Opowieść Germana Sadułajewa to bardzo osobisty dziennik przeżyć wewnętrznych, który ma charakter lamentacyjny. Trudno nie odnieść wrażenia, że narrator rozprawia się tylko sam ze sobą, ze swoimi wspomnieniami, z dramatycznymi wyborami, jakich dokonywał i z poczuciem własnej tożsamości narodowej, chociaż stara się udowodnić, że jest inaczej. To książka o tym, jak trudno jest być Czeczenem, z jakimi wyborami się to wiąże („Nam pozostaje jedno – zwyciężyć albo umrzeć”) i o tym, w jaki sposób po wojnie czeczeńskiej można żyć wśród Rosjan. Tych Rosjan, którzy do niedawna byli z Czeczenami wspólnotą, by nakreślić kulami armatnimi i gąsienicami czołgów granice podziału, z jakim trudno się mierzyć. Sadułajew umieszcza swe rozważania w perspektywie historycznej, nawiązuje do kaukaskiej kultury i świata natury, pięknie pisze o własnej matce i brutalnie ukazuje paradoksy, z jakimi musi się mierzyć po przeżyciu piekła przełomu 1994 i 1995 roku, po którym nic już nie będzie takie samo. To zasadnicze walory tej publikacji. Książki jednak tak nieznośnie sentymentalnej i tak przepełnionej patosem oraz ckliwością, że chwilami po prostu nie sposób czytać jej dalej.
Reportaż z czeczeńskiego pola bitwy, z Groznego, bardzo ciekawie przedstawił już Zahar Prilepin, którego bohater, rosyjski młody specnazowiec uczestniczy w walkach na ulicach stolicy Czeczenii. To, co stanowi tło wydarzeń w „Patologiach”, u Sadułajewa znajdziemy w finale. Autor jakby starał się zatrzeć liryczny rys swojej prozy i wszystko to, co może tak w niej drażnić, ale nie do końca mu się to udaje. Bohater „Jestem Czeczenem” musi walczyć, zabijać, na ulicach Groznego być dla swych rodaków śmiertelnym wrogiem. Nic nie zatrze potem tych wspomnień i nie pozwoli mu na spokój. I finał jego opowieści jest w gruncie rzeczy najbardziej czytelny, albowiem wcześniejsze refleksje ocierają się o pretensjonalność.
Przykłady? Symbolika jaskółki, ptaka powracającego, ptaka wolnego i otoczonego szacunkiem. Niezwykłego ptaka. Co autor robi z tą symboliką? Ano to: „Sam jestem jaskółką. Nie witeziem rosyjskich sił federalnych, nie świętym mudżahedinem, tylko jaskółką, której nie udało się wrócić pod dach rodzinnego domu”. Proces tworzenia dla płochej jaskółki postrzegany jest następująco: „Gdy dopiszę tę powieść do końca, też będę mógł spokojnie umrzeć”. W międzyczasie, łącząc mitologię kaukaską i opisując zwyczaje panujące wśród Czeczenów, powraca na łono swej ojczyzny i stara się brak głęboki oddech, by wciąż o niej pisać. Cierpień, jakich doznaje autor tej książki nie sposób wykpić, bo to problemy poważne i bolesne. Trudno jednak przejść obojętnie wobec sposobu, w jaki pisze się o tych problemach. A Sadułajew czyni z siebie czeczeńskiego Mesjasza, Prometeusza, proroka i wizjonera w jednym. Po co, skoro o tym wszystkim, co chce wyrazić, można byłoby napisać w sposób bardziej stonowany?
„Jestem Czeczenem” to zatem książka wywołująca ambiwalentne odczucia. „Nikt nie będzie jej czytał, nikt nie zdoła jej zrozumieć. (…) Nikomu nie jest potrzebna taka książka, nie pasuje do niczyjej propagandy”. Nie mogę nie przyznać racji autorowi, iż tak naprawdę trudno go zrozumieć, pisze bowiem tylko i wyłącznie dla siebie i o sobie samym. Nie można jednak powiedzieć, iż nie jest to książka potrzebna. Czeczenia potrzebuje, by o niej mówić. Mimo wszystko bezstronnie. Bo przecież kłamstwem jest pisanie, iż opowieść nie ma propagandowego charakteru, skoro co rusz znajduje się w kompozycji jakieś antyrosyjskie elementy.
I może dramat bycia Czeczenem polega na tym, że trudno tak naprawdę samego siebie wyrazić. Trudno żyć, kiedy przyjaciel staje się wrogiem, potem wróg przyjacielem, kiedy nie można płakać, pozwolić sobie na słabości, ujawnić swego cierpienia. Może z tak skomplikowanej sytuacji wynika proza taka jak opowieść Sadułajewa. I choć to książka o naprawdę sporych walorach poznawczych, poruszająca problematykę dużo bardziej złożoną niż to, co wskazałem w omówieniu, „Jestem Czeczenem” jest bardziej konfesyjną prozą neurotyka niż świadectwem dramatu człowieka, który żyjąc duchowo Czeczenią, na co dzień funkcjonuje w rosyjskich realiach. Taka jaskółka, której podcięto skrzydła.
Wydawnictwo Czarne, 2011
KUP KSIĄŻKĘ
Zło. Temat posępny i wielokrotnie wykorzystany w sztuce współczesnej. Na kartach porażającej książki Steinara Bragiego nabiera nowego znaczenia. „Kobiety” to książka okrutna nie dlatego, że tak wiele w niej okrucieństwa i o jego istocie próbuje ona opowiadać, ale przede wszystkim przez to, iż nie daje żadnego wytchnienia. Od pierwszego do ostatniego zdania wydaje się być stronnicza. Przerysowana. Karykaturalna chwilami. I okrutnie prawdziwa, choć w gruncie rzeczy trudno orzec, czy jest jedynie grubymi nićmi szytą prowokacją, manifestem mizogina, szowinisty czy po prostu życiowego frustrata, którego rozważania na temat istoty Zła nieodłącznie związane są z wieloaspektowym spoglądaniem na kobiecość i jej kwestionowaniem. A może zbiorem nad wyraz celnych spostrzeżeń o istocie współczesnego społeczeństwa w ogóle?
To doprawdy paradoks, że w kraju, w jakim Bragi deprecjonuje kobietę, uznając za niezdolną do pełnienia cech przywódczych, w rok po wydaniu książki premierem zostaje właśnie kobieta i to ona próbuje zaradzić islandzkiemu kryzysowi gospodarczemu. Podwójny dlatego, iż autor stara się wskazać, że kobieta buduje swą tożsamość jedynie w takich relacjach z partnerem-mężczyzną, w którym związek równa się podległości. Tymczasem wspomniana pani premier jako chyba jedyna głowa państwa publicznie przyznała, że żyje w szczęśliwym związku homoseksualnym, z dala od męskich wpływów. Wspominam Johannę Sigurdardottir, bo doprawdy dziwnie może czuć się autor, który próbuje zaszczuć kobiecość i stara się to czynić na tle kraju, którym rządzi lesbijka, ale to takie rozważania na marginesie, bo jakoś trudno mi ugryźć materię i przesłanie tej książki, gdyż trzeba ją po prostu przeczytać, a każde omówienie może jedynie wyrządzić krzywdę i narzucić interpretację. Ponieważ jednak jako mężczyzna jestem zły na Bragiego i przypuszczam, że kobiety mogą po lekturze jego książki poczuć się o wiele gorzej, muszę przynajmniej zaakcentować to, co wywołało moją złość. Jednocześnie zachęcić do tej trudnej lektury, bo po prostu trzeba ją znać.
Islandzka surowość i minimalizm widoczne są już w pierwszym rozdziale tej historii. Eva, mająca za sobą burzliwą przeszłość w Stanach Zjednoczonych, powraca do lodowej ojczyzny za swym ukochanym, który chce w Islandii rozpocząć nowe życie. Dziewczyna otrzymuje propozycję zamieszkania w ekskluzywnym apartamencie w centrum Rejkjaviku. Tam chce przeczekać złe dni Hrafna, ponownie zbliżyć się do niego i odbudować to, co można odbudować jeszcze ze związku dwóch skrajnie różnych osobowości podzielonych dodatkowo przypadkową śmiercią ich małego dziecka. Mieszkanie wynajmowane przez Evę jest mroczne i bez duszy. Na ścianie znajduje się maska, odlew ludzkiej twarzy. Maska będzie początkiem i końcem tej przerażającej opowieści, a Eva poddana zostanie piekielnym próbom, które będą miały na celu zdegradowanie jej kobiecości. Zdegradowanie kobiecości w ogóle.
Do bohaterki książki stara zbliżyć się wiekowa sąsiadka, niejaka Bergthora. Kobieta głosi poglądy skrajne i wypowiada się niczym despotka. To ona uświadomi Evę, czym tak naprawdę jest ludzkość. W rozumieniu Bergthory „Ludzkość jest zła z natury. Tysiące lat rozwoju miały na celu udoskonalenie zła”. Szybko można się zorientować, że Zło czai się głównie w kobiecie, że to kobieta jest sprawcą Zła, że to ona prowokuje, uwodzi i… zmusza do tego, by ją krzywdzić. Takie między innymi poglądy głosi Joseph Novak, charyzmatyczny artysta, twórca artystycznej grupy „Zniszczenie”, która w opozycji do szesnastowiecznego Odrodzenia ma wskazywać ludzkości, że jest nie tyle zła, co przede wszystkim zmierzająca do samozagłady. I wszystko chyba przez kobiety, bo świat widziany oczyma Novaka to bezustanna walka z kobiecością, która rozgrywa się na wielu płaszczyznach.
Od początku wiemy, że atmosfera grozy i tajemniczości nie wróży niczego dobrego dla głównej bohaterki. Eva to kobieta ułomna i świadoma swoich ułomności. Nieszczęśliwa córka, matka, kochanka. Sama nie zdaje sobie sprawy z tego, ile razy pokornie skłaniała głowę i prosiła o przebaczenie. Zadana jej kara ma zmusić do tego, by coś w niej zmienić. Ale czy przerażający proces, jakiemu zostanie poddana Eva i idące wraz z nim rozważania Novaka na temat kobiecości oraz idei powszechnego niszczenia, nie są przypadkiem zaplanowanym z chirurgiczną precyzją działaniem mającym swój ściśle określony początek oraz koniec? Czy to, co napisał Bragi nie jest jednocześnie eksperymentem, testowaniem czytelnika, specyficznym kodem nienawiści i okrucieństwa, w jakim zapisana jest bezpardonowa krytyka współczesnej cywilizacji? Pewne jest jedynie to, iż „Kobiety” to proza brawurowa nie tylko dlatego, że złości. Bragi to pisarz, z którego poglądami nie można się zgadzać, ale których nie sposób nie poznać. Zło czai się wszędzie. Islandzki autor próbuje ukryć zło w kobiecości. Zmusza do rozważań o tym, czy można od zła uciec.
Nie sposób uciekać od tej książki. Niech was dopadnie. Niech atakuje. Niech złości i obraża. Bez względu na płeć i poglądy na temat współczesnego świata. I niech pozwoli zachować dystans wobec wszystkiego, co opisuje. Bez niego przepadniemy jak Eva. A na pewno okażemy się jeszcze słabsi niż ona…
Wydawnictwo "Krytyki Politycznej", 2010
KUP KSIĄŻKĘ
„Dziewczynki ze Świata Maskotek” to reporterska relacja z dramatu rozpisanego na wiele ról. Opowieść o cierpieniu, o różnego rodzaju utratach, o toksycznych relacjach i o uciekaniu – w sensie dosłownym i metaforycznym. Anja Snellman stworzyła powieść pytań, nie odpowiedzi. Właściwie nie wiadomo, z której strony chce pokazać skomplikowany przecież problem. Kim chce tu być jako pisarka? Na pewno nie oskarżycielem. Ofiarami bowiem są wszyscy bohaterowie tej książki. Ma ona zmuszać do myślenia i do poszukiwania przyczyn. Problemów jest wiele, ale jeden z ciekawszych to sama Jasmin i to, kim jest, opowiadając swoje losy. Wydawnictwo Świat Książki, 2011
Całość tekstu na stronie G-PunktKUP KSIĄŻKĘ
Zadziwia mnie fenomen skandynawskiej literatury kryminalnej, z którą nie mam częstego kontaktu, ale do której zwykle sięgam chętnie. Kraje o niskim wskaźniku przestępczości to jednocześnie miejsca, gdzie kryminały pisze i wydaje się wręcz masowo. Norwegowie mają Karin Fossum, Islandczycy Yrsę Sigurðardóttir, Szwedzi Henninga Mankela, Stiega Larssona czy promowanego przez Wydawnictwo Czarne Thomasa Kangera. Czy w świadomości polskiego czytelnika skandynawskich kryminałów zapisze się jeszcze kolejne - tym razem fińskie - nazwisko, skoro i Finlandia tego typu literaturą może się pochwalić (mam na myśli Leenę Lehtolainen)? Myślę że tak. Matti Rönkä jest autorem trzech powieści kryminalnych, a polski czytelnik ma okazję poznać przekład wydanej przed dziewięcioma laty historii o intrygującym tytule „Mężczyzna o twarzy mordercy”. Rys fabularny jedynie szkicuję, albowiem Rönkä operuje kalkami zarówno w sferze fabularnej jak i kompozycyjnej, wykorzystanymi już przed nim przez wielu twórców. On, zagadkowy i odstający od świata, który go otacza. Męski, chwilami cyniczny, w gruncie rzeczy maskujący swą wrażliwość. Ona tutaj w dwóch wersjach – jako pewien fantazmat w postaci zaginionej Sirje, której odnalezienie zleca bohaterowi jej mąż, i jako kobieta z krwi i kości, taka bliska i rozumiejąca, bezpieczna i godna zaufania, naturalnie obiekt jego westchnień. Tym razem jest to studentka Marja, ale to nie o kobietach ten tekst, a o nim, tytułowym mężczyźnie, nieustraszonym i inteligentnym detektywie, który poznaje tajniki coraz bardziej niejasnej sprawy związanej z zaginięciem Sirje. Matti Rönkä tworzy bohatera bez korzeni, bez ojczyzny, rozdartego wewnętrznie i zagubionego. Jednocześnie bacznego obserwatora tego, jak z życiem radzą sobie rosyjscy emigranci w Finlandii i fińscy repatrianci w Rosji. Główny bohater tej książki, Viktor, jest mężczyzną, który czuje z jednej strony silny związek z Finlandią; z drugiej jednak bliskość rosyjskiej Karelii, gdzie żyje jego matka, z którą wiążą syna silne więzi emocjonalne. Gornostajew czy Kärppä? Fin czy Rosjanin? Przecież Viktor niesie w sobie traumatyczną przeszłość zza wschodniej granicy, czując jednocześnie silną więź emocjonalną z Finlandią, a zwłaszcza z jej stolicą, po której narracja tej książki prowadzi nas z topograficzną dokładnością. Problemy tożsamościowe głównego bohatera rzutują u Rönki także na zdarzenia, w jakich uczestniczy Viktor, próbując zbadać, kto i dlaczego mógł uprowadzić Sirje. Kryminalna przeszłość jej brata to jedynie czubek góry lodowej, bo wokół Viktora, wciąż lawirującego na granicy prawa, znajdą się różni ludzie wpływający nie tylko na jego decyzje, ale przede wszystkim podkreślający trudność w określeniu granicy rozdzielającej zdarzenia w tej historii. Granica przekraczana jest w sensie dosłownym wielokrotnie. Akcja toczy się w Finlandii, w Rosji (z jakże żywym wspomnieniem Związku Radzieckiego), w Estonii. Symbolicznie granice własnego poznania przekracza nie tylko Viktor. Jego działania idą w parze z reporterskim wręcz i myślę, że wiarygodnym ukazaniem stosunków panujących między Finami a przybyszami z rosyjskiej Karelii. Co zatem zasługuje na uwagę w przypadku „Mężczyzny o twarzy mordercy”? Nie sama kryminalna historia, chwilami odrobinę bez iskry i oryginalnych rozwiązań fabularnych. Przede wszystkim psychologiczny rys głównego bohatera, jego zmagań z samym sobą i trudami, jakie niesie pogodzenie swej rosyjskiej przeszłości z fińską teraźniejszością, w której znajduje się przecież miejsce na miłość, a więc i na pozytywne zmiany. Matti Rönkä to specyficzna jakość. Mam wrażenie, że forma powieści kryminalnej jest dla autora tylko sposobem maskowania pewnych osobistych rozliczeń ze sobą, dramatyczną historią pogranicza fińsko-rosyjskiego i jest także głosem wszystkich tych, którzy wiecznie na tym pograniczu tkwią mimo jasno określonej przynależności narodowej w swych paszportach. Do refleksji nie tylko zwolennikom kryminału, ale przede wszystkim tym, dla których granica jest pojęciem bardzo wieloznacznym.Wydawnictwo Czarne, 2011 KUP KSIĄŻKĘ
Kpiono ze mnie, że po wydaniu debiutanckiej książki Pauliny Bukowskiej nazywam ją „Witkacym w spódnicy”. Kiedy teraz myślę o moim zachwycie nad „Niezidentyfikowanym obiektem halucynogennym” i gdy czytam pierwsze zdania drugiej powieści Bukowskiej, uważam, iż zapędzając się nieco przed laty, mimo wszystko zwróciłem uwagę na autorkę ciekawą i obiecującą. „Córeczka” udowadnia, iż Paulina Bukowska dopracowała warsztat i jest dobrze rokującą pisarką młodego pokolenia, a jeżeli brakuje jej medialnego przebicia np. Marty Syrwid postaram się zrobić wszystko, żeby teraz – jeśli nie przed trzema laty – zwrócono na nią uwagę.
Bukowska podejmuje temat skomplikowany i trudny, a mianowicie problem toksycznych relacji, jakie łączą matkę z córką. Kto zna świetną „Zmarzlinę” Tomasza Białkowskiego, ten wie, jak we współczesnej literaturze polskiej syn przeżywa nienawiść do swej matki. Tym razem mamy córkę. Córkę, która określa swoją rodzicielkę w następujący sposób: „To nie jest moja matka! To jest moja wielka tragedia, to jest moja wina, to etap mojego życia płodowego, genetyczny początek, to tylko rozciągnięta macica, która chowała mnie dziewięć miesięcy, by jak najszybciej wypluć i zostawić”. Dodatkowym problemem jest fakt, iż córka sama też jest matką, że dane jej jest cieszyć się (?) macierzyństwem zbyt krótko i że narasta w niej awersja do kobiet w ciąży. Myślę, iż takie nakreślenie ogólnej problematyki „Córeczki” jest wystarczające. Chciałbym się jednak zająć kilkoma szczegółami z tej książki, które nie dają mi spokoju.
Przede wszystkim postać Aliny. Kolejnej po bohaterce "Głupca” Ewy Schilling neurotycznej Aliny, która tym razem nie jest zakochaną w swej uczennicy polonistką, lecz pracownicą agencji reklamowej, gdzie w pocie czoła pracuje nad rozwojem ogólnoludzkiej głupoty, przygotowując kolejne otępiające zmysły projekty medialne. Alina Bukowskiej wydaje się być kobietą dojrzałą, jednak stale akcentuje fakt, iż jej życie jest raczej tylko pewną odmianą dojrzałości. Usamodzielniła się, wyszła za mąż, urodziła dziecko, znalazła dobrą pracę, ma nawet kochanka i pielęgnowane przez lata silne emocje względem matki i siostry, które są paradoksalnie jej siłą napędową. Alina radzi sobie. Teoretycznie. Tak naprawdę tym, co ją niszczy jest ona sama oraz emocje, jakie próbuje z siebie wydobyć, pisząc coś na kształt literackiego rachunku sumienia, bo czymś takim jest „Córeczka”.
Bohaterka Bukowskiej jest sama dla siebie i sama wewnątrz siebie. Nikt i nic nie mają dostępu do niej samej. Zablokowała go szczelnie. Wentylem bezpieczeństwa stały się coraz mocniejsze uczucia wobec siostry i matki. Łatwiej wszystko zrzucać na te uczucia. Jedna i druga są przez Alinę odtrącane. Obie są jednak najbliżej niej. W tym paradoksie zawarta jest skomplikowana struktura kobiety, której Bukowska nie pozwala poznać. Poznać może się bowiem Alina tylko sama, ale na to nie jest niestety gotowa.
To opowieść końca. Rozdziałami są trzy ostatnie litery alfabetu, potem ze sobą połączone. Bukowska chce postawić ostatnią kropkę, ale my nie dostrzegamy początku i nie jesteśmy w stanie pojąć, że to koniec. Koniec Aliny? Matczyne cierpienia nie mają tu końca i mam na myśli cierpienia tej, która urodziła Alinę jak i jej samej, matki wyrodnej, matki pozwalającej swemu dziecku umrzeć. „Córeczka” to taka przewrotna opowieść o duchowym zmartwychwstaniu, które nie chce nadejść. O prywatnej Apokalipsie i o wiecznym piekle, z którego nie sposób się wydostać tak, jak nie można uwolnić się od znienawidzonej matki.
Językowo Bukowska prezentuje się w „Córeczce” inaczej niż w swym debiucie. Owszem, przesycona symboliką i nazbyt może kwiecista narracja przypominają o tym, jak autorka żonglowała słowami w „Niezidentyfikowanym obiekcie halucynogennym”. Myślę, że dramatem Aliny może być to, iż nie jest ona w stanie słowami wyrazić ogromu swojego cierpienia. I bynajmniej nie matka jest tego cierpienia przyczyną. Próbę odpowiedzi na pytanie, co nią jest, zostawiam uważnemu czytelnikowi.
Wydawnictwo Znak, 2010
KUP KSIĄŻKĘ
Przed laty czytaliśmy przejmujące poetyckie wyznania profana autorstwa Marcina Świetlickiego. Czas na coś nowego, czas na prozę z profanem, który urasta do rangi świętego i który przeżyje naprawdę niezłą masakrę, by od stwierdzenia „Jestem bezbożnikiem i hedonistą. Piję alkohol, palę papierosy i zażywam narkotyki. Nadużywam brzydkich wyrazów, uprawiam seks przedmałżeński, masturbuję się oraz czytam „Gazetę Wyborczą” dojść między innymi do takich konstatacji: „Zrozumiałem, że jestem pozbawionym znaczenia paprochem dryfującym bezwolnie w odwiecznej ciemności, przypadkową igraszką ślepych i pozbawionych celu sił”.
Kto przeżywa tak głęboką metamorfozę wewnętrzną? Bohater książki Jarosława Stawireja, którą czyta się błyskawicznie, ale która zapada w pamięć na długo. Dlaczego? Nie chodzi tylko o to, że „Masakra profana” to jedna z niewielu naprawdę pozytywnych i dodających otuchy książek w pełnej mroku, depresji i nihilizmu polskiej literaturze współczesnej, gdzie w różny sposób zdeformowani bohaterowie opowiadają o udrękach życia. To książka o niezwykłej metamorfozie, a jednocześnie o bardzo czytelnym przesłaniu; książka pokazująca, w jaki sposób można w prosty sposób zmienić siebie, chociaż przecież nie jest to proste, a już na pewno nie dla bohatera tej niezwykłej historii. Książka o sile, jaką ma w sobie dobro i o tym, że często po prostu wolimy wybrać zło. Historia opowiadająca o dramacie egoisty, który pomógł milionom i któremu najpierw objawia się wyjątkowo upierdliwa Matka Boska, a potem sam Jezus Chrystus.
Całkiem niedawno Zbigniew Masternak wykorzystał motyw zstąpienia Jezusa na polską ziemię XXI wieku (a raczej jej scenę polityczną), ale w swej powiastce „Jezus na prezydenta!” do powiedzenia nie miał zbyt wiele. Stawirej wykorzystuje motyw Zbawiciela wieloaspektowo. Jezus wybiera spośród milionów jednego, niewartego przecież uwagi wielkomiejskiego yuppie, który przedstawił się nam już na samym początku tego tekstu. A jednak wybór ten może być trafiony pod warunkiem, że profan Stawireja odpowie sobie na kilka pytań, niekoniecznie dotyczących wiary czy jej braku. Ten, którego wybiera Jezus, zdecydowanie nie chce być dowodem na to, że Bóg istnieje. Nie chce być niczyim łącznikiem, nie chce przyjąć niczego z nacierającej na niego sfery sacrum, nie chce przede wszystkim zmieniać siebie. A jednak się zmieni. Bardzo. Zmieniać się będzie także charakter narracji tej książki i ona sama. W założeniu autora ma chyba także pomóc w tym, by zmienił się czytelnik. I nie jest istotne, ile gierek toczy na kartach swej powieści z czytającym Stawirej. Ważne że „Masakra profana” to książka wyrazista i zmuszająca do myślenia.
To może kilka zachęt, tropów, haseł i motywów, aby nie czynić z niniejszego omówienia streszczenia, a skusić do lektury naprawdę ciekawej. Przede wszystkim wspomniana Matka Boska, której pojawienie się w życiu bohatera spowoduje na początku same straty – odchodzi od niego dziewczyna, traci szansę na awans w pracy, staje się bezdomny. Potem jest coraz gorzej. Obcowanie z samobójcami, rozmowy z satanistą, uczestnictwo w czarnej mszy i ratowanie Maryi Dziewicy przed spaleniem przez krwawą masakrę piłą mechaniczną bynajmniej nie teksańskiej produkcji. Dziwne układy z Jezusem, sto dni w leśnej głuszy w domu porywczego chłopa i jego zdeformowanej córki (Dzidzia Sylwii Chutnik to przy niej modelka). Dodatkowo sporo metafizycznych mielizn, filozoficznych dysput, mnóstwo znaków zapytania i on, wybrany przez Niebiosa, oszołomiony i przerażony tym wszystkim, co się wokół niego dzieje.
To za mało? Warto zwrócić uwagę, że książka Jarosława Stawireja charakteryzuje się naprawdę wyjątkowym we współczesnej literaturze polskiej poczuciem humoru i że jest to opowieść po prostu nieźle skrojona. Interesująca forma tryptyku, inteligentne rozwiązania, fabularne zasadzki na czytelnika i nade wszystko niepowtarzalna mieszanka purnonsensu ze śmiertelną powagą oraz egzystencjalnymi dylematami głównego bohatera. „Masakra profana” to książka dla tych, którzy nie boją się tego, że Bóg się na nich pogniewa, kiedy się od niego odwrócą. Także dla tych, którzy są przy nim blisko, ale tak daleko im do zrozumienia samych siebie. Rzecz naprawdę warta uwagi!
Wydawnictwo "Krytyki Politycznej", 2011
KUP KSIĄŻKĘ
Dotychczasowe dokonania literackie Jakuba Małeckiego są mi obce. Myślę, że jego najnowszej książki nie należy zestawiać z tym, co do tej pory napisał. Z drugiej jednak strony „Dżozef” rozgrywający się niczym w fantasmagorycznym śnie, który wciąż zbliża się i oddala od jawy i realiów (szpitalnych oraz osiedlowych) jest wart osadzenia jakoś w fantastyce i grozie, którą zajmuje się Małecki. „Dżozef” jest fantastyczny oraz groźny, ale przede wszystkim wart uwagi dlatego, iż w niezwykle dwuznaczny sposób nawiązuje i do pewnych tradycji literackich, i do dramatu biografii Józefa Korzeniowskiego będącego jakby duchem tej książki, i do polskiej gniewnej literatury buntu subkultur młodzieżowych. Takie książki jak „Dżozef” udowadniają, że współczesne polskie pisarstwo bynajmniej nie jest wtórne, choć wykorzystuje wciąż te same motywy, tropy, stylistyczne i językowe kody.
Małecki tworzy specyficzny kod. Z jednej strony na kartach swej książki próbuje zakodować (i zmusić do rozszyfrowania) opowieść o skrajnie dwóch różnych osobowościach, które z czasem okazują się mieć wiele wspólnego. Pierwszym istotnym bohaterem jest Grześ Bednar, młody chłopak, który o swym pochodzeniu mówi następująco: „Jestem z Pragi-Północ, a tam latami wystajesz pod blokiem, zamieniając się w zmęczonego życiem menela albo próbujesz coś w tym życiu zrobić”. Grzegorz stara się nie wystawać pod blokiem. Próbuje budować związek z dziewczyną. Stara się po skończonej edukacji w szkole zawodowej znaleźć pracę. Chłopak chce coś robić. Tymczasem robią z nim pewnego wieczora coś złego inni. Efekt? Utracony telefon (zajefajny model), złamany nos, utrata pracy już w pierwszym jej dniu i trafienie do szpitalnej sali, w której Bednar zmuszony jest przebywać z jakimiś starymi wapniakami. Tu kończy się blokerski freestyle, a zaczyna inna literatura. Opowiadanie raczej. Snucie opowieści, która ma być literaturą, ale przede wszystkim głosem mówiącym o doświadczaniu życia w sposób bardzo niejednoznaczny.
Drugim bowiem ważnym bohaterem jest pan Stanisław, położony obok Grzegorza na szpitalnym łóżku. Mężczyzna jest bardzo skryty w sobie, ale to, co zwraca uwagę zarówno naszego praskiego młodzieńca jak i drugiego chorego, niejakiego Kurza (postaci również istotnej, ale dla potrzeb niniejszych rozważań celowo pominiętej i pozostawionej do interpretacji czytającego) jest fascynacja twórczością Josepha Conrada, która u Stacha przypomina bardziej obsesję. Skryty i małomówny Czwarty mówi o wielkości twórczości Korzeniowskiego tak oto: „Bo Conrad żył tak, jakby chciał wyrwać coś życiu na siłę. Z jego losów można wywnioskować, że on chciał żyć nie raz, ale z parę razy”. Kiedy któregoś dnia w malignie Stanisław każe spisywać Grzegorzowi pewną historię, okaże się, iż ten skryty w sobie wielbiciel Conrada przekroczył smugę cienia, za którą miał zapomnieć o tym, co dokładnie zaczyna rekonstruować.
Tak oto młodzian z warszawskiej Pragi staje się kronikarzem Stanisława Baryłczaka, który cofa się do 1956 roku i opowiada dzieje swojego dzieciństwa oraz młodości. Opowiada o pasji życia i jego trudach. O chęci tego życia odebrania i o dramacie, jaki przeżywa, kiedy mroczny kozioł Drewniak, którego w trakcie rzeźbienia młody Stasiu powołał do życia, staje się jego nieodłącznym towarzyszem; jego wyrocznią i mrocznym zwierciadłem, w jakim mają przejrzeć się wszystkie lęki i frustracje Baryłczaka. Zapisywana opowieść staje się coraz bardziej dramatyczna i brutalna, a dodatkowo wokół opowiadającego i kronikarza zaczyna zmniejszać się szpitalna przestrzeń. Znika sala, potem następna, korytarz… Ściany zbliżają się ku sobie, a coraz bardziej nasycona symboliką opowieść Czwartego przeraża bardziej niż klaustrofobiczny nastrój uwięzienia (który opisywał niedawno Jakub Żulczyk w historii mieszkania-pułapki o nazwie Instytut).
Wokół Grzegorza, Kurza i Czwartego coraz mniej przestrzeni. W opowieściach tego ostatniego coraz bardziej duszno, coraz więcej mroku. I w tym wszystkim widmo Josepha Conrada, jego twórczości o moralnych dylematach i sposobach mierzenia się z samym sobą. U Małeckiego mierzy się z sobą głównie Czwarty, jego opowieść bowiem ma charakter ekspiacji. Oczyszczenia ma doświadczyć nie tylko on. Słuchanie Stanisława, notowanie jego słów, obecność przy nim i koncentracja na tym, jak mierzy się z samym sobą są jednocześnie próbami dla Grzegorza Bednara. Próbami, po których nie będzie już tym, kim był jako pacjent szpitala ze złamanym nosem.
Małecki interesująco przedstawia problem różnie rozumianej przestrzeni, w jakiej przebywają lub przebywali jego bohaterowie. Coraz bardziej zamknięta przestrzeń szpitala idzie w parze z dwuznaczną przestrzenią, w jakiej poruszamy się, poznając prawdziwe życie Czwartego i jego rojenia, relacje z makabrycznym Drewniakiem. Jedna i druga ma charakter umowny. W jednej i drugiej rozgrywa się egzystencjalny dramat. Może nie na miarę pisarstwa Josepha Conrada, ale też nieprzypadkowo z Conradem powiązany. Lektura „Dżozefa” to może być podróż w głąb samego siebie. Bo Małecki stara się przede wszystkim pokazać, iż taka podróż jest niebezpieczna, lecz konieczna, by zrozumieć, kim się jest naprawdę.
Wydawnictwo W.A.B., 2011
KUP KSIĄŻKĘ
Wydawnictwo Międzymorze kolejny rok otwiera śmiałą i odważną publikacją, która ukazuje tematyczne bogactwo współczesnej literatury słoweńskiej. Oficyna 2010 rok rozpoczęła dramatyczną historią słoweńskiego blokersa („Czefurzy raus!” Gorana Vojnovicia), by w 2011 wejść z książką, którą trudno jednoznacznie określić. „Miłości Sinobrodego” Vinka Möderndorfera to historia o tym, że wszystko, co nie jest zapisane, jest jednocześnie utracone. O specyficznym kolekcjonerze. O niespełnionym w miłości człowieku, dla którego kobiety są szczęściem i przekleństwem jednocześnie. O pisaniu i archiwizowaniu tego pisania. O celu, dla którego zamiast przeżywać, pisze się o tym przeżywaniu…
Czytelna aluzja tytułowa do znanego bohatera baśni Charlesa Perraulta to jedna z licznych ścieżek interpretacyjnych tej powieści. Jej bohater wikła się w wiele toksycznych związków z kobietami; jego partnerki znikają bez śladu, a jedyne, co po nich zostaje to książki ich życia tworzone wtedy, gdy były obecne w życiu nieszczęsnego słoweńskiego Sinobrodego. Jak charakteryzuje sam siebie bohater Möderndorfera? „Nie, nie jestem pisarzem. Może kolekcjonerem. Kolekcjonuję historie. Dla siebie. Tylko dla siebie”.
Skrajny egoizm czy rozpaczliwe pragnienie bycia zauważonym w świecie, od którego samotny programista komputerowy ucieka w wirtualną rzeczywistość i na karty zapisywanych przez siebie książek? Lodowaty chłód i cynizm czy też skryta wrażliwość, dzięki której powstają zapiski z życia kobiet u jego boku? Niczego nie można być pewnym do końca, bo i sam autor w swej narracji stale pyta, nie udziela odpowiedzi. O swego bohatera, o jego wybranki, o los ich wszystkich i każdego z osobna, a także o to, gdzie ukryta jest prawdziwa miłość i czy można ją zabić?
„Miłości Sinobrodego” bowiem to także książka o zabijaniu. Zabijaniu dosłownym (wszak bohater posądzany jest o to, że z zimną krwią mordował swoje kobiety), ale przede wszystkim o zabijaniu metaforycznym. O zabijaniu miłości, której nie sposób przeżyć i o zabójstwie, jakiego dokonać można na samym sobie, gdy nie jest się zdolnym do tego, by pokochać i zrozumieć wagę tego uczucia. Möderndorfer zaskakująco pisze także o zaburzeniach osobowości, które w związkach niszczą bliskość i zabijają potrzebę budowania czegoś wspólnie.
Słów kilka o kobietach z tej książki, bo przecież one są najważniejsze, w relacjach z nimi bohater powieści ujawnia prawdę o sobie samym. Kobiety… „Kiedy je mamy, jesteśmy idealni, kiedy ich nie mamy, szukamy ich. Są smakowite i pachną życiem". Sabina, Sidiki, Marta czy Sonja – przy każdej z nich bohater Möderndorfera stawał do konfrontacji z pewnym ideałem piękna. Wszystkie wybranki były traktowane podmiotowo i przedmiotowo jednocześnie. Każdej poświęcona jest osobna książka, pasjonujący pamiętnik neurotyka pragnącego zwalczać swoje neurozy. Kiedy po wszystkich rozstaniach, po każdorazowym postawieniu ostatniej kropki w książkach tych kobiet i po zamknięciu ich, pojawia się jeszcze jedna, Emira, trudno jest przewidzieć, czy bohater stanie się przy niej inny. Tym bardziej, że w międzyczasie jest zatrzymany i przesłuchiwany, a jego intymne zapiski trafiają do rąk prowadzącego śledztwo inspektora, z którym podejrzany wejdzie w specyficzną relację…
„Miłości Sinobrodego” to opowieść kryminalna, psychologiczna i socjologiczna zarazem. Książka przesycona erotyzmem i pornografią, mocna i wyrazista. Historia, która ma wstrząsać, ale jednocześnie zmuszać do zadawania pytań o to, co jest w niej prawdą, a co zmyśleniem. Bo Möderndorfer tworzy niezwykłą fikcję literacką – wszystko, co się rozgrywa na kartach „Miłości Sinobrodego” może być tylko pisarską grą z czytelnikiem, ale co w przypadku, gdy nią nie jest?
Kolorytu dodają tej książce także mniej lub bardziej czytelne aluzje literackie i analiza procesu pisania oraz tworzenia z jego sugerowaną niejednoznacznością. Möderndorfer sam bawi się konwencją kroniki; z książek o kobietach bowiem tworzy książkę o mężczyźnie, który bez kobiet nie istnieje… Książkę w gruncie rzeczy bardzo przygnębiającą, ale przykuwającą uwagę i zastanawiającą.
Wydawnictwo Międzymorze, 2011
Inteligencja, przewrotność i ironiczność – to cechy pisarstwa José Miguela Sánchez Gómeza ukrywającego się pod pseudonimem Yoss i spoglądającego nonszalancko ze zdjęcia, zdobiącego okładkę, na którym krwista czerwień opaski na głowie z burzą czarnych włosów nijak nie przypomina poważnego pisarza. Yoss bynajmniej nie chce być w swej prozie poważny, chociaż siedem opowiadań, które spaja w całość motyw grzechów głównych i pewnej hawańskiej ulicy, podejmuje się tematyki przejmującej oraz bolesnej.
Opowiadania Yossa przenoszą nas do Kuby sprzed blisko dwudziestu lat. Bohaterami są sfrustrowani, zagubieni, gniewni i rozczarowani życiem mieszkańcy Hawany, wśród których znajdziemy między innymi leniwego dziennikarza, zazdrosną kobietę, gniewnego cieślę czy pyszniącego się dorobkiewicza. Autor tworzy krótkie prologi do opowiadanych historii, sytuując się wobec nich z dystansem i zmuszając do zastanowienia, co tak naprawdę przekazują. Bo to przecież nie tylko kubańskie łakomstwo, gniew, lenistwo, chciwość, rozwiązłość, zazdrość i pycha tworzą te narracje. Yoss wciela się w różne role, mówi różnymi językami, opisuje rzeczywistość za pomocą różnych środków wyrazu. Stawia jednak znak równości między swymi bohaterami. Zrównuje ich smutna i ciężka rzeczywistość Kuby. W niej to mały chłopiec kolekcjonuje etykiety produktów żywnościowych, których nie ma na półkach sklepowych. W niej młoda dziewczyna woli być rozwiązła i zarabiać na swych wdziękach niż stać się np. kasjerką w markecie dewizowym. Tam zgnuśniały dziennikarz, który przemierzył świat, przemierza obecnie metry swojego mieszkania, czekając na wielką chwilę i zastanawiając się nad tym, czy nadejdzie ona wraz z pisaniem o problemach komunistycznej Kuby.
W dotychczasowych omówieniach opowiadań Yossa zwraca się uwagę na to, iż świat ten bliski będzie Polakom, którzy nie tak dawno pożegnali się ze smutnym komunizmem, pustymi półkami, tłamszeniem wolności i równością opartą na tym, że wszyscy mają tyle samo, a ten, kto odstaje i się dorabia, jest szykanowany. Myślę jednak, że „Siedem grzechów kubańskich” ma jednak swój niepowtarzalny koloryt i zwraca uwagę przede wszystkim na osadzone w problematyce lokalnej dylematy dręczące wszystkich tych, dla których życie to walka o przetrwanie.
Życie na Kubie nie jest łatwe. Między slumsami jej stolicy a ekskluzywną dzielnicą Miramar jest tak wielka różnica jak między życiem tego, który je wciąż te same produkty a tym, który urozmaicone produkty sobie sprowadza z zagranicy. Hawana Yossa mimo wszystko tętni życiem, bo chociaż jest ono trudne, nie brak mu barw. W tym znaczeniu ta bardzo lokalna w swej wymowie książka (i książka, której nie mieli okazji przeczytać Kubańczycy) jest optymistyczna i radosna, bo autor wykazuje się przede wszystkim ogromnym poczuciem humoru, ironizując i bawiąc.
Istotnym aspektem opowiadań jest wskazanie na rozwój i klęskę kapitalizmu w socjalistycznym społeczeństwie. Bohaterowie Yossa próbują otwierać własne interesy, dorabiać się, kombinować i wykorzystywać luki w prawie, by tylko zapewnić sobie dobrobyt. Większości się to nie udaje. Niektórym pozostaje albo rzucanie kamieniami albo noce z obleśnymi kochankami zapewniającymi pieniądze i złudne poczucie szczęścia. Chociaż siedem grzechów kubańskich jest jednocześnie siedmioma opowieściami o niespełnieniu, dominuje w tych opowiadaniach witalizm i są one pełne energii. Takiej, jaka cechuje pewnie na scenie ich autora, kiedy wokalnie wyżywa się wraz ze swym zespołem Tenaz.
Grzeszący Kubańczycy to rozpisana na kilka głosów dosadna i intrygująca diagnoza życia w państwie pełnym stagnacji, ale jednocześnie w państwie żywym i pełnym wewnętrznych sprzeczności. Każde opowiadanie Yossa mogłoby służyć za podstawę do dłuższej powieści. Powstałoby wtedy siedem książek o tym, jak grzeszyć i się tym nie przejmować.
A może jednak tą dwuznaczną w swej wymowie książką naprawdę trzeba się przejąć?
Wydawnictwo Claroscuro, 2010
KUP KSIĄŻKĘ
Francuskie pisarstwo osiemnastowieczne ma dwa oblicza. W wydanej niedawno powiastce Pierre-Thomasa-Nicolasa-Hurtaut ujawnia się temat nie tylko w Oświeceniu i nie tylko we Francji pomijany. Trudno jednoznacznie określić, czy „Sztuka pierdzenia” to czytelna ironia względem dzieł uczonych twórców XVIII wieku, czy też tylko zabawa. Czymkolwiek byłaby ta książeczka, niewątpliwie zwraca na siebie uwagę. Typowy przykład literatury skatologicznej zamienia się w źródło quasi-naukowych wywodów i nawet jeżeli staje się chwilami nadęte, absurdalne do granic wytrzymałości i zwyczajnie niesmaczne, można je traktować jako specyficzną wędrówkę do krainy absurdu balansującą na granicy dobrego smaku. Poznajmy drugie, nienaukowe oblicze francuskiego pisania sprzed blisko trzech stuleci.
Hurtaut zwraca uwagę na istotę procesu puszczania wiatrów. Na istotę pierdzenia po prostu. Traktat rozpoczyna dogłębna analiza tego, co nazywamy pierdnięciem, a następnie autor wskazuje różnice między wypuszczaniem gazów dolną częścią ciała a pozwoleniem na ich wypuszczenie przez naszą gardziel (beknięcie wydaje się zatem mniej istotne, a już na pewno nie tak bardzo, by poświęcać mu książkę). Potem mamy do czynienia z niepowtarzalną klasyfikacją pierdnięć i wskazaniem, iż pierdzenie już w starożytności było czynnością gloryfikowaną. Co dalej? Ano wiele frapujących rozważań, między innymi na temat tego, czy pierdnięcie jest muzyką, wszak – wedle gruntownej wiedzy w tym zakresie autora rozprawy – nasz odbyt wydać może aż 62 różne dźwięki.
Rozważania obejmują także genezę i cel pierdzenia. Tylko cele zdrowotne i artystyczne zwracają uwagę Hurtaut, zatem jego rozważania próbują istotę popierdywań wpisać w ogólne kanony piękna i sztuki. Co więcej – nasze bąki przynoszą pożytek i temu także poświęconych jest kilka stron rozważań autora. Książeczka wskazuje również, jak dzięki puszczaniu wiatrów można odpędzić diabła, rozpalić lichtarz czy nawet budować specyficzną linię porozumienia międzyludzkiego. Nic co ludzkie, nie jest nam przecież obce, a traktowanie czynności fizjologicznej z uczuciem wstydu czy zażenowania nie jest właściwe, wszak „opinia jakoby pierdnięcie było nieprzyzwoite wynika tylko z dąsów i kaprysów ludzi płochych”.
Czemu służy wydanie tego typu publikacji? Dlaczego rzecz przecież literacko mierna doczekała się po swym pierwszym wydaniu w 1751 roku tak wielu wznowień? Ludzka ciekawość i potrzeba poznawania samych siebie, łącznie z fizjologiczną stroną ludzkiej natury, to przecież nie tylko coś, co wyróżniało renesansowe czy oświeceniowe poszukiwania społeczeństw. Charakterystyczną cechą „Sztuki pierdzenia” jest rubaszność i dwuznaczność. Myślę, że tłumaczenie tego traktaciku sprawiło Krzysztofowi Rutkowskiemu wiele frajdy i częściowo jako formę rozrywki należy tę lekturę traktować. Bo przecież trudno jest się powstrzymać od uśmiechu podczas czytania tak osobliwej książeczki. Trudno także nie zadać sobie pytania o to, jak bardzo pewien syn handlarza końmi musiał starać się zwrócić na siebie uwagę w XVIII wieku.
A może po prostu mu się napisało tak jak pierdziało, czyli z przyjemnością. I choć to wszystko niezbyt smaczne, jako człowiek „niepłochy” polecam ku rozrywce i rozwadze.
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2010
KUP KSIĄŻKĘ
Tematyka ludobójstwa w Rwandzie z roku 1994 roku staje się bardzo popularna na polskim rynku wydawniczym. Jakkolwiek upiornie by to brzmiało, faktem jest jednak, że kolejne publikacje dotyczące krwawych wydarzeń w sercu Afryki sprzed 16 lat są bardzo potrzebne, uzupełniają się wzajemnie, budują bardziej czytelny obraz tego, co wydarzyło się naprawdę, a co tak zwane cywilizowane społeczeństwa przeżywały tylko przez chwilę, wpatrzone w kilka medialnych migawek z ogarniętej rzezią Rwandy.
Wojciech Tochman, którego nazwisko śmiało można uznać za etykietę doskonałego reportażu, z jakim po Ryszardzie Kapuścińskim mamy do czynienia rzadko, nie czyni właściwie niczego innego niż Jean Hatzfeld. Wydana przed rokiem „Strategia antylop” jest zapisem rozmów z Rwandyjczykami, którzy wiele lat po tragedii 1994 roku muszą żyć dalej i żyją, chociaż demony przeszłości stale nad nimi krążą. Tochman opowie trochę o tych demonach, o przemilczeniach, o ucieczkach - w sensie dosłownym przez maczetami zabijającymi szesnaście lat temu i w sensie metaforycznym przez wspomnieniami, jakie mogą zabijać teraz. „Dzisiaj narysujemy śmierć” to bardzo mocna, świetnie skrojona i przerażająca rzecz. Jeden z tych reportaży, które pozostają z nami na zawsze, bo nie można się już nigdy od nich uwolnić.
Jaki cel stawia sobie Tochman, przybywając do Rwandy, obserwując, notując i zapisując? „Dlaczego chcę o tym opowiadać? Komu i po co? Tym, którzy powiedzą, że nie wiedzieli? Że nie znali prawdy? Ale gdzie jest granica między mówieniem prawdy a epatowaniem?”. Czytelnik tego reportażu nie tylko zada sobie pytanie to, dlaczego czyta, ale przede wszystkim o to, czy nieopisane cierpienie, jakiego doświadczyli Rwandyjczycy i które nadal jest z nimi obecne, można w jakikolwiek sposób wyrazić. Tochman nie epatuje, Tochman opisuje. W swoim tekście przedstawia rzeczy niewyobrażalnie okrutne. Celem opisu jest wzbudzenie lęku, wątpliwości, pytań i rozmyślań. Można bowiem opisywać ścinanie maczetą, porównywać odgłos rozbijanej tym narzędziem czaszki z odgłosem towarzyszącym rozłupywaniu kapusty. Można opisywać okrucieństwa mordów, trupy, lejącą się krew, wydzieliny i wydaliny. Można w naturalistyczny sposób oddać to, czego oddać nie sposób inaczej. Można po prostu na tym poprzestać i wydać książkę przerażającą. Tochman nie chce przerażać, raczej wzbudzić zainteresowanie i niepewność. Wielogłosowość jego reportażu i fakt, iż składa się głównie z pytań, a nie odpowiedzi świadczy o tym, że po raz kolejny autor „Jakbyś kamień jadła” pokazuje, iż umie słuchać, właściwie zadawać pytania i pozostawiać swoich czytelników z enigmatycznymi odpowiedziami na nie.
Wraz z autorem wysłuchamy różnych ludzi. Ludzi doświadczonych przez traumę zdarzeń 1994 roku i traumę teraźniejszości, w której wciąż żyją echa tego, co było. Matkę, która po latach nie potrafi nazwać swego potomka synem. Sędziego opowiadającego o konieczności ogromnej cierpliwości przy sądzeniu po latach odpowiedzialnych za zbrodnie. Mężczyznę, który żyje tylko dzięki temu, że uciekł i dodatkowo miał przy tej ucieczce szczęście. Więźnia skazanego przez gacaca, sąd specjalizujący się w rozliczeniach katów i ofiar sprzed szesnastu lat.
Tochman opowie o tym, że po ludobójstwie trzeba żyć dalej. W Rwandzie tłumów. W kraju, gdzie ludzie są wszędzie, ocierają się o siebie, wciąż są w bliskości. W kraju, gdzie ci sami Tutsi oraz Hutu, którzy przed laty się zabijali, dziś tworzą coś wspólnie, wspólnie żyją i współpracują. Autor podejmuje także wątki odważne i śmiałe. Porusza kwestię gwałtów na kobietach podczas zdarzeń z 1994 roku i opowiada o przedmiotowej roli kobiety w dzisiejszym społeczeństwie rwandyjskim. Próbuje odpowiedzieć na pytanie o to, co kierowało europejskimi misjonarzami, którzy uciekali przed pogromem, a niejednokrotnie poprzez swoją obojętność byli takimi samymi katami dla wiernych jak dzikie oddziały Interhamwe tnące maczetami nawet w kościołach. Dotyka kwestii samobójstw tych, którzy przeżyli 1994 rok, ale którym brakuje już sił i odwagi, by żyć nadal mimo pozornego pokoju.
Tochman zwraca uwagę na to, o czym mówi m.in. beletrystyczne „Sto dni" Lukasa Bärfussa, wydane niedawno. O odpowiedzialności świata Zachodu za to, co zdarzyło się w Rwandzie. O braku zainteresowania tym, co toczyło się gdzieś w oddaleniu. Świst maczety opadającej na ludzki kark brzmi wszędzie tak samo. Europa być może nigdy nie chciała tego świstu usłyszeć. A dzisiaj nie pozostaje nic innego jak pisać o nim i wielu innych problemach, wciąż obecnych w podzielonym społeczeństwie Rwandy.
Wydawnictwo Czarne, 2010
KUP KSIĄŻKĘ
Literacki powrót Ewy Schilling udowadnia, że po licznych mniej lub bardziej sugestywnych publikacjach traktujących o problemach homoseksualnych kobiet we współczesnym polskim społeczeństwie, to ona i przede wszystkim ona jest naprawdę liczącą się postacią, którą kojarzy się z nurtem literatury lesbijskiej. Po niezbyt udanym „Głupcu” autorka wraca do krótkich form prozatorskich. „Codzienność” to zbiór narracji równie dobry jak „Lustro”, a może nawet jeszcze lepszy. Trzynaście pozornie prostych od strony formalnej opowiadań, w których Schilling odda głos nie tyle kobietom homoseksualnym, co kobietom zagubionym, sfrustrowanym, samotnym i niejednokrotnie wciąż silnie tkwiącym w traumatycznej przeszłości. „Codzienność” nie jest książką spektakularną; to podzielona na mniejsze obrazy panorama kobiecych losów – tak różnych od siebie, a w gruncie rzeczy tak do siebie podobnych. Sztuką jest pisanie o codzienności w niecodzienny sposób i chociaż dotychczas nie byłem jakoś przekonany do tego, co prezentuje w swej prozie Ewa Schilling, po lekturze jej najnowszych opowiadań mogę śmiało stwierdzić: Proszę państwa, to jest coś!
O czym pisze autorka? „Może o tym, gdzie się jest, kim się jest i że nie wiadomo dlaczego?”. Słowa z pierwszego opowiadania zdają się trafnie wskazywać ogólne przesłanie tej książki. Bohaterki „Codzienności” znajdują się zwykle w jakim krytycznym punkcie. Emilia musi pogodzić się z tym, że jej chora na raka matka opuszcza świat. Julia przeżywa kryzys wiary, która zawsze dawała jej pewność i stabilność. Wanda po 22 latach związku z pisarzem, przy którym była jedynie cieniem, zaczyna odkrywać, że życie należy do niej i że nigdy o siebie należycie nie dbała. Dla niepełnosprawnej Aliny wigilijny wieczór w towarzystwie nowopoznanej znajomej będzie początkiem innego życia, zmiany punktu widzenia na to, co ma, a co sobie i komuś odebrała w przeszłości. Schilling zadaje ustami swych bohaterek pytania o to, gdzie w tym momencie są oraz czym jest moment przejścia, jakiego doświadczają. I kim tak naprawdę się stają oraz kim były wcześniej?
Heteroseksualne związki kobiet z „Codzienności” są próbą ucieczki od własnych pragnień i dają złudne poczucie bezpieczeństwa. Wiążąc się z mężczyznami, wybierają prostszą, łatwiejszą drogę. Bożena, Weronika, wspomniana już Wanda… każda z nich w takim związku ucieka od samej siebie. Od tego wszystkiego, co konstytuuje ich kobiecość. Tę kobiecość, której siła drzemie w homoseksualnym pożądaniu. Kim jednak są kobiety w związkach z innymi kobietami? Tutaj warto zwrócić uwagę na opowieści Ireny czy Kariny. Odpowiedź nie będzie jednoznaczna. Podobnie niejednoznacznie można patrzeć na miłosny akt z drugą kobietą, który w życiu zagubionej Justyny jest próbą ekspiacji i jednocześnie próbą poznania samej siebie. Tutaj dochodzimy do trzeciej części pytania, próbującego nakreślić, o czym jest ta książka. Dużo nie wiadomo, a na pewno nie wiadomo, dlaczego bohaterki zachowują się tak, a nie inaczej. Co sprawia, że zgorzkniała matematyczka Teresa ląduje w pokoju swojej uczennicy, z którą pali zioło i rozmawia o pasjach filmowych? Dlaczego pisarka Agata, by ukończyć swoją książkę, za wszelką cenę musi spotkać się z kobietą ważniejszą dla niej niż pisanie? Czy tylko molestowanie seksualne przez ojca i burzliwa przeszłość spowodowały, iż Małgorzata wyemigrowała do Holandii? Ewa Schilling nie daje odpowiedzi, lecz zadaje pytania. Pośród nich znajdują się zagubione bohaterki, ich seksualność, wrażliwość i delikatność.
Trzynaście opowieści Ewy Schilling to historie opisujące prozę życia, ale z tej prozy wydobywające ukrytą poetyckość. Ktoś mógłby zaprzeczyć, te historie przecież tak mocno osadzone są w realnym życiu, iż niewiele w nich miejsca na dwuznaczność, symbolikę. Nic bardziej mylnego. Schilling już w „Lustrach” udowodniła, że siła przekonującego pisarstwa o wykluczonych i niepewnych swej tożsamości (także seksualnej) kobietach nie ukrywa się w eksperymentatorskiej formie, lecz w treści. Treścią „Codzienności” jest – jak wskazuje nota na okładce – chleb powszedni lesbijek. Może jednak smakować trzynaście razy inaczej i za każdym razem stawać się wyjątkowym.
Korporacja Ha!art, 2010