2013-07-14

"Warsztat diabła" Jáchym Topol

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 22 maja 2013

Liczba stron: 191

Tłumacz: Leszek Enkelking

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł


Tytuł recenzji: Wszystko można rewitalizować?

Nigdy nie byłem w Muzeum Auschwitz-Birkenau. Nigdy tam nie pojadę. Po co? Co miałbym tam zobaczyć? Jaki to miałoby na mnie wpływ? Czy naprawdę nie wystarczy świadomość tego, co się tam wydarzyło? Wszystko trzeba sfotografować, dotknąć? Przejść się tam, gdzie goniono ludzi do komór gazowych? Przyjrzeć się barakom, w jakich żyli niczym zwierzęta? Popatrzeć na druty kolczaste, które uświadamiały, że do świata normalności nie ma już powrotu? Nie wiem, ile może być ekshibicjonizmu, ile pragnienia niezdrowej sensacji i ile determinacji nadzwyczaj chyba chorej, by z takiego miejsca robić punkt turystyczny. W swojej najnowszej powieści  - mrocznej, groteskowej, prowokującej – Jáchym Topol opowie o tym, w jaki sposób można grać na emocjach, jak wykorzystywać zmarłych oraz pamięć o nich, jak stworzyć park zabawy i przyjemności na gruzach tego, co stało się pomnikiem niezawinionego cierpienia. Cierpienia wykorzystanego po to… by dawać przyjemność jakości co najmniej wątpliwej.

Bohater „Warsztatu diabła” wydaje się taką ofiarą losu i okoliczności, która znalazła się w niewłaściwym miejscu i czasie. Przypominający nieco postać prowadzącą ze "Strefy cyrkowej" młody mężczyzna ucieka z Terezina, miasta-twierdzy, miasta zła, z dawnej katowni i miejsca straceń. Miał Terezin uratować, tymczasem oddala się od niego poparzony. Co wydarzyło się w międzyczasie? Topol bardzo stara się, by jego bohater nie ujawniał żadnych swoich myśli i przeżyć, relacjonując jedynie zdarzenia, w jakich bierze udział. A bierze udział w procesie rewitalizacji miejsc cierpienia; współczesnych cmentarzysk, jakie mają być punktem turystycznym, a nie śladami po nazistowskim okrucieństwie drugiej wojny światowej. Przygląda się temu, z jaką swoistą perwersją układa się nowe, zwyczajne życie tam, gdzie odbierano je w bestialski sposób.

Biografia głównego bohatera każe na niego patrzeć jak na specyficzną jednostkę. Żyje właściwie tylko dlatego, że kiedyś tam Niemcy nie zdążyli zabić jego matki. Ucieka z Terezina tak, jak od niej – neurotycznej, stale zamkniętej w mieszkaniu. Żyje także dlatego, że udało mu się skrócić wyrok. Po śmierci ojca – majora trafił do więzienia. Tam stał się pomocnikiem kata. Z niewyobrażalnym wręcz spokojem i specyficzną elegancją prowadził więźniów na stracenie. Tak, ta postać zupełnie inaczej postrzega znaczenie życia i śmierci. Inaczej też o nich opowie. Z dystansem, ironicznie, obracając wiele kwestii w czarne żarty, przy których Topol tworzy fabułę niewyobrażalnie wręcz niewiarygodną, a z drugiej strony przecież mocno osadzoną w konkretnym czasie i miejscu, gdzie opisane zdarzenia naprawdę mogłyby się wydarzyć.

Ponieważ sam nigdy nie stanowił o sobie, bohater Topola po wyjściu z więzienia ponownie staje się pomocnikiem. Tym razem niejakiego Leba. Urodzony w niewoli, gwiżdże na łuskach morderczych kul. Do śmierci ma stosunek dość specyficzny; na śmierci i pamięci o niej można zarobić. Wraz ze swym pomocnikiem Lebo otwiera w Terezinie Comenium. Tu nauka ma być połączona z zabawą. Ratując od zapomnienia wysiedlany Terezin, Lebo wskazuje nową funkcję tego miejsca. Miejsce pamięci może stać się miejscem, w którym żyjący będą mogli pogodzić się z traumą wojennych wspomnień o straconych przodkach. Tacy nazywani są poszukiwaczami prycz i w odróżnieniu od głuptaków, wydają się przybywać do Comenium całkiem świadomi. Topol zadaje pierwsze ze swych dwuznacznych pytań w tej powieści. Zastanawiamy się nad tym, w jakim celu ludzie przybywają tłumnie do miejsc, gdzie kiedyś mordowano i gdzie groby zostały tylko w świadomości tych, co przeżyli. Można pozamiatać, zaorać, zasiać na nowo, bo można przecież zrewitalizować każdy teren. Czy aby na pewno?

Do Comenium trafia młoda Szwedka Sara. Wcześniej podróżowała bardzo dużo, szukając serca Europy Wschodniej. Nie odnalazła jej i nie jest świadoma tego, że jej znajomy z Terezina za jakiś czas odkryje bolesne znaczenie terminu, dla którego ona nie może znaleźć odpowiednika w świecie. Sara wpada na pomysł komercjalizowania Comenium. Z jednej strony przybywa do Czech zaskoczona tym, jak można żyć normalnie w miejscu, w którym śmierć wciąż zostawia niewidzialny ślad. Z drugiej natomiast – pomaga przecież Lebowi ożywić miejsce widm i wspomnień kaźni. Interes zaczyna się kręcić. Tymczasem główny bohater książki po poznaniu Aleksa i Maruszki zmienia optykę i postanawia opuścić Terezin.

Czyni to po raz pierwszy w życiu, wszak poza dwoma czeskimi miastami niczego innego nie widział. Kiedy dotrze do Miasta Słońca w stanie wojennym, zrozumie, iż jego Terezin mógł być jedynie lunaparkiem zła w porównaniu z piekłem ziemi, gdzie faszyści odprawili krwawe żniwa, a Sowieci po nich zaorali… „Warsztat diabła” dopiero w tym momencie nabiera innego, jeszcze bardziej mrocznego znaczenia. Topol zaczyna stawiać pytania o to, czym tak naprawdę jest pielęgnowanie pamięci po zmarłych. Czy możliwe jest wskrzeszenie ich w świadomości żyjących tylko przez to, że z ich dramatu uczyni się spektakl? Przecież – te słowa brzmią najbardziej złowrogo – podczas wykopywania trupów tych, którym los nie dał godnego pogrzebu, przede wszystkim łamie się żebra żyjącym… Jáchym Topol nie tyle sugeruje, co boleśnie potwierdza, iż cierpienie stało się współczesnym eksponatem, tylko jeszcze do końca nie wiadomo, z jakiej perspektywy go oglądać i jakim opatrzyć komentarzem.

A „Warsztat diabła” to komentarz nie tylko do czasów, gdy z miejsc pamięci robi się parki rozrywki, ale przede wszystkim spojrzenie na tych, dla których miejsca kaźni są jakimś fantastycznym fenomenem, na którym można zbić kapitał. Bo przecież pieniądze uzyskuje się dzisiaj ze wszystkich źródeł i może czas na te nadal niewykorzystane? Pewnie, że nie tylko o to tutaj chodzi. Ta książka dotyka bolesnych ran, które wciąż się nie goją, a może nawet nigdy się nie zagoją. Wyrzutów sumienia nie zastąpi wycieczka do miejsca, w którym umarli przodkowie. To my, żyjący, wciąż nosimy w sobie pamięć i stale jesteśmy oskarżonymi, choć przecież to nie my zawiniliśmy, nie my gotowaliśmy ludziom piekło na ziemi. Tak najłatwiej uciszyć sumienie. Topol w pewien perwersyjny sposób opowiada o istocie piekła tych, dla których zło jest obecne wszędzie i tak nieogarnione, iż należy je oswajać. Rozrywką, zabawą. Przez zapomnienie. Przecież choćby wspomniana Sara przybywa do Comenium, by oswoić zło i stać się silniejszą.

Tak przewrotnie na temat zła dawno niewielu potrafi pisać. „Warsztat diabła” odczytywany na kilka możliwych sposobów staje się małą książką o wielkich sprawach, a przede wszystkim o znakach zapytania, które wciąż stawia się w miejscach, w jakich powinno się postawić krzyż (jeśli ktoś ma taką potrzebę) i pochylić w zadumie. Mocna i nad wyraz wyrazista proza. Topol udowadnia klasę, którą znamy nie od dziś. Pokazuje, że z klasą można napisać także o sprawach wymykających się etyce. I zdrowemu rozsądkowi.

2013-07-12

"Homo Polonicus" Marek Nowakowski

Wydawca: Zysk i S-ka

Data wydania: 14 maja 2013

Liczba stron: 281

Oprawa: twarda

Cena det: 39,90 zł


Tytuł recenzji: O polskości głosy cztery

Wiem, jak ambiwalentne uczucia rodzą wszelkiego rodzaju wznowienia literackie. Wiem, że nad sensem niektórych mocno trzeba się zastanowić. Wiem także, że są również wznowienia potrzebne. Takie jak rozpisany na cztery głosy traktat o istocie polskości, którym Marek Nowakowski rozpina pewien most pokoleniowy. Pierwsze opowiadanie ze zbioru ukazało się w 1984 roku. Tej Polski wielu już nie pamięta, a ci pamiętający sporo już wytarli gumką myszką upływu czasu. Chronologicznie ostatnie opublikowano ponad dwadzieścia lat później. I taką Polskę wszyscy znają, bo do dnia dzisiejszego niewiele się zmieniła. Oto przed nami książka tego, który wiele lat ostrzegał, ironizował, przyglądał się i podpowiadał, jak bardzo jest źle. Tego, który zawsze pisał dla Polaków i o Polakach, a którego diagnozy – często niewygodne – przez jednych zamiatane były pod dywan, u innych wzbudzały cień refleksji, wielu wprowadzając w złość, bo przecież pisanie Marka Nowakowskiego, to było takie wieczne rodzime zwierciadło Stendhala, od którego uciekały polskie mordy, by nie widzieć bruzd na swym smutnym obliczu.

Jak płynnie przejść po „Homo Polonicus” i przypomnieć to, co ważne we wznowionych tekstach? Wydaje mi się, że najlepszym sposobem jest oparcie się na tezach z poszczególnych tekstów; to czasami śmiałe sądy, niekiedy demoniczne wieszczenie, zwykle smutne pytanie retoryczne albo refleksja nad tym, czy na tej polskiej, odartej z godności, ideałów i słusznych poglądów ziemi kiedykolwiek jeszcze wykiełkuje ziarno pokolenia, które naprawdę zrozumie… Chodzi o rozumienie przeszłości i tego, czym jesteśmy jako Polacy dzisiaj. O prawdy, jakie często były niewygodne, ale które po prostu definiują nasz charakter narodowy. Niełatwy przecież, często pokraczny, bez krzywego zwierciadła nieznośnie smutny i bez wyrazu.

Nowakowski starał się w swej twórczości uchwycić ważne szczegóły, na które składał się ogół refleksji o naszym narodzie. W wydanej właśnie książce zdecydował się przypomnieć te głosy, które może nie były w swoim czasie najciekawszymi, ale teraz zdecydowanie brzmią wyraźnie; po latach przemian ustrojowych, w jakich zagubiliśmy się tak mocno, jak kiedyś mocno wierzyliśmy w słuszność jedynego niesłusznego systemu, którego ślady pozostały na zawsze i nigdy się ich nie wykorzeni z polskiej małoduszności. A może jednak? Możliwe, że wznowienie takie jak to w czymś pomoże? Kiedyś czytano Marka Nowakowskiego i wierzono mu. Dzisiaj, młodzi zwłaszcza, nie bardzo wiedzą, co znaczy to nazwisko. Może z tych czterech ważnych tekstów, jakie dano nam przeczytać po latach, wyciągniemy wnioski głębsze niż wtedy, gdy te opowiadania po raz pierwszy docierały (lub nie) do odbiorców?

„Praworządność, myśli pan, to fikcja. Wcale nie! Praworządność jest tym, czego aktualnie potrzebuje władza”. Taką prawdę głosi prowincjonalny prokurator z pewnego miasteczka na wschodzie Polski, dokąd dociera znany adwokat, by zwolnić z więzienia swego klienta. To opowiadanie z czasów, których nikt nie chce pamiętać (1984) jest z jednej strony przygnębiającą introdukcją, z drugiej jednak po latach stawia pytania o to, czy dzisiaj w urzędach niekoniecznie Polski wschodniej nie ma już prostaków, opijusów i dwulicowych drani takich jak Anioł, który usiłuje zapatrzonemu w eleganckie angielskie wzorce prawnikowi udowodnić, iż obaj tak naprawdę zjednani są w ohydzie, obaj służą tej samej dwuznacznej potędze i obaj zajmują się odrażającym zawodem, a Anioł po prostu nie próbuje tego tuszować? Ten tekst to gorzka diagnoza stanu rzeczy po tym, jak poderwała się „Solidarność” i po tym, jak jej idee rozjeżdżały się pod czołgami w stanie wojennym. W kolejnym tekście Nowakowski pokaże, jak i czy w ogóle coś zmieniło się nad Wisłą po przemianach wyjątkowo bolesnych i trudnych.

„Każdy ma jednakową szansę. Tylko głowę trzeba mieć obrotową”. To teza cwaniaka nowych czasów, Stasia Bombiaka z opowiadania tytułowego (1992). To kombinator nowych czasów. Otworzyły się granice, otworzyły możliwości. Przed Pałacem Kultury i Nauki nie maszerują już pochody, lecz toczy się organiczny, drobiazgowy handel. Wszystkim i o wszystko. Także o tożsamość. Taką w zaniku, którą ma Stanisław, zapatrzony w zysk i zdobywanie dóbr równie nietrwałych, co jego pozycja cwaniaka i biznesmena, z którym rzekomo się liczą. Tak, trzeba było mieć głowę obrotową. Właściwie trzeba mieć ją już na stale poluzowaną, bo dziesiątki lat później wciąż inwestycje w cokolwiek trwałego generują w naszych polskich umartwionych głowach lęk. I trzeba mieć oczy dookoła głowy, by się zwyczajnie odnaleźć.

„Kto może zostać sternikiem tej podziurawionej łajby?” – takie dramatyczne pytanie kończyć będzie tekst (i książkę), którym w 1997 roku Marek Nowakowski chciał ogłuszyć lub oswoić lęk… śmiechem przez łzy, ironicznym, surrealistycznym i sensacyjnym wątkiem łakomienia się na pewien skarb, wokół którego skoncentruje się to, co w Polsce po przemianach najbardziej błyszczało, uwierając jednocześnie. W „Strzałach w motelu George” pewna baronowa, praska erotomanka Jadźka, robi w trąbę nie tylko swoich współpracowników, ale i całą policjo-milicję nowych czasów, z nowoczesnymi gangami przemytniczymi na dokładkę. Tymczasem Gundrun potrafi zrobić w co innego pewien krewki Latynos na spółkę z polskim dorobkiewiczem i pseudooligarchą… A ich wszystkich ośmiesza i autor, i stworzona przez niego postać Sprawiedliwego. Tutaj najpierw się śmiejemy, potem smucimy. Z powodu skarbu robi się zamieszanie na polskim chaosu pełnym poletku transformacji ustrojowej. To takie dzieje głupoty polskiej w pigułce. Trudnej do przełknięcia.

„Bo my jeszcze przejęliśmy od przodków umiłowanie ojczyzny, romantyczne pragnienia, kult trzech wieszczów, przenikała nasze dusze legenda Marszałka. Choć nieźle przetrącili nam grzbiety, to jednak żyliśmy we wzniosłej aurze. A u nich wszystko obraca się wokół kałduna, jajec i kieszeni. Takie to następstwo pokoleń, tacy przejmują pałeczkę w sztafecie”. Na koniec gorzka diagnoza tych, którzy są już chodzącymi anachronizmami choćby w 2005 roku, kiedy „Stygmatycy” ujrzeli światło dzienne. W lokalu gastronomicznym, z którego Napoleon wraz z sędziwymi kolegami zostają wyrugowani przez niejaką Stenię Banaszek, jak w soczewce widzimy to, co dzieje się do dnia dzisiejszego włącznie. Choć starsi panowie mają za uszami grzechy  i grzeszki, trzymają się jednak dzielnie i wierzą w to, iż tradycja – jakkolwiek ją definiować – połączy ich z byczymi karkami, brzęczącymi komórkami i beztroskim śmiechem biznesmenów nowych czasów, chamów odchamionych historycznie, ale jednocześnie groźniejszych o tyle, że będących apoteozą pustki. Nie tylko w tym tekście Nowakowski będzie pisał o stygmatyzowaniu. Myślę, iż cały ten zbiór w jakiś sposób piętnuje polskość za jej miałkość, podległość innym i za to, że wciąż mimo wielu zmian, ma naburmuszone i smutne oblicze…

„Homo Polonicus” to przede wszystkim lektura dla tych, którzy po drodze coś pominęli albo czegoś nie dostrzegli. Mam wrażenie, iż to literackie odświeżenie dla nowego pokolenia, a nie dla tych, którzy wiedzą, że Nowakowski wielkim prozaikiem jest. Kimkolwiek będzie czytelnik tej książki, zajrzy do czasów i przyjrzy się ludziom, którzy wciąż straszą. Na wiele różnych sposobów. Proszę też wybaczyć nadmierny dydaktyzm i szkic nabierający znamion streszczenia. Obawiam się, że tylko w taki sposób zachęcę tych, którzy sami nie wybrali, aby zajrzeć do tej książki. Potrzebnego i ważnego wznowienia. Bo takich – w dobrym stylu przecież – rozpraw z polskością w morzu nieustannego szczekania na siebie i wzajemnego ośmieszania, po prostu jest już coraz mniej.

2013-07-09

"Koniec punku w Helsinkach" Jaroslav Rudiš

Wydawca: Czeskie Klimaty

Data wydania: 28 maja 2013

Liczba stron: 293

Tłumacz: Katarzyna Dudzic

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 39,90 zł


Tytuł recenzji: O czasie utraconym i tym, co zyskane


To nie jest książka o schyłku subkultury w fińskiej stolicy. Bar Helsinki otwiera czterdziestoletni Ole w niemieckim mieście dlatego, że właśnie tamto miejsce stało się symbolem końca pewnego etapu jego życia. O trudnych końcach i niemożliwych początkach będzie znakomita książka Jaroslava Rudiša. O upływie czasu i o tym, że wygładza w nas największy bunt i zaczesuje najbardziej nawet wyzywającego irokeza. O sprawach, które są już przegadane i przemyślane oraz o ludziach, którzy gdzieś się rozmyli, a kiedyś razem nakreślali ideologicznie kontury świata. Tego skażonego radioaktywnie po Czarnobylu i tego na granicy trzech państw: NRD z wartburgami, Czechosłowacją ponurej doliny pustych głów oraz Polską dającą w eterze wiarę, iż radiowa Trójka nadaje prawdziwy ton życiu.

Mamy czasy współczesne, jakieś duże miasto na południowym wschodzie Niemiec. Ojciec Olego wspomina o rozbudowanej infrastrukturze tramwajowej, można obstawiać Lipsk albo Drezno. Albo w ogóle nie obstawiać, bo nie szczegóły topograficzne są ważne w tej książce, a przynajmniej nie te związane z dzisiejszym życiem właściciela baru, w którym na przekór terrorowi unijnemu można swobodnie palić, można zjeść solankę, zagryźć rolmopsem, dostać kawę i pączka oraz zagrać w piłkarzyki, a nawet załapać się na seans w pornokinie. Ole kiedyś był na koncercie Die Toten Hozen w Pilznie. Gościł z rodzicami czeską rodzinę, a trudności w porozumieniu nieznanymi sobie językami zastępowało jedzenie i picie ku ogólnej uciesze. NRD we wspomnieniach Olego to czas wielu znaczących doświadczeń. Wtedy wraz z przyjacielem Frankiem założyli punkową kapelę Automat. Dwie płyty muzycznego prymitywizmu, kontestacja świata sprzed transformacji ustrojowej, dobra zabawa, niedostrzeganie granic ani absurdów pogranicznych, silne relacje i przede wszystkim czas, którego było w nadmiarze. Oto, co stanowi o przeszłości Olego, co ukonstytuowało jego tożsamość. Tymczasem czas nabrał tempa i dziś nie jest tak łaskawy. Dzisiaj Ole odmierza czas kolejnymi wypalanymi papierosami, łyka tabletki chroniące przed śmiercią, wspomina nieudane związki i przekonuje sam siebie, że można żyć bez kobiety u boku. Co więcej, może być wtedy bardzo OK, bo coś takiego jak szczęście z wieloma jego definicjami, w rozumieniu Olego nie istnieje.

„Koniec punku w Helsinkach” to dramatyczna rozprawa z tym, co robi z nami czas. Czas NRD? Proszę bardzo! „Wtedy czas nie miał żadnej wartości. Nie węgiel, chemia przemysłowa czy napakowani atleci, ale czas był przebojem eksportowym tego kraju. Tylko nikt go nie chciał, więc gromadził się, aż była go nieskończona i nieznośna ilość. Na życie, gadanie, zabawę, chlanie, jaranie, cięcie żył i przede wszystkim na planowanie tego, co nigdy nie mogło nastąpić”. Na to wszystko znajduje się miejsce w życiu niejakiej Nancy, której pamiętnik poznajemy równocześnie z losami Olego i jego przyjaciół, ciem barowych. Nancy żyje w Czechosłowacji, ale tak naprawdę nie czuje żadnego związku ze swoją ojczyzną. Jedyna piątka, jaka widnieje na jej świadectwie, to piątka z języka niemieckiego, bo on jest jej najbliższy, podobnie jak ukochany Helmut oraz wiara w siłę punka, nagrania Die Toten Hosen, Sex Pistols, a także spotkania z równie zacietrzewionymi na szarą rzeczywistość buntownikami. Nancy pisze swój dziennik w 1987 roku, konsekwentnie ignorując przecinki tak, jak ignoruje i ośmiesza wszystko to, co tak zwany ułożony świat czyni sensownym. Słuchana przez granicę Trójka daje Nancy wiarę w to, że wszystko może mieć sens, choć siedemnastoletnia punkówa żyje w świecie no future, gdzie czeka tylko nicość. Jej zapiski to sentymentalny powrót  do czasu, kiedy Ole również miał młodość, swobodę i dużo czasu. Wzajemne zależności między losami Nancy i Olego odkrywać będziemy stopniowo. Bo książka Rudiša to rozpisana na dwa głosy narracja o udręce upływu czasu, który zabiera wszystko, co wartościowe – ludzi, poglądy, muzykę i zakazy, jakie tak rozkosznie się łamało. Pozostawia jedynie wspomnienia. Gorzkie przede wszystkim. Wspomnienia o świecie, do którego już się nie wróci, ale który zatacza pewne koło, co dostrzeżemy, gdy poznamy działania nastoletniej córki Olego, do której ojciec nie jest już w stanie się zbliżyć.

Bar Helsinki ściąga barwne postacie. Takie, które rozważają o czasach minionych oraz o ich związku z tym, co jest teraz. Przeszłość Olego i Franka naznaczyła ich nieco inaczej. Frank cierpi na bezsenność, usiłuje skończyć swą historię powszechną (czymkolwiek ona jest), ma zapędy autodestrukcyjne i odnosi się wrażenie, iż rzeczywistość jest dla niego mocno opresyjna. Ole poradził sobie z upływem czasu inaczej. Być może jest teraz tylko pragmatyczną świnią, ale dzięki barowi i zdrowemu rozsądkowi trzyma się nieźle i nadal wierzy w to, iż upływ czasu nie jest aż tak bardzo okrutny. Olemu mocno pomaga Lena. To już inne pokolenie, inne widzenie świata. Lena pali papierosa tylko do połowy, bo jest przekonana, że substancje smoliste tkwią przy filtrze. Fotografuje martwe ptaki, wierząc, że zatrzymuje tym jakiś cenny czas i mści się za życia nad faktem, że nie sfotografuje siebie po śmierci. Lena potrafi być męcząca, ale jest też doskonałym słuchaczem. Ole nie może sobie przypomnieć, czy miał ją w łóżku, ale doskonale zdaje sobie sprawę, że jest to jedna z niewielu osób,  z jakimi można zapalić i szczerze pogadać. Teraz, kiedy nie ma już młodzieńczej beztroski, szaleństwa punku, lekkości bytu i poczucia, że świat należy do nas, a nie my do świata…

Rudiš konstruuje jeszcze wiele barwnych postaci. Oddaje hołd tym, którzy kiedyś żyli wiarą i ideami, spalając się w ogniu, a dzisiaj są martwi za życia, wbici w schematy i role społeczne; mogący bez problemu podróżować, kupować papier toaletowy i podpaski oraz słuchać ilości płyt, których nie jest się w stanie poznać za życia. Teraz jest, co się tylko chce mieć. W niemieckim mieście, w którym drąży się tunel, Ole i jego znajomi doświadczają obecności wszystkiego i mało radosnej konsumpcji kapitalizmu, który pożarł nie tylko socjalizm, ale przede wszystkim sporo ludzi, zdarzeń i poglądów. Bo tak naprawdę dramatyczna nie była zmiana systemu, nowy układ granic, a potem ich zanikanie. Najgorsze jest to, iż ludzie tacy jak Ole zagubieni są w teraźniejszości, albowiem jej w ogóle nie czują. Wspominają życie w wyraźnych konturach. Myślą o tym, że niebawem te kontury się zatrą i życie się skończy. Tymczasem „teraz” jest wielką pustką, w której na różne sposoby można wspominać przeszłość i wzmacniać się w swej samotności, bo to pozostało z czasów, o jakich nie pamiętają już młodzi.

To opowieść o czechosłowackiej tożsamości punka. O tym, że wszelkie rewolucje już za nami i żadnej nowej nie będzie. O tym, że buntować nie ma się już przeciw czemu, że bunt jest passé, że nie ma już racji bytu. To barwna książka o tym, co się utraciło i o trudach szukania radości w świecie powstałym po utracie. Symbolika przedmiotów, sytuacji i słów jest nad wyraz czytelna, dlatego też książka Rudiša z pewnością zainteresuje także tych, którzy w 1987 roku nie pili jodu, nie byli na koncercie Die Toten Hosen w Pilznie, nie znają życia w socjalizmie i nigdy nie poczują klimatu młodości Olego i całego pokolenia, które rozsypało się gdzieś oraz pogubiło choćby z tego prostego powodu, że nie było ich jeszcze na świecie.

To kolejna słodko – gorzka czeska książka o zapętleniu się w życiu. W jednym z opublikowanych omówień powieści pojawia się pytanie o to, dlaczego w Polsce nikt swoich pokoleniowych przeżyć nie jest w stanie opisać tak barwnie, z takim pazurem i w tak radosnym klimacie, choć o smutku traktującym. Rudiš udowadnia to, co wielu czeskich pisarzy udowodniło już wcześniej – potrafi złapać dystans sam do siebie, potrafi z dystansem spojrzeć na czeskość, jej wcześniejszą czechosłowackość i na fakt, że utraty w życiu są bolesne, ale ból można złagodzić ciepłem wspomnień. Mam wrażenie, iż w naszej rodzimej literaturze nie można ciepło pisać o rzeczach przygnębiających. Nie można odejść od łzawej martyrologii, dramatyzowania, nurzania się w traumach. A da się! „Koniec punku w Helsinkach” będzie wyborną lekturą dla współczesnych czterdziestolatków i równie wartościową poznawczo dla tych z młodszego pokolenia. Po prostu – czeskie klimaty, choć osadzone też w niemieckich realiach.

2013-07-08

"Czas młodego wilka" Jerzy Augustyn

Wydawca: Warszawska Firma Wydawnicza

Data wydania: 29 maja 2013

Liczba stron: 124

Oprawa: miękka

Cena det: 24 zł


Tytuł recenzji: Skowyt i żałość, czyli po co i dla kogo?

Sztuka pisania dobrych opowiadań ostatnio mocno kuleje. Na początku roku udowodniła to Agata Porczyńska swoją "Wadą wymowy". Teksty Porczyńskiej są jednak literackim majstersztykiem w porównaniu z broszurą Jerzego Augustyna, którą trudno nazwać po prostu książką. Autor bajki „Dzieci króla Nikodema” wydanej przed trzema laty tym razem chce pokazać, że pisząc o świecie dorosłych, daleko mu do bajkowości. Obawiam się, że „Czasowi młodego wilka” daleko do jakiejkolwiek konwencji. To zbiór ośmiu opowiastek o urodzie gimnazjalnego płodu wysyłanego na jakiś dzielnicowy konkurs literacki. Styl pisarza i to, czym się zajął, obraża inteligencję czytelnika. To nie jest żadna złośliwość czy sarkazm; ten zbiorek nie powinien nigdy się ukazać, ale skoro mamy go na księgarnianych półkach, wypada jedynie przed nim przestrzec.

Językowo i kompozycyjnie teksty Augustyna po prostu leżą. Jak tytułowy cwaniak z rozpoczynającego zbiór tekstu. To ćpun, malwersant, oszust i szmugler towaru treści różnorakiej – od aut przez komputery po… indyki. Umawia się z kilkoma kobietami jednocześnie, za nic ma normy społeczne, jest buntownikiem dla samego buntu bez żadnej określonej ideologii. Los wystawia mu rachunek za jego złe życie, przed którym ma jeszcze szansę się uchronić, ale po prostu ją przegapia. I tak będzie w kolejnych opowiadaniach. Zanurzeni w bagnie rzeczywistości bohaterowie stają przed możliwością odmiany losu. Nie korzystają z niej jednak, a niektórzy nie są w stanie nawet ocenić tego, jak bardzo zapętlili się w życiu i ile zła tkwi w nich samych, dzielących się tym złem z otoczeniem.

Komiksowe wręcz zwroty akcji u Augustyna sztampą i banałem doprowadzają do bólu zębów. To historie, które każdy zna i niewielu ma ochotę o nich czytać. Co może być interesującego w opisie życia korporacyjnych szczurów, które nawzajem się wygryzają, bezkompromisowo idąc wciąż do przodu, ku celom wyznaczonym przez urojone przez nich pragnienia o wygodnym i dostatnim życiu? Co jest ciekawego w barowej opowieści podpitego mężczyzny, który zakochał się  w pewnej piękności z hiszpańskim temperamentem, a potem zrozumiał, że ona zakochała się bardziej w zawartości jego portfela? Czy może zająć uwagę historia o złych gliniarzach, jacy są na tyle skorumpowani, iż warci tego samego, co przesłuchiwany przez nich oprych? Co da nam opowieść o alkoholiku z dyplomem magistra politologii, którego żywot można by określić od biedy mianem „homo lumpus”, bo to człowiek zdegradowany przede wszystkim na własne życzenie?

Ostatni tekst zbioru może wydać się interesujący, ale opowieść o młodszym bracie, którego dobroć ratuje od śmierci zdegenerowanego starszego, trąci tak wielkim dydaktyzmem i ckliwością, że po prostu otwiera się oczy szerzej ze zdziwienia, iż takie narracje po prostu się teraz wydaje. Myślę, iż dobrze by się stało, gdyby autor porozdawał te teksty członkom rodziny, którym je dedykował i nie zmuszał czytelników do irytacji, a korektorki tekstu do przyśnięcia nad nim, czego dowodem są przecinki pojawiające się tam, gdzie same chcą i liczne literówki, które kompromitują nie tylko banalność przekazu, co wskazują na niekompetencje edytorskie, bo tak niechlujnie wydanej książki po prostu czytać się nie da.

Jerzy Augustyn stworzył naiwne narracje, przy których mamy zastanowić się nad kondycją współczesnego świata. Myślę, że to dobry przykład do snucia rozważań na temat tego, jak wygląda współczesna literatura polska. Nie tak jak „Czas młodego wilka” – chce się zawyć do księżyca i błagać los o to, by nie potknąć się o kolejną tego typu książkę. Obawiam się, że chęć przekazania – w jakiejkolwiek formie – swoich doświadczeń życiowych to nieco za mało, by podjąć się wydania książki. Augustyn dotyka problemów, które zapewne są lub były mu bliskie. Jego teksty to dowód na to, że uważnie przygląda się światu, w którym coraz więcej zła i obojętności na ludzką niedolę. Czy jednak spostrzeżenia, jakie mamy wszyscy i wnioski, do jakich dochodzimy podczas piknikowego zwolnienia mózgu z myślenia muszą być koniecznie powodem, by pisać i wydawać? Myślę, że o ile z tym drugim wielu nie ma problemów – o czym świadczy przykład Jerzego Augustyna - o tyle to pierwsze trzeba po prostu umieć robić. A autor tych ośmiu opowiadań najprawdopodobniej był i jest przekonany, że pisać potrafi. I nie rozumie, iż jest w błędzie.

Trudno doprawdy orzec, czy jego bohaterom mamy współczuć, śmiać się z nich czy żałować sytuacji, w jakich się znaleźli. Trudno jest mi się dopatrzeć choćby jednego odkrywczego, oryginalnego i niepowtarzalnego wniosku, do jakiego dojść można podczas lektury tych nieco ponad stu stron. To nie jest tak, że opowiadanie napisać każdy może – jeden lepiej, drugi gorzej. Tym bardziej, kiedy porusza tematy wykorzystane już wcześniej setki razy, w związku z tym – choć może i ważkie – wzruszające o tyle, o ile można zostać poruszonym kaleką składnią, ubogim słownictwem i nieudolnymi próbami tworzenia napięcia tam, gdzie chichot tylko i zdumienie pojawić się może jako przejaw tego, iż zdania, słowa i znaki interpunkcyjne (sic!) postawić można koło siebie w tak niewyobrażalnie bolesnych połączeniach.

„Czas młodego wilka” to książka banalna, boleśnie uwierająca prostotą i brakiem wyczucia momentu, w którym ckliwe opowieści stają się literacką papką. Można tutaj szukać jakiejś przewrotności, zastanawiać się nad brakiem odautorskiego komentarza do przygnębiających zdarzeń, jakie mają udowodnić, iż człowiek człowiekowi wilkiem, ale napisał o tym ten, któremu choćby do kunsztu Edwarda Stachury daleko. Bardzo daleko. Niczego nie zmieni ani uważne, ani też pobieżne przeczytanie tej książki. Nie pomogą nawet mniej lub bardziej drapieżne obrazki, które wzbogacają treść i dają nadzieję, że po zakupie tej pozycji będzie można przynajmniej pooglądać coś między kartkami zapełnionymi grafomanią.

Przykro to stwierdzać – bo być może autor nie ma tej świadomości – ale świat literacki jest równie bezkompromisowy i okrutny jak rzeczywistość,  w jakiej muszą funkcjonować bohaterowie „Czasu młodego wilka”. Mniej bolesne jego odczuwanie ma miejsce wówczas, kiedy rozumie się cel swego pisania i ma wypracowaną jakąś jego technikę. Można podejrzeć u innych, opowiadań wydaje się w bród. Augustyn prawdopodobnie nikogo nie podglądał i uznał, że jego smutne narracje to jedyna słuszna, prawdziwa i odkrywcza wykładnia świata, w którym trzeba walczyć jak wilk. Raz jeszcze pokreślę, że tego typu nieumiejętne próby udowodnienia swego literackiego „talentu” wymagają bezwzględnej krytyki i ostrzeżenia. Każdy ma swoje przeżycia i każdy ma poglądy – mniej lub bardziej optymistyczne – kiedy przygląda się życiu. Nie każdy robi z tego literaturę, bo większość po prostu nie potrafi. Naprawdę dziwię się tym, którzy nie potrafią, ale dzielnie wzmacniają w sobie parcie na druk i chęć udowodnienia innym, że czarne jest białe, a oni są literatami. Najboleśniej braki wyraża się właśnie w opowiadaniach. Takich, które zapomina się szybko, choć w rzeczy samej mówią o sprawach, o jakich zapomnieć nie sposób.

2013-07-07

"Wąsy" Emmanuel Carrère

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 6 czerwca 2013

Liczba stron: 209

Tłumacz: Magdalena Kamińska-Maurugeon

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł


Tytuł recenzji: Bo nasze myśli nie są rzeczywistością?

Świat przedstawiony tej powieści rozstraja się, niebezpiecznie załamuje; pojawiają się w nim coraz to nowe niespójności, coraz trudniejsze pytania, na które brak odpowiedzi. Do czego doprowadzi sytuacja kwestionowania normy i oczywistości oraz co się stanie, kiedy wszystko, co normatywne, stanie się nieopisywalne i niewyrażalne w słowach? Tu pojawia się problem interpretacyjny, bo „Wąsy” przypominają chwilami poetykę marzenia sennego, a właściwie koszmaru, z jakiego nie można się wybudzić. W tej poetyce autor pisze o sprawach wyraźnie przebadanych przez psychologię, psychiatrę, a zwłaszcza psychoanalizę. To kwestie oparte na dowodach, badaniach naukowych, analizie konkretnych przypadków zachowań. A zachowania głównego bohatera debiutanckiej powieści Emmanuela Carrère’a same w sobie mogłyby być początkiem pasjonującej powieści o cierpieniu. Zbyt niejasna, zbyt delikatnie nakreślona jest tu granica między tym, co rzeczywiste i możliwe do przeżycia, a rojeniami, które z rzeczywistym przeżywaniem opresyjnego świata wokół niewiele mają tu do czynienia. Stąd też moje wahanie, by nazwać „Wąsy” książką naprawdę dobrą. Autor niewątpliwie umiał wykorzystać prosty pomysł na zawikłaną fabułę, której końca nie możemy przewidzieć. Tyle tylko, iż ta narracja opowiadająca przecież o procesie autodestrukcji jest autodestrukcyjna dla siebie samej. Pisanie autora to trochę taki wąż, który zjada swój ogon. Mocne, wyraziste i skłania do wytężonej uwagi, ale… czy faktycznie nie prezentuje się lepiej jako scenariusz do filmowego thrillera, na co sam autor wpadł być może po dwudziestu latach? Na co wpadł wydawca, proponując nam teraz tę książkę – trudno mi powiedzieć…         

Całość tekstu na stronie artPapieru    

2013-07-04

"Ostatni wyścig" Jean Hatzfeld

Wydawca: Czarne


Data wydania: 20 czerwca 2013

Liczba stron: 192

Tłumacz: Małgorzata Kozłowska


Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Niepotrzebny nikomu…

Co znaczy Afrykanin, któremu – w każdym możliwym sensie – powinęła się noga? Jean Hatzfeld, autor "Strategii antylop", tym razem pochyli się nad innym niż ludobójstwo afrykańskim problemem. To problem wypadnięcia z gry prowadzonej przez cywilizowany świat, przez majętnych białych, przez silnie kreujące rzeczywistość media; przez wszystko to, od czego czarny człowiek najchętniej ucieka. Tak jak Ayanleh Makeda, etiopski maratończyk, dla którego bieganie było swoistą filozofią, a któremu odebrano los i zastąpiono innym, co przyjął z pokorą i zniknął z życia publicznego.

Hatzfeld w swym fabularyzowanym dokumencie dotknie wielu istotnych problemów współczesności. Wychodząc od nieszczęśliwego przypadku, w wyniku którego Makeda został zdeprecjonowany jako sportowiec nie grający fair, francuski pisarz przechodzi do diagnozy współczesności, jaka nie radzi sobie z nadmiarem bohaterów; tak szybko wynosi ich na piedestał, jak szybko zeń strąca. Najłatwiej zabawić się w ten sposób z czarnoskórym biegaczem. Dlaczego? „My, Afrykanie, boimy się kar wymierzanych przez białych”. Tak mówi bohater „Ostatniego wyścigu”. My, biali, boimy się siły, potencjału i nieprzewidywalności tych z Afryki. Dlatego czasami najlepiej wśród nich znaleźć kozła ofiarnego. Hatzfeld będzie starał się wyjaśnić, co tak naprawdę się wydarzyło wtedy, w Pekinie, kiedy w 2008 roku jakiś czas po spektakularnym zwycięstwie ogłoszono, że Ayanleh Makeda to maratończyk na dopingu.

Biegał z pasją. Codziennie wstawał o 4 rano i brał się za mordercze treningi. Mitologizował bieganie, bo opierał się na wierze w siłę przodków i zaufaniu do tego, co przekazali mu w genach. Makeda starał się pokonywać kolejne kilometry, ale także zwalczać wszelkie opory własnego ciała. Wypracował własny styl biegania. Mierzył się z przestrzenią, czasem i z samym sobą. To, że stał się medialną gwiazdą i znanym sportowcem, to zapewne splot wielu okoliczności, na jakie w pewnym momencie nie miał wpływu. Makeda mógłby swego czasu powiedzieć to, co wyznaje Murakami na kartach "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu". To taka prosta konkluzja – „biegam, więc jestem”. Kim jednak jest Ayanleh Makeda, kiedy francuski korespondent wojenny Frédéric spotyka go na pierwszej linii frontu, gdzieś na granicy Etopiii i Somalii, w pustynnym kurzu, z bronią mechaniczną na ramieniu i z trudnym do zrozumienia wyrazem twarzy? Okazuje się, że zaskakująco łatwo poddał się temu, co zgotował mu cywilizowany świat. Napiętnowany jako sportowiec na dopingu, szybko w Etiopii stracił całą wielkość. Bo to wstyd przyznawać się przed światem, że jakiś Etiopczyk jest nieuczciwym graczem. Ojczyzna Makedy szybko poradziła sobie z nierównością na idealnie światu prezentowanej wizji sportowego ducha, która sugeruje, że Afrykanin nie jest zdolny do oszustwa. Wytyczyła mu nowy los. Inny i całkiem odmienny. Kiedy Frédéric przygląda się komuś, kogo pozbawiono nie tyle zaszczytów i estymy, co możliwości robienia w życiu tego, czego pragnie, postanawia podjąć prywatne dziennikarskie śledztwo. Będzie starał się wyjaśnić, kto i kiedy strącił Makedę z piedestału, ale przede wszystkim zrozumieć, dlaczego biegacz z taką pokorą znosi fakt, iż nigdy nie będzie już mógł robić tego, co kocha…

Dziennikarz z „Ostatniego wyścigu” dociera do ludzi z otoczenia maratończyka. Rozmawia z jego żoną, z duchowym przewodnikiem; udaje mu się dotrzeć także do ówczesnej czeskiej fizjoterapeutki, która w Karlowych Warach zdradza Frédéricowi tajemnicę dnia, kiedy zwycięzca maratonu stał się za chwilę przegranym i kiedy w jego moczu odkryto niedozwolony środek o nazwie furosemid. Z czasem nie prywatne śledztwo dziennikarza wydaje się mieć znaczenie, lecz to, co mówią mu ci, dla których Makeda zawsze pozostanie kimś, kto pozostał czysty, choć świat zbrukał go, naznaczył stygmatem na wieczność. Usunąć za to można samego Makedę. Jeżeli nie w rzeczywistości, to można namieszać w wyobrażeniach rzeczywistości o nim. Dzisiaj nie ma już żadnych wyobrażeń. Kiedyś były podróże, poznawanie świata, smakowanie Paryża i bywanie tam, gdzie znani i cenieni witali przyjaźnie, łaskawie dopuszczając czarnoskórego biegacza z żoną do świata, gdzie bilet wstępu to czasem cena, jakiej wielu nie jest w stanie zapłacić, jeśli chcą żyć potem z czystym sumieniem.

Dramat opisany przez Hatzfelda to dramat człowieka odtrąconego bez słowa. Nikt właściwie nie starał się wyjaśnić afery dopingowej, w której sporo było znaków zapytania. Teraz zamieniają się one w odpowiedzi, ale niewiele z tym można zrobić. Dzisiaj sam Makeda żyje inaczej i nie chce powrotu do przeszłości. Pokorny, pogodzony z losem, wiecznie skryty i nie dający się do końca poznać. Poznajemy jego historię i na pewno zadajemy sobie pytanie o to, ilu takich zdolnych idealistów zniszczył świat, w którym nie liczy się ani talent ani też wiara w ideały… Ayanleh Makeda nigdy nie dbał o to, by było o nim głośno. Nie chciał osiągać sukcesu definiowanego miarą cywilizowanego świata. Nie dążył do doskonalenia za wszelką cenę, pokonania przeciwników za każdym razem, przy każdej biegowej rozgrywce. Był i pozostał pokorny. Jego historii nikt już nie opowie, bo on sam tego nie chce. Tymczasem Frédéric – dziennikarz subtelny, delikatny i bardzo dyskretny – próbuje zrozumieć coś, co wydaje się przecież oczywistością. Świat żądny jest bohaterów, ale takich łatwych, prostych do przyjęcia przez ogół, przewidywalnych i możliwych do sterowania. Świat nie lubi czarnoskórych maratończyków, którzy z lekkością wygrywają  i nie są skażeni showbiznesowym pojęciem o tym, co znaczy naprawdę wygrana. Makeda symbolizuje dramat tych, którzy poddają się niesprawiedliwości, bo nie wierzą, iż cokolwiek jest sprawiedliwe. Zwłaszcza w innym świecie, świecie bogatym, przepełnionym zależnościami i fałszywymi uśmiechami białych, co potrafią zniszczyć, nadal się uśmiechając.

Jean Hazfeld ponownie udowadnia, iż widzi więcej i więcej rozumie. Dla jego rodaków, dla Europejczyków w ogóle, Afryka to wciąż czarny (sic!) punkt na mapie świata, w którym dzieją się rzeczy niewyobrażalne i niezrozumiałe. Tyle tylko, że dzieją się one często w związku z tym, iż niewyobrażalnie dużo zła przenosi się tam, gdzie jego wykładnia jest już inna. Wina i kara w historii Makedy nabierają nowych, nieznośnie niejasnych znaczeń. „Ostatni wyścig” to historia wielkiej przegranej, ale jednocześnie ogromnej siły, dzięki której można przegrać z wdziękiem. Nawet wtedy, gdy ośmieszają, choć niczego nie rozumieją.

2013-07-01

"Joyland" Stephen King

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 5 czerwca 2013

Liczba stron: 336

Tłumacz: Tomasz Wilusz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 35,90 zł


Tytuł recenzji: Rok 1973, zabójstwo, duchy i doświadczenie

Tak, czytam Stephena Kinga, ale o nim nie piszę. Przemycam sobie jego książki od lat między egzemplarzami, które chcę omówić. Po co pisać o Kingu? Przecież jego wielbiciele kupią każdą kolejną książkę w ciemno, choć wszyscy doskonale wiedzą, jak nierówny to pisarz i jak zaskoczyć – także negatywnie – potrafi. Druga grupa odbiorców, którzy nie będą się kierować żadnymi recenzjami, to wszyscy ci wcześniej czy później trafiający na ekranizacje jego książek. Odbiorcom, którzy wiedzą, że Król jest jeden, żadne omówienia nie są potrzebne. Ci, którzy gdzieś po drodze sięgną po jego książkę, sami zdecydują, czy warto otwierać kilkanaście kolejnych. Dlaczego zatem zdecydowałem się napisać o najnowszej powieści, „Joyland”? Powodów jest kilka, ale podam tylko dwa.

Po pierwsze, sezon ogórkowy i letni czas kusi, by zaglądać do książek, do jakich może by się nie zaglądało. To dobry czas, by polecić nowego Kinga, bo akcja powieści rozgrywa się w lecie, więc odbiór książki akurat teraz, kilka chwil po wydaniu, może być liczniejszy, bardziej dogłębny. Po drugie i ostatnie, bo w tym zawiera się cała moja intencja krytyczna, „Joyland” to doskonale skrojona opowieść realistyczna, obyczajowa i psychologiczna po trosze. To taki King, którego nie wszyscy znają. Taki, co to chce poruszyć nie wyobraźnią, lecz sercem. Tworząc realistyczną i wielowątkową opowieść o inicjacji życiowej, o trudnych wyborach, o godzeniu się ze stratą i odejściem oraz o oswajaniu śmierci, Stephen King naturalnie wplecie doń intrygę kryminalną, elementy horroru czy mroczne postacie z zaświatów.

Chcę jednak spojrzeć na „Joyland” jako na książkę, która mogłaby służyć nie tylko za dobry materiał na kursach kreatywnego pisania, ale przede wszystkim jako na opowieść blisko życia, blisko prawd i objawień nazywanych często truizmami, a przecież tak ważnych dla naszego rozwoju. King w opowieści o skrzywdzonym 21-latku, który pracując w parku rozrywki gdzieś w Karolinie Północnej, próbuje zapomnieć o nieszczęśliwej miłości i dziewczynie, jaka skrzywdziła go w sposób najbanalniejszy z możliwych, stara się odtworzyć nie tylko czas, jaki zapisuje się w pamięci wiekowego już narratora, co wskazać istotną rolę przeżyć krańcowych; tych, co odmieniają nasz świat i nasze spojrzenie na własne życie. Devin Jones przeżył w 1973 roku taki moment. Pozornie nic w nim nie ma ciekawego, bo po prostu stara się wyleczyć z nieszczęśliwej miłości i odkrywa piękno miejsca, w którym sprzedaje się zabawę. Nie dzieje się nic spektakularnego, a jednak coś niezwykle ważnego. King jak mało kto potrafi opisać czas przemiany, wpleść w swoją historię wiele mrocznych wątków, zadziwić plastycznym opisem bohaterów i kierować naszą uwagą tak, by wciąż nie było wiadomo, co w tej historii jest naprawdę najistotniejsze.

Autor już na wstępie zaznacza, że będzie to opowieść o pierwszym złamanym sercu i o tym, że rana pozostaje na całe życie, choć wspomnienia blakną, a ich opisanie jest po latach diabelnie trudne. Narrator zwraca uwagę na to, iż nie da się stworzyć dokumentalnej historii przeżyć i doznań pamiętnego lata i jesieni 1973 bez rozmycia pewnych granic. Jak wspomina - „Kiedy mowa jest o przeszłości, każdy pisze fikcję”. Mamy zatem wspomnienia i mamy fikcję w różnym znaczeniu tego słowa. Najważniejsze jest jednak, że to nam King pozostawia decyzję o tym, by zdecydować, co w „Joyland” może być prawdą, a co zmyśleniem.

A rzecz rozpoczyna się w momencie, kiedy Devin Jones podejmuje pracę w miejscu, gdzie rozrywka stanowi rzecz najważniejszą i gdzie trzeba rozrywkę zapewnić możliwie największej grupie zwiedzających. Tytułowy Joyland to miejsce, w którym młody student college’u pozna postacie co najmniej oryginalne. Poczynając od charyzmatycznego właściciela, pana Easterbrooka, który jako jeden z pierwszych dostrzega możliwości i umiejętności Deva, kończąc na Rozzie Gold vel madame Fortuna, żydowskiej jasnowidzącej, która już na wstępie poinformuje Jonesa, że skrywa się on w cieniu, jakiego znaczenia dopiero się domyśli…

Dev wraz Tomem i Erin podejmują się pracy, w której każdy żółtodziób rzucony jest na głęboką wodę, dzięki czemu jest w stanie się przekonać, czy potrafi podołać licznym obowiązkom. Jest ich wiele, bo park rozrywki w sezonie letnim przepełniony jest gawiedzią, która szuka przyjemności, zabawy i ucieczki od udręk palącego słońca, a ono daje się we znaki szczególnie tym pracownikom parku, którzy muszą w lecie ubierać futro… Nietrudno zgadnąć, kto będzie się pod nim krył najczęściej. Trudniej jednak zrozumieć motywy pewnego zabójcy. Kiedyś poderżnął gardło młodej dziewczynie, gdy oboje wjeżdżali do Strasznego Dworu, by potem wyjechać z niego tylko bez Lindy… Kryminalna zagadka stanowi jedynie iskrzące tajemnicą tło do momentu, kiedy kończy się sezon i gdy na Joyland oraz jego tajemnice można spojrzeć z innej strony, a uczyni do Dev, który postanawia nie wracać na uczelnię i wspomnień o Wendy, lecz pozostać w Heaven’s Bay. Musi się zdystansować od trosk, które czekałyby go tam, gdzie został oszukany, porzucony. Okaże się, że ta decyzja zaważy mocno na jego dotychczasowym życiu. Pozna ludzi i historie, które pomogą mu zapomnieć o męczącej wciąż przeszłości. Nauczy się pokory, ale przede wszystkim przeżyje pierwszą inicjację seksualną, spotka na swej drodze ducha albo usłyszy o dwóch, uratuje komuś życie, by zaraz potem być świadkiem niezawinionej oraz w pełni zasłużonej (?) śmierci. Zrewiduje swoje poglądy na to, czym jest przyjaźń, bliskość, siła życiowa i przywiązanie do życia. Nauczy się latem 1973 tak wiele, jak chyba nigdy w swym dalszym, czterdziestoletnim życiu…

Stephen King gra na dość czułych strunach. W zagadkę rytualnych morderstw młodych dziewcząt wplata poruszającą opowieść o dziecku chorym na dystrofię mięśni. Manipuluje czytelnikiem i – jak wspomniałem – jego uwagą, która nie może skupić się na jednym wątku. Dev poznaje na swej drodze ludzi, dla których nigdy pewnie by nie zaistniał jako przykładny student anglistyki ze Wschodniego Wybrzeża, ale którym potrafi ratować życie oraz tego życia się uczyć, słuchając, dotykając, smakując, czując…

„Joyland” to nie tylko obyczajowa historia o dojrzewaniu z kryminalną nutą i wszystkim tym, co u zwolenników książek Kinga z pogranicza fantastyki jest jedynie w śladowych ilościach. To bardzo oszczędnymi środkami spisana historia młodego chłopaka, który staje się mężczyzną, konfrontując z doświadczeniami, jakie zmieniają jego samego i w znacznym stopniu tych, których spotyka na swojej drodze. To książka stonowana, sentymentalna trochę, naiwnie chwilami prostolinijna. Niemniej warta poznania nie tylko w lecie, bo nie tylko wtedy można sprzedać wielu ludziom zabawę.

Stephen King nie będzie bawić, bo zmusza do refleksji. Poważniejszych niż te, które wywołuje podczas lektur swych książek, ożywiając nieżywych i snując opowieści grozy. Groza w „Joyland” to groza doświadczeń życiowych. Nowych, trudnych, niejasnych wtedy, w 1973 roku, a zrozumiałych czterdzieści lat później. Świetna książka nie tylko na lato i nie tylko dla tych, którzy Kinga jeszcze nie czytali. Doskonały przykład tego, jak za pomocą prostych środków wyrazu, zaprezentować naprawdę świetną „story”. Przecież doświadczony autor nie mozolił się zbytnio, by napisać swą entą narrację. Pokazał, jak to zrobić, by w czymś mało skomplikowanym zawrzeć co najmniej dwuznaczne przesłanie, naukę i klimat nie do podrobienia przez innych. Tak, Król jest jeden i wiem to od dawna, ale dopiero teraz postanowiłem o tym napisać.

2013-06-29

"Chuliganka" Izabela Jung

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 5 czerwca 2013

Liczba stron: 286

Oprawa: miękka

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Mogło iskrzyć naprawdę…

Dzisiaj, kiedy książki piszą i wydają z powodzeniem wszyscy znani z tego, że są znani, nic nie stoi na przeszkodzie, aby psycholożka z wdzięcznym środowiskowo nazwiskiem Jung napisała swoją debiutancką powieść. O ile od piszących celebrytów nie wymaga się generalnie niczego, bo każdy akapit bzdur pochłaniać będą wpatrzone weń masy, o tyle etykietowanie się na okładce i wskazywanie zacnej profesji wymaga, by ten debiut był w jakiś sposób pogłębiony psychologicznie. A „Chuliganka” taka nie jest. Izabela Jung – mimo ciekawej fabuły i dość oryginalnego ujęcia romansu przeciwieństw oraz jego konsekwencji dla obu stron – marnuje potencjał ciekawej opowieści, wiele kwestii trywializując, wiele ledwie sygnalizując, zbyt wiele po prostu pomijając i czyniąc z tej książki dobry produkt marketingowy. Taki, który nieźle się sprzeda, uszczuplając portfele czytelniczek żądnych mocnych wrażeń i dowodu na to, że są dzikimi kotkami nieprzewidywalnymi w swych zachowaniach, bo wystarczy im się utożsamić z dzielnie walczącą o uczucia bohaterką, która nie liczy się z zasadami, konwenansami i jedynie czuje. Czuje wiele, a informuje w kółko o tym samym.

„Chuliganka” to książka z prozaicznym początkiem i końcem, który nie wie, kiedy wreszcie dać wytchnienie ostatnią kropką. To mogłaby być świetna opowieść o zderzeniu płciowości, kultur, o rolach kobiecości i męskości oraz o tożsamości seksualnej i odszukiwaniu porozumienia między granicami oraz językami. Otrzymujemy jedynie nieco psychologizowany romans z nutką egzystencjalnych przemyśleń o roli przypadku oraz utraty kontroli nad zdrowym rozsądkiem.

Ewa – prawie że w biblijnym znaczeniu, bo żona Adama – to taka prakobieta w nowoczesności. Dotychczas żyła wedle zasad, jakie wytycza codzienność. Mąż jest dobrą partią, praca przynosi profity, rodzą się dzieci, dwójka dokładnie, do tego dom, samochód, zobowiązania i … przedłużający się remont poddasza, dzięki któremu, a może przez który nasza feministyczna wojowniczka Ewa wpadnie po uszy i zakocha się miłością, jakiej jeszcze nie zaznała. Naprawdę bez ironii określam tę postać mianem pierwotnej siły kobiecości, jaką zmodyfikował czas, gdy kobiecość wyzwolona szuka swoich nowych definicji. Ewa zajmowała się pracą, która była dochodowa, ale nie dawała jej spełnienia, poczucia sensu wykonywanego zajęcia. Podobnie jest z wieloletnim związkiem. Adam jest męskim filarem, który zapewnia poczucie bezpieczeństwa, ale jednocześnie jego męskość jest kwestionowana. Stygmatem ma być artystyczna dusza, zamiłowanie do markowej bielizny i fakt, że Adam jest wciąż nieobecny, znajduje się stale obok; nie rozumie i nie chce zrozumieć potrzeb – także seksualnych – swojej partnerki, która jako kobieta nowoczesna poszła na duży kompromis, rodząc mu dwóch potomków i podporządkowując się przewidywalnemu rytmowi małżeńskiego żywota w dostatku i bezpieczeństwie.

Ale Ewa pragnie nie tyle miłości, co męskości pod prawdziwą postacią. Takiej dzikiej, spoconej, brudnej i nie baczącej na konwenanse. Szalonej i dominującej. Adamowa męskość jest w stanie uwiądu i to stanowi dla Ewy, wciąż czującej się młodą i atrakcyjną, źródło wyraźnej opresji. Nagromadzone napięcie nienasyconej kobiety z emocjami ledwie skrywanymi przed mężem pomoże rozładować dziesięć lat od niej młodszy czeczeński robotnik, który najpierw z wielkim zapałem dba o gładkość ścian i glazury, by potem poddać zabiegom pielęgnacyjnym rozkochaną w nim kobietę, która kocha… tak naprawdę swoje wyobrażenia o Zeliamie Ismanowie, niczego o nim naprawdę nie wiedząc. Czy można wierzyć, że będzie chciała wiedzieć, skoro myli Czeczenię z Macedonią, a dramat dwóch wojen i okrucieństwa życia w kaukaskiej republice niszczonej przez Rosjan zna jedynie dzięki kilku chwytliwym i krwawym fotografiom wyszukanym w Internecie? Czy naprawdę słucha jego dramatycznych opowieści, skupiona na sobie, swoich emocjach, pragnieniach dzikich rozkoszy seksualnych i egoistycznej chęci spełnienia w uczuciu, które – tego jest pewna – przyszło nagle, lecz jest najgorętsze i najżarliwsze?

Autorka być może przez napisaniem tej powieści przeczytała (albo nie) lamentacyjną książkę Germana Sadułajewa "Jestem Czeczenem". Jej Zeliem daleki jest w swych wyznaniach od bohatera tejże powieści, ale łączy ich zapewne jedno. Trudno Czeczenowi wyrazić siebie, skoro nie jest pewien, kim naprawdę jest. Zeliem kusi zagadkowością. Opowiada Ewie o silnej więzi z rodziną, głównie z matką. Czeczeńska kobieta ma urodzić wiele dzieci i w miłości do ojczyzny udowadniać siłę swej reprodukcji, by kolejnych potomków posyłać na nieustającą wojnę. Zeliem wspomina przeszłość, w której rytualnie wręcz zmuszono go do małżeństwa. Ten czas, kiedy musiał pokazać wszem wobec, że jest dzielny, dziki i zdeterminowany, by bronić honoru – swojego i będącej w ciągłej opresji ojczyzny. Bohater Jung jest mocno zgaszony kobietą u swego boku, która łamie obyczajowe tabu i nie wydaje się być kimś, kogo Czeczenia, liczna rodzina i Koran wydają się wskazywać jako życiową partnerkę. To on nazywa Ewę tak, jak nie nazwał jej nikt jeszcze i on deklaruje siłę, która potem będzie w nim gasnąć. „Ty jesteś chuliganka, ale ja sobie z tobą dobrze dam radę, nawet nie będziesz wiedziała jak”. Rozwoju wydarzeń zapatrzona w swą miłość do egzotycznego samca Ewa nie będzie w stanie przewidzieć, a przystojny Czeczen stanie się boleśnie oddalającym się obiektem fantazji i pragnień, których nie da się zrealizować nie tylko dlatego, że geograficznie i mentalnie dzieli kochanków duża odległość.

Zeliem nie daje się wyrwać ze swojego kontekstu, choć Ewa usilnie nad tym pracuje. Jung przedstawia historię dwóch różnych miłosnych żarów. Zeliem stara się swe uczucia racjonalizować. Ewa zdrowy rozsądek porzuca, bo ważne jest emocjonalne spalanie się; nieistotne, że jego dowodem są schadzki w krzakach i dziki seks w samochodzie – wyznaczniki bynajmniej nie dojrzałej miłości. Widać wyraźnie, że to mogłaby być ciekawa historia zdobywania męskości będącej wyzwaniem. Opowieść o konfrontacji różnych modelowo ról, jakie przyjmuje kobieta i mężczyzna w związku. To mogłaby być oryginalna historia płomiennego romansu, w jakim spalą się kochankowie tylko po to, by potem naprawdę przejrzeć na oczy i zobaczyć siebie w innym świetle. Niestety, wyszła nam w „Chuligance” ocierająca się o banał i pretensjonalność narracja. Bez psychologicznego pogłębienia, którego można byłoby się spodziewać po Izabeli Jung. Cóż, być może lepiej wychodzi jej nurkowanie i taniec, bo o tym dowiadujemy się na okładce. Szkoda że nie zanurkowała głębiej w dość specyficzną historię zderzeń płci i kultur. Szkoda że nie zatańczyła tego tańca miłości i rozczarowania naprawdę, dając nam popis płytkiego dosyć potraktowania naprawdę złożonej problematyki, czyli dawkę tego, co obserwujemy w telewizyjnym programie, w którym tańczą znani z tego, że są znani.

Myślę, że wystarczyłoby poobserwować, popytać mieszane małżeństwa o początki ich związków. Uważniej prześledzić informacje o samej Czeczenii i narodowych dramatach, jakie rzutują na pojęcie męskości i kobiecości w tym kraju. Można było dać tej książce nieco oryginalnej świeżości. Jung pogrzebała świetny pomysł miałką i mocno przewidywalną fabułą. Wtłoczyła książkę mogącą być psychologicznym dramatem w nurt lekkiego i przyjemnego chick-litu. Szkoda.

2013-06-24

"Godzina szakala" Bernhard Jaumann

Wydawca: Czarne

Data wydania: 18 czerwca 2013

Tłumacz: Alicja Rosenau

Liczba stron: 293

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł


Tytuł recenzji: Niepodległość z krwi, przeszłość w niej się nurza…


Co łączy bawarskiego pisarza z afrykańską Namibią, którą – jeżeli już – zwykle kojarzy się z Kalahari? Trudno powiedzieć, bo nie znam biografii Bernharda Jaumanna. Może przypadek, może kilka świadomych decyzji. Z tego połączenia otrzymujemy powieść kryminalną z tłem politycznym, mocno osadzoną w problematyce dojrzewającego do niepodległości państwa, które uzyskało ją w 1989 roku, a do dzisiaj nie jest w stanie się tym cieszyć. Namibijska państwowość zrodziła się z krwi; tej krwi, jaką nadal wielu ma na rękach, choć usilnie stara się ją zmyć. Jaumann nawiąże w swojej książce do rzeczywistego zdarzenia, kiedy to 12 września wspomnianego roku zamordowano charyzmatycznego adwokata Antona Lubowskiego, który bronił praw czarnoskórych, wchodząc z białymi w niejasne kontakty i wzbudzając kontrowersje w Namibii zarówno za życia, jak i po śmierci.

Autor swą intrygę kryminalną wyraźnie osadza w „tu i teraz” wolnej od niesprawiedliwości Namibii. Czy taka jest naprawdę? Znaczenie ma fakt, że w finałowej scenie zamachowiec ratuje siebie i pomnik ofiar walki o niepodległość głównie dzięki konfabulacjom. Jest ich wiele i dotyczą spraw sprzed 20 lat, nad którymi wielu – ze znanych sobie powodów – chce rozciągnąć zasłonę milczenia. W 1989 roku walczono o równe prawa białych i czarnoskórych w tym kraju. Główna bohaterka, policjantka Clemencia Garises, mieszka w Kataturze, dzielnicy nędzy i dowodzie na to, iż polityka segregacji rasowej jak działała przez laty, tak działa nadal. Biali i czarni żyją osobno, a demokratyczny ład umożliwia stwierdzenie, iż mają swój wspólny kraj. Wspólnota opiera się jednak na zależnościach. Walka z apartheidem i jej konsekwencje to wciąż żywa historia wielu krajów Afryki Południowej; nie tylko Namibii, ale także RPA i w mniejszym stopniu Lesotho czy Suazi. Jaumann opowiada o kraju absurdów, piętrzących się trudności i wiecznej nierówności, jakiej zaprzeczają jedynie pusto brzmiące hasła. Być może tylko one pozostały po społecznikach typu Lubowski. Być może czas, by opowiedzieć historię państwa, w którym policjantka musi odbyć fachowy staż w dalekiej Finlandii, zmagać się z piętnem niezawinionej śmierci matki, nad zagadką której nikt się nie pochyli oraz wyrastać z nędzy, jakiej żadną formą praworządności nie wyeliminuje…

Dzielnica Widhuku, Ludwigsdorf. W bogatych domach za drutami kolczastymi biali mieszkańcy miasta zbudowali swoje własne raje. Do jednego z nich wdziera się morderca. Padają strzały z Kałasznikowa, ofiara ginie na miejscu, zbrodnię widzi czternastoletnia córka Abrahama van Zyla, który umiera nieświadomy tego, iż jest dopiero jedną  kilku zaplanowanych ofiar. Bo morderca musi pozbawić życia je wszystkie. Wszyscy, którzy mają zginąć, związani są z wydarzeniami września 1989 roku. Każdy z nich, rasista i okrutnik, musi na swój sposób odpowiedzieć za śmierć Lubowskiego. Zabójca, były wojskowy, jest zdeterminowany i pełen nienawiści. Nie boi się niczego. Jest wysłannikiem śmierci. Kiedy na początku czyta się truizmy na jej temat, pojawia się obawa, iż może to być książka z niemiłosiernie wskazaną tezą. Nic bardziej mylnego. Śmierć ma tu wiele znaczeń. Umrzeć muszą ci, którzy odpowiadają za brutalne akty okrucieństwa i bezprawia, ale umierają też w sensie symbolicznym inni bohaterowie tej pasjonującej książki. Na trop zabójcy wpada wspomniana już Clemencia Garises. Czy uda jej się udaremnić plany kogoś, kto doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co robi i nie boi się konsekwencji swoich czynów?

Garises to barwna i egzotyczna dla nas postać. Czarnoskóry policjant w spódnicy? Proszę bardzo! Clemencia ma dyplom kryminalistyki i duże doświadczenie, jakie zdobywała w zimnej Finlandii; tam nauczyła się teorii, ale z namibijską praktyką bohaterka sama musi sobie dać radę i wcale nie przystaje ona do tego, czego uczono ją w Europie. Zawiadomienie o zabójstwie z Ludwigsdorf Garises otrzymuje z kilkugodzinnym opóźnieniem. Na miejscu spotyka się z dużą niechęcią rodziny zabitego. Nikt w jego domu nie ufa w umiejętności czarnoskórej policjantki. Ograniczone są jej możliwości i pozostaje naiwna wiara w to, że determinacją uzyska odpowiedź na mnożące się zagadki. Za chwilę bowiem kolejny trup spłonie w podpalonym na Kalahari samochodzie, a za jakiś czas sprawa wyjdzie poza granice Namibii, mocno wiążąc się z jej przeszłością.

Co jest w tej Namibii prawem, a co bezprawiem? Czy w obliczu zdarzeń, jakie opisuje Jaumann, można na chwilę uwierzyć, że czyjeś okrucieństwo nie zasługuje na pogardę? Jak domagać się sprawiedliwości, kiedy młodziutki czarnoskóry chłopiec jest przekonany, iż jego baas z farmy jest poza prawem i nie można go zaaresztować? Jak do tego wszystkiego ma się tytułowe zwierzę oraz nawiedzające Clemencię żółte i dzikie oczy bulteriera? Intryga rozwija się wartko, choć w wyraźnej funkcji retardacyjnej widzimy (czytamy właściwie) zeznania sądowe, których jasność dotrze do nas dopiero po poznaniu całej książki. Jaumann opisuje świat, do którego daleko jest jego rodakom, nie tylko w sensie geograficznym. W tej książce cała cierpiąca Namibia wydaje się czekać na deszcz. Narastające napięcie idzie bowiem w parze ze zmianą warunków atmosferycznych. Podczas czytania pierwszych stron lepimy się od styczniowego afrykańskiego upału. Czy późniejsze zdarzenia przyniosą katharsis, pozwolą komukolwiek zaznać ulgi, zmienią coś w postrzeganiu tego, co było i położyło się cieniem na rosnącej w sile państwowości kalekiej Namibii?

Myślę, że warto poznać „Godzinę szakala” nie tylko dlatego, iż jest to barwny kryminał (główna bohaterka i jej liczna rodzina to jedyny komizm, jaki można wykrzesać z tego smutnego reportażu o smutnym kraju). To przede wszystkim książka o zniewoleniu, w jakim nadal się tkwi, bo nie rozumie się istoty niepodległości. To też opowieść o niepodległości wywalczonej krwią, która wciąż się leje. O świecie, jaki zapomniał już o zmarłych, pospiesznie tylko numerując ich groby na cmentarzu, bo żywi muszą zająć się sobą i nie mają czasu wspominać.

Jaumann wspomina, przestrzega i kategoryzuje. Ścieżek interpretacyjnych tej barwnej opowieści kryminalnej jest naprawdę wiele. To ważne, że w takiego typu książce znajdziemy dużo więcej niż tylko mroczną intrygę, zdeterminowaną policjantkę i kłody, jakie rzuca jej pod nogi smutna rzeczywistość. „Godzina szakala” to świadectwo. Specyficzne świadectwo tego, iż przeszłość Namibii wciąż jest nierozliczona i coraz mniej jest tych, którzy chcą ją rozliczyć.