2012-02-13

"Witajcie, powracające widma" Kossi Efoui

Kossi Efoui to intrygujący pisarz pochodzący z małego afrykańskiego państewka Togo. Jego proza jest wielowymiarowa i to, co w niej najbardziej kusi, to przede wszystkim niezwykła poetyckość (sprawiająca chwilami wrażenie, iż jego tekst nie jest spójny) oraz specyficzna teatralizacja. Bohater główny wypowiada między innymi takie słowa o świecie, w jakim musi się odnaleźć: „Zagubiłem się na jakiejś scenie – dekoracje wydają się znajome, nie rozpoznaję dialogów”. „Witajcie, powracające widma” to melancholijna, ale i chwilami pełna buntu opowieść o powrocie do świata, który udekorowany tak jak wcześniej, obecnie wydaje się miejscem, w którym nie da się zrozumieć tego, co mówią inni.

Nie sposób bowiem powrócić do miejsc, w których teraz panuje wymuszany niejako pokój, a przez wiele lat przelewała się krew, umierali ludzie, brutalna rzeczywistość zamieniała te miejsca w piekło. Jesteśmy bowiem w jakimś afrykańskim kraju, przez który przetoczyły się okrutne zamieszki. Wydawcy na okładce sugerują, iż może być to Rwanda lub Sudan. Narracja kieruje się bardziej ku temu drugiemu krajowi, a przedstawione opisy pokaleczonych przez historię ludzi wskazują na Rwandę. Czy aby na pewno to któryś z tych krajów? Afryka w każdym niemal miejscu naznaczona jest wojnami domowymi, bratobójczymi walkami, morderstwami i gwałtem w imię przyziemnych idei. Gdziekolwiek zatem znajduje się bohater książki Kossiego Efoui, jest to miejsce-metafora. Zderzenia tego, co minęło i tego, co jest teraz. W tym świecie nie ma ludzi, lecz są widma. „Tak miejscowi nazywają tych, którzy po raz pierwszy od dawna – minęło dziesięć lat, jedno życie albo i dwa, może tysiąc, może dwa tysiące – przekraczają linię”. To linia mająca oddzielić bolesną przeszłość od teraźniejszości, w której liczy się pokój i pojednanie. Kogo z kim? Czy jest to możliwe? Czy można tak po prostu zamknąć okrutną przeszłość i nadać upodlonej ziemi miano ziemi żyznej?


Rzecz toczy się w mieście o wymownej nazwie Gloria Grande. Wątków jest kilka, ale – jak wspomniałem na wstępie – powieść ta wyłuskuje je, a potem zaciera. Znaczące są poszukiwania przez głównego bohatera swoich przyjaciół z młodości. On, Mozaya i Asafo byli wrażliwymi ludźmi o artystycznych duszach, którzy zainicjowali specyficzny Teatr Dowodów Winy i spotykali się w charyzmatycznym Klubie Szalonych Dziewic. Co pozostało z tej przyjaźni? W świecie okaleczonym przez bestialskie mordy, w świecie podważonych wartości, w świecie cierpiącym teraz może bardziej niż kiedyś, pozostają jedynie próby ocalenia tego, co było dawniej. Wspomnienia łączą się z drogą, jaką przebywa autor, by odnaleźć swych przyjaciół. Na niej pojawiają się specyficzne postacie kobiece. To Xhosa Anna zwana Perłą, wróżbitka w sukni panny młodej oraz Marléne, która pracowała w organizacji pomagającej skrzywdzonym przez wojnę kobietom, a obecnie rozmawia z ptakiem i skrywa w sobie tajemnice swojego życia.


Efoui opisuje społeczeństwo, które nie może się uwolnić ze zbiorowej psychozy wojny. Pokój narzucany jest niejako odgórnie. Na zawołanie ma panować szczęście, równość i radość. Oskarżeni z czasów wojny nie staną przed sądem, bo szerzy się korupcja i dowody winy można usunąć, gdy ma się pieniądze. Widzimy zaskakujące przemiany, które odbywają się w krótkim czasie. Oto bowiem byli okrutnicy i mordercy są teraz „żołnierzami dobrej woli”. Obserwujemy ogólne bratanie się w świecie, w którym do niedawna brat dla brata był wrogiem. Coś jest tu bardzo nie na miejscu, coś tutaj nie gra, wszystkie próby zachowania porządku to nieudolne sposoby zatuszowania przeszłości. Tej przeszłości, w której kobiety rodziły dzieci z gwałtów i gdzie dzieci nie potrafiły rysować, tylko łamały ołówki. Za ludźmi, którzy otaczają bohatera, są już trudy wojny. Przed nimi – jeszcze cięższe do zniesienia – trudy czasów pokoju. Nie chodzi tylko o to, czy można wybaczyć tak niepojętą i trudną do opisania krzywdę, jakiej doznali. Liczy się to, czy jest możliwy świat porządku wstawiany w miejsce świata rozbitych rodzin, mordowanych ludzi, świata lęku, paniki i bratobójczych walk. Wydaje się to niemożliwe w takim samym stopniu, jak niemożliwe jest, by autor po raz kolejny przeżył szczere chwile wzruszeń ze swoimi zaginionymi przyjaciółmi.


Kossi Efoui pisze prozę, w której synestezja odgrywa znaczącą rolę. Możemy w niej wyobrazić sobie świat ułudy i fałszu, ale także go posmakować i posłuchać. Mnogość wrażeń zmysłowych nie idzie w parze z tym, co wokół ma miejsce. To przecież taka umowna przemiana. Praktycznie nic się nie dzieje. Była wojna, ma być pokój. Kto za bardzo rozmyśla o przeszłości, niech znika w jej otchłani. Niech stanie się widmem, fikcją. Bo przecież tylko to jest możliwe. Niemożliwe u Kossiego Efoui jest natomiast spójne pisanie o tym, co spójne nie jest i nie było. W tym zatem kryje się największa wartość tej opowieści – próbuje odkryć to, co zakryte i nie wyjaśnia, co odkrywa.


tłum. Wawrzyniec Brzozowski
Wydawnictwo Karakter, 2012

2012-02-12

"Muzeum Ciszy" Yoko Ogawa

Pisałem o tym już kilkakrotnie, że japońska beletrystyka to z jednej strony materia słowna bardzo zamknięta, oszczędna, lakoniczna i sucha, z drugiej jednak przesycona tak wielką ilością ukrytych znaczeń, że czasami po prostu trudna w odbiorze. Jeśli idzie w stronę oniryzmu – jak w przypadku Hiromi Kawakami czy Yoko Tawady – staje się jeszcze bardziej nieprzystępna… i piękna. Tymczasem wydana niedawno powieść „Muzeum Ciszy” to z jednej strony bardzo realistyczna historia o dość specyficznym oswajaniu śmierci i zachowywaniu pamięci po zmarłych, z drugiej jednak opowieść metaforyczna i pozbawiona jakiegoś punktu odniesienia w świecie rzeczywistym. Wszystko bowiem w prozie Yoko Ogawy wydaje się być umowne. Jej „Muzeum Ciszy” należy rozpatrywać w szerokim kontekście kultury japońskiej i tamtejszych odniesień do kwestii życia i umierania, oddawania siebie zaświatom i pożegnania z tym, co tworzyło na co dzień istnienie.

Bohaterowie Ogawy nie mają imion. Są jednak bardzo wyraziści w tym, co robią. Do pewnego miasteczka przybywa kustosz, który pracując na zlecenie, ma skatalogować pewne pamiątki i otworzyć specyficzne muzeum, w którym znajdą one swe miejsce. Mężczyzna zostaje przyjęty przez oschłą i obcesową starszą kobietę (konsekwentnie nazywaną w narracji staruchą), która wyjaśnia mu, dlaczego pragnie stworzyć muzeum pamiątek po zmarłych. To miejsce ma być czymś w rodzaju wytchnienia dla umierającego świata. Czas ma się tam zatrzymać tak, jak zatrzyma się pamięć o tych, którzy nie żyją. Muzeum fetyszy ma być zatem świadectwem życia tych, którzy już z życiem się rozstali. Przedmioty zebrane przez muzealnika mają swoje historie i to one winny opowiadać o tym, o czym zmarli nie są już w stanie opowiedzieć.


Główny bohater to człowiek z pasją. „Moja praca polega na tym, aby jak najwięcej przedmiotów, które ześlizgnęły się ze stołu świata, pochwycić w locie i ocalić przed rozbiciem, przywracając im ich najgłębszą wartość”. Szanuje wszystko, co w jakiś sposób mówi o minionym czasie, jest profesjonalistą i w życiu pomagał przy stworzeniu niejednego muzeum. Tymczasem projekt jego nowej pracodawczyni wzbudza w nim mieszane uczucia. Tak na początku, jak i później, kiedy dowiaduje się, iż nowe pamiątki po niedawno zmarłych ludziach sam będzie musiał dostarczyć do muzeum. Jego misja ma zatem kilka znaczeń. Z jednej strony porządkuje pamiątki po nieżyjących, które stara kobieta gromadziła przez kilkadziesiąt lat, z drugiej natomiast dokłada własne cegiełki do budowanego muzeum, przynosząc co chwila coś nowego i ważnego. Skalpel chciwego chirurga, futro nauczyciela ciszy zmarłego podczas wybuchu bomby. Sztuczne oko starca, którego pokonał rak skóry. Kartka z maszyny pewnej owdowiałej wróżki. Trawa, na której zamordowano młodą urzędniczkę. Także szmatka do polerowania ze sklepu nieżyjącej sprzedawczyni porcelany czy woreczek po zmarłym hodowcy pstrągów. Te dziwne nowe nabytki dołączą do kolekcji takich przedmiotów jak sekator dawnego ogrodnika czy farby, którymi prawdopodobnie żywiła się skazana na niepamięć i biedę malarka. Zbieranie tych rzeczy jest skomplikowane i nie daje kustoszowi takiej satysfakcji jak katalogowanie tych zebranych. Stanie się wręcz udręką, kiedy okaże się, iż musi zbierać pamiątki po kolejno mordowanych kobietach, którym ktoś ucinał sutki…


Od samego początku nurtuje nas pytanie, dlaczego stara kobieta z takim pietyzmem chroni i kolekcjonuje rzeczy po tych, którzy rozstali się ze światem. Rola gromadzonych pamiątek z początku jest dość jasna, ale potem nie mamy już pewności co do tego, dlaczego są kolekcjonowane. „Mimo że powinny świadczyć o życiu osób, do których należały, bardziej opowiadają o świecie, do którego ci ludzie udali się po śmierci”. Są zatem świadectwem życia i jakiejś formy bytu, która przytrafia się po śmierci? Mają opowiadać historię nieżyjących czy snuć przypuszczenia o tym, gdzie teraz przebywają? Pracodawczyni kustosza wydaje się nienawidzić życia. Niczego nie pamięta ze swojego, a może po prostu nie chce pamiętać. Jest pełna goryczy i złości, nie potrafi nawiązać ciepłej relacji z nikim, traktuje przedmiotowo nawet swoją adoptowaną córkę, którą z kolei muzealnik jest zafascynowany od samego początku.


Zdarzenia „Muzeum Ciszy” rozgrywają się w miejscu, które Ogawa opisuje bardzo szczegółowo. Mimo topograficznej dokładności odnosi się wrażenie, iż wraz z bohaterami znajdujemy się wszędzie, czyli nigdzie. Z tego miejsca nie ma ucieczki. Ani wtedy, gdy kustosz chce wziąć urlop i odwiedzić brata, ani wówczas, gdy próbuje po prostu stamtąd uciec pociągiem, który nigdy nie nadjedzie. Pozostaje mu jedynie skupienie się na pracy i… próba zrozumienia motywów postępowania wszystkich, którzy znajdują się w jego otoczeniu.


Ogawa portretuje bohaterów tak samo dokładnie jak miejsca, w jakich przebywają. Ale – co zostało już wspomniane – ludzie ci nie mają imion. Tak żywi jak i umarli. Okazuje się, że nie ma między nimi aż takiej wielkiej różnicy. Łączyć ich może cisza, bo to o niej w gruncie rzeczy jest ta opowieść. Stonowana i chłodna, a jednocześnie pasjonująca i głęboka. Do zapamiętania i refleksji.


tłum. Anna Horikoshi
Wydawnictwo W.A.B., 2012

2012-02-09

"Zanim spłonę" Gaute Heivoll

To niewątpliwie sztuka napisać powieść rozliczeniową, smutną, melancholijną i mocno chwytającą za serce, nie popadając w nadmierną egzaltację czy patos doprowadzany do granic śmieszności. Udało się to norweskiemu pisarzowi, autorowi przejmującego wyznania „Zanim spłonę”. Gaute Heivoll opowiada bowiem dwie historie – jedna tyczy jego własnego życia, nie zawsze trafnych życiowych wyborów; to historia człowieka, który powraca do krainy dzieciństwa, bowiem tylko tam czuje się spełniony, pewny siebie. Druga opowieść niejako wypływa z pierwszej, a może tylko znacząco się z nią łączy. Heivoll opowiada bowiem o młodym piromanie, który w 1978 roku wywołał (i ugasił) serię pożarów w rodzinnej miejscowości autora książki, Finslandzie. Która z tych historii jest ważniejsza? Która ciekawsza? Jak spoglądać na ich niesamowitą symbiozę powodującą, że czytamy książkę ważną, potrzebną i mądrą? „Zanim spłonę” zmusza do kilku refleksji. Jedną, najważniejszą chyba, jest myśl o tym, jak bardzo życie może być odmienne od tego, co sobie w nim zaplanujemy i z jakim trudem konfrontujemy się z tym, iż bardzo rzadko los układa się po naszej myśli.

Pobyt we włoskiej Mantui powoduje, że któregoś dnia Heivoll musi zmierzyć się z widmami swej przeszłości, które upominają się, by znowu ożyć. Wtedy też postanawia, że poważnie zajmie się zapomnianą sprawą sprzed lat. Sprawą podpaleń, które wywoływały w mieszkańcach Finsland strach i panikę w roku, kiedy autor przyszedł na świat. Sylwetka tego, który podpala – na początku budynki gospodarcze, potem domostwa – zarysowana jest bardzo specyficznie. Dag jest synem komendanta straży pożarnej w Finsland. To nie jedyny paradoks w tej opowieści. Daga nie poznajemy w pełni. Jego życie zarysowane jest jako tajemnicze i mroczne. Coś ważnego, coś trudnego i nie do opisania wydarzyło się, kiedy chłopak stacjonował w jednostce wojskowej przy radzieckiej granicy. Coś dzieje się z nim po powrocie, gdy nie może znaleźć sobie miejsca w domu, stroni od ludzi i coraz mocniej zamyka się w świecie tylko sobie znanych przeżyć.


Syn Almy i Ingemanna miał wyrosnąć na wzorowego obywatela, ukochanego chłopca pełnego marzeń i ambicji. Tymczasem wyrasta na outsidera, którego coraz trudniej zrozumieć. Ucieka w głąb siebie. Heivoll w mistrzowski sposób opisuje rozpadające się relacje syna z rodzicami. Oddaje dramat odpychanej matki i ojca, który udaje, iż wyobcowanie Daga nie robi na nim wrażenia. W pewnym momencie Dag poczuje się naprawdę potrzebny i ważny. Tyle tylko, że będzie to początek staczania się po równi pochyłej w kierunku ognistego piekła, w którym można już tylko zbierać szczątki i popiół…


Tymczasem poznajemy autora książki jako młodego człowieka, który ucieka ze wsi do Oslo, gdzie zamierza rozwijać się intelektualnie, zostać prawnikiem, potem ustatkować się. Tymczasem nie tylko wspomnienia powodują, iż czuje bezustanny niepokój i na co dzień z trudem może odpowiedzieć na pytanie o to, kim jest. Zarzuca sobie, iż opuścił przed laty Finsland zupełnie niepotrzebnie. „Nie powinienem był nigdy pozostawiać tego wszystkiego, co w głębi duszy tak kocham. Należało tu zostać i żyć innym, drugim życiem”. Opuścił wioskę fizycznie, ale przecież nadal ma ją w sercu. Co zmusza go do tego, by wciąż powracać tam, gdzie się narodził? Jego biografia – jak biografia Daga – to ciąg trudnych konfrontacji ze zmiennością życia, która burzy misternie zaplanowane kolejne miesiące czy lata. Heivoll pisząc o sobie, pisze przede wszystkim o poczuciu straty. Rozumianej wieloaspektowo. W tym najbardziej dosłownym sensie mamy tutaj próbę mierzenia się ze stratą ojca, który umiera na jego oczach. Ojciec chwilami jest centralną postacią rozważań. Także tych na temat piromana, którego relacje z mężczyzną, jaki dał mu życie, są równie skomplikowane co te, o jakich próbuje napisać Heivoll.


Co jeszcze łączy nieszczęśliwego podpalacza z pełnym melancholijnej zadumy egzystencjalnej twórcą, dla którego pisanie jest formą terapii? Kogo widzimy, patrząc na samego siebie w lustrze? Kogoś, kogo znamy? Kogoś, kogo rozumiemy? Dag zdaje się być jakimś specyficznym odbiciem Heivolla, a Heivoll uosabia cechy Daga. Jak w takim razie rozumieć znaczenie podkładanego ognia? Jak bardzo spektakularną i ognistą symboliką można się posłużyć, by opowiedzieć o samotności i wykluczeniu?


„Zanim spłonę” to opowieść o wzruszeniach, które początkowo traktowane są jak słabość, by potem stać się oczyszczeniem. Książka o męskich łzach, których nie ma się co wstydzić. O wszystkim tym, czego się nie przeżyło, nie powiedziało, nie napisało. O tym, że można wewnętrznie płonąć, a światu jawić się jako ktoś jakby zlodowaciały emocjonalnie. Gaute Heivoll opowiada o dwóch mężczyznach w samym sobie oraz o innym mężczyźnie, który miał dwa oblicza. Wyrazista rzecz, intrygująca i bardzo mocno zapadająca w pamięć.


tłum. Maria Gołębiewska - Bijak
Wydawnictwo Świat Książki, 2011

2012-02-06

"Utracony raj" Cees Nooteboom

Duchy, sny i anioły. Przede wszystkim te trzecie. Specyficzna forma zbeletryzowanej angelologii holenderskiego prozaika połączona z zapierającymi dech w piersi poetyckimi opisami australijskich bezdroży. Oto otrzymujemy książkę dla ambitnego czytelnika. Styl specyficzny, przesycony metaforyką, doprowadzający wyobraźnię do granicy, poza którą nie ma już nic. Fabuła skromna, szczątkowa nawet, lecz u Nootebooma „dzianie się” następuje wewnątrz. Poznajemy duszę egzaltowanej, ale jednocześnie wrażliwej i uciekającej od świata Almy. Przyglądamy się temu, jak Erik, krytyk literacki, usiłuje na nowo stać się sobą, być sobą w innym wymiarze i uciec od miałkości oraz truizmów, na jakie napotyka w recenzowanej prozie. Nooteboom zderza dwie pozornie różne od siebie jednostki. Alma wydaje się być aniołem, Eric zaś człowiekiem z krwi i kości. Opowieść z duchem Johna Miltona w tle przenosi nas w bliżej nieokreślony wymiar, w którym anielskość zderzy się z człowieczeństwem, wywołując nieporozumienia i powodując, iż poszukiwany gdzieś w nieokreślonej przestrzeni raj zostanie na zawsze utracony…

To nie jest prosta powieść i choć niewielkich rozmiarów, kryje w sobie tak wiele niedopowiedzianych treści, że starczyłoby ich na opasły wolumin. Cees Nooteboom to jednak minimalista i tym samym pisarz, który na kartach „Utraconego raju” ujawnia treści trudne i często nie do pojęcia. Zdarzenia rozgrywają się w konkretnych miejscach, tak naprawdę jednak wszędzie i nigdzie. Od brazylijskiego Sao Paolo po australijskie Perth i jakąś austriacką miejscowość oraz niemiecką stolicę. Odkąd tak naprawdę zaczyna się ta opowieść? Gdzie ma koniec i czy w ogóle go ma? Przecież to historia między innymi o uciekaniu od samego siebie i innych. Nooteboom nie robi nic innego jak bawi się w eskapistę, którego trudno zrozumieć. Stąd też możliwe problemy interpretacyjne i prawdopodobna niechęć niektórych czytelników zwłaszcza do formy pierwszej części tej książki. Sprawy nie ułatwia fakt, że tak naprawdę nie wiemy, o kim jest ta opowieść i czy zawarta w niej transcendencja nie przenosi nas w jakieś inne rejony trwania i odczuwania, których po prostu nie jesteśmy w stanie pojąć. Czy „Utracony raj” to zatem powieść-zagadka? Jak najbardziej. Stawia więcej pytań niż udziela odpowiedzi. Zderza to, co ludzkie z tym, czego człowiek nie jest w stanie pojąć. Staje wobec tajemnicy istnienia i niebytu, wobec siły dzieł sztuki i różnorodności ich odbioru. Stawia obok siebie aniołów i ludzi; sny i przygnębiającą jawę; duchy z ciałami tych, którzy podążają wciąż przed siebie, nie zaznając spokoju.


A teraz nieco konkretniej, chociaż wydaje mi się, iż pisanie o jakichkolwiek konkretach w odniesieniu do tej niezwykłej książki może jej po prostu zaszkodzić. Najpierw poznajemy dwie różne od siebie kobiety, bliskie przyjaciółki – Almut i Almę. Obie fascynują się szczątkowymi formami australijskiej kultury i sztuki, dostrzegają jej niestałość i jednoczesną siłę przekazu, pragną zgłębić tajniki aborygeńskiego malarstwa i wszystkiego tego, co kontynent odległy od reszty świata tak bardzo od tego świata odróżnia. Alma chce odkrywać australijskie tajemnice, bo sama jest nimi otoczona. Albo… jak to mówi Almut: „Jesteś tajemnicą i sama o tym nie wiesz. Nigdy nie wiadomo, co myślisz. Gdy coś mówisz, twoje spojrzenie nie pasuje do tego, co mówisz, jest zawsze tak, jakby było jeszcze coś innego, coś, do czego inni nie mają dostępu”. Trudno zatem zrozumieć do końca, dlaczego Alma ucieka z Brazylii do Australii. Tym bardziej, że obie z Almut, jak wspominają, nie trafiają tam na swoje marzenia. Kwestia gwałtu na Almie w brazylijskiej faweli jest tu jak najbardziej znacząca, ale nie tylko o zhańbioną w ten sposób kobiecość chodzi. Odczuwanie świata i samej siebie przez Almę to drżący i niepewny oddech kobiety, która boi się nabrać w płuca powietrza i zachłysnąć się nim. Alma, nie radząc sobie z trudnymi sytuacjami, które osobiście ją dotykają, najczęściej znika. „Gdy dzieje się coś, co dotyka mojego wnętrza, mojej tajemnicy, jak powiedziałaby Almut, znikam”. Rozpłynie się gdzieś w czasie i przestrzeni, kiedy na swojej drodze spotka Erika Zondaga. Ich ponowne spotkanie w austriackim spa będzie dziełem przypadku. Czy można jednak po raz drugi utracić coś, co już się utraciło? I czy Alma pozbawiona anielskich skrzydeł jak w Perth, będzie tą samą kobietą, przy której Erik odkrywał zagadkę własnego bytu?


Zondag to dość zgorzkniały krytyk atakujący zwłaszcza nową generację pisarzy holenderskich, którzy wręcz „wypluwają” swoje powieści. Zarówno czytanie jak i pisanie są dla niego aktami intymnymi. Równie intymnymi jak zbliżenie z Almą – tak przecież różną od niego, tak niesamowicie subtelną i wrażliwą, że zupełnie niepasującą do walczącego z kryzysem wieku średniego frustrata. Opowieść Erika to historia rozczarowań, opowieść Almy zaś jest opowieścią doświadczania. Historia tej dwójki to symboliczna, mglista i dwuznaczna historia dowiadywania się tego, co to znaczy odczuwać świat.


Duchy, sny i anioły. Obok nich ludzie, którzy chyba im zazdroszczą. „Utracony raj” to pozycja zmuszająca do zastanowienia się nad tym, kim jesteśmy i jakimi się stajemy. Także nad tym, jakie znaczenie w naszym życiu ma to, co nienazwane, a co czuje się mocno w kontakcie z realistycznymi dziełami sztuki. Przesadą byłoby powiedzenie, że historia Nootebooma nim jest. Informacja, iż to niezwykła powieść, byłaby znowu informacją zbyt ubogą. Należy po prostu poddać się temu, jak holenderski autor opowiada o wszystkim, co nie do opowiedzenia.


tłum. Łukasz Żebrowski
Wydawnictwo W.A.B., 2012

2012-01-31

"Pensjonat pamięci" Tony Judt

Gatunkowo esej zezwala praktycznie na wszystko, co mogłoby wyrazić jego autora. Nie chodzi tylko o oficjalne poglądy, czasami ważne są uczucia, niekiedy bardzo osobiste przemyślenia. Tony Judt, nieżyjący już intelektualista i historyk, u kresu swego życia napisał eseje opowiadające o kształtującej się tożsamości wolnomyśliciela, o zmieniającym się świecie, w którym trudno o jakąś stałość, o rozterkach Anglika mieszkającego w Stanach Zjednoczonych, rozprawiającego się wciąż ze swym żydowskim pochodzeniem, które niejednokrotnie spędza mu sen z powiek i oddającego serce pewnemu rodzinnemu hotelowi w szwajcarskiej miejscowości Chesières. Ten hotelik, tytułowy pensjonat pamięci, to miejsce szczególne i punkt wyjścia do różnorodnych rozważań. Eseje Judta są niepowtarzalne. Dlaczego? Oddajmy głos jemu samemu: „O wartości tych szkiców przesądza zasadniczo impresjonistyczny efekt: fakt, że udało mi się powiązać i przepleść prywatne z publicznym, wyrozumowane z intuicyjnym, przypomniane z odczuwanym”. Sztuka opowiadania o sobie w kontekście przemian dziejowych i społecznych od okresu powojennego po współczesność wychodzi autorowi bardzo dobrze, a „Pensjonat pamięci” zachowuje osobisty charakter, choć przecież składa się z szeregu publicznych wyznań.

Punktem wyjścia eseistycznych rozważań Judta jest dzieciństwo (miał 10 lat, kiedy tak bardzo zauroczył go pensjonat w Chesières), a zmierzają one nieuchronnie w kierunku śmierci, bo to z jej świadomością musi się mierzyć autor, cierpiący na stwardnienie zanikowe boczne. To, co piękne i warte przeczytania, rodzi się w nocy. Życie w więzieniu własnego ciała, nieruchomym i niezdolnym do żadnych reakcji, zwłaszcza nocną porą staje się koszmarem. Co bowiem robić, kiedy sen nie nadchodzi, a niewygodna pozycja w łóżku dodatkowo doskwiera i męczy? Oddać się rozmyślaniom. Dzięki myślom uciekać. Jednocześnie zbliżać się do tego wszystkiego, co kiedyś autora ukształtowało i spowodowało, że teraz, na łożu śmierci, nie patrzy z lękiem w przyszłość, a sentymentalnie rozpatruje to, co było. „Pensjonat pamięci” to rzecz o tym, że ludzka świadomość do ostatniej chwili przed śmiercią jest czymś niezwykłym, najcenniejszym skarbem. Jako skarby zatem można traktować eseje Judta – tematycznie bardzo różnorodne, stylistycznie także. Należy zwrócić też uwagę na fakt, iż wiele z nich było dyktowanych. Niesprawne ręce nie wykluczają sprawności umysłu. Otwartego na świat do końca. Oferującego nam podróż przez własne życie.


Wspomniany już problem tożsamości wydaje się w rozważaniach Judta najważniejszy. Dlaczego? Na to, kim był, złożyło się wiele czynników, ale przede wszystkim to, czego doświadczył i co zaobserwował. Truizm? Pięknie opisany. Angielski początek jawi się wręcz sielankowo. Rozważania o londyńskiej dzielnicy Putney, która była rajem dla młodziutkiego Judta i o podróżowaniu – pociągami czy autobusami Zielonej Linii. Świadomość kształtowana w ruchu i przez ten ruch naznaczona. Ciekawość świata i jednoczesne zwątpienie w to, że nie można go w pełni ogarnąć. Angielskie lata życia Judta to lata doświadczeń i prób, kształtowania swojego własnego świata, który potem zostanie zestawiony z historycznymi uwarunkowaniami, jakie autor tak chętnie zgłębiał. Poznajemy burzliwe losy imającego się różnych zajęć młodzieńca, którego później zmieniał pobyt w Cambridge, a następnie wyprawy do Francji oraz przenosiny do Nowego Jorku - multikulturowego miejsca, w którym zadaje się więcej pytań niż słyszy odpowiedzi.


Mamy w biografii Judta kilka polskich akcentów. Przede wszystkim dziadek – polski Żyd. Przekazał mu swego rodzaju brzemię, ale i zmusił do tego, by zadawać sobie pytania o to, kim jest. Bo inny jest obraz żydostwa w wojennej i powojennej Europie, a inaczej pojmuje się je w Stanach Zjednoczonych lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych. Druga sprawa, o jakiej opowiada, zainteresuje nas jeszcze bardziej. Mowa o recepcji „Zniewolonego umysłu”, który w Ameryce odbierany był zupełnie inaczej niż w Środkowej Europie. Interesujące są także rozważania o prywatnym rewolucjonizmie Judta; takim, który – nie wiedzieć czemu – w 1968 roku ominął miejsca prawdziwej rewolucji, czyli Polskę i Czechosłowację.


Judt chwilami nie jawi się nam jako historyk, ale jako doskonały gawędziarz. Opowiada o naprawdę różnych sprawach. O socjalistycznym syjonizmie tuż obok historii o samochodowej pasji ojca. O francuskim intelektualizmie idącym w parze z dość żartobliwymi rozważaniami o europejskich miastach, w tym oczywiście o paryskiej stolicy. Jest w „Pensjonacie pamięci” wiele zwierzeń osobistych i niezwykle ciepłych. Opowieść o pragnieniu prawdziwej podróży egzemplifikowanym przez świętej pamięci prom Lord Warden, który przepływał Kanał La Manche. O rozterkach emigranta, który ma się stać mieszkańcem Ameryki. O niechęci do szkoły i charyzmatycznym nauczycielu niemieckiego. O sprawach ważnych kiedyś, ale ważnych także teraz, kiedy pozostają już tylko wspomnienia i świadomość, iż niebawem życie się zakończy.


Można „Pensjonat pamięci” cytować i można z nim spędzić sporo czasu, bo wcale nie widzę konieczności szybkiego czytania wszystkich esejów. To Judt dowcipny, rubaszny, chwilami ironiczny i sarkastyczny. W żadnym jednak zdaniu nie ma mowy o bliskości śmierci. To bowiem świadectwo życia i dojrzewania. Nic ponad życie nie jest ważniejsze. Z historycznego i po prostu ludzkiego punktu widzenia.


Lektura pozwalająca się wyciszyć. Zachęcająca do tego, by czasem zajrzeć w głąb siebie. Tak jak Judt. Prosto, lekko, z przymrużeniem oka i pełną świadomością tego, co się przeżyło.


tłum. Hanna Jankowska
Wydawnictwo Czarne, 2012

2012-01-29

"Życie po mężczyźnie" Hanna Samson

Dotychczasowe dokonania Hanny Samson znam dosyć pobieżnie. Jej najnowsza publikacja jest jednak jakością samą w sobie i nie trzeba (choć można) jej rozpatrywać w kontekście całej twórczości pisarki i terapeutki. Tak, pisanie „Życia po mężczyźnie”, było terapią, ale to książka, która raczej nie zadaje pytań, lecz stawia odpowiedzi; niejednokrotnie niekonwencjonalne, zaskakujące albo dojrzałością albo stanowczością sądu na dany temat. Między kartki wkrada się chwilami chaos, ale jest to chaos zamierzony, bo ma to być przecież opowieść tej, która jest kowalichą swego losu, a los – jak to on – często jest przekorny, nie da się przewidzieć i przede wszystkim trudno w sposób uporządkowany napisać o tym, co było. A opowieść Samson to właśnie opowieść o tym, co było. Rozpatrywana przez pryzmat tego co jest. Gatunkowo zbliżona do pamiętnikarskich opowieści Anny Janko, Moniki Rakusy czy Soni Raduńskiej. Tematycznie – związana z czymś, z czym trudno sobie radzić. To przemijanie tego, co piękne i starość, która nie ma pięknych barw. Warto poczytać o tym, co zrobić, żeby wszystko postawić na głowie i zmienić w życiu tyle, ile się da.

„Jak się zacznie grzebać we wspomnieniach, to dopiero widać, ile ich jest. Jedno pociąga za sobą drugie, drugie trzecie i tak dalej”. I tak to właśnie jest u Samson. Myśli o pewnym filmie, który na stałe zapadł jej w pamięci, o szkolnych koleżankach, z których jedna już nie żyje, o bolących zębach i o mężczyznach, z których jeden był za idealny, aby przy nim trwać, a z drugim związała się, bo prawdopodobnie odczuwała potrzebę przeżywania cierpienia. Zasadniczo „Życie po mężczyźnie” jest o utracie. I zaczyna się od utraty. Cennych minut o poranku, które marnotrawi się na różne sprawy. Bo każde „dzień dobry świecie” to dla autorki teraz gra z czasem i obsesja, by nie zmarnować nawet minuty. Od samego rana. Przecież tyle już zmarnowała, żyjąc nie tak, jakby chciała. Nie z tymi mężczyznami, co powinna. O ile w ogóle są tacy. W związku z tym teraz trzeba gonić czas. I dobrze go wykorzystywać, bo zostało coraz mniej.


To przecież jesień życia. I nic już nie będzie do końca takie, jakie chciałoby się, żeby było. „Coraz mniej muszę podejmować [decyzji]. Kolejna oznaka starzenia się. Wybory dawno dokonane. Jestem, gdzie jestem. Wszystko określone.” Najgorsze, co teraz trzeba zrobić, to określić się w tym, co jest, zrozumieć swoje miejsce i sytuację, która za niczym nie każe już gonić (więc Samson goni choćby minuty o poranku). Istotne jest jednak także to, by uporządkować w myślach sprawy już minione, a wciąż żywe i męczące. Tak bardzo, że niekiedy brak słów i tylko wulgaryzmy mogą zastąpić wyrażenie emocji.


Ale po kolei… Tylko czy da się w przypadku „Życia po mężczyźnie” mówić, iż coś w tej książce jest po kolei? Jakim cudem, skoro autorka tworzy nawet opowieść alternatywną do swojej, mroczną historię kobiety z piętnem żony mordercy? Ona to czy nie ona w niej? W sensie ta dzielna kowalicha, która nadal kuje gorące żelazo losu. Samson napisała książkę pełną niedopowiedzeń, a z drugiej strony opowieść zajmującą się konkretami. Pisze o tym, co było i jest ważne. O stałym poczuciu zagrożenia w dzieciństwie. O skomplikowanych relacjach z matką. O psach – jednym, który jest substytutem dziecka i drugim, wiecznym uciekinierze. O wstydzie za siebie i za to, co się robiło. O atrofii uczuć, która może kiedyś niepokoiła, a teraz staje się czymś normalnym. O wspomnieniu gwałtu, z którym nic nie da się już zrobić, to znaczy obecnie trudno jest to wspomnienie „obrobić” jakoś tak, żeby nie bolało.


Przede wszystkim jednak mężczyźni. Opisywani mało wyraziście, bo chyba nie byli wyraziści. Z całą pewnością jednak byli, a teraz ich nie ma. O tym braku Samson pisze dość przewrotnie. Nie ma bowiem żadnego rozdzierania szat, szlochu i rozpaczy, nie ma łzawych wspomnień i myślenia o tym, że bez chłopa to ja sobie nie poradzę. Nie! Radzi sobie i nadal będzie radzić, bo nie pozostało jej już nic innego, jak mężczyzn swego życia pożegnać. Mentalnie. Rzeczywiste pożegnania nastąpiły już dawno temu. Ale czy nie jest tak ze wszystkim, że wydarzy się to dopiero wtedy, kiedy nasz umysł da na to zgodę i może to zrobić nawet po wielu latach?


„Życie po mężczyźnie” to opowieść pełna sarkazmu i chwilami złośliwości, ale tak naprawdę na swój sposób dowcipna i pogodna. Zresztą co ja tam mogę o niej pisać, skoro autorka wyraźnie wskazuje, że mężczyznom między kartki jej książki wstęp wzbroniony. Złamałem zakaz, poznałem priorytety kowalichy swego losu, chwilami dobrze się bawiłem, momentami rozmyślałem o życiowych problemach, a jeśli teraz jeszcze śmiem o moich czytelniczych wrażeniach pisać to tylko z przekory, bo do „Życia po mężczyźnie” powinni mieć dostęp wszyscy. Bez względu na płeć. Przecież chodzi o doświadczanie życia i próby opisywania tego doświadczania. Panowie bowiem także czasem żyją „po kobiecie”.


Wydawnictwo Znak, 2012

2012-01-24

"Rozwiązła" Jarosław Kamiński

Nie ma to jak przyjemność czytania dojrzałego debiutu. Niektórzy muszą przez wiele lat czekać na to, by wydać pierwszą powieść. Kiedy ją wydają, jest to prawdziwe wydarzenie i gwarancja niepowtarzalnej jakości. Jarosław Kamiński, rocznik 1968, napisał taką książkę. Czyta się „Rozwiązłą” prawie na jednym wdechu choć to grubo ponad 500 stron. Stron treści trudnych, niewygodnych; opowieści tematycznie na pograniczu historii, religii, historiozofii, gatunkowo - romansu i powieści inicjacyjnej. Dokonania Kamińskiego nie da się sklasyfikować jednoznacznie. Pewne jest jednak to, że już na progu roku otrzymujemy powieść, która może być wydarzeniem 2012.

Wspaniała introdukcja! Zbliżająca się do czterdziestki Zofia Rogala odwiedza wraz ze swym dużo młodszym partnerem Adamem jego rodzinę. Od pierwszej minuty kobieta jest na cenzurowanym. Obserwacje, dywagacje, nieznośne napięcie. Stara baba i młodziutki student. Tak nie może być. O ile matka Adama od początku okazuje Zofii swą jawną wrogość, o tyle zastanawiające są reakcje jego dziadka, Edwarda Czerskiego. Mężczyzna wydaje się nie spuszczać z kobiety oczu. Śledzi w niej coś, co okaże się mroczną i bolesną historią. Widzi w niej kogoś, kogo bohaterka będzie za chwilę poszukiwać. W jego oczach kryje się tajemnica. Czerski, starzejący się intelektualista, był liberalnym myślicielem Polski Ludowej czy agentem SB? Kochającym mężem czy zdradzającym ją na prawo i lewo kochankiem? Czego chce od Zofii? Dlaczego tak uważnie ją obserwuje? Zagadki mnożą się już od pierwszych zdań. Narracji rwanej, fragmentarycznej, budującej jednocześnie niezwykle sugestywne obrazy. Każdy kolejny będzie tworzył z „Rozwiązłej” opowieść fascynującą i mroczną. Opowieść humanisty i bacznego obserwatora rzeczywistości. Opowieść, która zmusi nas do innego spojrzenia na samą Zofię i motywy, dla których uwikłała się w tak skomplikowany związek.


Rogala pracuje na co dzień jako makijażystka, zaś Adam maluje. „Ja retuszuję słabe punkty ludzi, on je w swoim malarstwie uwzniośla”. Ona zdystansowana do swych działań, pozornie obojętna na wszystko, co się wokół dzieje. On cudem uratowany przez Zofię przed homoseksualizmem, wyrwany z objęć pewnego fotografa. Ich związek to burza uczuć. Zderzenie skrajnie różnych charakterów. Kaleka relacja, w której każde stara się za wszelką cenę zapomnieć o prawdzie. Zwłaszcza Zofia. Dlaczego? „Zofia nienawidzi prawdy, prawda oznacza śmierć obłędu, omyłki, potknięcia intelektualnego, prawda jest największym zbrodniarzem dziejów, wykańcza wszystkich myślących, niepoprawnie myślących”. Nie podejrzewa, iż postać Czerskiego zmusi ją do poszukiwań właśnie niewygodnych prawd. O swojej matce przede wszystkim. Wychowana w domu dziecka Rogala zostaje zmuszona do tego, by stanąć twarzą w twarz z tajemnicą rodzicielki. Najpierw zdobywa informacje w klasztorze, gdzie ją, daleką od boskich spraw, los musi zetknąć z religijnymi dogmatami i symbolami. Ją, która nie chce mieszać spraw boskich i ludzkich, wędrówka gdzieś na Podlasie zmusi do tego, by stanąć oko w oko nie tylko z tajemnicą rodzinną, ale i z transcendencją, której symbolem ma być Bóg usiłujący popełnić samobójstwo.


„(…) Ludzie nie potrafią żyć bez traum, jakby brakowało powodów do istnienia, jakby tylko brak nadawał sens życiu; pełnia już nie potrafi”. Kobieta Kamińskiego stanie się pełna wówczas, gdy dotrze do przygnębiających faktów z życia swojej matki. Penetruje zakazane rejony, ale i wnętrze samej siebie. Dojrzewając do prawdy o matce, ma szansę przyjrzeć się temu, jak głęboki komunizm niszczył ludzką świadomość, ile kłód rzucał pod nogi i jak bardzo rok 1968 zmienił życie ludzi, których nigdy nie znała, a którzy stają się jej nagle bliscy…


Proza Kamińskiego to przede wszystkim proza konfrontacji. Najpierw Zofii z jej pragnieniami i potrzebami. Potem – dzięki przyjacielowi bohaterki – z faktami historycznymi. Następnie poprzez Czerskiego następuje konfrontacja chyba najtrudniejsza, bo z wpływem polityki państwa na życie osaczonych nią obywateli. „Rozwiązła” rozgrywa się zatem na kilku płaszczyznach. Sam Kamiński sugeruje, iż można ją sprowadzić do etykiety „powieść religijna”. Czy aby na pewno? Czy to nie oznaka jednego z upiornych chichotów, jakie usłyszymy gdzieś z oddali, z dawnej przeszłości, która nigdy nie przestała być martwa, choć kryje w sobie śmierć?


„Rozwiązła” to także powieść o przedefiniowaniu pojęcia kobiecości. Jak pojmuje je Zofia na samym początku? „Ona rozumie kobiecość w najprostszy sposób, umiejętność poddawania się biegowi rzeczy, po prostu”. Czy będzie w stanie poddać się temu, co czeka ją w upiornej wędrówce ku przeszłości? I jak ta wędrówka wpłynie na relacje z Adamem, który przecież dużo mniej przeżył, a jednocześnie sprawia wrażenie, iż wie i rozumie więcej niż Zofia Rogala?…


Przyjaciel bohaterki stwierdza, iż lubi ona ekstrema. Coraz bardziej duszna i klaustrofobiczna narracja „Rozwiązłej” powoduje, że mamy do czynienia z ekstremalną powieścią inicjacyjną. Taką, która opisuje doświadczanie czegoś w średnim wieku. W takim, w którym nic już raczej nie może zaskoczyć. A jednak! Proza Kamińskiego zaskoczy niejednego, zaś sam autor wymiesza w jednym tyglu wiele różnych pojęć, każąc nam na nowo je definiować i zrozumieć, czyją historię tak naprawdę opisuje.


Mocna, przekonująca i pogłębiona psychologicznie „Rozwiązła” to opowieść, która każe uwierzyć, że w polskiej literaturze współczesnej słowo „debiut” może jeszcze brzmieć dumnie.


Wydawnictwo W.A.B., 2012

2012-01-21

"Przewrotka" Jacek Wangin

PATRONAT MEDIALNY
Wyrównaj do prawej
Po latach milczenia Jacek Wangin powraca do literackiego świata, a jego nazwisko znowu można ujrzeć na półkach w księgarniach. Najnowsza publikacja autora to zbiór dziewięciu miniatur; tekstów przesyconych niejednoznacznością, ironią i smutkiem, ale także bliżej niesprecyzowanym, bardzo pozytywnym ładunkiem energii. Bo choć Wangin po dziewięćkroć powtarza, iż nasze życie to bolesne i dość smutne przemijanie, bynajmniej nie roztacza ani apokaliptycznych wizji ani obrazów nurzających się w nurcie niezdrowego pesymizmu. To proza życia, ale proza, która z tego życia się śmieje, kpi z niego, ukazuje w krzywym zwierciadle groteski.

„Przewrotka” to zbiór tekstów, które zasługują na uwagę czytelnika, bowiem są – jak naturalnie sugeruje tytuł – przewrotne i wyrażają myśli człowieka piekielnie inteligentnego oraz wyczulonego na niuanse, na które nie zwracamy uwagi. To także antologia tekstów bardzo równych i trudno wskazać najmocniejsze ogniwa, chociaż z pewnością na większą uwagę zasługują takie teksty jak „Akwizytor”, „Nawiedzenie” czy „Melon dramat”. Trudno jest omówić tę pozycję bez pominięcia jakichś istotnych myśli i refleksji, bowiem spektrum tematyczne „Przewrotki” naprawdę jest imponujące. Jeśli ktoś uważa, że o szarej, zwykłej egzystencji napisano już wszystko, winien poświęcić wieczór tej książce i przekonać się, iż tak nie jest.

Nakreślając problematykę opowiadań Wangina, wskażę te tematy, które wydają mi się najistotniejsze. Może na początek kobiecość. Widziana wieloaspektowo i tak samo barwnie przedstawiana. Poznajemy Lenę, nauczycielkę – singielkę. Życie w pojedynkę to dla niej konieczność, nie alternatywa. Lena kusi i prowokuje swego przyjaciela, niedoszłego księdza. Staje w opozycji do jego poglądów i do wiary. Wyzwolona i samotna z wyboru, oszukana przez religię, teraz może ją ośmieszać. Daleko od wiary jest inna, wiekowa bohaterka opowiadania „Nawiedzenie”. Ten tekst to spowiedź sceptycznej wobec religijnych dogmatów prostej, polskiej, zawistnej i zazdrosnej baby, która rozmawia ze Świętą Panienką z obrazu, który przyjmuje w swym domu na prośbę męża – pijaka. Obie bohaterki stwarzają jakby mit samych siebie w tych dwóch opowiadaniach. To osobowości silne i przekonujące, choć przecież tak różniące się od siebie. Siłą i determinacją wykaże się także żona Melona, bohatera ostatniego tekstu. Jak szaleńczo może skończyć się pomysł czterdziestolatka, który spontanicznie wybiera numer telefonu dziwki wyszukanej w internecie? Czym zaskoczyć może żona zazdrośnika? I czy żona to tylko rola do odegrania? Tytułowe opowiadanie przedstawia dowcipny zestaw żon – znudzonej, zaniedbanej, zdradzonej, wiernej i posłusznej. Te dwa ostatnie określenia na pewno dotyczą małżonki pewnego artysty, który nie dba o pieniądze i dobra materialne, co powoduje, iż jego połowica wykonuje ośmieszający ją samą telefon do własnego brata w opowiadaniu „Bądźcie posłuszne”.

Druga istotna kwestia to strach. U Wangina ma wielkie oczy i różne oblicza. Najwyraźniej przedstawiony został w opowiadaniu „Śmieszna Góra”, którego bohater – przerażony czekającą go operacją starszy mężczyzna – ulega panicznemu strachowi o życie i o to, czy mewy nadal będą po jego powrocie do domu łapać pokarm w locie. Mężczyzna z tekstu „Akwizytor” boi się zapomnienia i pustki, boi się także starości i tego, że kiedyś może stać się taki jak ci, do których strzela z wiatrówki. Obawy dręczą także Rysia z opowiadania tytułowego, który marzy o żonie – zazdrośnicy, a internetową znajomość traktuje jako antidotum na nudę codziennego pożycia małżeńskiego.

Sprawa trzecia, także istotna – problemy z tożsamością, ze zrozumieniem, kim jest się naprawdę. Bohaterowie próbują wyjść z narzuconych im przez społeczeństwo form. Czasami są to tylko próby. Tak jak w „Popołudniu Pesela”, gdzie bohater zadaje pytanie o to, czy rzucić wyzwanie codzienności i rano pozostać w łóżku. Niekiedy ludzie z „Przewrotki” spoglądają na swoje życie z innej perspektywy, ale prawda jest taka, że nie do końca potrafią pojąć, dlaczego są tacy, jacy są i jaki jest powód, dla którego nic się nie zmienia.

Ważne jest, że mimo wielu niepowodzeń, licznych kłód pod nogami i zadziwiającej ilości nieprzychylnych zbiegów okoliczności, bohaterowie portretowani przez Jacka Wangina nie poddają się – życiu ani mrocznym myślom. „Przewrotka” jest naturalnie o wszystkim tym, co mroczne i niewygodne, ale opowiada o tych sprawach w dość ciepłej tonacji. Wangin ujawnia swoją empatię dla tego, co proste i codzienne. Dlatego „Przewrotka” warta jest poznania. To prosta proza o prostych sprawach, jakie często spędzają nam sen z powiek.

Wydawnictwo Jirafa Roja, 2012

2012-01-18

"Włoskie sekrety" Małgorzata Yildirim

Debiutancka powieść Małgorzaty Yildirim powstała niewątpliwie ku pokrzepieniu kobiecych serc. Tych, dla których świat i codzienność są jedynie powtarzalnością i nudą. Tych, które chciałyby, aby ich serca przepełniły płomienne uczucia, a także tych, które z nieśmiałością, ale i pewnością siebie czekają na jakąś zmianę losu. Proponowana pozycja nie zmieni znacznie literackiego świata, a po prostu zgrabnie wpisze się w pewien nurt powieści kobiecej, którego nazywanie nie ma chyba sensu, bo prowadziłoby do wniosków ocierających się o truizm.

Na początku zasygnalizować może warto, iż „Włoskie sekrety” skorzystały – świadomie bądź nie – z rozwiązań innych koleżanek po piórze. Samo imię głównej bohaterki (Miranda) to etykieta dość mrocznej, ale i pasjonującej powieści o dojrzewaniu pióra Katarzyny Krenz („W ogrodzie Mirandy”). Bohaterka przyjeżdża do malowniczego Sorrento. I ono było już miejscem akcji ciekawej powieści, którą nie tak dawno wydano. Mam tu na myśli zmysłową Maję Wolny i jej „Dom tysiąca nocy”; miejsce dramatu, ale i symboliczna przestrzeń swego rodzaju oczyszczenia – a tego doświadcza Miranda Małgorzaty Yildirim. W końcu włoska Villa di Rosa, odziedziczona przez Mirandę. Miejsce, które kryje w sobie mroczne zdarzenia z przeszłości. To też było i nawet wyszło bardzo dobrze. Tym razem wspomnieć należy „Willę” Magdaleny Zimniak.


Odzierając powieść „Włoskie sekrety” z oryginalności, nie twierdzę jednak, iż nie jest to jakaś spójna, sensowna, zwarta i skłaniająca do wielu przemyśleń całość. Czyta się Yildirim szybko i z niesłabnącą ochotą, a to już ważne, ponieważ autorka potrafi budować żywiołową fabułę. Fabułę, w której pojawia się kilka zgrzytów, ale o nich już za chwilę. Najpierw czas, by zdradzić jej rąbka, starając się nie kopiować informacji z okładki.


Rzecz rozpoczyna się w Bostonie. Rzecz też rozpoczyna śmierć. Bezsensowna, przypadkowa, okrutna i zła. Miranda Powell, 24-letnia córka chirurga polskiego pochodzenia, w ułamku sekundy traci kogoś bardzo bliskiego, ciotkę Agnes. To ona zawsze była dla niej wzorem do naśladowania, albowiem Miranda wprost piła z jej źródła wiecznego, niepoprawnego optymizmu. Szybko okazuje się, że radość na twarzy za życia Agnes była jedynie maską, która po jej śmierci każe Mirandzie zastanowić się na tym, kim Agnes była naprawdę. Będzie miała ku temu powód, albowiem odziedziczy pół miliona dolarów i tajemniczą posiadłość w Sorrento, bardzo silnie związaną z przeszłością Agnes.


Miranda spontanicznie i dość szybko podejmuje decyzję o wyjeździe do Włoch. Nie spodziewa się, że ta podróż zmieni ją samą, ale przede wszystkim nauczy tolerancji i szacunku dla inności. Chłodna, pozbawiona buchającej żarem serdeczności, w gruncie rzeczy dość wyrachowana i cyniczna młoda osóbka dociera do miejsca, które jest całkowicie innym od tego, w którym żyła do tej pory. Postanawia zamieszkać w Villa di Rosa, chociaż zdrowy rozsądek podpowiada jej, iż należałoby willę sprzedać i jak najszybciej wrócić do przewidywalnego życia, które wiodła w Bostonie.


Miranda poznaje Włochów, ich serdeczność i wylewność. Na początku trudno jej się z nimi pogodzić, ale ostatecznie ustępuje i daje się przy każdej okazji obściskiwać, całować, przekraczać granice własnego terytorium. Poznani ludzie – między innymi rodzina Gardionich – są inwazyjni, ale w gruncie rzeczy nieszkodliwi. Czytelnik zastanawia się nad ich rolą w tej powieści tym bardziej, że bardzo długo tworzą jakby jednobarwne, przewidywalne tło. W chwilach, gdy Miranda pozostaje sama, mierzy się z trudami przeszłości i samą sobą. Wie, że ciotka przeżyła dramat w Villa di Rosa. Przypadkowo znajduje jej dziennik, z którego bliżej poznaje ciężki los Agnes w związku z zaborczym mężczyzną. Dalsze jego poznawanie zostaje przerwane, albowiem ktoś włamuje się do domu i zabiera zeszyt, jednocześnie starając się lekko przytruć dymem młodą bostoniankę. Kto zamierza się jej pozbyć?


W sytuacjach krytycznych pomaga jej niezwykle męski i bardzo przystojny Włoch. Rafael najpierw ratuje życie Mirandzie w morskiej toni (czyni to właściwie dwa razy), pozwala jej na to, by uciec przed ogniem oraz groźnymi psami i jest przy niej nawet wtedy, gdy zepsute hamulce samochodu prowadzą Mirandę na pewną śmierć. Jasne jest, iż ktoś nie chce, by dziewczyna poznawała przeszłość. Bohaterka tymczasem zachowuje się albo skrajnie nieodpowiedzialnie albo też po prostu irracjonalnie. Zamiast skupiać się na tym, kto próbuje ją zabić (tak, nazwijmy to po imieniu), robi coraz większe maślane oczy w kierunku swego wybawcy, Rafaela. Trudno się jej dziwić, wszak Rafe wzbudza niezdrowe podniecenie wśród wszystkich kobiet w Sorrento. Tymczasem dość łatwo przewidzieć, na kim mu naprawdę zależy, a dużo prościej odgadnąć kim jest i jakie kryje tajemnice.


Tytułowe włoskie tajemnice Yildirim odkrywa stopniowo, ale tylko w sobie znanym porządku. Zwraca uwagę na wieloznaczność pojęcia prawdy i kłamstwa, o którym pisze m.in. „Każda prawda, czy też kłamstwo, jest swego rodzaju bronią. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób zdecydujemy się ich użyć”. Miranda Powell znalazła się w przestrzeniach między prawdą i kłamstwem. Trudno jest jej ocenić sytuacje, intencje rzekomo bliskich uczuć, trudno przede wszystkim – biorąc pod uwagę komplikującą się w międzyczasie za oceanem sytuację jej rodziny – właściwie wybrać i nie bać się konsekwencji tego, co potem.


„Włoskie sekrety” to bowiem powieść o wyborach. O ich trudzie i znaczeniu. O tym, że aby żyć naprawdę, trzeba umieć dźwigać piętno przeszłości, być dobrym dla teraźniejszości i otwartym na to, co przyniesie przyszłość. Książka mimo wszystko nie proponuje zbyt wielu ścieżek interpretacyjnych. To, co dzieje się z Mirandą każe nam tak, a nie inaczej o niej myśleć. Trudno tutaj znaleźć margines do rozmyślań czytelnika. A przydałoby się. Zwłaszcza że zmierzanie ku ckliwemu i całkowicie przewidywalnemu finałowi robi tej książce krzywdę. Książce, która tak czy owak jest ciekawa, chociażby z tego względu na to, że pobudza chęć, by odkryć, zobaczyć i posmakować Włochy. Bez balastu zbędnych doznań, który noszą w sobie bohaterowie „Włoskich sekretów”.


Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2011

2012-01-14

"Spektrum" Krystian Głuszko

PATRONAT MEDIALNY
Tego typu książki są akceptowane przez niewielką grupę ludzi. Rozważania dotyczące inności, zaburzeń psychicznych i problemów osobowościowych nadal spychane są gdzieś na życiowy margines, choć powoli wkracza do nas moda na prywatnych psychoterapeutów, którzy zmuszają do tego, by rozmawiać o tym, o czym rozmawiać na co dzień nie sposób.

Gdyby ktoś w niezobowiązującej rozmowie zapytał Krystiana Głuszko o to, co słychać, mógłby zamilknąć lub uciec, słysząc odpowiedź: psychozy, zaburzenia pamięci, halucynacje, omdlenia, męczące sny. Jeżeli ktoś uważa, że wymienione kwestie to po prostu chore rojenia, niech nie czyta dalej niniejszego omówienia i samej książki „Spektrum”. O jakim bowiem spektrum tu mowa? Tym autystycznym, bardzo szerokim, praktycznie niedefiniowalnym i przede wszystkim trudnym do wyleczenia. Kiedy przed laty oglądałem „Piękny umysł” z rewelacyjnym Russellem Crowe, nie spodziewałem się, że o piętnie autyzmu ktoś opowie inaczej, ciekawiej. Cieszę się, że „Spektrum” ujrzało światło dzienne. Cieszę się, że o problemach w tej książce opisanych, zacznie mówić opinia publiczna. Podziwiam odwagę autora, ale jednocześnie rozumiem, iż takie pisanie to dla niego – jak choćby dla Halszki Opfer, autorki dwóch książek wspomnieniowych o toksycznym dzieciństwie i dorosłości – forma publicznej terapii. Takiej, wobec której nie możemy pozostać obojętni, będąc jej świadkami.


Głuszko w opowieści fragmentarycznej, w rwanej narracji, w mało literackich frazach i trudnych do uporządkowania pojęciach, opowiada o spotkaniu z samym sobą po to, by przestrzec innych. Albo może czegoś innych nauczyć. Przede wszystkim tego, czym jest cierpienie. Nie to, które oglądamy codziennie na ekranach telewizorów, cierpienie pełne rozlewu krwi i spektakularnych wstrząsów. Takie, o którym się nie mówi, bo trudno ująć je w słowa. O piekle wewnątrz mózgu, o codziennych problemach z akceptacją siebie i każdego kolejnego dnia. O trudach nawiązywania jakichkolwiek relacji i o świadomości, iż cierpienie będzie wracać w różnym nasileniu do końca życia.


„Spektrum” to książka pisana emocjami, więc trudno nazwać ją prawdziwą literaturą. Mamy tutaj do czynienia z kalekimi zdaniami, zaburzoną chronologią. Ta narracja jest rwana i rządzi się tylko sobie znanymi prawami. Prawami człowieka w spektrum autyzmu, który odważył się na to, by o sobie opowiedzieć. Dowiadujemy się wiele, ale tak naprawdę nie za dużo. Przecież nie jest możliwe opisanie tego, co się odczuwa. Trudno wyrazić ból i cierpienie. Czy cierpienie Krystiana Głuszko ma uszlachetniać? Trudno orzec. Pewne jest natomiast to, iż jego opowieść pomoże wszystkim tym, którzy chcą być bliżej życiowych outsiderów i lepiej ich zrozumieć.


Poznajemy tylko epizody z życia autora. Te najważniejsze albo te, które wyraźnie – choć bez wyraźnego powodu – zapadły mu w pamięć. Próby samobójcze. Okaleczenia. Pobyty w szpitalach psychiatrycznych. Miejscach, w których wyleczyć się nie sposób. Można jedynie opóźniać rozwój choroby. „Cały ten szajs polega na tym: przyjąć – zaleczyć – wypuścić – czekać na powrót”. Czym zaleczyć? Okrutnymi elektrowstrząsami czy terapią śpiączki insulinowej? Czy szpitale psychiatryczne rzeczywiście są miejscem, w którym można odnaleźć samego siebie, stanąć na nogi, żyć normalnie (cokolwiek pod tym pojęciem rozumieć)? Przecież wszystko tak naprawdę zależy od samego chorego. Tak rozumują zdrowi, normalni. Przecież wystarczy wziąć się w garść, poskładać do kupy, wyjść życiu naprzeciw. Czy aby na pewno? Co pod tymi wyświechtanymi frazesami rozumiemy? Co rozumiemy z tego, co dzieje się w umyśle i ciele naszpikowanym antydepresantami i neuroleptykami, z którymi prowadzący lekarze grają w rosyjską ruletkę? Może pomoże, może nie. A jak nie, to wstrząsik. Większa dawka. Częstsze terapie. I gdyby to wyglądało naprawdę tak prosto, wielu ludzi takich jak Głuszko nie musiałoby przeżywać tego, o czym on sam pisze. Przepraszam, próbuje napisać. „Spektrum” to bowiem proza próby. Próby wyrażania siebie, ale i próby wyjścia światu naprzeciw. Temu normalnemu, gdzie nie trzeba bać się samego siebie…


Głuszko zwraca uwagę na to, jak niewiele w gruncie rzeczy dzieli zdrowych i tych, którzy cierpią wewnętrznie. „Tak wiele dzieli zaburzonych psychicznie od zdrowych, jednak jesteśmy bardzo blisko siebie… Mamy podobne nadzieje, tęsknoty, pragnienia i prośby w modlitwie”. Myślę, że jego opowieść to przede wszystkim miejsce spotkania tych, którzy chcą zrozumieć i tych, którzy nie rozumieją samych siebie. Dodatkowo to książka opowiadająca o tym, że cierpienie wewnętrzne ukazuje tak naprawdę, kim się jest. O tym, że z ulgą można opuścić własne ciało. O tym, że często dyskutujemy o skutkach, a nie rozumiemy przyczyn.


„Spektrum” to mroczne, ale i prawdziwe świadectwo egzystencjalnego bólu. Jego autor wspomina, że dużym błędem i słabością było w przeszłości zaufanie ludziom. Myślę, iż ta opowieść wypływa z wielkiego zaufania. Z wiary w to, że można pomóc nie tylko sobie, lecz innym. By zrozumieć to, czego pojąć się nie da.


Wydawnictwo Dobra Literatura, 2012

2012-01-11

"Londyńczycy" Ewa Winnicka

Ewa Winnicka zabiera nas… na Marsa. Dokładniej tam, gdzie Polacy w czasie drugiej wojny światowej i zaraz po niej, chcieli za wszelką cenę zbudować swoje własne, bezpieczne państwo polskie; bez niemieckiej dominacji wojennej i sowieckich wpływów zaraz po wojnie. Winnicka opowiada, że duża grupa emigrantów czuła się na Wyspach Brytyjskich jak na innej planecie. Uczucia jednak, przemyślenia, spory i przeżywane dramaty, były czysto ludzkie, ziemskie i jak najbardziej prawdopodobne.

„Londyńczycy” zatem to reportaż w kilku odsłonach o sporej grupie ludzi, uchodźców. „Między 1939 a 1947 rokiem niemal 200 tysięcy Polaków, zranionych przez wojnę i wielką politykę, zaczęło żyć na obcej wyspie. Większość tubylców nie była tym zachwycona”. Jak wyglądało życie tej grupy? Winnicka dobiera rozpatrywane biografie według sobie tylko znanego klucza. Efekt jest taki, iż „Londyńczycy” to zbiór reportaży nierównych. Te lepsze można wyłuskać od razu. Nieco gorsze powodują, iż chwilami książka rozczarowuje. Jedno na pewno trzeba autorce oddać – wnikliwie, starając się zachować obiektywizm (rzecz trudna w sztuce reportażu), ukazuje losy jednostek i pokoleń uwikłanych w historyczne zawirowania losu, które każą im… pokochać Wielką Brytanię jak ojczyznę.


Zgodzę się z dotychczasowymi głosami krytyki, które wskazują dwa najlepsze reportaże w zbiorze. Krzysztof Cieślik stawia na „Tatę”. Mocna i przejmująca rzecz. Opowieść o Celinie, która poszukuje prawdy o własnym ojcu, byłym żołnierzu. Kim jest Ryszard Dębiński? Samotnik, brutal i hipochondryk. Naznaczony znamieniem choroby psychicznej, przekracza w życiu kolejne bramy piekła. Życie stało się piekłem dla niego i on też piekłem chce uczynić życie najbliższych. Kochać go i szanować czy jak najszybciej zapomnieć? Celina szuka prawdy. Takiej, której jeszcze nie znała. Bo prawd o Dębińskim jest tak wiele, jak wiele różnych oblicz miało jego żołnierskie życie. Bernadetta Darska natomiast zwraca uwagę na reportaż „Zastąpiona”. To przedstawiona w kilku wersjach historia spotkania generała Władysława Andersa ze swoją pierwszą żoną, gdy u jego boku była już inna, ważniejsza. Winnicka wieloaspektowo ukazuje dramat dwóch kobiet, tworząc sentymentalną i poruszającą opowieść o uczuciach względem symbolu polskiego państwa na obczyźnie, względem mężczyzny silnego i takiego, który o własnych uczuciach nie chce rozmawiać. Dwa najlepsze teksty zbioru to zatem dwie odmienne biografie – jedna zanurzona w nurcie prywatności, druga bardziej publiczna, powiązana z wieloma ludźmi i zdarzeniami.


Co poza tym proponuje Winnicka? Specyficzne zawieszenie między śmiertelną powagą a dowcipem i ironią. O dworze Fawley Court i jego skomplikowanych losach jest śmiertelnie poważnie nie tylko dlatego, że autorka wspomina nieboszczyków tego miejsca, w tym przede wszystkim księdza Józefa Jarzębowskiego, bardzo zasłużonego dla edukacji dzieci polskich emigrantów. Poważnie jest także w opowieści o Lily Pohlmann – Żydówce, której udało się uciec z polskiego getta i która potem zawsze miała problemy z określeniem, kim jest naprawdę. Blisko z Solomonem Schonfeldem, który sprowadzał do Anglii żydowskie dzieci z wojennej Polski, wpisuje się w historię mroczną i smutną, ale jednocześnie niepozbawioną znamion opowieści, która mimo wszystko może podbudować.


Zabawnie jest wówczas, kiedy na kartach „Londyńczyków” czytamy między innymi o losach miłości, tej prozaicznej, ludzkiej oraz miłości społecznej i politycznej między Anglikami a Polakami. Poznajemy „miłosne podboje” roku 1940 i gwałtowny „rozwód” Polski z Anglią po 1945 roku. Anglicy nie akceptują polskiego rządu emigracyjnego, a problemem są setki tysięcy Polaków, którzy nie chcą wracać do komunistycznej Polski. Można się nieźle ubawić, czytając o polskich zakusach, mających na celu ustanowienie nowej, angielskiej głowy w koronie, która królować będzie nad Wisłą. Urokliwe i zabawne są też perypetie właściciela klasycystycznego pałacu w dzielnicy Ealing, z którego historią i wnętrzami zapoznajemy się w zapisach rozmów z ich polskim właścicielem, który wie, że jego ojczyzna… to Anglia.


„Londyńczycy” to teoretycznie spójna całość, ale nie trzeba tych reportaży czytać w takiej kolejności, w jakiej są umieszczone po sobie. Winnicka penetruje wiele różnych sfer, rozmawia z różnymi ludźmi, przegląda liczne, historyczne teksty źródłowe. Wszystko po to, by wiarygodnie i interesująco opowiedzieć o ludziach, którzy z dala od swej prawdziwej ojczyzny, stworzyli sobie zastępczą – chyba lepszą i taką, w której po prostu dało się żyć.


Wydawnictwo Czarne, 2011

2012-01-10

"Księga Elżbiety" Joann Davis

Zastanawiam się nad tym, do kogo książki takie jak „Księga Elżbiety” są kierowane. Do naiwnych czytelników? Do ludzi, którzy zachwycą się stylizowaną na opowieść biblijną frazą, która zawiera proste rozwiązania bynajmniej nie prostych problemów? Pretensjonalność Joann Davis i jej najnowszy płód, będący swoistą kontynuacją „Księgi nowej drogi”, pozostawiają w pamięci wyraźny rys. Nie sposób nazwać takich publikacji inaczej niż pseudoliterackimi koszmarkami, które mają nas rzekomo poruszyć do głębi, a są po prostu puste. Davis to chyba taki Coelho w spódnicy; jej pisanie ma być głębokie i ważne, a w istocie jest banalne, fabularnie wręcz nonsensowne i korzystające z kilku prozatorskich kalek, dzięki którym naprodukowano już „powieści” typu „Weronika postanawia umrzeć”.

Tym razem nikt nie chce umierać, ale od śmierci się zaczyna. W nurcie rzeki ginie czteroletnia dziewczynka, której zwłoki odnajduje tytułowa Elżbieta, była niewolnica, łagodna i ciepła położna na co dzień, która dzięki sobie tylko znanym instynktom wie, dokąd martwe maleństwo zanieść. Elżbieta, widząc rozpacz rodziców, zadaje sobie pytania o to, dlaczego los bywa dla ludzi tak okrutny, dlaczego Bóg odbiera dzieciom życie, ludziom dobrym wszystko to, co mają, a sprawiedliwym chęć do życia. „Gdyba” sobie o tym i owym, po czym zapada w sen i wtedy – jak w efekcie połknięcia całego blistra tabletek nasennych – pojawia się Staruszka, nakazując jej wędrówkę i nazywając sprawy po imieniu w następujący sposób: „Twoja dusza jest lampą, która jaśnieje pełnym blaskiem dopiero wtedy, kiedy napełnisz ją oliwą spokoju i łagodności. Rozpacz gasi jej światło”. Po tym jakże głębokim wstępie, wiemy już, iż Elżbieta będzie gdzieś tam wędrować, czegoś tam szukać i dążyć do odkrycia jakiejś niesamowitej tajemnicy egzystencjalnej. W podróż zabiera swą kuzynkę Miriam oraz przybranego brata Dawida. Cała trójka zmierza ku źródłu, które nigdy nie wysycha, spotykając na swej drodze symboliczne postacie, dzięki którym życiorysy wędrowców są dla nas bardziej czytelne.


Rozmawiają zatem z Bajarzem, z Latarnikiem i Żebraczką. Momentami robi się z tego coś na kształt „Małego Księcia”, niemniej jednak mądrości Joann Davis są tak okrutnie banalne, że czytanie ich jest jak przełykanie garści gwoździ. Do podróżujących dociera także mąż Elżbiety, pasterz Jozue. Również – jak żona z martwą dziewczynką wcześniej - za pomocą jakiegoś wewnętrznego radaru, który namierza zagubioną żonę. Nic to. Liczy się fakt, że zbliżenie tych dwojga nada podróży jakiś głębszy sens. Czytamy po drodze o kuszeniu Jozuego przez niejaką Kobietę-Pytona (do czego przypiąć ten wątek, nie mam pojęcia) i wreszcie widzimy już całą czwórkę odkrywającą kolejną życiową mądrość. Źródło, którego szukają i które nigdy nie wysycha to… źródło miłości oczywiście. Potem autorka wkleja w swą makabryczną i pustą narrację dwa razy Hymn św. Pawła o Miłości (naturalnie raz to za mało) i każe swoim bohaterom powrócić do domu, który będą budować inaczej, na fundamencie miłości.


Przykro mi, że streściłem całą „pasjonującą” fabułę, ale jakoś nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia, kiedy piszę o książce, którą powinno się omijać z daleka. Najpierw stawia pytania o istotę cierpienia i niesprawiedliwość, potem przemienia się w symboliczną powieść drogi, w zakończeniu oferuje proste i jednoznaczne rozwiązania, a całość nie grzeszy ani spójnością, ani tym bardziej metafizycznym przesłaniem, którym Joann Davis chce nas przekupić.


Zadajmy jedno podstawowe pytanie. Czy Elżbieta, uosobienie dobroci, łagodności i mądrości naprawdę musi zasuwać pieszo i z osiołkami ileś tam kilometrów, by dowiedzieć się, że szukała miłości? A jak ją już znalazła, naturalnie uzdrowiła z nieszczęść świat swój i swoich bliskich. Czy fabuła, jaką serwuje nam Davis nie jest przypadkiem kpiną z czytelnika? Czy książka taka jak ta to zestaw godnych przemyślenia symboli czy zlepek słów, z których autorka klei treści rzekomo głębokie i przejmujące? „Księga Elżbiety” ma tylko jedną zaletę. Jest krótka i nie zmarnujemy więcej niż jeden wieczór na jej przeczytanie. Dla mnie to i tak za dużo czasu. Cenię pisanie o ważnych i podstawowych wartościach czy pojęciach. Wtedy jednak, gdy ktoś się nimi zajmuje na poważnie. Joann Davis robi sobie jakieś kpiny, podaje proste recepty na rozwiązanie skomplikowanych problemów i przede wszystkim doprowadza do bólu zębów szaleńczą nieprzewidywalnością swojej opowieści. Opowieści do jak najszybszego zapomnienia!


Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2011