2020-03-11

„Mieszkam w domu, w którym wszyscy umarli” Piotr Bratkowski


Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 26 lutego 2020

Liczba stron: 272

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Pamięć i wyobraźnia

W czasie popularności narracji o więzach rodzinnych warto przeczytać dobrą powieść autobiograficzną, która pokazuje, że te więzi to nie tylko przeżyte emocje, trudne sytuacje i wypowiedziane lub niewypowiedziane pretensje, ale także fantazja czyniąca fakty rozmytymi wizjami i dodatkowo wikłająca trudne relacje. Bo bycie rodziną zawsze jest trudne, a książka Piotra Bratkowskiego jest świetna, gdyż nie ma w niej autorskiego egocentryzmu, nie ma także potrzeby wydobywania z czasu przeszłego jakichkolwiek zdarzeń i postaci po to tylko, by było to literacko atrakcyjne. „Mieszkam w domu, w którym wszyscy umarli” to przemyślana, spójna, lecz jednocześnie zaskakująca opowieść o własnej tożsamości. O tym, jak wiele fascynacji, dostrzeżonych paradoksów, prób opisu intensywności życia, ale przede wszystkim pokory wobec nieżyjących członków rodziny może się ujawnić wówczas, gdy część historii zostanie połączona z działaniem wyobraźni. Piotr Bratkowski pisze: „Niech wyobraźnia hula”. Ta książka jest świadectwem tego, co możemy powiedzieć o samym sobie przez pryzmat swoich relacji z bliskimi w taki sposób, że wszystkie uniwersalne doświadczenia nazwać na nowo. Uczynić zagadkowymi. Skrócić dystans między tym, jak należy mówić o zmarłych, a tym, jak chce się o nich opowiadać, gdy wciąż są żywi w pamięci.

Nieprzypadkowo opowieść rozpoczyna się od symbolicznej sceny zmartwychwstania ojca autora. Widać, że jest to postać najważniejsza, ale Piotr Bratkowski nie koncentruje się na metodycznych opisach trudnych, właściwie bardzo toksycznych relacji z ojcem. Wyciąga z pamięci te fragmenty przeszłości, które naznaczają na zawsze, jednak dodaje do tego także nieokiełznany nurt wyobrażania sobie, dumania nad zagadkami ojca. Nad tym, co w relacji z nim było przede wszystkim nieoczywiste. Ta śmierć przyszła nagle. Ojciec całe życie utyskiwał na zdrowie, był chory na wszystko, w końcu zachorował na śmierć właśnie. Bratkowski wie, jak połączyć nietuzinkowy dowcip, czarny humor i głęboko egzystencjalny ton opowieści o prywatnej żałobie. Doskonale widać to w tym, jak opowiada o pierwszym ze zmarłych z domu na Żoliborzu. A potem pojawią się inni. Ci, którzy w różny sposób odeszli. Nowotwór, wypadek. Czasem jakaś łagodniejsza okoliczność, ale to cały czas śmierć. Ta książka opowiada nie tylko o tym, jak żyć w jej cieniu, lecz także jak zrozumieć jej bezkompromisowość. Jak w sposób naturalny opowiedzieć smutek braku, ale jednocześnie zasygnalizować, że śmierć bliskich zawsze pozostawia bardzo wiele znaków zapytania.

„Mieszkam w domu, w którym wszyscy umarli” to książka pełna nieoczywistego humoru, a jednocześnie bardzo poważna. Śmiertelnie poważna, rzec można. Otrzymujemy nietuzinkową historię inteligenckiej rodziny – Bratkowski interpretuje fakty, ale również mnoży hipotezy. Pyta o bliskich, zaprzecza sam sobie, kreśli ich sylwetki bardzo punktowo, stawia czasem niepokojące pytania retoryczne, ale robi to w taki sposób, że każda myśl wydaje się odkryciem. I myślę, że powagi jest tu dużo więcej, nawet trochę tuszowanej bezradności i niepewności samego siebie. Bo w zasadzie los autora jest składową zbiegów okoliczności – czasem dobrych, czasem złych. Ale największe zawirowania historii są obrazowane chyba przez losy dziadka i mamy Bratkowskiego. Ludzi, którzy musieli się zmierzyć z niejednym wyzwaniem, lecz zawsze pozostawiali silni, przedsiębiorczy, nietuzinkowi. Ale jest też postać babci mierzącej się z problemami z pamięcią, z własną tożsamością. Okazuje się, że ta opowieść to połączenie tego, co w zmarłych bliskich godne było podziwu, z tym, co niepokoiło i niepokoi, bo wyzwala różne fantazje – niektóre mroczne, niektóre bolesne. Wciąż na nowo z każdego kolejnego zdania wyłania się obraz autorskiej walki między tym, co dosadnie zapamiętane, a tym, co pamięć robi z trudnymi do zaakceptowania albo zrozumienia obrazami.

Ta książka jest także świadectwem odwagi osobistej. Bratkowski śmiało i bezkompromisowo rozlicza się z władzą, dzisiejszą Polską, swoją (nie)przynależnością narodową i z poczuciem tkwienia w coraz większym absurdzie. Takim, którego być może nie zrozumieliby ludzie mieszkający z nim kiedyś i dzielący przestrzeń państwa skomplikowanego inaczej, mimo wszystko możliwego do zrozumienia. Dzisiaj pozostaje gorycz, ale poza nią jest coś jeszcze. Publicystyczne fragmenty tej książki pokazują nam, że autor to nie tylko baczny obserwator rzeczywistości. To czuły i wrażliwy na niuanse kronikarz rodzinnych absurdów, trudnych relacji i ktoś, kto zaczyna rozumieć dużo więcej właśnie poprzez śmierć ludzi, którzy nie dawali się zrozumieć.

To historia o wielokrotnej żałobie i zwielokrotnionej ciekawości, pragnieniu zrozumienia, kim się jest, poprzez to, że zrozumie się działania swoich najbliższych. Ludzi doświadczanych przez los, ale także bardzo charyzmatycznych jednostek, które wciąż na nowo walczyły ze zbyt prosto wytyczonymi granicami tak zwanego normalnego życia. Ale to nie tylko opowieść o tych, których kroków nie słychać już w żoliborskim domu. To pełna specyficznej wrażliwości opowieść o tym, jak pamiętana jest Warszawa. Miasto, które dało się poznać z każdej strony, różnie walczyło o uwagę, stale było miejscem tych zdarzeń najważniejszych, choć przecież doświadczenia egzystencjalne autor zdobywał także w innych miastach. Warszawa staje się tu jakby dodatkową towarzyszką w nostalgii, której trudno przebić się przez chwilami obezwładniającą żałobę. To też miejsce, gdzie działy się rzeczy tragiczne, trudne, niezrozumiałe i absurdalne. Miejsce, w które Piotr Bratkowski dzięki historii swoich przodków wrósł wyjątkowo mocno.

„Mieszkam w domu, w którym wszyscy umarli” to niezwykłe połączenie żywotności tego, co minione, z selekcją bodźców i wrażeń kształtujących dojrzałą tożsamość autora. Piotr Bratkowski nie unika trudnych dla niego samego tematów. Nadużywanie alkoholu, nietrwałe związki z kobietami. Poszukiwanie drogi spełnienia i stałe poczucie, że ktoś tę drogę jakoś wytyczył, choć niekoniecznie chce się po niej kroczyć. Ale ta książka to przede wszystkim bardzo dynamiczny opis tego, jak różnorodne jest życie, w którym doświadczyło się skrajnych form relacji z ludźmi, nie tylko mieszkającymi wspólnie pod jednym dachem, ale tam też wyznaczającymi swoje intymne rewiry. Bratkowski rozważa to, co – jak się zdaje – nie mogło być nigdy powiedziane ani nawet pomyślane za życia bliskich mu ludzi. To nie tylko proza konfesyjna, która ma porządkować i pomagać w odnalezieniu wewnętrznej równowagi. To głównie historia o tym, że każdy fakt może stać się początkiem niezwykłej fantazji. I w każdej takiej fantazji kryje się faktyczna ciekawość, chęć, by uporządkować to, co niejasne, a także nazwać to, co nienazwane. Autor zachowuje niezwykle cenną harmonię opowiadania o tych jakże burzliwych kwestiach, w których mnożą się znaki zapytania, niedopowiedzenia, bolesne sprawy, niezamknięte drzwi. Całość wypada bardzo naturalnie i przykuwa uwagę, bo mądrze ujawnia, kim jesteśmy w naszych przodkach i kim oni stają się dla nas po latach, zwłaszcza już nieobecni, silnie zakorzenieni jedynie w pamięci.

Anegdota w połączeniu z bolesnym wspomnieniem. Komizm słowny lub sytuacyjny stojący tuż obok tragicznej bezkompromisowości. Śmierć, poza którą nic już nie ma, i słowa, dzięki którym można niejedno ożywić. To opowieść o tym, że nigdy nie jesteśmy gotowi pogodzić się z utratami ludzi, którzy nas ukształtowali, ale także o tym, że najmocniej kształtować nas mogą właśnie te utraty. Książka pomagająca w odpowiedzi na pytanie o to, kim jesteśmy ze swoimi wspomnieniami. Kim możemy się stać, jeśli wspomnienia uzupełnimy wyobraźnią.

2020-03-09

„Książka, której nigdy nie przeczytasz” Wiktor Orzeł


Wydawca: Papierowy Motyl

Data wydania: 3 marca 2020

Liczba stron: 166

Oprawa: miękka

Cena det.: 26,99 zł

Tytuł recenzji: Status twórcy

Warto zacząć od tego, że ta książka ma naprawdę genialnie dobraną okładkę. Rzadko kiedy zdarza się tak świetna kompatybilność obrazu z tym, co potem zapisane. Wiktor Orzeł podjął się śmiałej i bardzo interesującej satyry na wydawniczą rzeczywistość w Polsce. Czytałem go z ciekawością i jako recenzent, i jako autor. Przede wszystkim jednak jako osoba, która grubo ponad dekadę uważnie obserwuje, jak działa rynek promocji książki, kto jest z niego wykluczany i kto zdobywa często niezasłużoną sławę. „Książka, której nigdy nie przeczytasz” jest bardzo inteligentną opowieścią, działającą już na poziomie tytułu, a potem wykorzystującą proste formalnie środki, by demaskować i ośmieszać. Bardziej to lektura rozrywkowa, ale nie możemy zapomnieć o tym, że czarny humor młodego autora kryje tu w sobie wiele goryczy wyrażonej wprost albo symbolicznie. Że to musi być jakiś rodzaj osobistego wyznania. Dowód pewnej wściekłości za innych kolegów. Za tysiące niewydanych w Polsce pisarzy, którzy prawdopodobnie mieli do opowiedzenia ciekawe historie, jednak z kilku powodów nikt tych historii nie pozna.

Tu poznajemy Zenona, nonszalanckiego lekkoducha z Krakowa. Zenon jest jednostką, którą niektórzy mogliby uznać za społecznie upośledzoną. Mieszka z bogatymi rodzicami, nie pracuje, nie założył rodziny, nie podejmuje wszystkich oczekiwanych przez społeczeństwo ról, w których dwudziestosiedmioletni mężczyzna powinien być spełniony. Zenon za to jest pisarzem. Takim, który zwizualizował sobie już drogę do kariery, jej spektakularny wydźwięk i idące za tym profity. Tyle tylko że niegotowa jest jeszcze książka, która ma mu dać wszystko to, o czym marzy. Zenon drobiazgowo odtwarza swój proces twórczy i wszyscy w mediach społecznościowych wiedzą, jak pracuje. A jednak wszystko jest tu iluzją. Także iluzoryczne, bo zgoła nieprawdopodobne, staje się to, co wydarzy się później. Absurd miesza się tu jednak z bardzo racjonalnym przekonaniem, że Orzeł opisuje faktyczne mechanizmy rynkowe i dość dosadnie werbalizuje te wszystkie mroczne przekonania na temat tego, czym jest dzisiaj literatura i jak określa się jej sukces rynkowy. Jak definiuje się wielkość danego pisarza, a także to, czy jego książka jest dobra. Diabelnie dobra jest ironia autora tej powieści i to, że rozgrywa z czytelnikiem specyficzną grę. Ta tragedia w trzech aktach będzie mieć zaskakujący wydźwięk, ale najbardziej istotne jest przyglądanie się temu, jak kontrowersyjnie Wiktor Orzeł określa status pisarza i książkowego bestsellera.

Zenon jest oczywistym egocentrykiem i nie może pisać o niczym innym poza sobą. Jednakże rzeczywistość, w której żyje, to przestrzeń egzystencjalnej pustki. Staje się ona tym większa, że doświadcza jej również matka bohatera. Postać drugiego planu, która – mam takie wrażenie – nie oddziałuje tu na czytelnika tak mocno jak powinna, ale bardzo sprytnie demaskuje pewne pokłady fałszu. Dzięki narracji Kory widzimy Zenona w nieco innym świetle. Zbiegają się różne opinie, ale pozostajemy w świecie, w którym bohaterowie tęsknią za jakąkolwiek formą sensu, spełnienia i uporządkowania swojego życia. Matka bohatera zdaje się bardziej odważna niż syn, ale ma to swoje konsekwencje. Zenon także zostanie postawiony w sytuacji granicznej. Oboje będą musieli zdecydować, jak chcą żyć. Bo wiedzą, że już niczego nie muszą.

„Książka, której nigdy nie przeczytasz” to autotematyczna minidrama opowiadająca o tym, że proces wydawniczy w Polsce może być sumą przypadków i absurdalnych zbiegów okoliczności, a to, co uznajemy za ważne do przeczytania, wcale takie być nie musi. Orzeł dokonuje dekonstrukcji uporządkowanego schematu, w którym najpierw znajdują się zasadne okoliczności, by książkę wydać, później ustalony jako opiniotwórczy krąg krytyków nadaje jej rangę, a następnie pozostaje już tylko sprytna promocja. I mamy pisarskie dzieło sztuki, któremu udało się nim być dzięki odpowiednim zbiegom okoliczności. Autor nie podejmuje się tu szerszej analizy zjawiska kreowania tak zwanych ważnych książek, które każdy powinien przeczytać. Pokazuje jednak – w gorzko ironicznych i niekiedy zwyczajnie doskonale zabawnych zwrotach akcji – jak absurdalny czasem jest proces tworzenia, wydawania, promowania i sprzedawania literatury.

To nie jest jakiś głos, który brzmi jak wyrocznia. Nie można tej powieści traktować śmiertelnie poważnie. W gruncie rzeczy drwi ona nie tylko z opisanych procesów, ale także z kreacji siebie na artystę. Opowiada – stosując oczywiste hiperbole – jak często uznajemy, że jesteśmy gotowi stworzyć arcydzieło. I jak łatwo przekonamy samych siebie, że świat po prostu nie docenia jego geniuszu. „Książka, której nie przeczytasz” to także odważna fantazja o tym, jak mocno uciekamy od rzeczywistości, kumulując swoje frustracje w zdaniach. Ale najbardziej interesująca jest dwuznaczność całej tej książki. Ma strukturę pozornie uporządkowaną, lecz widać wyraźnie, jak to uporządkowanie się rozpada. Jak zmienia się nie tylko sposób patrzenia na głównego bohatera, ale także to, kim on naprawdę jest. Dla siebie i dla otoczenia. Wiktor Orzeł jest złośliwy, dowcipny, ale przede wszystkim prowokacyjny. I bardzo zręcznie buduje trzy akty swojej powieściowej tragedii.

To również powieść z barwnie przedstawionym Krakowem. Miastem absurdów pewnej dzielnicy, ale i przestrzenią, w której łatwo zapomnieć o sobie samym w wielu miejscach stwarzających iluzje tak zwanego dobrego życia. Kraków jest jednocześnie boleśnie dosadny i czule sportretowany jako miasto, w którym marzenia mogą urosnąć w odpowiednich okolicznościach, a po nich może przyjść niespodziewana gorycz, kiedy frustracje po jednym z wielu pięknych wieczorów rosnąć będą szybciej niż wspomniane marzenia. Świetna lokacja dla powieści o niespełnieniu artystycznym. Ten Kraków także z nas drwi i puszcza do nas oko. A Wiktor Orzeł dokłada starań, aby wrośnięcie w dane miejsce miało jednak pewien uniwersalny charakter. W gruncie rzeczy bowiem Zenon jest sumą bolesnych doświadczeń twórców działających w różnych okolicznościach i tempie oraz z rozmaitą wewnętrzną motywacją. Widać w tej książce, że może ona być drogą ku spełnieniu, ale także mrocznym labiryntem, gdzie rodzą się dodatkowe uprzedzenia i lęki.

Świetnie się to czyta także dlatego, że rzecz jest krótka, skondensowana, celowo nie wyprowadza jakichś głębszych wykładni portretowanych problemów. Czarny humor wyśmienicie kontrastuje z metaforycznym ujęciem ludzkiej autodestrukcji. W takim znaczeniu, że zapisywane słowa mogą zabijać podmiotowość, a nie służyć jej rozwojowi. „Książka, której nie przeczytasz” to też narracja pełna specyficznej nonszalancji połączonej z empatią dla odrzucenia i poczucia wyobcowania. Interesująca książka o tym, czym książka właśnie jest jako struktura i jako myślowy symbol. Bardzo oryginalna historia.

2020-03-06

„Mistrzynie kamuflażu. Jak piją Polki” Magda Omilianowicz


Wydawca: MOVA

Data wydania: 11 marca 2020

Liczba stron: 216

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wstyd i walka

Nie wiem, jak piją Polki. Wiem, jak całe życie piła moja matka, i wiem również, jak zrujnowała sobie tym życie. A jednocześnie wiem, że ten nałóg, tak potwornie druzgoczący kobiecą psychikę, zawsze jest punktem wyjścia do mądrych rozważań o tym, jak mogłoby wyglądać życie i czego w nim brakuje. Myślę, że Magdę Omilianowicz może zainteresować moja powieść „Toksyczność”. Ja czytałem jej reportaż z dużą uwagą i nie bez emocji. Najbardziej podoba mi się to, że w tej książce głos oddany został samym alkoholiczkom. Ich historie to historie wstydu, odrzucania samych siebie, kwestionowania własnej wartości i sięgania dna. A jednak są bardzo różne i niosą różne przesłania. „Mistrzynie kamuflażu” – tak określa siebie jedna z rozmówczyń autorki – to rzecz ze świetnym tytułem. Cała książka opowiada o tym, jak bardzo pijące kobiety muszą dbać o to, by nie zostać zdemaskowane. Jak trudniej niż pijącym mężczyznom żyje się im na co dzień, zwłaszcza gdy są matkami. Omilianowicz odczarowuje stereotyp. Alkoholiczka nie jest „brudna, śmierdząca, zniszczona”. Zwłaszcza kwestionowane jest to ostatnie określenie, bo pijące kobiety, z którymi rozmawia, są fighterkami, potrafią walczyć z nałogiem, ale przede wszystkim opowiadają o jego bezkompromisowości. Alkoholizm nie zna podziału na płeć. Płeć jednak odgrywa znaczącą rolę w tym, jak postrzegamy alkoholizm na co dzień. I o tym jest ta książka. O wszystkim, co złudne, krzywdzące, niepokojące, ale także nieznane. „Mistrzynie kamuflażu” to reportaż absolutnie dla wszystkich. Myślę jednak, że w dużej mierze dla pijących kobiet, a także dzieci, którym matki odebrały dzieciństwo, ale jednocześnie dały do zrozumienia, że choroba alkoholowa to niejeden front bardzo trudnej walki.

Zaczyna się od krótkich narracji nawiązujących do trzech mądrych japońskich małp – Mizaru, Kikazaru i Iwazaru. To wypowiedzi ludzi, którzy stoją z boku i wyciągają własne wnioski na podstawie tego, co widzą. Dla ekspedientki sklepu monopolowego ważne jest, by po prostu zgadzała się kasa. Taksówkarz uznaje, że jego pijane klientki robią to, bo lubią. Barman sięga dalej – w kobiecym piciu dostrzega znamiona depresji. I to jest bardzo dobry początek, bo Magda Omilianowicz chce zmierzyć się z tym, co sądzimy o kobietach, których problemów tak naprawdę nie znamy. Dalej jest dużo bardziej interesująco. Widać, że rozmówczynie i rozmówcy otwierają się, choć przychodzi im opowiadać o bardzo trudnych tematach. O tym, że kobiecy alkoholizm to przede wszystkim presja tego, by nie było wokół widać, jak alkohol pożera i niszczy. O dodatkowej dla kobiet opresji, kiedy są szczegółowo rozliczane z tego, z czego się nie wywiązują, bo nałóg im to utrudnia bądź uniemożliwia. W rozmowie z psycholożką kliniczną poznajemy anatomię zaburzeń alkoholowych, ale myślę, że „Mistrzynie kamuflażu” to taka książka o alkoholizmie społecznym, stereotypowo nazywanym i postrzeganym. Również o kobietach, które mają w sobie bardzo wiele siły, by mierzyć się ze społecznym odrzuceniem, a także z odrzuceniem przez same siebie. Wtedy, gdy cierpią najbardziej i bardzo kameralnie.

Myślę, że największe wrażenie robi opowieść kobiety w jesieni życia, która nigdy tak naprawdę nie przepracowała traum związanych z piciem jej matki. To wciąż przestraszona dziewczynka, wciąż nie jest w stanie wyjść spod stołu. Osoba, która nie potrafi rozmawiać o najtrudniejszych sprawach – o tym, co traci się w dzieciństwie, w którym matka pije. Dlatego ogromnie ważne jest tu także spojrzenie na problem pijących kobiet przez pryzmat DDA – dorosłych dzieci alkoholików. To oni niejednokrotnie są w stanie opowiedzieć i uzupełnić historię uzależnionej matki w taki sposób, by jej tragizm wybrzmiał naprawdę, został dostrzeżony z wielu stron. Ci ludzie sami nadużywali alkoholu albo byli w toksycznych związkach z pijącymi partnerami. Omilianowicz czule i z empatią wysłuchuje alkoholiczek, ale zestawia z ich relacjami także gorzkie opowieści skrzywdzonych dzieci. Bo wszystko wskazuje na to, że pijąca matka krzywdzi dużo bardziej niż pijący ojciec. Wspomniana już opowieść chwyta za gardło, kiedy rozumie się, że w niektórych przypadkach nie ma możliwości rozrachunku ze zniszczonym dzieciństwem. Bo bywa tak, że pijąca kobieta okopuje się w bezpiecznej dla niej przestrzeni i nie pozwala sobie pomóc. Jedna z alkoholiczek opowiada o tym, jak tworzą się mechanizmy wyparcia oraz zakłamania. „Mistrzynie kamuflażu” niczego nie bagatelizują i niczego nie trywializują. To uczciwie napisana książka o tym, jakim piekłem jest kobiecy alkoholizm i jak wiele krzywdy wyrządza bez względu na to, czy pijąca kobieta podejmie się walki ze swoim demonem. Za każdym razem nie jest to tylko jej demon. Za każdym razem to złożony problem i sytuacja, w której cierpi więcej niż tylko sięgająca po alkohol.

Myślę, że Magda Omilianowicz chce pokazać, że portretowany nałóg to nie tylko butelka, chwiejny krok, zaniedbywanie obowiązków, leczenie na oddziale odwykowym. Ta książka stara się ukazać, że każda historia alkoholiczki jest wyjątkowa, choć wszystkie mają wspólny mianownik. „Mistrzynie kamuflażu” chcą wyjść poza stereotypy, pokazać ich szkodliwość, a jednocześnie w pełnej godności formie ukazać heroiczną walkę o siebie. Polki piją z podobnych powodów, ale niepodobne jest to, jak muszą się mierzyć z uzależnieniem. Ich historie tworzą ponurą panoramę życia pośród deficytów miłości, ale są też mrocznym memento dla tych, którzy uważają, że to, co się w życiu osiągnęło, ma być składową poczucia własnej wartości. Tymczasem osiągnięcia rozmówczyń Omilianowicz są niebagatelne. Wtedy kiedy pozwalają sobie na to, by ich krzywdę określili także inni ludzie. Alkoholizm – bez względu na płeć – to przecież choroba jak rzadko która powiązana z ogromną samotnością. Choroba, z którą zawsze walczy się samotnie – bez względu na to, ile wsparcia można otrzymać z zewnątrz. Cieszę się, że ta książka pokazuje tak wielką determinację kobiecą, dzięki której od kamuflażu można przejść do szczerej konfrontacji ze swoimi słabościami. A jednocześnie cały czas sugeruje, że w walce konieczna jest szczerość, przede wszystkim względem siebie. To ona pomogła kobietom, z którymi rozmawia autorka. Dzięki szczerości buduje się także właściwe relacje z terapeutą uzależnienia.

„Mistrzynie kamuflażu” to książka o wyjątkowo trudnych sprawach, ale została tak stworzona i zredagowana, że daje sporo nadziei. Przede wszystkim zaznacza albo sugeruje właściwe rozwiązania problemów, dla których pozornie rozwiązań nie ma. Omilianowicz jest świetną pytającą. Odsuniętą gdzieś w cień, a jednak ważną dla tych, którzy opowiadają o najbardziej wstydliwych i najmocniej bolących życiowych doświadczeniach. To również książka zdecydowanie sprzeciwiająca się coraz większej dostępności alkoholu. Opowiada nie tylko o samym piciu. Pokazuje, że zaskakująco łatwo można wpaść w nałóg, z którym nie będzie się można pożegnać do końca życia.

2020-03-03

„Song nauczycielki” Vigdis Hjorth


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 19 lutego 2020

Liczba stron: 256

Przekład: Marta Gołębiewska-Bijak

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Samoświadomość

Vigdis Hjorth jest mistrzynią ironizowania norweskości. Po rodzinnej psychodramie „Spadek” proponuje nam dużo bardziej kameralną i myślę, że znacznie bardziej uniwersalną powieść. Niemniej lokalny adres zaznaczony jest bardzo wyraźnie. Główna bohaterka jest typową Norweżką: dobrą, hojną, uporządkowaną, mającą satysfakcjonujące życie zawodowe i osobiste, mimo że to drugie naznacza od dłuższego czasu samotność. Wiedzie syte życie w spokojnym kraju. Takim, który wojny prowadzi gdzieś daleko. Gdy o rzeczywistości wojennej opowiada się na sali wykładowej, studenci przenoszą uwagę do swoich smartfonów. Lotte jest doskonałą obywatelką doskonale uporządkowanego kraju. Czytając „Song nauczycielki”, będziemy świadkami odsłaniania wszelkich niedoskonałości. Tych związanych z norweskością, ale także bardzo symbolicznych. To bowiem powieść o kwestii perspektywy. Opowiada, co może się wydarzyć, jeśli ktoś zechce się nam przyjrzeć innymi oczyma, zaprezentować nasze życie i poczynania z dystansu, na jaki nigdy nas nie stać.

Hjorth prowadzi nas przez codzienne życie Lotte Bøk w taki sposób, że odsłaniane są nam najbardziej intymne elementy tego życia. Przy tym wszystkim narracja jest stale surowa, zdystansowana. Bohaterka jest całkowicie poświęcona pracy. Wykłada, usiłuje zainteresować studentów pozornie archaicznymi tematami, zależy jej na przeniesieniu omawianych dramatów do codziennego życia. W wolnych chwilach ucieka do lasu, znajduje sobie bezpieczną przestrzeń innej aktywności, zwiększa dystans wobec ludzi, buduje sobie życie pełne rytuałów. Codziennie w drodze do pracy wypić cappuccino z mlekiem sojowym. Nie siorbać, pijąc smoothie przez rurkę. Nie lizać lodów na patyku. Zaprosić do swojego domu obcego człowieka dopiero wówczas, gdy przekona samą siebie, iż jest to absolutnie bezpieczne.

Tym obcym jest Tage Bast. Student, który kręci materiał filmowy. W ramach projektu chce przyjrzeć się związkom życia zawodowego z osobistym. Lotte zgadza się, by ją nagrywał. I kiedy myśli się, że zaraz będzie mieć miejsce romans rujnujący tę powieść, pojawia się przyjemne zaskoczenie, bo od momentu spotkania się tej dwójki nic w tej książce nie będzie oczywiste i jednoznaczne. Student nie wydaje się inwazyjny, ale narzędzie jego pracy już tak. Pojawiają się napięcia związane z czymś, czego Lotte do tej pory nie doświadczała. Życie w obiektywie zaczyna mieć inny kształt albo bohaterka chciałaby ten kształt zmienić, polepszyć. Kamera deprymuje Lotte. Okazuje się, że przy jej udziale bohaterka po raz pierwszy doprowadzi do pewnego rodzaju konfrontacji ze sobą. To będzie dynamiczny i dramatyczny proces. Oko kamery nie tylko spowoduje, że pewna siebie i swojej wartości jako nauczycielki Lotte zacznie widzieć pewne elementy codziennego życia inaczej. Ono zmusi ją, by przedefiniowała samą siebie. Przede wszystkim uporządkowany sens życia, w który tak doskonale wrosła, bo Norwegia jak mało które państwo na świecie pozwala bezpiecznie zakorzenić się w strefie własnego komfortu.

Vigdis Hjorth opowie o tym, co się dzieje, kiedy ta strefa zostaje naruszona. Doskonale pokazuje to poprzez codzienne czynności, które przestają być rytualne, rozpadają się, Lotte ma wrażenie niepanowania nad codziennością, wkrada się do jej duszy także kilka rodzajów niepewności. Można oczywiście chwilami odnieść wrażenie, że bohaterka hamletyzuje, ale całość – opisywana bardzo metodycznie, bez emocji – świata przedstawionego tej książki robi ogromne wrażenie. Zwłaszcza gdy orientujemy się, że jest to bardzo inteligentna opowieść o demaskacji, ale także skierowana do wewnątrz bohaterki opowieść o rozliczeniu z tym, co znaczy być dobrym i prawym człowiekiem.

Ciekawe są relacje bohaterki ze studentami. Między nimi a nią Brecht. Przesłania i symbole, które nie mogą być odczytane zgodnie z tym, czego oczekuje prowadząca zajęcia. W tej intrygującej interpretacji twórczości Brechta kryje się wciąż na nowo zadawane pytanie o to, gdzie leży granica między wytworzonym przez twórcę uczuciem czy emocją a tym, co przeżywa się na co dzień, doświadcza intensywnie i z pewną dozą niepewności, gdy każde doświadczenie jest gotowe nas zmienić. Czy „Song nauczycielki” to powieść o przemianie? W pewnym stopniu tak, ale chyba bardziej jest to zbiór fantazji o tym, w jaki sposób zabezpieczamy się przed światem, dopasowując się do niego na wygodnych dla nas zasadach. Dobry oraz uporządkowany kraj jak Norwegia pozwala wieść dobre i uporządkowane życie. Co jednak z nierównościami, krzywdą, z tym wszystkim pokazującym mroczne odbicie świata? Czy można w tym naprawdę uczestniczyć, kiedy tkwi się w codzienności stworzonej niczym bańka mydlana?

Hjorth fantazjuje o sferze złudzeń, dzięki którym możemy naprawdę poczuć się dobrze. O tym, że czasem nie my dopasowujemy się do świata, lecz on – dzięki szaleńczej pracy naszej wyobraźni – dopasowuje się do nas. Ta książka zwraca uwagę na to, jak wiele energii możemy poświęcić tworzeniu wspomnianych złudzeń. Jak bardzo sprytna, a jednocześnie niesamowicie krucha jest taka myślowa konstrukcja. Ta książka świetnie pokazuje, że cały uporządkowany świat może ujawnić swoje niepewne fundamenty, kiedy pojawi się niespodziewana okoliczność. Tutaj jest nią ujrzenie siebie w taki sposób, w jaki nigdy nie można byłoby się ujrzeć. To też interesująca historia o tym, co to znaczy zmieniać świat. Najwygodniej robić to bez obciążenia samego siebie, bez jakiegokolwiek dyskomfortu. Norweska pisarka pyta również o to, za co w życiu powinniśmy wziąć pełną odpowiedzialność. Studenci Lotte wydają się bierni i niegotowi na żaden rodzaj odpowiedzialności. Ona sama przyjmuje na siebie bardzo wiele, ale czy tak naprawdę nie tkwi w pewnej hipokryzji? Podoba mi się to, że „Song nauczycielki” bardzo powoli, ale konsekwentnie odsłania kolejne dylematy bohaterki, dając jej coraz mniej przestrzeni i powietrza. Jakby pięknie uporządkowany świat miał runąć. Ale tu nie o to chodzi. Chodzi o zmianę perspektywy życia poprzez to, kim się jest w tym życiu. Hjorth jest bezkompromisowa i nie oszczędza Lotte. Ale dzięki temu sugestywnie opowiada o tym, że potrzebą człowieka jest pewność siebie, a rzeczywistością wokół niego ciągła wątpliwość i konieczność zadawania trudnych pytań. Dlatego ta książka, nie oddziałująca aż tak silnie jak „Spadek”, to kolejny dowód pisarskiej inteligencji Vigdis Hjorth, a także jej umiejętności odsłaniania tego, co niewygodne, i prezentowanie tych odsłon bez nadmiernej emocjonalności. Naprawdę dobra książka.

2020-02-28

„Normalni ludzie” Sally Rooney


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 26 lutego 2020

Liczba stron: 304

Przekład: Jerzy Kozłowski

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Koleje życia

Powieść Sally Rooney jest bardzo konsekwentnie stworzona, jeśli chodzi o język i sposób budowania nim świata przedstawionego, a przede wszystkim niejednoznacznych młodzieńczych relacji. Bardzo natomiast nierówna, jeśli chodzi o intensyfikację przesłań i liczne sugestie. Powieść panoramiczna o irlandzkich młodych ludziach z różnych środowisk i z różnymi życiowymi ambicjami bardzo zgrabnie portretuje ich tymczasowość, idealizm, czas życia będącego snuciem planów, życia w teorii, życia… pozbawionego jeszcze swojej esencji, do którego dopiero wdziera się gorycz różnych rozczarowań. Rooney chwilami operuje potwornymi stereotypami, zwłaszcza dotyczącymi możliwości związanych z płcią. Cała ta książka opowiada się oczywiście przez płeć nie tylko dlatego, że jej najważniejszym i świetnie w swej niejednoznaczności portretowanym wątkiem są perypetie miłosne znajomych ze szkoły średniej, których poznajemy w momencie pierwszych znaczących wyborów życiowych i żegnamy również pośród dylematów. „Normalni ludzie” to opowieść, która pozornie nie przedstawia jakiejś odkrywczej strony czasu młodych Irlandczyków będących u progu tak zwanej dorosłości, a jednocześnie kompulsywnie chwytających ostatnie chwile prawdziwej wolności, gdy myśl o tym, co będzie niebawem, zaczyna coraz bardziej szarzeć, a wraz z tym pojawiają się lęki. Z drugiej strony jednak – Rooney bardzo dba o detale, nie tylko portretując swoją parę. Próbuje pokazać, jak różnorodnie widzimy się w różnych kontekstach, czego do wiedzy o nas samych dodają intymne zbliżenia, a także to, że zazdrościmy sobie zwykle tego, co nie jest dla nas zrozumiałe, i w gruncie rzeczy wciąż jesteśmy w swoich niespełnieniach odbiciami kogoś innego.

Marianne pochodzi z bogatej rodziny. Bardzo toksycznej, ale o istocie tych relacji będziemy się dowiadywać stopniowo. Marianne jest outsiderką. Nie akceptuje jej szkolne otoczenie, a ona sama ma ciągłe wrażenie, że prawdziwe życie toczy się gdzie indziej, że ona sama nie jest prawdziwa, że to odrzucenie także może takie być. Zamknięta w oswojonej przestrzeni, izolowana od świata (nie zna nawet topografii rodzinnego miasteczka) tworzy sobie bezpieczną strefę pozornego komfortu, celowo odsuwając się od jakichkolwiek zachowań stadnych, w których nie chce się odnaleźć. Connell pochodzi z rodziny robotniczej, a jego matka jest sprzątaczką w domu Marianne. On to typowy ekstrawertyk, bardzo lubiany w lokalnej społeczności. Taki swojski chłopak, który nie stwarza dziwnych problemów i po prostu jest częścią grupy rówieśniczej. Tyle tylko że Connella nie fascynuje to, co oczywiste w relacjach z kumplami, lecz poczucie bezpieczeństwa, które daje mu Marianne. Oboje zbliżają się do siebie, ale na określonych warunkach. Ona będzie musiała się dostosować, on da z siebie dużo mniej. Czy to, co robi Connell, to przykład zachowawczości, czy hipokryzji? Sally Rooney zbliża nas do bohaterów, którzy będą się wzajemnie uzupełniać. Stworzy ich w relacji, dla której nie będzie definicji. Pokaże na przykładzie tych dwojga, co czyni nas wyjątkowymi w oczach drugiej osoby.

Zdecydowanie dużo ciekawszą postacią jest Marianne, bo wszystko, co robi czy myśli Connell, jest po prostu odsłonięte i nad wyraz czytelne. Podoba mi się mroczna niejednoznaczność tej bohaterki. Jest bardziej rozwojowa, staje się czytelniczym wyzwaniem, ale jest również wyzwaniem dla swojego adoratora. Marianne chciałaby – jak tytułowi ludzie – zyskać jedynie odrobinę miłości, poszanowania i poczucia bezpieczeństwa w męskich ramionach. Ale jej potrzeby i oczekiwania nie są takie proste. Broni się sama przed sobą, a jednocześnie została nauczona podległości. Za tym idzie egzystencjalny ból odrzucenia, jeśli nie spełni się określonych warunków, dzięki którym można zdobyć trochę zainteresowania. I tu pojawia się bardzo ciekawa wykładnia tego, kim jest ta bohaterka, jaka się staje i ku czemu dąży.

Myślę, że warto zestawić „Normalnych ludzi” z „Podpalaczami” R.O. Kwon. Pisarki irlandzka i amerykańska proponują powieści o specyfice przemocy warunkowanej przez płeć. O ile Kwon jest bardziej dosadna i można uznać, że zdecydowanie bardziej bezkompromisowa, o tyle Rooney, łagodząc nieco wymowę tego problemu, wykorzystuje sceny i sytuacje nadmiernie oczywiste. To zatem nie jest dosadność, bardziej dydaktyzm. Niemniej obie te książki poruszają temat absolutnie uniwersalny – życie z piętnem przemocy, doświadczanie jej na nowo i niemożność uwolnienia się od niej. Jednak „Normalni ludzie” to bardziej powieść o przemianie, w związku z tym istotniejsze jest w niej portretowanie zmiennej relacji balansującej na granicy stabilnego związku i niewłaściwie lokowanych pokładach emocji, których druga strona nie jest w stanie odczytać właściwie. Dramaty nakreślone w powieści opierają się głównie na rozdarciu, rozczarowaniu i niemożności zdobycia się na taki rodzaj empatii, dzięki któremu można zachować drugiego człowieka przy sobie.

Ponieważ wspomniałem, że tę historię opowiada płeć, nie sposób nie zauważyć, jak rozkłada się prezentacja oczekiwań i możliwości zdeterminowanych w młodym życiu tym, czy jest się kobietą czy mężczyzną. Robi wrażenie zestawienie odsłaniania intymności. Kiedy koledzy dowcipnie komentują oglądane nagie zdjęcia jednej z dziewczyn, jest to niewątpliwa pewien rodzaj opresji i zainteresowana może utonąć w morzu wstydu i zażenowania. Kiedy jednak Marianne fantazjuje o tym, że mogłaby upublicznić zdjęcie penisa Connella, nie robi to na nim żadnego wrażenia. Dojrzewające kobiety u Rooney tkwią w licznych formach opresji, z których dojrzewający mężczyźni błyskawicznie się wydobywają albo też bezkompromisowo ramy tej opresyjności narzucają. Tu autorka nie odkrywa niczego nowego, jednak ważny jest sposób, w jaki obrazuje wieczną pozycję życiowego komfortu mężczyzny w porównaniu z sytuacją kobiety zawsze postawionej przed ścianą i dylematami. Tylko kogo ostatecznie spotyka śmierć z własnej ręki? Kto radzi sobie lepiej, kiedy życie przestaje być pasmem planów oraz teoretyzowania, a staje się dosadnym i bolesnym doświadczeniem z wszelkimi konsekwencjami tak zwanego bycia dorosłym?

Podobają mi się tu świetnie wykreowane postacie drugiego planu, które dodają dynamiki i niejednoznaczności najważniejszej relacji w tej powieści. Świetne jest również to, jaki emocjonalny dystans do swoich bohaterów trzyma sama autorka, a dodatkowo – jak bardzo wrażliwa jest na niuanse w scenach lub dialogach, które pozornie mogą wydać się sztampowe i wywołać ziewanie. Jednak szczególna uwaga pojawia się właśnie tam, gdzie się jej zupełnie nie spodziewamy. Dlatego „Normalni ludzie” to powieść o bardzo niebanalnej konstrukcji, choć w przesłaniu – zwłaszcza panoramicznym ujęciu tego, jak funkcjonują irlandzcy studenci drugiej dekady XXI wieku – pozostawia jednak sporo do życzenia. Także opowiadając o miłości, nie unosi chyba stworzonego przez siebie ciężaru zagadkowości tego uczucia. Mimo kilku rozczarowań uważam, że jest to całkiem nieźle napisana powieść, której z niezrozumiałych dla mnie powodów przypisano litanię światowych peanów.

2020-02-26

„Linia” Elise Karlsson


Wydawca: Pauza

Data wydania: 26 lutego 2020

Liczba stron: 208

Przekład: Dominika Górecka

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Praca, życie, granice

„Linia” to minipowieść o pracoholizmie. W zasadzie nie ujmuje żadnym ciekawym przedstawieniem tematu. Karlsson metodycznie prezentuje sylwetkę kobiety, dla której praca staje się treścią i sensem egzystencji. Wszystko dokładnie, szczegółowo, wszystko w formie lakonicznej relacji, której nie uwiarygodniają emocjonalne zawirowania bohaterki skryte umiejętnie i bardzo konsekwentnie w surowej składni budującej duszną atmosferę tej książki. Lektura „Linii” nie dostarcza żadnego ważnego ani twórczego ujęcia tematu obsesyjnego związku pracy z ludzkim życiem. Jest wręcz sztampowa i opiera się na stereotypach, ale zakładam, że to zamierzona formuła. Będzie to zatem młoda singielka pracująca w zamkniętej przestrzeni korporacyjnego życia od zadania do zadania. Ta przestrzeń będzie tu jeszcze dodatkowo opresyjna, bo hermetycznie odizolowana od reszty świata. Wymuszająca podległość, absolutne zaangażowanie i poświęcenie. Drugą stroną portretowanego problemu, może nawet ważniejszą dla tej książki, są wykreowane przez okoliczności relacje, które trzeba nawiązywać i podtrzymywać. Po lekturze pozostaje raczej zmęczenie, trochę ból głowy. Przekonanie, że Elise Karlsson podjęła się ważnego tematu, ale nie zrobiła z nim niczego odkrywczego.

Emmę poznajemy w momencie, w którym nie ma pracy. To czas niebezpiecznego dryfowania między zamkniętymi już obowiązkami i przyzwyczajeniami a niepewnością tego, co dalej, gdy codzienność przynosi chaos, nie jest porządkowana przez zawodową rutynę, powtarzalność, kostyczną zadaniowość i idące za tym wszystkim absolutne zaangażowanie. Emma cała jest pracą i poza nią nie jest w stanie określić ram swojego życia. Prawdopodobnie takich nie ma albo bohaterka nigdy nie poświęciła uwagi temu, by przyjrzeć się innym możliwościom, żyć dla siebie, nie dla zadań. Kiedy podejmuje kolejne zatrudnienie, wszystko wraca na swoje miejsce. Pojawia się wreszcie upragniony porządek potęgowany przez wyjątkowo silny reżim wewnętrzny – nawet mieszkanie, do którego Emma wraca, ma wyglądać jak lokum kogoś, kto na co dzień jest zaabsorbowany pracą.

Wszyscy ludzie wokół bohaterki wyłaniają się ze strefy cienia i potem do niej wracają. Ludzi Emma odnotowuje i zatwierdza w życiowym rejestrze przede wszystkim wówczas, gdy stwarzają ich okoliczności. W tym rozumieniu „Linia” mogłaby być interesującym studium aspołecznej samotności, ale nim nie jest, bo szwedzka autorka nie decyduje się na to, by pogłębić otaczającą bohaterkę wspomnianą strefę. Wokół niej rozgrywają się zatem zdarzenia o przewidywalnym charakterze, ale również takie, których celu za bardzo nie rozumiem – na przykład dwie śmierci ludzi z otoczenia Emmy, nagłe i zapewne mające jakąś funkcję, lecz dla mnie trochę absurdalne. Podążamy za naszą pracoholiczką tam, gdzie poczucie wolności osobistej zanika, sfera bezpiecznej izolacji od obowiązków służbowych przestaje istnieć, a wszystko daje się porządkować i oddzielać od siebie liniami prostymi. Stanowczymi, wyraźnymi, niezezwalającymi na jakiekolwiek wątpliwości.

Interesujący jest styl tej książki, który stara się zobrazować, jak bardzo zdegradował i zawęził się umysł bohaterki. Kobiety potrafiącej jednak wyłamać się ze schematów i zdolnej do jednorazowego niekonwencjonalnego działania. Emma jednak jest mało interesująca. To, co przeżywa lub myśli, zdaje się wtłoczone na siłę w ten przewidywalny świat zawodowych zależności oraz konieczności. Za nimi kryje się niezaspokojona potrzeba akceptacji, którą można realizować tylko w pracy i jedynie dzięki niej. Emma unika myślenia abstrakcyjnego, każdy rodzaj metafory jest zdradliwy i kryje w sobie niebezpieczeństwo. Karlsson portretuje kogoś, kto porządek zbudował na jednoznaczności. Tymczasem niejednoznaczne są relacje pracownicze, bo tu nie mamy do czynienia ze sztywno określonym zakresem obowiązków, lecz z ludźmi gotowymi ujawnić swoje emocje i pragnienia. W „Linii” wszystko jednak jest bardzo przewidywalne. Elementy zaskoczenia to jedynie zdarzenia jakby oderwane od portretowanego świata – wspomniane już zgony czy takie drobne elementy codzienności, które chcą rozbić zawodową rutynę. Pośród tego wszystkiego dość sporo miałkiej autorefleksji bohaterki, ale przede wszystkim brak sugestii, że ten uporządkowany – także w obrębie frazy powieści – świat można czymś rozsadzić, że jest jakaś szansa zajrzenia gdzieś głębiej.

„Linia” mogłaby być ciekawą powieścią o przekraczaniu granic, które narzuca nam ktoś inny, a także o tym, że można kwestionować porządek całego świata, jeśli uwierzy się w uporządkowany świat codziennych czynności do wykonania. Nie ma tu jednak żadnej twórczej refleksji. Wyjścia poza sprawy i przesłania dość oczywiste. Jest trochę dosadności, trochę silenia się na tajemniczość (przeszłość bohaterki, ona sama w obliczu wspomnień), ale ostatecznie dociera się do finału ze świadomością, że niczego interesującego się jednak nie doświadczyło. Co więcej – że tę książkę zaraz się zapomni. Są czasem fragmenty dość pretensjonalne – jak choćby ten, gdzie bohaterka określa, że powoli kamienieje, i za tym ma iść jakaś luźna, rzekomo ważna refleksja o emocjonalnym wypaleniu. Interesująca jest oczywiście forma książki – ona sama stara się zobrazować, jak zamkniętą strukturą, pełną powtarzalności i rygorystycznego ładu, jest świadomość Emmy, która żyje zadaniowo, ale jest jednocześnie emocjonalną kaleką. Skąd się to wszystko wzięło i ku czemu zmierza? Tego już się nie dowiemy. Dlatego „Linia” to trochę taki raport ze specyficznego pola walki, dziennik czasu prywatnej wojny, pamiętnik segregowania, porządkowania i nazywania. Życia uporządkowanego jak dokumenty w teczkach. Emocji, które mogą być wyrażane tylko w określonych warunkach.

I jeszcze miejsce, w którym pracuje bohaterka. Elise Karlsson portretuje przestrzeń, gdzie zarabia się pieniądze na kreowaniu iluzji. Już sam ten wybór w bardzo prosty sposób sugeruje istotę hipokryzji, która jest ważnym elementem portretowanego problemu. Wychodzi na to, że „Linia” jest po prostu fragmentami bardzo dydaktyczna. Pozostawia poczucie niedosytu, bo najpierw wprowadza niepokój (świetne są początkowe krótkie, sentencjonalne rozdziały), a później opowiada o złudzeniach, ukazując jednocześnie, jak silnie możemy w nie uwierzyć. Ale to wszystko raczej wiemy. Bardziej lub mniej zaangażowani w naszą codzienną pracę. Stworzenie z niej filozofii życia nigdy nie jest właściwym posunięciem. Mam wrażenie, że możemy to wszystko określić, nie czytając wcale „Linii”. Książka ma jakiś potencjał, ale w moim odczuciu nie wie, jak się opowiedzieć. Najpierw intryguje, potem rozczarowuje.

2020-02-24

„Przełęcz Diatłowa. Tajemnica dziewięciorga” Anna Matwiejewa


Wydawca: MOVA

Data wydania: 26 lutego 2020

Liczba stron: 304

Przekład: Magda Dolińska-Rydzek

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wobec mrocznej zagadki

To książka, która doczekała się już wielu wydań. Polski czytelnik otrzymuje coś, co stanowi specyficzną jakość literacką, bo tak naprawdę fabuła jest tutaj wątła, a najważniejsza jest konfrontacja z dokumentami dotyczącymi jednego z najbardziej tajemniczych zdarzeń w rosyjskiej historii, czyli tragedii na Przełęczy Diatłowa w północnym Uralu, gdzie w 1959 roku dziewięć osób poniosło śmierć. To, co stanowi element świata przedstawionego, jest pewnym zgrabnie skomponowanym dodatkiem do faktów, z jakimi mierzy się bohaterka książki. Tym niemniej nie jest tak, że wszystko, co opisuje Matwiejewa, to jakaś średnia przypadkowości, bo mam wrażenie, że osobista historia śledzącej dokumenty jest tu też bardzo istotna. Zwróćmy uwagę na samo otwarcie i zasygnalizowanie zimna w mieszkaniu. W siarczystym mrozie grupa ludzi doświadczyła czegoś, czego nikt do końca nie określił precyzyjnie, i w tym mrozie straciła życie. Rekonstruująca zdarzenia kobieta przeżywa nieokreśloność i jednocześnie bezkompromisowość tych śmierci wyjątkowo intensywnie. Sama wyraża swój lęk przed końcem życia. Wyobrażenie przerażającej pustki po śmierci zestawione jest tutaj z mrocznymi oraz surowymi okolicznościami, w jakich doszło do wypadku albo zbrodni.

Jest rok 1999 i niewielu już chce wspominać zdarzeń, o których czterdzieści lat temu tak wielu chciało zapomnieć. Czas robi swoje, ale w kwestii zapominania lub lekceważenia zdarzeń z 1959 roku pojawiło się coś jeszcze, co ułatwiło odrzucenie tego, co niewygodne, zbyt wieloznaczne, naprawdę przerażające. To, co pozostało po tragedii, sugeruje wiele rozwiązań, a każde następne wydaje się straszniejsze od poprzedniego. Uczestnicy studenckiej wyprawy górskiej przed śmiercią musieli doświadczyć czegoś naprawdę przerażającego. Uciekali w popłochu z namiotu, bez butów, cztery ciała znaleziono w innym miejscu, jedno nie miało języka. Ślady rekonstruowane przez bohaterkę budują atmosferę horroru, który staje się bardzo sugestywny, bo wtedy, w 1959 roku, musiało się wydarzyć coś niewątpliwie strasznego. Dziewięcioro ludzi straciło życie, a władze ZSRR pokazały, że w takiej sytuacji możliwe jest przede wszystkim tuszowanie. Nikt nie chciał czy nie mógł rozwikłać tej zagadki?

„Przełęcz Diatłowa” to przede wszystkim żmudna i dokładna rekonstrukcja zdarzeń. Śledzenie akt sprawy, często niekompletnych. Zagłębianie się w treść osobistych zapisków uczestników wyprawy. W końcu alfabetyczny słownik pojęć związanych z tą sprawą. Matwiejewa obrazuje, jak odtwarzanie realiów radzieckiego śledztwa nakłada się na prywatną perspektywę kobiety, która po czterech dekadach obsesyjnie chce poznać prawdę. Dlatego ta książka jest właśnie o obsesji, ale również o wielkiej empatii. Ciężar przekazu materiałów źródłowych jest bardzo duży. Nic dziwnego, że otrzymujemy w ramach narracyjnej równowagi opowieści o niefrasobliwym byłym mężu bohaterki czy jej kocie. Mimo wszystko najważniejsze jest wyeksponowanie pewnego rodzaju samotności. Anna śledzi losy ludzi, którzy zostali pozostawieni sami sobie w obliczu jakiegoś zaskakującego zdarzenia. Konfrontacja z aktami zagadkowej sprawy jest także pewnym egzystencjalnym doświadczeniem dla bohaterki. Trudnym i bolesnym. Domagającym się udzielenia odpowiedzi choćby na część pytań. To tak, jakby to, kim teraz jest Anna, zależało od zrozumienia tego, kim stali się uczestnicy wyprawy, kim są jako ofiary, kim pozostaną w pamięci.

Jak wspomina Aleksiej Iwanow, autorka „zamienia tragedię w dramat”. Książka skonstruowana jest w taki sposób, że zbliżamy się do zmarłych jak do kogoś nam bliskiego. Śledzimy ich poczynania, ale mamy też czasami dostęp do ich wrażliwości. Cała dziewiątka jest tu traktowana podmiotowo, każde imię i nazwisko wybrzmi wiele razy. Matwiejewa porządkuje fakty w taki sposób, że o pewnych sprawach wspomina kilkukrotnie. Metodyczne i dokładne zapisy dokumentacji tworzą kontrast wobec wszelkich niedopowiedzeń. Dla bohaterki powieści najważniejsze jest chyba ustalenie tego, jak zmarli zachowali się tuż przed śmiercią, jaka była ich reakcja wobec tego enigmatycznego i na pewno granicznego doświadczenia. Ale „Przełęcz Diatłowa” tworzy wspomniany dramat, pokazując przede wszystkim pełną determinacji walkę niektórych ludzi o to, by poznać prawdę. A w tym wszystkim przejęta śmiercią kobieta, dla której imperatywem jest wysnucie kilku hipotez. Dlatego też jest to książka, w której ważne jest zakończenie. Oczekuje się na nie, jednocześnie uświadamiając sobie, ile tropów w tej sprawie zostało celowo lub nieświadomie porzuconych.

Opowieść Matwiejewej jest jednocześnie pisarską odpowiedzią na otaczającą tragedię na Przełęczy Diatłowa zmowę milczenia, która w charakterystyczny sposób obrazuje radziecką mentalność, szybką umiejętność zapominania i wypierania niewygodnych faktów. Cała historia jest niezwykle ekscytująca, jeśli przyjmie się do wiadomości, jak bardzo prawdopodobne mogą być teorie, że za śmiercią turystów może stać państwo. Ale czyta się tę książkę przede wszystkim jako przejmujące świadectwo śladów, za którymi stoją teraz ludzka bezradność i pustka. Trudno ustalić, co bardziej wgryza się w pamięć: fakty dotyczące tej sprawy czy późniejsze fantazje o niej. Tak czy owak autorka umiejętnie buduje klimat zawieszenia i niepewności. Zderza go z uporządkowaną rzeczywistością wokół, na której bohaterka może polegać. Na kim i w jakim stopniu mogli polegać tuż przed śmiercią ci, którzy stanowili zwartą i dobrze przygotowaną do wyprawy grupę, ale jednak stanęli wobec doświadczenia, które ich przerosło?

Myślę, że siłą takich książek jak „Przełęcz Diatłowa” jest wzbudzanie specyficznych emocji czytelniczych. Całość wygląda jak materiał do nakręcenia przejmującego filmu. Ale wykorzystanie formy powieści oddziałuje tu inaczej. Nie towarzyszymy dziewięciorgu ludziom w ich podróży czy ostatnich chwilach życia. Fantazjujemy przede wszystkim o tym, dlaczego tak bardzo trudno ustalić jest coś konkretnego w tej sprawie. Dlatego milczenie i niepewność wciąż na nowo toczą tutaj walkę ze zwyczajną ciekawością, ale także charakterystyczną wrażliwością na tę sprawę, którą prezentuje bohaterka tej powieści. Anna Matwiejewa opowiada też o tym, jak tworzy się mroczny i niejednoznaczny mit. O tym, że ZSRR był zagadką w wielu, naprawdę wielu znaczeniach. O niebezpiecznym zapominaniu i o niefrasobliwej skłonności do fantazjowania pełnego absurdów. Ale to przede wszystkim literacki hołd złożony ludziom, których śmierć na zawsze pozostanie enigmatyczna. Zwraca uwagę ciekawy pomysł na to, by w prosty sposób połączyć dokumenty źródłowe, a wokół nich zbudować przestrzeń niepokojących rozmyślań. To wszystko powoduje, że od tej książki nie można się oderwać i to jedna z takich lektur, które pozostawiają w przejmującej niepewności.

2020-02-20

„Slumberland” Paul Beatty


Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 15 stycznia 2020

Liczba stron: 288

Przekład: Witold Kurylak

Oprawa: twarda

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Berliński rytm

Ta książka jest trochę jak matrioszka: z jednej niesamowitej opowieści wydobywa się kolejna – i tak przez cały czas, bo Paul Beatty nie znosi narracyjnej nudy, a „Slumberland” to powieść z tak szalonym i dynamicznym rytmem, z jakim dawno się nie spotkałem. Można ją odczytywać jako satyrę na świat popkultury tak ogólnie. Można bawić się groteskowością niektórych elementów i drapieżną składnią, która chce być prowokacyjna, wcale nie będąc jednocześnie w swoim charakterze nachalna. To bardzo oryginalny hołd oddany muzyce i dźwiękom. Okazuje się, że to one mogą napisać encyklopedię życiowych mądrości, która wydaje się równie ważna co opasłe filozoficzne tomy. Można czytać Beatty’ego w niektórych fragmentach całkiem serio, ale myślę, że chodzi tutaj o specyficzną grę z czytelnikiem, jak również autotematyczną wariację na temat tego, kim ma być bohater literacki. Zwłaszcza taki podążający za charyzmatycznym muzykiem jazzowym, który w pewien sposób jest jego odbiciem, a na pewno – źródłem specyficznej fascynacji. To śledzenie jest tu enigmatyczne i frapujące. Kto idzie tu czyim śladem i czym jest to obsesyjne poszukiwanie pewnej postaci w jednym z europejskich miast?

Ferguson uznaje się za „uchodźcę polityczno-lingwistycznego”. Opuszcza Stany Zjednoczone, by przybyć do Berlina – miasta transformacji dziejowej i społecznej, w którym dokonuje się dynamiczna zmiana. Cała ta książka też jest czymś takim, jeśli przyjrzymy się wrażliwości głównego bohatera i będziemy śledzić jego specyficzny ogląd rzeczywistości, do której z jednej strony chce się dopasować, ale z drugiej – wciąż jest jej ironicznym komentatorem. Każdy, kto kocha Berlin za jego nieprzewidywalność i gotowość do ciągłych zmian, z pewnością odnajdzie się w tej powieści. Świetnie portretującej kondycję obcego przybysza, który przygląda się niemieckości z charakterystyczną dla niego nonszalancją i jednocześnie z dużą uwagą. „Slumberland” to powieść o przekraczaniu granic i poznawaniu samego siebie. Kryterium poznania jest moc beatu. Podążanie za dźwiękami, których w podzielonym, a potem mającym problem ze zjednoczeniem mieście jest wyjątkowo wiele. Brzmią też inaczej, przefiltrowane przez doświadczenia imigranta. Czarnoskórego wielbiciela muzyki, który decyduje się na to, by objąć funkcję programującego szafę grającą w tytułowym klubie. By stać się kreatorem muzycznych gustów w przestrzeni publicznej. Sam natomiast o kwestii gustu jako takiego ma do powiedzenia naprawdę wiele.

Paul Beatty jest dowcipny i cyniczny. Jego erudycja, ale przede wszystkim ujawnianie, jak wielką dlań pasją jest muzyka, czyni z tej powieści specyficzną spowiedź. Fikcja literacka zamienia się chwilami w publicystykę, ale wszystko ma swój niepowtarzalny charakter – nie jest jedynie komentarzem do zdarzeń, lecz również jej kreatorem. To także ciekawa książka o istocie pamięci i ryzyku zapamiętywania zbyt wielu doznań, zbyt intensywnie. Muzyczność całej tej książki tworzy taką chwilami pełną przesytu symfonię, ale autor konsekwentnie zmierza do wytyczonego sobie celu. Im bliżej końca, tym bardziej surrealistycznie, ale z drugiej strony bardzo ciekawie.

Świetne są takie powieści, które zamiast narzucać nam jakieś przesłanie, wciąż na nowo je komplikują. Dlatego „Slumberland” nie jest właściwie łatwą lekturą i są momenty, w których można zastanowić się nad tym, czy nie jesteśmy wyprowadzani gdzieś w pole. Podoba mi przewrotna metaforyka Beatty’ego oraz to, że ton jakiegokolwiek oskarżenia za każdym razem jest złagodzony przez ironię. Z jednej strony jest to zatem proza, która chce być dosadnym komentarzem, z drugiej jednak – bardzo oryginalna powieść inicjacyjna. Skoncentrowana bardziej na ujawnianiu już przeżytych doświadczeń, ale konstruująca ciekawego bohatera w drodze. „Slumberland” to historia podróży naznaczonej miłością do muzyki. I opowieść o muzyce, dzięki której można się wybrać w wyjątkową podróż.

To, co minione, zdaje się najciekawsze, bo retrospekcje podporządkowane są wrażeniom słuchowym. Temu, w jaki sposób i w jakich okolicznościach zapamiętało się dźwięki. Jak wdzierały się w świadomość, znajdowały tam swoje stałe miejsce i determinowały sposób postrzegania rzeczywistości. Beatty fantazjuje o świecie, którego chropowatą strukturę można uporządkować właśnie dzięki dźwiękowi. A jednocześnie tak opisuje swojego bohatera, że jego doświadczenia życiowe tworzą tutaj jakby piosenkę. A może pieśń pełną egzystencjalnego buntu i pozostawiającą w niedosycie, kiedy dekonstruuje ten bunt wkradającą się na kolejne strony goryczą? Są też momenty kakofonii. I charakterystycznych zderzeń tego, co całkowicie absurdalne, z tym, co boleśnie prawdziwe i raniące, jak na przykład śmierć. Ale „Slumberland” to w dużej mierze książka rozrywkowa. Czarnoskóry użytkownik solarium, doodbytnicze przyjmowanie alkoholu, wątek popularności muzyki do pewnego zoofilskiego filmu pornograficznego czy jeszcze kilka komicznych, ale też dosadnie autoironicznych elementów, wywołują uśmiech i szczerze bawią.

Beatty w bardzo inteligentny sposób krytykuje również to, jak kształtują się masowo nasze gusta – nie tylko muzyczne. Dobiera do tego świetną przestrzeń, bo Berlin wydobywający się z mroku czasu sprzed upadku muru i ten zjednoczony, ale wciąż dziwiący się samym sobą, to sugestia, że sporo z tego, co lubimy albo cenimy, może być efektem przypadku lub chaotycznego zbiegu okoliczności. Wszystko jest tu niebanalne, zaskakujące i wieloznaczne. Także opis relacji z kobietami. Kolejnego aspektu życiowego poszukiwania. To w końcu historia o muzycznych wyborach i o tym, że wybieramy dany dźwięk, melodię, wykonawcę i nastrój, bo wciąż na nowo szukamy swojej tożsamości w czymś, co wyraża ją niewerbalnie. Bardzo ciekawe są też fragmenty mówiące o różnicach międzyrasowych i o tym, że kolor skóry może zdeterminować gust muzyczny, a także szereg innych życiowych wyborów.

„Slumberland” to oryginalna powieść, która z jednej strony ma niesamowicie mocne tempo, z drugiej jednak – wymaga zatrzymania i analizy, bo rozgrywające się wydarzenia są naprawdę bardzo intensywne. Gdzieś między mrocznymi refleksjami o ludzkiej naturze i fatalistycznych dźwiękach kryje się jednak pełna życiowego wigoru historia o podążaniu ku doskonałości. O tym, że doskonałość może definiować muzyka, ale także o tym, że dźwięki czasem mogą stać się obsesją. Na długo zapada w pamięć. Zwłaszcza że wyzwala dość specyficzny rodzaj przywiązania. Trudno mi było rozstawać się z tą książką w przerwach. Jakbym wychodził w trakcie znakomitego koncertu. A z drugiej strony jest to swego rodzaju narracja przesytu. Warto przekonać się, o jaką przesadę tutaj chodzi.

2020-02-18

„Kobieta ze szkła” Caroline Lea


Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 12 lutego 2020

Liczba stron: 406

Przekład: Łukasz Małecki

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Chłód i skryte emocje

Caroline Lea po prostu mnie uwiodła. Kiedy czyta się dużo książek, w bardzo wyjątkowych okolicznościach można pozwolić sobie na proste wzruszenia, wielką fascynację. Czytałem „Kobietę ze szkła”, jakby czytała książkę jej bohaterka w XVII wieku – zachłannie i z porzuceniem jakichkolwiek kryteriów oceniania, klasyfikowania, porządkowania. To dziwne i niesamowite poczuć literaturę w taki prosty, a jednocześnie tak intensywny sposób. Lea ma do opowiedzenia niesamowitą historię. Wieloznaczną, symboliczną, pełną jednocześnie okrucieństwa i czułości. To niebywałe, że taki temat jak miłość można potraktować z takim zaangażowaniem i oryginalnością. Kiedy myśli się o tym, że autorka we właściwy sposób zdefiniowała już ramy uczucia w swojej powieści, odkrywamy jej prawdziwe oblicze. Dwie uzupełniające się narracje tworzą mroczną baśń, w której nie będzie szczęśliwych zakończeń. Lea sugestywnie portretuje także siedemnastowieczną Islandię. Jest absolutnie doskonała w tym, jak oddaje bezkompromisowość i okrucieństwo wyspy, nie pozbawiając jej tej wyjątkowej formy piękna. Ale w centrum zainteresowania autorki znajduje się człowiek funkcjonujący w surowych warunkach atmosferycznych. Z ciałem pełnym blizn. Z zaciętym wyrazem twarzy. Z oczyma, w których kryje się groźna pustka. I z gorącym sercem wewnątrz wciąż wyziębionego ciała.

„Kobieta ze szkła” opowiada o tym, w jak niesamowitej bliskości mogą się znaleźć miłość i śmierć. Lea portretuje kontrasty, opisując zimną Islandię czy relacje międzyludzkie. Także te w małej społeczności, która na kartach tej powieści najpierw obserwuje ze strachem, potem wydaje sądy, a ostatecznie jest gotowa zniszczyć kogoś, kto nie pasuje, nosi w sobie zbyt wiele tajemnic, jest trudny do zrozumienia, nie myśli i nie działa stadnie. Krajobraz siedemnastowiecznego Stykkishólmur jest areną pełnych emocji zdarzeń. Najpierw zbliżamy się do portretowanej okolicy z lękiem i niepewnością, by przejść w inny sposób odbierania świata przedstawionego. To specyficzna fascynacja, bo Lea ma do opowiedzenia nietuzinkową historię. Opowiada o silnych ludziach. Zamkniętych w sobie, naznaczonych cierpieniem, pozornie bliskich, ale jednocześnie znajdujących się w skomplikowanej relacji, której istotę odkrywać będziemy stopniowo. „Kobieta ze szkła” to powieść, która z portretowanej relacji wydobywa śmiałe tezy o istocie przemocy. O tym, że aby przetrwać w surowych islandzkich warunkach, trzeba iść z samym sobą na kompromisy. Ukrywać się – niczym zimowy ocean pod lodem – ze swoimi prawdziwymi uczuciami. Przyglądać się otoczeniu z czujnością i uwagą. Być centrum dla samego siebie, ale mieć też świadomość, że jest się jedynie drobnym elementem dzikiej natury. To ona uczy życiowych kompromisów. Ona uczy kochać, ale też nienawidzić. Okazywać bliskość, lecz również bać się. Lea przedstawi kilka oblicz ludzkiego strachu. Także strachu przed samym sobą. Obezwładniającego jak mróz i śnieg na Islandii.

Rósa jest gotowa na życiowy kompromis. Wie, że nie ma wyboru, scenariusz jej życia dyktują okoliczności i to, co zwyczajnie należy zrobić. Po śmierci ojca pastora chce zapewnić matce godne życie. Aby takie było, bohaterka decyduje się na związek z rolnikiem i rybakiem, opiekunem społeczności dalekiego Stykkishólmur, do którego wędrówka po islandzkich bezdrożach opisana jest tak sugestywnie, że stanowi jeden z najlepszych fragmentów książki. Jón jest charyzmatyczny, ale także tajemniczy, wydaje się srogi, wzbudza w swojej społeczności dużo niechęci, lecz przede wszystkim strach. Rósa przybywa do pustego domu, który zaczyna być dla niej więzieniem. Małżonek z różnych powodów nie chce, by zbliżała się do ludzi z osady. Ci natomiast wciąż wspominają poprzednią żonę Jóna. Ta nowa nie będzie mieć świadomości tego, jak bardzo jej los zespoli się z losem Anny. Nie będzie mieć pojęcia o tym, co naprawdę ukrywa przed nią mąż. Ale dowie się, jaki jest naprawdę. Ich związek zostanie wystawiony na próbę. Lea nie będzie oszczędzać żadnego z bohaterów. Także tych, którzy znajdą się w najbliższym otoczeniu pary. Wejdą w specyficzne relacje, które naznaczone będą formami podległości. A w tym wszystkim znajdzie się miejsce na prawdziwą miłość. Tylko czym ona będzie?

„Kobieta ze szkła” z dbałością o siedemnastowieczne realia portretuje islandzkie społeczeństwo już bardzo mocno zakorzenione w chrześcijańskich dogmatach, ale wciąż niegotowe na to, by pożegnać się z pogańskim systemem wierzeń, zapomnieć o runicznych symbolach czy fascynacji sagami. Rósa ma być przykładną islandzką żoną – uległą, posłuszną i gotową całe swoje życie podporządkować mężowi. Sprawy obyczajowe są coraz mocniej regulowane przez religijne wytyczne. Rósa musi pokornie znosić swój los. Być cieniem mężczyzny, którego dom kryje przed nią potworne tajemnice. Ale bohaterka tej powieści nie będzie w żaden sposób bliska stereotypowi czy uogólnieniu. Caroline Lea opowie swoją zimną i mroczną baśń w taki sposób, że para bohaterów pierwszoplanowych będzie dla nas do samego końca zagadką. Fascynujące jest śledzenie tej trudnej relacji, w której nie ma miejsca na prawdziwą bliskość, a jednak tworzy się jakaś silna więź. Wszystko w nieprzyjaznym otoczeniu, którego nie widzimy w jego pięknie i niepowtarzalności, lecz jako przestrzeń dodatkowej opresji. Opresyjne jest u Lei angażowanie się emocjonalne, ale także z opresją związane jest zacieranie śladów po trudnej przeszłości. Całość to niezwykle sugestywna sceneria fatalnych zbiegów okoliczności. Ale jest to też książka obrazująca ludzkie zdeterminowanie. Jego siły nie wyznaczają już różnice płci. Siedemnastowieczna Islandia dąży do ustanowienia i przestrzegania prostych podziałów. Poza nimi czają się banicja i prawdopodobieństwo śmierci.

Im bardziej enigmatyczne wydają się portretowane relacje, tym większa jest ich intensywność. Lea opowiada o prostych, a jednocześnie niesamowicie silnych tęsknotach ludzi, którzy nigdy nie mogą do końca wyrazić siebie. Wszystko skoncentrowane wokół trudnych warunków dyktujących uproszczenia i kategoryzowanie ludzkich zachowań. Islandia jest miejscem, gdzie ludzie żyją samotnie – w jakiejkolwiek gromadzie by się znajdowali. Każdy zdaje się człowiekiem z lodu i szkła. Musi pożegnać się z ciepłem własnego serca i walczyć bezkompromisowo o przetrwanie. Także o swój status w grupie. Islandia to wciąż tajemnicze, nieprzyjazne człowiekowi bezdroża. To miejsce, w którym prawa ustala się na specyficznych warunkach, a ich przestrzeganie jest gwarantem przetrwania. Ale Islandia to również surowość czasu i przestrzeni. W niej uwięzione są przerażające tajemnice, lecz przede wszystkim ludzkie wyobcowanie. Dlatego ta książka jest jednocześnie zimna i pełna żaru. Opowiada o ludziach, którzy tęsknią za życiowym spełnieniem. O kraju, w którym spełniają się tylko najprostsze marzenia. I gdzie nie ma miejsca na prawdziwą miłość, więc trzeba o nią bezkompromisowo walczyć. Naprawdę poruszająca.