, że Kya wyrasta ze swojego dzikiego otoczenia, jest jego częścią, stamtąd wydobywają się jej pomysły oraz artyzm, bo bohaterka stanie się uznaną pisarką, choć dość specyficznych książek. A niestety w międzyczasie pojawia się oczywiście miłość – ta podła i pełna rozgoryczeń, ale i ta spełniona, oczywista w swej wymowie i lukrowana w tak dosadny sposób, że trudno znieść relacje Kyi z mężczyzną, którego kocha i którego jednocześnie się obawia, gdy rani on jej uczucia i niszczy zaufanie do siebie. W to wszystko wpleciony zostaje – bardzo na siłę – jeszcze wątek kryminalny. Denatem jest mężczyzna, z którym Kya chciała ułożyć sobie życie. Teraz posądzana jest o to, że zabiła go z premedytacją. Spora część powieści to zapis tendencyjnego procesu sądowego, w którym wszystko jest absurdalne… a jednak finał sprawy może zaskoczyć i tu składam ukłon autorce, gdyż stwarza świetne zamieszanie w swoim świecie przedstawionym.

Ta powieść ma opowiedzieć o tym, jak bardzo potrafimy oddalać się od ludzi, kiedy tylko oni zaczną oddalać się od nas. System emocjonalnych naczyń połączonych nie jest tu jednak przedstawiony w żaden twórczy czy oryginalny sposób. Jest społeczność, która – jak każda taka – trzyma się lokalnych zwyczajów, a moralność buduje w odniesieniu do tego, co dobre dla stada. Owens ujawnia prowincjonalną małostkowość, łatwość manipulacji otoczeniem, podatność na stereotypy i więź łączącą tych, którzy codziennie robią coś podobnego oraz myślą podobnie. Oddalona od społeczności Kya musi zbudować pewność siebie na bardzo kruchych fundamentach. Jest wystarczająco często porzucana, by należało tylko jej współczuć i ubolewać nad jej losem.

Prosta konstrukcja emocjonalna bohaterki dałaby się jeszcze obronić, bo taka naiwność wydobyta ze świata naturalnych praw, gdzie nie ma ukrytych intencji, a przede wszystkim zła, może być wiarygodna. Gorzej, że tak przedstawioną postać Delia Owens doświadcza manipulacyjnymi dla czytelnika zbiegami okoliczności. Najciekawsza, bo jedyna niejednoznaczna, przestrzeń tej powieści to właśnie świat natury, gdzie spokój chce odnaleźć Kya. Reszta jej zachowań, oczekiwań, rozczarowań i bólu to są już sprawy umiejętnie zintensyfikowane. Przez to powieść traci wiarygodność, ale wciąż trzyma w emocjonalnym klinczu. Nie można Owens czytać bez emocji i to one biorą górę. To literatura środka, w której dokonuje się brutalna ingerencja w to, jak czytelnik powinien postrzegać bohaterkę i zdarzenia. I dzieje się to bezpardonowo już od samego początku. Dlatego „Gdzie śpiewają raki” to niewątpliwie książka zapadająca w pamięć, ale jednocześnie rzecz o bardzo prostych przeżyciach. A przecież cała sportretowana tutaj sytuacja jest na tyle skomplikowana, że Owens mogłaby pozwolić przynajmniej na kilka tropów pozostawiających w niepewności, jak osądzić to, co przeczytane. Lektura jest zatem dość zajmująca, nie można jej odmówić dynamizmu i są fragmenty, które naprawdę można przyswajać na wdechu, ale potem pojawia się rozczarowanie. Otrzymujemy kilka historii, które gdzieś i przez kogoś wielokrotnie zostały już opowiedziane. Widzimy bohaterów zdeterminowanych przez oczywiste pragnienia, znajdujących się w bardzo prozaicznych zbiegach okoliczności i te zbiegi okoliczności mają oczywiste konsekwencje dla ich emocji oraz późniejszych zachowań. To wszystko jest nie tylko płytkie i w swej wymowie za bardzo oczywiste. To przede wszystkim powieść, w której za dużo się domyślamy, a jeszcze więcej wiemy na pewno. A we współczesnej literaturze obyczajowej – zwłaszcza amerykańskiej, w której autorowi mają pomóc profesjonalni agenci – nie lubię uproszczeń.

2019-12-30

„Wyspa Krach” Ina Wyłczanowa


Wydawca: Ezop

Data wydania: 21 października 2019

Liczba stron: 252

Przekład: Hanna Karpińska

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Dwie kobiety

„Wyspa Krach” to literacki dowód na to, że o emocjonalnej gotowości do życia można opowiedzieć w nietuzinkowy sposób. Ina Wyłczanowa portretuje dwie różne od siebie bohaterki. Trudno powiedzieć, która jest bardziej interesująca, ale ważna jest zależność, jaka je łączy. Życie jednej z nich jest obserwowane i analizowane przez drugą. Obie stworzyły sobie zupełnie różne wizje szczęścia, funkcjonują na innych zasadach, mają inne priorytety, inaczej ukształtowały swą tożsamość. Są też odpowiedzialne za siebie na różnych warunkach. Bezkompromisowa Radost panuje nad życiem przez system rytuałów i powtarzalnych czynności. Nonszalancka Asja niczego nie analizuje i nie śledzi – jej życie to całkowita swoboda zbiegów okoliczności, w których Asja dodatkowo podkreśla swą niezależność, nie posiadając samochodu czy telefonu komórkowego, żyjąc ekspresywnie i ciesząc się chwilą. Wyłczanowa zderza dwie osobowości, by opowiedzieć jedną historię – w jaki sposób kobieta usiłuje odnaleźć sens, kiedy pozornie ułożyła sobie życie i nie powinna martwić się o nic… poza zrozumieniem tego, kim w tym uporządkowanym układzie się stała. „Wyspa Krach” to także powieść o uciążliwości rzeczywistości, od której każdy na swój sposób chce się oderwać. Bohaterki tej książki usiłują także określić przestrzeń prywatnej wolności. Zdobyć się na odwagę i ujrzeć to, co je naprawdę ogranicza. Dwie uzupełniające się narracje wraz z rewelacyjnym otwartym zakończeniem dostarczają czytelnikowi przede wszystkim pytań i niepokoju. Wyłczanowa przedstawia konkretne wydarzenia, by wyjść poza nie w kierunku tego, co nieokreślone, a tak bardzo upragnione, bo inne, niepowtarzalne.

Z kilku powodów bardziej zainteresowała mnie Asja. Może dlatego, że jest w podróży, doświadcza inności, próbuje się odnaleźć w nowych dla niej przestrzeniach, jej opowieść jest historią wielu wyzwań. A może przez to, że Ina Wyłczanowa daje do niej większy dostęp, choć nie robi tego bezpośrednio. W kilku sugestywnych scenach obserwujemy granice, przy których Asja konfrontuje się z prawdziwymi pragnieniami. Wtedy, kiedy musi zmierzyć się z czymś dla niej nowym i odpowiednio zareagować. Czy jest to szalona wyprawa o świcie poza Sofię, czy wejście na parkiet tętniący dziwną dla niej muzyką, czy też walka z gorączką i osłabieniem ciała. Asja staje się własnym doświadczeniem. Więcej i uważniej widzi w sobie. Stawia dużo ciekawsze pytania niż druga z bohaterek, zasadnicza Radost. Ale i ona przykuwa uwagę, bo stanowi kontrast dla pozornie chaotycznej w swych działaniach Asji.

Radost to wypracowana oraz wyćwiczona umiejętność bycia idealną i uczynienia rzeczywistości równie doskonałą. Codzienność pełna działań mających udowodnić, że wszystko wokół podporządkowane jest sensowi jej istnienia. Radost to życie zadaniowe i wciąż na nowo uzupełniane przekonaniem, że stanowi najlepszy z wyborów. A jednocześnie ogromna bezradność i egzystencjalne zagubienie, kiedy odkrywamy, że to wszystko ma bardzo niestabilne fundamenty, a Radost żyje wciąż jakimiś niespełnieniami, pośród męczących kompleksów, wciąż na nowo uświadamiając sobie, że świat się z nią nie liczy. Wyłczanowa oddaje tej bohaterce może więcej empatii, ale Radost – poza kilkoma chwilami – jest wyjątkowo przewidywalna. Istotna jest jej słabość, a może obsesja związana z astrologią. Kobieta widzi siebie w odbiciu wizji innej kobiety. Nie ma świadomości tego, że otoczenie również postrzega ją przez pewien konkretny pryzmat, budując perspektywę opartą tylko na obserwacji.

„Wyspa Krach” to dwutorowa historia poszukiwania sensu życia, ale również opowieść o tym, co współczesną bułgarską kobietę boli, stresuje, uwiera. Nie ma tu miejsca na oczywiste wnioski, bo całość to zbiór nieoczywistych historii. Jest to książka pełna niebanalnych rozwiązań fabularnych, w których pojawia się zarówno dowcip, jak i szczególnie silna empatia dla obu bohaterek. Ważne są także retrospekcje, nic nie jest tutaj przypadkowe. Przeszłość kobiet to ich społeczne uwarunkowania. Stają się pewne w narzuconych rolach. Chcą zawalczyć i walczą o niezależność w relacjach z mężczyznami. Te relacje bowiem Wyłczanowa portretuje wyjątkowo sugestywnie. Asja jedzie odpocząć w towarzystwie byłego męża, gdy tymczasem Radost zbliża się wówczas do jej partnera. Ale nie tylko to jest istotne. Dostrzec można dyskretne sygnały, że wcześniejsze nieudane związki były pokłosiem nieporozumień opartych na nierównościach.

Ta powieść ukazuje, że możemy ujrzeć siebie naprawdę głównie dzięki zmianie otoczenia, ale także przez zmianę perspektywy patrzenia na siebie. Żadna bohaterka nie dochodzi do wniosków, które pomogłyby jakoś diametralnie się zmienić. Żadna nie definiuje, co chciałaby zmienić, bardziej poszukuje. Idąc w stronę wiary w astrologię albo poddając się rytmowi otoczenia, które decyduje za nią. Ina Wyłczanowa opowiada także o kobiecej samotności. O takim rodzaju wyobcowania, które daje z jednej strony niezależność, z drugiej jednak – boleśnie uwiera przy podejmowaniu codziennych decyzji. „Wyspa Krach” to również nietuzinkowe spojrzenie na Chorwację i jej bazę turystyczną. Przestrzeń wyspy Krk jest umownie tym miejscem, w którym ma się dokonać jakaś zmiana, oczekiwana jest zaskakująca metamorfoza. Rozpięta między Sofią a Krk opowieść staje się również fantazją o tym, czy kobieca pewność siebie zbudowana została na zbiegach okoliczności oraz przypadkach. Czy wystarczy jedna zaskakująca zmiana porządku, by zmusić się do myślenia o tym, na ile pewnie czujemy się w wyznaczonych nam rolach?

Świetna jest ta perspektywa opowiadania o nieobecnej, ale i druga równie zajmująca – narracja kobiety odkrywającej nowe życie dawnego męża, będącej nagą w sensie dosłownym i symbolicznym, konfrontującej się ze swoimi niepewnościami, lękami oraz oczekiwaniami. W pierwszej opowieści ujawnia się i zazdrość, i bolesna świadomość tego, że niedoskonałość może być doskonała. W drugiej natomiast mierzymy się z formą wyobcowania w rzeczywiście obcej przestrzeni prowadzącej jednak do lepszego zrozumienia samej siebie. Intrygujące są miejsca, w których te dwie narracje się zbliżają. „Wyspa Krach” to książka opowiadająca w nieoczywisty sposób o tym, co często tak zwyczajnie boli i uwiera. Wyłczanowa pomysłowo wychodzi naprzeciw temu, jak opowiedzieć o dylematach i problemach kobiet, które uważnie obserwują otoczenie, ale nie dość uważnie – z różnych powodów – chcą się przyglądać samym sobie. Nietuzinkowa i zajmująca powieść o rozpaczliwym poszukiwaniu akceptacji. Bez przesadnego dramatyzowania, pełna literackiej świeżości i z wieloma otwartymi kwestiami do przemyślenia. Dwie ważne konfrontacje ze sobą zostały tu opowiedziane w taki sposób, że jedna historia jest uzupełnieniem drugiej. A całość to fascynująca podróż w głąb kobiecej wrażliwości na to, jak widzi je świat, i pewności świata oswojonego.  

2019-12-26

„Strupki” Paulina Jóźwik


Wydawca: Znak

Data wydania: 9 grudnia 2019

Liczba stron: 256

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Pamięć i prowincja

O istocie pamięci można wciąż pisać twórczo i zajmująco. Po świetnych „Mikrotykach” pojawia się autorka, która temat pamiętania pięknie połączy z tożsamością. Bez pozornej nonszalancji Pawła Sołtysa i w konwencji powieści, ale za to w bardzo wdzięczny sposób. Chciałoby się, by wszyscy polscy autorzy z taką uwagą i czułością przyglądali się temu, jak i co w życiu pamiętamy. Tymczasem gładko i subtelnie idzie się przez „Strupki”, bo choć ta książka opowiada o wielkich dramatach, robi to w sposób kameralny, niejako szepcze do ucha o udręce pamiętania i jednocześnie tworzy fascynującą opowieść o rodzinnych tajemnicach, które doprowadziły do zatomizowania najbliższych sobie ludzi. Paulina Jóźwik debiutuje w bardzo dobrym stylu. O sentymentalnych powrotach na prowincję pisali już Wioletta Grzegorzewska czy Andrzej Muszyński, jednak „Strupki” szybko pozbawiają obaw, że może to być rzecz wtórna. Tym bardziej że kierunek powrotu narratorki w sensie rzeczywistym i geograficznym jest tylko tłem dla zobrazowania jej pamięci i tego, jak wiele w sobie niesie. Jak wspomina Pola: „Wchodzę w pamięć jak w pokutę”. Jóźwik napisze o poczuciu winy, frustracji, bezlitosnej świadomości upływu czasu, ale także o tym, jak naszą tożsamość kształtują najbliżsi nam ludzie – zwykle, a może przede wszystkim wówczas, kiedy nie ma ich obok nas.

Pola opuściła rodzinną wieś, jak opuszcza się przestrzeń niespełnienia. Pożegnała miejsce, w którym pozostawiła część siebie, a potem – odbudowując się – musiała być wprawna w zapominaniu. A przecież nie zapomina niczego, co uświadamia jej powrót. Zapomina tylko o tym, że wieś nie może być już taka jak kiedyś. Pozostawiła w niej tęsknotę za spełnioną miłością i wielki szacunek do babki. Jej śmierć wyzwala w Poli specyficzny rachunek sumienia. Bohaterka chce zrozumieć, ile tak naprawdę znaczyła dla niej kobieta, która najpierw osuwała się w mroczną przestrzeń niepamięci, by później stać się pamięcią Poli. Bo ta śmierć to swoiste narodziny – nienazwanych dotąd emocji, ale i skrytych za nimi pogrzebanych już boleści oraz lęków. Pola opowiada swoje wątpliwości w bardzo sensualny sposób. Odnosi się do smaków, zapachów i tak ujawnia retrospekcje, że wszystko, co minione, nadal ma ten sam charakterystyczny kształt. „Strupki” to narracja, w której kryje się wiele pytań retorycznych – zwłaszcza wtedy, gdy Pola wręcz obsesyjnie koncentruje się na sobie, starając się nadać swoim wątpliwościom wymiar uniwersalny.

Niepokoju na kartach „Strupków” jest bardzo wiele. Ale to też specyficzna powieść inicjacyjna, w której bohaterka zdobywa się na odwagę konfrontacji ze sobą. To trochę tak jak z rysowaniem Poli – na początku twierdzi, że nie umie, i się kryguje, a potem jej wychodzi. Podobnie rzecz się ma z porządkowaniem pamięci. Zwłaszcza że przyjazd do rodzinnej wsi to także konfrontacje z ludźmi, z którymi bohaterka na co dzień nie ma kontaktu. I tu ujawnia się talent Jóźwik do konstruowania postaci drugoplanowych. Świetny wizerunek ciotki będącej sumieniem wsi bardzo zapada w pamięć. Tym bardziej że to jedna z niewielu postaci, w których tak ciekawie ukrył się egzystencjalny smutek. Na drodze Poli stają także inni ludzie – poznani dopiero teraz albo znaczący w przeszłości, a dzisiaj ujawniający zupełnie inne oblicze.

„Strupki” to także historia o nieszczęśliwej miłości i o tym, jak ludzie potrafią ją prześladować – może dlatego, że nie rozumieją, iż miłość kieruje się własnymi prawami. Wraz z porządkowaniem pamięci o babce pojawia się także inny proces: Pola zaczyna rozumieć, czym była i jest wieś, którą opuściła, jak ukształtowała relacje międzyludzkie i dlaczego niektórych uczyniła takimi, jakimi są obecnie. Ciekawa jest relacja Poli z ojcem. Świetna scena przytulania się do oddalonego i mocno zdystansowanego rodzica to jedna z symbolicznych ilustracji tego, że bohaterka chciałaby poczuć się bezpiecznie w czasie przeszłym, który za taki zawsze uważała. Paulina Jóźwik opowiada o tym, jak demoniczna może stać się przeszłość, kiedy dorastamy, stajemy się niezależni i widzimy oswojoną przestrzeń jako miejsce, w którym pozostały nie tylko nasze lęki, ale także niespełnienia innych ludzi.

Kontrastem dla refleksyjnej, melancholijnej i chwilami mocno zamkniętej w sobie Poli jest jej pragmatyczna siostra Irena, która wzięła na siebie odpowiedzialność opiekowania się babką. Siostrzane relacje również nakreślone są z dużą dozą czułości i ujawniają pewne nieoczywiste przeżycia. Pola konfrontuje się ze swoją pamięcią także dzięki siostrze – Irena pewne zdarzenia pamięta zupełnie inaczej, a niektóre banalizuje, nie widząc w nich źródeł niepokoju siostry. A ta nosi w sobie imperatyw dowiedzenia się tego, kim naprawdę była osoba, którą Irena opiekowała się na co dzień, nie wnikając w jej tożsamość tak jak nieobecna wnuczka. Ta czująca, że porzuciła najważniejszą dla niej osobę. Mająca świadomość, że jest już za późno, by wyrazić, jak wielką stratą była ta śmierć. Jednak Pola traci dużo więcej. I jednocześnie sporo zyskuje. „Strupki” bardzo ciekawie równoważą to, co trzeba oddać, i to, co w zamian się zyskuje, by zacząć życie na nowo albo może zrozumieć to, które stało się przekleństwem pamiętanych niejednoznaczności.

„Strupki” to refleksyjna opowieść o egzystencjalnym lęku, którego nie dopuszczamy do świadomości, aby normalnie funkcjonować. O lęku przed odejściem ostatecznym, które tutaj jest bardzo bezkompromisowe. Tym bardziej że bohaterka Jóźwik musi mierzyć się nie tylko z jedną śmiercią. Ta druga wydaje się oswojona, ale niesie w sobie nadal niepokoje. Dlatego to również powieść o tym, co musimy wziąć na siebie i nieść przez życie jako najbardziej przygniatający bagaż, bo śmierć fizyczna uwalnia jedynie tego, który umiera. Boimy się braku odpowiedzialności za siebie, którą odbiera nam moment ostatniego oddechu? Paulina Jóźwik chce o umieraniu opowiedzieć w pastelowych barwach, bo gdyby malować cały świat przedstawiony tej książki, na pewno należałoby użyć takich kolorów – to nie jest opowieść w tonacji blue, choć przecież osadzona w mroku i w gruncie rzeczy bardzo smutna. Wewnętrzne ciepło tej prozy daje się odczuć już na samym początku i potem czytanie „Strupków” jest dużą przyjemnością. Wtedy, gdy opowiada o konieczności i przypadkowości życiowych wyborów. O tym, że każda wątpliwość, każde wahanie i każdy lęk można opowiedzieć w sposób daleki od dramatyzowania. Podoba mi się ta debiutancka wrażliwość na sprawy ostateczne, które tutaj odgrywają raczej rolę tła. W ostateczności bowiem liczy się tylko życie – pozbawione strachu, niepewności, tajemnic oraz frustracji. O takie życie zawalczy Pola. Czytelnik będzie jej wyjątkowo mocno kibicował, bo Paulina Jóźwik wie, jak przywiązać do swoich bohaterów. Świeża i bardzo dobra proza debiutantki, która udowadnia, że uważnie przygląda się życiu, by umieć opowiedzieć o tym, co pozostaje po jego utracie.

2019-12-23

„Cichoborek” Urszula Stokłosa


Wydawca: JanKa

Data wydania: 30 września 2019

Liczba stron: 252

Oprawa: miękka

Cena det.: 31 zł

Tytuł recenzji: Poszukujący

Czytając debiutancką powieść Urszuli Stokłosy, wciąż myślałem o tym, że jest bardzo bladym rewersem „Zimowli” Dominiki Słowik. Choć autorka ma niewątpliwie talent do snucia opowieści, które w „Cichoborku” łączy ze sobą w mniej lub bardziej zrozumiały dla czytelnika sposób, jej największym problemem jest chyba tematyka. Bo o polskiej prowincji oraz małych społecznościach napisano już naprawdę wszystko. Do tego stopnia, że wspomniana Słowik musiała się bardzo napracować, by uczynić swoją powieść oryginalną, a jednemu autorowi – mam tu na myśli Grzegorza Sobaszka – udało się tą tematyką wyjątkowo zainteresować w bardzo nonszalancki sposób, bo „Wszystkojedność” to prowincja absurdów, groteski i nieokiełznanego poczucia humoru. Stokłosie poczucia humoru też nie brak, lecz świadczą o tym pojedyncze zdania, czasami naprawdę dowcipne frazy. Ale przecież „Cichoborek” to książka o bardzo poważnych sprawach. O ludziach, którzy szukają sensu życia, spełnienia prozaicznych oczekiwań, miłości albo chociaż ważnej bliskości drugiej osoby. Wszystkich ich – i tu serce zaczyna bić żywiej – połączy przestrzeń biblioteki i to byłoby piękne rozwiązanie fabularne, gdyby szła za nimi atencja bohaterów do książek, a nie znalezienie sobie miejsca na wiejskie plotkowanie.

Justyna, bohaterka niejako prowadząca, spajająca ze sobą męczącą jak dla mnie i niekoniecznie uzasadnioną mnogość innych życiorysów, jest niezbyt wiarygodna w tym, że pewnego dnia – po rodzinnej traumie – postanawia ogolić sobie nogi i zacząć nowe życie. Z zupełnie niewyjaśnianych czytelnikowi powodów trafia do oddalonej od cywilizacji wsi, gdzie podejmuje się opieki nad seniorką, która ma dla książki duże znaczenie i – niestety – łatwo przewidzieć, co się z nią stanie. Justyna w jednym momencie, jakby mimochodem i z pewnym wymuszeniem, tłumaczy motywy swojego postępowania. Tak zaskakująca zmiana w jej życiu i tak prozaiczne okoliczności, w jakich ma odbyć się duchowa przemiana, mogłyby być wiarygodne, gdyby Stokłosa poświęciła więcej uwagi właśnie im, a nie historiom drugiego albo jeszcze dalszego planu, które – może przy braku czujności autorki – wyprowadzają nas z Cichoborku nawet do Austrii.

Bohaterowie tej książki dużo płaczą, często się smucą, widzą siebie w negatywnym świetle i żyją nadzieją na zmianę, której doświadczą tylko niektórzy. Muszą mierzyć się z prozaicznym życiem, które wymusza na nich niełatwe kompromisy, a na ogół zwyczajnie częstuje goryczą. Urszula Stokłosa próbuje wprowadzić nas w świat pewnej niezwykłości. Esencji tego, co uważny obserwator może zauważyć nawet na zapadłej prowincji. Robi to jednak niezbyt zgrabnie i formalnie lub udziwnia to, co naprawdę oczywiste, albo też stara się za wszelką cenę urozmaicić przebieg fabuły, opowiadając dość karkołomnie historię żony i kochanki, które w ostatecznym rozrachunku będą miały się ku sobie. Wiem, iż pisarka za wszelką cenę chce pokazać, że w zwyczajności i prozaiczności tkwi siła, że można z tego wytworzyć zajmującą fantazję literacką i że ta fantazja przemówi do czytelnika, bo pokazuje oczywistości w bardzo nietuzinkowym świetle. Problemem jest tu jednak konstrukcja: postaci jest po prostu za dużo i jeżeli ktoś nie weźmie się za notowanie przy pierwszych trzydziestu stronach tej powieści, potem może się już zagubić. Mnogość może być atutem i może stworzyć fascynującą powieść panoramiczną, pod warunkiem że wszystkie prezentowane historie są naprawdę wiarygodne. Tu zaś odnosi się wrażenie, że do niektórych Stokłosa miała wiele serca, a inne wplotła, bo całkiem sprawnie posługuje się narracją, choć dużo gorzej wychodzi jej na przykład tworzenie dialogów.

Autorka nie sili się na pogłębienia w kwestii stylizacji językowej. Używa powszechnie znanych kalek słownych i na tym zamyka się jej wiejska gwara. Bohaterowie posługują się nią albo sporadycznie, albo w dość drażniący sposób – jak Marzena wprowadzająca Justynę w tajniki opieki nad zniedołężniałą matką. To, co mówią do siebie postaci „Cichoborku” – gdy już posłużą się językiem literackim – brzmi trochę jak teatralne akty i naprawdę dużo lepiej historie opowiada narrator, nie ich uczestnicy. Przyznać jednak trzeba, że Stokłosa potrafi nazywać namiętności, tęsknoty i pragnienia tych, dla których one same są proste i oczywiste, bo taka jest rzeczywistość Cichoborku – wsi okadzonej kościelnymi kazaniami, uznającej największych hipokrytów w sutannach za lokalnych bohaterów, śledzącej zza firanek to, co robią sąsiedzi, a w potrzebie wygenerowania większych emocji obserwującej, jak radzą sobie bohaterowie serialu „Moda na sukces”. Wszystko to jednak jest bardzo przewidywalne, choć ładnie zniuansowane, bo przecież marzeniem dla jednej osoby jest wygrana w totolotka, a dla drugiej – spojrzenie mężczyzny, na którym tak bardzo zależy. W tym wszystkim wspomniana Justyna jako kobieta poszukująca duchowego katharsis. Przybyła znikąd i nadzwyczaj szybko wchłaniająca w siebie Cichoborek z jego problemami i lokalnymi atrakcjami. Wszystkie historie, które mają się wokół niej koncentrować, rozbiegają się trochę, każda w innym kierunku. Są momenty, kiedy posądzać można Stokłosę o chaos kompozycyjny, ale to tylko wrażenia, bo autorka całą konstrukcję książki dogłębnie sobie przemyślała. Nie wiem tylko, jak wiele przesłań można wydobyć z powieści, która na początku wydaje się ambitnym projektem, a potem nie opowiada ludzkich smutków w żaden satysfakcjonujący sposób. Są niekochane żony i niekochani mężowie. Są tajemnice, które sztucznie urastają do rangi dramatów, i są zbiegi okoliczności, o jakich trudno powiedzieć, że wywołają coś szczególnie interesującego. Musi być jeszcze jakaś stara maleńka, co najmniej jedna brzydka lub nieogarnięta kobieta, przynajmniej jeden facet, którego można określić mianem chama, a także taki, dzięki któremu zagubiona kobieta odzyska poczucie własnej wartości. Dużo zatem wszystkiego u Urszuli Stokłosy, lecz w zasadzie niczego zajmującego ta książka nie opowiada.

Współczuje się bohaterom i nawet kibicuje, kiedy chcą zmienić swoje życie, ale nie można ich zwyczajnie polubić. Są z nami zbyt krótko i ich życiorysy poznajemy nazbyt punktowo. To wspaniale, że debiutująca pisarka podejmuje się trudu zbudowania powieści panoramicznej o tym, że ludzkie tęsknoty oraz smutki są uniwersalne, ale za ciekawym pomysłem nie idzie nic naprawdę godnego zapamiętania. Z przykrością muszę stwierdzić, że jakiś czas po lekturze pamiętałem już tylko to, że jedna z bohaterek lubi robić kupę i że zawsze może nadejść odmiana losu, dlatego warto jej wypatrywać. To dla mnie za mało. Dlatego jestem bardzo rozczarowany, choć rozumiem, że miała to być piękna opowieść o tym, że należy akceptować każdą ludzką ułomność i być dla innych życzliwym. Cichoborek był dla mnie miejscem, w którym – jak Justyna – pojawiłem się na chwilę i nie czuję jakiejś straty przy pożegnaniu z nim. Szkoda, bo potencjał tej książki był spory.

2019-12-19

„Gra w cykora” Szilárd Rubin


Wydawca: Studio EMKA

Data wydania: 29 listopada 2019

Liczba stron: 224

Przekład: Klara Marciniak

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Miłość i samotność

Czuję się trochę jak późny wnuk odczytujący przesłanie ważnej książki. Wydana kilkadziesiąt lat temu powieść nieżyjącego węgierskiego pisarza Szilárda Rubina to literacka wyprawa w rejon, w którym nie dba się już o tę specyficzną staroświeckość języka przy jednoczesnej jego poetyckości. „Gra w cykora” zajmuje uwagę od samego początku, kiedy niespieszny rytm zdań zupełnie nie zapowiada spektakularnego rozwoju akcji i tego, że będzie to powieść o niezwykle intensywnych emocjach. Trudno jednoznacznie określić, czy Rubin proponuje nam anatomię miłości, obsesji, egzystencjalnego wykluczenia, czy przejmującej samotności. Myślę, że jest w tej książce wszystko, co wymienione. Zapada w pamięć zwłaszcza metafora pustyni. Bohater powieści wspomina o pustynnych fascynacjach, a czytając, możemy przyglądać się temu, jak na zgliszczach emocji wypalających od wewnątrz pozostaje ta właśnie przestrzeń. Czyta się „Grę w cykora” z przekonaniem graniczącym wręcz z pewnością, że opowiada przede wszystkim o zawłaszczaniu, a w drugiej kolejności o poczuciu utraty. Czy chodzi tu tylko o sportretowany bardzo niejednoznacznie związek? Myślę, że najważniejsze dla tej książki zdanie ukryło się już na samym jej początku i choć pozornie nie przykuwa uwagi, każe się zanotować i śledzić, w jaki sposób Rubin rozwinie je dalej.

To zdanie brzmi przejmująco. „Człowiek nigdy nie powinien pogodzić się z tym, co utracił”. Bohater tej książki – specyficzny egocentryk – stara się udowodnić, że czas wcale nie leczy emocjonalnych ran, że one się raczej zasklepiają, a potem nabrzmiewają. Że z balastem dramatycznych i traumatycznych przeżyć nie można się pożegnać i one na zawsze ukształtują charakter oraz sposób, w jaki będziemy żyli. Tu mowa jest o nieszczęśliwej miłości, ale uważny czytelnik szybko zorientuje się, że słowo „nieszczęśliwa” nie jest adekwatne. Ta skomplikowana relacja prezentowana jest punktowo, wyrazistymi scenami. Brak linearnego porządku uzupełniają retrospekcje, ale myślę, że Szilárd Rubin chciał przede wszystkim ukazać te istotne zdarzenia, które na zawsze naznaczają Attilę i Urszulę w ich relacji będącej pokłosiem zależności, podległości i sprytnego wykorzystywania się wzajemnie.

Urszula jest tu postacią nawet ciekawszą od narratora, bo w zasadzie odebrany jest jej głos, przyglądamy się tylko jej zachowaniom i działaniom w zwykle trudnych dla niej sytuacjach. Urszula wchodzi w związek, co do którego od początku ma pewne oczekiwania. Związane są z powojennym ładem, który kształtuje na nowo węgierską tożsamość państwową, ale także światopogląd oraz tożsamość młodych kochanków. Kobieta u Rubina zdaje się dominować nad partnerem, który jest przekonany o czymś wręcz przeciwnym – to on czuje się panem tego związku, jego działania kształtują tę relacje, on jest przekonany o bezwzględności trwania razem i konieczności pozostania ze sobą do końca życia. Tak jest oczywiście do czasu, kiedy widzimy, jak Urszula sprytnie manipuluje kochankiem, potem mężem. Gotowa jest przyjąć ze stoickim spokojem nawet małżeńską przemoc, a za tym wszystkim stoi pewien plan – trochę enigmatyczny, trochę zanadto dla czytelnika skomplikowany. Tak czy owak w tej emocjonalnej batalii, jaką toczą Attila i Urszula, to ona jest zdecydowanie na pozycji wygranej. Ona też ponosi – pozornie – mniejsze straty. Ale to bardzo niejednoznaczny związek. Widzimy, że nosi znamiona obsesji. Bardzo interesująco portretuje, w jaki sposób uzależniamy samych siebie od drugiej osoby. Pokazuje też, jak kształtuje się tożsamość w relacji, którą dzisiaj nazwalibyśmy toksyczną.

Szilárd Rubin opowiada o wszystkim stylem budującym dystans wobec wydarzeń, ale jednocześnie na tyle uważnie portretuje swoich bohaterów, że możemy przyglądać się temu, do czego doprowadza rozpaczliwa potrzeba bycia kochanym oraz poczucie, że stabilność życia może być związana z obecnością konkretnej osoby. Attila nie jest kochankiem, któremu można współczuć. Raczej roszczeniowym frustratem albo też mężczyzną teatralizującym swoje życie, w końcu to artysta, początkowo niespełniony poeta, potem doświadczony pisarz. „Gra w cykora” obrazuje skomplikowane relacje młodych Węgrów splecione z fatalizmem dziejowym. Ich uczucie dojrzewa w systemie, w którym trzeba się asekurować. Attila i Urszula nie potrzebują asekuracji – są dla siebie wszystkim, co daje siłę życiową, i jednocześnie wszystkim, co druzgocze, rujnuje emocjonalnie, odbiera chęć do życia, staje się skomplikowaną zależnością, od której nie ma ucieczki.

A jednak to powieść rozwojowa i historia, która układa się w pewne mroczne memento dotyczące brzemienia bolesnych doświadczeń, z którymi nigdy nie można się rozstać. To historia tęsknoty i rozpaczy, ale także egzystencjalna opowieść o bardzo przejmującej formie smutku bycia samemu ze sobą. Węgierski autor obrazuje upływ czasu, sugerując pewnego rodzaju stanie w miejscu, uczuciową stagnację, coraz bardziej trudny do zniesienia emocjonalny klincz. W nim też znajdzie się czytelnik, poznając kolejne, coraz bardziej intensywne rozdziały – kumulacja emocji oraz środków stylistycznych obrazujących ich nadmiar czyni lekturę Rubina bolesną, ale także niepokojąco fascynującą. Bo to przecież historia o tym, jak zaciera się sens życia wraz z pomysłem na nie, a jednocześnie gorzka rozprawa o tym, że samotność jest jedynym stanem, w którym można się naprawdę zmierzyć z emocjami.

Tytuł również sugeruje odpowiednią interpretację zaprezentowanej historii. Podoba mi się ta wieloznaczność osadzona w granicach tego, co niemożliwe – w powieści jest za intensywnie i zbyt dosadnie, Rubin portretuje zaskakującą mieszankę czułości, gniewu, strachu i bezkompromisowości. Żadne działanie bohaterów nie jest tu oczywiste. „Gra w cykora” jest częściowo opowieścią o niedobrej miłości, ale w dużej mierze o bolesnym przemijaniu, w którym miłość jedynie pokazuje, do czego jako ludzie jesteśmy w stanie się posunąć – raniąc i oczekując zadawania ran od innych. Szilárd Rubin tworzy mocną i prowokacyjną historię niezdolności do życia w pojedynkę. Pięknie obrazując Budapeszt oraz Pecs, pokazuje również, jak zmieniają się miejsca i okoliczności, w których wciąż na nowo staramy się odnaleźć swoje miejsce. Dość mroczna, ale bardzo inteligentna książka opowiadająca o różnych definicjach życiowej odwagi, jak również świetnie portretująca oblicza lęku. Świat przedstawiony „Gry w cykora” interesująco osadza się między jednym a drugim. A także opowiada o potrzebie wyjścia poza ograniczenia oraz wytyczoną przez okoliczności ścieżkę życia. Próba tego wydobycia się gdzieś poza jest pięknie pokazana w scenie, w której Attila opuszcza stojący pociąg i wędruje w śniegu. A potem wraca do pozornie bezpiecznej przestrzeni, która prowadzi go ku określonemu celowi. To powieść o poszukiwaniu celu, wielkiej namiętności i zgubnej formie zawłaszczania. A także o zwyczajnej ludzkiej tęsknocie, by poczuć się dla kogoś ważnym oraz przez niego docenionym.

2019-12-16

„Sen wioski Ding” Yan Lianke


Wydawca: Państwowy Instytut Wydawniczy

Data wydania: 13 maja 2019

Liczba stron: 424

Przekład: Joanna Krenz

Format e-booka: MOBI i ePUB

Cena w Virtualo.pl: 26,90 zł

Tytuł recenzji: W obliczu śmierci

Yan Lianke tworzy przerażającą opowieść, która staje się czytelną metaforą opresji oraz zniewolenia. „Sen wioski Ding” to nie tylko inspirowana prawdziwymi zdarzeniami powieść o konfrontacji człowieka ze śmiercią. To historia społeczności, w której śmierć – jakkolwiek bolesna i masowa – może stać się formą wyzwolenia od uwarunkowań społecznych, nowego sposobu zarządzania społecznością, ale przede wszystkim od przerażającej konfrontacji ludzkich instynktów z perspektywą bezkompromisowego końca. Czyta się tę powieść na wdechu, jej wizyjność jest bardzo przejmująca. Wątpliwe wydaje się uczynienie narratorem nieżyjącego chłopca, bo sugestywna i pełna metafor oraz poetyckich opisów fraza nijak nie pasuje do dziecka, niemniej ma być to opowieść kogoś, kto potrafi stworzyć zdrowy dystans do opisywanych wydarzeń, bo nie ma prawa w nich uczestniczyć. Może jedynie być smutnym kronikarzem upadku wioski, degradacji człowieczeństwa. Opowiada przejmująco i w taki sposób, że przywiązujemy się do każdego z bohaterów, których przecież musimy pożegnać. Lianke pisze o tym, że w każdą formę chaosu wcześniej czy później wedrze się ludzkie okrucieństwo. Wszędzie, nawet w skażonej równinnej strefie z dala od cywilizacji, porządek stanowienia zawsze wyznaczą chciwość, małość, koniunkturalizm i potrzeba zawłaszczania. To wszystko zdaje się dużo silniejsze od mocy śmierci, ale jej symbolika jest tu oczywiście najważniejsza i najbardziej przejmująca. „Sen wioski Ding” to opowieść o piekle umierania, ale także o tym, że śmierć to być może jedyne, przez co jesteśmy potraktowani sprawiedliwie.

Qiang nie żyje, ale obserwuje. Życie zostało mu odebrane na innych prawach i warunkach niż życia mieszkańców jego wioski. Wkraczamy do niej, obserwując przejmującą szkarłatną poświatę – to jesienny zmierzch ogarniający miejsce, któremu będziemy się przyglądać przez rok. Nastanie rok niebywałej zmiany. Każdy będzie żyć z oddechem śmierci na karku. Mieszkańcom wioski wmówi się pewnego dnia, że oddawanie krwi to intratny biznes, a dzięki temu, że jest ona czymś, co się w organizmie regeneruje, wioska będzie mogła osiągnąć lepszy status majątkowy. Ma się zmienić wszystko i zmienia się. Wioska podąża ku nicości. Niehigieniczne i zbyt wyczerpujące zabiegi doprowadzają do rozwoju epidemii AIDS. W niej ukryje się jeszcze inne zło – zmienią się okoliczności, w jakich ludzie będą chcieli władzy, poklasku, posiadania i porządkowania rzeczywistości. A ta opisywana jest dwutorowo – dwiema przejmującymi narracjami, w których wizje senne łączą się i uzupełniają z coraz bardziej przerażającą rzeczywistością w zaniku. Śmierć staje się nowym porządkiem i nową perspektywą. Dla tych, którzy potrafią wykorzystać sytuację graniczną do realizacji własnych potrzeb. Reszta przestanie się liczyć. Wioska będzie zmierzać ku samozagładzie. Wraz z nią rozpadać się będą więzi tworzące to tradycyjne społeczeństwo. Ktoś wyrzeknie się najbliższej osoby w związku, ktoś podniesie rękę na syna, ktoś też własnego syna zabije. Yan Lianke nie pozwala na złapanie oddechu. Każda strona tej przejmującej książki mówi więcej o człowieczeństwie niż opasłe filozoficzne tomy.

Na pierwszym planie jest senior rodu, z którego wywodzi się narrator. Dziadek cieszy się lokalnym autorytetem. Sam na początku włącza się w przerażającą w skutkach akcję pobierania krwi od mieszkańców, widząc w tym nadzieję na poprawę ich losu. Ta nadzieja przychodzi z zewnątrz, pojawia się w formie zarządzeń i ustaleń nowego porządku. Mieszkańcy wioski jak zawsze swoje marzenia i oczekiwania muszą powiązać z tym, co formalnie narzucone. Nie wolno im myśleć i działać samodzielnie. Są niewolnikami własnych pragnień, a z czasem stają się sprawnymi uczestnikami machiny śmierci. Dziadek chciałby ją zatrzymać, ale jego działania są tyle konsekwentne, ile przede wszystkim rozpaczliwe. Gromadzi cierpiącą społeczność w budynku lokalnej szkoły. W niej narodzą się nowe formy przemocy, za którymi będzie stać większe nieszczęście. Dziadek nie będzie w stanie dać społeczności poczucia bezpieczeństwa. Rozpaczliwie będzie przyglądał się temu, jak rujnowany jest wiejski ład. Jak śmierć zawłaszcza już za życia, deprawuje charaktery, skłania do haniebnych czynów.

W obliczu śmierci wciąż istnieją podziały. Nawet trumny dla tych, którzy niebawem odejdą, zostają podzielone – jedne przypominają dzieła sztuki, inne są naprędce sklecone z drewna, którego po pewnym czasie zaczyna w wiosce brakować. Tymczasem podział idzie w wielu kierunkach. Ludzie stają się zatomizowani, pojawia się coraz więcej konfliktów – zwłaszcza w rodzinach, które przestają normalnie funkcjonować. Ale opresja śmierci rodzi też w tej powieści wiele zapadających w pamięć pięknych scen. Jak pożegnanie się z życiem miejscowego artysty. Odczuwalna pasja jego koncertu życia i pożegnanie z nim. Chwila duchowego katharsis, które chcą współdzielić w milczeniu słuchacze. Albo scena seksu chorych kochanków pokrytych owrzodzeniami, gdy piękne staje się zespolenie ciał. Pośród cieni śmierci rodzi się też miłość wraz z czułością. Idą za tym odważne deklaracje i czyny. Nie każdy w obliczu zagrożenia podda się instynktom, które hańbią pojęcie człowieczeństwa.

Tego brakuje synowi seniora rodu. Hui jest bezpośrednio odpowiedzialny za to, co dzieje się w wiosce. A jednak to cyniczny malwersant, który wychodzi obronną ręką z sytuacji, w której mieszkańcy bezradnie patrzą na swój koniec. Siłą Huia jest jego bezkompromisowość. Ojciec nie może tego znieść. Formą intensywności życia pośród śmierci staje się narastająca nienawiść – nie tylko w ich relacjach. Yan Lianke portretuje społeczność, która poddaje się umieraniu, ale również ludzi, którym instynkt przetrwania pozwala na wszelkie okropne osobliwości. Ci, którzy umarli, nie mogą mieć pewności spokoju. Ich trumny mogą zostać wykopane, groby obrabowane. Nie ma nic gorszego od wszechobecnej śmierci. A jednak autor podkreśla, że linia życia, które wciąż chce być ponad nią, to bolesny ciąg doświadczeń, w których ludzie stają się zniewoleni i toną w goryczy. Wioska Ding staje się przestrzenią wyjątkowej opresji.

Wspólnota nadziei dość szybko zostaje zniszczona. W tej bezkompromisowej do samego końca powieści chodzi także o oddanie fatalizmu istnienia. Prowincja chińska staje się areną malwersacji i takich zbiegów okoliczności, które udowadniają, że oddalone od centrum ośrodki społeczności zawsze najmocniej przyjmą na siebie odium przemian i fatalnych zarządzeń. Lianke opowiada także o tym, jak nieszczęście rodzi się pośród biedy i deficytów. Pojawiają się przecież prozaiczne powody, by oddawać krew. Niektórzy robią to po to, by mieć na szampon. Inni skuszeni filozofią nowej ekonomii rozwoju jako pierwsi ponoszą jej ofiarę. A ofiarą symboliczną jest oczywiście społeczność.

Świat apokalipsy chińskiego prozaika jest jednocześnie światem walki o władzę – choćby była ona już tylko prowizoryczną władzą, ostatnim szaleństwem przed odejściem, zniknięciem społeczności. Duszny, ale i poetycko piękny klimat tej książki osadza się w bezwzględności natury, która nie widzi cierpienia ludzkiego, sama wyznacza swój rytm i swoje prawa. Wizyjność Lianke idzie w parze z czułością pokazywania tego, czym może być ostatnie nieszczęście ludzkie. To kameralna, ale jednocześnie panoramiczna opowieść o społeczności, która musi zginąć. I o imperatywie umierania, który tutaj łączy się z tym, co bolesne za życia – z zawłaszczaniem, przemocą i upokorzeniem. Jedna z bardziej przejmujących książek, jakie przeczytałem w tym roku. Biorąc pod uwagę jej uniwersalną metaforykę – myślę, że to lektura obowiązkowa dla wszystkich. Bo śmierć, władza, cierpienie oraz strach dotyczą każdego z nas. E-book w dobrej cenie oferuje Virtualo.pl

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Virtualo.pl