2025-02-19

„O wilku mówiono w izbie” Ewa Wieżnawiec

 

Wydawca: Wydawnictwo KEW


Data wydania: 13 lutego 2025

Przekład: Małgorzata Buchalik

Liczba stron: 140

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Demony i pamięć

To jest książka jak petarda. Językowo barwna jak jej okładka. Fabularnie zawikłana w taki sposób, że odkrywamy dwie biografie, jednocześnie poznając prawdę o miejscu, które niezwykle skomplikowało życie babki i wnuczki, każdej na inny sposób. Wieżnawiec fascynuje i przeraża. Z jednej strony aż trudno czytać niektóre fragmenty, ma się już dość okrucieństwa i wstrząsających obrazów. Z drugiej jednak – trudno oderwać się od lektury. Nie chodzi o dynamikę opowieści, lecz przede wszystkim jej język. To, jak portretowane są detale białoruskiej prowincji, a także to, w jaki sposób autorka wykorzystuje narzędzie retrospekcji: tu mają one formę opowieści seniorki, która przeżyła piekło. A piekła egzystencjalnego doświadcza właśnie jej wnuczka.

Znakomita jest już pierwsza scena: w publicznej toalecie kobieta usiłuje odkorkować butelkę wina. Rynie po raz kolejny nie wyszło. Wraca z zagranicy do rodzinnej białoruskiej wioski. Do babci, która była jej bliska od zawsze. Do domu, który przed laty został podzielony i ten podział funkcjonuje tutaj w symbolicznym znaczeniu. Ale zanim zrozumiemy, że to nie powieść o powrocie ani też atrakcyjnie zapowiadające się studium kobiecego alkoholizmu, ujrzymy kobietę w drodze. Najpierw dosłownie. Ostatni odcinek podróży córki marnotrawnej do domu, gdzie nie czeka na nią nic oprócz wciąż dawanej bezwarunkowo czułości, jest jednocześnie barwną opowieścią o białoruskiej pustce. Do wsi pośrodku niczego Ryna idzie niczym mityczna wędrowniczka, a my dzięki barwnym opisom poznajemy szczegóły świata, od którego ten prawdziwy się odwrócił. Bo nikogo nie obchodzą ani Ryna, ani współczesna Białoruś. Tymczasem Ewa Wieżnawiec opowie tragiczną, na poły metafizyczną historię o ludzkiej krzywdzie, o narodzie wykorzystanym i katastrofalnie doświadczonym oraz o społeczności, z której albo kompulsywnie chce się uciec, bo wszystko gdzieś dalej wydaje się lepsze, albo usiłuje się nabrać wprawy w zapominaniu o lęku. Na pewno jednak niczego się nie zapomina. „O wilku mówiono w izbie” to bowiem przejmująca historia białoruskiej tożsamości narodu i terenu wykorzystywanych, poturbowanych, naznaczonych przelewaniem krwi i niesprawiedliwością. Głodem, śmiercią, poczuciem wyobcowania. Kiedy na początku pojawia się teza, że Białorusini to mało emocjonalna nacja, nie spodziewamy się rozwinięcia tej myśli, próby wyjaśnienia, dlaczego tak może być.

Mnóstwo emocji kumuluje się w relacji babci i wnuczki. Darafieja przestaje widzieć świat w sensie dosłownym, bo ślepnie. Ryna nie chce się mu przyglądać, znieczulając się alkoholem, ale ma też inne powody do eskapizmu. Dwie dziwaczki. Pochodzące z różnych pokoleń i z różnych powodów naznaczone wyobcowaniem. Bliskie sobie w sposób szczególny poprzez to wyobcowanie. Ewa Wieżnawiec najpierw opowie kameralną historię o rodzinie, w której nastąpiły emocjonalne deformacje, a silna relacja dostała szansę przetrwania tylko na zasadzie opozycji do całej reszty. A później – głosem seniorki – zaprezentuje opowieść dużo bardziej wstrząsającą. O tym, co z białoruską prowincją zrobiła Historia. Ile zła przetoczyło się przez miejsce, które przetrwało wszystko, ale jakby zahibernowało się w znieczuleniu na to zło.

Zło symbolizowane jest tutaj na kilku poziomach. Oprócz figury tytułowego wilka są również inne elementy magiczne, związane z transcendencją, zorientowane na opowiadanie o świecie poprzez pryzmat wierzeń czy zabobonów. Bo seniorka nie ufa realizmowi i nie chce być jego częścią. Tak jak Ryna ucieka w alkoholowe upojenie, tak wiekowa Darafieja odnajduje spokój jedynie w sferze tego, w co wierzy. Hochsztaplerka, lokalna wiedźma, staruszka rozumiejąca siłę i rolę otaczającej człowieka natury? A może postać, która ma wytłumaczyć, skąd wzięły się wszelkie lęki i traumy wnuczki? Ryna zniknęła z białoruskiej prowincji na osiem długich lat, a jednak wraca, jakby los przywiódł ją w to miejsce specjalnie, bo stąd nie można uciec. Darafieja nie uciekła. Przeżyła ponad sto lat i opowiada o tym, co przeżyła. Potworności doświadczane przez Białoruś są tutaj sportretowane w niezwykle barwnej i przerażającej konwencji. Wieżnawiec celowo rozbija narrację o poczuciu życiowego dyskomfortu Ryny historiami o tym, w jakim egzystencjalnym dyskomforcie od zawsze żyje naród białoruski. W tym wszystkim widzimy niesamowitą dokładność, dosadność i soczystość opisu detali: zarówno natury, jak i ludzkich działań. Znakomicie także poprowadzone są nieliczne dialogi. Całość tworzy zapadający w pamięć obraz Białorusinki, która przeżywa żałobę po tym, co utraciła właśnie jako białoruska kobieta, nie kobieta w ogóle.

„O wilku mówiono w izbie” to historia o tym, że wspólnota może być opresyjna, rodzina rozpada się z przyczyn naturalnych, a naród nie jest męczennikiem pośród innych, tylko przypadkiem staje się miejscem, do którego dociera najwięcej zła. „Tutaj nigdy nic nie będzie” – stanowczo stwierdza Darafieja. Tymczasem dla Ryny wkroczenie w nicość to pokłosie skomplikowanych doświadczeń i relacji odsłanianych nam inaczej niż to, czego doświadczyła babcia, która nie może już więcej oglądać świata i opowiada wnuczce, dlaczego nie warto już tego robić.

Wieżnawiec ciekawie opowiada o egzystencjalnym fatalizmie – człowieczym i narodowym. Jednocześnie o sile przywiązania do miejsca, w którym hulają jedynie dusze zamordowanych, wciąż rezonuje zło, miejscowe bagna sygnalizują jego bliskość, a wszechobecny torf zamiast solidnej ziemi potęguje wrażenie tymczasowości. Tu nic nie może powstać naprawdę, bo wszystko zostało zrujnowane. Czy współczesna Białoruś to przestrzeń oraz kraj, w których nie sposób wydostać się z niemocy, bo tak to uwarunkowała historia? Co tu jest najciekawsze? Postać wiekowej babci przekazującej wnuczce szorstką miłość poprzez okrutne wspomnienia? A może sylwetka młodej kobiety z tendencjami ucieczkowymi, która tak naprawdę nie wie, że historię Białorusi można zrozumieć przede wszystkim wtedy, gdy pojmie się to, co metafizyczne pośród brudu, bylejakości, szarości i poczucia bycia kimś gorszym?

Ewa Wieżnawiec zaprasza nas do świata kobiet mimo wszystko bardzo silnych w porównaniu z postaciami męskimi, padającymi – dosłownie i symbolicznie – jak muchy pod naporem doświadczeń, które unieść mogą świadomie tylko kobiety. Ryna i Darafieja przestały się już czegokolwiek bać; każda z innego powodu i na innym etapie swojego życia. Porzucone, oszukane i nieszczęśliwe próbują w swojej relacji zachować to, co najcenniejsze: solidarność. Białoruska pisarka opowiada o świecie, który ukształtował naród pozornie nieprzejawiający emocji. Tych emocji będzie podczas lektury bardzo dużo. Świetna robota translatorska, bo ta książka iskrzy w każdym detalu. Wieżnawiec wie, w jaki sposób wykorzystać szczegółowy opis, aby konkret przekuć w wizję z pogranicza snu i jawy, której bliżej do snu. Niespokojnego koszmaru, który wciąż śni białoruska kobieta i być może białoruski naród. Mocna powieść balansująca na granicy surrealizmu, dosadności realizmu i ze specyficznym we fragmentach, ale wyraźnie zauważalnym poczuciem humoru. Książka charakteryzująca bohaterów przez ich język, a otoczenie przez jego enigmatyczność. Nie do zapomnienia.


2025-02-12

„Null” Szczepan Twardoch

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 26 lutego 2025

Liczba stron: 280

Oprawa: miękka

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: Cień wojny

Boję się wojny. Nie rozumiem jej. Dla mnie wojna – jakakolwiek – jest absurdalna i przerażająca. Nie pojmuję jej mechanizmów, choć bywają bardzo proste. I wciąż na nowo czytam książki o wojnie, żeby coś zrozumieć. Dlatego sięgnąłem po nową powieść Szczepana Twardocha. Bo to historia wojny, która ma co najmniej zaskakujący charakter. Wojny o bardzo skomplikowanym obliczu. Gdy Twardoch wyjechał na ukraiński front, by poczuć wszystko na własnej skórze, pojawiło się mnóstwo komentarzy, że to nieodpowiedzialne, niebezpieczne, pozerskie. A powstała z tego świetna książka. „Null” to rzecz o tym, jak bardzo trzeba być odpowiedzialnym za samego siebie, jak niebezpiecznie jest stracić kontakt ze sobą i jak pozerskie wydaje się udowadnianie wszem wobec, że mężczyzna powinien zawsze chwytać za broń i walczyć, a także ginąć z powodu tego, na jakim obszarze przypadkowo się urodził, bo podobno jest mu coś winien. Na przykład śmierć.

Moja przygoda literacka ze Szczepanem Twardochem trwa od wielu lat, bo to przecież jeden z najbardziej znanych polskich pisarzy, który swoją markę utrwalił przede wszystkim konsekwentną i solidną pracą. Po zachwycie „Morfiną” i zaintrygowaniem „Drachem” mocno mnie potem rozczarował formalną wtórnością „Króla”, a jako wielbiciela nordyckich klimatów – także „Chołodem”. Ale miałem też przyjemność prowadzić spotkanie autorskie z tym człowiekiem. Pełnym wiary w swoje możliwości i wykorzystującym pewność siebie do twórczych działań. Na przykład takich jak wyjazd na ukraiński front i napisanie potem „Nulla”. Twardoch to jeden z nielicznych polskich pisarzy, którzy pozwalają mi utrzymać tlącą się jeszcze nadzieję, że męski bohater współczesnej literatury polskiej może być ciekawy i że w ogóle literatura pisana przez mężczyzn to nie tylko megalomańskie rozważania o tym, jak to okrutny los trafił się danemu bohaterowi płci męskiej.

Okrutny los spotyka mężczyzn, którzy rozumieją tych uciekających od wojny i niewalczących za ojczyznę, przy tym zaś sami nie do końca pojmują, co robią w okopie, a raczej w jakiejś piwnicy. Na tej wojnie, która jest wiecznym oczekiwaniem. W świecie, w którym czują się trupami i tylko czekają na ten moment, kiedy ich egzystencja, już miniona, zostanie określona trzycyfrową liczbą. To jest książka o wojnie za wschodnią granicą tak świetna jak wydany w 2019 roku „Internat” Serhija Żadana (czytanego zresztą przez jednego z bohaterów), choć przecież Żadan niekoniecznie mógł antycypować piekło, które rozpoczęło się w 2022 roku, a w którym tkwią mężczyźni z „Nulla”. A może doskonale wiedział, co czeka Ukrainę? Kraj, który widziany oczyma bohaterów Twardocha, choć jest piekłem, jest też miejscem, które przywiązuje na zawsze. Nawiązujący często publicznie do problemu tożsamości narodowej Twardoch tutaj w zaskakująco różnobarwny sposób pokazuje ten problem z perspektywy ludzi, dla których wojna jest wiecznym punktem odniesienia w życiu.

Nie przeszkadza mi to, że czytam o truizmach typu „to nie Putin rozpętał wojnę, to Rosjanie pozwolili na wzrastanie w siłę i bezkompromisowość Putina”. Nie przeszkadza mi również to, że to kolejna traktująca o ukraińskiej batalii wojennej powieść, w której prezentuje się ten niejasny front walki, właściwie fantasmagoryczny. Tytułowy Null jest gdzieś jakby we mgle, choć to punkt odniesienia, fort do obronienia, ten ważny front, którego nie widzą ani nie czują bohaterowie. Skupiłem się na tym, co fascynuje i przeraża.

„Null” jest napisany stylem odwzorowującym charakter i sposób myślenia postaci. Czasem bardzo długie zdania są niesamowicie dynamiczne. Czasami wulgaryzmy odgrywają dużo istotniejszą rolę, niż to się wydaje. Zresztą pozorów jest tu sporo. Na przykład pośród tęsknot za tak zwanym normalnym życiem pozorowanie tego życia w obrzydliwym miejscu, gdzie Internet można złapać tylko na chwilę, by przekazać komuś bliskiemu choć dwa ważne zdania. Albo przeczytać książkę. Albo zrobić coś równie absurdalnego, bo zupełnie niekojarzonego z wojną. „Null” to wojna z perspektywy człowieka, który jest jedynie kimś, kto wykonuje zadanie; zmienia się mu czasem imię, a jego tożsamość staje się szeroko pojętą tożsamością straceńca, który po prostu musi być na froncie. Tak zwanym froncie.

Jest jednak śmierć, którą oswaja się zaskakująco szybko, są przedstawione relacje z jeńcami, jest też bardzo ciekawe dla mnie spojrzenie na wojnę z perspektywy kobiety. Twardoch proponuje swego rodzaju powieść panoramiczną, która zyskuje na autentyczności dzięki retrospekcjom. To przejmująca wizja tworzenia tak zwanej armii z ludzi totalnie różnych od siebie charakterologicznie czy kulturowo. Jak w tym gąszczu skomplikowanych biografii i osobowości zaburzonych na różnym etapie życia przez różne czynniki stworzyć regularną armię, która odeprze atak przeciwnika?

Tymczasem atakują drony, nimi się walczy, to taka nowoczesna wojna, ale wyjątkowo skomplikowana przez tę swoją nowoczesność. „Null” tworzy absurdalny obraz powinności męskich, jak również męskich obaw przed byciem sobą, powiedzeniem sobie kilku słów prawdy, przed uznaniem nieprzystawalności do tej wojny, która przecież toczy się z przerwami, wciąż na niekorzyść Ukrainy, tej Ukrainy odmienianej przez wszystkie przypadki w rozmowach z ludźmi, którzy w gruncie rzeczy pogubili się w swojej przynależności terytorialnej czy narodowej. Kim jest żołnierz, kim weteran, kim dezerter? Szczepan Twardoch proponuje proste pytania i szalenie skomplikowane odpowiedzi. Łącząc przewidywalność, oswojenie z tymczasowością i poczucie bezsensu z antycznymi odniesieniami do wartości trwałych, jasnych i przede wszystkich wiecznie bronionych, „Null” jest trochę archetypiczną opowieścią o tym, że wojna bierze się z gniewu, a jedno i drugie prędzej czy później stanie się przeszłością.

Tu mamy bardzo intensywną teraźniejszość. Mamy pozornie głównego bohatera Konia z szalenie ciekawą biografią, ale mamy również mężczyzn, którzy zmuszeni zostali do tego, by intensywnie przeżywać czas teraźniejszy, bo znajdują się tylko w kontakcie z samymi sobą pośrodku chaosu. To jest wojna czy wyczekiwanie wojny? Ona ma gdzieś swój początek, jakiś punkt kulminacyjny, może będzie koniec? „Null” to powieść, w której bohater myśli: „Zastanawiasz się nad tym, żeby się nie bać”. To przecież nie tylko historia o lęku przed realną śmiercią. To strach przed tym, że świat wokół może się nigdy nie zmienić. I żołnierze nigdy nie wyjdą ze swoich okopów, bo ukraińska wojna zdeformowała ich poczucie własnej wartości oraz wszelkie pragnienia, marzenia, plany na przyszłość.

„Null” to napisana żywym językiem i wielowymiarowa proza o tym, jak bardzo przyziemnie idiotyczna, a zarazem idiotycznie bezkompromisowa może być wojna. Jestem zatem po lekturze kolejnej powieści o wojnie i wciąż na nowo wszystko mnie dziwi. Zaskoczyła mnie też nowa odsłona Szczepana Twardocha, który jest jednym z ciekawszych twórców, wiedzącym, jak intrygująco wykorzystać we współczesnej literaturze na przykład narrację drugoosobową. To również bardzo bolesna książka o rozdarciu. Chęci bycia innym, bycia gdzie indziej. I o powinnościach, które wydobywają się z absurdu. Myślicie, że wojna Ukrainy z Rosją się kiedyś skończy? Że antycypujecie, co może być dalej? Przeczytajcie „Nulla”. Boli i przejmuje. Włosy mogą się zjeżyć na głowie. Twardoch w bardzo dobrym wydaniu. W wyjątkowo mocnej książce o ludzkich słabościach i bezwolności wobec losu.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawę TUTAJ 

2025-02-05

„Rósa i Björk” Satu Rämö

 

Wydawca: Wydawnictwo Harper Collins Polska

Data wydania: 12 lutego 2025

Przekład: Karolina Wojciechowska

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka

Cena det.: 42,99 zł

Tytuł recenzji: Powrót do domu

Zawsze przed lekturą drugiej książki z cyklu mam pewne obawy, gdyż wielu autorów piszących serie powieści zaczyna znakomicie, a potem potencjał gdzieś się ulatnia i zaczyna się wtórność. Rozumiem ją jako pisanie tej samej książki po raz kolejny ze wstawianiem innych sytuacji oraz inaczej przedstawionych bohaterów. Tymczasem „Rósa i Björk” to – uwaga! – lepsza powieść niż rozpoczynająca cykl „Hildur”, którą polski czytelnik miał okazję jakiś czas temu poznać i która zebrała zasłużenie dobre opinie. Dlaczego lepsza? Dlatego że pozostawiająca nas w niepokoju nierozwiązana zagadka pierwszej książki tutaj staje się wielopoziomową historią o tym, jak opresyjne może być życie na islandzkiej prowincji, i prezentuje się dużo bardziej atrakcyjnie niż wątek kryminalny – połączony tym samym motywem nieszczęśliwych w swoim życiu kobiet, które mają odwagę i determinację, by próbować zmienić swój los.

Mamy zatem punkt wyjścia z „Hildur”: zaginione przed laty dziewczynki, które zniknęły w tunelu, i wieczne wyrzuty sumienia głównej bohaterki cyklu spowodowane tym, że nie dopilnowała sióstr, pozwoliła na ich zniknięcie. Satu Rämö bardzo dobrze konstruuje powieść, bo robi to w taki sposób, że odnajdzie się w niej bez problemu czytelnik, który nie poznał „Hildur”. Główna bohaterka schodzi nieco na dalszy plan, jednak fińska autorka konsekwentnie, choć jakby mimochodem podkreśla najbardziej atrakcyjną literacko część jej osobowości: zaskakująco silne i nieustępliwe zamykanie się na doświadczenia z przeszłości, koncentracja na sile teraźniejszości i ogromnie ważny tutaj związek samej Hildur z naturą, która oczyszcza jej umysł, porządkuje tok myślenia, nie pozwala, by bohaterka dała się ponieść smutkowi i melancholii, ale – co mnie mocno dotknęło, gdyż islandzka natura nigdy nie zrobiła mi krzywdy – także stawia do pionu, gdy pokazuje, że nie zawsze będzie źródłem ukojenia życiowych udręk i potrafi być w swej nieprzewidywalności okrutna.

Autorka w taki sposób kreśli wizerunki postaci, że w zasadzie o każdej z nich można by napisać osobną książkę. To nie tylko kwestia psychologicznego pochylenia się nad danym bohaterem. To również sporo niuansów ukrytych gdzieś w cieniu. Ludzie z książek Rämö są dla nas jednocześnie bardzo wyraźni i mocno tajemniczy. Nieodsłonięci w stopniu nieprzewidywalnym. W tym znaczeniu to postacie dynamiczne i wciąż zaskakujące. Dlatego oprócz akcji – a może nawet bardziej niż ona – ciekawi są ludzie. I to, w jaki sposób Satu Rämö po raz kolejny portretuje islandzką prowincję, Fiordy Zachodnie. Bezkompromisowo zdzierając lukier z wizji tej części Islandii, która jest szczególnie romantyzowana jako dzika i niedostępna. W tej dzikości i niedostępności kryją się jednak demony. Ta powieść będzie je odsłaniać stopniowo. I trzymać nas w napięciu do samego końca.

Tak jak w „Hildur” nakłada się tu na siebie kilka płaszczyzn czasowych, które znakomicie się ze sobą łączą, kiedy Satu Rämö pokazuje zależności między bohaterami kompletnie od siebie różnymi i odległymi także w sensie geograficznym. W przestrzeni należącej do kryminału rozgrywa się zaś dość nieskomplikowana intryga i tym razem nie ma tak wielu trupów jak w „Hildur”. Na stoku narciarskim, obok którego będę teraz codziennie przejeżdżał z odrobiną niepokoju, zostaje zamordowany lokalny przedsiębiorca. Postać odstręczająca i chwilami odrażająca. Autorka decyduje się tu na wyraźną kreskę: od samego początku nie żałujemy tego, który został zastrzelony. To, co interesujące w intrydze kryminalnej, to pokazywanie, w jaki sposób na Islandii można być bezkarnym, jak wiele spraw załatwia się niezgodnie z przepisami, jak wiele mogą pieniądze i wreszcie – jak wszyscy dążą do wzbogacania się, choć często pieniędzy mają, zdawałoby się, w nadmiarze. Umiłowanie Islandczyków do zwiększania stanu posiadania na koncie widać tu kilka razy. Jest postać mężczyzny – zdecydowanie mało ogarniętego życiowo, skoro w listopadzie ma śmiałość jeździć po Fiordach Zachodnich na letnich oponach – który gotowy jest na wszystko, by się wzbogacić. Jest lekarz, który dobrze zarabia, jednakże wciąż mu mało. Ze swoim przyjacielem planuje, co zrobić, by mieć jeszcze więcej. Jest ostatecznie denat, który swój majątek pomnażał dzięki możliwościom, jakie daje prowincja. Tu łatwiej niż w regionie stołecznym zdobyć więcej pieniędzy, bo łatwiej jest korumpować i zdobywać środki finansowe w nielegalny sposób.

Ale sama Hildur, do której egzystencjalnej melancholii i zamknięcia na przeżycia z dzieciństwa coraz bardziej się tu zbliżamy, nie dba o pieniądze. Chce rozwiązać zagadkę kryminalną, lecz przede wszystkim zrozumieć, co dla niej znaczy „być w domu”. Domem są oczywiście Fiordy Zachodnie. Ale stają się też przekleństwem, kiedy Satu Rämö proponuje retrospekcje oraz wciąż zbliża się do źródła traumy Hildur i od niego oddala. Islandzką śledczą zastajemy przy pracy w stolicy, skąd chce się jak najszybciej wydostać, wrócić do domu. Jednakże uda się znowu do Reykjavíku, badając sprawę zabójstwa na stoku narciarskim. Wróci także w inne miejsce. I ten powrót będzie w tej powieści najciekawszy.

Satu Rämö powraca do czasu, w którym dwie dziewczynki zniknęły na zawsze, jednak pokazuje ten okres z zupełnie innej perspektywy. Przyglądamy się Hildur oraz jej siostrom już od maleńkości – z perspektywy matki dziewczynek. Kobiety intrygującej coraz bardziej, gdy czyta się o tym, jak obserwuje swoje dzieci, co w związku z tymi obserwacjami robi, czym się zajmuje i jaka jest. Nieustanne bóle głowy to zgrabny literacki chwyt, by mocno przykuć uwagę do tej postaci. Okazuje się, że przeszłość rodziny Hildur kryje w sobie tak mroczne tajemnice, że islandzkie Fiordy Zachodnie można byłoby nazwać krainą cierpienia ukrytego w śniegu i pośród wiatru. Bo Islandia to nie bajeczna wyspa, a jej północno-zachodni kraniec to nie najbardziej urokliwy turystycznie region. Tu Islandia bywa bólem, fałszem, odrzuceniem, samotnością. Tu wcale nie jest tak, że z odmienną orientacją seksualną można żyć bez stygmatyzowania – mimo że w każdej islandzkiej wiosce namalowana jest tęcza. Tu krajobraz tworzy klatkę, a nie przestrzeń wolności. Tu można utknąć z bolączkami, którym nie da się zaradzić. Można zostać zgwałconym, a gwałciciel nie poniesie konsekwencji. Można być kobietą, dla której nie ma żadnych realnych możliwości wydobycia się z życiowego marginesu, bo system nie zapewnia takiego wsparcia i wszystko zależy tylko od tego, czy kobieta jest silna.

Tu są silne kobiety, zaborczy mężczyźni i cała masa islandzkich problemów, które wciąż nie mogą się z różnych powodów doczekać rozwiązania. Ale „Rósa i Björk” to przede wszystkim powieść o pamiętaniu krzywdy. O tym, w jaki sposób zapominanie, niemówienie o problemie, bagatelizowanie go czyni czasem życie w Islandii niemożliwym do zniesienia. Mamy tutaj wizerunki ludzi, którzy podążają w kierunku destrukcji albo autodestrukcji. Ciekawie zarysowanych antagonistów i wspaniale nakreśloną atmosferę niepokoju w takich przestrzeniach, w których każdy człowiek powinien czuć się bezpiecznie i spokojnie. Rämö jest pisarką z Finlandii, która wie o mrocznej stronie Islandii dużo więcej niż czasem sami Islandczycy. Dlatego będzie to książka o wpadaniu w mrok, lecz również o wydostawaniu się z niego. O niezwykle zdeterminowanych w działaniu kobietach i mężczyznach, którzy zgubili życiowy azymut i cierpią z powodu bezsilności. I ze znakomitymi opisami natury – króciutki akapit opisujący połączenie mgły z wodą po prostu zwala z nóg. Świetnie przemyślana w detalach powieść, która każe oczekiwać kolejnej z niecierpliwością. Bo nie jest to ostatnia literackich wypowiedzi Satu Rämö, które pozna polski czytelnik.

2025-01-30

„Moje zmory” Gwendoline Riley

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarne

Data wydania: 5 lutego 2025

Przekład: Maciej Stroiński

Liczba stron: 216

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Oddalenie od matki

Motyw matki to wciąż kopalnia literackich inspiracji. Gwendoline Riley skorzystała z jej zasobów, pisząc książkę nie tyle poruszającą, ile wręcz wstrząsającą, przede wszystkim dzięki swojemu minimalizmowi, skrótowości i umiejętności ukazania najbardziej trudnych konfrontacji matki z córką za pomocą krótkich scen oraz znakomicie wkomponowanych w narrację dialogów. Z książek o matkach przypominają mi się te dwie ważne, które na zawsze pozostały ze mną. Pierwsza z nich to „Matka się śmieje” Chantal Akerman – przejmujące studium odrzucenia dziecka pisane z perspektywy artystki przyglądającej się rodzicielce z pewnego oddalenia. Tu też będziemy mieli dystans, choć bohaterka cała zanurzona jest w swojej matce i tym, w jaki sposób się od niej oddala. Nie jest też jak u Akerman artystką, co zasadniczo zmienia stylistykę opowieści, jednak cierpiąca tutaj u boku najbliższej osoby Bridget jest intelektualistką, świadomą braku środków do wyrażenia tego, w jakiej pustce się znajduje i jak ta pustka się pogłębia. Ze wskazanym motywem można powiązać także autobiograficzne rozważania nieodżałowanego Marcina Wichy, który w swych „Rzeczach, których nie wyrzuciłem” zszywa portret matki jakby ze skrawków pamięci.

U Riley są rzeczy, które są wyrzucane. Wspólnie. Symboliczna scena, w której matka i córka robią porządki, by uprzątnąć zbędne przedmioty z życia tej pierwszej, jest jednocześnie jedną z najważniejszych w tej powieści. Oczywiście jeśli przyjmie się, że to historia o tym, jak kompulsywnie chce się odrzucić, zniszczyć i wyrzucić wszystko to, co traumatycznie naznaczało relację, w której obecnie najważniejsze jest odchodzenie. Matka bowiem oddala się jeszcze bardziej z powodu choroby. Ale powodów wcześniejszego oddalania się i obecnego dystansu będziemy szukać w retrospekcjach.

To narracja także o tym, czym jest piętno matki. Gdy żyje się w jej cieniu, usiłując stworzyć dla siebie jak najlepsze życie, lecz ciągle mając w pamięci, że ta, która dała to życie, funkcjonowała w jakiejś egzystencjalnej ruinie. Dopasowywała się do wzorców, modeli zachowania, do zasad i tradycji, które potem ją oszukały. Bo żyła „jak należy”, a pozostała rozpaczliwie sama. To boli równie mocno jak samotność córek, bezpośrednio i pośrednio odrzucanych. Jedna z nich decyduje się na próbę zrozumienia wszystkiego. Tego, co było wiecznym niezrozumieniem. Nasilało się, coraz mocniej dotykało, w końcu doprowadziło do formalizacji kontaktów, ale przecież w tym wszystkim pozostała bezwarunkowa miłość. Kto tu kogo kocha, kto nie umie kochać, a kto pokochał za dwoje i teraz cierpi, bo nie umie tego unieść?

„Nie rozumiem, jak ty żyjesz” – te słowa Bridget prowadzą nas przez kolejne rozdziały, ukazujące skomplikowaną relację i jednocześnie unicestwiające jej status, bo powinna być ważna, a stała się nie do zniesienia. „Moje zmory” to powieść o inicjacji egzystencjalnego smutku. Historia odrzucanej córki schodzi na drugi plan, kiedy obserwujemy, w jaki sposób życie odrzucało jej matkę. Czy w zamian dziecko powinno otrzymać tę część zgorzknienia, które rodzicielka zabrała w dalszą życiową drogę? To rzecz, w której antagonistki stają się sobie najbliższe, gdy usiłują rozwiązać zagadkę wiecznego nieporozumienia. Antagonizm zmienia się stopniowo, bo Riley stara się wykrzesać z tej historii to, co czułe i niepowtarzalnie piękne, jednakże szorstkość – na wielu poziomach – dominuje i znakomicie się komponuje z tym, że ta książka jest tak krótka, w takiej formie jeszcze bardziej oddziałująca na odbiorcę.

Matka unieszczęśliwiła się z powodu zasad, którym się podporządkowała. Bridget zdaje się nieszczęśliwa przede wszystkim dlatego, że musi unieść brzemię matki. Ktoś w końcu musi jej słuchać. Ktoś wreszcie chce zrozumieć. Tymczasem pojawia się bariera nie do przekroczenia. Być może naznaczona tym, że główna bohaterka cierpiała również z powodu ojca. Tego mężczyzny, który był punktem odniesienia dla kobiety starającej się nie dostrzegać, że jego egocentryzm zrzucał ją gdzieś na margines. Riley opowiada o dorosłej kobiecie, która ma w pamięci odrzucenie w wieku dorastania, a teraz wie, że matka więcej odrzucenia nie zniesie. Tymczasem sama jest nieznośna. W sposób śmieszny, tragikomiczny i jednocześnie bezbrzeżnie smutny. Bo „Moje zmory” to powieść o niemożności przeniknięcia do mentalnej klatki, w której cierpienie zamknęła najbliższa osoba. Wydaje się, że nikt tu nie może pomóc nikomu, choć narratorka bardzo się stara. Tymczasem zasadniczy problem to problem zrozumienia – kim naprawdę stała się matka i w którą stronę chce podążać z tą zranioną formą swojej osobowości i wrażliwości.

Podoba mi się tu metafora osiadania na mieliźnie w opisie tej skomplikowanej relacji. Matce nie zależało na tym, by być blisko córki. Kiedy córka usiłuje wykształcić jakąś bliskość po latach, matka osuwa się w cień, ponownie osiada na mieliźnie, nie daje szansy na żaden ruch, żadne działanie zmieniające cokolwiek. Najbardziej boli opisywana u Riley bezradność. Jednak mamy tutaj sportretowane dwa silne charaktery. Dwie kobiety zdecydowane, by stanowić o swoim życiu i żyć na własnych zasadach. Tylko że wkraczanie w rejon społecznych uwarunkowań rujnuje seniorkę. Przecież żyła tak, żeby ludzie nie powiedzieli nic złego. A teraz pozostają tylko dwie córki: jedna na dalszym planie powieści i ta druga, która teraz nie jest w stanie powiedzieć niczego dobrego.

To tworzenie tutaj kontaktu na siłę przywodzi na myśl obraz ścigającego i uciekiniera. Oczywiście od wszystkiego ucieka matka. Ona jest tu postacią unikającą, jednak dużo ciekawszą niż mało odsłonięta Bridget działająca bardziej w trybie zadaniowym. Zaletą tej książki jest to, że można ją odczytać na przynajmniej dwa sposoby. Bo są tu dwie opozycyjne historie, jednakże również historia silnego przywiązania – do swoich nawyków i do tego, że poza nimi kształtuje się świat, w którym żyją inni. I czasami bywają szczęśliwi.

Gwendoline Riley najpierw prezentuje nam ciekawą wiwisekcję ludzi, dla których własne dzieci nie są istotne, a potem każe przyglądać się tym dzieciom – weszły w dorosłość bez rodzicielskiego kompasu, a teraz mierzą się z tym, że ich rodzice znikają, dosłownie i metaforycznie. Że już nic nie da się przepracować, do niczego wrócić, o niczym naprawdę porozmawiać. Riley opowiada o starszej kobiecie, która wyraźnie zablokowała się przed otaczającym ją realnym światem. Ale również o dorastającej kobiecie, która chciałaby wesprzeć się na matczynym ramieniu, jednak sama musi je wspierać, choć tak rzadko ma na to pozwolenie. Narracja o szorstkiej, bolesnej, ale bardzo silnej więzi. Czy o miłości? Może o jej poszukiwaniu. Jednak także świetna powieść obyczajowa punktująca te momenty napięcia i niepokoju, które wkradają się wówczas, gdy możliwa jest okazja rozmowy o czymś ciepłym, kojącym. „Moje zmory” nie dadzą ani ciepła, ani ukojenia. Jest to natomiast jedna z tych książek, które pokazują, że o matkach wciąż można pisać pasjonujące narracje.

2025-01-22

„Przyszłość” Naomi Alderman

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 22 stycznia 2025

Przekład: Małgorzata Glasenapp

Liczba stron: 416

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 64,90 zł

Tytuł recenzji: Portret ludzkości

Lubię czasem wracać do autorek lub autorów, którzy zirytowali mnie swoimi poprzednimi książkami. Zazwyczaj te powroty są bardzo ciekawymi przeżyciami czytelniczymi, bo pośród mnóstwa twórców świetnego debiutu i niczego poza nim są też ludzie, którzy kształtują swój warsztat pisarski i rozwijają go, korzystając z ulubionego stylu, tropu literackiego czy wypracowanej perspektywy opowiadania o rzeczywistości. Co różni „Siłę”, o której przed laty pisałem krytycznie, od znakomitej „Przyszłości”? Na pierwszy rzut oka niewiele. Podobna konwencja, taka sama forma dynamizowania fabuły, ten sam rodzaj niepotrzebnych w „Sile”, a tu interesujących dygresji oraz to, co nazwałem przed laty kręceniem globusem i wrzucaniem akcji w miejsce, na którym zatrzyma się palec. Tylko że teraz ta pozornie nieuzasadniona wielość lokalizacji ma akurat znaczenie.

Najistotniejsze jest jednak to, w jaki sposób Naomi Alderman dzisiaj, prawdopodobnie także po doświadczeniach pandemii koronawirusa, opowiada o kondycji ludzkości i tym, w jaki sposób zmierza ona do samozagłady. Albo w zupełnie innym kierunku. O tym drugim można pomyśleć, czytając książkę zwyczajnie rozrywkowo, bo konwencja thrillera science fiction jest tu bardzo sprytnie wykorzystana do głębszej egzystencjalnej opowieści o gatunku ludzkim, który pojawił się, ewoluował, stworzył opowieści o ewolucji, a teraz skupia się na przetrwaniu, gdy opowieści to za mało, a kompulsywne działania warunkowane technologiami informatycznymi to za dużo, by… naprawdę zrozumieć, że ludzkość to czasem opozycja indywidualizmu i wspólnoty, które nieprzypadkowo ukształtowały się tak, a nie inaczej. „Przyszłość” to także autoironiczna, inteligentna i pogłębiona psychologicznie narracja o tym, co znajduje się między indywidualizmem a wspólnotą.

To, co wydaje mi się najciekawsze w „Przyszłości” i co wygląda zdecydowanie inaczej niż w „Sile”, to zwodzenie czytelnika za pomocą hiperbolizacji i takiego sposobu dynamizowania fabuły, że po prostu przestaje się nad nią panować. O ile w „Sile” szło to w stronę chaosu, o tyle w najnowszej książce Alderman jest przemyślane w detalach. To nie jest tylko trochę hochsztaplerskie literacko manipulowanie uwagą czytających, to bardzo już od pierwszego zdania przemyślana książka o tym, jak żyjemy pośród iluzji, biorąc za pewniki to, co w niej tak naprawdę najsilniej jest osadzone.

Pisarka przeniesie nas w przyszłość w sensie dosłownym, bo będzie to już czas, w którym wiek XXI pokazał, co potrafi, lub raczej ludzkość pokazała, czego nie potrafi, w czym się zagubiła, czego oczekuje, a z czego zupełnie nie zdaje sobie sprawy. Pozornie apokaliptyczna wizja świata pokazanego tutaj z kilku perspektyw sprawia wrażenie, że nie wnosi niczego nowego do tego, co już wiemy o tym, ile złego zrobiliśmy sobie i swojej planecie oraz że konsekwencje podsycanego technologicznie snobizmu będą dla ludzkości, która porzuciła gdzieś atawistyczne mechanizmy obronne, bardzo tragiczne. Jednak okaże się, że tytuł nie jest wcale oczywisty, sama Alderman zaś nie ma tym razem do zaproponowania wielu truizmów, lecz pogłębione spojrzenie na to, kim staliśmy się dla siebie jako ludzkość, oferując sobie zmianę modelu życia, a przede wszystkim komunikacji. Bo z jednej strony „Przyszłość” obrazuje ludzi jako niewolników potentatów z branży technologicznej, którzy przekonani są o tym, że potrafią antycypować rzeczywistość, dzięki czemu osiągnęli niebywałe sukcesy, przede wszystkim finansowe. Z drugiej jednak – pojawia się kameralna relacja dwóch kobiet, które pozornie żyją zupełnie inaczej, jednakże połączy je nie tylko pożądanie seksualne, ale również wyraźnie zarysowane cechy kobiet silnych i charyzmatycznych. Zhen czy Martha? Trudno mi zdecydować, w której z tych postaci jest więcej charyzmy i która mocniej zapada w pamięć. „Przyszłość”, opowiadając o ludzkości poprzez biblijne czy mitologiczne nawiązania, ale także przez pogłębione szkice psychologiczne pewnych zbiorowości, które na siebie toksycznie wpływają, jest – co zabrzmi najbanalniej, ale i najbardziej prawdziwie – zwyczajnie piękną książką o miłości. Tak, o tej miłości, o której napisano już wszystko. Dlatego dla Alderman nie ma granic w wyrażaniu niejednoznaczności tej relacji, która zawiązuje się tu w zaskakujących okolicznościach.

Zhen i Marthę niewątpliwie łączy zdolność przetrwania. Jedna musiała się nauczyć, jak bolesne jest życie po tym, gdy choroba w niesprawiedliwy sposób odebrała jej matkę. Druga, również doświadczona matczyną nieobecnością, nauczyła się przetrwania, gdy uciekła z komuny stworzonej przez ojca. Samozwańczego neofitę, który zbudował wspólnotę na przemocy, ale także dzięki sztuce opowieści. Bo opowiadanie o człowieku jako takim jest bardzo istotne. Naomi Alderman będzie prowadzić swoją dynamiczną narrację o tym, w jakim kierunku zmierza ludzkość w szponach miliarderów od technologii, ale to, co cenne i najciekawsze symbolicznie, umieści w innym trybie opowiadania, dostosowanym oczywiście do tematyki oraz przesłania tej powieści. Obie kobiece bohaterki muszą stawić czoła wspólnotom ukształtowanym przez mity czy wierzenia przybierające tu także swoje nowoczesne formy, ale także swoim własnym przeciwnikom – rzeczywistym i wyimaginowanym. Obie są fighterkami i obie zrobią wszystko, by wygrać każdą życiową walkę. Czy to o kolosalny wpływ na decyzje najbardziej wpływowego potentata technologii informatycznych, czy o własne życie, które zaczyna być postrzegane z zupełnie innej perspektywy, kiedy zostaje uratowane dzięki… zaskakującemu algorytmowi, który niedoszłą zabójczynię zamienia we współczesną żonę Lota.

Ta książka to ciekawa fantazja o tym, jak łatwo można stworzyć wspólnotę i nią manipulować. „Nikt nie zdobywa wyznawców, jeśli nie ma w czymś racji”. Wystarczy znaleźć dobry argument i zgromadzić wokół siebie jego zwolenników. Potem mogą wydarzyć się rzeczy zaskakujące, ale „Przyszłość” to nie tylko narracja o zdobywaniu władzy i jej wykorzystywaniu, lecz przede wszystkim o utracie potencjału manipulacji innymi. Alderman odbieram jako tę, która po latach chciałaby rozwinąć myśl Sartre’a o tym, że piekło to inni, ale rozwijać ją w nowoczesnych dekoracjach, wciąż bazując na tym, co uniwersalne dla gatunku ludzkiego, który popełniał, popełnia i będzie popełniał błędy.

Tymczasem nie w wyniku błędu, lecz zupełnego przypadku świat doświadczy czegoś, czego niekoniecznie się spodziewa. Natomiast Alderman w zaskakujący nas sposób rozprawi się z czarnymi charakterami w konwencji thrillera, tylko że użyje sporo odcieni czerni, wkraczając także w strefę szarości, rozmycia, ostatecznej niewidzialności czerni jako zła. Świetna powieść o samokontroli i o tym, jakie złudzenia może tworzyć kontrolowanie innych. A sam tytuł książki? „Jedyny sposób, żeby znać przyszłość, to przejąć nad nią kontrolę”. My zaś przeczytamy inteligentnie skonstruowaną opowieść o tym, co naprawdę znaczy mieć nad czymś kontrolę i jak się ją traci w iluzji kontrolowania innych.

2025-01-17

„Niedobry zwyczaj” Alana S. Portero

 

Wydawca: Wydawnictwo Filtry

Data wydania: 22 stycznia 2025

Przekład: Agata Ostrowska

Liczba stron: 232

Oprawa: miękka

Cena det.: 52 zł

Tytuł recenzji: Nazwać siebie

W powieści Alany S. Portero najbardziej podoba mi się to, że jest bardzo kameralna, ale jednocześnie proponuje panoramiczny wizerunek zarysowanych problemów. To książka o tym, jak bolesne jest uwięzienie w samym sobie. O tożsamości identyfikowanej nie przez przynależność do danej płci, lecz przez to, w jaki sposób społeczność tę przynależność narzuca. Główna bohaterka chciałaby nadać sobie chociaż imię, a i to wydaje się niemożliwe. Jest pochodzącym z robotniczej dzielnicy na peryferiach Madrytu chłopcem, który nie spełni oczekiwań rodziców, nie kupi matce domu z ogródkiem, nie będzie w żaden sposób przystawać do wzorca męskości. A już na pewno nie do tego maczystowskiego, z którym Portero rozprawia się tu bezkompromisowo. „Niedobry zwyczaj” to bowiem książka o męskiej dominacji wobec kobiet, o pogardzie wobec nich. A także o tym, że to specyfika stadna, bo mamy tutaj przecież kilku dobrych, wręcz fantastycznych mężczyzn, jak choćby brat bohaterki, który jest gotowy bronić swego brata w każdej sytuacji i do końca życia.

W świecie przedstawionym hiszpańskiej prozaiczki nikomu nie można ufać. Dlatego bohaterka – kobieta przez lata uwięziona w męskim ciele – uznaje, że zaufanie można mieć tylko do własnej opowieści. A ta zarysowana jest niezwykle ciekawie. Portero eksperymentuje z konwencjami. Na przykład opisuje kobiety w baśniowych czy mitologicznych dekoracjach, które tworzą dla nich bezpieczny świat; one są tam nie tylko szczęśliwe, bo nikt ich nie krzywdzi, ale stanowią o sobie. Tego nie może dziewczynka zdana na samotność od najwcześniejszych lat. W miejscu, w którym wychowuje się chłopców na twardych łajdaków albo nie wychowuje się wcale, a matką zastępczą staje się heroina. Świetne jest to, w jaki sposób wraz z odsłanianiem wnętrza narratorki pisarka ukazuje obraz Madrytu – najpierw z perspektywy obrzydliwej dzielnicy robotniczej, w której przemoc, zabijająca nuda rutyny i wszelkiego rodzaju patologie są na porządku dziennym, potem jakby pastelami malując barwne centrum miasta. Samo jego przemierzanie ma również znaczenie symboliczne. Kiedy bohaterka decyduje się na pierwsze próby bycia sobą, bycia kobietą choćby w ograniczonym stopniu, robi to tam, gdzie czuje namiastkę wolności. A potem idzie przez Madryt, by wrócić do swojej dzielnicy, w której inność nie ma prawa bytu.

Język opowieści jest interesujący, ponieważ nie przystaje do tego, co może tutaj zostać zwerbalizowane w świecie rzeczywistym. Bohaterka nie jest w stanie opowiadać o tym, co przeżywa, gdyż brakuje jej słów. Symptomatyczne jest to, że jej pierwszy kochanek również niewiele mówi, ale z innych powodów. Jest zatem spisana historia. Pamiętnik dorastania w samotności. „My, transdziewczynki, zawsze dorastamy same”. A przecież pozornie nie jest sama. W egzystencjalnym dramacie los zesłał jej jednak coś dobrego: kochającą rodzinę. Nie rodzinę, która rozumie i wesprze, lecz taką, która za każdym razem pomoże. Nie odrzuci. Opowiadająca o sobie zmuszona jest jednak odrzucić tę część własnej osobowości, która nie daje jej możliwości przetrwania. Trudno przetrwać w kraju, który transformuje się społecznie i zmienia po latach rządów udręki, bo trudno jest w tym świecie każdemu. Także zapracowanemu ojcu, który tak bardzo mnie wzrusza pod koniec tej opowieści, gdy zostaje zaprezentowany przez bohaterkę jako mężczyzna bezwarunkowo kochający swoje dziecko. Syna, nie kobietę uwięzioną w mężczyźnie.

I może miłości brakuje tym, którzy swoje kobiety traktują przedmiotowo, są dla nich katami, na nich wyładowują frustracje i ukryte przed światem bolączki. W robotniczym bloku wszyscy słyszą wszystkich. Każdy wie, że sąsiad codziennie znęca się nad swoją rodziną. Wydaje się, że solidarność pokrzywdzonych kobiet to jedynie solidarność milczącego współczucia. Ale rozwiązanie kwestii domowej przemocy, które proponuje nam Alana S. Portero, może zaskoczyć. Sama powieść staje się zaskakująca w tych momentach, w których autorka trochę dydaktycznie traktuje swojego czytelnika, zapominając o tym, że dosłowność nie jest tutaj wskazana. Mam na myśli ten fragment narracji, w którym bohaterka odnajduje bliskość madryckiej starszej prostytutki i ta część jest jakby słabą kalką opowieści Pedro Almodóvara, tym bardziej że właśnie tam otrzymujemy wykłady, których nie powinno być. Jest jednak barwna opowieść w całości tworząca retrospekcję traum i prób wychodzenia poza nie. Jest bardzo dynamicznie i nieprzewidywalnie. Ale wciąż o tym samym bólu. Bólu niebycia sobą.

Kiedy bohaterka dorasta, jej jedyną bezpieczną przestrzenią jest łazienka. Wtedy – jak to ładnie określa autorka – może „ubrać się w siebie”. W tym przedpokoju egzystencjalnym zawsze staje do walki, bo bycie sobą jest tu walką, a walka o siebie może być gwarantem znalezienia poczucia akceptacji, którego przecież nie ma się, dopóki nie zaakceptuje się siebie. Dopóki nie wyjdzie z klatki. Czy jest to możliwe? Z jednej strony „Niedobry zwyczaj” to historia o tym, że bycie trans jest zawsze opresją. Z drugiej jednak – pośród całego opisywanego tutaj bólu niemożności bycia sobą Portero otwiera raz po raz kolejne furtki, które są dla bohaterki początkami czegoś nowego, lepszego.

Pisarka potrafi być – jak wspomniałem – wyjątkowo bezkompromisowa, ale także bardzo czuła. Piękna jest scena, w której starszy homoseksualista pokazuje nastoletniemu chłopcu zdjęcia w sepii. Swoją rodzinę, której już nie ma. Mężczyzn, którzy go ukształtowali i nauczyli kochać – siebie, ich, życie. Przez lata ten nastoletni chłopiec, który nie jest chłopcem i ogląda te zdjęcia, będzie szukał takiej rodziny. Ta rzeczywista potrafi wesprzeć w atawistycznych odruchach. Trzeba znaleźć wspólnotę, w której można naprawdę poczuć się członkiem rodziny. Tylko jak być członkiem jakiejś zbiorowości, skoro nie można być sobą? Nie można siebie nie tylko pokazać, ale również naprawdę przeżywać?

Młodziutka narratorka obserwuje charyzmatyczne kobiety ze swojej dzielnicy. Widzi, że można być inną, żyć inaczej, stawiać granice, kształtować model osobowości wedle własnego wyobrażenia. Jest też na kartach tej powieści pierwsza poznana transkobieta, ale wolno jej być nią tylko wtedy, gdy jest niewidoczna, niezauważalna, jest cieniem, a nie osobą. A dorastająca bohaterka nie chce być cieniem, choć przecież wciąż kryje się w cieniu. Musi? Czy po prostu nie wie, jak tę strefę cienia opuścić? „Niedobry zwyczaj” opowie o tym, jak kobiecie jest trudno być sobą tak w ogóle. A komplikacja w postaci uwięzienia w innym ciele nabiera tu też trochę filozoficznego wymiaru. Jest tu bowiem mowa o kształtowaniu świata nie przez jego wyobrażenia, lecz przez pryzmat wyobrażeń o tym, jaki świat moglibyśmy ukształtować, gdybyśmy tego chcieli.

Portero wzrusza momentami tak bardzo, że chciałoby się do tej książki przytulić, a bohaterkę serdecznie uściskać. Ale to również narracja, która nie daje żadnych oczywistych odpowiedzi na pytanie, dlaczego mężczyźni tak często są podli, a kobiety stają się ich ofiarami. Tu symboliczna jest droga narratorki. Jest chłopcem, który nie spełni oczekiwań, tak jak nastolatek, który ginie z powodu uzależnienia od narkotyków. To pierwszy chłopiec, w którym narratorka się zakochuje. Dlaczego? Dlatego że z innych powodów, ale w podobnych okolicznościach ten właśnie chłopiec nigdy nie stanie się mężczyzną. On umiera, ona może się odrodzić. Bohaterka będąca chłopcem może stać się kobietą. Ile wyrzeczeń będzie ją to kosztować? Przejmująca powieść drogi i historia istnienia opartego na wiecznych konfrontacjach. Z bardzo ciekawym zakończeniem. Myślę, że dobrym zwyczajem będzie przeczytanie Portero. To książka przepełniona melancholią, ale jednocześnie bardzo pięknie pokazująca takie perspektywy spoglądania na życie – także seksualne – które na co dzień mogą być dalekie lub obce.

2025-01-03

„Klekot tysięcy patyków” Jarosław Maślanek

 

Wydawca: Państwowy Instytut Wydawniczy

Data wydania: 15 maja 2024

Liczba stron: 216

Oprawa: twarda

Cena det.: 59 zł

Tytuł recenzji: Przekleństwa zapominania

Jazgot tysięcy fajerwerków. Tak mógłbym strawestować tytuł nowej powieści Jarosława Maślanka, bo po raz pierwszy zdarza mi się pisać recenzję książki traktującej o zapominaniu i niepamięci w momencie, w którym cały świat – nawet moja zwykle cicha wioska irytująca łomotem i wybuchami – chce za wszelką cenę zapomnieć i wierzyć w nowe, lepsze. U progu nowego roku piszę o jednej z ważniejszych książek roku minionego. Wiem, że nie mam pełnego prawa tak się wyrażać, bo nie przeczytałem zbyt wielu dobrych albo bardzo dobrych książek, ale wiedziałem, że na Maślanku się nie zawiodę. I bardzo mi się dobrze pisze w tym dysonansie: opowiadam o narracji koncentrującej się na odysei pamiętania, zapominania, niepamięci i traumy odświeżania wspomnień w tę rzekomo wyjątkową noc, kiedy wszyscy życzą sobie wszystkiego najlepszego i wierzą, że czeka ich lepszy czas. W powieściach tego autora nikt nikomu nie życzy niczego dobrego i na nikogo nie czeka nic więcej poza smutkiem egzystencji, który staje się coraz bardziej intensywny. W takim rodzaju melancholijnego pisania i dodatkowo eksperymentowania z różnymi narracjami – bo „Klekot tysięcy patyków” nie tylko eksperymentuje; to bardzo ciekawa powieść pod względem graficznym – Jarosław Maślanek jest pisarzem niekomercyjnym, niepopularnym, niemożliwym do sklasyfikowania za pomocą narzędzi do opowiadania o literaturze. A ta książka to takie trochę jego epitafium pisarskie, choć wbrew zapowiedziom mam nadzieję, że prozaik będzie dalej pisał i przede wszystkim będzie miał go kto wydawać.

Moja przygoda z narracjami tego twórcy sięga wielu lat wstecz. Zauroczony „Haszyszopenkami” zaglądałem do kolejnych powieści, by poszukać smutku. Jeśli czyimś celem czytelniczym jest właśnie to, Maślanek jest pisarzem doskonałym i nigdy nie zawodzi. „Klekot tysięcy patyków” ma tym razem wielowymiarowe znaczenie i jest tytułem z jednej strony sygnalizującym dźwięk egzystencjalnego niepokoju, z drugim jednak – symbolem czegoś bardzo istotnego, co trzeba nazwać. Bo pisarz próbuje nazywać utratę. Robi to w długich poetyckich zdaniach wpisujących się w popularną dzisiaj prozę eksperymentalną, w której im mniej znaków interpunkcyjnych, tym lepiej. Maślanek buduje jednak opowieść w nieoczywisty sposób. Mamy kontrapunkty albo może punkty widzenia, które się wykluczają. Opowieści, które sobie nawzajem przeczą. W końcu opowieść o tym, czego opowiedzieć nie można.

Ponownie, jak w „Górze miłości”, istotna jest przestrzeń miejska, lecz tym razem Maślanek konsekwentnie stawia na jej rozmywanie. Do rodzinnego miasteczka przyjeżdża mężczyzna, który ma już za sobą bolesne doświadczenia pożegnania ojca i brata, a teraz musi pożegnać matkę. Ta powieść zaciera jednak granicę między tym, co minęło i pozostaje wspomnieniem, a tym, co kształtuje tożsamość człowieka, który nie rozumie tego, co zapamiętał, albo pamięta nie to, co powinien zrozumieć. Umierająca matka jest przecież wciąż żywa w niektórych rozdziałach. Bohater nie przyjeżdża mierzyć się z namacalną śmiercią. Istotne jest życie kobiety, która portretowana w swojej bezradności niesie w sobie nadal, do momentu wydania ostatniego tchu, przejmującą historię. I tu pojawia się pytanie zasadnicze „Klekotu tysięcy patyków”: czy jest możliwe opowiedzenie historii, nadanie jej jakichś konkretnych ram? Bo w tej narracji wszystko wydaje się rozmyte, Maślanek od początku do końca jest nieoczywisty. Nawet tego końca nie określa w jakiś satysfakcjonujący czytelnika sposób. Toczy się tu wielotorowa historia o tym, jak życiorysy nakładały się na siebie. Ale by odkryć naczelny problem tej książki, w moim odczuciu należałoby zapytać, o to, co pisze sam autor - „jaka była przyczyna dezintegracji rodziny”.

Narracja o rozpadzie więzi, ale i o okrutnych czasach, które więzi z najbliższymi wystawiały na próbę, jest próbą rekonstrukcji wspomnień oraz kolażem imaginacji powiązanych z faktami. Bo z jednej strony jest topografia miasta przedstawiana w sposób drobiazgowy. W bardzo kameralnej konwencji, gdy błąkamy się z bohaterem i jego nieświadomością samego siebie, bo nigdy nie był świadomy, jaką rolę pełnił w rodzinie. Tu nie jest tak jak w „Fermie ciał”, gdzie Maślanek wykorzystał wielkomiejskość do ukazania panoramy społecznej, a raczej do zobrazowania cieni tej panoramy, bo przypominam, że autor od zawsze porusza się między cieniami, smutkiem i mrokiem. Powraca motyw przybycia w rodzinne strony i tego, że zawsze wiąże się to ze wspominaniem, jednak nie jest tu tak jak na przykład w „Haszyszopenkach”. Przypadkowe spotkanie ze znajomym z dawnych lat staje się traumatycznym przeżyciem, nie ma w sobie nic z ekscytacji i fascynacji taką relacją, co można było odnaleźć we wspomnianym przeze mnie tytule. Są zatem strefy albo może sfery tematyczne, które Jarosław Maślanek z upodobaniem eksploruje, jednakże za każdym razem robi to inaczej. Zaznacza rolę danego motywu literackiego, jednakże każdorazowo topi go w innych odcieniach czerni i szarości. Dlatego okładka dobrana do „Klekotu tysięcy patyków” jest najlepszą okładką spośród wszystkich podarowanych autorowi przez grafików.

Co jest warte zauważenia oraz śledzenia? To, że Maślanek prowadzi narrację jakby dwutorowo. Z jednej strony jest maksymalistą detali. Absolutnie wszystko, co realne i widoczne, można sobie wyobrazić ze szczegółami. Z drugiej strony staje się minimalistą, kiedy opowiada o skomplikowanej strukturze zapominania, przypominania sobie, odchodzenia i powrotu. A wszystkim rządzi bezkompromisowość śmierci. Chwilami odnosiłem wrażenie, że najbardziej martwy ze wszystkich jest ten żyjący mężczyzna, który błąka się ulicami rodzinnego miasteczka i w każdym jego tak dobrze znanym zakątku traci jakąś cząstkę siebie. Jakby przybywając tam ukształtowany w konkretny sposób przez życie, rozpadał się egzystencjalnie, stawał się cieniem. Wyraźniejsi wydają się martwi niż on, niemogący zrozumieć, co naprawdę poza śmiercią się wydarzyło. On jest pamięcią zainfekowany i niszczony. Pojawia się nawet określenie „pandemia niepamięci”. Dlatego nie będzie to książka o poszukiwaniu i odnajdywaniu, lecz o tym, jak trafia się w mroczny labirynt i z biegiem czasu odczuwa w nim coraz większy dyskomfort. A wtedy nie może powstać żadna historia, bo pojawiają się bezradność i pozorny chaos. W tym wszystkim zaś różne sposoby opowiadania o czasie przeszłym.

Czas teraźniejszy to jedynie bolesne westchnienie. Nie ma niczego, czego nie było. Nie istnieje żaden punkt zaczepienia, choć bohater Maślanka rozpaczliwie go szuka. W tym znaczeniu „Klekot tysięcy patyków” w moim odczuciu jest książką o dezintegracji, poszerzaniu pola bycia bezwolnym wobec życia, ale przede wszystkim o tym, że większą krzywdą od pamiętania jest niepamięć. Czym zatem jest ta powieść? Podróżą do świata, z którym mierzy się boleśnie każdy z nas, lecz nie każdy potrafi to tak sugestywnie opisać? Kiedy wydaje się, że to, co utracone, nagle zyskuje treść czy wartość, Jarosław Maślanek zmienia formę i strukturę opowieści. Tu jest kilka końców. I kilka bolesnych początków. Książka jak zawsze pełna egzystencjalnej zadumy nad tym, jak jesteśmy bezradni wobec siebie. Istotną rolę odgrywa w niej sugerowanie, że bolą najbliższe relacje. Banał? Nie w wykonaniu tego autora. Ta odyseja nie może skończyć się dobrze. Ale ma miejsce. Rozgrywa się świadomie. I wyjątkowo boli.