2013-08-20

"Święty Psychol" Johan Theorin

Wydawca: Czarne

Data wydania: 14 sierpnia 2013

Liczba stron: 436

Tłumacz: Barbara Matusiak

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Z miłości i w samotności…

To nie jest powieść kryminalna. Absolutnie nie. Trzyma w napięciu, uwodzi atmosferą grozy i mnoży tajemnice. Realne trupy pojawiają się w zakończeniu – jeden świeży, drugi wygrzebany. Ale nie o to, naprawdę nie o to w „Świętym Psycholu” chodzi, bo to przede wszystkim doskonały przykład na to, w jaki sposób o miłości i samotności napisać tak, by czytelnik zapomniał, iż oba te tematy literatura – niekoniecznie skandynawska i tym bardziej nie kryminalna – wykorzystała już na wiele, może nawet na nazbyt wiele sposobów. Potraktowane przez Johana Theorina z nadzwyczajną troską o psychologiczną wiarygodność, dają nam w gruncie rzeczy mroczną rozprawę o miłości na zawsze i samotności, której końca nie ma, bo tak jak miłość zrodziła się w lęku i w lęku pozostanie; przy kimś, kto wiecznie pamięta o minionych krzywdach i jedyne relacje, jakie jest w stanie zbudować, to relacje z dziećmi, gdyż one nie są dwulicowe, nie oszukają, nie skrzywdzą…

Jan Hauger od piętnastu lat walczy z bolesnymi wspomnieniami o dzieciństwie i dorastaniu, jakie naznaczono śladem po okrucieństwie. Jego życie zawodowe to kolejne umowy na zastępstwo w przedszkolach i świetlicach. Nie jest dana Janowi stała praca, ale on sam doskonale wie, w jakiej pracy jest w stanie naprawdę się odnaleźć. Dlaczego? „Przedszkola są jak oazy spokoju i bezpieczeństwa”. W otoczeniu dzieci Jan czuje się swobodnie, bezpiecznie. Tylko one gwarantują mu to, iż może jeszcze wierzyć w człowieczeństwo, może czuć się drugiemu człowiekowi potrzebny i może mieć nadzieję na to, że kiedyś czas uśmierzy ból skrzywdzenia przez ludzi, z powodu których wciąż ucieka i z nikim nie dzieli się powodami swej ucieczki. Kiedy odkrywa, że może dostać pracę w przyszpitalnym przedszkolu w Valli, postanawia ją zdobyć, albowiem nie tylko o kontakt z dziećmi tym razem chodzi. Jan chce zrealizować plan, który pomoże mu odnaleźć w życiu to, co kiedyś stracił, a zyskanie tego czegoś być może da mu szczęście i pozwoli pogodzić się z przeszłością, odegnać dręczące go demony.

Przedszkole w Valli to placówka, do jakiej uczęszczają dzieci, których rodzice osadzeni są w pobliskim szpitalu psychiatrycznym. Pracownicy są świadomi, że oddalenie od rodziców wzmacnia dodatkowo traumatyczne przeżycia, jakie tkwią w dzieciach i próbują badać, na ile stały kontakt z zaburzonymi rodzicami jest w stanie wpływać na – mimo wszystko – harmonijny rozwój pociech, które nie muszą przecież odpowiadać za błędy swoich najbliższych. Nie wiemy wiele o dzieciach, ale przede wszystkim praktycznie niczego o pacjentach szpitala Świętej Patrycji. Otrzymując pracę w przedszkolu, Jan dowiaduje się także, iż jednym z najważniejszych zakazów jest zakaz podejmowania jakichkolwiek rozmów na temat pacjentów placówki. Szybko okaże się, iż nie jest to jedyna kwestia w zasłonie milczenia, a inni pracownicy przedszkola także znaleźli się w nim nieprzypadkowo i mają pewne swoje plany. Takie jak Jan.

Akcja rozgrywa się niespiesznie i w kilku czasach. Poznajemy stopniowo przeszłość głównego bohatera i motywacje, jakie nim kierują po latach. Szpital z przedszkolem łączy tajemne przejście. Piwnice prowadzą z jednego świata do drugiego. Dzieci odwiedzają rodziców tylko dzięki tej umownej przestrzeni pod ziemią, ale ma ona także inne znaczenie. Dużo bardziej mroczne niż można byłoby przewidywać. Zastanawiając się nad wyborem miejsca pracy przez Jana Haugera, dowiadujemy się także o tym, co się stało przed dziewięcioma laty, kiedy popełnił poważny błąd i uczynił dziecku coś niewątpliwie strasznego. Myśląc o tym, dlaczego przyciąga go do szpitala postać pewnej wokalistki jednego albumu, zdobywamy wiedzę na temat tego, co działo się, gdy dorastał i gdy został naznaczony pobytem w miejscu, z którego nie chciał się wydostać, bo bał się świata. Hauger to postać niejednoznaczna tylko na początku i na tym Theorin doskonale buduje napięcie. Potem jego działania są dość statyczne, ale tak naprawdę nie wpadnie nam do głowy, w jaki sposób szwedzki pisarz pokieruje zdarzeniami rozwijającymi się pozornie bardzo przewidywalnie. Nie zrozumiemy tak szybko, jak bardzo bolesna jest samotność Jana i jak mocno wciąż kocha kogoś, kogo nie może przestać darzyć uczuciem. Dlaczego? „Prawdziwa miłość nie umiera śmiercią naturalną. Mordują ją ci, którzy nami rządzą”. Jan i bliska mu osoba zostali poddani próbie. Ich miłość ktoś próbował zamordować. Dwójka smutnych outsiderów odnalazła wreszcie bratnią duszę. Po to, by stracić zbyt wiele i zbyt szybko. A może nieodwracalnie.

Jan Hauger sam o sobie mówi, że jest zagubioną duszą w lodowej pustyni. To jedyny moment, kiedy Theorin zagrywa dość pretensjonalnym patosem. Opowiada o dramacie samotnego chłopca w taki sposób, że wciąż na nowo odkrywamy, dlaczego został pozostawiony samemu sobie i jak bardzo zmieniło go życie, którego objawami zewnętrznymi była chęć grania na perkusji czy obsesyjne tworzenie mrocznego komiksu z niejakim Lękliwym. Jan w przedszkolu odnajduje smutne bajki o smutnych ludziach, które stara się zilustrować; podczas lektury zmierzyć się z tym, co w nim skryte i nienazwane. Z tym, co nigdy nie pozwoliło mu się zbliżyć do nikogo dorosłego. Poza osobą, którą pokochał. Bezwarunkowo i na zawsze, choć w lęku i z wiecznym lękiem o to, iż nigdy tej miłości nie dane będzie się spełnić.

Dramatyczna historia utkana ze wspomnień bohatera zaczyna coraz silniej wiązać się z przestrzenią dość klaustrofobiczną. Mamy bowiem szpital psychiatryczny, którego wnętrze ukryte jest przed światem. To taka tajemnicza twierdza dla tych, którzy poddali się obłąkaniu albo też uwierzyli w to, iż są obłąkani. Tam znalazł swoje miejsce psychopata oskarżony o morderstwa na dzieciach i prędzej czy później ten, który dzieci wielbi bezwarunkowo, będzie musiał się z nim skonfrontować, co uczyni fabułę intensywniejszą i bardziej mroczną.

A w gruncie rzeczy Theorin w swej najnowszej książce nie tylko straszy, ale przede wszystkim zmusza do refleksji o tym, dlaczego i pod jakim wpływem możemy odciąć się od świata na tyle, by traktować go jedynie jako coś opresyjnego, gdzie nigdy nie można się odnaleźć ze swoimi mrocznymi wspomnieniami i równie przerażającymi fantazjami. Do ostatniej strony mierzymy się z zagadkami wynikłymi nie z tego, iż mamy tu gdzieś w tle dość wyraźne intrygi sensacyjno-kryminalne. Nie dostajemy odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Pytanie o to, czy miłość, jakiej nie zamordowano, pozwoli pożegnać się z samotnością, tak bolesną i tak nieznośnie wieczną. Mocny psychologiczny traktat o wyobcowaniu i nieśmiałych próbach jego przełamania. Dodatkowo świetna powieść z dreszczykiem, choć może odrobinę zbyt długa, przez co bohaterowie za często błądzą po mrocznych korytarzach czy gęstych ciemnych lasach.

2013-08-18

"Afrykańska elektronika" Jan Krasnowolski

Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 10 lipca 2013

Liczba stron: 224

Oprawa: miękka

Cena det: 23 zł

Tytuł recenzji: Voodoo, krew, sny i emigracja

Literatury tak zwanej emigracyjnej napłodzono już w tysiącach stron. Co gorsza, większość z tego wydano. To taki zalew zwrotny po tym, jak wielu zdecydowało się na to, aby żyć za granicą i czerpać z tego korzyści, najprawdopodobniej jedynie majątkowe. Oddają nam ironiczne karykatury z daleka, żeby pokazać, jak to Polak Polakowi wilkiem i że ich decyzje o wyjeździe nie były do końca trafione. I teraz, kiedy wydaje się, że na temat emigracyjnego bytu niczego ciekawego już nie można napisać, pojawia się ekscentryczna, wyrazista i siekąca ostrzem satyry książka Jana Krasnowolskiego.

Tak, tego od „Klatki”, o której przed laty niewiele się powiedziało, a która zapowiadała prozaika wyrazistego i świadomego swojej wyrazistości. Dziś możemy przeczytać „Afrykańską elektronikę”, książkę z kilku powodów energetyczną i wstrząsającą. Autor po „Klatce” pozostaje nadal przy opowiadaniach. Takich, przy których włos się jeży na głowie i takich, które odwołują się do wszelkich ludzkich mrocznych namiętności, by piętnować pewne rzeczy, a innym nadać wymiaru symbolicznego gdzieś pomiędzy światem realnym a magią, zabobonem, męczącą senną wizją. Krasnowolski jawi się w tej publikacji jako – proszę wybaczyć anglicyzm, ale rzecz dotyczy przecież emigracji na Wyspach – świetny storyteller; bez względu na to, jak odczyta się jego sprytnie kamuflujące problemy opowiadania, pozostanie na pewno przeświadczenie, że oto mamy do czynienia z kimś, kto potrafi po prostu pisać świetne teksty.

Jacy są polscy emigranci w tej książce? Niektórzy dopiero rozmyślają o tym, żeby wyemigrować, jak były zomowiec Heniek Jucha, którego przewrotny los zetknie z przełożonym, jaki kiedyś wbijał mu ideologiczne bzdury do głowy i kazał chwytać za broń. Inni tracą intratną posadkę przy fabrycznej taśmie poprzez zawiść jajogłowego rodaka – tak dzieje się w tytułowym opowiadaniu, którego bohater okrutnie mści się innym złośliwym Polaku. Jest też nocny zmianowicz na wózku  widłowym, któremu nie daje spać bohomaz w ciemnej sypialni i szmugler narkotykowy podejmujący się zadania przewiezienia do Anglii świeżutko w Marsylii wypakowanego Murzynka o zaskakująco spokojnym usposobieniu. Ale to nie oni będą w tych narracjach najważniejsi. Krasnowolski nie snuje pierwszoosobowych dramatycznych narracji o ciężkiej harówie za marne funty i niedoli Polaka pośród sytych i bogatych Brytoli. U niego wszystko, co najważniejsze rozegra się w przestrzeni między tym, co realne a tym, co mocno naznaczone grozą roją umysły mniej lub bardziej zmęczone życiem w emigracyjnej klatce.

„Afrykańska elektronika” zawiera cztery przestrogi. Najlepiej nie zbliżać się do świętego Mikołaja – pod żadną postacią. Należy unikać aparatu fotograficznego, bo nasze zdjęcie może przypieczętować i tak marny los. Lepiej nie kupować żadnego obrazu w centrum handlowym, a już na pewno nie takiego, na którym jest krwistoczerwony pontiac z lat pięćdziesiątych minionego stulecia. Unikajmy także wsiadania na prom, kiedy robi się mglisto, a na tylnym siedzeniu mamy zagadkowego małego pasażera o ciemnym kolorze skóry. Każda z opowieści snutych przez Krasnowolskiego zawsze wychodzi od bardzo rzeczywistej sytuacji bądź problemu, ale finału nigdy nie możemy być pewni. Autor stosuje różne konwencje, by opowiadać o problemach z tożsamością, snuć rozważania na temat mrocznej strony ludzkiej natury, wyłuskiwać ukryte gdzieś pragnienia, których realizacja może zamienić życie w koszmar. A jest koszmarnie w „Afrykańskiej elektronice”, i to w wielu konwencjach – filmowej, onirycznej, dwuznacznej przez związek z zabobonami z Czarnego Lądu i makabrycznej po prostu, w klaustrofobicznej atmosferze uwięzienia na morzu.

Najbardziej wyraźne jest chyba opowiadanie tytułowe oraz ostatnie, czwarte, „Kindoki” zatytułowane, Łukaszowi Orbitowskiemu dedykowane i krew w żyłach mrożące na długo. Oba dotyczą autorskiej penetracji najbardziej mrocznych i często wstydliwych rejonów, w których kryje się zawiść, rasizm, ogólna złość i frustracja połączona z różnego rodzaju lękami. Dzieje się sporo. Padają kolejne trupy po tym, jak pewien emigrant z Ghany, a potem z Londynu podejmuje się prób niebezpiecznej zabawy voodoo. Giną ludzie na promie, kiedy pod wpływem złej siły ujawniają się na pokładzie najgorsze, tłumione na co dzień, emocje; ich wybuch to symboliczna droga ku odkupieniu, tyle że prowadzący krucjatę sami odkupić się nie mogą. Krasnowolski zręcznie manewruje między tym, co prawdopodobne a tym, co miejsca mieć nie może, a jednak przecież się dzieje, kieruje losami nieświadomych niczego ludzi. „Afrykańska elektronika” to też cztery mistrzowskie rozwiązania fabularne, na które czeka się, zupełnie ich nie przewidując, co powoduje, że napięcie wzrasta, a niepewności i symbole mnożą się bez końca.

Krew, masakry, przemoc i zbrodnie – to wszystko wykorzystane jest inteligentnie i bez nadmiernego epatowania, choć niektóre teksty niebezpiecznie zbliżają się do poetyki taniego horroru; na szczęście tylko na chwilę i chyba świadomie. Nowa książka Jana Krasnowolskiego to przesycona atmosferą niesamowitości emigracyjna rozprawa z polskością częściowo, ale z ludzkością tak w ogóle. Tą kumulującą w sobie zło, jakiego nie jest się świadomym. A kiedy to zło się ujawni, może być już tylko krwawo i dramatycznie. Tyle tylko że nie o krew i mrożące ją w żyłach sceny autorowi „Afrykańskiej elektroniki” naprawdę chodzi…

2013-08-16

"Papusza" Angelika Kuźniak

Wydawca: Czarne

Data wydania: 14 sierpnia 2013

Liczba stron: 200 

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wrażliwość napiętnowana

Warto na początku oddać głos samej Bronisławie Wajs, jak czyni to autorka książki o niej, Angelika Kuźniak. „Co może powiedzieć stara Cyganka podobna do prawdziwka zapomnianego w jesiennym lesie?”. Okazuje się, że sama nie powiedziała zbyt wiele. Wiele natomiast powiedziano za nią i o niej, bo biografia cygańskiej pięknej i wyklętej lalki, Papuszy, wdzięcznie się wpisuje w nurt legend o żywotach tych, którzy żyli do świata niedopasowani, bez zrozumienia i bez wsparcia. Czy moglibyśmy o niej usłyszeć, gdyby uciekający przed bezpieką Jerzy Ficowski nie znalazł schronienia w romskim taborze? Czy poznalibyśmy Papuszę, gdyby nie napisała do Juliana Tuwima wiersza w podziękowaniu za to, że zlitował się nad umierającą na gruźlicę Cyganką? Być może głos Bronisławy Wajs został zauważony przede wszystkim dzięki czasom, w jakich napisała swe utwory. Może paradoksalnie warto być wdzięcznym socrealizmowi, który chciał zbliżyć się do ludowości i folkloru w sztuce, odpuszczając sobie kobiety na traktorach, a przyglądając prostym wierszom tej, co z taboru była, a potem powiedziała o sobie „znikąd jestem”?

Jakkolwiek patrząc na literacką wartość twórczości Papuszy, na pewno poruszy jej biografia; los kobiety, której odebrali wolność i godność ci, co wiecznie spragnieni wolności, uciekali od osad, nie chcieli być zależni, nie chcieli pracować i wiecznie parli naprzód, ku spełnieniu w drodze. Cyganie odmówili Papuszy prawa do spełnienia poetyckiego. Czy cała nędza tej kobiety i ostracyzm, jakie Kuźniak przedstawia bardzo wyraźnie, choć bez autorskiego komentarza, to wina tych kilku prostych wierszy, czy może też niezłomnej postawy Papuszy, która nigdy nie wyrzekła się swej wrażliwości, choć musiała ją okupić w świecie niewrażliwym na to, co ma do powiedzenia? Przecież wcale się nie prosiła, by robić z niej poetkę, zapisywać do Związku Literatów Polskich, organizować spotkania poetyckie… W jednym z listów Wajs pisze: „Pszecież nie jestem pisarzem ani tesz poetką tylko Cyganką z lasu, która żyje przyrodą”. Subtelność i lekkość jej tekstów osadzona była w naturze; w tej naturze Papusza żyła i jej była wierna do końca. Tymczasem zbieg wielu okoliczności spowodował, iż została uznana za magerdo, skalaną. I nigdy nikt nie przywrócił jej temu środowisku i tej społeczności, którą kochała jak naturę i w której nie mogła zrozumieć okrucieństwa, z jaką ją traktowano…

Kiedy się urodziła? Cyganie nie odmierzają czasu tak, jak my. Nie liczą się z nim, bo go nie potrzebują. Jakaś tam data określona została, ale nie wiemy, kiedy rozpoczął się ten żywot fatalny, naznaczony cierpieniem, niezrozumieniem i wyobcowaniem tak silnym, jak silne jest przywiązanie Romów do życia w grupie. Z której to grupy Papuszę odizolowano. Później. Bo kiedy się narodziła, zaczęła żyć koczowniczym życiem bez zobowiązań i bez celu, gdzie ważne było, by być blisko z takimi, jak ona i w taborze poznawać codziennie świat na nowo; ten bliski naturze i z nią zsynchronizowany. Była wolna. Wolności nie odebrały jej ani traumatyczne przeżycia z okresu wojny, ani też nieszczęścia, z którymi dzielnie sobie radziła. Papusza była impulsywna i kochała całą sobą. Blizna na jej twarzy to ślad cygańskiej krewkości i romansu, w jaki wdała się przed laty. Kiedy chciała powalczyć o prawdziwą miłość, była już żoną Dionizego i wiedziała, gdzie jej miejsce. Wiedziała, że cygańska kobieta nigdy nie opuszcza męża. Chociaż była przez niego bita i poniżana, została przy nim. Do śmierci, po której celu już nie było. Nie było także wsparcia cygańskiej braci i od tego wyobcowania w bólu Kuźniak rozpoczyna swój reportaż, przykuwając uwagę natychmiast i bezgranicznie do historii tej, która… nigdy nie zdradziła siebie.

Była taką pieśniarką do melodii wziętych z natury. Chciała kimś takim pozostać. Bliska relacja z Ficowskim zaowocowała drukiem jej wierszy oraz w ostateczności pomogła mu, by w 1953 roku wydał historyczno-obyczajowe szkice o cygańskim folklorze. Od tego prawdopodobnie zaczął się dramat Papuszy. Ta niezwykle przedstawiana przez nią ludowość, która zachwyciła tak wielu, była jednocześnie aktem zdrady dla Cyganów, którzy postanowili Bronisławę Wajs ukarać. Okrutna to była kara i jej konsekwencje przedstawiają ostatnie, najbardziej dramatyczne rozdziały reportażu. Te, które przykuwają uwagę najmocniej i są świadectwem odrzucenia, którego powodów odrzucona nie jest w stanie zrozumieć. Po latach gorzko wyzna, iż to, że nauczyła się czytać i pisać – samodzielnie zresztą – było dla niej przekleństwem. Czy wiedząc o tym, co się wydarzy, porzuciłaby pisanie i wiodła koczowniczy tryb życia z innymi Romami? Możemy się tylko domyślać. Także tego, czy dzisiaj fenomen Papuszy byłby dostrzeżony, wart uwagi i inwestycji, nawet finansowych – bo przecież potrzebowała z Dyźkiem pieniędzy, by przeżyć w spartańskich warunkach po tym, gdy podjęli decyzję o osiedleniu się na stałe.

Słowa Papuszy i te o niej ilustrują w książce zdjęcia cygańskich taborów. Z okresu, kiedy jeszcze wolno im się było przemieszczać. Sprzed roku, w którym wozy musiały stanąć. I jest w tym jakaś analogia do smutnej historii Papuszy, bo jej wrażliwość, dociekliwość i chęć wyrażenia tego w słowach zatrzymały czas, w którego specyficznym rytmie wiodła życie takie jak inni. Nie przestała wierzyć w to, że inni Romowie kiedyś zrozumieją, iż nigdy ich nie zdradziła. To zatrzymanie, wtłoczenie w pewne ramy, pokazanie światu jako niepewną siebie osobę o wyrazistych wierszach – to był początek dramatu Papuszy. Kuźniak opisuje akty wnoszenia prostoty poetyckiego wyrazu Bronisławy Wajs do rangi poezji reprezentatywnej dla tej grupy społecznej, o której niczego się nie wiedziało. Okazuje się, że proste wiersze Papuszy i jej znajomość  z Ficowskim oraz Tuwimem, ukazały także nowe oblicze Cyganów. Odrzucających bezwzględnie, nienawidzących mocno, niechętnych do poznania motywów, dla których ich Papusza zrobiła coś innego, niewyobrażalnie złego w ich odczuciu.

Dzisiaj to legenda o złamanym życiu, o wrażliwości przynoszącej zło, o opresyjnym życiu odmieńca, wreszcie o poetyckiej  prostocie i pięknie, jakie zostały zniszczone… przez okrutną prozę życia. Papusza każdą niedogodność w życiu znosiła z pokorą. Kiedy skończyło się to najgorsze, w liście z naiwnym entuzjazmem pisała: „to wszystko pszeszło”. Mogła pogodzić się ze wszystkim, ale nie z sugerowaniem jej, iż wiersze to dlań przekleństwo. Były swoistym wyzwoleniem, ale i stygmatem. Do końca samotnego i gorzkiego życia, w którym pod koniec był już tylko obłęd. W nim nie było niczego pięknego. Kuźniak wydobywa piękno z biografii, tak naznaczonej czernią i boleścią. Robi to pięknie. Pokazuje nam Papuszę może nawet z większą wrażliwością niż Ficowski i Tuwim…

2013-08-14

"Ogród wieczornych mgieł" Tan Twan Eng

Wydawca: Znak

Data wydania: 14 sierpnia 2013

Liczba stron: 446

Tłumacz: Ewa Rajewska

Oprawa: miękka

Cena det: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Między pamięcią a zapominaniem…

Motyw ogrodu jest bardzo wdzięczny literacko i wielorako wykorzystywany. Tan Twan Eng snuje opowieść o ogrodzie, który jest bezpieczną przystanią i miejscem, gdzie przeszłość spotyka się z przyszłością. Wplata w nią dramatyczną historię drugiej wojny światowej w Azji Południowo-Wschodniej oraz jej pokłosie – piekło malajskiego kolonializmu. To ogród pamięci, ale także zapominania. Między nimi bowiem rozpięta będzie symboliczna problematyka tej książki. Yugiri, miejsce wieczornych mgieł, będzie najpierw przestrzenią, w której dokonuje się mistyczne poznanie i rozstanie z demonami przeszłości. Potem stanie się miejscem, gdzie przeszłość boleśnie uwiera, a wspomnienia kryją się we mgle i nie można zrobić nic, by temu zapobiec. Czymkolwiek jest ogród Enga, w nim właśnie dokonuje się proces ekspiacji; projektowanie ogrodu to swoista terapia, a nadawanie mu życia po latach jest próbą podsumowania samotnego życia, w jakim nigdy nie było miejsca na to, by zbliżyć się do prawdy o sobie tak, jak przed laty, w Yugiri.

Sędzina Yun Ling Teoh odchodzi na wcześniejszą emeryturę. Latami sądziła przestępców z kamienną twarzą, była niedostępna, niepodatna na wpływy, oddalona od świata niesprawiedliwości, jaki miała porządkować. Yun Ling mentalnie tkwi w ogrodzie Yugiri, który kiedyś uczyła się pielęgnować pod okiem Nakamury Aritomo, byłego cesarskiego ogrodnika, drzeworytnika, artystę tatuażu. W młodości naznaczyła ją trauma pobytu w japońskim obozie dla internowanych. Tam ją okaleczono, ale to nie brak palców lewej dłoni jest najgorszy. Yun Ling wciąż słyszy słowa siostry, której nie udało się uratować. Nadal ma przed oczami obrazy okrucieństwa i wie, że tak naprawdę nigdy się z obozu nie uwolniła. Próbowała przed laty i znalazła bezpieczną przystań. U boku Japończyka. Tego, którego rodacy dopuścili się tak wielkich okrucieństw. Sędzia Teoh po latach wymierzania sprawiedliwości, którą odebrano jej w obozie, wraca do ogrodu wspomnień, gdzie musi zmierzyć się z faktem, iż jej umysł odmówi niebawem posłuszeństwa i trudniejsze niż przypominanie sobie przeszłości będzie stopniowe zapominanie o tym, kim się jest i co się przeżyło…

Yun Ling przeraża fakt, iż niebawem wszystkie wspomnienia, te dobre i naznaczone okrucieństwem czasu wojny, nie będą już istnieć, a tym samym wykorzenią ją z tego miejsca, gdzie nieśmiało próbowała znaleźć swe korzenie. „Bo kim jest osoba pozbawiona wspomnień? Uwięzionym między światami duchem, bez tożsamości, bez przyszłości, bez przeszłości”. Yun Ling walczy o swą tożsamość do końca. Tę, której część odebrano w obozie i tę, którą uratował Aritomo i jego ogród. Walczy o to, by ponownie ożywić ich wspólny raj na ziemi, doświadczenia sprzed lat, przeżycia mające wpływ na to, kim się stała i jak żyła. A czas w Yugiri, do którego wraca po latach, jest czasem wciąż mającym miejsce. Tylko tam i tylko u boku Aritomo Yun Ling odważyła się stanąć twarzą w twarz z demonami przeszłości i zmierzyć się z tym, czego nie zrobiła, by uratować siostrę i prawdopodobnie samą siebie.

Frederik Pretorius, wieloletni przyjaciel Yun, jest zwolennikiem naturalnych ogrodów i chętnie zniszczyłby to, co ona wraz z Aritomo przez lata upiększała. Spotkanie z Frederikiem po latach, gdy towarzyszą obojgu mroczne wspomnienia z okresu, gdy Yun Ling terminowała u Aritomo, to spotkanie nie tyle sentymentalne, co raczej będące podsumowaniem drogi życiowej obojga. Razem stawiają czoła starości i samotności. Są obok siebie, ale tak jak zawsze jednak w dwóch różnych światach. Frederik zrobi wszystko, by postępująca choroba przyjaciółki nie odebrała jej wspomnień. Tylko czy cokolwiek można zrobić, kiedy żyje się w klatce własnej pamięci, dla której nie będzie już miejsca za chwilę?

Postać Nakamury Aritomo jest bardzo enigmatyczna, ale inaczej być nie może, bo poetyka „Ogrodu wieczornych mgieł” opiera się na niedopowiedzeniach, niejednoznacznościach, na symbolach wieloznacznych i dotykających swoją tajemnicą. Aritomo jest samotnikiem jak Yun Ling. Nie dopuszczał się takich okrucieństw jak rodacy podczas wojny i chce, by obecna w jego ogrodzie Teoh pożegnała to, z czym walczy do tej pory. A walczy nie tylko z niechęcią do Japończyków, ale przede wszystkim ze wspomnieniem, iż nie uratowała siostry; jedyne, co mogła potem, to zaprojektować dla niej ogród taki, jakim zachwycała się w młodości. Okaże się, iż część tej misji spełni się u boku Aritomo. Przy tym rozważnym i opanowanym ogrodniku Yun Ling zbliży się do tajemnic życia, jakim nie daje miejsca w świadomości. Tej rozdartej między tęsknotą za siostrą a zafascynowanej kunsztem miejsca, gdzie Aritomo grzebie na zawsze ból przeszłości, naznaczając swą towarzyszkę śladem, w którym zawrze wyjaśnienie, czym może być jej przyszłość.

Tan Twan Eng w Yugiri zawarł wschodnioazjatyckie wyobrażenie o raju na ziemi. Takim raju, za którym można tęsknić podczas drugiej wojny światowej i po niej także, gdzie Malaje żyją w lęku przed tym, jak wyglądać będzie przyszły świat i nadziejami na niepodległość wynurzającą się z krwi. Kontekst historyczny w „Ogrodzie wieczornych mgieł” jest bardzo ważny, ale nie najważniejszy. Dzięki traumie wojennej, która naznacza właściwie każdego bohatera tej książki, możemy zrozumieć rozpaczliwe pragnienie wyzbycia się lęków i chęć do tego, by żyć bez lęku, bólu i nienawiści w sercu. Aritomo tańczy z Yun Ling ostatni taniec do muzyki słów. Słowa bowiem będą drogowskazami, by pożegnać się z przeszłością. Tymczasem los każe opuścić miejsce, w którym ekscentryczna na pozór para uczy się wzajemnie wybaczać to, co minęło. Po latach Yun Ling wraca, ale tak naprawdę nigdy nie pożegnała się z Yugiri. Przecież  „kto raz opuści granice swojego świata, nie powinien liczyć na to, że będzie on na niego czekał”. Ogród czeka na bohaterkę, bo nigdy się z nim nie rozstała. Doświadczenia u boku Aritomo wzmocniły ją… w samotności i odosobnieniu. Pozbawiły jednak złych uczuć i pragnienia, by się mścić. Dały jej wykładnię nowego życia i Yung Ling to wykorzystała. By ponownie skryć się przed światem tak, jak zawsze to robiła.

Należy się zastanowić, który dramat wyeksponowany przez Enga jest w tej powieści ważniejszy. Czy to, jak wiele bólu niesie w sobie każda próba zapamiętywania świata, o jakim chciałoby się zapomnieć? Czy może jednak proces zapominania, oddalania się od wspomnień, jakie konstytuują tożsamość? Pamięć ludzka to główny bohater tej książki. Niewątpliwie specyficznej i usytuowanej w czasie oraz miejscu, do którego nasze europejskie umysły nie do końca będą miały dostęp. To w gruncie rzeczy bardzo statyczna i chwilami niewolna od dłużyzn powieść o wulkanie emocji i przeżyć. Tan Twan Eng za pomocą prostych środków zamienił tę dramatyczną historię w konfesyjną, stonowaną opowieść o mroku wspomnień i pustce zapomnienia. Ta opowieść ma ocalić czyjąś pamięć, ale być jednocześnie przejmującym świadectwem przemijania, w którym liczy się mistyka przeżyć. W niezwykłej przestrzeni ogrodu, jaki nosi się w sercu.

2013-08-12

"Pokój na wodzie" Roberto Pazzi

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 14 sierpnia 2013

Liczba stron: 230

Tłumacz: Monika Woźniak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Płynąc Nilem…


Lubię powieści, które nurzając się w przeszłości, kreują alternatywny los dla postaci znajdujących się na marginesie historii. Roberto Pazzi postanowił opowiedzieć o losach Cezariona – ostatniego faraona egipskiego, syna Juliusza Cezara i Kleopatry – na swój własny sposób, tworząc tym samym przejmującą powieść o samotności pośród okrucieństw, zdrad, przelewanej krwi i niepewności jutra. Takiej samotności, która boli, gdyż wyrasta z pustki i zagrożenia. Jest dojmująca, bo nie do pokonania; ślepy los wiedzie ku zagładzie duszę, dla której nie ma już miejsca na świecie i którą trzeba zgładzić. Tak, Cezarion został zgładzony. Pazzi opowie o tym, jak mogłyby potoczyć się jego losy inaczej, budując niespieszną i subtelną, choć nieco ekscentryczną narrację o ostatnim rejsie po Nilu, w jaki wyprawiła Cezariona matka…

Opowieść rozpoczyna się od rozmyślań Juliusza Cezara. Od pierwszych zdań wkraczamy w atmosferę nieznośnego fatalizmu i udręki. Coś wisi w powietrzu, coś niedobrego się wydarzy – teraz i za jakiś czas. Cezar wspomina Wercyngetoryksa, pojmanego przed laty barbarzyńcę, którego nareszcie chce zabić. Ich wzajemne relacje są co najmniej skomplikowane. Pokonany wchodzi w więź zależności z tym, który go pokonał. Za chwilę coś się wydarzy. Coś się skończy. A może jednocześnie coś zacznie? Dramatyczne dylematy z 46 roku p.n.e. będą paralelne z tymi, jakie poznamy na pokładzie statku płynącego w 30 roku p.n.e. w górę Nilu, gdzie uchodzący z Egiptu osiemnastoletni Cezarion ma odnaleźć drogę ku zbawieniu, by żyć na wygnaniu równie osamotniony co dotychczas. Pozornie mroczna introdukcja z jego ojcem niewiele będzie mieć wspólnego z dalszą narracją. Tymczasem rozpoczyna się opowieść, w której dużą rolę odegra obezwładniająca od pierwszego wrażenia Etiopka, jaka zmieni bieg zdarzeń historii starożytnej i zmusi do spojrzenia na opowieść Pazziego jako na ponadczasową parabolę ludzkiego wyobcowania i naznaczenia przez historię rolą, której nie chce odegrać.

Na pokładzie statku wraz z Cezarionem podróżuje Lania, niańka samej Kleopatry. Dostrzeżemy silny związek emocjonalny niewolnicy ze swym panem, który cementuje erotyczna, zakazana i przez to lepiej smakowana namiętność. W Lanii zakochany jest wychowawca Cezariona Rodon, który chce zapobiec dalszej podróży i nakłonić młodzieńca do tego, aby wrócił i by oddał się w ręce Oktawiana. Rodon metodycznie planuje, w jaki sposób zmusić załogę statku do powrotu. Intryga wydaje się być okrutna, a zamieszane w nią osoby są bezwzględne i zdeterminowane. Na statku zaczyna panować atmosfera zagrożenia i niedomówień. Jest coraz bardziej niejednoznacznie. Bunt i odwrót wyprawy są coraz bardziej realne. Kiedy wydaje się, iż niecny plan Rodona zostanie zrealizowany, statek Cezariona mija na Nilu hebanowy okręt, który płynie w odwrotnym kierunku. Na jego pokładzie znajduje się Afra. Płynie ku Aleksandrii, by się ocalić. Cezarion odbywa odwrotną podróż z tym samym zamierzeniem. Ich życie to w gruncie rzeczy podobne historie, które staną się jednością. Na jaki pomysł wpadną, by się wyzwolić? Dokąd ruszą? Czy ku wyzwoleniu? Przecież śmierć pisana jest prawdopodobnie wielu ludziom na obu pokładach. Co się wydarzy? W jaki sposób Cezarion i Afra wyznaczą swemu życiu nowy bieg?

Warto zwrócić uwagę na fakt, że relacje międzyludzkie na statku Cezariona odzwierciedlają życie dworskie, w którym mamy spiski, tajemnice, manipulacje i korupcję. Mroczna atmosfera rejsu zagęszcza się i trudno przewidzieć, do czego doprowadzi. Nie jest też przewidywalne, w jaki sposób Roberto Pazzi rozwinie zdarzenia w tak niezwykły sposób zainicjowane przy spotkaniu na Nilu dwóch statków. Autorski punkt widzenia obejmuje nie tylko dramaty młodych, którzy uciekają. Dość dokładnie i z zachowaniem dbałości o starożytne realia, Pazzi portretuje też postaci drugiego planu, wikłające się w konflikty i przeżywające rozterki. Wiele krwi ze statku spłynie do Nilu. Zbyt wielu straci możliwość decydowania o swoim losie, choć przecież tak niewielu taką możliwość w ogóle ma. W moim odczuciu mankamentem powieści jest skupianie się właśnie na tych dramatach drugiego planu, choć są wyraziste i dość ciekawie uzupełniają wiedzę o wyobcowanym Cezarionie i Afrze. Moglibyśmy mieć w gruncie rzeczy genialny zapis kameralnego dramatu. Starożytnego monodramu z fatum, któremu chce się stawić opór. Bo przecież Cezarion, tak jak wcześniej jego ojciec, stoi w centrum autorskiego zainteresowania i to od początku do końca przykuwa uwagę. Trudno w konwencji tak dostojnej i majestatycznej prozy ukazać prawdziwy dramat młodzieńca, który niczym Faeton spada strącony – z tronu, z władzy, z życia. „Pokój na wodzie” jest zatem trudną do jednoznacznego sklasyfikowania powieścią, albowiem Roberto Pazzi rozprasza czytelniczą uwagę, kierując ją do miejsc, zdarzeń i postaci, które nie są prawdopodobnie kluczowe.

Czyta się tę na nowo napisaną historię Cezariona mimo wszystko wybornie, bo nacisk położony jest nie na akcję, a przeżycia – tak niejednoznaczne i tak trudne do wyrażenia przez tych, co cierpią i nie mogą zrobić nic, by zaradzić temu cierpieniu. Mamy tutaj opowieść o niedojrzałym emocjonalnie władcy, który rządzi wszystkim, lecz nie własnym losem. Uciekający w ramiona starszych kobiet chłopiec jest dla innych mężczyzną, którego należy się bać. Wydaje się przecież wyzbyty wszelkich namiętności. Dopadają go one tam, gdzie nikt nie może mieć dostępu, by wykryć słabości Cezariona. Przypadkowe spotkanie z niezwykłą Afrą odmienić może losy ich dwojga, ale w jaki sposób się to stanie?

„Pokój na wodzie” to niespiesznie snuta opowieść o nieprzewidywalności losu. O tym, że tego losu panami być nie możemy. O skrytych słabościach i otwartej obojętności. Tej wynikłej z pustki, jaką w duszach uczyniła dojmująca samotność, na chwilę obezwładniona, okiełznana, oddalona… To historia o tym, jak wiele zawsze może się wydarzyć i jak bardzo nie panujemy nad losem, nie rozumiemy swego przeznaczenia, biernie poddajemy się przypadkowi, kierując żądzami i emocjami tak ulotnymi, jak trudny do uchwycenia jest nastrój ten książki. Sentymentalny. Mroczny. Duszny i przygnębiający, a jednocześnie w ciekawy sposób magiczny i kuszący. Pazzi tak jak Konstandinos Kawafis oddał literacki hołd temu, któremu los szybko odebrał rodziców, władzę i przyszłość, historii każąc milczeć o biografii szarej i wyraźnie niedokończonej. A jednak przecież – czego dowodzi ta książka – fascynującej.

2013-08-10

"Siła strachu" Koethi Zan

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 19 lipca 2013

Liczba stron: 344

Tłumacz: Janusz Ochab

Oprawa: miękka

Cena det: 32 zł


Tytuł recenzji: Okrucieństwo na zawsze

Książki kwestionujące człowieczeństwo w sytuacjach ekstremalnych staram się omijać szerokim łukiem. Zwykle uświadamiam sobie, jak wiele okrucieństwa jest w stanie znieść człowiek i jak niewiele sam mógłbym unieść. Zdarza mi się od czasu do czasu przeczytać rzecz, która pokazuje degradację człowieka, nie odbierając mu jednak pewnej godności i silnej woli, by walczył. Taką jak ta. Koethi Zan napisała dynamiczny thriller o degradacji kobiecości przede wszystkim. Daleko jej do surowego opisu tego procesu, który genialnie prezentuje Steinar Bragi w "Kobietach". Islandzkie okrucieństwo względem kobiety nie różni się niczym od tego, co proponuje amerykańska pisarka, niemniej jednak jej książkę dynamizuje akcja, prawie zatrzymana u Bragiego, i to właśnie w karkołomnym splocie zdarzeń poznawać będziemy historię upodlenia, zniszczenia i  sadyzmu. Historię, w której ofiary walczą o siebie. Przez całe życie.

Sara i Jennifer wiele razem przeżyły. Wbrew temu, co robią nastolatki upojone wolnością, one obkładają się nakazami i zakazami. Analizują wszelkie możliwe formy zła, jakie mogą je w życiu spotkać i starają się stworzyć zbiór zasad, dzięki którym nie spotka ich nic przykrego. Myślą, że są w stanie zrozumieć ogrom zagrożeń, ustrzec się przed nimi, oswoić istotę zła. Nie mają pojęcia o jego prawdziwym wymiarze do momentu, w którym nie wsiądą do czarnego sedana, jaki zawiezie je do piekła… Przyjaciółki wspólnie pożegnały matkę Jennifer, ale po tym zdarzeniu powitały wszelkiego rodzaju lęki, jakie towarzyszyły im na każdym kroku. Co dzień obliczały prawdopodobieństwo spotkania się z czymś niebezpiecznym i co dzień wierzyły, że dobrze się zabezpieczają przed nieszczęśliwymi wypadkami. Kiedy znajdą się skute łańcuchami w piwnicy psychopatycznego sadysty, dotrze do nich, że nie zabezpieczyły się przed złem do końca. Zło wedrze się do ich ciał i umysłów, powodując, iż żadna nie wyjdzie z opresji; ani ta, co zginęła, ani ta, co będzie żyć.

Sarę poznajemy po dziesięciu latach od momentu, w którym odzyskuje wolność. Trzy lata w piwnicy, trzy lata torturowania – z tym nie można po prostu żyć. Spadek Sary po tamtych wydarzeniach? „Zaburzenia opresyjno-kompulsywne, agorafobia, hafefobia, nerwica pourazowa”. Kobieta żyje wycofana i zamknięta w czterech ścianach bezpiecznego apartamentowca na Manhattanie. Pielęgnuje swoje lęki i fobie, odcinając się od ludzi. Trwa w wiecznym zawieszeniu, rozmyślając i analizując wciąż na nowo, dlaczego nie udało jej się uratować przyjaciółki. Jej śmierć przed laty to największa porażka Sary. Drugą wydaje się fakt, że sadysta zwyciężył w swej chorej grze, albowiem uzyskał dostęp do umysłu Sary, jej wcześniejszego życia, jej pragnień i oczekiwań. Sara od czasu uwolnienia żyje w nieco innym strachu niż wcześniej, ale pewne jest to, iż nigdy nie pożegnała się z traumatycznymi zdarzeniami, a wspomnienia niszczą ją od środka bez względu na lata terapii, przy jakiej się otworzyła i bliskich ludzi wokół, dla których wciąż jest kimś wyobcowanym.

Sara nie radzi sobie. Jest jej coraz trudniej, bo wciąż dostaje listy z więzienia od swego oprawcy. Bardzo prawdopodobne jest, iż za kilka miesięcy wyjdzie on na wolność warunkowo. Ten fakt popycha Sarę do działania. Chce zrozumieć, co tak naprawdę się stało, przez co przeszła i jakie miało to znaczenie dla tego, który krzywdził. Chce też odnaleźć ciało przyjaciółki, ale przede wszystkim świadomie stawić czoła wspomnieniom, które niszczą i zabijają wolę życia. Życia na wolności przecież. Sara ruszy do Oregonu, gdzie nigdy miała się już nie pojawić. Odnajdzie ludzi związanych z oprawcą, wejdzie do jego środowiska, odkryje dotychczas nieznane fakty i powiązania, jakie zlekceważyła przed laty policja. W tej piekielnej wędrówce będą jej towarzyszyć dwie inne ocalałe. Tracy, która wydaje się dzielna i Christine, dla której życie po koszmarze w piwnicy nadzwyczaj szybko wróciło na normalny tor. Trzy ocalałe muszą po latach zjednoczyć siły, by zamknąć przeszłość, ale także ocalić kogoś poza nimi…

Koethi Zan skonstruowała powieść w ten sposób, że wciąż jesteśmy zaskakiwani na nowo, a narracja mnoży coraz bardziej nieprawdopodobne i sensacyjne aspekty sprawy sprzed wielu lat. Choć wiemy, że trzy ocalałe kobiety rozpoczęły nowe życie, a ich oprawca przebywa w więzieniu, nie znamy żadnych szczegółów tamtego okresu sprzed lat, gdy walczyły w piwnicy o kolejny dzień. Poznając poczynania Sary, która dokonuje rzeczy niemożliwych, by zwalczyć się taką, jaką wcześniej była i by dzielnie stanąć twarzą w twarz z ukrytymi prawdami, odkrywamy jednocześnie, w jaki sposób zniewolone dziewczyny radziły sobie w ekstremalnej, wieloletniej sytuacji upokorzenia. Przeplata nam się więc przeszłość z teraźniejszością i sami nie wiemy, gdzie rozgrywa się większy koszmar. Bo okazuje się, że tortury i lata w piwnicy mogą stać się niczym z demonami, jakie przychodzą dziesięć lat później i które udowadniają, że strach nigdy nie minął…

A pławi się w nim błyskotliwy i charyzmatyczny nauczyciel akademicki. Jack Derber porywa młode kobiety, więzi je, bawi się nimi i odziera je z resztek godności. W piwnicy jego domu poznają, czym jest ból i upokorzenie. Sama postać oprawcy jest o tyle ciekawa, że poznajemy ją z każdej możliwej strony, ale nie dotrzemy do jasnego wytłumaczenia, dlaczego pastwił się nad ofiarami. Dzieciństwo skryte jest we mgle. Motywacje, które nim kierują, gdy pisze listy z więzienia, także są dość niejasne. Próbujemy zbliżyć się do prawdziwej tożsamości psychopaty tak samo jak trzy byłe ofiary próbują zrozumieć własną tożsamość oraz skomplikowane relacje, które łączą je po latach. Dlaczego Tracy tak nienawidzi Sary? Skąd Christine wzięła siłę, by po prostu normalnie żyć, nie dręcząc się przeszłością? Kto tak naprawdę odpowiedzialny jest za to, że przed laty znalazły się w piwnicy i jaki sens miało ich niezawinione cierpienie, podczas którego utraciły nie tyle godność, co poczucie własnej wartości? Być może na zawsze.

Thriller Koethi Zan rozgrywa się na kilku płaszczyznach. Zwolennicy wartkiej akcji i niekonwencjonalnych jej zwrotów będą usatysfakcjonowani na równi z czytelnikami, którzy spojrzą na tę książkę jak na mroczną przypowieść o tym, że najbardziej nawet opresyjną przeszłość trzeba do końca zrozumieć, aby… przetrwać i zamknąć ją w sobie, by nie bolała wciąż na nowo. Sensacyjna fabuła chwilami nie jest wolna od rozwiązań co najmniej mało prawdopodobnych albo wręcz nielogicznych, jednak czyta się tę książkę z niesłabnącym poczuciem zaangażowania w sprawę. Spektakularny finał nie tyle zaskakuje, co być może trywializuje egzystencjalną problematykę narracji, niemniej jednak Zan stara się zadać wiele niewygodnych i zawsze trudnych pytań o to, ile możemy znieść zła i jak bardzo to zło naznacza nas. Na zawsze.

2013-08-08

"Niewidzialny most" Julie Orringer

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 19 czerwca 2013

Liczba stron: 752

Tłumacz: A. Mitraszewska, N. Dzierżawska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 44,90 zł


Tytuł recenzji: Architektura serc

Takich powieści już się w dzisiejszych czasach nie pisze. Takie opowieści trącą nadętym sentymentalizmem albo naznaczają się archaiczną tematyką, bo przecież o drugiej wojnie światowej napisano już wszystko, a o miłości na przekór wojnie tym bardziej. „Niewidzialny most” to jednak warta uwagi książka nie tylko dlatego, że zestawia ze sobą rzeczywistość przedwojenną i koszmar przetrwania w wojennej zawierusze. To specyficzne świadectwo wielkiej wrażliwości amerykańskiej pisarki, która – niczym nastolatka z epilogu książki – chce zrozumieć to, co niepojęte i niezrozumiałe. Nadać temu wagi swymi słowami, ożywić przeszłość i duchy tych, dla których życie skończyło się zdecydowanie za wcześnie i którym nie było dane przejść na drugą stronę niewidzialnego mostu, jaki buduje w sercach niezwykła para – młody węgierski student architektury i starsza od niego o dziewięć lat francuska nauczycielka baletu skrywająca w sobie bolesną tajemnicę i wiele niezabliźnionych nigdy ran.

Julie Orringer z epickim rozmachem penetruje czas i zdarzenia, do których sama docierała tak, jak jej bohaterowie docierają do świadomości tego, po co i dla kogo są naprawdę oraz kim się staną, a kim mogliby być. Niespiesznie snuta opowieść obejmuje lata tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej i czas po niej, kiedy przewartościowano wszelkie idee i kiedy świat musiał zacząć żyć na nowo po czymś, co było świadectwem hańby człowieczeństwa w ogóle. „Niewidzialny most” traktuje o wielu wciąż wdzięcznych literacko dylematach. To książka o miłości ponad wszystkim, ale przecież nie tylko miłość jest tu eksponowana. To historia wielkich nadziei, które nijak mają się do rozsądku i wbrew niemu pozwalają na to, by przetrwać najtrudniejsze chwile. To także poruszająca opowieść o desperacji, w której podejmujemy często irracjonalne kroki i wiodą nas one tam, gdzie pewnie byśmy się nie widzieli. Historia dwóch węgierskich rodzin, które łączą się ze sobą, by wspólnie przeżyć wojenne piekło i by dać z siebie wszystko dla tych, co kochają, gotowi są do kompromisów, wspólnie planują przyszłość i potrafią się szanować. Orringer napisała także mroczną, gorzką i przejmującą swym okrutnym realizmem powieść o utratach, na jakie nigdy nie jesteśmy gotowi i o świecie, który stać się może piekłem, jakiego człowiek nie mógłby się spodziewać.

Andras Lévi, prosty węgierski chłopak z równin – Hajdú – otrzymuje niezwykłą szansę od losu. W 1937 roku pakuje się i wyjeżdża do Paryża, gdzie dzięki stypendium będzie mógł studiować architekturę. Ten ufny i prostolinijny dżentelmen zgadza się wyświadczyć pewną przysługę, przewożąc z Budapesztu paczkę oraz list. Paczka trafia do Józsefa Hásza, utracjusza i libertyna, który wykorzystuje to, iż może prowadzić awangardowe życie towarzyskie w Paryżu, lekkomyślnie podchodząc do tego, co przyniesie los. Andras widzi w nim kogoś innego niż postać, jaką kreśliła jego matka, obiecując, iż József zajmie się nim po przyjeździe do francuskiej stolicy. Tymczasem pomaga mu ktoś inny, a jest to jadący tym samym pociągiem do Paryża Zoltán Novak. Kiedy okaże się, że z powodu żydowskiego pochodzenia Andrasa jego stypendium zostanie wstrzymane, to Novak zaoferuje mu pracę, by mógł nadal studiować i wierzyć w swe architektoniczne wizje, tworzyć nowatorskie projekty, ufać losowi mimo przeszkód i … zakochać się, szaleńczo i bez pamięci w kimś, kogo poznawanie będzie wymagało od niego, by dojrzał szybciej niż by chciał. Wspomniani mężczyźni odegrają w dalszym życiu Andrasa znaczącą rolę i nikt nie podejrzewałby, że ich losy tak dramatycznie i zupełnie nieprzewidywalnie połączą się zbiegiem wielu okoliczności, wokół których Orringer snuć będzie dalej swą wielowątkową opowieść.

Paryska rzeczywistość przedwojenna zarysowana jest dokładnie i dużą dbałością o szczegóły. Chłonie się atmosferę miasta, uczestniczy w miłosnych podbojach Andrasa, poznaje jego znajomych, cierpi wraz z nim i raduje tym, czego może do końca nie rozumie, ale w co wierzy tak, jak wierzy w przyszłość z Claire Morgenstein, bo to do niej adresowany jest list, jaki przewozi z Węgier. Długo znajdujemy się w świecie przeżyć głównego bohatera i wraz z budzącym się do życia uczuciem w jego sercu jesteśmy świadkami niepokojących znaków, które wieszczą potworności, jakich zakochani i ich znajomi nie mogą przeczuwać.

Bo to jest też u Orringer zasadniczym walorem powieści – my wiemy, co może czekać tych, dla których czas w Paryżu prawie się zatrzymał. Wiemy, czego mogą się spodziewać, gdy zmuszeni zostaną do powrotu (Claire, Novak, Hász – wszyscy są Węgrami). Zdajemy sobie sprawę z tego, co zapoczątkuje rok 1939. Oni tymczasem nie są tego świadomi. Z naiwnością, a może po prostu z naiwną wiarą w lepszą przyszłość pozwalają swej teraźniejszości być czasem bezpieczeństwa i swobody. Wszyscy przewartościują swoje poglądy, postawy i zapatrywania, kiedy świat wokół zmieni się nie do poznania. Uczestniczymy w powrotach do Budapesztu, bezgłośnie krzycząc, by zawracali, bo nie wiedzą, co ich czeka. Nie wiedzą. Nie mają pojęcia o tym, czym jest życie, czym jest walka o nie i nigdy nie przewidywaliby, jakie dramaty czekają na każdego z nich z osobna. Czy rozkwitająca miłość, borykająca się z trudnościami i wiecznym niespełnieniem, da siłę do tego, by przetrwać w piekle?

W jaki sposób wojna wpłynie na losy trzech braci? Przecież „Niewidzialny most” to także historia braterskiej więzi, która wystawiona będzie na próbę. Andras wierzy w to, że będzie architektem. Starszy Tibor od lat oszczędzał, by podjąć we Włoszech studia medyczne. Najmłodszy Mátyás trochę im zazdrości, ale jego niepokorna dusza każe mu tańczyć, stepować i wierzyć w to, iż kiedyś swym witalizmem zarazi innych, wiodąc artystyczny żywot. Kogo wojna oszczędzi, a komu nie da spełnić swych marzeń? Bliska relacja między braćmi Lévi ukazana jest wieloaspektowo; każdy z nich jest inny, ma inne priorytety, inny jest jego świat marzeń i pragnień. Więź, która łączy braci, wydaje się nie tyle głęboka, co przede wszystkim wzmocniona tym, w jaki sposób i przez kogo zostali wychowani. Nad każdym z nich coraz wyraźniej wisi stygmat bycia Żydem. Nie tylko nad nimi. Wielu skazanych na życie w wojennej zawierusze bohaterów Orringer jest nie tyle naznaczonych mimo woli, co w pełni świadomych tego, w jaki sposób judaizm konstytuuje ich samych. Bez względu na czas i okoliczności.

Od momentu, w którym zafascynowany Andras śledzi aktorów w Węgierskiej Operze Królewskiej, do momentu, gdy wspomniana już nastolatka próbuje zadać trudne pytania o przeszłość, Orringer ustawicznie stopniuje napięcie, kierując czytelniczą uwagę na wzajemne relacje bohaterów. Iskrzy między nimi tak, iż chwilami można zapomnieć, ku czemu zmierzają, kiedy widać, jak spalają się w swych żądzach. Autorka buduje atmosferę napierającej zewsząd grozy; opowiada o miłości na przekór tej grozie i o silnych relacjach, których nie zniszczy bombardowanie, obóz pracy, głód, wysiedlanie, getto… „Niewidzialny most” to historia o architekturze serca; o przywiązaniu, wierze i nadziei w czasach, kiedy przywiązywać się nie można, wiara jest naiwna, a nadzieja ginie gdzieś między uderzeniem jednej bomby a drugiej i gdzieś w świecie, który traci nadzieję na to, iż będzie na nim cokolwiek. Nie tylko miłość.

Trudno orzec, co jest bardziej ponure – przedwojenna Europa czy kontynent płonący w wojennym ogniu. Trudno także dostrzec moment, w którym na przekór temu, miłość i bliskość potrafią stawić czoła każdemu odcieniowi tego, co ponure w świecie. Takie książki nadal powinno się czytać. Pokazują, ile można ocalić w sercu, gdy nieludzkie staje się samo życie. Pokazują też, jak wiele cierpienia znieść może człowiek, dla którego miłość jest antidotum na doświadczane zło. Poruszająca powieść, doskonale skonstruowana fabuła i świadomość przemierzania drogi. Po niewidzialnym moście.

2013-08-04

"Ukrainka" Barbara Kosmowska

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 7 maja 2013

Liczba stron: 326

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł


Tytuł recenzji: Szczęście za granicą?

Nota wydawnicza sugerować może, iż jest to książka o biednej imigrantce, która szuka w Polsce szczęścia, pieniędzy, miłości i spełnienia. Szybko można ulec przekonaniu, że będzie to opowieść o tym, jak polscy nowobogaccy dworują sobie z ruskiej i książka stworzona jako protest wobec medialnych doniesień, że pracownice zza wschodniej granicy to tylko roboty do sprzątania, które chcą się szybko wzbogacić, poświęcając dyplomy i świadectwa, by szorować polskie garnki oraz podłogi i wracać do siebie jako bogate panie.

Pomyśleć w ten sposób o „Ukraince”, kolejnej powieści Barbary Kosmowskiej, która do tej pory jakoś nie mogła przekonać mnie do siebie, to wydrwić wielopłaszczyznowy i skomplikowany przekaz tej książki. Okazuje się bowiem, iż autorka napisała poruszającą historię o prostej wierze w szczęście i jej zbrukaniu. O wygasających uczuciach i o rojeniach pod wpływem uczuć. O marzeniach niespełnionych i spełnianiu się tego, co przychodzi niespodzianie, niezasłużenie. O toksycznych rodzinach, kalekich emocjonalnie matkach i ich skrzywdzonych owym upośledzeniem synach, dla których życie nie jest tym, czym wydawać się może ich kobietom. Przede wszystkim jednak „Ukrainka” to książka o dobru serca, które przegrywa w konfrontacji z rzeczywistością, w jakiej odruchy serdeczności pojawiają się tylko na chwilę i są bolesnym elementem skomplikowanej układanki uczuć narosłych wokół rodzinnych traum. To mocna pozycja. Genialna językowo, kiedy to melodyjność i gawędziarskość miesza się z surowym opisem i dystansem, gdy poznajemy tak różnych od siebie bohaterów. Książka, po której myśli się nie o tym, dlaczego nie przewidziało się zakończenia, które wydaje się tak oczywiste, lecz nad sprawą poważniejszą, a mianowicie nad tym, jak bardzo nasze myśli o świecie i innych ludziach mogą rozmijać się z tym, jaki ten świat i ci ludzie są.

Zaczyna się od braku. Na nim też skończy. W pociągu relacji Lwów – Warszawa jedzie młoda ukraińska wiolonczelistka Iwanka. Nie zabrała ze sobą swego instrumentu. Sama nie wie, że na zawsze pożegnała z nim taką cząstkę siebie, która kiedyś dawała jej siłę, a teraz może stać się przekleństwem. Bo Iwanka w ukraińskich jeszcze dźwiękach wiolonczeli zabiera ze sobą niespotykaną wrażliwość. Wcześniej czy później będzie musiała zrozumieć, iż to niepotrzebny nadbagaż. Że to na pewno nie ułatwi osiągnięcia celu, jakim jest zarobienie wraz z ukochanym Mykołą pieniędzy na wymarzony dom i życie, w którym będą zawsze zakochani w sobie i szczęśliwi.

Iwanka jest prostoduszna, naiwna i łatwowierna. Czego wcale nie widzimy na początku, gdy poznajemy jej zdroworozsądkową refleksję o współpasażerach w pociągu. Dokąd zmierzają ukraińscy imigranci? „Ta ich Polska to tylko wielki wspólny grobowiec. Leżą w nim od dawna, wyzuci z godności i zdrowych paznokci. Przekonani, że wciąż żyją, od lat nerwowo śnią o celniku. Budzą się, strachem podszyci. I dalej śnią”. Iwanka śni o prostej miłości, jaką bezwarunkowo obdarzyła Mykołę. Wierzy, że jej spełnienie odnajdzie tylko wtedy, gdy zapomni o swym dotychczasowym życiu i przez chwilę zanurzy się w brutalnej i bezkompromisowej rzeczywistości, gdzie waluta ma wartości wyższą niż hrywna. Ta subtelna słoneczna dziewczyna z Drohobycza nie spodziewa się tego, co czeka ją w Warszawie. Najmniej wtedy, gdy z dworca Mykoła zabiera ją do swej wynajmowanej klitki na północy miasta z radosnym uśmiechem i wiarą w to, że razem pokonają największe trudności.

Iwanka chce wierzyć ukochanemu. Mieszka on w polskiej stolicy od jakiegoś czasu i swoje zdanie na temat tutejszego życia ma. A brzmi tak spokojnie, gdy twierdzi: „Tu my tylko w gościnie, na chwilę. Ale to dobre miejsce. Zaraz się na nas poznają, w marzeniach pomogą”. Jaka będzie polska gościnność? Jak długo potrwa chwila i czy będzie to czas radości? Kto się na kim pozna w tym rzekomo dobrym miejscu i kto pierwszy pozbędzie marzeń, jakim ponoć tu pomagają? Rozpoczyna się historia, którą można przewidzieć, ale tylko do pewnego momentu. Poznajemy nieszczęśliwych ludzi, dla których radosny uśmiech i prostota Iwanki mogą być wybawieniem w zrujnowanym emocjonalnie życiu. Jest Agata, matka chorowitego Stasia, żona Bronka, a właściwie Bruna, bo przecież w wielkim mieście jego wsiowe nazwisko i stygmat matki – bogobojnej prostaczki – jedynie utrudniłyby karierę. Jest przyjaciółka Agaty, Iga, zafiksowana na budowaniu medialnej marki (czymkolwiek ona jest) i tak naprawdę czerpiąca siły ze słabości Agaty. Jest też skryty w sobie Krystian Bieluch, ich sąsiad i naturalnie Mykoła, ale taki, jakiego Iwanka do tej pory nie znała. Nie chce poznać tak samo, jak bolesnych prawd o życiu, które dostarczy jej pobyt w Warszawie.

Uwagę od perypetii głównej bohaterki odrywają drugoplanowe postacie, które staną się bardzo ważne w momencie, gdy przyjdzie nam zinterpretować historię po przeczytaniu jej do końca. To matki. Ułomne w swych matczynych uczuciach, zagubione w nich, niezdolne do dawania swym dzieciom tego, czego od nich oczekują. Niezwykła galeria cierpienia i bolesnych przeżyć, o których nie mówi się wprost. Matka Mykoły, daleko za granicą, to samotna i zgorzkniała skrzypaczka, która czuje się wciąż w cieniu konkurentki, a swemu synowi mogła zaproponować jedynie projekcje wiecznie niepogodzonego z losem serca, które zamknęło się na miłość. Matka Bruna celebruje w swojej wsi gipsową Najświętszą Panienkę i marzenia o tym, kim mogliby być jej synowie, a kim się nie stali. Zofia Wolska chce żyć prostym życiem, bo tak jest najlepiej, godniej. Od tego ucieka jej Bronek, a wpada w rozpaczliwą pustkę, z której matka już go nie wyzwoli. Ta, która urodziła Krystiana, najpierw kochała męża, potem kryształy i klonazepam, a na końcu udawane życie w serialach, bo do własnego nie była już zdolna. One wszystkie krzywdzą synów i synowie powielają pewne ich zachowania, nie będąc tego zupełnie świadomi. Jeżeli dodamy do tego także pojawiające się opowieści o życiu kostycznej i wyniosłej matki Iwanki, otrzymamy ponurą i prawdziwą zarazem galerię kobiet, które nie potrafiły obdarzyć miłością. Czy mogą to zrobić ich dzieci oraz inni bohaterowie tej książki?

„Ukrainka” to opowieść o tęsknocie za ojczyzną. Pełna sentymentu i nostalgii za krajem, z którego w mniemaniu Polaków przybywają jedynie prości, nastawieni na zysk ludzie. Iwankę przecież dyskwalifikuje choćby kilka zdań wypowiedzianych do telefonu we własnym języku; czekający z nią na przystanku błyskawicznie ukazują niechęć, a może nawet wrogość. Tymczasem Iwanka Matwijenko wydaje się przez moment bohaterką jakiejś niezwykłej baśni o dobrej wróżce zza wschodniej granicy, która swą dobrocią zmieni wiele wokół siebie i pomoże złym nie na swe życzenie ludziom odmienić się na zawsze. Zaskakujących zmian będzie w opowieści Kosmowskiej wiele, ale najbardziej dotykać może przekonanie, iż poczciwych ludzi jest już niewielu oraz łudzić dynamiczny, wciąż zmieniający się język, który wyprowadzi nas na manowce w interpretacji tak, jak wiedzie Iwankę tam, gdzie być może pojawiać się nie powinna.

Delikatność Iwanki kontrastuje z brutalną rzeczywistością, w jakiej cierpiący zagubili się sami i nie wiedzą, jak znowu być dla siebie… delikatni. Duży jest ładunek emocjonalny skryty w „Ukraince”, ale nie tylko przez pryzmat emocji można tę powieść odczytywać. Świetnie skrojona narracja zaskakuje i zmusza do wielu rozmyślań. Bynajmniej nie to takich, jakie może sugerować nota wydawnicza i o jakich wspomniałem na początku. Siła tej książki jest dość bolesna. Tkwi w prawdzie, a może i w wielu prawdach, od jakich chce się uciec. Nawet pociągiem odwrotnej relacji niż ta, jaką podróżuje Iwanka. Ktoś bowiem powróci, bezsilny, zdruzgotany i obolały. Emocjonalnie. Tacy i my będziemy, gdy skończymy czytać najnowszą powieść Barbary Kosmowskiej.

2013-08-02

"Statek śmierci" Yrsa Sigurðardóttir

Wydawca: MUZA

Data wydania: 12 czerwca 2013

Liczba stron: 334

Tłumacz: Małgorzata Bochwic-Ivanowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,99 zł


Tytuł recenzji: Ostatni rejs

Wszyscy czytają Yrsę Sigurðardóttir, czytam więc i ja! Ponieważ Islandia jest małym krajem i bardzo prawdopodobne, że wielu Islandczyków dobrze się zna, z pewnością już pisarze znają się na wylot. A jeśli nie znają, to uważnie czytają. Tak się składa, że Sigurðardóttir podebrała chyba do swojej nowej książki motyw wykorzystany przez młodszego kolegę po piórze, Stefána Mániego. On wydał w 2006 roku swoją powieść „Skipið”, ona cztery lata po nim „Brakið”. I tyle zabawy islandzkim oraz teorii spiskowych, bo „Statek śmierci” wykorzystuje wędrówkę widmowego pojazdu wodnego zupełnie inaczej, dużo bardziej zwyczajnie i bez wielu symbolicznych nawiązań, które ukrył w fabule opowieści o frachtowcu „Per Se” Máni. Powyższe tytułem wstępu i na pohybel omówieniom, jakie zwracają uwagę na to, że tym razem Yrsa Sigurðardóttir wykorzystała naprawdę niezwykły motyw i zrobiła to oryginalnie. To, co zrobiła jednak warte jest podziwu, bo jej dryfująca po morzu Lady K, która bez żywej duszy na pokładzie z rozpędem wpływa do portu w Reykjaviku, kryje w sobie tajemnice, jakie naprawdę mrożą krew w żyłach i chłodzą mimo upału, jeżeli ktoś nabierze na tę książkę ochotę teraz, w środku lata.

Dość sceptycznie podchodzę do powieści cyklicznych, bo w większości generują one przewidywalną nudę i miałkość, jakich nie da się ukryć nawet za świetnie skrojoną fabułą i doskonale budowanym napięciem. Kolejna – nie liczę która, ale łatwo to sprawdzić – powieść, w której dzielna prawniczka Thora Gundmundsdottir rozwiązuje zagadki kryminalne, nie ma chyba na celu ciekawego rozwijania wątków, które dotyczą osobistego, zmieniającego się życia bohaterki. O ile zatem w "Trzecim znaku" sama biografia Thory wydawała się ważna na równi ze sprawą, jaką prowadziła, o tyle tutaj przywołanie postaci i zdarzeń z jej życia rodzinnego wyszło autorce kaleko i dodatkowo zabrakło jej konsekwencji w dopięciu każdego z wątków, co można było zauważyć w dotychczasowej twórczości. Bo jak rozwiązuje się problem jej dorastającego i już obarczonego dzieckiem syna Gylfiego, który postanawia podjąć się pracy na platformie wiertniczej w Norwegii, do czego zachęca go ojciec i były mąż Thory? Sigurðardóttir wsiąkła całkowicie w klimat płynącego po oceanie statku, na którym dzieją się niestworzone rzeczy, zaś rzeczywistość Reykjaviku ubarwiła jedynie znakomitą kreacją sekretarki Thory, Belli, która bywa złośliwa oraz niekompetentna i chociaż niewyparzoną gębę czasami kieruje w stronę drukarki celem pozbycia się treści żołądkowych, jest zaskakująca, uroczo świeża i w nieokrzesany sposób bystrzejsza chwilami niż jej chlebodawczyni.

Nieważne to wszystko, nieważne zupełnie, bo przecież mamy szeroko otworzyć oczy ze zdumienia i bać się historii, jaka rozegrała się na pokładzie białego i okazałego stevena, który przybija do portu bez załogi oraz bez pasażerów, a byli nimi członkowie rodziny pewnego bankowca, lądowo-biurowego szczura zmuszonego w dziwnych okolicznościach do tego, by z żoną i dwiema córkami wrócić z zimowego wyjazdu do Lizbony statkiem, a nie po prostu samolotem, co wcześniej było w planie. Zagadkowe jest nie tylko to, dlaczego Egir decyduje się na dość niebezpieczną w stosunku do przelotu wyprawę, ale również fakt, że firma likwidacyjna banku, do którego należy przejęta Lady K, zezwala na rejs swoim kosztem, generując dodatkowe przecież straty.

Thora wiąże się z mroczną historią jachtu po tym, jak przybywają do niej rodzice Egira, którzy w porcie doczekali się tylko przypłynięcia widmowego statku, a nie uściskali syna z rodziną. Starsi państwo, będąc w mocnym jeszcze szoku, nie przestają myśleć racjonalnie, prosząc Thorę o pomoc w uzyskaniu szybkiej wypłaty z firmy ubezpieczeniowej, która pomoże im zachować wnuczkę przy sobie, skoro nie ma już żadnej rodziny. Thora musi ponad wszelką wątpliwość wykazać, że Egir i Lára nie żyją, podczas gdy na podstawie wszelkich poszlak zostają uznani za zaginionych. Tyle tylko, że z czasem sam pusty jacht w porcie przyniesie dużo zaskakujących i spektakularnych rozwiązań, a w połączeniu ze śledztwem Thory, które wykracza poza zlecone jej przez staruszków obowiązki, sprawa tego, co naprawdę wydarzyło się na morzu, stanie się sprawą coraz bardziej dramatycznych pytań, a nie odpowiedzi…

O wiele bardziej spektakularna niż miotanie się bohaterki w Reykjaviku pośród pytań bez odpowiedzi, jest historia tych, którzy odpływają na pokładzie Lady K, by dotrzeć do wybrzeży Islandii. Podróż zapowiada się bardzo długa. Warunki nie są zbyt sprzyjające. Od pierwszych chwil negatywnie iskrzy między Egirem a kapitanem statku. Islandzka rodzina bankowca stara się być w dużym oddaleniu od zamkniętych w sobie członków załogi, ale dość szybko okazuje się, że muszą wspólnie stawić czoła Złu, jakie zaczyna panoszyć się na pokładzie. A jest groźnie, nieprzewidywalnie i naprawdę wyjątkowo strasznie. Jakaś zła kobieta straszy we śnie ośmioletnie bliźniaczki. Roznosi się duszący zapach perfum, który zwiastuje coś niedobrego. Ludzie zaczynają coraz mniej ufać sobie nawzajem. Mimo silnego wiatru i wolnej przestrzeni wodnej wokół, czujemy wszechogarniającą atmosferę klaustrofobicznego obłędu. Poznajemy jednocześnie, godzina po godzinie, wszystko to, co wydarzyło się na pokładzie jachtu, który dopłynął do celu bez żywej duszy na swym pokładzie…

„Statek śmierci” nie jest chyba najmocniejszą pozycją islandzkiej pisarki, ale myślę, że to nie wypadek przy pracy, lecz kwestia motywu, w obrębie którego nie można nazbyt szarżować fabularnie, by nie zamienić książki w narrację fantastyczną, czego Sigurðardóttir unika mimo faktu, iż pojawiają się duchy lub złudzenia optyczne zbliżające ku innemu, nierealnemu wymiarowi tej książki. Autorka na pewno potrafi straszyć doskonale i nawet jeżeli czytelnik nie sprawdził tego w umiejscowionym na północnym zachodzie Islandii horrorze "Pamiętam cię", przekona się o tym niezwykłym pisarskim darze tutaj. Zaskakująca i dość sentymentalna końcówka książki każe wierzyć, że Sigurðardóttir wciąż będzie nieodgadniona w tym, jak pisze, dla kogo pisze i przede wszystkim, w jaki sposób kończy swe narracje. Wielbiciele cyklu o Thorze Gundmundsdottir przyjmą tę w gruncie rzeczy nieco nierówną książkę z zachwytem, jak zawsze. Ci, dla których „Statek śmierci” będzie pierwszym spotkaniem z autorką, mogą być pewni, że jeżeli się nie do końca spodobało, warto sięgać po wcześniejsze książki. Tam udało się chyba wszystko. Tutaj może niekoniecznie.