2016-09-09

"Puste niebo" Radek Rak

Wydawca: Powergraph

Data wydania: 16 września 2016

Liczba stron: 446

Oprawa: twarda

Cena det.: 42 zł

Tytuł recenzji: Lublin opowieści

Jakie to inne. Jakie fascynujące! Świat przedstawiony nowej powieści Radka Raka może na przemian irytować, hipnotyzować, smucić i zachwycać, ale to taki rodzaj pisania, przy którym czytelnik pozostaje zaskoczony i niepewny – czy to wszystko jest na serio, czy te literackie gry motywami są uzasadnione i czy ta cała opowieść ma być osadzona w kontekstach oraz interpretacjach, a może ma po prostu porwać swoim wartkim nurtem. Jakkolwiek dobrze autor bawił się podczas pisania, proponuje nam mimo wszystko dość mroczny obraz kondycji ludzkiej, hiperbolizuje jej wady, uzasadnia takim, a nie innym tokiem akcji tezę o tym, że bardzo łatwo nam się zgubić i rzadko możemy się odnaleźć. „Puste niebo” to zaskakująca książka. Czego tam nie ma! Mikroświat wierzeń i zabobonów, w których wychowywał się wsiowy głupek, atakuje go ideą rewolucji i ukazuje wielkomiejski świat, gdzie zgubić się bardzo łatwo i nie sposób odnaleźć drogi ku prowincjonalnym bujdom oraz mitom. Rak oferuje dużo i jeszcze więcej. Oblężone miasto. Podziemia ratujące życie i wiodące ku narkotycznym snom. Femme fatale rodem z Narnii C.S. Lewisa. Angelologia upadłych albo zestrzelonych aniołów. Gromady atakujących ptaków rodem z Hitchocka. Przemoc, dzikie instynkty, wierzenia i kwestionowanie tych wierzeń. Świat trupiaków, ćmieli, smoluchów i wierszczy. Rabin przechrzta oraz wierzbowy czart. Wytapianie skradzionego księżyca i groźny pomruk sterowców w powietrzu. Szalona narracja, a może narracja o ludzkim szaleństwie. O tym, do czego prowadzą nas atawizmy, i o świecie zagrożonym. Rosją, co do istnienia której nie ma pewności. Rewolucją, która wygasa. Deficytem na niebie powodującym, że ludzie przestaną się rozmnażać. Radek Rak ma niebywałą fantazję. Tej książki nie można przeoczyć – cokolwiek się z niej wyczyta, będzie świadectwem obcowania z naprawdę działającą na wyobraźnię literaturą.

Tołpi łowi księżyc w sieć. Wiejski chłopak zdobywa coś absolutnie nie do zdobycia. Coś, co warunkuje pewien porządek i światłem utrwala ład świata stworzonego po bożemu. Albo w prostej wyobraźni. Kiedy Tołpi orientuje się, że staje się sprawcą globalnej katastrofy, wyrusza w misję, by zdobyć nowy księżyc i zapobiec szeroko pojętej apokalipsie. Nie wie jednak, że przybywając do Lublina, będzie świadkiem umierania świata bez szans na jakiekolwiek odrodzenie. Duchowość, zdrowy rozsądek, intelektualizm – wszystko zastąpiono przemocą, hipokryzją, hedonizmem i chaosem. Strachliwy Tołpi wydobywa się ze swojego bezpiecznego światka – w którym nigdy nie musiał myśleć ani podejmować decyzji – by znaleźć się w sercu wielkomiejskiego szaleństwa. Zwodzony na kilka sposobów, broni swej prostej tożsamości przed wszelkimi wpływami. Nie będzie ani oddanym komunistą, ani żarliwym kochankiem. Nie zaufa nikomu, bo każdy zdaje się mieć drugą twarz, swoje własne przywary skryte przed światem, a ujawniane w sytuacji, w której porządek zakłócają samoloty na niebie czy drapieżne ptaki.

Postać Tołpiego jest szkieletem konstrukcyjnym szalonej narracji, w której surrealizm miesza się z mitologią, a rzeczywistość niebezpiecznie zmierza w kierunku sennego koszmaru. Prostak ze wsi, której mędrczynią jest babuszka Sławuszka, musi zmierzyć się ze światem, jakiego ram nikt mu nie nakreślił tak wyraźnie jak prowincjonalne zabobony, wokół których organizował sobie swoje prościutkie życie. Narażony na niebezpieczeństwa wykaże się heroizmem. Tak, Tołpi stanie się bohaterem i kilka razy udowodni, że jest w nim siła przemian i moc zdobywania czegoś, co niemożliwe. Widzimy jednak, że bohater przepełniony jest tą życiową nieporadnością, która powoduje, iż wszystko, właściwie nawet każdy kolejny przeżyty dzień, będzie u Tołpiego kwestią przypadku.

Nieprzypadkowo jednak na jego drodze Rak stawia kobiety, dla których – na różne sposoby – chłopak straci głowę. Najpierw poznaje niejaką Madame Chauchat – uwodzicielską i tajemniczą, mającą wpływy w Lublinie, porównywaną na przemian do istoty anielskiej i diabelskiej. Madame wniknie do życia i świadomości Tołpiego jako niewyobrażalna rozkosz, dla której warto zaryzykować oraz zmienić bieg wydarzeń, sprzeciwić się nakazom wysyłającej go do miasta babuszki. Ale kobiecość i erotyzm Madame są bardzo dalekie, wszak estetyka Tołpiego to jędrne, białe piersi i ta swoboda w ich eksponowaniu. Dzikość i naturalizm uosobi Adela. Tak, imię chyba nieprzypadkowe, skoro akcja rozgrywa się w bliżej nieokreślonych, ale czasach Brunona Schulza. Adela ze swą kokieterią pełną wulgarności zaspokaja marzenia Tołpiego o kobiecie, przy której będzie mógł czuć się spełniony. Adela jednak poniesie ofiarę, a konsekwencje będą tragiczne. Tołpi pozostanie zagubiony między pragnieniem odczuwania kobiecej bliskości a tą formą czegoś niemożliwego i nie do pojęcia, co symbolizuje kusząca go Madame.

Radek Rak buduje narrację o nieistniejącym Lublinie. Dużo w niej brawury, ale też czułości dla miasta. Miejsca, w którym można w każdej chwili zginąć lub zniknąć. W Lublinie rabin stanie się przechrztą, wódka będzie się lać strumieniami, trupy na ulicach tworzyć specyficzną harmonię z gwarem ulicy targowej. W Lublinie Raka niebo spotka się z ziemią. Wiara z żarliwym ateizmem. Bogactwo z biedą i transcendencja z ulicznym brukiem. Wędrujemy przez to miejsce wciąż zaskakiwani i nieustannie urzeczeni. Dzieją się rzeczy, dla których nie ma nazw i definicji. Rak mógłby powtórzyć za Italo Calvino, że miasto jest tym, czym jest, ale też wszystkim, czym mogłoby być. Świat w jakiś sposób rozpada się i odnosimy wrażenie, że nic nie jest w stanie zapobiec temu rozpadowi. Lublin ożywa w wyobraźni, cierpi i umiera. Miasto będące twierdzą staje się także siedliskiem grzechu, przemocy, a jednocześnie wiecznych marzeń o tym, żeby żyć dobrze, swobodnie, z dala od upiorów i paktów o duszę. W bezpiecznym kolektywie, w którym każdy ma po równo i nikt nikomu niczego nie zazdrości. Tam też mogą istnieć obok siebie byty zmyślone i boleśnie naznaczone trudem życia. Radek Rak kreśli wyjątkową topografię miasta. Gubimy się w nim jak Tołpi, a jednocześnie jesteśmy w orbicie wpływów instynktów oraz namiętności, do których nie chcemy się przyznać. Lublinianie się przyznają – żyjąc między wiarą a poczuciem pustki. Nie tylko niebo może być puste. Każdą pustkę można jednak opisać. Rakowi udaje się to znakomicie.


PATRONAT MEDIALNY

2016-09-07

"Żywopłot" Dorit Rabinyan

Wydawca: Smak Słowa

Data wydania: 17 sierpnia 2016

Liczba stron: 364

Tłumacz: Agnieszka Olek

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Ponad podziałami

Dorit Rabinyan mocno wpisze się tą powieścią w świadomość, jaką ma na temat literatury izraelskiej polski czytelnik, który oswoił już estetykę Kereta, Shalev, poznał Eshkola Nevo czy pojedyncze tłumaczenia pisarek takich jak Sara Shilo oraz Alona Kimchi. Rabinyan nie czerpie inspiracji z dorobku swoich rodaków, albowiem ma do opowiedzenia swoją własną, osobną historię. Perspektywa jednostki łączy się tu w dramatycznym tyglu z postrzeganiem świata przez społeczeństwo. To nie jest opowieść o trudnej do zrealizowania miłości, o namiętności trwającej w reglamentowanym czasie i o podziałach, które wciąż na nowo oddalają od siebie Izrael i Palestynę. „Żywopłot” odbieram przede wszystkim jako powieść o wewnętrznej wolności, która musi się zrodzić w opozycji do czegoś. Tym samym to wolność iluzoryczna. Rabinyan opowiada o dwojgu młodych ludzi, którzy chcą wypracować sobie swą własną przestrzeń wolności – bez zasieków, bez granic, bez udowadniania sobie, iż obrona może być najlepszym atakiem i że gdzieś obok wciąż czai się wróg. Dramat bohaterów to nie tylko niemożność zrealizowania swoich pragnień. To także problem tkwienia w wielu bolesnych stereotypach, z wrytymi gdzieś pod skórę lękami, pośród niewidzialnych zasieków ukształtowanych przez dwie kultury i przez ludzi, którzy wciąż walczą o jedną ziemię, nie mogąc dojść do porozumienia, kto bardziej ją kocha i komu jest ona należna.

Liat Binjamini doświadcza opresyjności świata już na samym początku powieści. Jej cera, język pisany, zachowanie wzbudzają nieufność człowieka naznaczonego traumą po 11 września. A mamy 2002 rok, pełne różnorodności i tolerancji miasto Nowy Jork, tak mocno przecież draśnięte przez niewidocznego wroga i tak uważnie wypatrujące go wciąż na ulicach. Ta wielka historia międzypaństwowych, a nawet międzykontynentalnych uprzedzeń jest mocno niepokojącym tłem dla historii o odkrywaniu siebie w tej inności drugiego człowieka, której nigdy nie chciało się zgłębić, nigdy też do końca zrozumieć. Bo Liat, stypendystka przebywająca w Nowym Jorku czasowo, będzie zmuszona do konfrontacji z Hilmim Nasirem – młodszym od niej obywatelem… no właśnie, państwa po sąsiedzku? Nie. Liat jest obywatelką Izraela, Hilmi pochodzi z Palestyny, jest Arabem. Tych dwoje nie ma szansy na prawdziwe zbliżenie. A jednak próbują i nie jest to sentymentalne uleganie miłosnym zachciankom czy podążanie po równi pochyłej nasyconej tylko emocjami. Nowojorscy kochankowie chcą do siebie dotrzeć naprawdę. Widzą, jak wiele ich dzieli, ale każda różnica będzie się stawała z czasem wyzwaniem do pokonania. A nie jest łatwo, bo wspólna wydaje się tylko miłość. Trzeba będzie ponieść konsekwencje za oddanie się zakazanemu uczuciu, tylko… kto i kiedy tak naprawdę zakazał kogokolwiek kochać?

Liat i Hilmiego zbliża wspólny papieros. Potem wspólna troska o zagubione klucze bohatera. Odszukiwanie podobieństw idzie w parze z odkrywaniem coraz to nowych barier między nimi. Już same zderzenia językowe świadczą o mentalnej linii podziału ukształtowanej być może też gdzieś poza ich świadomością. Hebrajski i arabski to języki, które nie mogą współbrzmieć dobrze. Bezpieczny wydaje się angielski, ale i on przywołuje niebezpieczne konteksty. Rabinyan ukazuje linie podziałów najpierw w języku, aby pokazać ich silne zakorzenienie z jednoczesną absurdalnością, bo leksyka porządkuje świat, a nie słowa są porządkowane przez oblicza tego świata. To, w jaki sposób różnorodność i grozę tej różnorodności izraelska pisarka pokazuje potem, jest niewątpliwą zaletą tej książki – opowieści o mierzeniu się ze stygmatem wroga i definicjami narzuconymi przez innych. Kompromisy będą trudne, nawet językowo. Na szczęście jest ten wybawiający ich od zła – język miłości. Wokół niego jednak sporo traum, roszczeń, skrajnie różnych od siebie poglądów i dużo lęku – oboje bowiem przekraczają granice wyryte w ich mentalności, w skórze, sposobie odbierania świata.

Ten związek ograniczają czas i obszar jednego miasta. Irytuje nieco kolejne literackie przedstawianie Nowego Jorku jako przestrzeni porozumienia, które – w sugestii – mogłoby się nie zdarzyć nigdzie indziej. Ale zakochani mają rzeczywiście swój bezpieczny, amerykański grunt. Poza nimi są oczywiście rodziny. Ta Hilmiego boleśnie przeżyła przesiedlenie. Matka coraz bardziej popada w mroczną religijność. Hilmi tkwi w poczuciu rozgoryczenia i gdzieś tam wewnątrz radykalizuje swoje poglądy, bo wyrósł z opresji, niesprawiedliwości i chęci odwetu. To jednak arabska familia obdarza zaufaniem obywatelkę Izraela. Liat wciąż żyje w lęku przed tym, żeby o jej romansie nie dowiedział się nikt w ojczyźnie. Spięcia między zakochanymi rozciągają się także na rodzinne linie podziałów. Dorit Rabinyan unika jakichś dramatycznych przesłań w tym, co mówią i robią jej bohaterowie, ale wokół nich napięcie wciąż wzrasta. Wraz z upływem czasu, który każe zakończyć tę znajomość, bo przecież skazana jest na niepowodzenie nawet wówczas, gdy wszystkie mentalne linie podziałów kochankowie zażegnają w łóżku i pojednaniu codzienności.

„Żywopłot” to opowieść o heroizmie wyjścia naprzeciw czemuś nowemu, co związane jest z przełamywaniem przede wszystkim lęku. Bardzo go dużo, to się czuje w tych gorączkowo portretowanych relacjach. W tym oddaniu i jednoczesnym oddaleniu, ale tak naprawdę w strategii przetrwania przez poszanowanie. Dokąd zaprowadzą bohaterów książki czas, przestrzeń, ich pragnienia i oczekiwania? Zakończenie nieco rozczarowuje. Wydaje się pewnym pójściem na łatwiznę. Zdaję sobie sprawę, że jest to częściowo opowieść autobiograficzna, niemniej siła tej powieści słabnie w ostatnich rozdziałach. A przecież „Żywopłot” jest o specyficznym rodzaju siły życiowej – gwarantującej dobre i godne życie po usunięciu wewnętrznych przeszkód, odrzuceniu bolesnych stereotypów. Chciałoby się widzieć, że ta wywalczona wolność, wyzwolona świadomość i czułość ponad podziałami przekształcają się w coś innego, większego. Nie możemy bowiem ukrywać, że ta książka nie ma społecznego wydźwięku, skoro osadzono ją w bardzo bolesnych liniach podziału i oferuje nam przede wszystkim fantazję o ich przekraczaniu.

To bardzo plastyczna powieść, piękna historia trudnego związku. „Żywopłot” opowiada o nadziei i o tym, jak konstruktywna może być miłość. Nawet ta, której los nie da szansy na rozwój. A może jednak w tej całej historii pojawiają się jakieś inne szanse, inne możliwości? Dorit Rabinyan portretuje trudny związek, ale związek przede wszystkim możliwy. Dyskretnie sugeruje, że pewne możliwości mogą mieć miejsce. Blokują je jednak ludzka zawiść, małostkowość i skupienie na pewnych destrukcyjnych instynktach społecznych. To książka o tym, że można być, trwać, kochać się i rozumieć świat ponad podziałami. Chwilami ujmująca swoją świeżością, chwilami boleśnie zaznaczająca, w jaki sposób i na jakiej zasadzie tworzymy w umyśle pojęcie wroga oraz czemu lub komu ma to służyć. Książka różnorodnych odczytań. Mądra i przenikliwa.

2016-09-05

"Zostawić Islandię" Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Wydawca: Noir sur Blanc

Data wydania: 8 września 2016

Liczba stron: 128

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 29 zł

Tytuł recenzji: Północne opowieści

Mam spory problem z nową książką Huberta Klimki-Dobrzanieckiego. Sięgałem po nią – wraz ze swą fascynacją prawie wszystkim, co islandzkie – z bardzo dużymi oczekiwaniami i pozostałem ze sporym niedosytem. Dlaczego? Być może dlatego, że w „Zostawić Islandię” za mało jest o samej wyspie pisanej z atencją dużą literą, a za dużo o samym autorze. Tak niby powinno być, jednak specyfika opisywanego miejsca powinna w tej książce wybrzmieć bardziej wyraźnie. Jest za to sporo anegdot, barwnych opowieści; trudno zorientować się w wirze dygresji, bo Klimko-Dobrzaniecki jest świetnym gawędziarzem, ale w tym wszystkim powstaje pytanie, czy rzeczywiście miała to być książka o pożegnaniu z Islandią (którego powodów trudno tak naprawdę się doszukać), czy też szybko napisana rzecz i równie szybko określona jako kolejna pozycja do publikacji. Niewielkich rozmiarów wolumin wzbudza także refleksje o tym, czy wspominane lata życia na Islandii nie zostały trochę po macoszemu potraktowane, czy to ma być taka konwencja rwanych opowieści z pewnym umownym tłem, do którego można, ale przecież nie trzeba ciągle nawiązywać.

Wbrew oczekiwaniom jest w tej narracji sporo Bielawy i sporo opowieści o różnych początkach – także o początku fascynacji Islandią: islandzkich śledziach ze słoika pałaszowanych w dobrze znanej przestrzeni dorastania. Klimko-Dobrzaniecki na kilka sposobów opowiada o tym, jak to jest z noszeniem w sobie prowincji. Ta bielawska i islandzka różnią się diametralnie, ale są mimo wszystko punkty wspólne. Takie miejsca na drodze życia, przy których zawsze się zwalnia z tym samym zadziwieniem powtarzalnością pewnych spraw. Autor nie powtarza się i raczy nas naprawdę ciekawymi historiami. Z Islandią w dość dalekim tle. W momencie, w którym czytałem zachłanniej, gdy zaczynała się opowieść o Fiordach Zachodnich – oddechu prawdziwej Islandii – na ziemię sprowadziło mnie szybkie porównanie krajobrazu do hałd kopalnianych i włączenie w kolejne dygresje. A przecież podróżowanie po wyspie jest dla autora i jego żony sposobem na zbliżenie się do miejsca, w którym przez dziesięć lat byli u siebie. Cynizm wspomnianego porównania może świadczyć o tym, że Islandia jednak nie zaległa gdzieś w sercu. Książka oferuje relację także z podróży islandzką „jedynką”, czyli drogą wokół wyspy. Kiedy czyta się o niej, będąc przyklejonym do mapy Islandii, otrzymuje się opowieść pewnych niedomówień lub przemilczeń. Wyciętą jakąś jedną trzecią drogi po tym, gdy bohaterowie igrają z islandzkimi warunkami drogowymi i pośród bieli w lecie improwizują zaślubiny. Z drugiej strony – surowość klimatu i ta sama surowość w opisywaniu emocji. Sporo, ale chyba niewystarczająco dużo.

Dla tych, których mniej od samej Islandii interesuje twórczy rozwój autora, będzie to książka z pewnością ważna, bo w całości jest autobiograficzna i koncentruje się na specyficznych doznaniach, na oglądaniu świata przez pryzmat wrażliwości autora. A tę specyficzną wrażliwość widać w różnych kontekstach. Te islandzkie każą patrzeć przede wszystkim na emigranta, który przestaje nim być i jedna się z miejscem, dokąd nikt się specjalnie nie wybierał w czasach, kiedy Klimko musiał dzielnie walczyć o różnego rodzaju pozwolenia na wyjazd. To książka o różnego rodzaju magii relacji międzyludzkich, a także narracja o inspiracjach. Nie chodzi tylko o to, że pisarz powraca do okoliczności stworzenia „Domu Róży” i „Krysuviku”, ani o jakieś szczególne wyróżnianie tego, co zaoferowały mu islandzka przestrzeń i mentalność znajomych. To przede wszystkim książka o pewnego rodzaju końcu i o estetyce pożegnania. Jest w niej mowa o miłości i różnego rodzaju fascynacjach, ale też o elementach uwierających. O tych życiowych sytuacjach, które zaowocowały niespotykanymi, strasznymi oraz śmiesznymi perturbacjami. A na nich budowane były potem pamięć i literatura. Tylko że niewiele z tego wszystkiego zostaje dla nas, czytelników. Nie wiem, czy mamy korzystać, analizować, wybiórczo kontemplować, obserwować swadę stylu – w jakikolwiek sposób wziąć z tych stron coś dla siebie.

To ukłon dla godności, tolerancji i poszanowania innych, które tak wyraźnie charakteryzują Islandczyków – plemię zjednoczone przez niewygodę klimatu, przez ciasnotę i przez wspólną walkę z różnego rodzaju żywiołami. To także opowieść o narodzie, który potrafi się zawsze cieszyć i zawsze umie odnaleźć dystans do samego siebie. Jednocześnie historia o wielkiej różnorodności, w której można się odnaleźć lub zagubić. Klimko-Dobrzaniecki filtruje ją po swojemu i składa pokłon wyspie, na której zdarzyło mu się przeżyć to, co na zawsze zostanie w pamięci. To wszystko we wspomnianym wirze dygresyjności. Za dużo jest miejsc, w które wdziera się chaos myślowy. Odnosi się wrażenie, że kilka historii sklejono na siłę. Jest w tym wszystkim dynamizm, charakterystyczna doza autoironii i dar opowiadającego, który ma przekonanie o tym, iż może wszystkich zjednać. I tak właściwie trudno jednoznacznie orzec, o czym jest „Zostawić Islandię”, dla kogo ta narracja została napisana i co ma szczególnie akcentować.

Nie wiem, czy podobna książka mogłaby powstać z opisami Wiednia w tle, ale wiem na pewno, że autorska lekkość pióra tutaj chyba zwiodła i zagubiła. Szukając odbiorcy tej książki, zastanawiam się nad tym, czy to historia pasji oraz trosk, czy też bardziej pisanie o swoim braku zakorzenienia i o wydobywaniu z otaczającego świata charakterystycznych kształtów, barw i relacji z ludźmi. O samej relacji z Islandią dowiemy się niewiele. Pewnie ma być surowo i po islandzku ze wszystkimi tego konsekwencjami. Pozostaje spory niedosyt pośród pięknych pejzaży, które uchwycono w fotograficznym kadrze. Niewiele jest też prawdziwych spotkań z Islandczykami. Kilka pouczeń albo ciekawostek, czyli lepiej nie nazywajcie islandzkiego konia kucem i uważajcie na szowinizm prowincjonalnych kelnerów. Trochę uśmiechu, kilka scenek rodzajowych. I nadal za mało czegoś, z czego ta książka wyrasta. A przecież wyrosła z tęsknot, niedoborów, marzeń, fascynacji i kreślenia planów na dalszą drogę życia. Jest o tym wszystkim po trochu, ale bez jakiejś dyscypliny myślowej i bez pewnego porządku. „Zostawić Islandię” nie jest jednak książką chaotyczną. To historia możliwości i opowieść o wyborach. Wszystko punktowane. Zamazane jak islandzkie niebo rozrywane wiatrem i deszczem.

2016-09-02

"Jesień" Karl Ove Knausgård

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 1 września 2016

Liczba stron: 240

Tłumacz: Milena Skoczko

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Ujrzeć świat na nowo

Karl Ove Knausgård zmienia tonację. Zmienia perspektywę i być może też przedmioty opisu. Oferuje nam inne widzenie świata. Prezentuje w nowym cyklu swego rodzaju poczciwy i czuły egzystencjalizm. Zamiast walki – poczucie harmonii, zrozumienia swego miejsca w świecie. Zamiast kipiących w nadmiarze emocji – spokojna tonacja przyswajania świata, opisywania go na nowo, a może przede wszystkim po raz pierwszy z taką uwagą. Wszystko dla nienarodzonej, trzeciej już córki. To dla niej powstają zapiski, w których ojciec stara się objaśnić świat sobie na nowo i swemu dziecku po raz pierwszy. „Jesień” to dowód dużej odwagi (albo ogromnych pokładów ekshibicjonizmu – zależy, jak na to patrzeć) ujawniania wszem wobec wielkiej wrażliwości, czułości do szczegółów świata i do jego nakreślonych od dawna ram, w których Knausgård już się nie miota, lecz odnajduje. Czytanie tej książki jest jak myszkowanie po mieszkaniu autora – zaglądanie do jego notatek na biurku, do sypialni czy łazienki. Z jednej strony – niesamowita ekspresja intymnych opowieści. Z drugiej zaś – publikowanie tego wszystkiego w pewnym nadmiarze i czasami ze śmieszną egzaltacją, jak wtedy, gdy Karl Ove Knausgård opisuje szczęście zsikania się w majtki w wieku nastoletnim czy uczucie orzeźwienia wymiocinami córki, którymi dziecko obdarza go niespodziewanie w autobusie.

Otaczający świat traktowany jest punktowo, ale jednocześnie całościowo, jako przestrzeń pewnych niezmiennych wartości, które naiwnie uważamy za takie, co to dostosowują się do ludzkości i czasów, w jakich żyła. Kilkakrotnie podkreślana jest teza o tym, że to, co nas otacza, od wieków jest niezmienne. My sami widzimy życie fragmentarycznie i jesteśmy tak naprawdę ulotni, w związku z czym przeżywamy ten ogrom niezmienności dość kompulsywnie, starając się nasycić albo odpowiednio ustawić w kontrze, kiedy bunt ma być świadectwem tożsamości. Karl Ove Knausgård odrzuca tę prowokacyjną postawę wobec świata. Opowiada o jego autentyczności, która kryje się gdzieś poza naszymi ocenami, kategoriami poznawczymi, poza subiektywnym osądem i równie subiektywnym poczuciem panowania nad życiem. „Jesień” to książka o mądrej pokorze. Taka, w której ślady dotychczasowego życia często uwierają. Teraz optyka jest inna – życie rodzinne pochłania bez reszty, urzekając swym kolorytem i poczuciem stabilności. To też rzecz pisana w innym kraju, w pewnym oddaleniu od Norwegii, z dala od czasu przeszłego. Jedyny moment, w którym autor naprawdę do tej przeszłości wraca, wiąże się ze wspomnieniem ojca, po którym pozostały tylko lornetka i kalosze. A może jednak coś więcej. Inna, głębsza perspektywa patrzenia na utratę połączona ze świadomością nieustannych zysków. Wystarczy spojrzeć na egzystencję nieco inaczej.

Nienarodzonej Anne Karl Ove Knausgård szepcze niejako, opowiadając o intensywności życia i oswajając je poprzez opisywanie jego szczegółów. Z równą uwagą rozmyślać będzie o zębach, żmijach, liściach czy Flaubercie. Widzi wyraźniej rzeczy, zjawiska i inne sprawy – w nowej perspektywie dostrzegane są one w egzystencjalnych kontekstach. Dla dziecka zadaje sobie pytania o to, co sprawia, że warto żyć, i dlaczego życie jest wyjątkowe. Okazuje się, że powodami radości nie mają być pewne oczywistości, które uznajemy za sprawy bezdyskusyjne albo zidentyfikowane przez innych. Autor stawia sobie wyzwanie wydobycia z przedmiotów, zwierząt, ludzi lub osobistych przeżyć czegoś więcej. Czegoś, co usankcjonuje tezę o pewnej równowadze i niepowtarzalności świata. I pewnie pod tę tezę podpisuje zbyt wiele. Okazuje się, że problem często polega na tym, iż kolejnych doświadczeń nie przyjmujemy jako czegoś, co może dokonywać zmian w naszej tożsamości. Przyswajamy wszystko, co jest wokół, w najprostszy z możliwych sposobów – przez akceptowanie narzuconych definicji. Karl Ove Knausgård wie, że dziecko nie tyle pyta o wszystko, ile głównie kontestuje. Czasem chodzi o męczący zestaw pytań typu „dlaczego deszcz jest mokry”. Czasami o coś, co kryje się pod oswojonym nam mianem, ale czego nie potrafimy z różnych względów wydobyć. „Jesień” to zatem opowieść nie tylko o kształcie świata, ale także o tym, jak zmienia się on w oczach osoby w średnim wieku, która po raz pierwszy zatrzymuje się nad sprawami dotychczas omijanymi, zbyt szybko odchodzącymi w niebyt.

To także książka, w której kryją się pytania retoryczne. Takie też trzeba stawiać dziecku, by wiedziało, iż odpowiedź niekiedy nie jest konieczna. Albo bywa niemożliwa. Karl Ove Knausgård rozmyśla o tym, czy rzeczywiście jesteśmy w życiu kowalami swojego losu i jak to naprawdę jest ze szczęściem oraz rozpaczą – jakim ich dawkom pozwalamy się do siebie zbliżyć na tyle, by nie naruszyły naszej kruchej konstrukcji psychicznej. „Jesień” opowiada także o tym, co dość szybko w sobie oswajamy, a z czym przez lata czujemy się obco. Będzie o wstydzie i pożądaniu. O skrytych pragnieniach człowieka i jego niedoskonałym widzeniu samego siebie.

Myślę, że to taka opowieść o tym, o co czasem boimy się zapytać albo w co nie sięgamy gdzieś głębiej, bo bezpiecznie jest okopać się w tym, jak nazwaliśmy sobie sprawy, o których czasami nie mamy pojęcia. Tę publikację cechują ciekawość i otwarcie. Jedno i drugie trudne do wypracowania w sobie, gdy otaczający świat nabrał już bezpiecznych ram i jakakolwiek wycieczka gdzieś poza nie może wiązać się ze zburzeniem pozornego spokoju. Mimo że „Jesień” jest o pogodzeniu się ze światem i o zrozumieniu jego wieloznaczności, nie jest to przecież książka, w której wyznania padają bez oporu. Pewien rodzaj wewnętrznej gotowości na walkę stale pozostaje. Pewne atawizmy nigdy nie opuszczają umysłu. Anne ma jednak zobaczyć świat, w którym nie będzie się musiała błąkać pośród cieni pojęć i nie będzie zmuszona do tego, by wkraczać w chaos. Knausgård porządkuje pewne sprawy dla niej i dla siebie. To dość specyficzna autoterapia, która pozwala pozbyć się dumy, gniewu oraz licznych uprzedzeń. Opowieść nostalgiczna, ale przepełniona pewną pozytywną energią. Każdemu z nas przyda się wykład o życiu stworzony dla nienarodzonego życia. Każdemu, bo wykładowca czyni to empatycznie i umieszcza rozważania w czytelnych dla każdego kontekstach. Zaskakująco wiele zadziwienia nad tym, kim jesteśmy, możemy zaznać podczas lektury „Jesieni”. Także nad truizmami, które autor przemyca nam raz za razem, obudowując je pięknymi słowami i gładkimi zdaniami. Zapowiada bardzo interesujący cykl. Pod warunkiem że Knausgård zmieni nieco koncepcję, bo punktowanie świata i filozofia szczegółu w zupełności wystarczają na jedną książkę.

2016-08-29

"Hipotermia" Arnaldur Indriðason

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 17 sierpnia 2016

Liczba stron: 320

Tłumacz: Jacek Godek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Między życiem a śmiercią

Nie ma to jak wbić się nieproszonym w cykl kryminałów o detektywie Erlendurze Sveinssonie i powymądrzać trochę na temat tego, co się przeczytało. Bo to jedyna książka Arnaldura Indriðasona, z którą miałem przyjemność się zapoznać. Trudno mi więc określić, czy natrafiam w niej na zwyżkę, czy też spadek formy islandzkiego autora. Czytałem z dużym zainteresowaniem, bo najpierw pojawił się dystans, gdy poznałem historie zaginięć na lata z różnych względów niemożliwych na Islandii, potem jednak szacunek – Indriðason konsekwentnie buduje swój świat przedstawiony w tonacji blue i niejednoznacznie określa, kim są kaci, a kim ofiary. Nie funduje też czytelniczego katharsis w postaci właściwej kary za popełnioną zbrodnię. Pozostawia nas w świecie domysłów i niedopowiedzeń. W świecie smutnych ludzi naznaczonych tajemnicami z przeszłości. Niemogących się uporać z tym, co ich od lat uwiera. Islandia staje się surowa i niedostępna nie tylko dlatego, że pochłania kolejnych zaginionych i nie pozwala ich odnaleźć. Surowa jest też aura i surowi są bohaterowie – w większości samotni, po rozwodach, leczący rany z lat minionych, z trudnościami w odnalezieniu się w codziennym życiu, w określeniu swojej tożsamości. Są także wspomnienia, które naznaczają na całe życie, i jest śmierć – bardzo wieloznacznie traktowana, z niezmienną powagą i sygnalizowaniem, że stanowi pewien etap ostateczny. Że potem nie można już wyjaśnić sobie niczego, nie można niczego pojąć, zabiera się ze sobą mroczne sekrety i nic ich już nie odczaruje, zawsze będą dręczyć.

„Hipotermia” jest opowieścią o egzystencjalnym lęku przed końcem ostatecznym. Obrazuje ludzi żyjących w bliskości śmierci obwiniających się za śmierć bliskich albo też myślących o tym, by tę śmierć spotkać, skoro życie nie oferuje już żadnej alternatywy, żadnego powodu do cieszenia się nim. Mocno poturbowany jest sam główny bohater, Erlendur Sveinsson. Zakładam, że autor w innych powieściach dawkował czytelnikom kolejne traumy z jego życia, w „Hipotermii” natomiast dyskretnie sygnalizuje napięte stosunki z byłą żoną i poziom straumatyzowania opuszczonych przez niego dzieci, z których jedno bardzo nalega na to, by Erlendur spotkał się z kimś, z kim już nie potrafi rozmawiać. Pojawiają się także biograficzne wątki z życia detektywa, by uwiarygodnić fabułę powieści i uczynić go bardziej zdeterminowanym do rozwiązania zagadek zaginięć na wyspie. W rodzinie policjanta także ktoś kiedyś zaginął. Każdy dzień przypomina mu o tym nadzwyczaj wyraźnie. Odnosi się wrażenie, że Islandia jest pustkowiem pożerającym ludzi. A może miejscem, w którym tak naprawdę czai się ogrom ludzkiego nieszczęścia, mimo iż zdarzenia rozgrywają się w kraju przodującym w rankingu poczucia szczęścia swoich obywateli.

Maria była bardzo silnie związana ze swą matką. To pewna toksyczna zależność, którą obserwowali jej najbliżsi, ale nikt nie mógł w żaden sposób ingerować w to specyficzne podporządkowanie się córki – pewnego dnia żegnającej matkę na łożu śmierci. Dwa lata po odejściu Leonory Maria wiesza się w domku letniskowym w sąsiedztwie malowniczego jeziora. Jej przyjaciółka jest przekonana o tym, że kobieta nie mogła się zabić. Erlendur Sveinsson – z ogromnym zapasem wolnego czasu, bo nieoficjalnie – zaczyna się uważniej przyglądać całej sprawie, ponieważ pojawiają się wątpliwości co do tego, czy denatka rzeczywiście chciała rozstać się z życiem. Po śmierci matki było ono jałowe i nostalgiczne. Maria od wielu lat nosiła w sobie także tajemnicę tego, co wydarzyło się na jeziorze w okolicy domku letniskowego i co naznaczyło na zawsze ją i jej matkę. Arnaldur Indriðason obrazuje nam ludzką rozpacz po odejściu ważnej osoby. Pragnienie, by zrozumieć, czy po śmierci czeka nas jakaś forma istnienia. „Hipotermia” stanie się opowieścią o naiwnej wierze w reinkarnację jako sposobie na porządkowanie chaosu po zgonie kogoś, z kim wiązał się zasadniczy sens życia.

Islandzki policjant węszy w sprawie Marii, odkrywając przy okazji nowe ślady w zapomnianych już sprawach. Między innymi tej dotyczącej zaginięcia chłopaka z Njardviku i dziewczyny z Akureyri. Ich rodzice także odczuwają pustkę i niemoc oraz nadzieję na poznanie prawdy o swych dzieciach – tak jak Maria czeka na znak od zmarłej matki, która obiecała jej go i wzmocniła wiarę córki w życie po śmierci. Tymczasem śmierć jest bezlitosna, a zaginięcie enigmatyczne. Erlendur Sveinsson będzie samotnym wilkiem zgłębiającym tajemnice z przeszłości rodziny Marii – jej rodziców, męża. Samodzielnie dojdzie do wielu zaskakujących wniosków, ale z różnych względów nie będzie w stanie ukarać odpowiedzialnych za wyrządzone zło.

„Hipotermia” opowiada o tym, do jakiego stanu umysłu możemy się doprowadzić, żyjąc w dramatycznej niepewności i kreśląc złudne scenariusze – a rzeczywistość wokół uwiera przede wszystkim tym, że nie daje odpowiedzi na żadne pytanie. Erlendur czuje się zagubiony pośród odkrywanych tropów na równi ze wszystkimi tymi smutnymi ludźmi, którzy stają mu na drodze, ułatwiając lub utrudniając dotarcie do prawdy. To niebywale przygnębiająca narracja z duchami w tle, historia nieporadności, kompulsywnej wiary w transcendencję, zagubienia i tej formy postrzegania świata, za którą kryje się przede wszystkim poczucie wyobcowania. Ludzie wokół Erlendura wiedzą dużo więcej niż on sam, ale nikt nie ułatwia mu zadania, gdy Sveinsson chce dowiedzieć się, co tak naprawdę spotkało Marię i gdzie znajdują się zaginieni ludzie. Wszystko staje się enigmatyczne choćby z tego względu, że trudno określić motywacje rozmówców detektywa i przez chwilę odnosi się wrażenie, że on sam tonie w jakiejś mgle, blokowanej dodatkowo przez traumatyczne wspomnienia.

Arnaldur Indriðason z czułością pochyla się nad samotnym człowiekiem, odmalowując jednak samotność ludzką w bardzo wielu kolorach, korzystając z wielu symboli i znaczących scen. Akcja koncentruje się głównie na dialogach, jednak doskonale odczuwamy to wszystko, co nie jest wyrażone w słowach. Tę całą nieprzystawalność ludzi do ich bliskich i jednoczesne toksyczne więzi, które każą pielęgnować w sobie złe wspomnienia, obudowywać się, oddzielać od otoczenia, nazywać samotność w coraz bardziej dramatyczny sposób. „Hipotermia” to książka o tym, jak bardzo podatni jesteśmy na sugestie innych i w jak prosty sposób możemy być manipulowani, kiedy manipulujący zna nasze sekrety, przede wszystkim skryte bolączki i żal. To rzeczywiście powieść w tonacji blue i niewychodząca poza nią nawet wówczas, gdy odkrywa przed nami w finale jedno nostalgiczne i pięknie sentymentalne zdarzenie. Indriðason konsekwentnie penetruje mroczne strony ludzkiej psychiki, pokazując człowieka w wewnętrznym rozdarciu, ale też w swej tragicznej bezradności. Wiele przerasta także samego detektywa Sveinssona. Tylko on jednak może przynieść ulgę tym, którzy tkwią w niepewności, i tym, którzy przed śmiercią pozostawili po sobie swój niebywały smutek. Powieść, w której wiara zderza się z racjonalizmem, a konsekwencje tego zderzenia są nie do przewidzenia.  

2016-08-26

"Ja, Olga Hepnarová” Roman Cílek

Wydawca: Afera

Data wydania: 19 maja 2016

Liczba stron: 280

Tłumacz: Julia Różewicz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,99 zł

Tytuł recenzji: Ludzkość i nienawiść

Reportażowe świadectwo Romana Cílka rozbrzmiewa nutą ogromnej tragedii i narodowej traumy, po której wielu Czechów nie mogło zaznać spokoju. Młoda Czeszka 10 lipca 1973 roku prowadzi wynajętą ciężarówkę. Metodycznie rozjeżdża nią ludzi znajdujących się w okolicach przystanku tramwajowego w Pradze. Taki obraz jest w nas bardzo żywy po tragicznych wydarzeniach w Nicei, prawda? Cílek rekonstruuje zarówno życiorys morderczyni, jak i przebieg jej procesu – do samego końca, do skazania na karę śmierci, która jednoznacznie określiła stosunek czeskiego wymiaru sprawiedliwości lat siedemdziesiątych minionego stulecia do jednostki nierokującej szansy na jakiekolwiek dostosowanie do życia w społeczeństwie. „Ja, Olga Hepnarová” to bowiem książka o bolesnym zderzeniu jednostki z kolektywem. O rosnących w siłę buncie oraz żalu i o niewyobrażalnej formie opresji, w jaką sprawczyni wielokrotnego morderstwa (ostateczny bilans: osiem ofiar) wtłoczyła samą siebie w pełni świadomie i konsekwentnie. Roman Cílek opowiada bez sugerowania jakichkolwiek poglądów na tę sprawę. Pewne jest tylko jedno. Autor dość czytelnie zaznacza, że w całej sprawie mniej istotne były dywagacje o tym, czy dałoby się zapobiec temu, co się stało. Jak wspomina jedna z autorek reportażu, „nie da się robić korekt w czasie”. Można jednak pokusić się o diagnozy. Cílek portretuje bowiem czeską rzeczywistość społeczno-polityczną lat siedemdziesiątych XX wieku, ale opowiada także dość uniwersalną historię o tym, jak boleśnie odczuwa funkcjonowanie w społeczeństwie człowiek przekonany o tym, że do tego społeczeństwa nie pasuje.

Już na wstępie zaznaczone jest wyraźnie, że to książka o wyjątkowo mrocznym obliczu fatalizmu. Zło wydarzyło się przed tragicznym zdarzeniem, ale równie duża jego doza miała miejsce potem, gdy najpierw w chaosie i zaskoczeniu, potem w skupieniu i bez możliwości pełnego zrozumienia oskarżonej czeski wymiar sprawiedliwości musiał zdecydować, co zrobić z zaburzoną jednostką oskarżającą o to zaburzenie kolektyw. Bo przecież czyn Hepnarovej miał być zemstą na społeczeństwie za wszystko, co ona sama otrzymała od niego w swym krótkim życiu. Precyzyjnie wymierzona zemsta nie miała dosięgać konkretnych osób, choć dopadła akurat te w wieku emerytalnym. Cílek stara się odtworzyć dramatyczny życiorys kobiety, która konsekwentnie czyniła z siebie ofiarę – w każdym możliwym aspekcie czuła się osobą poszkodowaną przez los, prześladowaną przez ludzi, nieustannie stygmatyzowaną i pełną rosnącej nienawiści. Także chęci odwetu, która zmusiła ją do tego, by pewnego dnia wypożyczyć ciężarówkę i staranować nią praski tłum.

To naprawdę specyficzne studium ludzkiego niedostosowania do życia. Hepnarová atakuje w swych zeznaniach wszystkich – opresyjną rodzinę, osoby ze swojego towarzystwa, współpracowników i pozostałych ludzi, z którymi zmuszona była obcować. Z niebywałą konsekwencją i zaskakująco spójnie stawia siebie w roli osoby wszędzie stygmatyzowanej. Trudno w pewnym momencie uzmysłowić sobie, czy pierwsze skrzypce grają tutaj neurozy Czeszki, czy też rzeczywiste krzywdy zadane przez bliskich, a potem kolejnych ludzi pojawiających się na jej drodze. Bolesny egocentryzm Hepnarovej nie ułatwia zadania nikomu, kto próbuje zrozumieć motywy jej postępowania. Kobieta wydaje się bezsilna wobec złego losu, a jednocześnie ma w sobie niebywałą moc pozwalającą jej konsekwentnie zachowywać twarz i jedno wyraźne stanowisko wobec motywów zbrodni, której dokonała z pełną świadomością. Brak empatii cechujący osobowość psychopatyczną idzie w parze z lękliwością i poczuciem bycia krzywdzoną na każdym kroku. Cílek pokazuje, iż jego bohaterka jest absolutnie krytyczna wobec otoczenia i nie ma w niej najmniejszej chęci pojednania się z nim. Nawet wtedy, gdy na jej drodze stają bliższe osoby. Takie, które są w stanie nawiązać z nią kontakt, wyrwać ze stuporu, pokazać jakąś alternatywę.

To książka o zagubionej jednostce bez kontaktu z otoczeniem. Hepnarová kurczowo trzyma się swoich przemyśleń i pielęgnuje bolesne wspomnienia. Nigdy nie zastanawia się nad tym, jaki jest jej obraz w oczach innych. Nie dopuszcza do siebie nikogo, kto pochodzi ze złowrogiej sfery kolektywu. Ze świata, który postanawia ją ukarać z całą stanowczością. Wyrządzone zło ma kilka wymiarów – w działaniach bohaterki oraz działaniach w toku śledztwa i procesu. Nikt nie jest w stanie dotrzeć do tego zalęknionego umysłu, który przecież nigdy nie zaznaje spokoju i nie wykazuje żadnej chęci, by pozbyć się dręczącego poczucia niedostosowania.

Roman Cílek przytacza bardzo wiele różnych materiałów źródłowych. Wraz z nim czytamy protokoły, dokumentację medyczną, relacje świadków, korespondencję Olgi z Miroslavem – mężczyzną, któremu jest zza krat wyraźnie przychylna, i człowiekowi, wobec którego jedyny raz w życiu okazała odrobinę empatii. Co poza tym? Nakreślony jest obraz władzy zaskoczonej tragiczną niesubordynacją obywatela. Rozważany jest aspekt polityczny zdarzenia, snute są domysły o sterowalności umysłu Hepnarovej. Sprawą interesują się najważniejsze w państwie organy. Czesi bardzo długo nie poznają powodów, dla których dwudziestodwulatka z kamienną twarzą rozjeżdżała ludzi po chodniku. Blokowanie dostępu do prawdy to wyraz niemego zaskoczenia. Dlaczego coś takiego mogło mieć miejsce w homogenicznym przecież i uporządkowanym komunistycznym kolektywie? Cílek sugeruje, że w walce o normalność Hepnarovej zawiodło sporo instytucji: od rodziny po nieprofesjonalną pomoc psychiatryczną, która zamiast łagodzić skutki wyobcowania i poczucia bycia ofiarą, wzmagała – nieświadomie – niechęć do ludzi oraz potrzebę odegrania się za to, że społeczeństwo jest złe, nierozumiejące, pozbawione woli spojrzenia innego niż poprzez stereotypy, szykanujące i ze wszech miar toksyczne.

„Ja, Olga Hepnarová” to wyjątkowo przejmujące studium egzystencjalnej samotności oraz narastającej potrzeby buntu, który przekuć należy w jakiś spektakularny czyn. To książka ostrzeżenie. Być może dla każdego społeczeństwa pod każdą szerokością geograficzną i w każdym czasie. Opowieść o niedostrzeganiu ułomności i uników. O tym, że niedostosowanie jest stygmatem. Bohaterka tej dramatycznej opowieści z pewnością chciała być zapamiętana. Stała się także powodem mrocznego naśladownictwa, o czym Cílek wspomina w zakończeniu, wskazując – bo to w tym momencie koniecznie – jaki naprawdę cel ma jego książka i na co powinna zwrócić uwagę. To opowieść o tym, jak często ranimy się nawzajem i jak łatwo możemy zablokować w drugim człowieku chęci do tego, by rozwijał w sobie umiejętności prospołeczne. To także książka o obrazie społeczeństwa i o tym, że jakakolwiek forma odmienności wciąż staje się źródłem szykanowania. Za tym może iść groźna chęć odwetu. Rozpaczliwy smutek albo równie rozpaczliwa ucieczka w samego siebie, w chorą megalomanię. To bardzo wyrazista i przejmująca narracja ukazująca, w jak niebezpiecznym sąsiedztwie mogą znaleźć się ludzki smutek, rozgoryczenie, nienawiść i agresja.

2016-08-24

"Anders Morderca i przyjaciele (oraz kilkoro wiernych nieprzyjaciół)" Jonas Jonasson

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 2 czerwca 2016

Liczba stron: 352

Tłumacz: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Jak wykiwać Szwedów?

„Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął” bardzo wysoko postawił poprzeczkę dalszej twórczości Jonasa Jonassona. Człowieka, który lubi się przyjrzeć swoim rodakom w krzywym zwierciadle. Niekiedy skrzywia je do przesady i powstają już mało śmieszne hiperbole, ale z pewnością jest to pisarz niespotykanej fantazji, który ma talent do narracyjnych wolt, choć niekiedy bywa przegadany i widać to w nowej powieści, gdzie Jonasson znowu zadręcza czytelnika przydługim tytułem. „Anders Morderca i przyjaciele” (skracam celowo) to powieść dość nierówna. Napisana z werwą, bardzo dynamiczna, ale pozostawiająca pewien niedosyt. Tym razem szwedzki autor obnaży ludzkie słabości w swoistym tryptyku obrazującym, w jaki sposób w Szwecji można rozwinąć działalność gospodarczą, nie pomagając przy tym w żadnej mierze budżetowi państwa. Jonasson w pierwszej części boleśnie obnaża pokłady zła i zawiści drzemiące w ludziach oraz szukające ujścia, by można było pozbyć się wyrzutów sumienia albo niewygodnych współtowarzyszy losu. W drugiej obśmiewa potrzebę transcendencji i duchowego przewodnika, w której kryje się ta ludzka niezdolność do samodzielnego myślenia i interpretowania świata. W trzeciej natomiast mamy do czynienia z sytuacją, gdy ciekawe pomysły się autorowi skończyły, ale chciałby sobie jeszcze popisać. No to pisze. Zdecydowanie psując walory książki stworzone dzięki poprzednim historiom. A właściwie jednej historii opowiadającej o tym, jak błyskawicznie idiota może stać się bożyszczem tłumów i jak równie szybko tłumy zapominają o fatalnym lokowaniu uczuć oraz zaufania w idiocie wrzuconym błyskawicznie w niebyt.

Pierwsze skrzypce grają tu jednak towarzysze tytułowego Andersa Mordercy. On sam nie jest w zasadzie interesujący ani dla czytelnika, ani też dla samego Jonassona. Zbliżający się do sześćdziesiątki Anders przesiedział większość dorosłego życia w więzieniu, ale chce coś zmienić i ruszyć głową zamiast siekierą, nożem czy śrutówką, co doprowadzało go do odbywania kolejnych wyroków z dala od wolności. Anders Morderca ma bardzo prostą i być może zaskakująco trafną filozofię życia. Uważa, że wystarczy spuścić łomot temu i owemu, aby czynność ta uporządkowała świat oraz uformowała sprawy w taki sposób, iż wszystko stanie się jasne i przejrzyste. Nic nie jest jednak takie dla wspomnianych już towarzyszy oprycha. To dość specyficzny tandem życiowych wyrzutków, którzy toczą wojnę z ludzkością i systemem, domagając się sprawiedliwości albo choćby fragmentarycznie spokojnego życia – z dala od przeżytych rodzinnych traum i upokorzeń. To oni będą wiedli Andersa Mordercę na manowce w taki sposób, żeby było to dla nich korzystne finansowo. A jak wiadomo – co Jonasson podkreśla już wcale bez przymrużenia oka – nieszczęścia idą zazwyczaj w parze z pieniędzmi. Tych ekipa Andersa zdobędzie bardzo dużo. Zaskakująco łatwo albo – gdyby spojrzeć na to z innej perspektywy – w wyniku niezwykle szalonych i inteligentnych manipulacji. Przede wszystkim innymi ludźmi, a nie wszystkich moglibyśmy określić mianem ofiar.

Per nie dorobił się w życiu niczego poza posadą recepcjonisty i nigdy nie pożegnał żalu do dziadka i ojca za to, że uczynili jego istnienie tak bardzo beznadziejnym i tak beznadziejnie pozbawionym jakichkolwiek perspektyw. Johanna natomiast miała urodzić się chłopcem, ale skoro nim nie była, zbierała latami ojcowskie odium, otrzymując w zamian tylko pogardę i nienawiść. Wbrew światopoglądowi i wbrew ateizmowi powstałemu ze złości została pastorem, dość szybko jednak usuniętym ze zboru. Teraz przypadkiem zbliża się do Pera, a wraz z nim do seryjnego mordercy, który nieświadomie daje się wkręcić w intratny biznes. Jeden z kilku, jakie w planach mają Per i Johanna. On potrafi zachować zimną krew w najtrudniejszych nawet sytuacjach. Ona nigdy nie daje się zbić z pantałyku. Staną się mistrzami manipulacji. Anders będzie ich narzędziem. Celem manipulowania okaże się szwedzkie społeczeństwo – bezrefleksyjne i pozbawione krytycyzmu. Na łasce mediów uprawiających wybiórcze dziennikarstwo, a może – jak to zostało ironicznie nazwane w powieści – dziennikarstwo twórcze.

Twórcze są na pewno pomysły pani pastor i recepcjonisty. Jonasson niezwykle barwnie portretuje ludzi ze zwykłego marginesu, którzy tylko zrządzeniem losu oderwali się od niego, od przyziemnej egzystencji pośród żalu, kompleksów i poczucia niesprawiedliwości losu. Motorem napędowym działań są pieniądze, ale „Anders Morderca i przyjaciele (oraz kilkoro wiernych nieprzyjaciół)” to nie tylko książka o pogoni za mamoną. Autor w specyficzny sposób traktuje religijność oraz cytowane fragmenty Biblii. Zaciemnia to, co ma być jasne dla wiernych, i boleśnie obnaża wszystkie absurdy natchnionych zapisów, które w konfrontacji ze zdrowym rozsądkiem padają niczym przeciwnicy działań Andersa – najpierw demolującego ludzi na zlecenie, potem rozsławiającego słowo boże w kościele, w którym jedyne, co naprawdę trafia do wiernych, to wino w hurtowych ilościach jako forma specyficznej komunii. Jonasson zadaje kilka retorycznych pytań o to, dlaczego szwedzki kościół pustoszeje. Analizuje stan umysłu tych, którzy wierzą, iż można się żarliwie modlić nawet do wiatraka na odludziu. Biblia zdaje się specyficznym tekstem źródłowym tej powieści, jednak autor bardzo mocno swoje zwroty akcji osadza w realnym życiu, z dala od cudów i wiary. To życie przybiera groteskowe kształty i to nie jest Szwecja, której chciałoby się przyglądać bliżej. A jednak są tam narodowe wady, upiory pamięci, pęknięcia w szwedzkiej szlachetności i egalitaryzmie oraz to, co nazywa się mroczną podświadomością, o której nikt nigdy nie powinien opowiadać drugiej osobie.

To powieść o sprycie, przedsiębiorczości i o tym, że człowiek jest w stanie sankcjonować największą nawet podłość, jeśli zostanie mu ona przedstawiona jako celowa. Jonasson bawi równie mocno jak w swym debiucie, ale – wspomniałem o tym – nie wie w zasadzie, kiedy skończyć tę książkę, bo dokłada jeszcze rujnujący wszystko epilog: w założeniu naturalnie zaskakujący, ale mimo wszystko będący smutną ostatnią kropką. Właściwie to dużo więcej grozy i mrocznych przesłań niż komizmu słownego oraz sytuacyjnego zawiera ta powieść o wstydliwych przywarach Szwedów i o szwedzkości, która nie lubi być wykpiwana. Zdecydowanie rozrywkowa lektura z pewnym przesłaniem egzystencjalnym. Ostrze ironii gotowe do działania. Z pewnością zainteresuje, choć nie wiem, czy pochłonie bez reszty jak „Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął”.

2016-08-22

"Papryczka" Alain Mabanckou

Wydawca: Karakter

Data wydania: 16 sierpnia 2016

Liczba stron: 240

Tłumacz: Jacek Giszczak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Tożsamość w chaosie

Książki Alaina Mabanckou są jednocześnie uzupełnianiem i rozszerzaniem kolejnych. Niesamowita jest ta autorska ekspresja, chęć wydobycia pełni rytmu Czarnego Lądu, to umiłowanie małej ojczyzny i ta uważność w postrzeganiu obcego nam świata, dzięki której za każdym razem narracja pisarza jest dla nas ucztą zmysłów. Nie są to żadne górnolotne stwierdzenia i wielbiciele Mabanckou kupią „Papryczkę” w ciemno. Bez wahania, bo przecież niesamowite jest to, z jak różnych postaci lub sytuacji epizodycznych twórca potrafi stworzyć kanwę nowej, jeszcze bardziej ekspresyjnej książki. „Papryczka” jest rzeczą o pamięci, tożsamości i elementarnych brakach, których nie jest w stanie nic zastąpić, a co tym razem narrator ukazuje w doskonałej metaforze ułomności gramatycznej zdań. Ten, którego Michel, kończący dwadzieścia lat szczęśliwiec z poprzedniej powieści, uznaje za śmietnikowego filozofa, stanie się znakomitym gawędziarzem, który o bólu egzystencji, o poczuciu odrzucenia i o witalizmie życia na marginesie opowie nie tyle brawurowo, ile przede wszystkim nieco inaczej niż poprzedni bohaterowie Mabanckou. Będziemy mieli do czynienia z prozą wyznania starającą się uporządkować życiorys, któremu nigdy nikt nie przyglądał się z należytą uwagą. Papryczka opowie o swym dzieciństwie, dorastaniu na ulicy, poczuciu braku kontroli nad życiem i o swej przykrej zbędności w taki sposób, że ta powieść mimo wszystko oswoi dla nas bezkompromisowość i okrucieństwo życia w kraju podzielonym plemiennie, ideologicznie, społecznie i przez nierówności w posiadaniu. Historia zapisana w kronikach oraz encyklopediach zderzy się z taką, której nikt uważnie się nie przysłuchuje. Mabanckou zachęci do uwagi, ale przede wszystkim do czujności, albowiem jego nowy bohater nie da się obnażyć całkowicie.

Tym razem będzie dużo mniej do śmiechu, choć wiadomo, że uśmiech w prozie Mabanckou wydobywa się gdzieś spośród łez. Chłopcu porzuconemu z setkami innych pewien wrażliwy ksiądz nadaje imię, którego Papryczka będzie się nieco wstydził, ale to taki czuły stygmat kogoś, komu naprawdę na nim zależało, w przeciwieństwie do stygmatu czerwonych chust pionierskich czy naznaczenia przez ulicę Pointe-Noire, gdzie zasady określają walczący o wpływy. Tata Mupelo pewnego dnia zniknie. Pochłoną go zmiana systemowa i niepamięć. Pozostanie jedynie radosny zairski taniec, któremu Papryczka przyjrzy się ponownie, gdy w innym okresie życia ktoś po raz drugi spojrzy na niego z czułością i uwagą. Tymczasem dzieciństwo naznaczone jest wiecznym podporządkowaniem się. Sierociniec zarządzany przez apodyktycznego dyrektora to ledwie przygrywka do życia w państwie mającym podobnego prezydenta i na ulicy, która dyktuje swoje prawa z absolutną bezwzględnością.

Narrator jest świadom swojej siły nie tylko od momentu, w którym zasłuży na swe miano, mszcząc się na oprawcach swojego przyjaciela z sierocińca. Papryczka będzie miał w sobie tę wielką siłę przetrwania, której nie zniszczą żadne duchy, demony, żadna wiara lub jej brak. Także żaden system polityczny i żaden aparat państwa – to jest przecież bardzo odległe w chwilach, kiedy trzeba walczyć o przetrwanie na ulicy. A jednak boksowanie się Papryczki z życiem naznaczone jest bardzo czytelnymi i niezwykle wyraźnymi kontekstami. Tożsamość bohatera wyrasta z braków, a braki sygnalizują wszelkie możliwe ułomności, które czynią Kongo-Brazzaville państwem tak licznych absurdów. Przemoc jest wszechobecna. Tylko w jakiejkolwiek opozycji do niej można wywalczyć własną życiową drogę. Papryczka wie, że nie może oczekiwać zbyt wiele. Zdaje sobie sprawę, że ucieczka z sierocińca to już początek wiecznego uciekania. Przed sobą, swymi wspomnieniami, demonami duszy zaklinanej na kilka sposobów. Mabanckou pisze o tym, w jaki sposób cwaniak i kombinator staje się wrażliwym filozofem życia. Bo mimo wszystko cały chaos wokół niego domaga się jakiejś wykładni. W jakiś sposób trzeba o nim opowiedzieć – nie tyle porządkując go, ile próbując przede wszystkim nakreślić konteksty. To nie jest tak, że ulica naznacza na zawsze i że każe się poddać swej bezmyślności oraz przemocy. Papryczkę ratują nie tylko szczęśliwe zbiegi okoliczności, ale przede wszystkim jego inteligencja. To, że potrafi opisywaną rzeczywistość porządkować w sposób czytelny gramatycznie i widzieć deficyty narzędzi opisu, kiedy okoliczniki tęsknią za orzeczeniem, a części mowy rozbijają strukturę komunikatów słyszanych już od dzieciństwa.

To książka o uważnym słuchaczu, czasami mającym dość opowieści, które musi w siebie wchłonąć. Wysłuchuje ludzkich wspomnień i gromadzi cudze traumy, jakby swoich miał za mało. Jednocześnie stara się porządkować świat poprzez wychwytywane błędy innych. Stara się być poczciwy. Dokąd doprowadzi go potrzeba porządkowania w świecie, gdzie porządek wyznaczają absurdalne prawa i nakazy skorumpowanych oraz ograniczonych myślowo architektów rzeczywistości? Alain Mabanckou ze śmiertelną powagą opowiada o tych wszystkich ludziach, dla których życie to wieczne tkwienie gdzieś na uboczu, bez możliwości zmiany tego stanu rzeczy. Z dużą dozą ironii obrazuje kalectwo Konga, któremu nikt tak naprawdę nie pomaga być mądrym państwem, krajem jakiejkolwiek stabilności egzystencjalnej. Afryka widziana oczyma Papryczki domaga się czasem tego, by znalazł się jakiś african psycho i w swym szaleństwie – jak Grégoire Nakobomayo – udowodnił, że nie ma już czego porządkować, że wszystko nadaje się do absolutnego przewartościowania.

A jednak portretowana rzeczywistość jest boleśnie wyraźna, domknięta w pewnych szczegółach, w tej opowieści żalu i rozpaczy połączonych z empatią i zwyczajną ludzką poczciwością. Tę odnaleźć można w osobie burdelmamy z Pointe-Noire, w starym Kukubie z pewnej kostnicy, w ludziach pozornie skazanych na zło i przemoc, a jednocześnie broniących się przed nimi na wszystkie możliwe sposoby. „Papryczka” to także nostalgiczna nieco opowieść o marzeniach. Każdy chciałby wierzyć w to, iż kiedyś wyląduje samolot specjalnie dla niego, zabierając go daleko, do lepszego świata, lepszego życia. Mabanckou opowiada o tym, że w jego Afryce nie zdarzają się cuda, choć łatwo w nie uwierzyć, kiedy nie ma już niczego, czemu można zaufać. Ta powieść to także historia o świecie pełnym wad i pustki, a także o ludzkim okrucieństwie, które można przekuć w szlachetność. Dynamiczna, żywiołowa, chwilami przeraźliwie smutna, ale w dobrze już znanym ironicznym stylu autora skreślona opowieść o dramacie życia bez perspektyw oraz o perspektywach potrafiących zaskoczyć i pomóc. To też taka nieco autotematyczna wariacja pisarska – budowanie pełnokrwistej opowieści, którą snuje ktoś uznany za całkowicie epizodycznego. „Papryczka” jest opowieścią o afrykańskim Robin Hoodzie, który nie miał komu zabierać, by oddawać biednym, ale na pewno sprawiedliwie podzieliłby wszelkie dobro, jakie otrzymałby od losu. Żywa i frapująca narracja.


PATRONAT MEDIALNY

2016-08-19

"Idealna" Magda Stachula

Wydawca: Znak

Data wydania: 17 sierpnia 2016

Liczba stron: 384

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Podglądanie, zdrada i zemsta

Wydawnictwo Znak zastosowało nową strategię promocyjną mającą na celu zachęcić do lektury… słowami odpowiedzialnych za proces wydawniczy danej książki. Nie tyle to nowe, ile nieco kontrowersyjne, ale z pewnością przyciąga uwagę. Bo interesujący debiut Magdy Stachuli czyta się rzeczywiście z dużą uwagą. Nie z racji wiodącej intrygi, niestety. Tam, gdzie są dwie młode kobiety, gdzie pojawia się mężczyzna i mowa o ciąży – planowanej, urojonej, utęsknionej, dramatycznej – wiadomo już z grubsza, o co może chodzić i kto komu zechce przytrzeć nosa. To, co stanowi trzon narracyjny tej powieści, jest historią dość przewidywalną. Nie udało mi się zatem – jak zachwalają redaktorki – przeczytać tej powieści od razu i gdy mniej więcej zorientowałem się, kto z kim walczy oraz jakimi środkami, powód wydał się boleśnie trywialny, a ja… spokojnie zamknąłem książkę, by się wyspać i dokończyć ją następnego dnia. Nie o historię z wyraźnie zarysowaną ofiarą oraz katem mi chodzi, kiedy piszę o tym, że książka jest interesująca. Również nie o różnorodność narracji. Stachula prezentuje kilka punktów widzenia, ale stawia przede wszystkim na sprawozdawczość – można zatem pomieszać akapity, w których wypowiadają się bohaterki, i tak naprawdę niewiele je będzie różnić, a przede wszystkim na kolosalnych różnicach – charakteru i mentalności – zbudowany jest dramatyzm tej powieści! Co jest naprawdę interesujące? Po kolei.

Anita zawsze była kobietą sukcesu. Pewną siebie, swoich możliwości, atrakcyjną dla mężczyzn, kontrolującą każdą sytuację życiową. Poznajemy ją w momencie, w którym do jej życia wdziera się chaos. Anita nie jest pewna siebie, swoich myśli, podejrzewa męża o jakieś szkodzące związkowi zamiary, ale przede wszystkim tonie w rozpaczy, bo nie może mieć dziecka. Jego posiadanie z czasem staje się obsesją bohaterki. Wszystko podporządkowane jest temu, by w jej idealnym domu i idealnym – na pozór – związku pojawiło się to idealne dziecko. Mały człowiek zmieniający wszystko. Mający wpływ na relacje, nastroje, emocje i działania. Anita jest zdeterminowana. Jej mąż, Adam, wyraźnie zmęczony napiętą atmosferą. Ucieka z domu, kiedy tylko może. Obecność żony jest dla niego deprymująca. Czar roztaczany przez Anitę w przeszłości prysł bez powrotu. Zostało jej przesiadywanie w domu, monotonne pozycjonowanie stron przy komputerze, nieliczne wyjścia i kontakt ze światem zewnętrznym, a właściwie tylko z jedną osobą stamtąd – jej zaufaną ginekolożką, która mimo przeszkód wciąż podtrzymuje Anitę na duchu. Bo dziecko przecież musi się pojawić. Po nim wszystko zmieni swój kształt. Proste, prawda? Ktoś jednak wszystko komplikuje. Ktoś wdziera się w życie Anity i Adama. Metodycznie ich śledzi, konsekwentnie zaognia rany, stwarza sytuacje konfliktowe, burzy porządek i wprowadza coraz więcej niepokoju.

Główna bohaterka w przerwach, gdy nie myśli o niespełnionym małżeństwie, lubi sobie spoglądać na obrazy z kamer internetowych. Stachula składa ukłon współczesnemu voyeuryzmowi, przed którym nie możemy się już obronić i który wiąże się z szeregiem ambiwalentnych odczuć – jedni zgadzają się na podglądanie w zamian za złudne poczucie bezpieczeństwa, inni od niego za wszelką cenę chcą uciec. A „Idealna” to taka fantazja na temat tego, do czego może nas doprowadzić przyglądanie się innym ludziom. Co może zrobić z naszym poczuciem własnej wartości, ku jakim zaskakującym rozmyślaniom skierować, jak ostatecznie zmienić punkt widzenia na własne życie. Bo przecież podglądając, czujemy się panami życia innych. Wolimy patrzeć niż stawać się obiektem spoglądania. Anicie podglądanie daje możliwość ucieczki od coraz bardziej opresyjnej rzeczywistości. Zaskakujące jest to, do czego może doprowadzić przyglądanie się pewnemu prażaninowi. Olśniewające zaś to, że podgląd kamery z zagranicznego tramwaju nasunął Stachuli pomysł na całą tę książkę.

W gruncie rzeczy każdy obserwuje tutaj każdego. Nie ma bohatera, którego nie oceniałby drugi człowiek przez pryzmat tego, co widzi, i tego, co w związku z tym konstruuje jego wyobraźnia. Zderzenia myśli i faktów dotyczących drugiej osoby są w tej powieści bardzo ciekawe. Także spojrzenia przez pryzmat płci. Rewelacyjnie rozegrany jest ten moment narracji, który zbliżenie seksualne z punktu widzenia Anity portretuje jako okrutny gwałt, a z punktu widzenia Adama jako czułość, za którą długo tęsknił i której wyczekiwał. W „Idealnej” każdy powinien się mieć na baczności przed drugim człowiekiem i każda nowa relacja z kimś nieznanym może być źródłem udręki. Ta atmosfera wiecznego osaczenia, stałej niepewności, rozpaczliwej walki zdrowego rozsądku z rujnującymi wewnętrznie przeczuciami stanowi o wyjątkowości tej książki i czyni z „Idealnej” powieść interesującą. Co poza tym? Motywacje do działań są dość uproszczone. Świat przedstawiony nie komplikuje się na tyle, na ile moglibyśmy przypuszczać po lekturze dość brawurowo poprowadzonych pierwszych kilkudziesięciu stron. Magda Stachula zepsuła być może efekt oraz wartość swojej powieści po prostu tym, że zaserwowała nam bardzo wtórną historię o zemście oraz towarzyszącej jej zawiści. Taką, której poskładanie w całość nie wymaga uważnego czytania do końca. A jednak jest w tej prozie pewna urzekająca świeżość. Jest też jeden interesujący wątek, który rozświetla szarość przewidywalnej intrygi. Nie jest źle, aczkolwiek jest to jedna z tych powieści, przy której zdarzy się, niestety, ziewnąć.

„Idealna” to literacka wiwisekcja zdrady. Dwuznaczność autorki w jej portretowaniu świadczy o tym, że Stachula nie kategoryzuje jak jej bohaterki, nie wyciąga daleko idących wniosków, nie ocenia i przede wszystkim nie szufladkuje. Zdrada przez większość fabuły uznawana jest za coś obrzydliwego, zdecydowanie godnego potępienia. Dlaczego? Co kieruje zdradzającymi? Autorka „Idealnej” puszcza do nas oko w zakończeniu. A może ironicznie się uśmiecha. Zdrada sankcjonowana jako zemsta może być okrutna, jednak co tak naprawdę nas ku niej prowadzi? To także ciekawa powieść o tych wszystkich pęknięciach w związku, które powodują, że najpierw przestajemy się do siebie odzywać, a potem mamy sobie do powiedzenia tylko najgorsze rzeczy. Za tym wszystkim idzie wszechobecny chaos. A główna bohaterka tej książki nie może znieść chaosu tak jak myśli o tym, że nigdy nie zostanie matką.

Magda Stachula dokonuje zbyt wielu uproszczeń, zbyt łatwo daje swoim bohaterom zwodzić się, karać, robić sobie na złość i potem pewne sprawy wyjaśniać. Zbyt wiele tu nieprawdopodobnych przypadków i za dużo łatwych okoliczności, dzięki którym kolejne zdarzenia się zazębiają. Ogólnie: powieść jest mało wiarygodna, choć opowiada o intrydze zrodzonej z krwi i kości. „Idealna” wywołała we mnie dwuznaczne emocje. Z pewnością tak nie pisze każdy debiutant. Z pewnością też potrzeba więcej wyobraźni, a przede wszystkim empatii i bardziej wyczulonego na niuanse pióra, by oddać odmienne postaci z należytą ich indywidualizacją. Tu wszyscy nieco się rozmywają, choć kat i ofiara to stale widoczna dychotomia. Co z Magdą Stachulą zrobić? Na pewno to, co zapowiadają materiały promocyjne – zapamiętać jej nazwisko. Przede wszystkim dlatego, że spod jej pióra może wyjść naprawdę dobra książka. Następna.