2016-04-06

"Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy" Beata Szady

Wydawca: Czarne

Data wydania: 9 marca 2016

Liczba stron: 176

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Oblicza niedostatku

Ten reportaż wyrasta z trudnej bliskości z miastem. Peruwiańska stolica portretowana jest punktowo i dokładnie w tych miejscach, gdzie ludzie najchętniej odwracają wzrok. Beata Szady opowiada o młodych limańczykach w bolesnej bliskości z bezwzględnością ulicy. Prezentuje tożsamości bez dokumentów – o nie trzeba się starać, a jakiekolwiek starania ograniczają się do zaspokojenia potrzeb żołądka lub chęci zdobycia substancji odurzających. To właśnie Szady dokumentuje te życiorysy, których nie obejmuje oficjalna nomenklatura. Przygląda się ludziom spoza ewidencji ludności. Także dzielnicom będącym niechlubnymi wizytówkami Limy. Miasta, które jest Beacie Szady bliskie, ale rozwija się w taki sposób, że nie ma za co go lubić. Problem tego reportażu polega na tym, że autorka opisuje dość oczywiste mechanizmy kierujące ludźmi, którym niedogodności bytu określają świadomość. Szady nie wychodzi poza zdiagnozowanie problemu dzieci ulicy, podkreślenia kwestii socjalnych zaniedbań i zaznaczenia form nierówności, które powodują rozrost dzielnic biedy. Opowiada o chłopcach, którzy wciąż na nowo wybierają patologiczne przyzwyczajenia. Kreśli obraz syzyfowej pracy, jaką wykonują peruwiańskie organizacje pożytku społecznego, i wskazuje kontekst problemu, czyli osadza limskie niedostatki w południowoamerykańskim tyglu przemian gospodarczych, których produktem ubocznym i końcowym jest wzrost miejsc, gdzie godność ludzką depcze trudna rzeczywistość. To całkiem sporo jak na reportaż, ale brak w tym wszystkim jakiejś kluczowej oryginalnej lub zastanawiającej tezy.

Warto jednak poznać tę książkę. Istotna jest jej forma – krótkie narracje tnące nas swym naturalizmem. Opowieści zostawiające na czytającym ślady niczym blizny na ciałach bohaterów reportażu. Beata Szady stara się przyjrzeć bliżej tym symbolicznym bliznom. Ludzkim zranieniom powodującym, że wciąż od czegoś się ucieka i wciąż wraca do tego samego punktu, jakim jest limska ulica. Autorka sygnalizuje, że spora część biedy i nierówności wynika z dehumanizacji. Przejmujące są historie rodzinne, w których dostrzega się zanik więzi i gdzie byt znaczy więcej niż pokrewieństwo. Widzimy, że opisywane dramaty wynikają z braku empatii, czułości i poczucia bycia razem. Każdy na ulicy jest osobny, nawet w grupie tak zwanych przyjaciół. „Ulica mnie woła” to jednak opowieść o wyjątkowej wrażliwości autorki – w jej sposobie opowiadania o problemach Limy jest cała gama uczuć. Szady chce dostrzec to, co zaniedbane – w sensie architektonicznym, socjalnym, ale przede wszystkim na gruncie kalekich relacji w rodzinach. Tych rodzinach, które powstają zupełnie przypadkowo, gdy ciąża jest efektem zaniedbania i gdy bliskość z dzieckiem warunkują możliwości – ich jednak niewiele, bo świat ulicy jest bezwzględny i każdego dnia zmusza do radzenia sobie w pojedynkę. Tylko tak można radzić sobie skutecznie.

Zaglądamy do pueblos jóvenes obejmujących blisko połowę Limy. To przestrzenie zaniedbania, ludzkiej goryczy, dzielnice przemocy i kumulowanej frustracji. Bieda niejedno ma imię. Szady przygląda się jej uwarunkowaniom. W tym znaczeniu ten reportaż jest uniwersalny, bo obrazuje dynamikę rozwoju miast molochów, w których znaczna część ludności pozostawiona jest sama sobie. Badane są rejony zwykle niewygodne dla badaczy. Miejsca, do których nie zapuszczają się ci odpowiedzialni za stan miasta, jego efektywne funkcjonowanie. Lima lubi porzucać i od lat tak się rozwija, by nie przywiązywać się do nikogo i do niczego. Wysiłek włożony w to, by pozbyć się piętna tymczasowości w tym mieście, jest wielokrotnie zbyt duży. Niewielu bohaterom książki udaje się pożegnać ulicę. Najtrudniejsze jest to pożegnanie mentalne. Nie chodzi o to, by mieć dach nad głową, zarabiać, przestać kraść i narkotyzować się. Ulica wrasta w ludzką mentalność na tyle silnie, że niejednokrotnie wywołuje uczucie przynależności na zawsze. O tym uczuciu Beata Szady rozprawia wieloaspektowo, ale wszelkich odpowiedzi szukać musimy w tym, co mówią jej rozmówcy. Ten reportaż zasiewa wątpliwości, których nie możemy się już pozbyć. Każe spojrzeć na problemy, dla których teoretycznie nie ma rozwiązania. Są za to cierpiący ludzie, którzy nie wyjdą poza krąg własnych życiowych doświadczeń.

Tymczasem dla opisywanych chłopców i dorosłych ludzi, którzy nie mogą się zmierzyć z własną dorosłością, wyjątkowa staje się walka o godność oraz wewnętrzną wolność. To trudna droga ku temu, by samostanowienie uczynić priorytetem. Bycie niezależnym to niekiedy stan kompletnie niezrozumiały dla tych, którzy doświadczyli różnych form przemocy i opresyjności w najważniejszych latach dzieciństwa. Odebrano im prawo do tego, by być dzieckiem, lub prawo młodzieńczej nieposkromionej wolności zamieniono na szorstką zależność od praw ulicy. Każdy staje się tym, kim może się stać poprzez walkę. Bycie limskim wyrzutkiem to czasem wieczny stygmat. Beata Szady chce zmierzyć się z tym, czego nie widać na umorusanych twarzach pełnych rezygnacji albo złości. Wchodzi pod skórę swoich bohaterów i analizuje, czym jest wewnętrzny zew ulicy. Co wpływa na to, że w życiu człowieka agresja i poczucie beznadziei wybierane są całkiem świadomie?

To książka o tym, jak krwiożercze i bezwzględne mogą być te wszystkie wielkie miasta, w których całkiem świadomie i przy milczącej aprobacie społecznej tworzą się potężne enklawy ludzkiego wykluczenia. Autorka podkreśla problematyczną nomenklaturę dzieci żyjących na ulicach. Tam, gdzie mądre głowy zastanawiają się, jak zasadnie nazwać problem, on sam potęguje się pośród rosnącej niesprawiedliwości społecznej i takich warunków życia, które dziedziczone, pozostają traumą aż do śmierci. Szady pokazuje także, jak dużą determinacją wykazują się ludzie pragnący pomóc i zmienić stan rzeczy – odmienić ulicę i wykorzenić jej smutny ślad z przegranych biografii. Wszystko w otoczeniu miasta, do którego autorka ma ambiwalentny stosunek. To Lima ją wzywa i ona każe wyostrzyć spojrzenie. Ulica mnie woła” to zatem książka odpowiedniej perspektywy. Pokłosie trudnych spotkań i na tyle trudnych dylematów, że nikt nie podejmuje się zmian, bo zmiana we własnej mentalności to zawsze niewyobrażalnie wielka praca nad sobą. To książka o ścisłym związku pochodzenia z możliwościami, jakie daje życie. Jak wspomniałem na wstępie – mało odkrywcza, ale ujmująca wrażliwością na te cechy Limy oraz jej mieszkańców, których nie dostrzeże turysta nawet wielokrotnie odwiedzający stolicę Peru.

2016-04-04

"Przeprawa. Moja podróż do pękniętego serca Syrii" Samar Yazbek

Wydawca: Karakter

Data wydania: 17 marca 2016

Liczba stron: 336

Tłumacz: Urszula Gardner

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Pochodzenie i wojna

Dokument Samar Yazbek przenika na wskroś. Należy do tego rodzaju dramatycznych książek, o których wiemy, jaki temat poruszają, ale zgłębiając go, odkrywamy wciąż na nowo porażające fakty oraz przemyślenia. To dantejskie piekło, w którym każdy kolejny krąg staje się bardziej przerażający. Czytając „Przeprawę”, odczuwa się wszystko to, z czym syryjska autorka musi się mierzyć, powracając do swej ojczyzny trzykrotnie, za każdym razem bardziej boleśnie. Od wściekłości i żalu po bezgraniczną bezradność – patrząc na krwawiącą od lat ojczyznę, Yazbek nie potrafi godzić się z kolejnymi utratami. Swą emigrację konsekwentnie nazywa wygnaniem. Swe powroty do Syrii – przeprawami. Opisane są trzy, ale każdego dnia w świadomości autorki odbywa się kolejna przeprawa, kolejna rozpaczliwa chęć zbliżenia się do kraju, który w ogniu wojny pokazuje tylko jednego zwycięzcę, a jest nim śmierć. To nie tylko reporterska opowieść o ludziach, w których krwi wojna jest już na stałe, ale przede wszystkim opowiadanie samej siebie. Yazbek chce zrozumieć wszechobecny chaos i samodzielnie się w nim odnaleźć. Przyjrzeć się ludziom, którzy sytuują się gdzieś między bojownikami a uchodźcami. Rodakom mającym świadomość, że wojna zatacza coraz szersze kręgi, a dynamika konfliktu wskazuje na to, iż jest to pokłosie zbyt wielu płynnych, niejasnych sojuszy oraz zbyt wielu zaangażowanych stron uciekających w różnego rodzaju ekstremizmy. To eskaluje przemoc i rozpacz. O nich jest ta książka. O ojczyźnie, która nigdy już nie będzie taka jak kiedyś. Także o kilku rodzajach determinacji – tkwiącej w samej autorce oraz w ludziach, z którymi rozmawia.

Istotny wstęp Piotra Balcerowicza nakreśla tło konfliktu, który ma bardzo wiele niepokojących frontów. To dostrzega także Yazbek i to ją przeraża. Zbyt wiele krajów i zbyt wiele różnych od siebie wpływów toczy batalię na żywym syryjskim organizmie. Demontują państwo, w imieniu którego na arenie międzynarodowej niewielu wypowiada się w sposób stanowczy. Świat nie dostrzega złożoności konfliktu, a rozmówcy Samar Yazbek z goryczą opowiadają o tym, że zdani są sami na siebie. Tyle tylko, że w narastającej atmosferze nieufności syryjska tożsamość narodowa zdaje się zanikać. Co więcej – nie ma podstaw, by ją budować, skoro społeczeństwo obywatelskie w zasadzie nie istnieje. Mamy walczących i uciekających przed przemocą. Wszystkich skażonych przeczuciem unicestwienia w najbliższym czasie. Coraz bardziej nieufni wobec siebie ludzie opierają się na tradycji klanowości. Bezpieczna jest jedynie przestrzeń rodzinnych relacji. Niszczona nalotami bombowymi i kolejnymi odejściami bliskich. Chwieje się w posadach wszystko to, co syryjskie człowieczeństwo mogłoby zachować jako antidotum na wojenne zbrodnie. Yazbek zadaje pytania o to, co pozostaje i na czym będzie można w przyszłości budować podwaliny zdrowych relacji oraz właściwie funkcjonującego państwa. W Syrii przyszłość zdaje się nie istnieć. Nie ma jej w żadnym wymiarze. Ludzka świadomość ograniczona jest do tego, żeby przetrwać. Napędzana nienawiścią i ludzkim bestialstwem. „Przeprawa” szuka śladów czegoś trwałego, co pozwoli przetrwać konflikt. Widzi przede wszystkim zagrożenia. Stawia czoło sytuacjom ekstremalnym i opisuje „topografię kraju z gliny, krwi, ognia”.

W cieniu walk i umierania odbywa się mimo wszystko pewna mroczna społeczna metamorfoza. Samar Yazbek doświadcza jej z trudnej pozycji kobiety. Ten kobiecy status jest czymś, z czym musi się mierzyć, docierając do walczących mężczyzn – skrytych i zamkniętych w sobie, a jednak opowiadających swoje historie. Pisze, by inny zrozumieli naprawdę. Ujrzeli mroczne oblicza konfliktu, który spolaryzował społeczeństwo, a potem runął na bezbronnych i nieświadomych. Bo Syria to dzisiaj rzesze rebeliantów doszkalanych i uzbrajanych gdzieś na zewnątrz. Potworny poligon, na którym największe ofiary ponosi ludność cywilna. Yazbek przygląda się syryjskiej rodzinie w rozpadzie. Patrzy na łzy matek, bezbronność dzieci. Dowiaduje się, czym jest ludzkie istnienie w sytuacji ciągłego zagrożenia. Usiłuje dojrzeć w skomplikowanych relacjach społecznych to wszystko, co kiedyś świadczyło o syryjskiej gościnności i otwarciu. Rozpaczliwie próbuje zrekonstruować czas miniony i uwierzyć, że ojczyzna przetrwa wszystko to, czego od lat doświadcza.

To książka o przetrwaniu w kilku możliwych wymiarach. Przejmujące świadectwo tych oblicz frontu, których nie chce widzieć świat. Yazbek pisze o poruszaniu się pośród zgliszcz i ruin. O ludzkiej świadomości naznaczonej śmiercią i nienawiścią. To też opowieść o tym, o czym bezwzględnie trzeba zapomnieć, by opisać ten nieludzki krajobraz. W cieniu bomb i rozmaitych form przemocy. Mierząc się ze strachem i wzmacniając determinację, by zobaczyć więcej, usłyszeć więcej, jak najwięcej zapisać i dać świadectwo okrucieństwu.

Autorka „Przeprawy” odbywa szereg bardzo trudnych rozmów. Tygiel skonfliktowanych stron zaognia dodatkowo coraz bardziej wyraźna potrzeba odwetu. Zemsta przesłania bardzo wiele. Syryjczycy nie chcieli się mścić, kiedy ruszyli w pokojowych demonstracjach dających początek niewyobrażalnej formie wojny. Tej wojny, która wrosła już w każdego Syryjczyka. Tej wojny, którą Samar Yazbek zabiera ze sobą do Paryża, na wygnanie. Przemierzając miejsca, które dały początek ludzkiej cywilizacji tysiące lat przed naszą erą, autorka obserwuje błyskawiczny proces destrukcji tych miejsc, a wraz z nimi ludzkich siedlisk. Krzyczy w niej uciekinierka, ale i alawitka. Kobieta tęskniąca za Syrią, z którą nigdy już się nie spotka. Przeprawa” to także egzystencjalny traktat o pochodzeniu i noszeniu w sobie ran miejsca tego pochodzenia. Yazbek wypowiada się jednoznacznie, gdy podkreśla silną więź z ludźmi, dla których na co dzień silne więzi już nie istnieją. To dokument gloryfikujący człowieczeństwo i ludzką rozpacz w tych nieludzkich czasach masowego zabijania i pielęgnowania w sobie krzywd, by ponownie, po raz kolejny, sięgać po broń, ruszać do walki.

To również reportaż o tych wszystkich nieustraszonych Syryjczykach, którym przyszło gorzko zapłacić za nieustępliwość i wierność własnym zasadom. „Przeprawa” mówi o cenie, jaką płaci się w dzisiejszej Syrii za odwagę zachowania w sobie godności oraz wolności. Konflikt jest tak skomplikowany… Yazbek opowiada o trudnej wojnie, obrazując ją z przejmującym realizmem. Mówiąc dodatkowo o krwawiącym sercu, bolącym za każdym razem, gdy trzeba opuszczać świat, który stał się piekłem na ziemi. Wstrząsająca książka i bardzo ważne świadectwo odwagi cywilnej autorki. Także jej rozpaczy i dramatu poszukiwania ojczyzny, której ślady zacierają przemoc i barbarzyństwo.


PATRONAT MEDIALNY

2016-04-01

"Tysiąc róż" Magda Rem

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 3 marca 2016

Liczba stron: 384

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34 zł

Tytuł recenzji: Trup wielce dwuznaczny

Powieść Magdy Rem stanowi bardzo miłe zaskoczenie w zalewie kryminałów, thrillerów i powieści z dreszczykiem, które potrafią intrygować tylko we fragmentach, ewentualnie budują fabułę na wiarygodnych motywacjach bohaterów, ich samych porzucając potem w wirze niekoniecznie atrakcyjnych dla czytelnika wydarzeń. „Tysiąc róż” to książka inna na wiele sposobów. Oryginalny pomysł wcale nie jest skradziony z Hitchcockowskiej „Psychozy”. Tym, którzy przez moment uwierzą, że narracja ta jest kopią znanego thrillera, autorka dość szybko utrze nosa. Myślę, że nie tylko w tym przypadku. Rem napisała powieść pełną dwuznaczności. Niespokojną już od samego początku, zmuszającą do wytężonej uwagi, zgrabnie budującą atmosferę napięcia. Odnosi się chwilami wrażenie, że kilka perspektyw i niejedna rzeczywistość zlewają się tu ze sobą. Trudno odnaleźć moment kluczowy dla interpretacji książki. Trudno jednoznacznie w nią uwierzyć, ale i nie sposób nie zadać sobie pytania o to, jakim więzieniem może być związek dwóch osób, jak bardzo opresyjny kształt przyjmą ich relacje i gdzie właściwie pojawia się słowo lub gest za dużo, by zrujnować szczęście, a partnerów uwięzić w toksycznej klatce.

Była sobie kiedyś pewna pisarka. Niezbyt ambitna, ale doskonale znająca się na marketingu, niebywale pomysłowa i inteligentna na tyle, by czytadła czynić bestsellerami. Był także jej mąż, który projektował okładki do książek i od pewnego czasu zastanawiał się, czy jego żona żyje światem realnym, czy też może tkwi w konglomeracie swoich fikcji literackich, czyniąc małżeńskie pożycie przerażającym i trudnym. Teraz można śmiało i bez poczucia, że zostanie się oskarżonym o spojlerowanie, napisać, iż mąż zabija żonę. Jeśli ktoś zacznie się zastanawiać nad tym, co ostatecznie popchnęło go do morderstwa, szybko się pogubi. Magda Rem uśmierca główną bohaterkę i dopiero wtedy czyni swą powieść nad wyraz enigmatyczną. Dowiemy się bowiem przede wszystkim tego, jak wcześniej wyglądał związek Michała i Elżbiety, szukając w odkrywanych przez autorkę ponurych kadrach z ich życia odpowiedzi na pytania, których nie będziemy w stanie stawiać jednoznacznie.

Małżeńska makabreska to przede wszystkim zadawane sobie rany, nieustanne złośliwości, teatralne gesty i mnożące się objawy tego, iż jedno ma drugiego serdecznie dosyć. To nie jest jednak powieść o klasycznym rozpadzie związku. Nie jest to bowiem thriller, w którym możemy jasno wyznaczyć opozycję ofiary i mordercy. Dlaczego tak się dzieje, skoro wiadomo, że to Michał zabił, a martwe ciało Elżbiety stanowi bolesny dowód tego, że życie jednego z nich dobiegło końca, a drugiego niejako zakrzywiło się w czasoprzestrzeni? Magda Rem fantazjuje nie tylko o ludzkich odruchach, gdy bronimy się przed krzywdą, niesprawiedliwością czy odtrąceniem. Ona przede wszystkim odmalowuje obraz niezwykłej miłości. Takiej do grobowej deski – można by powiedzieć, ale nie wypada, gdy jedno pozbawia życia drugiego.

Michał zmaga się z traumą śmierci już od dawna. Przypadek sprawił, że to jego brat, a nie on stracił życie w absurdalnej sytuacji w ogrodzie zoologicznym. Michał oswoił śmierć, jednakże starał się wyjść jej naprzeciw oraz udowodnić, że jego siła walki o życie przetrwa wszystko. Stracił jednak siłę i motywację, by walczyć o swój związek. Bohater określa swoje małżeństwo jako tkwienie w czymś niewyobrażalnym. Niewyobrażalnie męczącym czy niewyobrażalnie dobrze funkcjonującym mimo złośliwości, inwektyw, iluzji poczucia bezpieczeństwa czy wciąż męczących półsłówek? Wydaje się, że na pewnym etapie wspólnego pożycia Michał i Elżbieta są dla siebie wrogami, którzy zdolni są do wszystkiego. Co tak naprawdę dzieje się wówczas, gdy jedno z nich traci życie? Jak to się stało, że oboje pozwolili sobie w związku najpierw na rysy, potem wyraźne pęknięcia, a w końcu na dramatyczny finał, bo we dwoje nie mogą już żyć razem?

Okazuje się, że Elżbieta zostawia po sobie dość uciążliwy spadek, jakim jest jej niedokończona powieść pod tytułem… „Tysiąc róż” właśnie. Te kwiaty w fabule Elżbiety mają znamionować oddanie, ale niosą w sobie także groźbę. Michał poznaje świat, w którym nieżywa żona ukryła niejedną zagadkę. Co stanie się z tą powieścią? Czy Elżbieta naprawdę nie napisze jej do końca? U Rem pojawia się coraz więcej zagadek. Wszystkie je kształtuje ta niespokojna ambiwalencja uczuć, ten dynamiczny kontrast między oddaniem a unicestwieniem. W gruncie rzeczy to powieść o miłości, ale jaka jest jej siła i przeciw czemu się obraca?

Magda Rem opisuje nie tylko to, co może rozsadzać związek małżeński, ale także – a może przede wszystkim – to, co go cementuje. Jeśli uda się zgrabnie oddzielić fantazje od rzeczywistości i naprawdę poczuć ból istnienia tych dwojga, dotrze do nas niejedna niewygodna prawda, której na początku lektury nie sposób było sobie wyobrazić. Tysiąc róż” to powieść o sile przywiązania, która na mocy pewnych zbiegów okoliczności staje się siłą destrukcji związku. Związku jednak bardzo silnego. Wspólne pięć lat zmieniło małżonków. Zmienia się też nasza recepcja książki. To nie jest tak, że śledzimy jedynie zagubionego w sobie Michała, który usiłuje ukryć zwłoki żony. Miłość u Rem ewoluuje i poddaje się destrukcji, ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co stanie się potem. Mamy trupa, to pewne. Mierzymy się jednakże z wieloma dylematami natury moralnej. A może ze zwykłym strachem, zachowawczością? W tym wszystkim jest wiele emocji. Gdzieś kryje się miłość. Nieprzypadkowo historię poznaje ten, który w miejscu domu, gdzie doszło do zbrodni, próbuje stworzyć sielską atmosferę uroczego pensjonatu.

U Magdy Rem nic nie jest urocze, ale nic też jednoznacznie brutalne, złe, okrutne czy podłe. Świetnie czyta się książkę, która zmienia punkt widzenia i ostatecznie pozostawia w pewnego rodzaju zagubieniu. Bo co tak naprawdę się wydarzyło na kartach tej powieści? Przewrotna, inteligentnie skonstruowana i frapująca narracja o mrokach ludzkiej natury oraz sposobach walczenia z własnymi demonami.

2016-03-30

"Broda zalana krwią" Daniel Galera

Wydawca: REBIS

Data wydania: 16 marca 2016

Liczba stron: 384

Tłumacz: Wojciech Charchalis

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Poszukiwania

Książkę Daniela Galery czyta się z tym przejmującym uczuciem utraty każdej strony, co zdarza się tylko w przypadku narracji przesyconej plastycznymi opisami i niespiesznej jednocześnie. „Broda zalana krwią” to powieść oddziałująca na wiele zmysłów. Rozgrywająca się na brazylijskiej prowincji, stale podkreśla bogactwo świata przyrody wokół, jego osobne prawa. Bohater wciąż czuje na sobie oddech oceanu nie tylko dlatego, że mieszka zaraz przy nim. Jest pływakiem mierzącym się z wodną przestrzenią – poddającym jej prawom i szanującym tę bezwzględność i siłę, którą wypracował sam w sobie, idąc przez życie z pewnym neurologicznym schorzeniem uniemożliwiającym mu rozpoznawanie ludzkich twarzy, także własnej. Galera napisał książkę o tym, jak kształtują się ludzkie wyobcowanie i dystans do innych. Także o tym, w jaki sposób odnajdywać ludzi, skoro twarze stają się rozmyte, a wszelka bliskość w relacjach bierze się z wyczulenia innych zmysłów, gotowych inaczej interpretować i rozpoznawać drugiego człowieka. Brazylijski pisarz fantazjuje na temat przejmowania przez nas pewnej części przeszłości. Kształtujemy się w oparciu o nią. Jesteśmy częścią czasu przeszłego, za który nie zawsze bierzemy odpowiedzialność. Co zrobić, by nie powtarzać błędów przodków? W jaki sposób zrozumieć własną tożsamość, gdy przeszłość staje się męczącym cieniem z pytaniami bez odpowiedzi?

Bohater Galery dowiaduje się od ojca, że jego dziadka prawdopodobnie zamordowano w tajemniczy sposób. Ślady prowadzą do Garopaby, niewielkiej i uroczej nadmorskiej miejscowości. Mężczyzna uda się tam, owładnięty obsesją poszukiwania. Co chce odnaleźć? Czego się dowiedzieć? Ciała dziadka nigdy nie odnaleziono. Ojciec wspomina, że odbył się prawdopodobnie prowincjonalny lincz na człowieku, który nie dopasował się do mikrospołeczności. Nie wiadomo nic na pewno. Tymczasem wnuk stara się upodobnić do dziadka. Zmienia wygląd, a w portfelu chowa jego zdjęcie. Przybywa do Garopaby, która nie kojarzy się z mroczną zbrodnią. Bo to miasto, w którym wszyscy są szczęśliwi. Tak określa Garopabę jedna z przyjaciółek bohatera. On sam stara się wtopić w miasto, ale stawia niewygodne dla mieszkańców pytania. Nie rozpoznaje ludzi, których pytał o dziadka, i nie ma pojęcia, ilu z nich przygląda mu się z niechęcią na ulicach miasta. Co kryje w sobie Garopaba? Jaka jest siła ludzkiego milczenia i dlaczego przez lata zbudowano mur milczenia między tym, co jest teraz, a tym, co wydarzyło się przed laty?

Bohater Galery wchłania w siebie miasteczko, ale z drugiej strony wciąż gruntuje je w przekonaniu, iż jest tam tylko tymczasowo. Odnosi się wrażenie, że jego istnienie naznaczone jest jakimś wewnętrznym niepokojem, ale na co dzień jawi się jako człowiek bez inicjatywy. Poszukiwania są niespieszne. Zadawane pytania mało szczegółowe. A jednak udaje się trafić na trop wydarzeń sprzed lat. Wówczas, gdy miasteczko zacznie już groźnie pomrukiwać niczym wzburzony ocean nieopodal niego. Galera zmusi nas do konfrontacji z czasem przeszłym i zaskoczy wynikami prywatnego dochodzenia. Wnuk pozna część prawdy, ale przede wszystkim lepiej zrozumie siebie. Jego misja w pewnym stopniu dobiegnie końca, ale kim będzie on sam, gdy pozna niepokojącą prawdę?

Daniel Galera wyprawia swojego bohatera w życiową podróż z brzemieniem śmierci. Jego ojciec popełnia samobójstwo. Syn chce dowiedzieć się, co nurtowało go w historii dziadka i dlaczego porzucił poznanie tajemnicy. Spadkiem po samobójcy jest wieloletnia suka. Pies, któremu bohater Galery odda najwięcej serca i podaruje najwięcej czułości. W kontaktach z innymi ludźmi stara się być zachowawczy, choć zdarzą się tacy, którym zależeć będzie, by pozostać w jego sercu i pamięci. Tymczasem samotny wędrowiec z psem penetruje ulice miasteczka, które przed laty odebrało mu dziadka. Miasto będzie się stawać coraz bardziej wrogie, bo w nowo przybyłym widzi podobieństwo do tego, którego miejscowi czterdzieści lat temu również obok siebie nie chcieli…

To także książka o niesionych w sercu ranach, które domagają się tego, by móc wreszcie wybaczyć i zapomnieć. O niemożliwości obu tych procesów. Galera sytuuje swojego bohatera między zagadkami przeszłości, jakie z różnych powodów chce rozwiązać, a oczywistymi dramatami, których pokłosie to zerwane stosunki z bratem i skomplikowane relacje z członkami rodziny. Garopaba staje się taką nową, tymczasową rodziną. Bo przecież – jak mówi jeden z bohaterów – istnieją dla nas tylko dwa światy. Jednym jest właśnie rodzina, a drugim przestrzeń i ludzie spoza niej. Do którego z tych światów chce należeć anonimowy bohater książki? Z jakim dramatem idzie przez życie i co spowodowało, że traktuje je z tak dużym dystansem?

W tej prozie zauważalna jest mitotwórcza rola tajemniczego zdarzenia sprzed lat. Wokół niego odrobina metafizyki, ludowe wierzenia, coś na kształt klątwy. Ważna jest zmiana perspektywy. Prowincjonalny raj na ziemi skrywa w sobie niejedną tajemnicę. Ludzkie szczęście nie jest nim do końca, bo Garopaba doświadcza biedy, wpływu narkotyków. Galera umieszcza swego bohatera w przestrzeni, którą warunkują pory roku i zjawiska atmosferyczne. Nad codziennością miasteczka panuje przyroda i to ona jest jednym z najbardziej wyraźnych, niemych bohaterów tej powieści.

Daniel Galera kontrastuje opisy przepełnione spokojem i harmonią z dynamiką przemian we wnętrzu swego bohatera. On sam fantazjuje na temat własnej przeszłości oraz momentu śmierci. Z mglistych śladów czasu przeszłego stara się stworzyć wizję tego, co go czeka. Jest w swych działaniach osamotniony i rozpaczliwie osobny. Jest z drugiej strony pogodzony z tym, co przyniósł mu los, i otwarty na czekającą go przyszłość. Aby jednak ją kształtować, musi uporządkować w sobie to, co w sercach jego przodków wywoływało niepokój i czasem gniew. Musi pogodzić się z jedną śmiercią, której nie doświadczył, i z drugą, której nie mógł zapomnieć. A potem musi nauczyć się żyć. Być może na nowo, a być może z bolesnym śladem minionych doświadczeń. Galera posługuje się niedopowiedzeniami i czyni „Brodę zalaną krwią” powieścią kilku interpretacji. Sugestywną i melancholijną, a jednocześnie bezkompromisową i dramatyczną.

2016-03-28

"Vernon Subutex t.1" Virginie Despentes

Wydawca: Otwarte

Data wydania: 30 marca 2016

Liczba stron: 376

Tłumacz: Jacek Giszczak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Paryska odyseja

Virginie Despentes wzbudza emocje francuskich czytelników. Dlaczego?  Możemy się przekonać, czytając „Vernona Subutexa” – pierwszą część perypetii człowieka, który ominął wszystkie życiowe doświadczenia na tyle sprawnie, że w pewnym momencie pozostają mu już tylko pustka i samotność, gdy pewnego dnia zostaje eksmitowany. To książka o rozczarowaniu i pogardzie. O ludziach, w których gniew rośnie stopniowo, a po nim pojawia się bezradność. Muzyczne dźwięki prowadzące tytułowego bohatera przez życie dawno przebrzmiały. Teraz musi zmierzyć się ze światem, który brzmi nijako. A może jednak wyjątkowo groźnie.

Vernon przeżył pół wieku. Zahibernował się jakby. Stał gdzieś obok głównego nurtu życia, omijając nakładane przez życie obowiązki. Spełniał się w swej radosnej euforii chłopca wciąż wierzącego w to, że można żyć bez zobowiązań. Ćwierć wieku stał za sklepową ladą i handlował płytami. Dziś – gdy zanikają prasa papierowa i przemysł płytowy – zmuszony jest do konfrontacji z tym, co nieodwołalne. Z końcem środków potrzebnych na utrzymanie. Poznajemy bohatera w momencie eksmisji i podążamy za nim do domów licznych znajomych, uwikłanych w życie inaczej niż Vernon, pełnych emocji, oczekiwań, frustracji i złości. W swej paryskiej odysei Virginie Despentes ukazuje Francuzom, kim się stają, i sygnalizuje, jak bardzo boją się sobie to uświadomić. Autorka stara się zedrzeć ostrymi pazurami tę fasadowość, za którą czai się zagubiony człowiek. Nie próbuje jednak niszczyć dynamicznej i mrocznej tkanki społecznej. Każe się jej przyjrzeć. Naprawdę.

Vernon był ulicznym łowcą serc, wiecznym szczęśliwym chłopcem kojonym przez dźwięki rocknrolla. Do czasu. Najpierw przyszła konfrontacja z obcą śmiercią. Rozpadły się chłopackie więzy, gdy trzeba było pochować jednego przyjaciela z jego muzyką, drugiego z przywiązaniem do mieszczańskiego stylu życia i trzeciego wraz z jego ukochaną kokainą. Vernon cieszył się, że sam przetrwał. Obecnie musi walczyć o przetrwanie w tym najbardziej elementarnym znaczeniu, ale nim znajdzie się na ulicy, obejrzy niejedno lokum, usłyszy wiele dramatycznych historii, stanie się obserwatorem tych wszystkich form życia, od których starał się uwolnić. Ach, i zakocha się, by było odrobinę romantycznie. Bo poza tym u Despentes jest groźnie i bardzo przygnębiająco. Dzisiejszy Paryż nie kocha łez i smutku. On się syci ludzkimi pragnieniami. Tymi, których nie można zrealizować, i takimi, które doprowadzają do sytuacji krańcowych. Rozstania, kłótnie, przewartościowania poglądów. Zmiany religii, płci czy orientacji seksualnej. Wymiany środków znieczulających na mocniejsze. A wszystko w szalonym tyglu wędrówki głównego bohatera, któremu świat wokół chce się wyżalić, ale który jednocześnie nie ma w sobie dość empatii, by tę żałość odczuć. Ma własną. Pięćdziesiąt lat i żadnych perspektyw. Złudzenie życia, bo to za nim to były miraże – muzyczne i emocjonalne. Co pozostaje? Francuska pisarka kreśli możliwości w niemocy. Jest bezkompromisowa i każe swoim bohaterom sytuować się w czymś krańcowym. Każe wybierać i ponosić konsekwencje tych wyborów. Pokazuje ludzi pewnych poglądów i tych, którzy gubią się w ich mnogości.

Różni są znajomi Vernona i wszyscy w jakiś sposób zaaferowani tymi przejawami życia, które dla niego nie mają większego znaczenia. Młode pokolenie nie tylko okrutnie przerobiło rockowe fascynacje na hiphopową kakofonię. To ludzie skrajnie przerażający – albo zamknięci w czterech ścianach internetowi psychopaci, albo ogarnięci żądzą pieniądza fighterzy, albo też uciekający w stronę tradycji i religii, owinięci w hidżab i poczucie osamotnienia. Zdaje się, że może ich łączyć jedno. „Eliminacja bliźniego to złota reguła gry, którą wyssali wraz z mlekiem z butelki”. To refleksja rozpoczynająca książkę. Nieprzypadkowo pod koniec pojawia się myśl o tym, jak żyje się starszemu pokoleniu. Dla mężczyzny w wieku Vernona liczy się dość niewiele: „Dupa z mieszkaniem, długie weekendy w słońcu i pełna lodówka”. Virginie Despentes osacza Vernona skrajnymi postawami i poglądami, ale nie pozwala mu zająć wobec nich stanowiska. Wszystko, co obserwujemy na kartach tej mrocznej historii o wędrowaniu po Paryżu, domagać się będzie naszej interpretacji. „Vernon Subutex” to nie książka diagnoza. To ten szokujący rodzaj powieści dojrzałego realizmu, która w XXI wieku może portretować tylko świat braków, zagubień i niemożliwości.

Ta książka to również rozprawa z różnymi modelami kobiecości. Nie tylko dlatego, że większość przyjmujących pod swój dach Vernona to jego bliższe lub dalsze koleżanki. Widzimy tu oblicza kobiecości w kryzysie i w sile wieku. Kobieta płacze po zmarłym synu, bierze narkotyki, zmienia płeć i staje się mężczyzną, walczy o resztki godności i zawistnie spogląda na swe koleżanki. Marzy o prawdziwej miłości i kurczowo wczepia w każde męskie ramiona mogące być jej substytutem. Snuje śmiałe plany i nieśmiało się z nich wycofuje. Mierzy się z lękami i śmiało wypina pośladki na planie filmu porno. Wszędzie tak samo emocjonalnie zaangażowana. Niepewna miejsc i kontekstów, w jakich może stawać się sobą. Z jednej strony ta kobiecość jest wyzwolona, z drugiej jednak – ugrzęzła gdzieś w drobnomieszczańskim świecie przyzwyczajeń albo nad wyraz szybko pogodziła się z tym, że nie jest niczym podmiotowym.

A przecież bez względu na płeć: „Stajemy się tylko tym, czym bardzo chcemy zostać”. Męski pierwiastek to także moc i słabość. Wszystko w ogniu namiętności albo niespełnienia. Jest sankcjonowana przemoc, która ma nakreślać tożsamość. Są radykalne poglądy dotyczące świata niedopasowanego do własnego M i modelu rodziny. Jest męski płacz i męskie rozczarowanie. Jest ostatecznie także kult zmarłego, bo to nieżyjący znajomy Vernona, znany arysta Alex Bleach, stanie się jednym z najważniejszych bohaterów tej książki.

Virginie Despentes opowiada o tym, że płacimy równie wielką cenę za swoje przystosowanie oraz za nieumiejętność wejścia w reguły codziennego życia. Opowiada o Paryżu, w którym kryją się tożsamości rozbite przez okoliczności. Nie diagnozuje licznych problemów, każe się im przysłuchać. Jest jednocześnie bezlitosna w obnażaniu absurdów tak zwanego spełnionego życia. Opowiada o poczuciu zbędności i różnego rodzaju brakach. Wskazuje, jak bardzo możemy się zacietrzewić, nie zgadzając na starzenie i przemijanie. Jednocześnie prowadzi prostą drogą na ulicę, której dotknie Vernon i która stanie się jego domem. Tam wychodzą na jaw wszystkie skrywane na co dzień instynkty. Ulica w finale opowie swoją własną historię. Tak samo jak zmarły charyzmatyczny Alex, wokół którego skoncentruje się sensacyjna intryga tej książki. Drapieżnej i niepozostawiającej złudzeń co do tego, że żyjemy w nie najlepszym ze światów. Despentes ukazuje Francuzom, kim się stają, i sygnalizuje, jak bardzo boją się sobie to uświadomić. Wszystko w odpowiednich muzycznych tonacjach w tle. Bo to też książka o dźwiękach i o tym, jak je odbieramy. Pasjonująca, choć złośliwa momentami, autoironiczna i nieznośnie śmieszna przez łzy powieść zasłużenie doceniona przez francuską opinię publiczną.


PATRONAT MEDIALNY

2016-03-25

"Polak sprzeda zmysły" Konrad Oprzędek

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania:  25 lutego 2016

Liczba stron: 152

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Różne twarze Polaków

Wielu zapoznało się z niedawno ogłoszonym rankingiem ONZ prezentującym najszczęśliwsze narody świata. Dużo mniej wie o książce Konrada Oprzędka, w której autor dość czytelnie wyjaśnia, dlaczego Polacy znaleźli się w tym rankingu na odległej, pięćdziesiątej siódmej pozycji. Zbiór krótkich reportaży bardzo boleśnie pokazuje, iż pozycja ta bynajmniej nie wynika z tego, że Polacy mają skłonność do bycia malkontentami. „Polak sprzeda zmysły” to podzielona na dramatyczne rozdziały opowieść o życiu w opresyjnym kraju, który nie wykazuje się opiekuńczością wobec obywateli, wciąż rzuca im kłody pod nogi i nie pozwala godnie żyć, prawdziwie marzyć, spełniać się i czuć szczęśliwym. O kraju, gdzie młodość nie może cieszyć się swoimi prawami, a starość nie ma tych praw właściwie żadnych. Reportaże Oprzędka są zwierciadłem, w którym odbijają się polskie lęki i frustracje. Można zarzucić autorowi, że research robi głównie w internecie, gdzie – jak sam wskazuje w jednym z tekstów – każdy może udawać kogoś, kim nie jest. A jednak jest w tych tekstach dużo gorzkiej prawdy o polskiej codzienności. O tym, że staramy się z nią sobie radzić na wszelkie możliwe sposoby, i o tym, że zbyt wielu jest przegranych, którzy nie wierzą już w siebie. Konrad Oprzędek przyjmuje czasami perspektywę wywołującą sprzeciw. Przecież intymne gierki z wymyślonymi tożsamościami prowadzą wszyscy na świecie, także przodujący we wspomnianym na wstępie rankingu Duńczycy. Argument za tym, że ludzie bawią się w kogoś innego, bo nie mogą znieść rzeczywistości, oczywiście się nie obroni. Jest jednak w tej książce dużo więcej przykładów polskiego zagubienia, bezradności, rozpaczy i przerażenia. Trzeba przeczytać reportaże Oprzędka z niezbędnym dystansem, ale także z empatią. Autor przyjrzał się polskiej innowacyjności i kreatywności, które nie idą w parze z możliwościami, jakie kraj mógłby oferować ludziom z tymi cechami.

Sporo jest o różnego rodzaju fetyszach – seksualnych czy religijnych. Forma niewinnej zabawy skrywa w sobie nagromadzone frustracje, a przekazywanie innym figurki Chrystusa wiąże się z tą zawoalowaną sferą sacrum, za którą Polacy skrywają cechy niekoniecznie dobrego katolika. Wokół przedmiotów Oprzędek snuje opowieści. Właściwie przede wszystkim umiejętnie pyta rozmówców, bo to oni tworzą kolejne narracje. Niektóre zabawne, inne przygnębiające. Wszystkie skoncentrowane na substytutach szczęścia. O szczęście bowiem w Polsce niezwykle trudno. Podobnie jak o możliwości, by spełnić swoje marzenia. Nawet te najprostsze.

„Polak sprzeda zmysły” to historie tych wszystkich udręczonych przez prozę życia, którzy za wszelką cenę usiłują odbić się od dna. Nie jest to proste, kiedy etatowa praca to szczyt marzeń, a rosnące długi biorą się z coraz większej, kompulsywnej chęci nabywania przedmiotów, za którymi ma się kryć namiastka spełnienia i życiowej radości. Oprzędek przysłuchuje się ludziom, dla których jakakolwiek stabilizacja nie jest możliwa. Z wielu powodów. Agresja i bezkompromisowość rynku pracy to jedno. Drugie kryje się gdzieś przed wzrokiem innych i rodzi w samotności. Wówczas, gdy odczuwa się wyraźnie, jak bardzo można odstawać od tak zwanej normalności czy szeroko pojętej normy. Wielu bohaterów tej książki dramatycznie woła o coś, co można obiektywnie nazwać normalnym życiem. Daleko jest w nim do zbudowania czegoś trwałego – rozpadają się przez to związki, a kolejne znajomości stają coraz bardziej jałowe.

Konrad Oprzędek wraz ze swymi rozmówcami zadaje wiele pytań retorycznych pod adresem polskiego ducha narodowego i polskiego krajobrazu po 1989 roku. Niektórzy sugerują, że to czas, gdy potrzebna jest kolejna rewolucja. Że nie może dłużej trwać stan bylejakości, w którym tak wielu tonie, rozmyślając jedynie nad kwestią przeżycia miesiąca czy spłacenia zaległych zadłużeń. Rosną skrywany gniew i poczucie, że bycie Polakiem staje się czymś wstydliwym. Są tacy, którym zależy przede wszystkim na tym, by wylogować się z opresyjnego realu. Tacy, którzy nie widzą już w nim miejsca dla siebie. Ulegają różnego rodzaju iluzjom, bo nie mają siły na to, by nieść w sobie ciężar rzeczywistości. A ta wokół naprawdę jest odstręczająca. Bolesne poczucie niepewności wkrada się w każdy aspekt życia. Za tym idą brak sił witalnych i zniechęcenie – także do tradycyjnie rozumianych relacji z innymi, które trudno nawiązywać i jeszcze trudniej utrzymać. Polak sprzeda zmysły” to książka o tęsknotach i poszukiwaniach, które z góry skazane są na niepowodzenie. O tym, jak trudno egzystować w świecie odbierającym kolejne perspektywy, następne szanse. Wówczas emigracja wewnętrzna dość szybko może przerodzić się w na tyle patologiczny stan umysłu, że trudno potem znowu znaleźć się między ludźmi. Ci bowiem tęsknią za sobą, ale nie potrafią być blisko. Chcą się przywiązać do kogoś, ale jednocześnie się go boją. To tak jak z Polską – toksyczna jest zależność z krajem, w którym trzeba toczyć boje o normalność. Z krajem, w którym trzeba wykazywać się nieskończenie wielkimi pokładami kreatywności. Z krajem, gdzie zawsze było ciężko żyć, ale teraz dla niektórych to życie jest po prostu męką.

Dlaczego kobiety szukają w internecie dawców spermy? Co zrobić, kiedy zrealizowaliśmy nasz cały plan na życie i nie mamy niczego, do czego moglibyśmy dążyć? Co kieruje ludźmi oferującymi swe organy na sprzedaż? Dlaczego tak często wymieniamy różne sprzęty, nie zmieniając niczego w swojej mentalności, podejściu do życia? To zaledwie kilka pytań, na które Konrad Oprzędek niekoniecznie znajduje odpowiedzi. Ta książka ma nas zmusić do uważnego przyjrzenia się ludziom wokół nas. Tym, których w gruncie rzeczy nie znamy, a którym moglibyśmy pomóc otwartością i empatią. Zanika w nas bowiem potrzeba prawdziwej bliskości, kiedy wiemy, że komfort zapewni sexchat albo wąchanie czyjejś bielizny. Zanika umiejętność zbliżenia się do drugiego człowieka, kiedy opresyjny system wokół każe pozbywać się człowieczeństwa i walczyć w kapitalistycznej dżungli o przetrwanie.

Sporo dziś książek o istocie polskości, które nakreślają też polskie problemy z wielu ciekawych perspektyw. Chwilę przed ukazaniem się ważnych reportaży Justyny Kopińskiej „Polska odwraca oczy” otrzymaliśmy do rąk reportaże Konrada Oprzędka. Ta niewielka książka niesie w sobie wiele treści. Sporo niepokoju, ale i momentami dużo – mimo wszystko – humoru. To opowieść o tym, że Polakom trudno jest spełniać swoje marzenia, bo trudno je zwerbalizować. Historie mnożą się, początek biorąc zwykle w jakimś internetowym anonsie. Autor jest czuły na niuanse, potrafi z nich stworzyć historię przez duże P. O polskości. Bo polskość to szereg nieprzyjemności i bolesne zderzenia świata wyobrażeń z okrutną rzeczywistością. Oprzędek przygląda się tej rzeczywistości bardzo uważnie. Smuci wraz ze swymi rozmówcami. Każe spojrzeć na nas jako na ludzi, którzy są zdolni do wszystkiego. Niekoniecznie w pozytywnym znaczeniu tego sformułowania.

2016-03-23

"Ostatnia powieść Marcela" Katarzyna Tubylewicz

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 16 marca 2016

Liczba stron: 286

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Tworzenie i niedopowiedzenia

Czytając nową powieść Katarzyny Tubylewicz, odnosi się podobne wrażenie, jakie towarzyszyło lekturze „Rówieśniczek”. Początkowo nic nie zapowiada jakichkolwiek trudności interpretacyjnych. Dość długo ma się wrażenie, że – tak jak w przypadku pierwszej książki autorki – obcuje się z niezbyt wymagającą powieścią tak zwanego środka. Czytelne sytuacje, przewidywalne zwroty akcji, oczywiste w swej wymowie dialogi i poczucie, że wkracza się w jedną z tych wielu powieści do szybkiego zapomnienia. Ani „Rówieśniczki”, ani też „Ostatnia powieść Marcela” nie są jednak prostymi książkami, obok których można przejść obojętnie. Nowa narracja Tubylewicz ujawnia swą wieloznaczność stopniowo. Okazuje się, że to rzecz złożona z wielu opowieści, które nakładają się na siebie, tworząc skomplikowany świat przedstawiony paru przesłań. Kilka jest oczywistych – to opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości i przewrotności losu, która każe nam zweryfikować swe mniemanie o tym, że swoimi myślami porządkujemy rzeczywistość. To historia o noszonym gdzieś pod sercem odium rodzinnych relacji, z których nie możemy się wydobyć, bo obowiązuje nas przymus pamiętania wszystkiego, czym obdarowali nas bliscy i z czym wyprawili w dorosłe życie. „Ostatnia powieść Marcela” to także pełna ironii powieść autotematyczna o tym, że pisanie w równym stopniu może być przekleństwem, co wybawieniem. Tubylewicz opowie nam także o kobiecości w pełni siebie świadomej, biorącej z życia wszystko, co najlepsze. Przede wszystkim jednak o tym, jak trudno jest dzisiaj zbudować trwałe relacje, przestać spoglądać na drugiego człowieka jak na towar i przedmiot, przestać wyceniać życie pod kątem miłosnych podbojów i intelektualnych zdobyczy.

O czym jednak naprawdę jest ta historia? Wszystko zaczyna się w bardzo trywialny sposób i przez dłuższy czas nie chce wyjść poza znane już literackie schematy, przy których ziewamy i jednocześnie szybciej kartkujemy książkę. Tę powieść czytać należy uważnie, albowiem jej pełne zrozumienie zależy od empatycznego i uważnego wejścia w przeszłość bohaterów. Ten zabieg znany jest nam z „Rówieśniczek”, ale tym razem Katarzyna Tubylewicz wykorzystuje go inaczej. Odnosi się wrażenie, że najpierw usiłuje uporządkować czas miniony swych bohaterów, by potem pozwolić im spotkać się naprawdę. Pierwsze spotkanie ma miejsce w pociągu. Zgorzkniały pisarz Marcel Nowicki wraca z nieudanego spotkania autorskiego w Krakowie. Nie ma pojęcia, że niebawem wróci do miasta kierowany poczuciem obowiązku wobec bliskiej osoby, z którą chce poprawić relacje. Pojawiająca się na horyzoncie Hanna Miszewska jest pewną zagadką. Okazuje się, że dobrze zna całą twórczość Marcela i dosyć szybko znajdują płaszczyznę porozumienia pozwalającą na przetrwanie podróży. Marcel waha się, czy przenieść tę znajomość na grunt inny niż ten z wagonu kolejowego. Decyduje się jednak na ryzyko. Hanna wkroczy w jego życie niespodziewanie i w zaskakującej dla niego roli. Oboje skonfrontują się ze swymi poglądami na życie, tworzenie i odpowiedzialność za słowo, gest i czyn.

Borykająca się z prowincjonalnymi kompleksami Hanna nie wydaje się dobrym materiałem na dynamiczną bohaterkę literacką, której rola zaskoczyć może czytelnika przyzwyczajonego do schematyzmu pisarskiego. Znamy jej przeszłość, ale nie wiemy do końca, kim jest teraz. Hanna przez lata szukała własnej tożsamości. Musiała pogodzić się z tym, że wszystkie relacje z mężczyznami były w pewnym stopniu toksyczne. Najbliższy był jej ojciec, ale on wycofał się i zamknął we własnym świecie. To matka zdecydowała o tym, że los trzeba wziąć we własne ręce. Konsekwencją tego była jej emigracja i pozostawienie córek samym sobie. Czy aby na pewno? Trudna sytuacja życiowa Hanny z okresu dzieciństwa i dorastania dała jej jednocześnie pewien rodzaj siły. To właśnie między innymi dzięki niemu przybywa do Warszawy, by zacząć nowy etap życia. Czy jest już świadoma własnej tożsamości? Czy zmieni ją znajomość z Marcelem? A może to ona wpłynie na zgorzkniałego literata, który pożegnał już marzenia i ma świadomość, że najlepsze lata i najlepsza proza już za nim?

Marcel ma cechy tak zwanego pisarza etatowego. Zmaga się z pisaniem, które od pewnego czasu zaczyna go uwierać. Zapatrzony w sobie mężczyzna rozumie, że nie jest tak naprawdę nikim wyjątkowym. Że walczy o uznanie wraz z innymi pisarzami, a chodzi o uznanie grupki odbiorców, bo w Polsce przecież nikt nie czyta. Powieść, która powstaje, zmusza Marcela do wyrzeczeń i każe mu toczyć bój ze sobą. Nie jest świadomy tego, że kreowany przez niego świat przedstawiony można zmienić, zmodyfikować, uczynić bardziej wiarygodnym. Tymczasem pozostaje frustracja i gniew na samego siebie. Twórcza niemoc idzie w parze z coraz silniejszym przekonaniem, iż wybrana ścieżka zawodowa nie daje żadnego spełnienia. Można tkwić w marzeniach o tym, że kiedyś miało się uznanie i sławę. Teraz pozostaje bolesna samotność i świadomość kresu. Powieść ma być ostatnia. Jaki jednak przyjmie kształt?

Katarzyna Tubylewicz zręcznie manipuluje czytelnikiem, który spodziewa się płomiennego romansu i przewiduje trudności, jakie staną na jego drodze. Młoda dziewczyna poszukująca pracy w stolicy i pewny siebie pisarz po pięćdziesiątce, który jest przekonany, iż kobiety służą w dużej mierze do używania. Nic nie jest jednak tym, czym się wydaje. Ostatnia powieść Marcela” jest historią wskrzeszania się z przeszłości i stawania na nowo. W zaskakującej relacji, do której żadna ze stron nie jest gotowa. To książka o tym, kim się stajemy w opowieściach innych i jak zmieniamy się, kiedy otrzymamy zaskakujące informacje zwrotne na temat tego, co robimy. Charakterystyka obojga bohaterów jest nad wyraz wieloznaczna. Duże znaczenie ma to, co przeżyli, i świadomość tego, kim się przez to stali. To także opowieść o starciu płci. O tym, że ich konfrontacja zawsze doprowadza do zmian i że można ujrzeć świat z innej perspektywy, jeśli przełamie się uprzedzenia i konwenanse.

Proza Tubylewicz to także traktat o tym, że staramy się sporo z siebie zapomnieć, by budować życie na innych zasadach niż te podejrzane w toksycznej rodzinie. Dysfunkcyjność tej rodziny nie jest u pisarki przedmiotem krytyki czy uważnej analizy. Ona jest nakreślona przede wszystkim po to, by można było zrozumieć motywacje bohaterów, którzy w taki, a nie inny sposób zbudowali sobie swe dorosłe życie. To jednak książka także o bliskości, a może nawet przede wszystkim o niej. O bliskości bardzo specyficznej. W tej prozie frustracja zderza się z życiowym entuzjazmem. Schematy myślowe ze świeżością nowej perspektywy. To książka o prawdziwym spotkaniu dwojga ludzi. O podmiotowym traktowaniu inności i o tym, że można ulec zmianie w najbardziej zaskakującym momencie życia. Bo nagle wszystko może się zmienić…

„Ostatnia powieść Marcela” to rzecz w dużej mierze ironiczna i na tyle wieloznaczna, że może być odczytana także jako proza o feministycznym charakterze. Czy to wszystko o tym? Czy starcie płci naprawdę determinuje odbiór tej książki? Cieszę się, że zdarzają się tak niejednoznaczne opowieści, w konfrontacji z którymi pozostajemy w pewnej czytelniczej niepewności. W tej książce jest niepokój, wyraziste emocje, czytelne motywacje bohaterów i dwuznaczne ich działania. Tubylewicz rozprawia o tym, że prawdziwe spotkanie z drugim człowiekiem, które odmieni nasze życie, może mieć miejsce w każdej chwili. 

2016-03-21

"Czarownice z Pirenejów" Luz Gabás

Wydawca: MUZA

Data wydania: 17 lutego 2016

Liczba stron: 478

Tłumacz: Barbara Jaroszuk

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Namiętności poza czasem

Luz Gabás ponownie napisała o ludzkich namiętnościach w epickim stylu, który imponuje tym bardziej, że opowiadana historia sięga faktów historycznych oraz prawdziwych opowieści – z nich hiszpańska pisarka buduje wiarygodny świat przedstawiony, w który można się wtopić. Gabás przyjęła nieco inną technikę i perspektywę opisu niż w poprzedniej książce. „Palmy na śniegu” bazowały na niedopowiedzeniach i dwuznacznościach. Czytelnik w dużej mierze tworzył własną historię podczas lektury. „Czarownice z Pirenejów” ułatwiają mu zadanie, bo wszystko zostaje klarownie wytłumaczone i niezwykła ciągłość między XVI a XXI wiekiem pozwala doskonale zorientować się w motywacjach bohaterów i ich stanach emocjonalnych. Ta książka zręcznie łączy w sobie kilka gatunków. Romans w niekonwencjonalnym stylu. Mroczną baśń. Przypowieść o miłości i zemście, której aktualność staje się czymś oczywistym. Pojawiają się elementy powieści z dreszczykiem, a całość jest po prostu nieźle skrojoną powieścią obyczajową odnoszącą się do irracjonalności ludzkiej natury, którą porzuciliśmy w XXI wieku, oddając ją na pastwę ironizowania i drwin, ale także strachu. Luz Gabás fantazjuje o miłości wiecznej i o odwadze, by mierzyć się z bólem oraz strachem właśnie. Udowadnia, że można się odrodzić, a pamięć o ludziach – jak myśli główna bohaterka – trwa dłużej niż wiek.

Brianda jest racjonalistką, która życie poukładała sobie w każdej możliwej sferze. Dobra praca, czuły partner, całkowicie stabilne i dostatnie życie. Tę sielankę przerywają załamania nastroju kobiety. Organizm zaczyna dziwnie reagować, sny męczą i niepokoją, niedyspozycje odbijają się najpierw na związku, a potem na życiu zawodowym bohaterki. Brianda postanawia wyjechać w rodzinne strony. Do wioski, którą kiedyś w pośpiechu opuszczała, a gdzie teraz przyjdzie jej skonfrontować się z odległą przeszłością. Elementy metafizyczne Luz Gabás wprowadza stopniowo i bez narzucania czytelnikowi perspektywy. Od początku widzimy, że związek ze złym stanem psychicznym Briandy mają wydarzenia sprzed wieków. Ona sama przekonuje się o tym, widząc na jawie elementy mrocznych snów. Senna górska mieścina, w której każdy zna każdego, a domy mają dusze jak ludzie, stanie się dla mieszkanki Madrytu pewną mroczną pułapką. Wyjście z niej jest tylko jedno, ale Brianda nie przypuszcza, co nim może być. Tymczasem traci pracę i rozluźnia związek z opiekuńczym Eduardem. Na jej drodze stanie tajemniczy Włoch, który remontuje ruiny spalonego domu nieopodal miejsca zamieszkania kobiety. Dalej zdarzenia będą się toczyć w niezwykle wartkim rytmie. Brianda skonfrontuje się z biografią innej mieszkanki wioski o tym samym imieniu. Była jedną z dwudziestu czterech kobiet, które w 1592 roku uznano za czarownice i zgładzono w efekcie sądu opartego jedynie na mglistych przesłankach, ciemnocie ludzkiego umysłu, na zawiści i chęci zemsty.

Gabás opowiada o niezwykłej sile agresji i narastającej frustracji małej społeczności, które mogą doprowadzić do tragedii. Irracjonalność zachowań tych, którzy poszukują wroga i werbalizują jego definicję, to zjawisko uniwersalne, a w czasie historycznym, do którego przenosi nas hiszpańska prozaiczka, oznacza to przede wszystkim skupienie się na ludzkich kozłach ofiarnych. W tym przypadku na kobietach, których rola i status w XVI wieku bardzo dobrze zobrazowane są w biografii tej, co nie pozwala o sobie zapomnieć pewnej mieszkance Madrytu nieświadomej czekającej ją przemiany.

Jest w tej książce sporo gotowych rozwiązań, które nasuwają się już wcześniej, nim je poznamy. Ważna jest wspólna płaszczyzna łącząca zupełnie inne realia, ale tę samą miejscowość. To także przedmioty nabierające znamion magicznych. Na przykład szmaragdowy pierścień z wyrytą na nim łacińską sentencją będącą zewem rodu, którego tajemnice usiłuje odkryć Brianda. Tymczasem poznaje ekscentryczną Neli oraz musi przebywać w towarzystwie gburowatego wuja, który wywołuje lęk, zamknięty w jakimś bliżej nieokreślonym czasie minionym, skrywający mroczne sekrety swojego rodu. Brianda będzie zmuszona poznać ten swój. Przede wszystkim historię upodlenia oraz wielkiej miłości, która podyktowała takie, a nie inne wybory i zwyciężyła z zabobonami oraz ludzkim okrucieństwem przed wiekami.

Luz Gabás w swojej baśniowej książce o potędze uczucia zwraca naszą uwagę na tę sferę przeżyć, które często bagatelizujemy i którym nie nadajemy większego znaczenia. Opowiada o niesprawiedliwie odebranym życiu mającym się odrodzić ponownie. Do tego czasu współczesna zagubiona bohaterka książki musi dokonać niewyobrażalnie wielkich zmian. Okupi je, ale ma szansę na to, by uwolnić to, co jej przodkini zamknęła w sekretnych zapiskach i w sile miłości przekazanej dalej, okupionej bolesnymi przeżyciami, przedwcześnie przerwanej, domagającej się kontynuacji w czasach współczesnych.

„Czarownice z Pirenejów” to powieść posługująca się bardzo czytelnymi obrazami. Omdlenia, burza, jeździec na czarnym koniu. Elektryzująca bliskość kochanków i konsekwencje potajemnego uwielbienia. Poza tym historyczna opowieść o walce, którą szesnastowieczna kobieta musi prowadzić w wyjątkowo wielu wymiarach. Gabás dołącza do tego magię, niezwykłe rytuały, religijność i prowincjonalną obyczajowość. Nade wszystko jednak siłę okolicznej przyrody i słowa przysięgi, które się spełniają. To też historia o tym, że czas na prawdziwą miłość jest bardzo ograniczony, gdy życie ludzkie – z różnych powodów – staje się kruche i niepewne. Książka zadowoli miłośników średniowiecznych intryg oraz tych, którzy traktują czas miniony jako źródło czytelniczej inspiracji. Bo hiszpańska pisarka oddziałuje na wiele zmysłów i przykuwa uwagę w bardzo specyficzny sposób. Epickość i dbałość o szczegóły to cechy wyróżniające tę prozę. Luz Gabás opowiedziała o tym, że nigdy nie powinniśmy się wstydzić namiętności. Ich cena może być różna, ale to jeden z ważniejszych przejawów ludzkiego życia. A także pamięć. Dzięki niej pirenejska prowincja mówi do Briandy innym, czytelniejszym językiem. Warto zwrócić uwagę na symboliczną, metafizyczną wymowę tej prozy. Można jeszcze pisać o wielkiej miłości w taki sposób, by to nie raziło ani nie nudziło.

PATRONAT MEDIALNY

2016-03-18

"Poleciały w kosmos" Ida Linde

Wydawca: LOKATOR

Data wydania: 26 lutego 2016

Liczba stron: 154

Tłumacz: Justyna Czechowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 33 zł

Tytuł recenzji: Bliskość i oddalenia

Subtelne, niepokojące, przesycone wieloznaczną symboliką i przejmująco opowiadające o ludzkich tęsknotach książki Idy Linde to prawdziwe literackie perełki. Po znakomitym zbiorze miniatur literackich "Jeśli o tobie zapomnę, stanę się kimś innym" otrzymujemy kolejną narrację szwedzkiej autorki w znakomitym przekładzie Justyny Czechowskiej. To ten niezwykły tandem - pisarki i tłumaczki - daje nam okazję do obcowania z literaturą inną, wyjątkową, w specyficzny sposób angażującą. Druga książka Linde to także rzecz, która skonstruowana została w taki sposób, że różnorodne opisy świata i jego przeżywania pogrążają nas w niepewności tego, co naprawdę ważne i nad czym należy pochylić się z większą uwagą. Będzie to zatem historia wielu interpretacji. Wspólna płaszczyzna czytelniczego porozumienia może nie być możliwa jak płaszczyzna porozumienia dwóch pokoleń, różnych wrażliwości, odmiennej odwagi do stawania się i decydowania o sobie. To książka zagadek, ale i odkrywania pewnych oczywistych prawd o ludzkiej naturze. W nieoczywistej formie oraz nieoczywistym języku.

"Poleciały w kosmos" to opowieść wielu doznań i przesłań. Podobnie jak pierwsza publikacja Idy Linde dotyka problemu śmiertelności i naszej wewnętrznej niezgody na nią. To ponownie rzecz o trudnych relacjach, bardzo intymnych i niezwykle złożonych. Książka, w której nakreślenie przestrzeni kosmosu może być jednocześnie symbolem wyzwolenia, jak i zagubienia. Linde opowiada o tym, że być razem w życiu to zawsze wybierać. O macierzyństwie przeżywanym na dwa różne sposoby i o dziecięcym pragnieniu akceptacji każdej inności, każdej oryginalnej formy wyrazu siebie.

Eleonore jest matką Silji i Sontag. To one dwie ruszają w kosmiczną wyprawę. Każda w osobnej rakiecie, nastawiona na weryfikację tej drugiej. Obserwują się i analizują, ale robią to z oddalenia. Dotychczasowe życie wymuszało na nich trudną bliskość. Linde bowiem opowiada o tym, jak często tej bliskości towarzyszyć może obcość. Silja i Sontag walczyły o uwagę i uznanie Eleonore. Teraz konfrontują się ze sobą. Być może po raz pierwszy naprawdę. W innej przestrzeni, w której doświadczanie próżni ma metaforyczny wydźwięk. Obok siebie, z dala od siebie, ciekawe i ostrożne. Niecierpliwa i osobna Silja. Zasadnicza, rozważna i dużo bardziej pewna siebie Sontag. Co pozostawiły za sobą? Czym jest ich kosmiczna podróż? Co się zakończy i czy coś rozpocznie w momencie, w którym zdejmą hełmy, poddając się nieznanej im, nieziemskiej przestrzeni?

To w dużej mierze opowieść o tym, jak trudno jest być matką i jakiej formy czułości wymaga aktywne macierzyństwo. To zatem opowieść także, a może przede wszystkim o Eleonore, która staje się matką dwukrotnie. Bohaterka od dzieciństwa żyje do wewnątrz. Odrzuca ten pierwszy okres życia, pragnąc za wszelką cenę zaznać dorosłości. Eleonore ustanawia swój własny ład i porządek. Jest samotna w ontologicznym sensie i wyzwolona w sensie egzystencjalnym. Nie rozumie tego, co istnieje obok niej, i poddaje w wątpliwość porządek rzeczywistości. Linde opowie o kobietach, które tworzą wspólnie pewien mikrokosmos, a potem wyruszają w świat, żegnając się i pozostając w specyficznej bliskości na zawsze. "Poleciały w kosmos" to książka o odkrywaniu siebie w konfrontacji z kimś, kto jest najbliższy, a znajduje się w pewnym oddaleniu. To narracja o kilku rodzajach poszukiwań. Egzystencjalna rozprawa z danym nam raz jedyny życiem, którego koniec jest przecież pewien w bardzo niespokojny sposób.

Matka i córki zamieszkują w domu, który kiedyś był stacją kolejową. Z tego miejsca wyprawiają się w świat niczym pociągi. Każda usiłuje zrobić to samodzielnie, ale żyją w bardzo silnej symbiozie i zawsze ta obok wpływa na kształt myśli i działań drugiej. Eleonore była wiecznie niespokojna, więc jej córki podróżowały w dosłownym sensie po Europie. Dojrzewają do tego, by podjąć się trudu innej podróży. Takiej, której sensu i celu nie narzuca matka. Takiej, w której muszą odnaleźć własny sens i cel. Własną przestrzeń wolności.

To rzecz o kobiecym stawaniu się odpowiedzialnymi za siebie. Mężczyźni w tej prozie są niewidoczni, gdzieś z boku, czekają w rezerwie. Kontakty z nimi - przede wszystkim seksualne - są dla Eleonore zapomnieniem. Linde pokazuje kobiecość podporządkowaną licznym, zmieniającym się bodźcom. Kobiecość przekazaną w kolejnym pokoleniu razem ze swą nerwowością i pragnieniem zdobywania świata na własnych warunkach. Silja i Sontag sporo przejmują od matki, ale dużo też je od niej dystansuje. Nie będą pewne swej tożsamości przy matce. Zawalczą o tę tożsamość - każda na swój sposób.

Linde eksperymentuje tak jak Eleonore, która wciąż na nowo zadaje sobie pytanie o to, czym jest intensywność istnienia. Co przejmą córki od matki? Z czym będą musiały się zmierzyć? Jak daleko potrafimy uciec od siebie i na czym polega nasza grawitacja istnienia? Ida Linde proponuje poetycką prozę o osobności i potrzebie odkrywania drugiego człowieka niczym niezbadanego kosmosu, który kusi innością. Piękna książka przesycona nostalgią i tą specyficzną wrażliwością na sprawy tego świata, które w dużej mierze nosimy w sobie. Szwedzka pisarka zagląda swym bohaterkom do wnętrza. Czule i wnikliwie. Wydobywa z nich to, co ma poruszyć czytelniczą wyobraźnię. I wyprawia w podróż, której znaczenia tylko możemy się domyślać. Bo ludzkie życie to wieczne podróżowanie, a budowane w nim relacje iskrzą niczym konstelacje gwiazd. Czasem gasną, a my nie rozumiemy, co się stało. Linde udziela odpowiedzi na pytania o to, gdzie powstają pęknięcia w relacjach i jak można je uleczyć.