2020-02-14

„Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera” Jacek Hołub


Wydawca: Czarne

Data wydania: 22 stycznia 2020

Liczba stron: 232 

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Festiwal pretensji

Poprzedni reportaż Jacka Hołuba, „Żeby umarło przede mną”, bardzo mną wstrząsnął. W przypadku tego nowego również jest mowa o wstrząsie, ale innego rodzaju. O ile opowieści o bezradnych i walczących matkach osób niepełnosprawnych były dla mnie słuszne oraz zasadne ze społecznego punktu widzenia, bo o takich sprawach powinno wiedzieć jak najwięcej osób, o tyle pomysł na książkę o dzieciach z deficytami rozwojowymi mocno tu zaszwankował. Dlaczego? Odnoszę wrażenie, że ten reportaż nie ma jakiegoś czytelnika docelowego. Doskonale wiadomo, z jakiego powodu powstał, ale trudno określić, kto ma go czytać. Jest spisaną kroniką wzajemnych oskarżeń, wyrażania frustracji, mówienia o bezradności. To książka, która ma pokazać, jak zachowują się społeczeństwo, szkoły i różne instytucje wobec problemu inności dziecka. Wynika z niej, że tak naprawdę wszystko jest w kryzysie. I nie ma sugestii żadnej rady, by zmienić ten stan rzeczy. Hołub jest uważnym słuchaczem, ale „Niegrzeczne” w swojej konstrukcji to spis lamentów, gdzie każdy rozmówca okopany jest w sferze własnych problemów, z którymi nikt tak naprawdę mu nie pomoże się uporać. Efekt jest taki, że matki dzieci wskazanych w tytule narzekają na instytucje, instytucje narzekają na matki, rodzice opisywanych dzieci atakują także siebie wzajemnie, a inni rozmówcy starają się albo dystansować, dając dobre rady, które nikomu nie będą przydatne, albo pokazywać, że z opisywanymi problemami radzą sobie doskonale.


Wychodzi z tego bardzo męczący zbiór rozmów opowiadających o tym, jak samotni i rozżaleni są ludzie wokół dzieci z autyzmem, aspergerem, ADHD. Głos oddany jest tylko jednemu z tych dzieci, które – a jakże – skarży się na opresję szkolnego otoczenia, złych nauczycieli, nierozumiejących go ludzi. Myślę, że to książka, która miała za zadanie zwrócić uwagę na to, byśmy pochopnie nie oceniali i nie osądzali dzieci sprawiających problemy, ale wyszedł z tego gorzki reportaż o tym, że w obliczu opisanych problemów nie potrafimy być razem. Widać tę konfrontacyjność, nawet jeśli nie była ona przez autora zamierzona. Dwie matki tak zwanych trudnych dzieci są przekonane, że szkoła i wychowawczyni powinny absolutnie radzić sobie z zachowaniami ich pociech, kiedy są one na terenie szkoły. Rozmowa z dyrektorką jednej ze szkół wygląda jak zapis przesłuchania sądowego: wyimek z opinii poradni psychologiczno-pedagogicznej i odniesienie się do tego rozmówczyni. Psycholożka z jednej z poradni sugeruje, że w dużych miastach opinie o dzieciach sprawiających specyficzne problemy wydawane są taśmowo i szybko. Z nimi mierzą się nauczyciele pozbawieni wsparcia, którzy są restrykcyjnie rozliczani z każdego słowa opinii. Jedna z rozmówczyń wspomina nawet o szantażu takim dokumentem, by szkoła wreszcie wzięła się do roboty.

Nie umniejszam goryczy, smutku, codziennych trudności i narastających frustracji rodziców dzieci, które zawsze były i prawdopodobnie będą specyficzne. Nie usprawiedliwiam tych, którzy sugerowani są jako ludzie uznający trudne dzieci za kłopot, a nie wyzwanie, by inaczej z nimi pracować. Nie chcę oceniać postaw, choć niepokoi mnie opowieść jednej z matek o reżimowym wychowaniu jej córki, którą mimo wszystko chce dopasować do własnych wyobrażeń, czy monologu nauczyciela wspomagającego uznającego się za chłopca do bicia i opowiadającego, że specjalista nie jest maszyną, choć on najwidoczniej jest nią w swej perfekcji. Chodzi mi głównie o to, że wydźwięk „Niegrzecznych” jest chyba inny, niż być powinien. Same dzieci schodzą jakby na drugi plan, a najmocniej wybrzmiewa tutaj wielogłosowa opowieść o tym, że system pomocy dla nich kuleje wszędzie i na każdym szczeblu. Ostatecznie pozostają matki (z często wycofanymi ojcami), które muszą unieść ciężar ponad ich siły – wychowywać dziecko, którego nie da się wychować uznanymi za usankcjonowane społecznie metodami i sposobami.

To z drugiej strony mądra książka o dorastających ludziach, którzy mają inną wrażliwość, systemy wartości, inaczej reagują na bodźce i w specyficzny sposób je definiują, a czasem brak im zwyczajnie instynktu samozachowawczego. I cierpią gdzieś do wewnątrz, bo każdy widzi tylko ich społeczne nieprzystosowanie, a nie ma wypracowanego modelu działania i dochodzenia do tego, żeby te dzieci naprawdę poznać i przynajmniej częściowo zrozumieć. Jacek Hołub poświęca najwięcej uwagi relacjom z codziennego życia rodziców, którzy niejednokrotnie latami czekają na właściwą diagnozę, by zrozumieć, jak mogą działać dla dobra dziecka. Te relacje są poruszające i generalnie pięknie rozbijają stereotypowe myślenie. Że dziecko z ADHD jest tylko głośne, dokuczliwe, absorbujące. Że autyzm to tylko wycofanie. Że dziecko z zespołem Aspergera ma się zachowywać tylko tak, jak wpisano w definicję syndromu. Te kobiece narracje z jednej strony przygnębiają, gdy widzimy, jak potwornie psychicznie obciążone jest życie rozmówczyń i jak skrajnie mogą być wyczerpane. Z drugiej jednak – odnosi się wrażenie, że matki trudnych dzieci okopują się w swoim cierpieniu i każda z nich uznaje się za wyjątkową w swoim bólu. Wszystko wygląda tak, jakby „niegrzeczne” dzieci rozsadzały cały uporządkowany świat. W ich inności zamyka się inny rodzaj niedostosowania. Wszystkich zdrowych oraz normalnie funkcjonujących ludzi, którzy nie są w stanie sobie wzajemnie pomagać i wspierać. Rodzice mają żal do szkoły, szkoła do rodziców. Opieka społeczna niewiele ma do zaoferowania. Poradnie kopiują i wklejają zalecenia, często nie odnosząc się do indywidualnego charakteru badanego dziecka. Opieka medyczna, której opieszałość jest wyśmiewana, i system zmuszający do płacenia wielkich kwot za diagnozy, terapie. Okazuje się, że portretowane dzieci są chyba najmniej zaburzone z tego wszystkiego, co opisuje ten reportaż. Nieudolna i dysfunkcyjna jest polska rzeczywistość, w której wciąż ktoś na nowo ma do kogoś o coś pretensje.

„Niegrzeczne” to też opowieść o bardzo trudnym życiu, w którym cała rodzina musi walczyć z nieprzewidywalnością, agresją, ciągłym napięciem i narastającymi frustracjami. Książka niezwykle dramatyczna, przesycona bardzo wieloma negatywnymi emocjami. W zasadzie nie proponuje żadnej pozytywnej w zamian. Opowiada o tym, jak zdeterminowane matki rozpaczliwie próbują dać swym dzieciom to, co uważa się za normalne. Hołub pisze o dylematach, które się zazębiają. Pokazuje rzeczywistość, w której przerażająco samotne są opisywane dzieci, a cały świat wokół nich staje się dużo trudniejszy do zrozumienia niż ich stany emocjonalne warunkujące takie, a nie inne zachowania. Dlatego – choć temat jest ważny, bardzo bolesny i potrzebny w szerszej dyskusji – ten reportaż ma po prostu złą konstrukcję. Przejrzą się w nim sfrustrowani rodzice, pracownicy szkół i instytucji opieki socjalnej, psychiatrzy i terapeuci. I będzie to bardzo gorzka dla nich wszystkich lektura, a po niej pojawi się pytanie zasadnicze: o to, jak pomóc sportretowanym dzieciom i co zrobić, by społeczeństwo zaczęło pomagać, a nie wzajemnie się oskarżać o nieczułość

2020-02-12

„Krok trzeci” Bartosz Szczygielski


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 29 stycznia 2020

Liczba stron: 400

Format e-booka: MOBI i ePUB

Cena w Virtualo.pl: 23,90 zł

Tytuł recenzji: Przekleństwo pamiętania

Z dużą ciekawością obserwuję rozwój twórczy Bartosza Szczygielskiego, bo uważam, że to jeden z tych autorów, którzy bardzo dużo od siebie wymagają. Po pruszkowskim tryptyku kryminalnym decyduje się na coś innego. „Krok trzeci” to moim zdaniem wyraz szczególnego zainteresowania mroczną stroną ludzkiej natury, ale także tym, w jak dużym stopniu możemy stwarzać zagrożenie dla samych siebie. Szczygielski jest świetny w nietuzinkowym portretowaniu neuroz, zaburzeń świadomości, ale także wielowarstwowego smutku, z którego wydobywają się kolejne oblicza ludzkiego wyobcowania. Dlatego może najbardziej spośród jego trzech poprzednich powieści podobała mi się „Krew”, w której autor odpuścił to, co klasycznie buduje powieść kryminalną, skupiając się na swoim policjancie walczącym z demonami. A przede wszystkim z traumą potwornego zbiegu okoliczności, w którym pojawiło się poczucie wiecznej winy. O tym także będzie „Krok trzeci”. Brawurowa i zaskakująca historii kobiety cierpiącej nieświadomie, a jednocześnie wciąż na nowo przypominającej sobie wydarzenie, od którego rozpoczęła się dezintegracja jej osobowości.

Ta książka jest nieco trudna w odbiorze, bo wciąż balansuje między mirażem a bolesną rzeczywistością. Szczygielski wykorzystał popularny motyw amnezji, z którego właściwie niczego nowego nie da się wykrzesać, a jednak w tej powieści to, co zapominane, staje się dużo ważniejsze niż to, co pamiętane, w związku z czym jest tu widoczna pewna nieszablonowość. Stosowana konsekwentnie do samego końca, gdzie pojawia się już sporo hiperbolizacji, ale to wszystko, co może sprawiać wrażenie nieprzystawalności do świata rzeczywistego, jest tu najważniejsze. „Krok trzeci” bowiem to opowieść o mroku ludzkiej świadomości, w której ukrywają się rzeczy powoli, ale skutecznie i przerażająco rozsadzające ramy tak zwanej bezpiecznej codzienności.

Na pewno pojawi się wiele streszczeń tej książki, a ten inteligentny kryminał jest tak napisany, że aby konstruktywnie się o nim wyrazić, należałoby w ogóle nie dotykać warstwy fabularnej. Bartosz Szczygielski lubi bawić się klamrą kompozycyjną i ta pojawia się również w tej fabule. Świetna, nieoczywista i bardzo sprawnie zamykająca tę niejednoznaczną w wymowie powieść w taką całość, której zaczyna się wierzyć. A wcześniej czyta się na wdechu i są momenty, kiedy stwarzana przez autora fikcja boleśnie doskwiera. Nie wiemy wówczas, gdzie jesteśmy, jaki jest nasz status obserwatora, czego się dowiemy, a czego nigdy nie będziemy wiedzieć. Dodatkowo główna bohaterka od początku portretowana jest w taki sposób, że najlepiej zachować wobec niej bezpieczny dystans. Dystans, o którym marzy, który pozwoliłby jej stanąć obok szaleństwa własnego życia i zobaczyć, co w nim jest naprawdę realne.

Poznajemy Magdę zastanawiającą się nad tym, co się stało z ciałem kochanki męża. W finale do tych rozmyślań dojdzie uporządkowanie chaosu, jaki autor tworzy w bardzo specyficzny sposób. Wszystko wydobywa się ze świadomości kobiety, która nie jest pewna siebie, jej poczynania zaczynają ją przerażać, ponadto cierpi na zaniki pamięci i wciąż ma wrażenie, że robi lub myśli coś, za co nie jest odpowiedzialna. Bohaterka Szczygielskiego jest przede wszystkim rozpaczliwie samotna. Jej życie zostało przez kogoś lub coś wepchnięte w utarte koleiny. Ważna jest rutyna, powtarzalność, przemierzanie jak najmniejszych odległości… i bliskość męża, który w jakiś sposób panuje nad wewnętrznym chaosem i rozedrganiem Magdy. Kobieta od dzieciństwa wychowana została w taki sposób, by zadowalać innych. Zawsze kosztem samej siebie. Bardzo często przeprasza, idzie na kompromisy, odnosi wrażenie, że w życiu ktoś decyduje za nią. Jej partner sprawia wrażenie coraz bardziej odległego. Coś zaczyna być bardzo nie tak. Magda nie rozpoznaje siebie w żadnej z dotychczasowych ról i uświadamia sobie, że zostaje sama ze swoim lękiem. Niepewnością tego, co dzieje się w jej związku. I w mieszkaniu, całym białym i sterylnym, gdzie porządek zaburzają elementy zupełnie niezwiązane z codziennym funkcjonowaniem. Także czerwień krwi, która odznacza się na białym tle wyjątkowo wyraźnie…

Przyglądamy się jednocześnie bezradności, ale i momentom wyjątkowej samokontroli i gotowości do walki o siebie tej bohaterki. Kiedy Magda orientuje się, że mąż znika, a całe jej życie staje się ciągiem zagadek i niejasności, postanawia zrozumieć, co dzieje się wówczas, kiedy zanika jej świadomość, ale także wtedy, gdy zdaje się doskonale wiedzieć, co robi. Co zrobił jej mąż? Co robi ona sama? Jaki z tym wszystkim ma związek zdarzenie z przeszłości, którego w pełnym wymiarze Magda nie chce pamiętać? Szczygielski tak opowiada tę historię, że wciąż na nowo potykamy się o coś, co nie pasuje, jest nielogiczne, wydobywa się z innego wydarzenia w sposób pozornie chaotyczny. Tak myśli i działa Magda. Kompulsywność i desperacja. Przerażająca pustka oraz poczucie, że jest się ze wszystkimi zagadkami samemu. Świat, w którym nic nie jest przyjazne, a wszystko jednocześnie ma jakieś ukryte znaczenie. Poszukiwanie prawdy stanie się bardziej bolesne niż jej zrozumienie. „Krok trzeci” trzyma w szachu, nie pozwala na samodzielną czytelniczą analizę, wchłania sposobem myślenia głównej bohaterki, przykuwa uwagę do jej specyficznej mentalności.

A wszystko stworzone w nieoczywisty sposób, by jednak opowiedzieć o czymś najbardziej oczywistym – o przemocy i jej różnych obliczach. O toksycznym związku, w którym ktoś potrafi przewidzieć, że jest silniejszy, bardziej sprawny, zdolny do manipulacji i destrukcji relacji. O mrocznej zależności, w której partner gotowy jest do ingerencji w to, jak myśli o nim najbliższa mu osoba. O dominacji i o tym, że nigdy nie będzie jej bez jakiejś formy uległości czy strachu. Nie ma tu jednak czytelnego rozróżnienia, wskazywania kata i ofiary. Przynajmniej do pewnego momentu, ale ta powieść to zbiór nieoczywistości. Cały ciąg wydarzeń to pochodna instynktownej obrony przed dezintegracją. Bartosz Szczygielski pokazuje ją w sugestywny sposób, bo to, co tutaj się rozpada, tworzy jednocześnie coś nowego. Na bazie mrocznych wyobrażeń kształtowane są kolejne oblicza lęku. I desperacji, aby się z niego wydobyć. Niewiele możemy zrozumieć ze świata, jeśli nie jesteśmy w stanie zrozumieć siebie. „Krok trzeci” pokazuje, jak bardzo niebezpieczne jest zapominanie i jak wiele cierpienia niesie w sobie coś bardziej groźnego – przypominanie. I to, jak skomplikowane jest porządkowanie w zranionym sercu i skrzywdzonej duszy tego, co należy zapomnieć, i tego, z czym trzeba się zmierzyć, odświeżając pamięć. Czyta się nową książkę Szczygielskiego naprawdę bardzo dobrze. Widać, że to autor poszukujący. Pozostaje wierny konwencji kryminału, ale inteligentnie ją przekształca po to, by opowiedzieć o tym, co chyba najbardziej go interesuje – o ludzkiej potrzebie przynależności do jakiegoś porządku. I konsekwencjach podporządkowania się. Inspirująca lektura. E-book w dobrej cenie oferuje Virtualo.pl

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Virtualo.pl

2020-02-10

„Święte słowo” Sigríður Hagalín Björnsdóttir

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 29 stycznia 2020

Liczba stron: 336

Przekład: Jacek Godek

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Zapisane wyobcowanie

Napisać książkę o tym, że pismo i czytanie mogą być przekleństwem w państwie, w którym znakomita większość obywateli czyta i równie duża pisze (w sensie tworzenia), to z pewnością dowód dużej odwagi w pokazaniu jakiegoś oryginalnego sposobu myślenia. Kiedy myślę o pierwszej książce Sigríður Hagalín Björnsdóttir, czyli „Wyspie”, i zestawiam ją ze „Świętym słowem”, odnoszę przede wszystkim wrażenie, że autorka chce być oryginalna nieco na siłę. O ile w „Wyspie” sam pomysł na postapokaliptyczną fabułę był kalką, pod którą jednak autorka ukryła wiele ważnych, ale przede wszystkim nowatorskich przemyśleń, o tyle w tej powieści właśnie ogólny jej zarys jest interesujący, bo inny od wszystkiego, co napisano, natomiast w szczegółach fabuła ociera się już o wiele truizmów i przyznam szczerze, że dużo ciekawiej czyta się „Święte słowo” jako zwyczajną powieść obyczajową o bliskości, macierzyństwie i niestandardowych modelach rodziny z pewnym feministycznym sznytem (główny bohater znajduje się pod silnym wpływem kobiet, a jego jedyna fascynacja męskością, ojcem, ulegnie rozpadowi). Tymczasem Björnsdóttir chce iść w inną stronę, co niekoniecznie przekonująco się udaje.

Przede wszystkim chodzi o ironiczną grę autotematyczną, kiedy autorka kwestionuje zasadność pisma, komunikując się z nami oczywiście poprzez literaturę. Pomysł zmierzenia się z tym, czym w dzisiejszych czasach jest rewolucyjny niegdyś wynalazek pisma, sam w sobie jest bardzo ciekawy, bo okazuje się, że utyskiwaniom na coraz mniejsze zainteresowanie słowem pisanym w dzisiejszych czasach może towarzyszyć refleksja o tym, że pisanie i czytanie to dla człowieka jednak czynności zbędne, wręcz nienaturalne. Nie wiem, czy pomaga tutaj podparcie się Platonem lub sumeryjską boginią Isztar, w każdym razie jest co najmniej dziwnie i co najmniej nieprzekonująco. Już sam fakt piętnowania czytania jako formy eskapizmu może rodzić sprzeciw oraz wzbudzać wątpliwości. Zwłaszcza gdy widzi się, jak groteskowo są przedstawione motywacje oraz działania bohaterki, która wrastała w samotność i wyobcowanie, pochłaniając książki i komunikując się jedynie za pomocą przeczytanych w nich kwestii, a potem chce się z tego wydobyć. Przypomina mi się kwestia wypowiadana przez jednego z bohaterów filmu Richarda Attenborough, która dość mocno zapadła mi w pamięć. Słyszymy w tym filmie, że często czytamy po to, by zapomnieć, że jesteśmy samotni. Björnsdóttir chce iść drogą tej sugestii, jednak trudno określić, czy jej fantazje pisarskie należy traktować serio, czy jako element oryginalności jej pisarstwa – a pamiętajmy, że aby w czytającej i piszącej na potęgę Islandii czymś się wyróżnić, musi być to jakaś wartość specyficzna.

Tak czy owak jedna z bohaterek książki niezmiernie cierpi z tego powodu, że jej skłonność do czytania i życia światami przedstawionymi za pomocą pisma nie pozwala odnaleźć się w tak zwanym prawdziwym życiu. Tym życiu, w którym mówimy, oglądamy i komunikujemy się w każdy możliwy sposób, lecz nie ten związany z pismem. Jest on bowiem poddany specyficznemu ostracyzmowi. Jako dowód Björnsdóttir proponuje pełną miałkiej banalności analizę funkcjonowania tak zwanych mediów społecznościowych i osiągania przez nie celów. Ujmując rzecz krótko, „Święte słowo” chce zaznaczyć, że już w starożytności znalazł się ktoś, kto zasugerował, że zapisywanie czegokolwiek i odczytywanie tego potem jest zgubne, doprowadza do utraty samodzielnego myślenia. Że ten ktoś mógł mieć rację, a my błąkamy się po omacku pośród tego, co napisane.

Takim to myśleniem kieruje się Einar, brat zagubionej życiowo w książkach Eddy. W przeciwieństwie do siostry Einar od zawsze czuł opór wobec liter, ale bardzo chętnie słuchał o tym, o czym przeczytała siostra. To wcale nie eskapizm Eddy chowającej się za woluminami jest tu najbardziej wyrazisty, ale właśnie izolacja Einara. Wbrew przesłaniu powieści to Einar przechodzi ścieżkę najbardziej dramatycznego wyobcowania, za którym kryje się przede wszystkim potrzeba bycia z samym sobą, ewentualnie ze światem natury, który w Islandii jest oczywiście bardziej święty niż jakiekolwiek słowo. I tu rozmywa się trochę azymut. Nie wiem, jak potraktować opowieść Björnsdóttir – całkiem serio i przeanalizować szereg nielogiczności w postępowaniu bohaterów, żeby podpiąć to pod tezę, czy z przymrużeniem oka, bardziej jako intelektualną grę z czytelnikiem. Jakkolwiek odbierać „Święte słowo”, Björnsdóttir stawia przed czytelnikiem po raz kolejny wyzwanie. Może nawet bardziej skomplikowane niż odbiór debiutanckiej „Wyspy”. A może to komplikowanie, które ma jedynie charakter literackiego performance’u.

Lecz poza wszystkim to niezła literatura obyczajowa. Einar i Edda są specyficznym rodzeństwem. Dziećmi kobiet, które zmanipulował przed laty ten sam mężczyzna. Kobiet, które zawarły przymierze i wbrew niestałości kochanka postanowiły wspólnie zbudować dla siebie i własnych dzieci wspaniałe życie. O iluzoryczności tego życia przekonujemy się na kilka sposobów. Matki bohaterów zbliża pewna toksyczna relacja. Potem okazuje się – gdy poznajemy monolog jednej z nich – że w relacjach kobiet zagnieżdżały się negatywne emocje, a teraz pozostaje już tylko niedopowiedzenie. W tych dziwnych stosunkach Edda i Einar chcieli dać sobie jak najwięcej. Odciąć się od skomplikowanej rzeczywistości, ale jednocześnie stworzyć własną. I tu historia jest rzeczywiście zajmująca, bo Björnsdóttir postawiła na wiarygodność każdej z tych postaci, w związku z czym otrzymujemy kawał fascynującej rodzinnej psychodramy i opowieść o pamiętaniu własnego życia.

Ale najważniejsze są chyba słowa Julii, jednej z porzuconych kochanek: „Człowiek niczego się nigdy nie uczy z cudzego doświadczenia”. To ironiczny komentarz do pochłanianych przez jej córkę stron, które ożywają w świadomości, ale także do postaw życiowych Einara i Eddy. Te słowa w pewien sposób uwiarygodniają tezę powieści, że pismo daje wtórność, a ludzkie przyjmowanie do siebie świata zawsze ma charakter indywidualny. Sama Julia jednak zarysowana jest jako ta zarządzająca, narzucająca innym swoje zdanie, taki „stary generał”, jak nazywa ją w powieści jej przyjaciółka Ragnheidur. Dlatego myślę, że nowa powieść Sigríður Hagalín Björnsdóttir jest przede wszystkim próbą odpowiedzi na pytanie, na ile właściwie i zasadnie poznajemy świat z innych perspektyw. Na ile słuszne jest odcinanie się od rad i doświadczeń innych, a na ile sensowne jest uwierzenie w to, czego uczestnikiem był ktoś inny, aby nie popełnić jego błędu lub zrozumieć, że nie zawsze życiową mądrość należy uzyskiwać dzięki własnym próbom czy błędom. Jest w tej książce tak wiele tropów i niejednoznacznych odsłon, że przede wszystkim zwycięża ciekawość. „Święte słowo” będzie nietuzinkową literaturą, ale nie jest to dla mnie jakoś zapadające w pamięć dokonanie literackie.

2020-02-07

„Drzazga. Kłamstwa silniejsze niż śmierć” Mirosław Tryczyk

Wydawca: Znak

Data wydania: 29 stycznia 2020

Liczba stron: 352

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Pamięć i milczenie

Dziadek Grzegorz. Czuły i szanowany. Uwielbiający wnuka, kochający go. Antysemita i nacjonalista. Morderca? Zaraz, przecież o rodzinie nie mówi się źle – autor tej książki słyszy to ciągle, w różnych miejscach i z różnych ust. A jednak mroczna przeszłość dziadka Grzegorza nie daje spokoju Mirosławowi Tryczykowi. Nie dają mu spokoju przemilczenia własnej matki i historia rodzinna, w której do głosu dochodzą przerażające sugestie. „Drzazga” najmocniej wybrzmiewa właśnie w tym prywatnym wymiarze, ale jest to też solidnie skonstruowany reportaż o zbrodniach, o jakich nie mówi się dla własnego bezpieczeństwa i komfortu. Tryczyk chce uzyskać spokój dopiero wówczas, gdy zada wszystkie trudne pytania, gdy choćby na część z nich pozna odpowiedź. Śledząc przeszłość dziadka, analizuje zjawisko masowego zapominania o niewygodnej prawdzie. Opowie o tym, że za tym zapominaniem kryje się wstyd, ale także konsekwentne milczenie. Czy można żyć z hańbą zbrodni, nazywając ją jedynie czymś wstydliwym? Czy kolejne pokolenia mają pamiętać, czy też bardziej wrastać w milczenie? Czy teza, że podczas drugiej wojny światowej nie tylko Niemcy, ale również Polacy mordowali ludność żydowską, jest zbyt trudna do uniesienia i zbyt drastyczna, by przestała być tylko tezą?

Tryczyk wyraźnie wskazuje adresy pogromów żydowskich. Tam, gdzie naziści nie musieli wykazywać się swoją bezwzględnością oraz okrucieństwem. Te adresy brzmią konkretnie i realnie. Radziłów, Wąsocz, Trzcianne, Szczuczyn. Kilka innych. Tam dokonywały się akty bestialskiej przemocy, tam z rąk sąsiadów ginęli ci, dla których wcześniej latami konsekwentnie stwarzano etykietę wroga polskości. Podoba mi się indywidualizacja języka bohaterów tego reportażu. Autor odbywa liczne podróże, ale przeprowadza także bardzo różne rozmowy. Oddana różnorodność języka portretuje tutaj bardzo różne perspektywy patrzenia na wojenne dramaty. Jest niedowierzanie, pewność siebie, jest zaprzeczanie, ale i wstydliwe pochylanie głów. Niedokończone zdania, niepełne stwierdzenia. Urwane frazy, niektóre wypowiadane pospiesznie przez telefon, z lękiem i poczuciem, że robi się coś niewłaściwego. Bo przecież nie można oczerniać Polaków, to są zbyt śmiałe tezy, Polacy nie mordowali, nie zabijali własnych sąsiadów, nie przejmowali po nich majątków, nie bawili się kosztem słabszych…

Zaprzeczanie brzmi w „Drzazdze” najmocniej, ale dużo bardziej przejmujące jest lakoniczne okrucieństwo zawarte w słowach „byli i nie ma”. Tryczyk przygląda się temu, jak małe społeczności chcą szybko zapomnieć – o czymś, co nie mieści się w jakimś logicznym pojmowaniu ładu ich świata, ale także o czymś, co wywołane zostało instynktem stadnym, w sprzyjających okolicznościach, jest możliwe usprawiedliwienie tego, przeraża jego oczywistość. Lepiej zatem zapominać. Autor zdaje sobie sprawę z tego, jak łatwe w niektórych okolicznościach może być to zapominanie. I ta książka jest jego prywatnym sprzeciwem wobec tego. Dowodem swoistej obsesji, ale i palącej pamięci właśnie. Świadomości tego, że przewiny dziadków tkwią gdzieś w życiu ich potomków. „To w żaden sposób nie rzutuje na naszą przyszłość” – tak śmiało stwierdza burmistrz Szczuczyna. Mirosław Tryczyk chce wskazać, że o bolesnych prawdach należy mówić tu i teraz. Uporządkować teraźniejszość, oddać zmarłym to, co im należne, rozprawić się z demonami przeszłości. Wówczas przyszłość może być uporządkowana. Każda przyszłość będzie taka, jeśli dokona się właściwego rozrachunku z historią.

Tymczasem „Drzazga” to opowieść o tym, jak różne mogą być definicje milczenia. Jak potrzebne jest ono w tych społecznościach, które zdają sobie sprawę z tego, że wydarzyło się coś haniebnego, ale usiłują to za wszelką cenę racjonalizować. Dlatego jednym z najmocniejszych fragmentów tej książki jest ten opowiadający o strukturze społecznej Jedwabnego – miejscowości, którą zawstydzono przed całą Polską. Tryczyk stara się zobrazować to, o czym wszyscy wiemy: że każda mała społeczność rządzi się własnymi prawami. Podkreśla jednak bezkompromisowość tych praw. Nikt nie może wyjść poza to, co myśli i określa grupa. Zbrodnie wojenne, których sprawcami byli Polacy? Można je zanegować na wiele sposobów. A będąc częścią społeczności, trzeba utrzymać w sobie tę negację. Konsekwencje nieprzystosowania się do reguł grupy mogą być bardzo groźne. Dziś byłyby to krzywe spojrzenia, może czasem wybicie okna. Kiedyś jawna agresja i przemoc. Na przykład podczas wojny, kiedy można zabić, bo to inna sytuacja, inne prawa, rzeczywistość okrutnych możliwości… i okoliczności łagodzące?

„Winy się nie dziedziczy, prawda?” – to jedno z pytań, które pada w tej książce, wyznaczając niejako przestrzeń refleksji. Tryczyk chce zobrazować, w jaki sposób kolejne pokolenia radzą sobie ze świadomością, że ich przodkowie mogli być sprawcami zła, mordercami. Dla wielu z jego rozmówców wszystko jest już sprawą minioną. Wstyd pozostanie, ale nie będzie się o nim rozmawiać. Co wtedy, gdy ów wstyd wrasta gdzieś pod skórę i nie pozwala normalnie żyć? Autor „Drzazgi”, jak stwierdza we wstępie Marcin Kącki, „ściga się z koszmarami historii”. Ta książka powstała jako stanowczy sprzeciw wobec zapominania o mrocznych sprawach i poczynaniach przodków. Największym koszmarem obok samego aktu morderstwa jest wypieranie go z pamięci, a być może jeszcze większą zbrodnią – milczenie o tym. Dlatego nie jest to absolutnie obiektywny w swej wymowie reportaż i czyta się „Drzazgę” jako oskarżenie. Ale odczytuje się w niej bolesne wątpliwości autorskie, czy jest możliwość prawdziwej walki z zapominaniem poprzez milczenie.

To także książka o tym, że milczeć to znaczy bać się. Konsekwencji, oceny wyznań, wyjścia poza bezpieczną przestrzeń nienazywanych spraw. Ale także o strachu, który towarzyszył wszystkim ludziom ginącym z rąk sąsiadów i znajomych w małych miejscowościach, gdzie nadarzyły się okoliczności, a czasem zdecydował przypadek. O strachu tych, którzy latami byli sympatycznymi sąsiadami, ale ktoś kazał widzieć w nich wrogów, zacząć ich nienawidzić. Frustracje, złość, impuls do zbrodniczego działania. To czasem były chwile, które wrosły w pamięć na zawsze. A czasami metodyczne i zaplanowane działania zbrodniarzy, którzy swoje okrucieństwo musieli potem ukryć, choć przecież nieśli je przez życie. Dzięki zapominaniu innych. W tej historii winy i milczenia Tryczyk stara się przede wszystkim zrozumieć, w jaki sposób można żyć i funkcjonować, banalizując zło, usiłując wyobrazić sobie alternatywną rzeczywistość dla zbrodni. Ale to także książka opowiadająca o ludziach, którym należy się godna pamięć oraz szacunek dla ich śmierci. Przejmuje bardzo mocno, kiedy obrazuje, jak łatwo możemy zapominać o złych sprawach, gdy uznamy, że spowodowały je po prostu złe okoliczności.

2020-02-04

„Arktyczne marzenia” Barry Lopez


Wydawca: Marginesy

Data wydania: 15 stycznia 2020

Liczba stron: 528

Przekład: Jarosław Mikos

Oprawa: miękka

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Arktyczna epopeja

Książka Barry’ego Lopeza wzbudziła sporo moich oczekiwań, lecz ostatecznie tylko niewiele spełniła, bo są fragmenty naprawdę znakomite, jednak większość to, niestety, męczące dłużyzny. Opowieść o Arktyce obejmuje rozważania na temat bardzo rozległego terenu. Lopez eksploruje tę część Północy, która rozciąga się od Cieśniny Beringa po Cieśninę Davisa. Ponieważ to wielki obszar, ta opowieść będzie głównie o podróżach, przemieszczaniu się. Nie tylko w kontekście migracji północnej fauny, również w znaczeniu filozofii życia dla człowieka zmuszonego w trudnych warunkach do zmieniania miejsca pobytu czy zamieszkania. Przyznam szczerze, że dużo ciekawszych rozważań o byciu w drodze na Północy dostarczyła mi – jeśli sięgać po anglojęzyczną literaturę na ten temat – Blair Braverman w swojej fascynującej książce „Witajcie na cholernej Arktyce”. Nie tylko dlatego, że autorka opowiada o północnej Norwegii, a Lopez – poza Islandią – nie uwzględnia europejskiej sfery Arktyki w swojej monumentalnej, ale jednak koncentrującej się na amerykańskim punkcie widzenia opowieści. Chodzi o inny sposób opowiadania, inne koncentrowanie się na detalach. Lopez stara się być bardzo liryczny, w partiach osobistych zwierzeń wygląda to bardzo przyciągająco. Kiedy jednak złoży swoje osobiste doświadczenia z materiałem faktograficznym, „Arktyczne marzenia” imponują właściwie tylko swoją objętością. Dodatkowo to książka pochodząca z 1986 roku, co z oczywistych względów nie pozwala przyjrzeć się aktualnym problemom Arktyki i sposobom jej dzisiejszego postrzegania. Poza wszystkim – fatalnie wydana, z licznymi literówkami.

Wspomniane dłużyzny obejmują zwłaszcza dwa fragmenty książki. Pierwszy przypomina bardzo „Z kamerą wśród zwierząt”, kiedy drobiazgowo autor opisuje życie takich zwierząt jak piżmowół, niedźwiedź polarny czy narwal. Te bardzo obszerne fragmenty nadawałyby się na audiobook czytany przez Krystynę Czubównę, ale niekoniecznie dobrze robią książce, do której zagląda się, by poznać niezwykłość Północy. Podobnie jest z miejscem, w którym Lopez postanawia drobiazgowo odtworzyć wielowiekową historię ludzkich zbliżeń z Arktyką. Owszem, ciekawa jest perspektywa opowiadania, w której tak naprawdę chodzi o zobrazowanie ludzkich oczekiwań i niedopasowań do arktycznej natury, jednak ta część również jest zwyczajnie za długa. W innych miejscach „Arktyczne marzenia” to rzecz, która na szczęście bywa ciekawa.

Podoba mi się zestawienie arktycznej przestrzeni z pustynią, kiedy autor wciąż sygnalizuje, że życie i funkcjonowanie w obu tych miejscach wymaga wzmożonego wysiłku, wiecznej czujności. Północ jawi się jako przestrzeń, w której możemy doznać tego specyficznego poczucia, że natura stawia nam wysokie wymagania. Bo być na Arktyce tak naprawdę to nie tylko przyglądać się jej. Lopez wychodzi od tej zwyczajnej formy fascynacji krajobrazem, jednak później zwraca uwagę na to, że dla niego Arktyka to nie tylko pełne zachwytu spojrzenia na lodowaty świat i zdumienia towarzyszące obserwacjom natury. Arktyka jest specyficzną filozofią. Odnoszącą się przede wszystkim do przetrwania. Determinującą działania w warunkach bardzo trudnych – na przykład podczas wiecznego mroku, który wraz z zimnem nabiera bardzo groźnego znaczenia. Autor opowiada o zderzeniach z Północą ludzi nieprzygotowanych na trudne warunki atmosferyczne, dla których zawsze jest ona wyzwaniem i przegraną, ale w centrum jego uwagi znajduje się również rdzenna ludność terenów arktycznych i subarktycznych. Używając terminu „Eskimos” – dziś brzmiącego pejoratywnie w Kanadzie i Grenlandii, do których odnosił się przed laty autor – obrazuje bezkompromisowość funkcjonowania człowieka w trudnych warunkach, w której ważny jest też wielki szacunek dla krajobrazu Północy. Znajdujący odzwierciedlenie także w języku, bo mały fragment „Arktycznych marzeń” to bardzo ciekawe rozważania językoznawcze w odniesieniu do tego, jak pojmują i analizują świat Inuici.

Autor stara się być bardzo dokładny i niezwykle plastyczny w opisie tego, czego sam doświadcza. Chce pokazać, że pozornie monotonna tundra jest przestrzenią rozmaitości. Z napięciem i zachwytem śledzi dryfujące góry lodowe. Przygląda się zwierzętom, którym poświęca – jak wspomniałem – aż za dużo uwagi. Chce przybliżyć świat, do którego człowiek starał się docierać latami, ale brak mu było specyficznej empatii dla tego regionu. Zrozumienia tego, że Północ to zawsze ograniczenia oraz pokora. Lopez stara się zobrazować, dlaczego Arktyka dla człowieka żyjącego w strefie umiarkowanej jest miejscem nieprzystępnym, zaskakującym i stwarzającym problem. Te rozważania nie prowadzą jednak do jakichś odkrywczych wniosków, choć widać, jak precyzyjnie oddawana jest inność, wyjątkowość arktycznej rzeczywistości. Miejsca, w którym linearność i ustalony w innych warunkach porządek są kwestionowane przez specyficzny sposób upływu czasu oraz jego odczuwania. Barry Lopez poświęca też sporo uwagi temu, czym jest odczuwanie czasu i miejsca w przestrzeni, której rytm wyznaczają chłód, nieobecność słońca, ale przede wszystkim kilka rodzajów pustki. Jeśli te rozważania zasadniczo nie zachwycają miłośnika Północy, który – jak ja – odważa się uznać, że co nieco o niej wie, to test na zainteresowanie ta książka przegrywa.

„Arktyczne marzenia” to także książka dydaktycznie w pewnych fragmentach proekologiczna. Nie proponuje za wiele rozwiązań, bardziej stawia pytania retoryczne. W tym pięknym peanie pojawia się bowiem od czasu do czasu sugestia, że – co za niezwykła refleksja – klimat i przestrzeń Północy nie są dla każdego. Dostosowania fauny i flory do północnej codzienności idą w parze z dostosowaniami rdzennej ludności tego rejonu. Arktyka pozwala trwać przy sobie tylko na określonych warunkach. Lopez stara się pokazać, jak bardzo ludzka mentalność nie jest gotowa na to, by ujrzeć ją naprawdę. Bo to nie tylko książka o tym, w jaki sposób zachwyca północny krajobraz. To również pełna trudnych rozmyślań – brutalność, łowiectwo, brak alternatyw, nieustanna walka o przetrwanie – opowieść, jak rodzi się miłość do trudnego miejsca. Naprawdę podoba mi się to, że autor chce pokazać, iż Arktyka nie jest jednolita, pulsuje życiem w różnym rytmie, jest przestrzenią zaskakujących niezwykłości i kontrastów, wymaga także większej uwagi i czujności, by można było ujrzeć jej oryginalność. Poza jednak ujmującymi fragmentami, które wskazują, że Lopez pisze o czymś, co naprawdę pokochał, ta długa i drobiazgowa wędrówka po północy kontynentu amerykańskiego pozostawia jednak spory niedosyt. I jeszcze ta końcowa refleksja o tym, że obcowanie z Północą uczy pokory, spokoju oraz duchowej harmonii. Kiedy doświadczyło się tej oczywistej myśli, stąpając po północnej ziemi, chciałoby się zajrzeć gdzieś głębiej, znaleźć źródło inspiracji do jakiegoś innego spojrzenia na Północ i jej surowy majestat. „Arktyczne marzenia” to na pewno książka dla czytelników zafascynowanych opisywanym regionem, ale głównie dla takich, którzy empirycznie nie doświadczyli jego specyfiki. Dla mnie – solidne kompendium o konkretnym obszarze Arktyki z imponującą bibliografią (Lopez sięga także do poezji), ale stwarzające jednak wrażenie wykładu. Spore rozczarowanie.

2020-01-31

„Życie Sus” Jonas T. Bengtsson


Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 12 lutego 2020

Liczba stron: 213

Przekład: Iwona Zimnicka

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Samotność i gniew

Jonas T. Bengtsson w swojej bezkompromisowej twórczości o mrocznej stronie duńskich relacji społecznych idzie w „Życiu Sus” do przodu, opowiada coś nowego. Dotychczas – jak w „Submarino” czy „Baśni” – interesowały go toksyczne relacje ojca i syna. Zestawiał dorosłą bezradność z tą dziecięcą, wyeksponowaną właśnie w życiu pełnym deficytów, w którym opiekun nie spełnia swojej roli. Tu będziemy mieli do czynienia tym razem z naznaczoną dramatem relacją ojca i córki. Relacją dość specyficzną, bo oboje nie oddziałują już na siebie, są od siebie oddzieleni, a wszystko, co Bengtsson opisuje, jest pokłosiem czasu przeszłego, do którego mamy ograniczony dostęp, ale widzimy najbardziej przejmujące jego fragmenty. „Życie Sus” ukazuje naznaczony fatalizmem krajobraz emocjonalny dorosłej już kobiety, która nigdy nie przestaje być dzieckiem. Potrzeby tego dziecka nie zostały zaspokojone. Wszystko, czego oczekiwało od rodziny, rozpadło się w niebyt. Z dysfunkcyjnych relacji wydobywa się dziewiętnastolatka, ale sam jej wygląd zaznacza, że żyje i funkcjonuje tym, co odebrało jej dzieciństwo. Dlatego to niezwykle mocna powieść, gdy opowiada o tym, jak kształtuje się świadomość i wrażliwość człowieka pozbawionego zaspokojenia elementarnych potrzeb. Kogoś, kto chce wziąć odwet za to, co jemu zostało odebrane. Teraz też odebrać. Ale wcześniej czujnie żyć, bo po rodzinnej traumie wszystko może być zagrożeniem.

Sus jest nienawiścią, złością, frustracją, gniewem i pogardą. To, co kumuluje się w jej duszy, jest doskonale zasłonięte. Bengtsson stawia na prezentowanie tego, jak Sus działa. Zadaniowo i kompulsywnie. Wyznacza sobie granice, jakie musi przekraczać. Konstruuje testy charakteru i ciała, bo ma świadomość, że została stworzona do przekraczania granic. Tych, które przekroczył ojciec. Tych, których nie wytyczył starszy brat mający się opiekować, a dzisiaj będący jedynie ciałem człowieka, w którym mechanizmy szpitalne usiłują rozbudzić życie. Sus jest przeraźliwie samotna i zdana na siebie. Wie, że życie to sieć układów i uwarunkowań. Kiedy odwiedzają ją policjanci, od razu przypominają, że musi znać zasady. Sus funkcjonuje w obsesyjnym trybie skupiania się na jednej czynności wynikającej z drugiej. Powieść nie pozwala na ujrzenie tego, co dzieje się we wnętrzu uciekającej od siebie i od życia młodej kobiety. Autor tak konstruuje swoją historię, że widzimy konsekwencje, nie jesteśmy w stanie przyjrzeć się uważniej początkom takiego, a nie innego życia. Pojawia się także sugestia, że życie może być formą umierania albo częścią pożegnanych na zawsze emocji. Życie może być wypieraniem potrzeb i pragnień. Ale także drogą, na której metodycznie planuje się zemstę za wszystko, co odebrane…

Jonas T. Bengtsson portretuje Bellahøj, dzielnicę Kopenhagi rządzącą się własnymi twardymi prawami. Blokowisko, z którego wywodzi się Sus, to jakby hermetycznie zamknięta przestrzeń opresji i beznadziei. Nie można się z niej wydostać, tam się wraca. Tak jak powróciła bohaterka przyglądająca się uważnie otoczeniu – czujnemu, skoncentrowanemu na swoich własnych brudnych sprawach i sprawiającemu wrażenie enklawy goryczy oraz niespełnienia. Stamtąd nie można ruszyć w świat. Można stworzyć świat złudnego bezpieczeństwa, pozornego porządku. Sus za wszelką cenę chce się okopać w przestrzeni, która da jej wreszcie poczucie jakiejś przynależności. Jednak okazuje się, że przynależy tylko do swojego gniewu i buntu. Do całej gamy złych emocji, z którymi nikt w jej rodzinie nie dał sobie rady, a Sus przejmuje po matce i ojcu cechy, za którymi stoi skłonność do (auto)agresji. Emocjonalny i egzystencjalny rozpad świetnie portretuje symboliczna retrospekcja, kiedy Bengtsson opisuje dzieciństwo Sus, a w nim moment, w którym ona sama zjada się w rozpaczy i bezradności. Usytuowanie bohaterki w danej przestrzeni dodatkowo ogranicza także jej możliwość działania. Kiedy Sus wędruje po innym miejscu, zawsze wydaje się ono lepsze, może mieć jakąś wartość, może nieść możliwości. Twórczość Bengtssona to jednak obrazowanie iluzji. Tu również będzie mowa o tym, że jakakolwiek myśl o dobrym życiu może być iluzją.

Jesteśmy w świecie, gdzie nie ma miejsca na współczucie i wzajemne wspieranie się. Każdy ma swoje cele i priorytety, usiłuje utrzymać się na powierzchni, nie może liczyć na niczyją pomoc. To świat, w którym bezkompromisowo musi ukształtować się kobiecość Sus. To, czego ona nie rozumie, nie akceptuje i nie daje sobie możliwości zaspokojenia. Sus chciałaby być kobieca, mieć kobiece pragnienia, dać swemu kobiecemu ciału odrobinę czułości. Ale nawet w tym aspekcie czułość zastąpi mechaniczny seks, a poczucie płciowej tożsamości – bezwzględna potrzeba walki z drugą płcią, bo w niej kryje się przecież ojcowskie zło. Sus wydobyła się ze zła i nie wie już, jak je zwalczać, bo jest go wszędzie za dużo. Nawet tego zła, które niósł ze sobą zamknięty w więzieniu mężczyzna. Mężczyzna, który może niebawem wyjść na wolność…

To powieść, w której krótkie, kategoryczne zdania usiłują nadać znamiona uporządkowania życiu będącym przecież emocjonalną rozsypką. Nie wiem, czego jest tu więcej – portretowania bezradności czy paradoksalnie wydobywającej się z niej siły, za którą stoi tylko instynkt, ta siła jest jeszcze bardziej druzgocząca niż okoliczności, które zmusiły ją do ujawnienia się. Sus to postać wręcz przesycona siłą destrukcji. Jest jej tym więcej, im więcej bohaterka traci. I nie ma tutaj miejsca na żadną słabość lub refleksję, bo wszystko musi się dziać w sposób zaplanowany, bolesny, bezkompromisowy. Sus nie zna okoliczności łagodzących – ani dla swojej agresji, ani dla agresji innych. Tkwi w matni potwornej samokontroli. Jest swoją własną terrorystką. Ale jednocześnie jest też osobą, która mimo wszystko chciałaby wyrównania rachunku krzywd i być może wtedy znalazłaby ukojenie. Zatrzymałaby się. Zadbała o siebie, a nie o swój gniew.

Jonas T. Bengtsson jak zawsze daje swoim bohaterom niewiele możliwości, ale portretuje ich na tyle sugestywnie, że każdy impas i brak alternatyw można ujrzeć z wielu różnych punktów widzenia. „Życie Sus” prezentuje, jaka jest anatomia agresji, ale również autoagresywnych zachowań. Dlatego też ta proza jest, bo musi być, bardzo surowa, oszczędna, jednocześnie prowokująca i tak ujmująca rzeczywistość, że opowieść o niej jest bolesna dla bohaterki oraz czytającego. Autor wymaga też wyjątkowej formy czujności i wrażliwości – oczekuje, że damy Sus to, czego sama nie potrafi nazwać. Wszystko w tonacji noir, od której duński pisarz nigdy nie odchodzi. Odnieść można wrażenie, że tylko dzięki niej opowiada nam rzeczy naprawdę ważne. A może sugeruje, jak ważna jest każda życiowa utrata. Opowiadając o zyskach i wygranych, nie mógłby pisać tak doskonale.

2020-01-29

„Ciemność i partnerzy” Sigitas Parulskis


Wydawca: Czarne

Data wydania: 22 stycznia 2020

Liczba stron: 248

Przekład: Izabela Korybut-Daszkiewicz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Zło wojny

Wstrząsająca książka, ale w pewien sposób rozczarowuje. Wstrząsająca, gdy obrazuje, jakimi instynktami się kierujemy, stając się częścią zła, i jak jednocześnie chcemy zachować swoje człowieczeństwo albo jego ułudę serwowaną bardziej na pokaz. Rozczarowująca, kiedy dostrzega się, że autor stawia przede wszystkim na kontrast i w zasadzie poza niego nie wychodzi. Kontrastowych zestawień jest wiele. Te, które najbardziej rzucają się w oczy, to obraz imponującego pochodu litewskiego wojska i wizerunek litewskich zbrodniarzy, dzikich i czujnych, gotowych w każdej chwili rzucić się do gardła koledze z oddziału. To scena, gdzie tłum gromadzi się, by oglądać katowanie Żydów, i wizyta w domu dzielnego gospodarza wiejskiego gotowego ich ukrywać. To zestawienie grozy masowej śmierci z kameralnym pogrzebem jednego z litewskich okrutników w mundurze, którego ciało – w przeciwieństwie do tysięcy wrzucanych do ziemi – traktowane jest z czułością i opłakiwane rzewnymi łzami. To w końcu sadystyczny Litwin, który strzela do uciekającego dziecka, by po chwili mieć zaszklone oczy, kiedy wspomina swoją ukochaną. Działałoby to i oddawało dramatyzm, a przede wszystkim dwoistość natury ludzkiej, gdyby nie było tego aż tak wiele. Sigitas Parulskis poza kontrastowaniem buduje sceny bardzo jednoznaczne w swej wymowie, w oczywisty sposób dydaktyczne. Powieść broni się jednak jako nietuzinkowa historia miłosna. Także jako książka o tym, czym jest zwykły człowiek w szponach strachu i zachowawczości wobec wojennej machiny zabijania, która pozwala na wszystko. Dlaczego? Bo można.

Vincentas, główny bohater książki, jest takim Panem Nikt. To bohater pytań, zagadek i wątpliwości. Ma niejasne pochodzenie, nie wiemy, kto jest jego ojcem. Jest bardzo zachowawczy. Nawet gdy podejmuje decyzje o ukrywaniu swojej żydowskiej kochanki. Postępuje tak, jak mu każą, i choć sam jest strachem, bez obaw podejmuje się zaskakujących zleceń. Umiera symbolicznie trzy razy, ale dane mu jest żyć nadal. Otrzymuje szansę życia od okupanta, bo swój by go zastrzelił. Ta szansa to jednocześnie mroczna zależność. Vincentas chowa siebie i swoją osobowość za aparatem fotograficznym. Ma uwieczniać zbrodnie wojenne. Ma kadrować masową śmierć. Ma w tym szaleństwie odnaleźć jakąś formę piękna. Bo cała ta powieść jest o tym, co dzieje się ze światem, któremu mieszają się kategorie, fronty, moralne powinności oraz upada czytelny podział świata na dobro i zło.

Ale „Ciemność i partnerzy” to przede wszystkim książka z litewskim adresem. Pokazująca, kim dla siebie mogli być Litwini w 1941 roku. Kim tak naprawdę byli, choć wielu nie chciało przyjrzeć się temu obliczu. Wojna przybyła do nich później, ale wzmocniła nacjonalizm i przekonanie, że okupant da nadzieję na stworzenie własnego silnego państwa. Siła jest tu jednak zupełnie inna. To siła szaleńczej nienawiści i bezwzględności. Ludzie, w których otoczeniu musi przebywać Vincentas, to zwyczajni bandyci gotowi swoje poczynania uzasadniać, odwołując się nawet do boskich praw. Sporo w ogóle u Parulskisa rozważań o boskiej intencjonalności w świecie, w którym nie ma miejsca na jakiekolwiek formy humanitaryzmu i dobroci. Żydzi na Litwie zostali spacyfikowani i zamordowani. Ten fakt służy autorowi do snucia opowieści o tym, co naprawdę przydarzyło się Litwinom, kim się na moment (?) stali i w jaki sposób sankcjonowali zło. Judyta, kochanka głównego bohatera, mówi o tym, że wojna zedrze z ludzi wszystkie maski. Litwini masowo mordujący Żydów, którzy byli ich sąsiadami, przyjaciółmi, kontrahentami, stają przed autorskim oskarżeniem. Aby je złagodzić, „Ciemność i partnerzy” operuje wspomnianą już kontrastowością. Wymiar tej książki jest zatem uniwersalny. Jesteśmy sumą dobroci i okrucieństwa, a to, co z nas się wydobędzie, często warunkuje Historia i okrutna rzeczywistość, która daje pozwolenie na wszystko.

Wracam do wątku miłosnego, gdyż on wydaje mi się u Parulskisa najciekawszy. Jego bohater żarliwie się zakochuje w kobiecie, która powinna być zgładzona, a dodatkowo jest żoną, przynależy do innego mężczyzny. Judyta od początku zdaje się kimś na kształt femme fatale, ale jej wizerunek jest dużo bardziej skomplikowany, gdy weźmiemy pod uwagę, czego bohaterka oczekuje w intymnej relacji oraz jakie ma oczekiwania emocjonalne wobec partnera. Vincentas staje się zatem żywiołowym kochankiem, choć ta charyzma nie ma się skąd wydobyć, Vincentas jest przecież pochodną strachu, poddańczości i fatalnych zbiegów okoliczności, w których uświadamia sobie, że jego męskość i człowieczeństwo to coś bardzo wątpliwego. A jednak ten romans staje się płomienny, wielowymiarowy, fascynujący i podążający w kierunku, którego trudno się domyślać. W tej historii pasja pożądania łączy się z opowieścią o sile samostanowienia. Ale także to, co konstruktywne i mające łączyć, zestawione jest z bezwzględnością okoliczności, w jakich ma dojść do tego połączenia. W tym romansowym wątku litewski prozaik umieszcza najwięcej ciekawych pytań o ludzką godność, o lojalność i poczucie przynależności. Nie idzie w stronę łatwych kontrastów, zajmuje uwagę i czyni z tej miłosnej historii pewną nieoczywistą przeciwwagę dla historii wojennego zła i okrucieństwa. To jednak samo w sobie nie przekonuje całkiem do książki. Chciałoby się, aby „Ciemność i partnerzy” nie była powieścią aż tak dosadną i tak chwilami jednoznaczną w wymowie. Sam pomysł oraz potencjał powieści mogłyby zbudować rzecz o wielu, naprawdę wielu wątpliwościach czy dwuznacznościach. Autor jakby zapominał o tym, co sugeruje w miejscu mocnych zestawień i przejmujących kontrastów. Że jest tam jeszcze jakaś dodatkowa, ważna przestrzeń interpretacji. Że nie należy tylko ją pokazywać, ale w jakiś sposób odnieść się do tego, co stoi między czytelnymi porównaniami. Szarość między nimi i niejednoznaczną przestrzeń ukazał chyba tylko w biografii głównego bohatera, choć napisał książkę o historii i społeczności, w zasadzie powieść panoramiczną.

A tak mamy trochę wykład, trochę czarno-białe ukazanie tego, kim człowiek jest i kim może się stać, ale przede wszystkim wizerunek wojny, która jest okrutnym chaosem wyzwalającym dzikość. Mąż Judyty wspomina w jednej z rozmów z Vincentasem, że „wyobraźnia potrzebuje wyzwań”. Odniosłem wrażenie, iż Sigitas Parulskis w taki sposób myślał o wyobraźni czytelniczej. Brakowało mi jednak ostatecznego zdecydowania się, czy to historia jednostki, społeczeństwa, czy opowieść o okrutnych okolicznościach. Sporo tu ciekawych wątków i tropów. Za dużo jednak jednowymiarowych scen i przesłań, które wyzwaniami dla wyobraźni nie są. Na pewno odważna i wyrazista książka, ale trochę atakująca. Wolałbym w niej sugerowanie, nie narzucanie. Wolałbym skupianie się na szarościach między czernią a bielą, wkraczanie w obszar niedopowiedzeń dużo bardziej strasznych w swej wymowie niż pokazanie, że jeden człowiek może zabić i w następnej chwili wykazywać się czułością. Choć poruszająca, jest to jednak narracja, która w ogólnym wymiarze pozostawia niedosyt.

2020-01-27

„Podpalacze” R.O. Kwon


Wydawca: Agora

Data wydania: 29 stycznia 2020

Liczba stron: 288

Przekład: Łukasz Błaszczyk

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Oblicza przemocy

„Podpalacze” to znakomita powieść o zawłaszczaniu. O jego bardzo różnych wymiarach, ale zawsze tragicznych konsekwencjach. R.O. Kwon portretuje związek zbudowany na rozpaczliwej potrzebie rekompensowania sobie pustki przez bliskość, ale jej książka brzmi dużo groźniej, kiedy wychodzi poza wymiar prywatnej tragedii i staje się opowieścią o tym, jak kompulsywnie i po omacku poszukujemy w życiu poczucia przynależności. Jak wiele dla tego poczucia możemy poświęcić, ale przede wszystkim – jak wiele stracić. Bohaterka chce być częścią grupy, która buduje swoją siłę na restrykcyjnych zasadach, za którymi stoją pozorna życzliwość i akceptacja wszystkich wad. Jej wybory to pochodna wyrzutów sumienia z przeszłości, hedonizmu kryjącego egzystencjalne zagubienie, ale także silnego poczucia samostanowienia. Narracja Kwon – spięta dramatyczną klamrą kompozycyjną – opowiada o momentach, w których przynależność staje się częścią przemocy. Robi to w bardzo subtelny sposób, bo można „Podpalaczy” odczytywać jako literaturę obyczajową o kryzysowym związku, jednak większe wrażenie robi to, co ukryte przed oczyma czytelników. Te rejony emocjonalnego zagubienia bohaterów, które prowadzą do kolosalnej, tragicznej i podwójnej klęski.

Will chce zamienić miłość do Boga na miłość do dziewczyny, którą obsesyjnie adoruje. Phoebe jest dla Willa kimś, kto z jednej strony wydobywa go z wyobcowania, z drugiej jednak – wciąż na nowo w to wyobcowanie wpędza. Młody bohater nie jest pewien tego, czego pragnie od dojrzałego związku. Wie natomiast, że musi za wszelką cenę i zawsze porządkować swoją codzienność oraz swoje emocje. To reakcja obronna po tym, jak przeszłość zaserwowała mu duchowe rozczarowanie, i spadek po traumie rodzinnej, kiedy Will wciąż na nowo musiał przekonywać się, że życie ma sens, co kwestionowała nieporadna życiowo matka. Phoebe nie ma matki, była świadkiem jej śmierci, czuje się przez tę śmierć wyobcowana. Oboje chcą wnieść do związku egzystencjalny niepokój, ale zrobić to tak, by nie obarczyć tym za bardzo partnera. Ona jest ekstrawertyczką, chce za wszelką cenę otaczać się ludźmi, to jej daje życiowe złudzenie tego, że jest potrzebna i świat ją akceptuje. On wycofuje się do wnętrza swojej pokiereszowanej psychiki. Najchętniej zamknąłby codzienne życie w ramy powtarzalnych rytuałów, a najbliższą osobę traktował jak centrum wszechświata. Will zrobi wszystko, żeby nie stracić Phoebe. A jednak zmierza ku szybkiemu końcowi związku, bo zrobi coś, co stanie się jednym krokiem za dużo. Wówczas kiedy instynkt zacznie dominować nad zdrowym rozsądkiem, a bohater pokaże, że dla niego bliskość to bezkompromisowa przynależność.

Świetnie są rozpisane w tej powieści nakładające się na siebie przeżycia oraz punkty widzenia. Jesteśmy świadkami wyznań, które jednocześnie komplikują wizerunek bohaterów, bo z ich największymi traumami oraz prawdami o sobie samych nie mamy bezpośredniego kontaktu. Pomiędzy zakochanymi znajduje się charyzmatyczna postać człowieka, z którym Will będzie musiał toczyć bój o Phoebe. Ona sama jest gotowa na relację, ale nie taką, jaką oferuje jej Will. Symboliczna scena, w której bohater w łóżku oplata ukochaną nogami, świadczy nie tylko o potrzebie bliskości, ale o czymś dużo groźniejszym. „Podpalacze” to powieść, która bardzo przewrotnie definiuje miłość. Nieprzypadkowo szef restauracji, w której pracuje Will, opowiada mu o codziennej iluzji tego uczucia, które stwarza, by zatrzymać klientów. Pośród pewnych iluzji będą żyli także młodzi zakochani. Tyle tylko że to uczucie będzie coraz bardziej toksyczne i destrukcyjne. Nie da się nagle odnaleźć treści, sensu i zadowolenia, kiedy dotychczasowe życie pełne było tęsknot i deficytów. R.O. Kwon sugeruje to bardzo dosadnie, ale nie wypowiada się wprost. Bardzo podoba mi się tutaj ten bezpieczny, wręcz liryczny dystans do opowiadanej tragedii. Bo w „Podpalaczach” wszystko zdaje się zmierzać ku fatalnym rozwiązaniom. Autorka stara się pytać o to, od kogo lub czego te rozwiązania zależą.

Opresja zawłaszczania pokazana jest tutaj w bardzo sugestywny sposób. Najpierw są to traumatyczne wspomnienia determinujące działanie, potem zaś coś dużo bardziej groźnego – nowe możliwości. Amerykańska pisarka dodaje swej powieści jeszcze więcej dramatyzmu, kiedy ujmuje egzystencjalną matnię, w jakiej zamyka bohaterkę, poprzez szereg działań w oczywisty sposób związanych z przemocą. Pośród smutku i melancholii rodzi się w świecie przedstawionym „Podpalaczy” taki rodzaj przemocy, wobec którego nie można zachować ani zdrowego rozsądku, ani tym bardziej zdrowego dystansu. To przemoc pełna determinacji, bo pojawia się w świadomości ludzi, którzy musieli walczyć o samych siebie, ale nigdy nie wydobyli się z przemocowych sideł – zwłaszcza swoich dysfunkcyjnych rodzin. Dlatego Will i Phoebe to jedna z bardziej przejmujących par, które trzymają się siebie dzięki paradoksalnej sile odpychania. Wiele paradoksów i zaskoczeń pojawi się w trakcie obserwacji poczynań tej dwójki. A potem bohaterowie dochodzą do momentu, w którym bliskość odbiera zdolność oddychania – im oraz czytelnikowi, który niewątpliwie wejdzie w tej dwuznaczny świat zależności z dużą ciekawością i sporym przerażeniem.

„Podpalacze” to symboliczna opowieść o poczuciu winy, formach pokuty i o tym, że nie możemy rozstać się z własnym smutkiem, jeśli nie określimy jego siły i nie ustalimy, jak bardzo nas niewoli. Bardzo smutna, ale jednocześnie niezwykle intensywna – czuć każdy rodzaj ukazywanego smutku. Sportretowany związek idzie w parze z konsekwentnie nakreślaną atmosferą zagrożenia. Oto bowiem pojawia się organizacja, w której dochodzi do pochłaniania i sterowania ludźmi w imię transcendentnej idei. Kwon pisze także o nas wszystkich, zagubionych ludziach XXI wieku, którzy za wszelką cenę szukają jakiejś stałości pośród wiecznych zmian. Pokiereszowani emocjonalnie bohaterowie tej książki stanowią zagrożenie sami dla siebie, ale wikłają się także w sytuacje oraz zależności, które są niebezpieczne same w sobie. Za nimi stoi przemoc decydowania o wyborach i uczuciach drugiego człowieka. Dlatego „Podpalacze” to mroczne memento dla społeczeństwa amerykańskiego, w którym pojawia się coraz więcej zwątpienia i coraz większe kompulsywne zapominanie o nim. Doskonale rozumiem fenomen tej powieści za oceanem. Myślę jednak, że jest w niej tak wiele uniwersalnych przesłań, iż dotrze w swym smutnym liryzmie i bezkompromisowości przekazu także do polskiego czytelnika. R.O. Kwon opowiada o tym, jak bardzo niebezpieczne mogą być relacje, za którymi stoją niespełnione potrzeby i oczekiwania. Sugeruje również, że taki typ relacji międzyludzkich może dominować. Rozpaczliwe zbiegi okoliczności mogą wówczas doprowadzić do dramatu. Powieść spójna, sugestywna i z bardzo mocnym przekazem. Pozostaje w pamięci.

2020-01-24

„Nadfiolet” Ewa Schilling


Wydawca: Seqoja

Data wydania: 24 stycznia 2020

Liczba stron: 176

Oprawa: twarda

Cena det.: 40 zł

Tytuł recenzji: Wolność w sobie

Ewa Schilling powraca po latach w zaskakującym stylu! Sama autorka nazywa tę książkę dysydentką. Powieść powstała przed dwunastoma laty, a brzmi wyjątkowo groźnie i bardzo, bardzo współcześnie. To nie tylko mroczna fantazja o tym, co za chwilę może spotkać nasz kraj. To także pełna publicystycznego nerwu i interesujących postaci historia pokazująca, że zbyt łatwo decydujemy się na bierność, jeśli opresja nie dotyczy nas samych. W tym znaczeniu to rzecz o tym, czym jest ludzka empatia, którą tak łatwo kwestionuje system zniewolenia wokół. „Nadfiolet” jest ostrzeżeniem przez szalonymi zakusami kleru, dynamiczną powieścią o gotowości na sprzeciw, ale przede wszystkim książką o tym, że wolności musimy poszukać w sobie, by rozprawić się z niewolą otoczenia. Postaciami są przede wszystkim kobiety, które zmagają się z życiową pustką i poczuciem bezsensu. Każda z innym bagażem doświadczeń, ale prawie żadna niegotowa na to, by w coraz bardziej opresyjnym kraju znaleźć przestrzeń do wyrażenia swoich – nie narzuconych przez Kościół – poglądów oraz wartości. Schilling pisze ze swadą i chwilami więcej w tej narracji publicystyki społecznej niż samej literatury, ale „Nadfiolet” to rzecz, która zapada w pamięć. Zwłaszcza kiedy myśli się o wszystkich przegranych ludziach, o jakich opowiada gdzieś w swym mrocznym tle.

Na wygraną, siłę i bunt będzie stawiać czarnoskóra kobieta, która pewnego poranka puka do mieszkania Hanny i oświadcza, że wynajmie u niej pokój. Postać o dziwacznych personaliach wzbudza w Hannie lęk. Jednak do lęku zdążyła się przyzwyczaić. Urodzona w ultrakatolickiej rodzinie, wiecznie w cieniu doskonałego brata, uczyła się bać o wszystko, przede wszystkim o siebie. Ale pielęgnowany latami lęk Hanny to także lęk przed czymś. Samostanowieniem. Przed coraz bardziej zawężającym się horyzontem, który ukształtowała katolicka Polska nieuchronnie zmierzająca do najmroczniejszej formy dyktatury habitów i sutann. Hanna oswaja szybko nieznajomą, a ta uczy ją nazywać własne potrzeby. Skłania bohaterkę do tego, by wreszcie określić, co dla niej samej ważne. Każe też w innym świetle spojrzeć na ośmioletnią córkę – uświadomić sobie, że jej pojawienie się było początkiem czegoś innego niż kształt świata, jaki narzucali rodzice i grzmiący o karach ksiądz. Rezolutna ośmiolatka uosabia to, co Hanna zawsze bała się wyrazić. Jest jej lepszą częścią – gotową zdobyć się na asertywność i niezależne decyzje. Co wydarzy się z Hanną, która pozorowała życie jak małżeństwo czy przyporządkowanie do jedynej słusznej ideologii swojego państwa?

Polska w „Nadfiolecie” wygląda groteskowo i groźnie, ale myślę, że jednak mimo wszystko więcej jest mrocznych konturów niż fraz wskazujących na to, iż mamy tutaj do czynienia z czarnym poczuciem humoru. Wszyscy Polacy mają mieć świadomość, że siła tkwi w katolicyzmie. Na miejscu Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie stanęła gigantyczna katedra imienia Jana Pawła II. Kraj świętuje powstanie jego milionowego pomnika. Obowiązuje tu całkowity zakaz aborcji, a wszelkie zgromadzenia wyrażające bunt wobec ograniczeń wolności są krwawo tłumione. Hanna jest pielęgniarką na oddziale położniczym i to ona jak nikt inny widzi, co dzieje się z kobietami w kraju, który każe im rodzić za wszelką cenę. Ale atmosfera grozy podsycana jest przede wszystkim tym, jak funkcjonują na co dzień ludzie. Kler ustala zasady i brutalnie je egzekwuje. Ten system opiera się na inwigilacji i donosach. Polacy zaskakująco łatwo dali sobie wmówić, co jest dobre i właściwe dla ich kraju. Zatracili instynkt samozachowawczy, zdolność do buntu.

O tym, jak rodzi się jego potrzeba, i o samym egzystencjalnym statusie buntu „Nadfiolet” opowie z różnych perspektyw. Gdyby Schilling bardziej uwiarygodniła psychologicznie swoje postacie, wyszłaby z tego doskonała panoramiczna powieść realistyczna. Autorka idzie jednak w innym kierunku. Punktuje i mocno zarysowuje to, co w bohaterach najbardziej charakterystyczne. Nie stara się portretować i penetrować tak zwanego środka, stawia na krańcowe postawy i idące za nimi napięcia. Jest w tym bardzo konsekwentna, dlatego tę powieść czyta się tak dobrze. Oswojona już konwencja nie zmienia się, choć zmieniają się ludzie postawieni często w sytuacjach wyborów granicznych. Interesujące jest również portretowanie przez Ewę Schilling ludzi usiłujących wydobyć się spod presji otoczenia lub środowiska, w jakie wrośli. Będziemy mieli zatem odważne opowieści o księdzu, który ma dość bycia tym, kim jest, oraz o pani mającej już świadomość tego, że nic w jej życiu się nie zmieni, ale niekoniecznie starszej i niekoniecznie zasklepionej pośród stereotypowych sądów o świecie, na których tak zależy aparatowi władzy. Bo Polak jest tu łatwowierny, lecz przede wszystkim zaskakująco podatny na sugestie. Pośród wytycznych, jak należy żyć, autorka „Nadfioletu” pokazuje drogi odnajdywania sensu życia przez samych siebie, bez wskazówek i sugestii jakiejkolwiek propagandy.

Jedna z bohaterek twierdzi: „Wymazywanie pamięci to nie jest prosta sprawa”. A jednak powieść wskazuje, że w wielu przypadkach dość łatwo jest wymusić zapominanie albo przychodzi ono jako reakcja obronna przed konfrontacją z własnymi potrzebami. Bohaterowie pamiętają nadzwyczaj wiele, są to zwykle ciągi traum lub stygmatów albo wspomnienia, w których widzą siebie w sposób niepełny – zostają przydzieleni do pewnych sytuacji, wbici w określone konteksty, stają się częścią całości bez poczucia bycia tą częścią. Dlatego są sfrustrowani, ale przede wszystkim nieszczęśliwi. Kilka zbiegów okoliczności pokaże im, że życie daje jednak możliwości, nie jest pochodną tez i postulatów, którymi karmi ich państwo zmierzające do całkowitej izolacji na arenie europejskiej.

Schilling sugeruje, że obowiązkiem każdego z nas jest zdefiniowanie przestrzeni osobistej wolności, a za tym musi iść podążanie ku niej, choćby za cenę krwawego buntu. Kiedy wydaje się, że „Nadfiolet” w zbyt oczywisty sposób dzieli świat przedstawiony, okaże się, że pisarka nie buduje prostych czarno-białych dychotomii. Wchodzi głęboko zarówno w sferę przeżyć swych postaci, jak i w to, czym jest przerażająca wizja świata stworzonego niczym jakaś kostyczna dekoracja – a jednak wyjątkowo realna, zachłannie zagarniająca ludzi pełnych bierności. Myślę, że to jedna z tych odważnych powieści, które chcą otworzyć oczy wszystkim nieuznającym ingerencji państwa w jego życie, jeśli nie jest to ingerencja odczuwalna bezpośrednio. Ale to również opowieść o tym, czym może być kobieca czułość, jak wielka jest kobieca wrażliwość i kiedy przychodzi czas na to, by jedno i drugie zastąpić asertywnym działaniem. Książka warta przeczytania i przemyślenia.