2024-01-15

„Lekcje seksu doktora Alzheimera” Radosław Piwowarski

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 17 stycznia 2024

Liczba stron: 320

Oprawa: miękka

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Ten czas 

Radosław Piwowarski przekonuje, że nigdy nie jest za późno na literacki debiut. Czytając jego powieść, uświadomiłem sobie, że współczesna literatura polska jest bardzo poważna. Wręcz śmiertelnie poważna. Tymczasem znany reżyser jako autor udowadnia, że można opowiedzieć o śmierci także w sposób pozbawiony tak charakterystycznej dla polskich książek atmosfery nihilizmu, duszności i poczucia, że każde doświadczenie jest skrajnie egocentryczne, jednocześnie aspirując do bycia uniwersalnym. Piwowarski napisał o starości, czyli o tym, czego Polacy boją się najbardziej. O starych ludziach, którzy w jego książce odzyskują witalność, a może raczej uświadamiają sobie, że nigdy jej nie stracili. „Starość to życie bez braw?”. Dla głównego bohatera brak poklasku zaczyna być problemem. Dla bohaterki powieści zawsze był czymś, czego unikała i do czego nie dążyła. „Lekcje seksu doktora Alzheimera” to słodko-gorzka opowieść o dwóch tożsamościach: jednej zmierzającej do pewnego końca, którego granicę wyznaczy niepamięć, i drugiej, która dopiero się rozwija. Piwowarski opowie o takim spotkaniu dwojga ludzi, na które zazwyczaj się nie czeka i którego z pewnością się nie spodziewa. Umiejętnie oraz inteligentnie wplecie w tę historię gorzkie rozważania o tym, czego oczekuje się społecznie od osób w jesieni życia i jak bardzo jest to deprecjonujące. Nawet wówczas, gdy będzie mowa o przedmiotowym traktowaniu ludzi starych lub o przekonaniu, że po przekroczeniu pewnej granicy wieku powinno pozostać się niewidocznym, wszyscy bohaterowie tej powieści nakreśleni zostaną wyraźną kreską, jako ludzie dynamiczni i fascynujący. Życie kipi tu od emocji, jest przedstawione za pomocą czarnego humoru, intrygującej ironii, a także charakterystycznego dla autora absurdu. Wyolbrzymienie to sposób pokazania tego, jak postrzegamy pewne sprawy, wcale ich nie rozumiejąc. A najbardziej nie rozumiejąc tego, że ludziom starszym może przydarzyć się miłość.

Helena zawsze była nijaka. A właściwie skrojona wedle wzorca idealnej obywatelki – spełniała oczekiwania innych, wychodziła naprzeciw oczekiwaniom społecznym, była zachowawcza i umiarkowana, bez potrzeby kontestacji czegokolwiek, bierna i bezwolna, z dala od uniesień emocjonalnych, a już na pewno z dala od mężczyzn. Adam natomiast zawsze był jakiś. Musiał taki być, bo jego celem było zawłaszczanie uwagi i bycie w jej centrum. Adam wielbił, adorował i może też wykorzystywał kobiety, a samotność jego starości doskwiera mu bardzo przede wszystkim dlatego, że czuje się zbędny. Światła jupiterów nie padają już na jego wspaniałą sylwetkę – człowieka, który kiedyś stał w centrum zainteresowania i je podsycał. Dziś Adam pozostaje z tym, co zawsze kochał, czyli z poezją, ale przede wszystkim ze świadomością, że nikomu już nie jest potrzebny.

Tak pokrótce prezentuje się ekspozycja dwójki bohaterów, którzy uwikłają się w fascynującą emocjonalną relację. Obok nich Radosław Piwowarski sportretował postacie drugiego planu, których wizerunki dopełniają oblicza Heleny i Adama, a przede wszystkim definiują, kim się stali w opozycji do innych ludzi. Dlatego poznamy także syna marnotrawnego hołubionego przez matkę, która nie widzi jego wad. Poznamy córkę artysty, kobietę-potwora, matkę najwspanialszej wnuczki na świecie, a jednocześnie kobietę wyznaczającą pewien kurs życia swojego ojca. Jest w „Lekcjach seksu doktora Alzheimera” sporo barwnych postaci, które tworzą wspólnie zaskakującą mieszankę. Do tego dodać należy zdarzenia niezwykłe i absurdalne, takie jak jazda karetką z zaskakującym finałem czy domowa hodowla marihuany. Autor bardzo się stara, by na każdej stronie jego powieści działo się coś zajmującego uwagę i by jego główni bohaterowie wciąż zaskakiwali. Jest tu bowiem tak wiele zwrotów akcji, że chwilami giniemy w ich mnogości, jednak wszystko ma swój ukryty cel. Wszystko zmierza do przemyślanego i pogodnego finału. Albowiem – choć jest to rzecz o sprawach trudnych, ostatecznych i skomplikowanych – Piwowarski proponuje niezwykle optymistyczną opowieść o tym, w jaki sposób seniorzy gotowi są mierzyć się z nowymi życiowymi wyzwaniami. Bo w ich życiu pojawi się coś, co jest całkowicie nowe. I nie będzie to tylko miłość.

Syn Heleny podkreśla, że „love” jest tylko dla młodych. Jej była uczennica z misją prokreacji dziwi się planom matrymonialnym, bo przecież Helena już nie urodzi i nic z tego związku nie będzie. Tymczasem zacieśniająca się relacja jest dowodem na to, że zbieg okoliczności może wykreować coś, co będzie doświadczeniem, na które z różnych powodów nie było miejsca w dotychczasowym życiu. Piwowarski nie tylko sugeruje, że miłość i starość to nie jest jakieś absurdalne połączenie. W tej powieści widzimy przede wszystkim przemiany pod wpływem związku. Zdecydowanie najciekawsza jest postać Heleny, bo to wyjątkowa bohaterka dynamiczna. Kobieta nie tylko uświadamiająca sobie, co może i jaki ma potencjał. W tej historii będzie mowa przede wszystkim o tym, że możemy być przez całe życie egzystencjalną zagadką dla samych siebie. I niekiedy to życie przespać. Nie dowiedzieć się prawdy o sobie i nie przekonać się, do czego możemy być zdolni. A bohaterka Piwowarskiego przekracza kolejne granice w zdumieniu wobec samej siebie i świata, który jej to umożliwia.

„Lekcje seksu doktora Alzheimera” to także opowieść o bardzo intensywnych relacjach rodzinnych. Mamy tutaj opowieść o dwóch siostrach, które przez całe życie są jakby przeciwnymi biegunami. Ale też intrygującą historię relacji ojca z córką. Wszystko buzuje od ukrytych emocji i każda z tych opowieści pokazuje, jak ciekawie wygląda opozycyjność wtedy, kiedy dotyczy rzekomo najbliższych sobie ludzi. Helena otrzymuje szansę od losu dzięki determinacji swojej siostry, która żyje i funkcjonuje zupełnie inaczej niż spolegliwa Helena. Adam zrozumie więcej z relacji, w którą wejdzie, także dzięki temu, jak na tę relację spojrzy jego ekspansywna córka. Piwowarski podkreśla wagę tych uwarunkowań, pokazując w nich jednak przede wszystkim punkty zapalne. Dzięki temu powieść jest żywa i dynamiczna, ale wszystkie te intensywne sceny pokazują siłę przywiązania. Dlatego też dwoje głównych bohaterów przywiąże się do siebie z powodu tego, że coś wydarzy się nagle, z mocą nieodwracalności. Sportretowani na samym początku samotnicy w jesieni swego życia zaskakująco dynamicznie wejdą w jego niespodziewaną wiosnę. A Helena, która najpierw może tylko podglądać, czym jest miłość, jadąc w windzie z młodymi ludźmi, zdefiniuje to uczucie na nowo, doświadczając go wyjątkowo intensywnie.

Radosław Piwowarski snuje fantazje o niemożliwym, które staje się zaskakująco oczywiste. To książka nie tylko o romansie w późnym wieku. To satyryczna, ale i pełna trafnej ironii wobec życia historia ludzi, którzy z różnych powodów utknęli w ograniczeniach i nie są gotowi na zmianę. Tymczasem uderzające w nich uczucie wpływa na całe otoczenie. Autor daje bohaterom prawo do szczęścia i spełnienia, lecz portretuje również świat, który w swoich ograniczeniach często bywa klatką dla ludzi, którym już nie wypada i którzy myślą o przeżyciu czegoś za późno. To pełna humoru opowieść o kobiecie, która nie znosiła niespodzianek, a zaczęła się konfrontować z wieloma, a także o mężczyźnie, który myślał, że zaskoczył już wszystkich, jednak nie zaskoczył samego siebie. Zgrabnie napisana literatura środka pełna odniesień do innej literatury, bo Piwowarski ładnie ozdabia swoją prozę wyimkami z poezji. Duch Bułhakowa spotka się tu trochę z duchem Barei. Opowieść o uwarunkowaniach, fałszywych sądach na temat wieku, ale także o absurdzie myślenia o tym, że na wszystko jest właściwy czas. Tu przychodzi czas na zmiany. I Piwowarski zgrabnie opowiada o ludziach, którzy potrafią zrobić coś niemożliwego – zmienić samych siebie.

2024-01-09

„Głód” Jamal Ouariachi

 

Wydawca: Wydawnictwo Relacja

Data wydania: 24 stycznia 2024

Przekład: Iwona Mączka, Alicja Marszał

Liczba stron: 640

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 69,90 zł

Tytuł recenzji: Konfrontacje

Tytuł tej książki kojarzyć się będzie czytelnikom z monumentalnym opracowaniem Martína Caparrósa, jednakże Jamal Ouariachi wykorzystuje go w swojej nie mniej imponującej książce w kilku znaczeniach – poza oczywistym są tu jeszcze inne. To powieść wielowarstwowa w samej strukturze, kiedy wykorzystuje stylistykę wielkich dzieł wspominanych przez autora w posłowiu, ale także wtedy, gdy posługuje się nielinearnym sposobem opowiadania, tworząc mimo to wrażenie wielkiej spójności i uporządkowania prezentowanej historii. Gdyby chcieć znaleźć wspólny mianownik dla tej obszernej i kipiącej od przesłań książki, można by się pokusić o stwierdzenie, że to przede wszystkim historia relacji dwojga ludzi, która zmienia ich życie i pozostawia po sobie ślad na zawsze.

Ouariachi zderza ze sobą nie tylko ludzi, których różnić będzie płeć, wiek, doświadczenie życiowe, a przede wszystkim poglądy – zwłaszcza w konfrontacji z problemami właściwymi dla innego kręgu kulturowego. Holenderski autor prowadzi nas ku pewnej panoramicznej konfrontacji. Zadaje pytanie o to, czym jest humanitaryzm, czy kieruje się w stronę niebezpiecznego schyłku, a przede wszystkim o to, jak go definiować. Główna bohaterka, odwiedzając Afrykę dotkniętą głodem, po pewnym czasie konstatuje, że jej „empatia kulturowa” jest na wyczerpaniu. Jej kochanek, nieprzyzwoicie bogaty filantrop, nie jest lubiany w środowisku ludzi związanych z pomocą rozwojową, bowiem jest wobec niej krytyczny. Tak jak krytyczny jest wobec filozofów postmodernizmu, wybiórczej empatii cywilizacji Zachodu i państwa, które stało się nową ojczyzną dla niego i jego rodziców. Ci drudzy pokochali Holandię za możliwość rozpoczęcia w niej nowego życia. Alexander Laszlo opowie o gorzkim rozczarowaniu tym krajem. Natomiast Jamal Ouariachi przedstawi sylwetkę człowieka kontrowersyjnego, zagubionego, osadzonego w ironii i sarkazmie, bo tylko one są dla niego orężem obrony wobec świata, który wydał wyrok i nazwał go potworem.

„Głód” jest powieścią o krytycyzmie, wątpliwościach, egzystencjalnym oraz kulturowym kryzysie, jednakże to również wstrząsająca, pełna naturalizmu zwłaszcza w końcowych partiach, historia doświadczenia skrajnej nędzy opowiedziana z pozycji człowieka sytego i pochodzącego z tego rejonu globu, w którym na biedę oraz jej wyniszczające skutki patrzy się ze smutkiem kanapowego obserwatora. Ouariachi każe swoim bohaterom wyjść z bezpiecznej dla nich przestrzeni. Pokazuje, w jaki sposób ludzie z kraju, w którym gwarantuje się im zapewnienie wszystkich fundamentalnych potrzeb życiowych, reagują na świat, gdzie nędza ma wiele niezrozumiałych dla nich znaczeń. W tym rozumieniu to powieść drogi i powrotu. Aurélie i Alexander zetkną się z tragedią naznaczonej deficytami Etiopii w zbliżonym wieku, ale w zupełnie innych okolicznościach. Oboje zostaną zderzeni ze światem nędzy, lecz tylko jedno z nich zabierze ze sobą we wspomnieniach jego skrajny i przerażający obraz. Autor sugeruje, że konfrontacja z tą samą rzeczywistością może zupełnie inaczej rezonować w umyśle. Że podobne doświadczenie wcale nie musi takie być  – jeśli jest odbierane i interpretowane przez pryzmat innych doznań kształtujących wrażliwość oraz światopogląd. Najmocniej będzie do widoczne wtedy, kiedy Ouariachi przeniesie nas w inny rejon problematyki swojej książki. Ze świata biedy Alexander, wspaniały filantrop, wydostaje dzieci, którym w Holandii chce umożliwić nowe, godne życie. Choć stara się ocenić potencjał podopiecznych, kierując się swoimi zasadami przy wyborze „ocalonych”, nie w każdym przypadku udaje mu się tego dokonać. Z jednym z dzieci wiąże się historia, która zmienia wszystko. A także wpływa na relacje Aurélie i Alexandra, wcześniej kochanków, potem w specyficzny sposób przedstawionych antagonistów, kiedy wspólnie stworzą książkę. O życiu Alexandra, jego rozgoryczeniu, lecz także o tym, jak inaczej zdefiniować pedofilię.

To jedno słowo elektryzuje na tyle, że z różnych powodów na pewno przyciągnie uwagę do tej powieści. Inspirowanej życiem i poglądami kogoś, kto tak jak Alexander gotowy jest udowadniać, że zjawisko pedofilii jest niesłusznie tabuizowane i atawistycznie krytykowane w naszej kulturze. Ten aspekt „Głodu” nie będzie szantażował czytelnika skrajną kontrowersyjnością, choć czytanie fragmentów, w których Alexander, rozważając stosunek do pedofilii, ryzykownie oraz konfrontacyjnie opowiada o ludzkiej hipokryzji, z pewnością pozostawi trwały ślad i wpłynie na sposób odbioru powieści. Czy Jamal Ouariachi nie podejmuje zbyt dużego ryzyka, łącząc w „Głodzie” kilka różnych problemów, by pokazać, w jak różnym stopniu elektryzują one społeczeństwo? Pozornie wydaje się, że powieść porusza tematy, które tylko na pierwszy rzut oka się łączą. Ale, jak już wspomniałem, jest to narracja opowiadająca o bardzo silnej relacji naznaczonej mnóstwem emocji, wokół której układają się kalejdoskopowo, jednak w przemyślanym porządku, coraz bardziej trudne oraz kontrowersyjne kwestie.

Ojciec Alexandra mówi synowi, że „każdy z nas wymyśla swoją własną historię dobra i zła”. Tak tu trochę jest, bo „Głód” to nie tylko opowiada o relatywizacji pewnych pojęć oraz postaw, ale pozwala nam przyjrzeć się skrajnie różnym życiowym wyborom, które łączą się ze sobą, bo dwoje głównych bohaterów – jak wspomniałem – tworzy razem książkę. Jej wydanie zmieni wszystko. W fascynujący sposób opowiada Ouariachi o zbliżeniu dwojga ludzi, których połączy pozornie prosta fascynacja. Jednak najbardziej fascynujące będzie obserwowanie, co wyłania się z tego potem i w jaki sposób kochankowie oddalają się od siebie. Podobnie idea pomocy humanitarnej daleka jest od tego, co niesie bezpośrednie doświadczenie nędzy, na którą ci przypadkiem urodzeni w dostatniej części świata, nie muszą zwracać uwagi, jeśli tylko wyrzuty sumienia uciszą donacją lub symbolicznym aktem solidarności z biedą, której nie doświadczają i nie rozumieją.

„Głód” oskarża i prowokuje. Stawia pytania o to, czy zasługujemy na świat pełen przywilejów, czy rozumiemy oferowany przez niego komfort, czy jesteśmy gotowi wyjść poza granice percepcji ukształtowane przez coś, czego czasem nie doceniamy. Jamal Ouariachi snuje też rozmyślania o tym, co czyni kulturę Zachodu oraz jej uwarunkowania fasadowymi, a niekiedy niebezpiecznymi. Wszystko przy zastosowaniu dynamicznej narracji, której główny nurt przeplatany jest różnorodnymi stylistycznie fragmentami, bo holenderski autor chce uczynić swoją powieść zróżnicowaną formalnie. W zderzeniu biedy z intelektualizmem dochodzi do konfrontacji, które tutaj sygnalizowane są także przez zmianę sposobu opowiadania w zależności od prezentowanego problemu. „Głód” od początku do końca pozostaje enigmatyczny. Znakomita książka z rodzaju tych, które niosą w sobie trudny do zaakceptowania niepokój czytelniczy.

2023-12-12

„Dostatek” Jakob Guanzon

 

Wydawca: Wydawnictwo Pauza

Data wydania: 23 września 2023

Przekład: Jacek Żuławnik

Liczba stron: 416

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Oblicza biedy

Debiut Jakoba Guanzona jest naprawdę znakomity. Autor zdecydowanie lepiej wypada w partiach obrazujących czas teraźniejszy niż w retrospekcjach, jednak całość ma niesamowitą moc działania na wyobraźnię, bo to, co szczególnie tu istotne, to siła nietuzinkowych porównań, a także niuansowania oraz wrażliwości w portretowaniu biedy, czego wyrazem jest już jedna z pierwszych scen, w której główny bohater lustruje pracownika McDonalda. „Dostatek” to opowieść o niemych, sfrustrowanych w swym milczeniu i coraz bardziej się w nim zapadających Amerykanach, którzy doświadczają biedy jako fatalistycznej sztafety pokoleń (czego egzemplifikacją w tej powieści jest model samochodu), nieszczęśliwego zbiegu okoliczności oraz pokłosia uwarunkowań społecznych i rodzinnych, które stopniowo nawarstwiają się w swym problematycznym wymiarze, doprowadzając do sytuacji bez wyjścia. Do desperacji, którą tak sugestywnie Guanzon tutaj portretuje. Dynamizm tej powieści to połączenie umiejętnie zastosowanej we wspomnieniach funkcji retardacyjnej oraz dodania do tego opowieści o tym, co dzieje się właśnie teraz. Nie dzieje się w zasadzie wiele, ale widzimy, jak każde zdarzenie odbierane jest przez bohatera, jak zabiera mu coraz więcej z resztek godności, aż w końcu – jak pozbawia tchu z bezsilności. Kroczymy tą piekielną drogą z pełną świadomością, że z piekła się nie wydobędziemy. Jednakże Jakob Guanzon robi wszystko, by czytelnik, antycypując zdarzenia, nie miał pojęcia, z jak intensywnym obrazowaniem ludzkiej goryczy będzie miał tutaj do czynienia. Z jak wieloma emocjami trzeba mieć wcześniej do czynienia, zanim ostatecznie można orzec, że ktoś znalazł się w sidłach biedy.

Henry nie miał łatwego życia. Pięć lat spędził w więzieniu, w związku z tym nie przysługuje ani jemu, ani jego synowi jakakolwiek opieka socjalna. Te lata ironicznie tu rezonują, kiedy w jednej ze scen rekrutująca go do pracy, która ma definitywnie zmienić jego nędzne życie, zadaje pytanie, na które Henry nie jest w stanie odpowiedzieć: „Gdzie pan widzi siebie za pięć lat?”. Henry nie jest w stanie przewidzieć, co stanie się w jego życiu za pięć minut. W tym znaczeniu, że nie ma żadnego, elementarnego chociaż poczucia bezpieczeństwa. A chce je zapewnić ośmioletniemu synowi, który towarzyszy mu jak wyrzut sumienia i sprawca rosnącej bezsilności. Henry nie jest antybohaterem, choć pozbawić go czytelniczej sympatii jest bardzo łatwo, lecz Guanzon umiejętnie niuansuje ogrom traumatycznych wspomnień mężczyzny, by ostatecznie ukazać go jako ojca walczącego o lepszy los dla swojego syna. Obaj jednak nie mogą się spodziewać zmiany. Mieszkają w samochodzie, żyją z dnia na dzień, a jedyną szansą na odmianę ponurego losu mają być urodziny Juniora. I jego ojciec, jakkolwiek pozbawiony jakichkolwiek możliwości oraz wpływów, będzie gotów zrobić wszystko, by ten dzień był dla syna wyjątkowy. Tymczasem wyjątkowość ujawnia się tu inaczej – w literackiej opowieści drogi, w której bieda współgra z odsłanianymi formami wykluczenia, a najbardziej przejmujący jest tu obraz dziecka w obliczu nędzy swojego ojca. Nędzy nie tylko finansowej, choć stan posiadania gotówki jest tu niezwykle istotny i porządkuje tytuły rozdziałów. Czy Jakob Guanzon podejmuje się prostego szantażu emocjonalnego wobec czytelników, wplatając w historię o zmagającym się z biedą, wykluczeniem i społecznym ostracyzmem mężczyźnie opowieść o przyjmującym na swe wątłe barki część doświadczenia ojca synu, który dodatkowo zaczyna podupadać na zdrowiu? Bynajmniej.

Kluczowym problemem tej powieści jest opowiedzenie o niedostatku w taki sposób, by jedynie punktować i cieniować wszystkie podstawowe problemy, które w Stanach Zjednoczonych doprowadzają ludzi do nędzy. Guanzon z powodzeniem sięga po technikę obrazowania w stylu kadrów filmowych. Stawia na pełne napięcia i dramatyzmu sceny, które na zawsze pozostaną w pamięci. Rozgrywają się one w miejscach użyteczności publicznej, ale także tam, gdzie użyteczny i spełniony może być tylko ten, kto posiada zaplecze finansowe. McDonald. Walmart. Stacja benzynowa. Apteka. Mające tam miejsce dramaty są dramatami niemego tła i doświadczeniami ludzi, którzy właśnie tam rzucają się w oczy paradoksalnie przez to, że chcą być niewidzialni. To są przybytki luksusu. Tam wchodzi się najpierw z pieniędzmi, potem z wyrażeniem jakiejś woli czy potrzeby. Henry w każdym z tych miejsc czuje się osaczony, bezradny i bezsilny. Jego sytuacja materialna to jedynie czubek góry lodowej tego, z jakiego powodu taka, a nie inna jest jego konstrukcja psychiczna i mentalność. Dlatego Guanzon, nie oszczędzając bohatera, pokazuje jego szorstką bezkompromisowość, a jednocześnie w czuły sposób obrazuje nam dysfunkcyjny żywot mężczyzny, który nigdy nie zadowolił ani siebie, ani z pewnością swoich najbliższych.

To powieść o męskiej goryczy bycia zbędnym lub niewystarczająco potrzebnym. O mężczyznach, którzy zaciskali pięści z bezsilności, by wciąż na nowo udowadniać światu, że mają jakąś wartość, są do czegoś przydatni, można w nich zainwestować. Ojciec Henry’ego mógł być profesorem, a skończył jako budowlaniec. Chciał dać synowi wszystko, co miał, także zasoby finansowe. Tego Henry jako ojciec nie jest w stanie zaoferować Juniorowi. Smutna sztafeta pokoleń dysfunkcyjnych ojców zamyka się w jakże przerażającym kręgu niemocy. „Dostatek” to powieść o dziedziczeniu tego, co najboleśniejsze – rozczarowań wynikających z deficytów. Ci ojcowie są połowiczni, co sygnalizuje nawet sposób, w jaki syn ma się zwracać do ojca. Jedna sylaba niczym niepełny obraz, pojęcie, niepełny wizerunek bliskiego człowieka i niepełna miłość, bo czy można bezwarunkowo kochać, gdy ktoś potrafi krzywdzić swą bezradnością? Junior mówi do Henry’ego wprost: „Bo papowie są inni”. A Henry każe mówić do siebie „pa”, jest jakby fragmentem nazwy, desygnatu, symbolu tego, co trwałe i pewne. Jest jednocześnie bezwzględnie podporządkowany w swych działaniach temu, by zaspokoić potrzeby syna oraz zrekompensować mu nieobecność matki. Henry gotów jest na wszystko dla Juniora. Na co gotowy jest w konfrontacji z rzeczywistością, w której staje się niewidoczny i niezrozumiany z bezkompromisowością, która w tak niezwykły sposób łączy się tutaj z tym, że jest przede wszystkim bezradny?

Jakob Guanzon opowiada także o kobietach nieobecnych, które z powodu złożonych zbiegów okoliczności nie mogły być blisko swoich synów. Pozostaje obecność dorosłego mężczyzny, któremu trzeba zaufać bezwarunkowo i bezgranicznie. A w tych silnych więzach syna i ojca widzimy coraz więcej pęknięć i niepokojących rozłamów. Czy można kochać kogoś, kto jest z różnych powodów dysfunkcyjny? Czy bieda intensyfikuje, czy też może wypacza ludzkie emocje, w tym potrzebę bliskości i przywiązania? „Dostatek” to z jednej strony kameralna opowieść o ludzkiej nędzy i jej destrukcyjnej sile, z drugiej jednak – opowieść o czymś więcej niż jednostkowa dramatyczna historia wyborów lub braków możliwości wyboru czegokolwiek w życiu. Guanzon intensyfikuje narrację, wplatając w nią sieć niezwykłych porównań, o których wspomniałem na wstępie i które są największym walorem literackim tej książki. Dzięki temu zabiegowi każda jednostkowa sytuacja zamienia się w jakiś fragment panoramicznego obrazu. Bieda jest w tej powieści wszechobecna i definiowana na kilku poziomach. I jest to jednocześnie tak sugestywna w swym naturalizmie narracja, że zostawia trwały ślad w pamięci czytających. Jakkolwiek można by dyskutować o tym, w jaki sposób autor decyduje się odsłaniać przyczyny amerykańskiej biedy i czy ma na ten temat coś odkrywczego do powiedzenia, z pewnością choćby sceny, w których zdesperowany ojciec usiłuje uzyskać coś dla dobra swego dziecka, nie pozostawią nikogo obojętnym. A przecież jedną z definicji biedy w tej powieści jest swoista znieczulica. Gorycz niespełnienia rodzi się tam, gdzie zaczyna brakować elementarnej empatii. Bardzo mocna i jedna z bardziej sugestywnych książek, jakie ukazały się w tym roku.

2023-12-05

„Pod prąd” Oleg Serebrian

 

Wydawca: Wydawnictwo Amaltea

Data wydania: 30 listopada 2023

Przekład: Radosława Janowska-Lascar

Liczba stron: 580

Oprawa: miękka

Cena det.: 55 zł

Tytuł recenzji: Wojna wewnętrzna

Oleg Serebrian, działający na co dzień na gruncie społecznym i politycznym, proponuje nam epicką podróż po Europie pierwszej połowy dwudziestego stulecia – od czasu, w którym powstanie bokserów wpływa na świadomość małego chłopca, po czas, w którym nękana przez aliantów III Rzesza chyli się ku upadkowi. Konstruując narrację w taki sposób, by przypominała klasyczną powieść dojrzałego realizmu, autor wybiera subiektywny nurt opowiadania o swoim bohaterze, bo mimo panoramicznego ujęcia tego, jak zmieniał się kształt Europy, ile to kosztowało i kto najbardziej traumatycznie doświadczał przemian, „Pod prąd” to książka koncentrująca się na jednostkowym przeżywaniu świata. Tego świata, którego nie sposób pojąć, więc wybiera się drogę najprostszą – naiwnego podążania za prywatnym doświadczeniem i koncentracji na swoich emocjach wywoływanych przez zdarzenia, które być może rujnowały kontynent, jednak bardzo często nie zostawiały żadnego śladu w świadomości bohatera, bo dla niego życie miało przez dekady formę indywidualnego doświadczania najprostszych zdarzeń, lecz także nieustannego gubienia się w nich, tracenia pewności siebie i swoich emocji. Dlatego imponuje to, w jaki sposób Serebrian chce opowiedzieć o okresie od przełomu XIX i XX wieku do okolic końca drugiej wojny światowej, pokazać złożoność świata, który staje się wciąż bardziej upiorny, a jednocześnie wskazać rolę indywidualnego głosu w okresie dziejowych przemian. Będzie to głos kogoś, kto pozornie miał wszystko, co potrzebne, aby być szczęśliwym, jednak nigdy prawdziwego szczęścia i spełnienia w życiu nie zaznał.

Aleks von Randa. Baron. Chłopiec, a potem dojrzewający mężczyzna, który za pieniądze z majątku ojca mógłby kupić wszystko. Nie kupi. Dziecko, które bardzo szybko stało się w swych nieszczęśliwych emocjach dorosłym. Tęskniącym, opłakującym, przeżywającym dojrzałą żałobę w nastoletnim wieku. Człowiek, który zna dziewięć języków, ale nie rozumie rzeczywistości. Ktoś, o kim czytamy następującą opinię: „Matematyk takiego kalibru, a nie wykalkulował dobrze żadnego kroku w życiu”. To tylko punkty zaczepienia, miejsca jakiegokolwiek zakotwiczenia w biografii niezwykle skomplikowanej i niezwykle wrażliwej istoty. „Pod prąd” będzie opowieścią nie tylko o tym, jak brutalnie zderza się romantyzowanie przeżyć z prozą życia codziennego. Nie będzie też tylko o awansie społecznym, klasowym, o umiejętności aklimatyzowania się w miejscach, które wciąż tracą swoją państwową tożsamość. Tożsamość Aleksa von Randy zaś, uwikłana w rozmaite skomplikowane okoliczności, będzie także związana z przynależnością. Od aspektu szerszego, czyli przynależności do konkretnego kraju, która jest tu niezwykle złożona, przez siłę historycznych przemian, do najbardziej intymnego – należenia do samego siebie, swojej wrażliwości, sieci skomplikowanych emocji i emocjonalnej labilności, o której Aleks pisze wprost w swych zeszytach.

„Pod prąd” ma formę zbioru zeszytów z zapiskami dorastającego Randy, które czyta ktoś, dla kogo Aleks jest enigmatycznym przodkiem; ktoś, kto przybywa na niemiecki cmentarz w poszukiwaniu grobu i kto na wstępie deklaruje: „Nie interesują mnie sprawy zbyt powszednie”. Powszednie wydaje się wszystko, o czym czyta potem w zeszytach człowieka, który dodatkowo przez całe życie pisał również listy do tajemniczego odbiorcy, korzystając z języka esperanto, by ukryć rodzaj gramatyczny. Faktyczne i mentalne „później” jest u Serebiana rozpięte między dosyć zagadkową postawą człowieka szukającego śladów istnienia Randy i usiłującego je zrozumieć a portretem głównego bohatera, który jest oczywiście rozwojowy, jednak opisanym w taki sposób, że każde jego „później” staje się sztuką uczenia się pokory wobec strat.

Ta powieść ukazuje nie tylko katastrofalną wizję Europy obywateli tracących wciąż na nowo fundamentalne poczucie bezpieczeństwa i międzynarodowego ładu. Opowiada przede wszystkim o tym, czym jest jednostkowa katastrofa egzystencjalna. Czym staje się ogień wojny wewnętrznej. Jakie skutki może mieć nastawienie konformistyczne – wobec realnego zagrożenia wojennego i wobec wchodzenia w relacje, w których z powodu swojej bierności zazwyczaj wiele się traci, a niewiele zyskuje. Czy Aleks von Randa to syty i nieświadomy skomplikowanej sytuacji Europy potomek bogatego ojca przekonany, że majątek i posiadanie mogą zawsze być znaczącą kartą przetargową w życiu? Czy też może nieświadomy tego, jak bardzo skomplikowane jest jego wnętrze i z jakimi emocjami skonfrontuje go życie, kiedy jemu podobni być może nie przeżywaliby tak intensywnie relacji, które tutaj naznaczają na zawsze, stają się piętnem i melancholijnym wspomnieniem większej lub mniejszej utraty?

Z pewnością Oleg Serebrian dba o detale opisu fatalizmu egzystencji bohatera. Kiedy Aleks się rodzi, niebo płacze. Młodszy brat wspomina, że pokój Aleksa nie pachniał młodym chłopakiem, lecz pogrzebem. Później autor decyduje się, by mrocznego bohatera pokazywać przede wszystkim w kontekście trudnych dla niego relacji. Relacji, w których fascynacja i przywiązanie idą w parze z poczuciem oddalania się od tego, co najcenniejsze. Fatalizm Aleksa to również jego wieczne przeżywanie dziecięcej w zasadzie żałoby. Randa to człowiek, który rusza w dorosłe życie, ciągle rozmyślając o kimś, kto nigdy w to życie nie wszedł. Jest coraz bardziej ponuro i melancholijnie. Dorastający – także politycznie – Aleks staje się figurą zbłąkanego wędrowca, który szuka spokojnej przystani, bezpiecznego punktu zaczepienia, wikła się w druzgoczące go wcześniej czy później relacje, ale jednocześnie szukając spokoju, bliskości, akceptacji i przyjaźni, staje się coraz bardziej wyobcowany, by pod koniec życia uznać wszystko za „spóźnione i niemożliwe”. Co dzieje się pomiędzy momentem chłopięcego wręcz zachwytu kimś a gorzkim przygnębieniem, w którym nie ma już miejsca na poszukiwanie jakiegokolwiek sensu życia? Autor dba o to, by jego bohater, a przede wszystkim jego skomplikowana historia nie były dla czytelnika jednoznaczne ani przewidywalne. Potrafi w bardzo stonowany sposób i używając niezwykle eleganckiej składni opowiedzieć o największej życiowej traumie: rozczarowaniu samym sobą, które jest tu pokłosiem wielu czynników. I to one budują tę fascynującą oraz wielowątkową powieść.

To, co jeszcze wydaje się tu dobrze uwypuklone i co wciąż pozostaje z tyłu głowy podczas lektury, to okrucieństwo licznych zbiegów okoliczności, a także momenty, w których bliskość z drugim człowiekiem może stać się wręcz zabójcza. Czy Aleks nosi w sobie pokłady egocentryzmu, czy też rozpaczliwie próbuje zainwestować swoje uczucia w taki sposób, by uzyskać wzajemność oraz przywiązanie drugiego człowieka? Czy młody i bezradny, a przede wszystkim naiwny student w Getyndze, który po latach robi niesamowitą karierę naukową, nie jest przede wszystkim skazany na samotność z powodu kilku sygnalizowanych w tej powieści uwarunkowań? „Pod prąd” to pełna humanistycznej zadumy nad zdehumanizowanym światem dwóch wojen opowieść o tym, że wrażliwość w połączeniu z pewnymi fascynacjami może otwierać wrota piekła. Być może koszmarniejszego niż dwa konflikty wojenne, bo to piekło znoszenia samego siebie.

2023-11-27

„Rumowiska” Wit Szostak

 

Wydawca: Wydawnictwo Powergraph

Data wydania: 11 października 2023

Liczba stron: 384

Oprawa: twarda

Cena det.: 59 zł

Tytuł recenzji: Rzeka i opowieść

Czytam nową książkę Wita Szostaka w czasie, w którym w zasadzie odwracam się od polskiej literatury współczesnej na rzecz przede wszystkim tłumaczeń literatury anglojęzycznej. Nie widzę w polskim pisaniu powieści, którą postrzegam dość prosto: jako narrację opowiadającą konkretną historię, bez eksperymentów z formą i treścią. Szostak nie tyle eksperymentuje ze wszystkim, co można określić mianem powieści, ile przede wszystkim stawia fundamentalne pytania o jej kształt. Dezawuuje linearność fabuły, zastanawiając się jednocześnie nad tym, co czyni początek i koniec powieści tym, czym są. „Rumowiska” są po „Szczelinami” w pewnym stopniu eksperymentem literackim, jednak mnogość wątpliwości czy pytań retorycznych przypomina mi bardziej „Cudze słowa”. To, co najbardziej wyróżnia tę książkę, to zasadnicze pytanie o istotę metafory w prozie. Metaforyczna rzeka będzie meandrować i przywoływać skojarzenia, a wszystkie będą wynikać z wyrażanych przez autora wątpliwości. Czy ta statyczna, pełna eseistycznych dygresji proza może być uznana za powieść? Bo przecież w całej swojej nieoczywistości podejmuje temat wykorzystany w literaturze już wiele razy: spuścizny pokoleniowej i tego, w jaki sposób tożsamość wnuka staje się pochodną tożsamości dziadka oraz ojca.

Wnuk raz jest chłopcem, który przeżywa sytuacje graniczne albo gromadzi w sobie pierwsze doświadczenia wynikłe z obserwacji członków rodziny, raz dorosłym przejętym swoją rolą interpretatorem, który zamiast obserwowania wybiera analizę wspomnień i rozważa rolę tego, w jaki sposób możemy zapamiętać człowieka, jeśli nie był nam bliski za życia, a śmierć stworzyła tę naturalną barierę, wobec której wielu z nas staje bezradnie. Bo jeśli zasadnicze rozważania Szostaka koncentrują się na tym, czym jest początek, a czym koniec opowieści, egzystencjalnie jego bohater zdecydowanie konfrontuje się z końcem – ze śmiercią. Poprzez nią opowiada jednak o różnorodności życia w rodzinie pełnej różnego rodzaju niedomówień i tajemnic. Rodzinie, o której nie sposób opowiedzieć jedną narracją, gdyż rodzące się wątpliwości, kim byli i kim się stawali nieobecni już w życiu narratora mężczyźni, to przecież kolejne strumienie świadomości. A „Rumowiska” to rzecz o wodzie, jej swobodzie przepływu, sile i nieprzewidywalności. Płynąca rzeka pojmowana tutaj jako problem filozoficzny i odpowiedź dla filozofa szukającego źródeł (!) literackiej opowieści stanie się i jedną z bohaterek, i jednocześnie figurą zaprzeczającą temu, że proponowaną historię rodzinną można opowiedzieć po prostu z podziałem na role.

Wit Szostak odchodzi od intelektualnego dystansu, od eseistycznego stylu tak charakterystycznego dla niejednej z swoich książek. Odrywając odbiorców od rozważań na temat płynności i wieloznaczności wszechrzeczy składających się na opowieść, pokazuje, że nadal można snuć opowieść dzięki korelacji różnych punktów widzenia oraz odmiennych wrażliwości. Dlatego znajdą się tutaj różne narracje, jak dopływy rzeki, a w pewnym momencie pojawi się głos kobiecy, który robi chyba najsilniejsze wrażenie, bo jest emocjonalny, subiektywny, boleśnie dosadny, a jednocześnie lirycznie smutny, gdy opowiada o gorzkich aspektach macierzyństwa i tożsamości osamotnionej, wyobcowanej kobiety.

Jest tu też sporo miejsc, które stają się poniekąd furtkami otwierającymi drogi do opowieści innych niż te sugerowane. Są też symboliczne sceny, które rozbudowują i uzupełniają wskazywane w eseistycznych partiach wątpliwości. Na przykład dziadek otoczony za życia rzeczami, z którymi po jego śmierci robi porządek żona odzyskująca wolność albo może nawet przeżywająca ją po raz pierwszy. Trasa kolejowa wyznaczana przez dziadka wnukowi, której ten nigdy nie przebył. Ukradkiem zniszczone pióro, którego duplikat wręczany jest później z przekonaniem, że to oryginał pozostawiony przez zmarłego. To propozycje ilustrowania narracji, czym jest ludzka tożsamość, gdy się o niej opowiada. Albo w momencie, w którym ma narodzić się historia, jednak z różnych powodów to nie następuje, gdyż staje się czymś niepełnym albo przekłamaniem. Albo nieudolną próbą wydobycia z przeszłości tego wszystkiego, czego nie można w żaden sposób odtworzyć.

Wit Szostak odtwarza i stwarza. Rekonstrukcja losów rodziny, w której mężczyźni poprzez swą fizyczną nieobecnością tworzą wizerunki postaci wciąż żywych we wspomnieniach, enigmatycznych i skupiających na sobie uwagę, idzie w parze z kreowaniem sposobu opowiadania tego, co minęło, w odniesieniu do tego, co jest. I wciąż obecna metafora płynności wody. Tego, że jest to żywioł, którego nic nie ogranicza, a jednocześnie rzeka jest po prostu rzeką. „Rumowiska” to książka o tym, w jaki sposób i na jakich zasadach wszystko w naszym życiu płynie. Szostak nie chce być wtórny, więc wyraźnie wspomina i podkreśla, jakie jest stanowisko filozofii na ten temat, zwłaszcza filozofów greckich, choć na kartach tej książki spotkają się przekonania o płynności ludzkiego życia przy zastosowaniu metafory rzeki sformułowane i podawane w wątpliwość nie tylko w starożytnej Grecji. Idąc tropami, które mają odsłaniać tajemnice rodzinne, Szostak podaje coraz to od nowa w wątpliwość wszystko to, co jest narzędziem literackiego odsłaniania mrocznych tajemnic, a także tego, w jaki sposób wpływają one na życie ludzi traktujących te tajemnice jako wyzwania. Dlatego „Rumowiska” to kolejna książka autora, który zawsze stawia sobie wyzwania, bo wciąż nie jest pewny, czy literackie historie mają się toczyć w zdaniach, w sposób linearny, w uporządkowanym trybie i w jasnych dla czytelnika zależnościach. Dlatego pozostaje pytanie zasadnicze: czy ta książka jest powieścią? Jeśli nie, czy się do niej zbliża, czy też od niej oddala?

Pośród pytań, które tutaj się pojawiły, jedno zostało ze mną na dłużej: czy możliwa jest opowieść koncentrująca się na tym, co ma przedstawić dalej. Zwłaszcza gdy materia literacka dotyczy przeszłości i musi wykorzystać retrospekcje. To utwór pytający nie tylko o kierunek, w którym ma iść pisanie, lecz przede wszystkim esej o tym, skąd się ono wydobywa, jakim celom służy, a czym na pewno nie jest, choć przecież każde zapisane zdanie istnieje, ma swoją wartość i jest punktem wyjścia dla wyobraźni ruszającej gdzieś poza postawioną kropkę. „Rumowiska” to nie tylko dowód na to, że można napisać autotematyczną prozę o tworzeniu poprzez czerpanie z przeszłości i tego, co po niej pozostaje. To także przyjemność obcowania z jak zawsze pięknym językiem, który tym razem bywa celnie sentencjonalny. „Rumowiska” to książka dla każdego, kto chce wejść w literaturę bez pośpiechu, pobłądzić w jej formalnej strukturze i wydostać się z niej usatysfakcjonowany wątpliwościami oraz pytaniami, a nie rzeczowością oraz odpowiedziami na wszystkie pytania czytelników. Bo powieść to nie wykład, lecz raczej ćwiczenie z kreatywności, przy którym można być bezradnym. A Szostak jak zwykle inspiruje do rozmyślania o tym, dlaczego literatura wciąż jest enigmatyczna.