2018-03-14

„Trudne światło” Tomás González


Wydawca: Znak

Data wydania: 28 lutego 2018

Liczba stron: 208

Przekład: Marta Szafrańska-Brandt

Oprawa: miękka

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Miłość i śmierć

Powieść Tomása Gonzáleza to ujmująca etiuda o tym, co w życiu najbardziej odczuwalne – ogromie spełnionej miłości, niemożliwości znoszenia bolesnej śmierci, oswajaniu samotności. To taka książka do przeczytania, przeżycia i być może przepłakania podczas jednego wieczoru. Kolumbijski pisarz ujmuje delikatnością, gdy rozprawia o rzeczach ostatecznych i okrutnych, a także niezwykłą wrażliwością, budując figurę bohatera malującego obrazy, a w nich świat we właściwym kształcie, kiedy jeszcze ten kształt posiadał. Czyta się „Trudne światło” z przekonaniem, że oto wkraczamy w intymne życie kogoś, kto nas łagodnie tam zaprosił. Ta skromna i pełna melancholii książka tworzy jednocześnie uniwersalny wizerunek człowieka oddanego miłości i porządkującego resztę życia, w której może już tylko tkwić wraz z jej odbitym blaskiem. Zawsze przychodzi ten czas, kiedy musimy się skonfrontować sami ze swoimi emocjami. Dla bohatera książki nadchodzi może zbyt wcześnie, ale na niektóre konfrontacje nigdy nie jesteśmy gotowi.

David w jesieni życia powrócił do rodzinnej Kolumbii. Opiekuje się nim specyficzna kobieta – istota wnosząca do jego domu powiew życia, z którym David być może już się pożegnał. Nieznająca zasad ortografii, ale doskonale rozumiejąca nastroje i stany emocjonalne mężczyzny. A przecież wydaje mu się, że już nikt taki nie pozostał. Żona, z którą spędził połowę wieku, odeszła niedawno i wciąż na nowo przypomina o sobie bezgraniczną pustką, w jakiej trzeba się odnaleźć. Dwaj synowie wyszli naprzeciw życiu dumnie i z nieokiełznanym apetytem na nie. Mają się dobrze. Jednemu nie było dane mierzyć się z wyzwaniami codzienności, albowiem to codzienność postawiła przed nim wyzwanie przypadku. A wraz z nim ból. Ból, którego nie sposób było znieść. David ma przed oczami kalekiego syna marzącego jedynie o tym, by niczego nie czuć. Ta silna relacja emocjonalna przeradza się w relację próby. David i jego żona muszą pogodzić się z decyzjami Jacobo. Zaakceptować jego wybór. Pożegnać go godnie.

Drugie odejście w życiu bohatera odbiera mu nie tyle tożsamość, ile przede wszystkim oddech i poczucie bycia komuś potrzebnym. Sara porządkowała dom i codzienne życie. Była zawsze. Pewna, skupiona na Davidzie, doskonale go rozumiejąca, wzmacniająca wzajemny szacunek w związku. Była może lepszym odbiciem tego, który w lustrze widzi dziś tylko siebie, samotnego blisko osiemdziesięciolatka. Sara odeszła inaczej niż Jacobo, ale to nie znaczy, że David był gotowy na pożegnanie. To właściwe – z synem i z żoną – przeprowadza na kartach tej przejmującej książki. Będzie to bowiem opowieść o pamiętaniu. O związku życia z różnego rodzaju bólami – w każdym ich znaczeniu. David przyjmie tezę, że świat bez smutku jest niepełny. Dopełnią się jego przeżycia i doznania, jeśli zacznie porządkować czas miniony, a w nim cudowne życie sfinalizowane wyobcowaniem.

Kilka przestrzeni czasowych pulsuje u Gonzáleza swoim rytmem. Sposób opowiadania o zdarzeniach zmienia się, fraza dynamizuje się w bardzo charakterystyczny sposób, a jednak ma w sobie coś poetyckiego, niespiesznego. Bo przecież wszystko, co miało się wydarzyć, już się wydarzyło. Dzisiaj pozostaje świat, którego kontury się zacierają dla Davida. Udręki tłumione są kolejnymi dawkami klonazepamu, ale pamięć wciąż filtruje zdarzenia w taki sposób, że rany się otwierają, gdy jest to niepotrzebne, gdy trzeba wszystko uporządkować. Trudne światło” to rzecz o zmieniającej się percepcji. Bohater z lupą odcyfrowuje znaki, które wcześniej były czytelnymi drogowskazami. Tracąc wzrok, staje się jakby czujniejszym, uważniejszym obserwatorem tego, co jest wokół niego. Nie widząc wyraźnie, stara się nadać wyrazistość czasowi minionemu. Zmierzyć z krańcowymi doświadczeniami, które bolą wciąż na nowo. Oswoić życie w smutku. To niewielki rachunek za to szczęśliwe, które wiódł u boku Sary. A jednak pora przykrego rozliczenia z własnym jestestwem i swoimi potrzebami nadchodzi bezkompromisowo. David czuje, że musi udźwignąć ciężar zamkniętego życia, w którym czuł się spełniony. Pożegnać martwych i nadać dalszemu życiu sens. Jakkolwiek byłoby to niemożliwe.

Ta kameralna opowieść pięknie obrazuje, w jaki sposób funkcjonowała dobra rodzina, i potem w równie ujmujący sposób prezentuje, co się z tą dobrocią działo, kiedy do relacji wdarły się niespodziewane okrucieństwa i zawirowania losu. González tworzy intymny pamiętnik. Jego bohater z jednej strony chce uciec od przeszłości, z drugiej jednak – nie ma niczego poza nią, stamtąd się wydobył, tam kochał, a potem żegnał ukochanych. Nie ma już żadnego „później”. W czasie przyszłym może zapaść tylko mrok. Odsłaniane jest za to wszystko, co nie zostało dostatecznie przeżyte lub zapamiętane. A za tym idzie nostalgia. Bardzo pięknie sportretowana.

„Trudne światło” to opowieść o różnych obliczach smutku. O tym, jak bardzo może być różnorodny, a także zmienny. W jaki sposób odmienia życie i kiedy je determinuje. Nie ma w tej narracji żadnego zbędnego słowa czy zdania. Kolumbijski pisarz doskonale wie, jakie proporcje zastosować i jak pisać o przygnębieniu, by uratować czytelnika przed jego przeżywaniem. Bo to jedna ze smutniejszych książek, jakie ostatnio czytałem (po „Człowieku tygrysie” Kurniawana), a jednocześnie opowieść, z którą nie chce się rozstawać, która bardzo mocno do siebie przywiązuje, nie epatuje cierpieniem, nie czyni z siebie przyczynku do łatwych wzruszeń. Tomás González wie, że smutek to jedno z oblicz ludzkiej egzystencji. Wie, jak go niuansować, w jaki sposób zbliżyć nas do udręczonego bohatera, ale jednocześnie od niego nie odstraszyć, bo każdorazowa próba zbliżania się do smutku i melancholii niesie ze sobą ryzyko szybkiej od nich ucieczki. Autor opowiada także o czułości pamięci i zestawia z nią okrucieństwo pustki wokół. To, co było, odbiera się w jednych rejestrach smutku, a to, co jest, w innych. To siła tej skromnej książki. Moc jej oddziaływania bez manipulacji i narzucania tego, co i jak się przeżywa.

Metafora definiowania świata przez obrazy, które maluje David, to też interesująca rozprawa o tym, na jakie szczegóły zwraca uwagę ktoś spragniony przestrzeni oraz światła. Jedno i drugie zaczyna zanikać. To dodatkowy dramat bohatera będącego artystą. Człowieka skupionego przede wszystkim na tych pierwszych i najważniejszych dla każdego relacjach. Okaleczonego przez ich brak i niezdolnego już do malowania. Tomás González pięknie opowiada o tych momentach naszego życia, w których musimy zaakceptować ostateczne koniec, zmianę i pozostający po tym ból próżni. Żadne ze słów tej powieści nie znajduje się jednak w próżni semantycznej. „Trudne światło” to książka wymagająca, ale jednocześnie bardzo łatwo przekonująca do swojego mrocznego przesłania. Może dlatego, że czyni je tak pięknie ludzkim.

2018-03-12

„Wszyscy jesteśmy dziwni. Opowieści z Coney Island” Karolina Sulej


Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 28 lutego 2018

Liczba stron: 192

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Wygodni w podziałach

Rzadko zdarza się tak dobry reportaż proponujący anatomię konkretnego miejsca i jednocześnie tak wiele rozważań natury egzystencjalnej o wymiarze daleko odbiegającym od faktycznego podmiotu publikacji. Karolina Sulej przyjrzała się bliżej amerykańskiej Coney Island, ale ta książka w dużej mierze jest o nas samych i o świecie, w którym żyjemy. Metafora cyrku prowadząca przez kolejne rozdziały – jest ich dziesięć, tak jak dziesięć rozrywkowych odsłon proponuje niskobudżetowy cyrk sideshow – burzy i zniekształca opozycję między tym, co normalne, a tym, co uznawane za dziwactwo, wyrazistą aberrację do podglądania. Autorka chce w inteligentny sposób udowodnić tezę o tym, że przestrzeń naszego codziennego funkcjonowania jest swego rodzaju cyrkową areną. Gramy na niej i sami nie zdajemy sobie sprawy z tego, w jak efemerycznym pojęciu normalności próbujemy się osadzić. „Wszyscy jesteśmy dziwni” to naznaczona amerykańskim adresem uniwersalna opowieść o ludzkich odmiennościach, którym tak bardzo lubimy się przyglądać ze złudnym dystansem, nieświadomi tego, że uznajemy się za normalnych, kopiując narzucone nam modele. Sulej szuka wyraźnych rozmówców i chce z tych patchworkowych opowieści wydobyć jedno czytelne przesłanie. Opowiedzieć o tym, że to tak zwana normalność jest dziwna. Że wygodniej nam uznać, iż to, co odmienne, ma przez chwilę bawić i za chwilę być zapomniane. Podoba mi się różnorodność tematyczna i stylistyczna tej książki. Opowieści o dość specyficznym wizerunku Nowego Jorku. O miejscu, które kojarzy się z kiczem, tandetą, pospolitą rozrywką. Jak to się dzieje, że pisząc o tym wszystkim, Karolina Sulej tworzy nietuzinkowy reportaż?

Coney Island ma swoją oryginalną tożsamość, która wydobyła się ze specyficznych potrzeb oraz różnorodnych planów na wyspę będącą aktualnie półwyspem. Wkraczając w kolorowy i różnorodny dzisiejszy świat, Sulej umiejętnie sięga do historii, wydobywając z niej tylko te elementy, które są potrzebne do udowodnienia tez opowiadań. Dzięki temu zbliżamy się do Coney Island z jej przemianami oraz próbujemy dostrzec, jak minione wydarzenia odbiły się na obecnym kształcie tego miejsca. Miejsca, w którym Amerykanie celebrują niewyszukaną formę rozrywki. A autorka przygląda się temu, w jaki sposób Amerykanie się bawią, co z tego dla nich wynika i jak fascynujące biografie mogą się kryć za światem wiecznych zmyśleń, iluzji i budowania wyobrażeń o świecie, w którym należy się głównie śmiać i czuć beztrosko.

Jedna z rozmówczyń podkreśla to wyraźnie: „Coney to miejsce, które tylko pozornie wszystko odsłania od razu. Zobacz, jaka opowieść kryje się pod spodem, w szczelinach, w głębi”. Karolina Sulej idzie za tymi słowami. Nie opowiada o zwyczajnej plaży, o lunaparku czy zbudowanych w okolicach przestrzeni rozrywki miejscach, gdzie ludzie usiłują wieść codzienne życie. Nie. Wchodząc do kolorowych wnętrz, autorka portretuje powikłane życiorysy tych, którzy się w nich znaleźli. Są gotowi na to, by dawać radość innym, ale głównie przez to, że codzienność pozbawiła ich radości – że funkcjonowali w niej niedopasowani i dopiero przestrzeń cyrku dała im pełną wolność.

Poznamy anatomię urządzeń podnoszących adrenalinę, spotkamy się z różnego rodzaju dziwakami, dostrzeżemy ich zwyczajność, a także przejdziemy się po ulicach dzielnicy targanej niepokojami społecznymi, zajrzymy na w pełni demokratyczną plażę i poczytamy o losach ludzi, dla których Coney Island to nie tylko filozofia życia. To pełna pozornych dziwactw możliwość odskoczni od codziennego życia przynoszącego udręki i coraz liczniejsze, nad wyraz dziwaczne absurdy. Sulej opowiada o tym wszystkim, na co nas nie stać, i wolimy to oglądać z bezpiecznej odległości. Nie chodzi o gabinety osobliwości czy kolejki przewracające wnętrzności do góry nogami. Chodzi o unikatowość tych doświadczeń i ich ludyczny charakter. Na Coney Island nie mają wstępu krytycy. Zaglądają tam ci, którzy z jakichś powodów dają się uwieść niezwykłej burlesce, pokazom połykania mieczy czy świadectwom tego, że człowieka stać na niezwykłości, o jakich można myśleć ze zgrozą i dystansem.

Karolina Sulej spaceruje po tej „krainie nostalgicznej fantazji” z niebywałym wyczuleniem na drobiazgi. Coney Island opowie struktura lunaparku, ale także intensywne wspomnienie kogoś, kogo bawi zarabianie na turystach otwierających szeroko oczy ze zdziwienia. To trochę książka o tym, co Amerykę naprawdę cieszy i co buduje jej definicję rozrywki, ale przede wszystkim opowieść o zwyczajności zabawy. O tym, że warto przyjrzeć się miejscu, które nami manipuluje, proponując proste, lecz zaskakujące formy mierzenia się z tym, czego jeszcze nie doświadczaliśmy. Wszyscy jesteśmy dziwni” to pełna dynamiki i specyficznego uroku historia o nas – dzielących świat i innych ludzi na kategorie tego, co akceptowane, i tego, czemu można się przyglądać z dystansem. Reporterskie opowieści inkrustowane specyficznymi zawołaniami, które usłyszeć możemy tylko na Coney Island, mają wabić oryginalną formą. Podjęcie tematu opisu tego miejsca z takiej perspektywy na pewno było wyzwaniem, ale dla czytelników wyzwaniem jest odnalezienie się w tej portretowanej różnorodności. Jeśli się w niej zagubiliśmy, to tylko dlatego, że za dużo spraw wydało nam się normalne bądź nienormalne. Sulej opowiada o dziwności jako o wytworze wyobraźni, a także o kulturowych i społecznych sposobach postrzegania różnorodności ludzkiej.

Świetnie się bawiłem przy tym reportażu, bo stylistyka sugeruje tendencję do opowiadania historii z przymrużeniem oka. Nawet wówczas, gdy są one wyjątkowo dramatyczne czy smutne. To jedna z bardziej pozytywnych książek, jakim miałem okazję się przyjrzeć w ostatnim czasie, i jednocześnie śmiała rozprawa ze stereotypami, które budują poczucie bezpieczeństwa i stabilności wszystkich, którzy na Coney Island przybywają ze skrywaną ciekawością dziwactw. Życiorysy tych, którzy rozdają Amerykanom rozrywkę, sugerują także, że można odnaleźć pewną specyficzną drogę do wewnętrznej wolności, wystawiając się na ocenę innych, traktując siebie jak charakterystyczny eksponat. Przewrotność kilku opowieści udowadnia, że mamy do czynienia z autorką świadomą tego, jak przedstawia temat, ale przede wszystkim tego, jak zbudować na nim treści wykraczające daleko poza kolorową, dynamiczną i prostą przestrzeń masowej rozrywki. Sulej znajdzie wspólny język z outsiderami i posłuży się metaforą Coney Island, by pokazać, kim naprawdę jesteśmy, jakiej rozrywki szukamy, co chcemy nią zatuszować i jak wielka jest nasza ludzka różnorodność, do czego zwyczajnie z niezrozumiałych powodów wstydzimy się przyznać.


PATRONAT MEDIALNY

2018-03-09

„Frajda” Marta Dzido


Wydawca: Korporacja Ha!art

Data wydania: 14 marca 2018

Liczba stron: 144

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Miłość i pamięć

Bardzo lubię książki o pamięci. Tej fundamentalnej, która ma porządkować rozumienie spraw wielkich, ale też o tej prywatnej, bardzo kameralnej, igrającej sobie trochę z nami, zniekształcającej czas przeszły, gloryfikującej go, nadającej mu specyficzne znaczenia. „Frajda” to pełna pozytywnego przekazu powieść Marty Dzido. Czytając ją, trochę łapiemy oddech po trudnych wcześniejszych narracjach autorki. Zaskakuje, bo to jakby jej nowe oblicze. A może suma doświadczeń, o których można opowiedzieć dopiero po latach. Wtedy słowa i zdania stają się bardziej adekwatne, są wyraźne i pewne siebie. Wydaje się, że we „Frajdzie” dominują beztroska i nonszalancja, ale to tylko pozory. To bardzo uważne studium tego, jak intensywnie potrafimy żyć, i tego, czym się stajemy, gdy tę intensywność odpuszczamy, z różnych powodów decydujemy się na „wdepnięcie w życie bezpowrotnie”. Przede wszystkim jest to opowieść o czułości, różnych definicjach namiętności i o tym, w jaki sposób upływ czasu traktuje nasze emocje, marzenia oraz naszą wrażliwość. Chce się to czytać i odbiera się bardzo osobiście, bo to taka intymna narracja o niezwykle uniwersalnym charakterze. To historia pierwszej prawdziwej, bardzo silnej i powracającej po latach we wspomnieniach relacji. O związku na całe życie, którego początek pozwalał to życie definiować wyjątkowo dokładnie, w czujności i w poczuciu ważności każdego szczegółu. „Frajda” jest o pamiętaniu, porządkowaniu wspomnień, o silnej więzi erotycznej i mnogości oblicz ludzkiej namiętności.

Ona stara się uważnie go pamiętać. Chce, by nadal miał swoje dwadzieścia lat i nieokiełznaną miłość, którą można skonsumować dzięki szybkim stosunkom, wyrywaniu sobie ciał gdzieś w ukryciu i ukradkiem. Kiedy pisze do niej list pełen wyznań, ona czyta go setki razy. Za każdym razem inaczej. Tak jak patrzyła na niego przy każdym kolejnym spotkaniu, kiedy lato nie miało czasu i kształtu, a emocji się nie nazywało, nie określało charakteru związku, nie dążyło do deklaracji. Ona liczy ich akty miłosne, zapamiętując każdy z nich jako wyjątkową formę poświęcenia i witalizmu. Boi się, że zapragnie go zachłannie, i będzie chciała mieć dla siebie. Tymczasem zostanie dla niej takim, jakim go stworzyła w ich młodzieńczym związku. Ona chce być zależna od wspomnień. Od dotyku i od wszystkich słów, które kiedyś brzmiały naprawdę.

On jest zaborczy i zazdrosny. Najchętniej zabiłby wszystkich, aby pozostali tylko oni. Deklaruje, że bez problemu rozpozna ją za dwadzieścia lat, że jego namiętność nie zgaśnie, że nie podda się rutynie zdarzeń i nie zapomni o szczegółach świata stworzonych przez ich namiętność. Wciąż pamięta o swej niecierpliwej namiętności i zdaje sobie sprawę, że to ona definiowała go przed laty bardziej niż cokolwiek innego potem. On nawet po latach będzie szukał w jej twarzy, gestach i słowach wszystkiego tego, co stanowiło jego punkt odniesienia. Wie, że przeżył coś niezwykłego. Ona jest niezwykłością tego świata.

Nie ma u Marty Dzido ani odrobiny sentymentalizmu. Jej pisanie nie rozbije się o rafę tkliwości. Nie znajdziemy tu niczego, co infantylizuje emocje, ani też żadnej próby ich gloryfikowania. Jest prostota przekazu i pulsujące gdzieś w tle napięcie, jakie stwarzają wspomnienia pięknych chwil i poszukiwania w nich siebie po latach. Portretując związek młodych ludzi, opowiada jednocześnie o ludziach doświadczonych przez życie i konfrontuje ich fantazje z tym, co rzeczywiście miało miejsce. „Frajda” jest pasjonującym dwugłosem. Oboje przypominają sobie te same zdarzenia widziane zupełnie inaczej. Inaczej przeżyte. Wspólna przestrzeń skurczyła się do tych wspaniałych chwil przed laty. Ale trzeba pamiętać. By zrozumieć, czym jest szczęście, co daje drugi człowiek, jaka forma relacji jest najpełniejsza i nigdy nam się w życiu nie przydarzy ponownie. Dzido opowiada o tym, jak wraz z upływem czasu blokujemy swą wewnętrzną wolność i prawdziwy dostęp do własnych emocji. Nie sugeruje, dlaczego to robimy, ale koncentruje się na tym intensywnie przeżywanym życiu, którego fragment na zawsze w nas pozostanie i nigdy się nie powtórzy. A jednak zbuduje nasz życiowy azymut. Bo to książka nie tyle o tym, kim się stajemy, ile o tym, dlaczego stajemy się osobni, wydobywając się – także symbolicznie – z drżących ramion drugiego człowieka, któremu nie możemy poświęcić życia. Autorka podkreśla, że nie pozbywamy się swoich niedoskonałości emocjonalnych, tylko próbujemy je tuszować. Trzymać gardę przed światem, który pozwala nam ujrzeć i poczuć się naprawdę prawdopodobnie raz w życiu. Wtedy gdy obok jest spragnione czułości ciało, jakiemu nie można nie ulec. Wtedy gdy pamięta się tylko doznania ciała mające fundamentalne znaczenie. Rozumiane po latach, ale chodzi też o odczuwanie bez rozumienia.

„Frajda” powraca do czasu, w którym czekało się na przybycie listu, na odpowiednie słowo czy gest. Pisze o czasie cierpliwości. O intensywnym podnieceniu każdego oczekiwania. O tym, że niepewność wywoływała napięcie, ale takie do przyjęcia, ekscytujące i mobilizujące do działania. Marta Dzido opowie o tym, co jej bohaterowie pamiętają, ale także to, co projektują sobie w wyobraźni, kiedy zmuszeni są do konfrontacji z prywatną pamięcią najważniejszego związku życia. Powrót po latach to niekoniecznie odświeżanie wspomnień. To czas spojrzenia na przeszłość, w której zatrzymało się wszystko – tam była naga prawda o czułości, potrzebie zaopiekowania, o chęci istnienia w najbardziej oczywistym ludzkim wymiarze. Ale jest też całkiem sympatyczny i dodający uroku książce dystans do tych pełnych uniesień chwil wyznaczających początki życiowych dróg. Nie można się nie rozkochać w tej prostolinijnej, a jednocześnie tak bardzo wyczulonej na emocjonalne niuanse książce. Nie mogę przejść obok niej obojętnie także dlatego, że w czuły sposób wspomina jednego z najważniejszych dla mnie prozaików, Tadeusza Konwickiego. Ale jest tam dużo więcej niż pamięć oraz idące za nią poczucie strat i specyficznego zysku. Marta Dzido proponuje nam książkę odważnego i mądrego mierzenia się ze swoim bagażem życiowych doświadczeń. Z miłością, której nikt nie nazywa po imieniu. Z poczuciem spełnienia, melancholijną samotnością, z powrotami po latach i opowieściami, dla których czas przeszły stanowi wyjątkową strefę cienia. „Frajda” jest powieścią o emocjonalnych półcieniach, o byciu gdzieś pośrodku drogi i o tym, że znaczymy dla siebie najwięcej dopiero po latach – gdy naprawdę zrozumiemy, kim byliśmy i co sobie przekazaliśmy.

2018-03-07

„Biała chryzantema” Mary Lynn Bracht


Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 6 marca 2018

Liczba stron: 412

Przekład: Janusz Ochab

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Azjatyckie memento

Z omówieniami tego typu książek jest zawsze duży problem. Niewątpliwie ważna tematyka wojennych okrucieństw wobec kobiet w Azji jest tym, co świadczy o wartości tej powieści. Mary Lynn Bracht opowiada o bolesnych doświadczeniach dwóch sióstr rozdzielonych podczas wojny i przeżywających nieopisany ogrom cierpienia. Dlatego „Biała chryzantema” to jedna z bardziej wstrząsających narracji, jakie udało mi się przeczytać. Poza ważnym kontekstem historycznym i istotną rolą publicystyczną jest to jednak rzecz po prostu kiepsko napisana. Główne bohaterki zaprezentowane są jednowymiarowo. Kontrast wyostrza zarówno rysy ich charakterów, jak i wagę doświadczonych traum. Te kobiety cierpią w niewyobrażalny sposób, ale są bardzo statyczne w tym, jak zmagają się z przeciwnościami losu. Bracht stawia na opis cierpienia, ale nie interesuje jej za bardzo psychologiczna złożoność prezentowanych zdarzeń. Niepogłębione są zarówno nakreślane konteksty, jak i postacie drugiego planu; dość kiepsko prezentuje się także emocjonalna sfera tych opowieści. Z mnogości brutalnych zdarzeń wydobywają się bardzo proste konkluzje, a styl opowiadania jest nie tyle uproszczony, ile przede wszystkim słabo odwołujący się do emocji i wyobraźni. Otrzymujemy zatem poruszającą historię opowiedzianą w sposób dość sztampowy. Nie tylko przewidywalny, ale na swój sposób szkolny. Taka ładna, choć przerażająca historia ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem. Z bohaterkami, nad którymi można zapłakać, ale jednocześnie w uproszczony sposób skontrastowanymi – jedna jest odważna i dzielna, druga zamknięta w sobie i niemogąca dać pozwolenia na to, by skonfrontować się ze swoimi emocjami. Historyczne konteksty robią wrażenie. Bliskość z portretowanymi kobietami już niekoniecznie, bo stale jesteśmy gdzieś obok nich, nie we wnętrzu straumatyzowanej psychiki.

Tytułowy kwiat to symbol koreańskiej żałoby. Wiekowa Emiko nie jest w stanie jej dogłębnie przeżyć. Cały czas skrywa w sobie bolesne tajemnice z przeszłości. A także mierzy się ze wstydem, nie mając tak naprawdę prawdziwego kontaktu z własnym wnętrzem, dzięki czemu mogłaby zdefiniować ów wstyd dokładniej. Emiko przybywa do Seulu, by po raz ostatni wziąć udział w demonstracji mającej na celu wyegzekwowanie uczciwego rozrachunku między Japonią a Koreą w sprawie niezawinionych cierpień kobiet, które w czasie drugiej wojny światowej zmuszane były do świadczenia usług seksualnych japońskim żołnierzom. Chodzi o nabranie wody w usta w jednej z bardziej elektryzujących opinię publiczną spraw. Chodzi o niepisane zasady sankcjonujące wykorzystywanie seksualne Koreanek, które były porywane i pozbawiane wszelkich praw, usługując mężczyznom z wrogiej armii. Taki los stał się udziałem starszej siostry Emiko, z którą staruszka po latach chciałaby nawiązać jakiś kontakt. Nie ma go tymczasem ze swoimi dziećmi. Bracht stopniowo odkryje karty i wyjaśni, dlaczego jej bohaterka utrzymuje córkę i syna w nieświadomości tego, co było haniebną kartą historii ich rodziny. Kolejne pokolenie stara się zapomnieć zarówno o koszmarze drugiej wojny światowej, jak i o koszmarze wojny koreańskiej. Emiko na zawsze została naznaczona obiema tymi wojnami. W jej długim życiu działy się rzeczy niewyobrażalnie okrutne, ale kobieta nauczyła się być wprawna w milczeniu oraz posłuszeństwie. Nie chce, by dzieci były świadome tego, ile bólu w sobie nosi. Nie potrafi zbliżyć się do nich na tyle, by wyrazić, jak bardzo jest dumna, że – w przeciwieństwie do niej – młodzi stale dokonywali własnych wyborów i ukształtowali swoje życie tak jak chcieli.

Niewielki wpływ na kształt swego życia miała pozostawiona przez Hanę Emiko. Dzień, kiedy z plaży zabrał Hanę japoński żołnierz, był jednym z kilku końców, z którymi musiała zmierzyć się młodziutka dziewczyna. Hana miała szesnaście lat, gdy została zmuszona do tego, by udać się z okupantem tylko po to, by ocalić siostrę. Emiko także w tym wieku zrozumiała, czym jest dogłębna samotność. Siostry nie zdążyły się pożegnać. Czego szuka ta młodsza po tak wielu latach od wojennego koszmaru? Czego w czasie wojny doświadczyła Hana i czy jest to w ogóle do opisania, do wyrażenia?

„Biała chryzantema” ściska za gardło. Perypetie Hany to jak wkraczanie w kolejny krąg piekła. Świat widziany oczyma uprowadzonej dziewczyny zaczyna być definiowany przez jej oprawcę i wyzwoliciela jednocześnie. Bracht proponuje nam obraz specyficznej relacji między porwaną koreańską dziewczyną a straumatyzowanym japońskim żołnierzem, którego człowieczeństwo kwestionowane jest tak samo często jak jakakolwiek czytelna definicja relacji łączącej Hanę z Morimoto. Opowieść Bracht staje się dosyć tendencyjna, bo autorka bardzo wyraźną kreską oddziela dobro i zło w człowieku, niemniej zbudowanie niejednoznaczności w wyżej wspomnianych relacjach stanowi ciekawy element powieści. Książki zdecydowanie antywojennej i mówiącej o skali nieopisanego okrucieństwa nie tylko przez pryzmat doświadczeń więzionych kobiet. Bracht pozwala sobie na jasny i klarowny komentarz, gdy opisuje scenę męskiego okrucieństwa. To właśnie robią sobie mężczyźni na wojnie. Tylko tym jest wojna. Bezmyślną i szaloną torturą. Co wówczas, gdy jest to nie tylko tortura ciała, ale odbieranie wolności i tożsamości tylko dlatego, że jest się przedstawicielką tak zwanego wrogiego narodu?

Mary Lynn Bracht komentuje w swojej fikcji literackiej także koreańskie antagonizmy. To Emiko doświadcza bratobójczego okrucieństwa i może je zdefiniować w siatce pojęć starszej siostry, której nie było dane ujrzeć rozpadającej się Korei i momentów, w którym rodak był w stanie pozbawić życia rodaka. Skala kobiecych upokorzeń w tej powieści jest ogromna. Mężczyzna dominuje, zniewala, niszczy, odbiera radość życia. Dychotomia płci czyni z „Białej chryzantemy” powieść chwilami zbyt prostych przesłań, ale jest to niewątpliwie bardzo emocjonalny debiut autorki, która opowiadając historię rozdzielonych i skrzywdzonych sióstr, rozprawia się z bolesnymi sprawami z przeszłości własnej rodziny. Bracht niezbyt dobrze radzi sobie z niuansowaniem nastrojów i emocji, nie potrafi też stworzyć przekonującej bohaterki dynamicznej. Tym niemniej ujmuje bezkompromisowością przekazu swojej książki. Przeraża ogromem przytaczanych zdarzeń, które bynajmniej nie są elementami jej fikcji literackiej. To także ważny i odważny głos w sprawie podmiotowości i tożsamości koreańskich kobiet. Głos w sprawie wojny, która nigdy dla nikogo nie jest wygrana. Samoudręczenie Emiko oraz nadmiernie podkreślana siła woli i chęć przetrwania Hany nie opowiadają historii o wojennych gwałtach w sposób na tyle przekonujący, by pozostał po tej książce ślad inny niż uderzenia opowieściami o niewyobrażalnych zbrodniach. Chciałoby się z tej narracji wydobyć coś więcej niż tylko współczucie. „Biała chryzantema” formalnie rozczarowuje. Jest jednak bardzo czytelną i ważną książką wnoszącą wiele w debatę publiczną o deprecjonowaniu kobiecości – nie tylko w warunkach wojennych.

2018-03-05

Rozmowa z Wiolettą Grzegorzewską

Autoportret zrobiony przed 44. urodzinami

Znacie się z Andrzejem Muszyńskim? Opowiadacie o tych samych miejscach, okolicach Jury Krakowsko-Częstochowskiej, z których się wydobyliście. Ty ruszyłaś w świat, Andrzej pozostał tam, gdzie jego rodzinna miedza.

Nie, nigdy się nie spotkaliśmy, choć wymieniliśmy kilka listów. W przeszłości podjęliśmy pewne wyzwanie dla magazynu „Znak”. Napisaliśmy artykuły o polskiej prowincji, które były odpowiedzią na esej Wiesława Myśliwskiego Kres kultury chłopskiej. Andrzej jest młodszy ode mnie o dekadę i zapamiętał zupełnie inny świat Jury Krakowsko-Częstochowskiej. W pewnej podkręconej językowo powieści opisuje na przykład nalewkę z cytryn. U mnie nalewkę robiło się z niedojrzałych łupin orzecha włoskiego, pędów sosny, dziurawca, bo cytryny były towarem deficytowym. Wychowaliśmy się w tym samym regionie, jakby za miedzą, ale świat mojej wsi był zupełnie inny od tego, o którym opowiedział Muszyński. Jako kilkulatka byłam straszona demonem bebokiem: „Ucisz się, bo przyjdzie bebok i cię porwie”, w świetle popielnika sama czytałam książeczki „Poczytaj mi, mamo” i baśnie z całego świata, dreptałam boso po klepisku, bo w niektórych izbach nie było jeszcze podłogi, zasypiałam na siennikach uszytych ręcznie z worków jutowych, spałam w budce z królikami. Pamiętam, że moi dziadowie, chyba jak w „Konopielce” Redlińskiego, nie lubili jeść żuru, kaszy czy polewki metalową lub aluminiową łyżką, bo jak twierdzili, taka łyżka psuła im smak potrawy i parzyła w język. To był zupełnie inny, bardzo panteistyczny i biedny świat.

A jednak opowiada się o nim w sposób magiczny!

Tak, teraz go mitologizujemy. Ciekawi mnie to, że pisarze pochodzący z prowincji, nie tylko polskiej, bo na przykład amerykańskiej również, opowiadają zwykle o światach swego dzieciństwa językiem poetyckim. Może ich pisanie wzięło się z pieśni, tak jak moje.

„Gugułach” zaintrygowała mnie postać ojca demiurga wydobywającego życie ze śmierci, mistrza oprawiania padliny, jednocześnie ateisty niewierzącego w to, że między życiem a śmiercią jest cokolwiek innego.

Tata nigdy nie preparował padliny. Nadpsute tkanki nie nadawały się do preparacji. Wyprawiał zwierzęta zimą. Na moich oczach dusił schwytane w różne pułapki ptaki drapieżne: myszołowy, błotniaki, pustułki, jastrzębie. Rozkładał na stole gazety i od razu przystępował do skórowania. Musiałam mu pomagać, trzymać koniec sznurka, kiedy je dusił. Odwracałam głowę, żeby na to nie patrzeć. Te piękne, dzikie i wolne ptaki miały ogromną wolę życia. Nie tak jak kury kładzione w niedzielę na pieniek. Tak szaleńczo walczyły o życie, uderzały mnie skrzydłami w policzki, próbowały wyszarpać się z więzów, tak mocno machały skrzydłami, aż wapno odpadało z sufitu prosto na moją głowę.

A kiedy czułaś się przy ojcu dobrze i bezpiecznie?

Lubiłam z nim tańczyć na weselach i zabawach, grać w tysiąca, przeglądać albumy przyrodnicze, słuchać, jak opowiada o swoich wędrówkach po lesie, gra przejmujące melodie na liściach lub na bandżo, lubiłam patrzeć, jak zajmuje się pszczołami. Te owady były do niego tak przywiązane jak ja. Nie żądliły go nawet wtedy, kiedy niemal gołymi rękami, owiniętymi tylko w strzęp firanki, zabierał im miód, przenosił nowe roje do ula, ale po latach mogę powiedzieć, że nie czułam się z nim bezpiecznie.

To od niego – mam wrażenie – Loletka uczy się niepokorności, by konsekwentnie stawać się wędrującą po świecie Wiolettą. Mężczyzna kształtujący tożsamość córki. Jaki ma na nią wpływ?

Ojciec żył tylko czterdzieści dziewięć lat. Był fascynującym człowiekiem. Mogłabym opowiadać o nim godzinami. To z myślą o nim przełożyłam wiersz Seamusa Heaneya „Śmierć przyrodnika” oraz poemat Robina Robertsona „Skórowanie Marsjasza”. Tata był pasjonatem, wędrowcem, samoukiem, ale tak jak go nazwałam w inwokacji, którą opublikowałam w tomie „Orinoko”: był jak ten chrząszcz niemający w języku polskim swojego imienia, po łacinie nazywany Tribolium destructor, który wiedzie żywot we wnętrzu orzecha włoskiego, a w poczuciu zagrożenia niszczy swoje larwy, czyli zwyczajnie je pożera. Tata był demoniczny i destrukcyjny. Raczej Frankenstein niż do dobroduszny Doktor Dolittle.

Co jest najbardziej opresyjne w polskim modelu wychowywania dziewczynek? Nie każda ma odwagę i siłę samostanowienia twojej powieściowej bohaterki.

Wystarczy przystanąć przy polskim placu zabaw, żeby się przekonać, jak są wychowywane dziewczynki. To jest zwykle tresura, a nie wychowywanie: nie wchodź, nie wspinaj się, nie brudź się. Ja mogę powiedzieć, jak to wyglądało u mnie, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Z jednej strony było to wychowanie katolickie, z którego wynikało wiele restrykcji, brak edukacji seksualnej, dorastanie w poczuciu winy, zmuszanie do spowiedzi i rachunków sumienia, a z drugiej prymitywna i wulgarna kultura z wszelkimi odmianami molestowania psychicznego i fizycznego, z którym musiały się zmagać dziewczynki. Mnie właściwie wychowywali dziadkowie. Ich chłopska moralność polegała na takim lawirowaniu, czyli rób, co chcesz, tylko uważaj na to, co ludzie powiedzą, i nie przynoś wstydu rodzinie.

Czy nie jest trochę tak, że poznajesz bohaterkę „Stancji” dopiero wówczas, gdy rozmawiasz o niej w wywiadach? I że spoglądasz na nią z nieco innej perspektywy niż wówczas, gdy opisywałaś jej losy? Mówienie stanowi formę nadpisanego?

Tak, tak jest. Coś sobie obmyślę, a potem okazuje się, że postać i tak mi się wymyka i żyje własnym życiem. I to jest najwspanialsze w pisaniu! Kiedy świat przedstawiony sam się przedstawia. Mnie zdarzyło się nie rozpoznać cytatu z własnej książki. Ktoś wysłał fragment „Stancji” z pytaniem, czy może wykorzystać go w eseju, a ja nie mogłam uwierzyć, że sama to napisałam. Albo taka sytuacja. Pewien mężczyzna zagaił mnie podczas warszawskich targów książki, że znał ojca Pana Kamila, jednego z bohaterów „Stancji”: – Wiem, w jakiej kopalni zginął jego ojciec – powiedział. – A to jego ojciec zginął w kopalni? – zapytałam.

A jakie najbardziej zaskakujące cię pytanie usłyszałaś na spotkaniu autorskim?
fot. Joanna Sidorowicz

Byłam bardzo zaskoczona, kiedy w „Metrze”, takim brytyjskim brukowcu, ukazała się recenzja „Guguł” ze zdjęciem prosiaka, a w notce angielskiego poczytnego i szanowanego magazynu literackiego ktoś stworzył biogram na podstawie przygód mojej bohaterki i napisał, że moja rodzina trzymała indyki w klatce pod stołem, kaczki pod drabiną prowadzącą na strych, że hodowała świnie w chlewie. Jeden z amerykańskich studentów zapytał mnie, czy krawcowa naprawdę ujeżdżała kukłę swego męża i czy mogłabym to wyjaśnić.

Wioletta celowo nie wchodzi w głębsze relacje, bo wie, że jest w Częstochowie tymczasowa? Czy to może taki etap zbierania doświadczeń i opowieści innych bez przywiązywania się do nich?

Relacje Wioletty Rogali ze światem są dość skomplikowane i nieoczywiste. Minęło pół roku od premiery, a ja wciąż nie potrafię ich wytłumaczyć. Chciałbym, aby czytelnik po swojemu sobie wszystko zinterpretował. Cieszy mnie to, że tak szybko sprzedał się cały nakład i są planowane dodruki. Nie ma lepszej wiadomości dla autora niż ta, że jednak ma swoich czytelników.

W „Stancjach”, ale i w „Gugułach” jest sporo melancholii. Towarzyszy ci też w codziennym życiu?

Zdarzają się mi takie tygodnie w czasie wilgotnych, mrocznych zim w Anglii – pogrążam się w melancholii. Nie ukrywam tego. To są dość twórcze, samotne i świadome okresy, w których zwykle piszę. W kapitalistycznym świecie człowiek nauczył się wypierać emocje. Nie możesz okazywać smutku, lęku, bólu, wściekłości, bo wtedy jesteś mniej produktywny i zarażasz tym innych. Pamiętam, jak władze próbowały tłumić w tamtym roku emocje po różnych zamachach terrorystycznych. Kapitalizm wie, że melancholia może być pierwszą oznaką oporu. Pogrążasz się w smutku i wytrącasz się z systemu. Świat urządzony przez chicagowską szkołę ekonomiczną jest dla uśmiechniętych, bezproblemowych, ładnych oraz elegancko ubranych i wreszcie umundurowanych.

A jest w nim miejsce dla wrażliwych?

Wrażliwcy zawsze, nawet w czasach późnego kapitalizmu, znajdą swoje enklawy czy heterotrofie, na przykład w sieci, tam na Facebooku lub w bibliotece. Myślę, że sieć blogów książkowych jest jedną z takich subkultur i bywa formą ucieczki. W przyszłości tylko kreatywnych wrażliwców nie będą mogły zastąpić maszyny, więc staną się oni towarem deficytowym. Ktoś będzie musiał twórczo myśleć i ewokować emocje, choćby na potrzeby reklamy.

Stancje” wydobyły się z „Guguł” i mam wrażenie, że z nich może powstać trzecia narracja. Myślałaś o takim tryptyku egzystencjalnym jednej bohaterki? Oswajanie Hektarów, ruszenie w drogę, odnalezienie celu – taką mam fantazję.

Niesamowicie to wyczułeś, bo ja już na początku tego wieku, to znaczy wiele lat przed premierą pierwszej części, planowałam tryptyk jurajski. „Guguły” były najłatwiejsze do napisania. Wybrałam formę gawęd. Wcieliłam się w rozgadaną, pyskatą, żywiołową, wszędobylską i wrażliwą dziewczynkę. W „Stancjach” wchodząca w dorosłość bohaterka, która opuściła dom rodzinny, milknie. Pisząc tę książkę, próbowałam odtworzyć z pamięci swój dziennik, który prowadziłam w trakcie częstochowskich studiów filologicznych. Zrekonstruowałam przygody w krótkich scenach, jakbym pisała dramat czy scenariusz filmu. Tytuł odnosi się do treści i formy. „Stancje” są chronologicznie poukładanym zbiorem migawek, często zakończonych wierszem zapisanym bez łamania na wersy. Zaraz to udowodnię, cytując kilka takich puent z różnych rozdziałów:
Na jej widok skaczę w płomienie.
Za horyzontem wzbierał ocean.
Nasze usta spotykają się w ciemności.
Słońce nad polami zachodziło rdzą.
Na jej szyi krzyżyk połyskiwał jak wyliniała z larwy jętka.
Dziś, po sierpniowej premierze, czuję niedosyt. Myślę, że tych scen napisałam za mało. Zaprosiłam czytelnika do świata Wioletty Rogali, ale nie pozwoliłam mu się tam rozgościć.

A jak piszesz?

Bardzo powoli. Męczę każde zdanie. Po publikacji dwóch książek prozy mam świadomość, że popełniam ten sam błąd. To znaczy za bardzo kondensuję treść. Myślę, że nie mam dystansu. Pracuję w samotności, po nocach. Kiedy piszę, z nikim niczego nie konsultuję, nikomu nic nie wysyłam, a potem, w procesie obróbki książki, zapominam o uzupełnieniach. Widziałeś, ile nazwisk wymienią amerykańscy pisarze w podziękowaniach? W powieści Margaret Atwood „Oryks i Derkacz” wszystkie nazwiska osób, które były jej pierwszymi czytelnikami, specjalistów w danej dziedzinie, asystentek, opłaconych bibliotekarzy nie zmieściły się w podziękowaniach i pisarka musiała założyć specjalną stronę, aby je wymienić. Ja nie mogłam liczyć na taką pomoc. Moja zaliczka wystarczyła na opłacenie dwóch czynszów za wynajęty dom we wschodniej Anglii i kilku rachunków za prąd.

Czy w relacji pisarz-wydawca ten pierwszy może czuć się osamotniony, porzucony?

Nie wiem, czy to powiedzieć, bo mi się za to oberwie, ale co tam. Moja znajoma zrezygnowała z pracy translatorskiej, bo zatrudniona na cały etat na poczcie nie wytrzymała presji związanej z łączeniem pracy zarobkowej i artystycznej. Tych spraw nie da się pogodzić. Rozumiem to. Też nie dawałam rady tak żyć i pewnie wkrótce, kiedy ucichnie szum związany z moją nominacja do Bookera, znów zacznę się miotać. My, pisarze, tłumacze, redaktorzy, pozwoliliśmy zamienić się towar. W ubiegłym roku mocno tego doświadczyłam zarówno w Polsce, jak i Wielkiej Brytanii. Zaproszona przez pewne wydawnictwo na trasę promocyjną, pracowałam trzy dni bez przerwy, codziennie od ósmej do późnej nocy. Sama się na to zgodziłam, bo myślałam, że jest to konieczne, że w innym wypadku moja powieść się nie sprzeda i znów będę zmuszona do pracy w fast foodzie, hotelu czy kawiarni. Miasto, w którym wówczas przebywałam, widziałam tylko z okien taksówek. Mam słabe zdrowie i w końcu tego nie wytrzymałam, poczułam się tak wyczerpana, że w ostatnim dniu zasłabłam i zrezygnowałam z kilku wywiadów oraz spotkań w radiu. To trudne doświadczenie, które dało mi do myślenia. Media wykorzystują za darmo mój wizerunek i słowa, nie płacąc mi za nic. Wszyscy szarlatani, którzy zajmują się nami, agenci, specjaliści od imaginistki powtarzają, że takie działania są konieczne dla promocji książki. Dlatego teraz postanowiłam na chwilę się zatrzymać i pomyśleć, co dalej.

Powiedziałaś Oldze Wróbel, że motywami wody w „Stancjach” chciałaś nawiązać do „Odysei”. Wit Szostak w „Zagrodzie zębów” dał przed tobą wyraz temu, iż „Odyseja” ze swym szeroko pojętym motywem powrotu jest jedną z książek jego życia odczytywaną na nowo.

„Odyseja” jest jedną z moich ulubionych książek, którą wciąż podczytuję. W pieśni jedenastej Odyseusz dociera do krańców oceanu, gdzie znajduje się kraina zmarłych, gdzie lud żyje w wiecznej ciemności, gdzie Odys spotyka duszę swojej matki.
Był taki polski krytyk Ryszard Gansiniec. Nie wiem, czy dobrze zapamiętałam jego nazwisko. No i ten Gansiniec, który, muszę dodać, pisał na początku lat dwudziestych ubiegłego wieku, uważał, że Odys jest nieboszczykiem, że zginął w bitwie trojańskiej, a „Odyseja” jest tak naprawdę opowieścią o zmarłym, który z krańca mórz wraca do żywych, aby wymierzyć sprawiedliwość.
Chyba nie potrafię powiedzieć, dlaczego w mojej prozie jest aż tyle motywów wody. Może chodzi o to, że wszystkie książki pisałam w specyficznych miejscach, nad morzem czy nad wielką rzeką. „Guguły” powstały na wyspie Wight, która nazywana jest lądem dinozaurów, starców i duchów. Spędziłam tam aż dziesięć lat i moja wyobraźnia przesiąkła widokami morza, kanału La Manche, cieśniny Solent, wszelkich zatok i delt.

Z psem Leo nad Tamizą
Oswoiłaś wodę?

Na początku, jako szczur lądowy, który w Polsce widział morze tylko kilka razy, miałam chorobę morską, ale szybko mi to przeszło. Kilkadziesiąt razy pływałam z portu East Cowes do Southampton, skąd wypłynął słynny liniowiec Titanic; z portu Ryde do Portsmouth, gdzie urodził się autor „Wielkich nadziei”. Od osiemnastego roku życia wciąż żyję na walizkach i jestem w podróży. Jakby powiedział Odys, na włóczęgę żywot tracę. Teraz mieszkam nad deltą Tamizy, w strefie wysokiego zagrożenia powodziowego. Tam był kiedyś teren bagienny, po którym zostały zardzewiałe tabliczki ostrzegawcze. Rzeka wylewa tu co kilka lat. Podczas odpływu rozlewiska budzi mnie zapach gnijących wodorostów, jakbym zasypiała w kompoście. Do snów przenikają mi sygnały promów.

W twojej twórczości chodzi chyba bardziej o tę archetypową podróż niż powracanie?

Tak, zdecydowanie. Itaką są moje Hektary, ale ja tam nie powracam, tylko stamtąd wciąż uciekam. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że w prozie aż trzy razy posłużyłam się metonimią wieloryba. W „Gugułach”, w pierwszym rozdziale, Loletka opowiada o wielorybie, który popłynął do chmur. „Zatrzymałam się dopiero przy straganie z dmuchanym srebrnym wielorybem. Wieloryb nie mógł odpłynąć do chmur. Słońce złapało go w fioletowe i czerwone kręgi, oślepiło mnie i piekło w policzki”. W kolejnych rozdziałach dziewczynka podczas burzy bawi się w ciemnej sieni w Jonasza, który przebywa w brzuchu wieloryba.
„Stancje” też rozpoczynam taką wodną sceną. Moja bohaterka chcę wypłynąć, choćby na suchy przestwór oceanu. Kolejny raz posłużyłam się tym samym chwytem, to znaczy autobus zamieniałam w akwarium, a tłum w autobusie w zdychającego walenia.

Nominowanie twojej książki do Bookera to wielki sukces i moja prywatna radość. Uważam – tak jak Kasia Tubylewicz – że większość polskich narracji jest nieprzetłumaczalna dla świata ze względu na lokalność swojego przesłania i eksperymenty formalne. U ciebie treść i przesłanie są również ukłonem ku czemuś lokalnemu, ale zagraniczna krytyka literacka i czytelnicy odnaleźli się w tym. Jak myślisz, co pomogło tej książce, że ją dostrzeżono za granicą?

Dziękuję. Wciąż trudno mi pojąć, dlaczego akurat ta książka znalazła tylu czytelników na świecie. Czymś musiały ich ująć te przygody dziewczynki dorastającej na prowincji w czasach socjalizmu. Może zmysłowy konkret świata, którego już nie ma? Światło popielnika, migotanie świętego źródełka, pachnący miodem lep na muchy, szelest podomki, zapach żuru w sieni… Właśnie dowiedziałam się, że przed Wielkanocą kilka rozdziałów tej książki, w przekładzie Renate Schmidgall, wyemituje Westdeutscher Rundfunk Köln, jedna z największych państwowych rozgłośni radiowych w Niemczech. Pewne książki trafiają na swój czas. Myślę, że „Guguły” zawdzięczają swój sukces przede wszystkim wybitnemu przekładowi Elizy Marciniak.

Wielka Brytania jest twoją stancją czy domem? Opowiedz o swojej tożsamości emigrantki.

W Wielkiej Brytanii zbliża się brexit, więc jestem nieco zdezorientowana. Nie wiem, co ze sobą zrobić. Jestem też chyba na etapie jakichś wewnętrznych przemian. Jedno mogę powiedzieć na pewno. Czuję się wykorzeniona, ale moja tożsamość kobiety zyskała na tej przeprowadzce do Anglii.

Dlaczego?

Nikt tu nie wtrąca się w moje życie. Mogę funkcjonować, rozwijać się w poczuciu wolności. W Polsce prawdopodobnie żyłabym pod presją społeczną, wbrew sobie i swoim przekonaniom religijnym musiałabym ochrzcić córkę, posłać ją do komunii i tak dalej.

Czy jest szansa lub możliwość, że kiedykolwiek wrócisz do Polski?

Wątpię, żebym wróciła do Polski. Choć bardzo tęsknię za tym krajem, to jednak po kilkunastu latach mieszkania w wielokulturowym społeczeństwie czułabym się tam jak emigrantka do kwadratu.

Kiedy emigracja może być początkiem nowego życia, a kiedy pułapką utkwienia w czymś opresyjnym i rozczarowującym?
Na wieży Spinnaker, Portsmouth

Wielu przyjezdnych udaje, że tak naprawdę nie wyemigrowało. Zamykają się w świecie pobratymców i to jest problem. Znam ludzi z Londynu, którzy zupełnie nie integrują się z Brytyjczykami, kupują jedzenie tylko w polskich sklepach, mają polskie przychodnie, pracują i przebywają na co dzień tylko z Polakami. Tworzą sobie iluzoryczną Polskę i takie życie w końcu okazuje się dla nich pułapką.

Zmieniając swoje zdjęcie profilowe na Facebooku, napisałaś o swym wieku i dodałaś, że nigdy nie czułaś się lepiej. To bardzo budujące i chciałbym się dowiedzieć więcej.

Wspomniałam o tym pod koniec ubiegłego roku. W tamtym dniu, tuż przed czterdziestymi czwartymi urodzinami, chciałam sobie uświadomić coś ważnego. W pierwszej dekadzie nowego wieku dzięki mojej pracy i mojemu uporowi spełniły się wszystkie moje marzenia, i to z nawiązką. Zawsze chciałam pisać, ale nigdy nie przypuszczałam, że dzięki temu zajęciu polecę za ocean, do Nowego Jorku, Los Angeles, że z lotu ptaka zobaczę Kalifornię, będę się włóczyć po Chinatown w Kanadzie i nad Zatoką San Francisco, że wpadnę kiedyś do Toronto, gdzie przy okazji nominacji do poetyckiej nagrody Griffina przeczytam wiersze przed tysiącem ludzi.

Bliższa jest ci poezja czy proza? Jako autorce i jako czytelniczce.

Nie ma dla mnie znaczenia, czy piszę prozę, czy poezję. Choć ostatnio zupełnie zdominowała mnie ta pierwsza. Ostatnio czytam przede wszystkim powieści amerykańskie, aby podszkolić warsztat pisarski. Może i większość z tych książek to wydmuszki, które przeczytasz i po miesiącu zapomnisz, ale jednak jak sprawnie zrobione wydmuszki. Weźmy na przykład powieść Donny Tartt „Mały przyjaciel”. Dla jednej mistrzowskiej sceny pokazującej, jak dzieci w letnie popołudnie polują na węże, warto było przeczytać ponad sześćset stron. Nigdy tej sceny nie zapomnę, bo sama tak polowałam nad rzeką. Tylko moje węże nie były śmiertelnie jadowite. Oto kryminał, z którego na końcu dowiesz się – uwaga, spoiler – że ten, który miał zabić, jednak nie zabił, i to wszystko. W sumie fajne zgrane. Czytasz, aby się dowiedzieć, że tak jak życiu, nie otrzymasz odpowiedzi na żadne pytanie i wiecznie jesteś robiony w bambuko.
Najgłębszą formą czytania poezji jest praca translatorska. Ja w przerwach między pisaniem książek tłumaczę sobie wiersze z języka angielskiego.

Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję.

2018-03-02

„Moja córka komunistka” Agnieszka Wolny-Hamkało

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 17 stycznia 2018

Liczba stron: 296

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: O tożsamości

Agnieszka Wolny-Hamkało po raz trzeci próbuje swych sił jako prozaiczka. Omawiając jej poprzednią książkę, zaznaczyłem, że sposób pisania autorki jest na tyle rozpoznawalny, iż wystarczy kilka zdań, by wiedzieć, że to ona. Tym razem, w nowej książce, było trochę inaczej, ale o tym napiszę za chwilę. Na początku jednak chciałbym zauważyć, jak niesłychanie odważne i ambitne zadanie stawia sobie po raz kolejny osoba zanurzona bez pamięci w innym wymiarze słowa. Określenie tego wymiaru poetyckim to wielkie uproszczenie. Chodzi mi o to, że widzę, czuję to, z jaką konsekwencją i uporem Agnieszka Wolny-Hamkało próbuje opowiadać – siebie i swoje bohaterki – inaczej, w innym rejestrze, a przecież z tą samą wrażliwością. Po lekturze trzeciej powieści wrocławskiej poetki odnoszę trochę wrażenie, jakby znajdowała się w symbolicznej sieni, w której umieszcza swą bohaterkę – dziewczynkę z „Mojej córki komunistki”. Sień dla dorastającej Anny to przestrzeń między tym, co znane i oswojone w domu, a tym, co czeka na nią na zewnątrz. Ta książka opowie o tym, jak dziecko wydobywa się z rodzinnej sieni i staje odpowiedzialną za swe wybory kobietą. Moja córka komunistka” to także świadectwo tego, z jaką pewnością autorka mierzy się z prozą. Ta droga wydaje mi się dużo bardziej ciekawa niż u Anny Janko. A może po prostu jest inna. Bo Wolny-Hamkało pisze w naprawdę niepowtarzalny sposób.

Dlaczego nie rozpoznałem znajomej mi już frazy? Może dlatego, że ta ogólnie deklaratywna narracja na początku jest narracją stricte opisową. Tonącą w przymiotnikach, ale jednocześnie bardzo plastyczną. Poznajemy lata dzieciństwa głównej bohaterki, jej zmaganie się z niesprecyzowanymi kształtami świata i niejasnymi intencjami ludzi, którzy ten świat jej budują. Siedmioletnia Anna widzi śmierć sarny. Potem przygląda się coraz to nowym przejawom życia. Chłonie je, doświadczając na przemian czułości i rozczarowań. Opowiadając ten etap życia bohaterki, Wolny-Hamkało zbliża się trochę do poetyki „Guguł” Wioletty Grzegorzewskiej. Potem jednak jest już całkowicie rozpoznawalna w swej oryginalności. Oswojona w języku dzięki dwóm poprzednim książkom. Opowiadająca wyjątkową i inną od dwóch pozostałych historię.

Dlaczego? Zarówno Ewa z „Zaćmienia”, jak i Ada z „41 utonięć” nie posiadały skonkretyzowanej tożsamości. Były hybrydami emocji i myśli, były niejako tłem wydarzeń, nie stanowiły o ich kontekście. „Moja córka komunistka” to konsekwentna proza o budowaniu tej tożsamości. Anna idzie przez życie z wieczną ciekawością, nienasyceniem, z potrzebą eksperymentowania – chce doświadczyć jak najwięcej i unieść wagę tych doświadczeń, nazywając je po swojemu. Dlatego kiedy Wolny-Hamkało żegna swą bohaterkę z jej dzieciństwem, książka zmienia się też strukturalnie. Nie upodabnia do poprzednich, ale w pewnym stopniu jest ich kontynuacją. Zwłaszcza obrazując środowisko artystyczne, z którym rozprawiało się już „41 utonięć”.

To nie jest jednak powieść diagnozująca ludzi sztuki, choć oczywiście tacy znajdują się wokół Anny i właściwie są nieodłączną częścią świata, do którego chce się dostać, którego czynną uczestniczką chce być. Ważni są mężczyźni jej życia i relacje, jakie z nimi tworzy. Romans, związek na całe życie. Nieustanne napięcia między płciami i ich wspaniałe kompromisy. Dla mnie jednak najważniejsi stają się ci oddaleni albo nieobecni. Rodzice Anny. Ojciec, który czule nazywa ją określeniem z tytułu. Zabierający na plan filmowy, by pokazać, że z rzeczywistości można wykreować coś więcej, nadać jej nowe znaczenia, określić nowe drogi postrzegania różnych zależności. Ojciec zawsze był na drugim planie, ale pozostał blisko. Tajemniczą nieobecną jest matka. Uciekająca w religię, a potem ku lepszemu życiu na północy. Opuszczająca i pozostawiająca niedopowiedzenia. On – samotny i oddany córce. Ona – laborantka, która przeanalizowała dotychczasowe życie i zdecydowała się na zmiany. To był dobry, ciepły dom. Anna wydobyła się z niego bezboleśnie, choć na pewno uwierała ją wieczna nieobecność. Wkraczając w życiową sień, oddawała lęki czasowi przeszłemu. Przestała się bać cienia czy tego, że ktoś ją zje. Zaczęła łapczywie połykać życie. Artystyczne, wyzwolone, niepozbawione druzgoczących chwilami elementów prozy życia. Zawsze jednak świadome i pełne. Tak, „Moja córka komunistka” to opowieść o formowaniu się silnej tożsamości, która często musiała stanąć w opozycji do czegoś, by wypracować szacunek do siebie. Wolny-Hamkało opowiada o latach dorastania, po których nadeszły lata względnej stabilizacji, ale mimo wszystko ciągłego i uporczywego poszukiwania innych znaczeń tego, co dookoła. Bo przecież „życie jest niewyobrażalne” i ta książka jest w gruncie o tym, czego nie można opowiedzieć, a co musi zrodzić się w wyobraźni czytającego.

Podoba mi się to, że autorka w swoich książkach poszukuje nowych asocjacji, wciąż eksperymentuje, jest odrobinę ekscentryczna i buduje narracyjne gry słowne. A także tworzy sytuacje, których pierwowzorów poszukuje się w realnym świecie. Wolny-Hamkało zaprzecza, by była to powieść autobiograficzna. Wyznawała jednak, jak ciężko nad nią pracowała, i jak wiele czasu jej poświęciła. Myślę, że ogrom wspomnień miał na tę rzecz duży wpływ. Anna nie pożegnała się ze swoimi, nie zniszczyła ich w sobie jak niszczono stare instrumenty na jej oczach w obecności ojca. Anna to już nie jest symbol, idea, to nie jest pewien konstrukt myślowy czy lingwistyczna igraszka narracyjna. Anna skądś się wydobyła. Jest z krwi, kości i swej wrażliwości. Docenia każdy aspekt artyzmu, ale wie, jak łatwo stać się tylko artystycznym prowokatorem. „Moja córka komunistka” na pewno ukrywa przed nami to, co było osobiste w jej tworzeniu. Jest jednocześnie wyjątkowo spójną i chyba najlepszą jak do tej pory powieścią Agnieszki Wolny-Hamkało. Specyficznie czułą i też w charakterystyczny sposób bardzo subtelną. Ujmuje mnie pisanie autorki. Łącznie z jej niefrasobliwością obecną już od „Zaćmienia”, gdy prowadziła bohaterkę w Krakowie okrężną drogą z Rynku Głównego na Kazimierz, a tutaj fado wkłada w usta Hiszpana, nie Portugalczyka, a „Aleję gwiazd” każe śpiewać Urszuli, nie Zdzisławie Sośnickiej. Bardzo dziękuję za to trzecie spotkanie z wyjątkowym pisaniem. Nie należy brać bohaterki ani samej autorki zbyt serio i odbierać książki nad wyraz poważnie – choć mówi chwilami o śmiertelnie poważnych sprawach. Należy poszukać w niej siebie, odrobiny własnej wrażliwości. Wolny-Hamkało daje zawsze ten wspaniały margines interpretacyjny. I tym razem nie zawodzi.