2015-11-14

"Przystanek Londyn" Jacek Wąsowicz

Wydawca: JanKa

Data wydania: 21 października 2015

Liczba stron: 234

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det.: 31,50 zł

Tytuł recenzji: Emigracja świadoma

Kiedy przed rokiem czytałem, skądinąd świetny, reportaż Ewy Winnickiej "Angole", brakowało mi w opisie losów polskiej emigracji na Wyspach przedstawienia tych ludzi, którzy bardzo dobrze poradzili sobie z angielską mentalnością i obyczajowością bez większego wyróżniania się. Winnicka postawiła na kontrast - zaprezentowała smutne, tragiczne wręcz losy tych, którzy nie dali rady, oraz uwypukliła biografie Polaków doskonale zasymilowanych i wychodzących w pierwszym szeregu naprzeciw rynkowi pracy i wymaganiom obcego kraju. Książka Jacka Wąsowicza wypełnia mi tę próżnię po Winnickiej. Autor doświadczył na emigracji właściwie wszystkiego, co może być bazą doznań kogoś rozpoznającego swą tożsamość w innym świecie. Napisał jednak o emigracji jako stanie spełnienia. W "Przystanku Londyn" nakreślił pewną filozofię świadomej podróży. Nie poddał się i nie dał upokorzyć, ale jednocześnie nie zrobił w Wielkiej Brytanii jakiejś spektakularnej kariery. To jeden z tych ludzi, z którymi być może autorka "Angoli" nie porozmawiała. Sam, jak Winnicka, przeprowadzał wywiady z polskimi emigrantami i sam również wydał zbiór felietonów, które miały zmuszać opinię publiczną do zadumy i wywoływać w niej konsternację. Dlaczego? Jacek Wąsowicz, pisząc tym razem o sobie, na każdym kroku zaznacza pewną istotną prawdę o tym, że wszędzie za granicą trzeba pożegnać rodzimy rodzaj mentalności. Nie tyle dopasowywać się bezwarunkowo, ile przede wszystkim rozumnie przyglądać otaczającemu światu. Kosztować z niego tego, co najcenniejsze, i dawać dużo z siebie - bez lęku, różnego rodzaju uprzedzeń, bez zdziwienia i konsternacji.

Druga prozatorska pozycja przystankowa Wydawnictwa JanKa zabiera nas bardzo blisko i oferuje podróż po miejscu w pewnym momencie nawet zadeptanym przez Polaków. To inna perspektywa niż patrzenie na egzotyczną inność w "Przystanku Kostaryka" Grażyny Obrąpalskiej. Tutaj mowa jest o zadziwieniach i akceptacjach. O procesie rozumnego oswajania tego, co też tworzy życie i także buduje relacje międzyludzkie, ale do czego nie można przykładać ram świata nakreślonych przez życie w Polsce. Wąsowicz apeluje o przepakowanie swojego bagażu. Zwłaszcza tego mentalnościowego i zawierającego bolesne doświadczenia. On sam Londyn przedstawia jako miejsce, w którym można kroczyć przez wszelkie niejasności, absurdy i trudne sytuacje z autentycznym uśmiechem na twarzy i zadowoleniem, kiedy obca rzeczywistość przyjmuje cię z twą serdecznością oraz otwartością.

"Przystanek Londyn" to bezpretensjonalne i odważne zapiski ze świata, w którym należy wypracować sobie trzy istotne cechy. To elastyczność, dostosowawczość i ten rodzaj mądrości, który każe dziwić się wszystkiemu rozumnie. Wąsowicz opisuje kilkanaście lat pobytu w kraju, gdzie zawsze miał w sobie potrzebę poszukiwania czegoś nowego i pragnienie, by stawiać czoła nowym wyzwaniom. Sposób na przetrwanie na Wyspach? Autor analizuje kilka z nich.  "O wiele lepsza okazywała się technika nie rozpaczania nad tym, co pozostawiłem za sobą, ale doceniania i pielęgnowania tego, co zyskałem i zyskiwałem non stop". Bo to nie tylko optymizm i zaradność torowały mu kolejne drogi ku spełnieniu. Chodziło także o pewien wewnętrzny imperatyw przynależności przez akceptację i szacunek. Bez narzekania i bez postawy roszczeniowej. Wąsowicz wyraźnie zaznacza, że stara się unikać tych wszystkich malkontentów, którzy o emigracji na Wyspy mają jak najgorsze zdanie, ale nie postarali się tam o to, by dać z siebie przynajmniej tyle, by zostać zaakceptowanym i by potrzeba zarobkowania szła w parze z autentycznym pragnieniem pojęcia innej mentalności, z którą przychodzi się mierzyć.

A Londyn i cała Wielka Brytania to świat wielokulturowej i zgodnej koegzystencji. "Przystanek Londyn" zwraca uwagę na wszystkie znaczące przejawy brytyjskiej grzeczności oraz dbania o wolność jednostki. Ta książka to garść barwnych opowieści ze świata, w którym szanuje się inność i wypracowano specyficzną formę ogłady, jaką łatwo zniszczyć zachowaniem wykraczającym poza ustalone normy lub wyrażającym niezadowolenie przestrzeganiem tych norm. Poznamy opowieści o nadzwyczaj łagodnych brytyjskich policjantach, o biznesie kanapkowym i o brytyjskich pubach, skąd czerpie się garściami wiedzę o współczesnych Brytyjczykach. Historie to jedno, towarzyszące im refleksje to drugie, dużo ważniejsze. Wąsowicz postrzega swą obecność za granicą jako ciąg skomplikowanych sytuacji, wiecznych prób życiowej sprawności. On im wszystkim podlega i nie poddaje się. Wie jednak doskonale, że wokół sporo zawiedzionych nadziei czy gorzkich rozczarowań. Wspomniana na wstępie filozofia podróży to dla autora nieustanne mierzenie się z własnymi ograniczeniami przy wychodzeniu naprzeciw rzeczywistości, w której trzeba zrozumieć reguły ją tworzące, a nie na wstępie je odrzucać, dopasowując do siebie. Londyn daje bardzo wiele możliwości, jeśli da się w nim z siebie wszystko. Jacek Wąsowicz zdecydował się na kilka śmiałych kroków, a latami wykazywał przede wszystkim konsekwencję w działaniu. Bo zdobył uznanie i satysfakcję w wielu różnych zawodach. Stale poszukiwał i niespokojnie oczekiwał kolejnej dawki adrenaliny. Ma się wrażenie, że opisywane liczne przeprowadzki, choć bardzo męczące, były jednak stanami oczekiwanymi, możliwościami rozpoczynania czegoś na nowo. Ciągła gotowość do zmian i chęć sprawdzania się w nowych sytuacjach - to przyniosło satysfakcję, ale jest też cechą niedaną każdemu emigrantowi. Nie wiem, czy można coś od Wąsowicza przejąć lub do czegoś się przekonać, ale to książka wywołująca zdziwienie nie samym światem Wielkiej Brytanii, lecz światem człowieka, dla którego bezwzględnym obowiązkiem jest konieczność szanowania tego, co inne.

Zmienne punkty odniesienia autora książki pozwalają mu widzieć więcej i widzieć rzeczy czy problemy takimi, jakimi są naprawdę. Emigracja Wąsowicza jest emigracją bez agresji, zawiści czy niezdrowego pośpiechu. Wciąż nastawiona na czujność, ale głęboko humanistyczna. Poszukuje bowiem w nowych przejawach życia i w nowych okolicznościach tego, do czego dążymy pod każdą szerokością geograficzną - autentycznego ludzkiego porozumienia ponad podziałami. "Przystanek Londyn" to rzecz o pierwszej, młodzieńczej próbie zaanektowania odrobiny brytyjskiego świata oraz o świadomym do niego powrocie. Takim, w którym czujność idzie w parze z empatią i poczuciem, że wszędzie zabiera się przede wszystkim siebie - i to właśnie ze sobą w każdej podróży trzeba żyć w zgodzie.


PATRONAT MEDIALNY

2015-11-12

"Dziady" Paweł Goźliński

Wydawca: Czarne/Agora

Data wydania: 28 października 2015

Liczba stron: 456

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Upiory polskości

Paweł Goźliński doskonale wie, że polski romantyzm ma się w świadomości Polaków bardzo dobrze. A raczej to, co z tego romantyzmu chcemy po latach odczytać... "Dziady" to kolejna po "Julu" prowokacyjna historia z romantycznymi ideami w tle. Tym razem rzecz dzieje się współcześnie, ale powraca na przykład kolejna reinkarnacja zgorzkniałego komisarza Langa, który prowadził śledztwo w lipcu 1845 roku i z kart "Jula" przedostał się do "Dziadów" - jednego z najdziwniejszych i najbardziej mrocznych kryminałów, jakie kiedykolwiek czytałem. Pozornie jest przede wszystkim śmiesznie i groteskowo, ale w tej dynamicznej narracji, która rozsadza ramy gatunkowe i czyni z "Dziadów" kontrowersyjną powieść ideową o strukturze dzieła wielkiego wieszcza, mamy do czynienia z bardzo gorzką diagnozą czasów, w których żyjemy, nieświadomi pewnych stałych wpływów. Goźliński rozprawi się z polskością. Bo polskość to prawdziwe życie upiora. I przekonanie, że spiski są wszechobecne, nikt nie jest od nich wolny. To brawurowa opowieść o tym, jak łatwo z polskiego umysłu wydobyć zło i jak sprawnie wciąż manipulujemy romantycznym światopoglądem, by udowodnić nasze duchowe i europejskie cierpiętnictwo. Pytanie zadane na kartach książki nabiera wciąż nowego znaczenia. "Zna pani inny naród, dla którego cierpienie jest tym samym, co pierś matki albo smoczek dla niemowlęcia?". Znamy inny naród, o którym można byłoby napisać tak zaskakującą i tak przejmująco mroczną narrację?

"Dziady" brzmią proroczo i w tym znaczeniu to książka naprawdę przerażająca. Autor bezpardonowo rozprawia się z tym, co zabraliśmy z romantyzmu, deformując to jednocześnie i umożliwiając ideowe zdobywanie "rządu dusz" zwłaszcza w czasach, kiedy cała prawda kryje się w internecie, a w realnym świecie usiłujemy wciąż na nowo odnaleźć te wirtualne ślady naszego człowieczeństwa. Powieść opowiada o zjednaniu sobie zwolenników teorii, że oto nadszedł czas, by zabijać w służbie śmierci. Noc z 31 października na 1 listopada ma być czasem, w którym zginą czołowi polscy literaci. Czy to dlatego, że prawdziwych wieszczów już nie ma? Czy zagadka nieudanej serii zabójstw to efekt sterowania ludzkim uniesieniem na równi z manipulowaniem ideowym, bo dzisiaj tylko odpowiednia idea i zgromadzenie kościelne mogą porwać ze sobą szaleńców? Goźliński dobrze się bawi, kreśląc zawikłane losy służb specjalnych, które działają nadzwyczaj karykaturalnie i nie są w stanie dotrzeć do niejakiego Króla Ducha odpowiedzialnego za nocne zawirowania. Odsiewając ziarno od plew i elementy humorystyczne od ideologicznych, dobrze się jednak nie będziemy bawić, bo "Dziady" przerażą bardziej niż najbardziej wyszukany halloweenowy psikus.

Wszystko zaczyna się od tego, że z jednego z prosektoriów giną trzy trupy. Potem o życie walczyć będzie niejaki Jan Żebrowski, znany pisarz, frustrat i bulimik, skandalista tkwiący w poczuciu życiowego bezsensu. Postrzelony przez szaloną blogerkę modową, córkę pani premier i osobę zmuszającą do matactw w prowadzeniu śledztwa i informowaniu opinii publicznej, walczy o życie na stole operacyjnym, nie odmawiając sobie jednak groteskowego monologu z pytaniem zasadniczym tej książki, a mianowicie o to, kim naprawdę się jest.

Tę pewność zachowuje Sybilla Podhorecka (powraca kolejne nazwisko z "Jula")! Podkomisarz policji ze stołecznej komendy wiedzie życie wypełnione obowiązkami i frustracjami. Los obdarował ją trudnymi dziećmi. Adam cierpi na zespół Aspergera i nie okazuje matce wdzięczności za jej działania podejmowane, by uczynić jego świat spokojniejszym. Teresa już dawno zamknęła się w świecie swego smartfona i kontakty z matką ogranicza do monosylab lub równoważników zdań. Przemęczonej policjantce trosk dokłada jej matka, Celina. Na każdym kroku wyraża rozczarowanie córką. Sybilla jednak daje radę. Koledzy z pracy często wrabiają ją w trudne sprawy, bo wiedzą, że nie odpuszcza. Wyjątkowa erudytka i zagorzała katoliczka - ma własne sposoby na to, jak rozwiązać kryminalne zagadki. Pracując wśród wulgarnych samców z testosteronem w nadmiarze, musi wypracować własny model postępowania. Tym bardziej że na swojej drodze spotyka byłego męża, bezlitosnego dla jej poczynań prokuratora. Model ten okaże się słuszny, gdy Sybilla zmierzy się z zagadką nieudanych morderstw na pisarzach i postacią Króla Ducha, pod którą kryje się ktoś, obok kogo znajdowała się podczas śledztwa... Okazuje się, że do nietuzinkowego śledztwa potrzeba tak niejednoznacznej postaci jak Podhorecka. Ona będzie wiedzieć więcej i za tę wiedzę zmuszona będzie zapłacić...

Wartka akcja, dużo krwi i trupów. Nieoczekiwane zwroty akcji i szaleńcze tempo, za którym możemy nie nadążyć. W wirze wydarzeń ginące tropy i fałszywe ślady. Przyjęcie, na którym zagrożony jest Jarosław Marek Rymkiewicz, i duchowa porada wraz z egzorcyzmami u byłego duchownego, Marka Bieńczyka. Spektakularna akcja służb specjalnych, równie chybiona jak ta znana z doniesień prasowych. Ciągła walka z czasem i z różnego rodzaju upiorami. Tymi, które kazały mordować, a potem zachowywać dla siebie tajemnicę chęci mordu. Paweł Goźliński nie oszczędza czytelników. Każe się śmiać i dziwić. Kiedy dotrze do nas, że momentami to śmiech przez łzy, ujrzymy ten smutny aspekt tej prozy, który opowiada o uwiedzeniu i o tym, z jaką łatwością można skłonić Polaków do wiary w rozdętą romantyczną ideę. Wystarczy zagrać na frustracjach sierot posmoleńskich albo wszystkich tych ksenofobów, dla których poczucie zagrożenia jest stanem stałym - wystarczy jedynie wskazać drogę, po której będzie się kroczyć ku wrogowi.

Wrogów robi sobie sporo sama Sy Podhorecka. Dodatkowo splata swoje ślady ze śladami enigmatycznego transwestyty. Diva Dlo będzie tutaj mistrzem drugiego planu, specyficznym spiritus movens, zaskakująco barwnym bohaterem z tajemnicą, z którą wciąż ucieka. Pogoni i niepewności jest bardzo wiele w tę noc cudów i dramatów, gdy praktycznie wszyscy bohaterowie mierzą się ze swoimi prywatnymi demonami. Goźliński podkreśla, że polskość to życie między jedną fobią a drugą. W miazmatach, których nie można się pozbyć. Pośród obsesji szukających wytłumaczenia w przeszłości. Mesjanizm jest zmanipulowany i wykoślawiony tak samo jak działania stróżów prawa oraz niedoszłych zabójców. Od nas zależy, ile z "Dziadów" wydobędziemy przestrogi, a ile rozrywki.

KUP KSIĄŻKĘ

2015-11-06

"Wróżenie z wnętrzności" Wit Szostak

Wydawca: Powergraph

Data wydania: 21 października 2015

Liczba stron: 264

Oprawa: twarda

Cena det.: 39 zł

Tytuł recenzji: Ucieczki do wewnątrz

Wit Szostak proponuje nam kolejną wieloznaczną książkę, w której rozprawia się z szeroko pojętą samotnością. O ile w "Stu dniach bez słońca" było miejsce na gorzki humor, ciętą ironię i na dowcip sytuacyjny oraz słowny, o tyle "Wróżenie z wnętrzności" jest książką melancholijną i poważną. Nawet śmiertelnie poważną, bo motyw odchodzenia podkreślany jest tu równie mocno, co samo życie w formie wędrówki, wiecznej ucieczki i niemych powrotów. Szostak pięknie pisze o tym, że wciąż coś unieważniamy, wciąż tworzymy nowe porządki. Stale podróżujemy z tym męczącym balastem, jakim są nasze wspomnienia i uczucia. Bo to powieść o mitologizacji ludzkiej egzystencji. Historia wędrowania między prywatnymi Troją i Itaką. Mamy też trzech mężczyzn i trzy próby eskapizmu, gdy chce się być znikąd, a trafia się w bardzo konkretne miejsce. Błażej wybiera trudną emigrację wewnętrzną. Jego brat Mateusz - odcięcie od dotychczasowych dokonań na rzecz Poświatowa, swego domu dworca na odludziu, miejsca spoza, oddalonego od przepełnionego słowami świata. Ojciec obu braci ucieka, przekraczając granice państw. Pierwszy z mężczyzn zamieszkuje w sobie, bo otaczający świat go zranił i rozczarował. Drugi widzi pustkę w wielkości i śmieszną małość wszystkiego, co uznane zostaje za sukces. Ostatni - oddala się od represyjnego systemu, od własnej rodziny, od zbudowanego wzorca domu i od przekazywanych synom mitów, które rozpadły się wraz z jego odejściem.

Symbolika dwóch braci może kierować nas ku rozważaniom o dualizmie ludzkiej natury, ale Błażej i Mateusz zdają się osobnymi bytami w tej szeptanej narracji, w której wszystko może się wydarzyć, bo każde zachowanie i każda nowa sytuacja mogą mieć po pewnym czasie inne znaczenie. Błażej obserwuje Mateusza i Martę, którzy stworzyli bezpieczną przystań w Poświatowie. Metaforyczny dworzec stający się ich domem to miejsce wyruszania w wędrówkę oraz miejsce powrotów. Do Poświatowa przybywają ludzie pragnący przypomnieć Mateuszowi, co stracił, porzucając daleki świat, ale wszelkie próby wpłynięcia na zmianę jego decyzji kończą się fiaskiem. Tymczasem mężczyzna zmuszony jest uciekać także z tej bezpiecznej przestrzeni, którą stworzył z żoną. Marta - niezwykła bogini Poświatowa - znajduje się w milczącej bliskości i stara się rozumieć decyzje Mateusza. Oboje bronią się przed pamiętaniem, bo czas miniony zaburzył ich relacje. Czas miniony to także zagadka tego, co tak naprawdę łączy Mateusza i Martę z milczącym Błażejem. A ten staje się wnikliwym obserwatorem, który zda się wiedzieć więcej, niż to jest możliwe.

Błażej wybiera milczenie, bo mówienie jest uczestniczeniem w świecie zewnętrznym. Wyraźnie zarysowana opozycja między tym, co wewnątrz, a pokusami zewnętrza buduje mroczną tożsamość bohatera, lecz także zarysowuje linię podziałów i konfliktów, jakie w świecie tej powieści doprowadzają do takich prywatnych tragedii, w których nie słychać złorzeczeń i łkania, ale które mają tę destrukcyjną moc unikaną przez Błażeja w jego świecie wnętrzności. Bohater zamieszkał w sobie nie bez powodu. Poczucie bezpieczeństwa wydaje się najważniejsze, ale obsesyjny lęk przed światem to dla Błażeja forma rekompensaty za różnego rodzaju utraty i rozczarowania. Tymczasem Mateusz radzi sobie z tym zupełnie inaczej. Jego słowa straciły już na znaczeniu, jednak nie milknie tak jak brat. Wszystko, co powie, i wszystko, czego doświadczy, jest jednorazowe i łatwe do usunięcia z pamięci. Tylko Poświatów jest czymś trwałym. To nie tylko miejsce, ale także wypracowany latami stan. Emocjonalny stosunek do Poświatowa to wyraz ludzkiego pragnienia przywiązania do czegokolwiek, co zatrzymałoby upływ czasu i nadmiar bolesnych bodźców z zewnątrz. Optyka patrzenia na mitologiczne miejsce gdzieś blisko gór zmieni się u Mateusza w momencie, w którym do sielskiego gniazda Marta sprowadzi ważnego wędrowca. Takiego, który tonie w pustce i niewyrażalnym osamotnieniu. Takiego, któremu udało się wyznaczyć azymut na prywatną Itakę, ale po drodze niszczyły go wspomnienia Troi. Odtąd Poświatów będzie już inny. Od tego momentu zaczyna się nowa, nienapisana przez Szostaka narracja.

Ważna jest rola rzeźbiarstwa Mateusza. On w przeciwieństwie do brata ludzkie wnętrzności czyni artystycznym kodem, poprzez który ludzkość ma lepiej zrozumieć siebie. Błażej zamyka się w swych wnętrznościach nie tylko dlatego, że to dosadne odniesienie do naturalizmu ludzkiej egzystencji. On ich w pewien sposób broni, bo wcześniej widział, jak były wydzierane. Choćby matce wypruwającej sobie żyły dla synów, której wspomnienie boli i uniemożliwia odnalezienie kogokolwiek innego, kto mógłby się zaopiekować Błażejem, nazywając mu świat po swojemu. A rzeźby Mateusza ukazują zdeformowane ludzkie patologie, uwypuklając ich najbardziej koszmarne rysy. Przed nimi bracia uciekają pod powierzchnię. Starają się kochać tylko to, co bliskie wnętrzu, oswojone. Obaj przepełnieni tęsknotami i żalem. Obaj osamotnieni w widzeniu świata, który dokądś podąża, ale nie sposób podążać za nim.

Istotną rolę we "Wróżeniu z wnętrzności" odgrywa kobiecość i subtelna doza erotyzmu kryjąca się w kilku scenach, gdzie kobieca nagość ma nie tylko zniewalający urok, ale i pewną moc sprawczą. Potęga nagiego ciała Marty kusi i pogrąża. Błażej obserwuję inną stronę mocy bogini Poświatowa. Także jej przyjaciółkę w galabii zapisującą w komputerze wszystkie te słowa, których milczący brat nie jest w stanie wyartykułować. Kobiety stają w opozycji do tej niewygodnej pamięci, z którą borykają się mężczyźni. One nakreślają nowy porządek i podporządkowują sobie stałych oraz czasowych mieszkańców Poświatowa. Metaforyczna przestrzeń dworca zagarnia do siebie na prawach silnych kobiet stojących w drzwiach poczekalni niczym strażniczki bezpiecznej przestrzeni. Takiej, w której można odetchnąć po długiej wędrówce. Znaleźć czas na rozmyślanie o tym, jak daleko jest się od Troi i jak blisko Itaki.

Wit Szostak przejmująco pisze o różnego rodzaju utratach, z powodu których podążamy przed siebie z nadzieją na zmianę i zapomnienie. To powieść o istocie znikania już za życia i o takim zacieraniu po sobie śladów, które prowadzić będzie do bezpiecznej przystani, do hipotetycznego kresu życiowej wędrówki. Nie uciekniemy od siebie i nie zawsze będziemy wędrować dokładnie przed siebie. Ta książka z przejmującym smutkiem i czułością do ludzkich wzruszeń opowiada o wiecznej wędrówce w niespełnieniu, w której zatrzymujemy się, by złapać oddech, a czasami zapłakać nad sobą.


PATRONAT MEDIALNY


2015-11-04

"I odpuść nam nasze..." Janusz L. Wiśniewski

Wydawca: Od Deski Do Deski

Data wydania: 22 października 2015

Liczba stron: 222

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Przekleństwo i odkupienie

Znani prozaicy na zlecenie Tomasza Sekielskiego piszą książki o słynnych zbrodniach, budując fascynujące panoramy życia społecznego w Polsce. Po świetnym "Preparatorze" Huberta Klimki-Dobrzanieckiego i chyba najlepszej w dorobku książce Łukasza Orbitowskiego, "Innej duszy", otrzymujemy powieść Janusza Leona Wiśniewskiego, w którą co prawda wdziera się sporo tak charakterystycznego dla autora łzawego sentymentalizmu, ale która trzyma poziom założony przez wydawcę i da nam sporo czytelniczej przyjemności. "I odpuść nam nasze..." to historia nieszczęśliwej miłości i samotności oraz opowieść o duchowej ekspiacji. O tym, czym w gruncie rzeczy są wyrzuty sumienia i w jaki sposób oddziałują na postrzeganie rzeczywistości, znacząc na niej bolesne rysy. To także opowieść o polskim charakterze narodowym. Bohaterem jest bowiem Vincent, zabójca znanego "barda", Francuz na stałe związany z Polską i człowiek, który może się wyrazić o naszym kraju w następujących słowach: "To tutaj spotkały mnie wszystkie najlepsze i wszystkie najgorsze rzeczy w życiu". Jego oczyma przyjrzymy się polskim realiom z kilku perspektyw. Także z tej ograniczonej, więziennej. Wiśniewski odtwarza język, zwyczaje, niepisane prawa i kreśli kodeks postępowania w odosobnieniu, by ukazać człowieka, który po wyjściu z zamknięcia odnajduje sens życia i buduje to życie na nowo.

To bardzo ciekawie napisana książka. Trudno jednoznacznie orzec, jaki punkt widzenia przyjmuje. Mężczyzna cierpi, bo podczas morderstwa, śmiertelnie postrzelił także żonę, kochankę piosenkarza. Tę, której nigdy nie zapomniał, gdy mówiła do niego "Nie ucieknę ci nigdy. Należę do ciebie". Zaczęła się jednak wymykać, nie poddała się przynależności. Bohater Wiśniewskiego zabija więc w afekcie, ale jednocześnie pozbawia siebie moralnego prawa do oceny związku żony z charyzmatycznym artystą. Co tymczasem robi Wiśniewski? Tak konstruuje tę narrację, że nie możemy być do końca pewni, jak jest postrzegana zbrodnia i czy książka w jakikolwiek sposób ją tłumaczy. Czy sankcjonuje tę mroczną przemoc, oczyszczając bohatera z wyrzutów sumienia, które latami deformowały mu świat, boleśnie kalecząc jego postrzeganie? Bo przecież skazany za podwójne morderstwo człowiek odpokutował i odbył karę, a potem układa sobie życie. Spełnione. Czy upływ czasu ma zmieniać optykę spojrzenia na zbrodnię? Czy pojawiające się niejako w zastępstwie kolejne uczucie nie wywoła w przyszłości podobnego ataku zazdrości? Czy w końcu my, czytelnicy, możemy zrozumieć i wybaczyć, ujrzeć zabójcę z ludzkiej strony, uszanować jego ból i celebrować z nim radość nowego związku? To zagadka tej powieści i jej najmocniejsza strona. Niejednoznaczność. Próba zrozumienia i poszanowania przy jednoczesnym podkreśleniu, że uczynione zło nadal nim pozostaje. Z tego też powodu czyta się "I odpuść nam nasze..." z wyjątkowym zainteresowaniem. Nawet wówczas, gdy dygresyjność stylu wywołuje niemożliwe do udźwignięcia retardacje. Bo można byłoby tę książkę skrócić, ale wielowątkowość też ma swoje znaczenie. Jaki obraz Vincenta prezentuje nam Janusz L. Wiśniewski?

Z Polską związał się w najtrudniejszych dla niej chwilach. Świadomie i boleśnie przeżył stan wojenny. Potem polskość fascynowała i kusiła, mieniąc się odcieniami rozwijającej się "Solidarności" i kiełkującym przekonaniem, że oto dla człowieka z Nantes znalazło się jego własne miejsce na ziemi. Kraj, w którym poznał miłość swego życia i zaryzykował dla niej wiele. Miejsce, gdzie w przeciągu czterech lat przeżył wszystkie możliwe stany emocjonalne, by boleśnie zraniony sięgnąć po broń i wyrównać rachunki po swojemu. A przecież mogłoby być inaczej. Wiśniewski pokazuje, jak wielkie pokłady wrażliwości kryją się w człowieku, który w 1991 roku zabił w Krakowie dwie osoby. Artystyczna działalność więzienna. Niezwykłe spotkanie z kobietą, która zrozumie, czego doświadczył. Nowy los i nowy życiowy scenariusz - przytrafiły się jak mało któremu szczęściarzowi. Historia połączenia za pomocą zielonej tasiemki. Agnieszka, która naukowo poszukiwała samobójców i której udało się powstrzymać kogoś od duchowego samobójstwa... Kobieta przyjmująca na siebie ładunek emocjonalny i trudne wspomnienia, jakich nikt raczej nie mógłby udźwignąć.

To książka o fatalizmie uczuć i o ich szczerej głębokości. Historia ociera się chwilami o niebezpieczną banalność przekazu, ale tak naprawdę mocno trzyma faktów i prozy życia. To opowieść o szeroko pojętym wybaczeniu, ale takim, które ma miejsce w nieco innej, laickiej siatce pojęć. Znaczący tytuł odnosi się do egzystencjalnej samotności ateisty, który doskonale odróżnia dobro od zła, ale nie jest w stanie odnaleźć się w transcendencji, znaleźć łączności z polskim katolicyzmem, tak okrutnie naznaczonym hipokryzją i tak jednocześnie przyciągającym do siebie francuskiego niewierzącego. Wiśniewski doskonale obrazuje stan zagubienia wynikający z tego, że w chwili morderczego czynu pozbawia się samego siebie prawa do pokuty. Tymczasem ekspiacja jest zaskakująca i los oferuje nowe możliwości. Odtrutką na miłosną udrękę stanie się... miłosne wyzwolenie. Mamy zatem symboliczną historię o dwóch obliczach miłości i zawsze tak samo rozpaczliwym jej poszukiwaniu. Jest tu też przecież także miłość do tej nowej ojczyzny, nowego kraju. Miejsca, w którym udało się przeżyć to wszystko, co naznaczyło na zawsze; krańcowość i ekstremalność owych przeżyć przywiązuje do polskości na zawsze. To równie silna zależność od zabitej żony i niebezpieczne przywiązanie do niej. Z tym odium można sobie poradzić. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać - nie zapomnienia, lecz wybaczenia dla samego siebie.

Pośród ukazanych w tle tragikomicznych opowieści o tym, jak to Polacy w różnych trudnych sytuacjach dawali sobie ze wszystkim radę, nakreślona jest historia o samotności cudzoziemca, który przywiązuje się do miejsca i ludzi hipnotyzujących jakąś niewidoczną mocą. To moc polskości skryta w gestach i słowach, której my sami nie jesteśmy w stanie docenić. Docenia ją ktoś nieszczęśliwy i zagubiony, kto dopuszcza się zbrodni i sprowadza samotność także na innych. Polska pomaga przetrwać i zrozumieć. Wiśniewski dyskretnie zaznacza, że nic w jego historii nie jest oczywiste. Jedyne, co wydaje się niezmienne, to specyfika i koloryt kraju doświadczonego przemianami, w którym przybysz z Francji znalazł swe prawdziwe miejsce - okupione przemocą, krwią, bólem i miłością w kilku postaciach. Frapująca, przyciągająca uwagę rzecz, którą warto znać!

  KUP KSIĄŻKĘ

2015-11-02

"Tysiąc" Dagmara Andryka

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 20 października 2015

Liczba stron: 462

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 35 zł

Tytuł recenzji: Demony prowincji

Źle się dzieje, gdy niepowtarzalna jakość staje się nadużywaną etykietą. Tak ma się sprawa z serialowym "Twin Peaks". Jakiś czas temu do enigmatycznego obrazu Lyncha Finowie przykleili promocyjnie cykl powieści kryminalnych tajemniczych (sic!) J.K. Johansson(ów), których druga powieść, "Noora", zaskakująco dobrze tuszuje słabość debiutanckiej książki o zdarzeniach w miasteczku Palokaski. Dzisiaj dowiaduję się, że świetny debiut Dagmary Andryki również mam powiązać sobie z symbolicznym i niepowtarzalnym tworem Davida Lyncha. Nie tędy droga, by przekonać do "Tysiąca". To bowiem świetnie osadzona w polskich realiach opowieść o zderzeniu zdrowego rozsądku ze sferą przeczuć i przekonań, która rujnuje logiczne postrzeganie wydarzeń oraz buduje mroczną, klaustrofobiczną atmosferę pewnego wyobcowanego miasteczka gdzieś na północy Polski. Andryka rozprawia się nie tylko z małomiasteczkowym przekonaniem, że moc legendy uzdrawia i porządkuje codzienność. Autorka w bardzo ciekawy sposób buduje zaskakującą zwrotami akcji fabułę kryminalną połączoną z obyczajowym wizerunkiem miejsca, w którym stygmaty i wiara zastąpiły perspektywiczne myślenie. Powieściowe Mille to taka prowincja w pigułce - ta ksenofobiczna, hermetycznie zamknięta przed światem, budująca własny porządek i tworząca w nim prywatną hierarchię. Istotna jest przynależność i wrogość wobec wszystkiego, co zewnętrzne. Nadzwyczaj często mamy z tym bolesnym zjawiskiem do czynienia nawet w centrach dużych miast. Dobrze że "Tysiąc" - literatura w gruncie rzeczy rozrywkowa - sygnalizuje te zapominane przez wielu bolączki, które powodują, iż prowincje mamy zatomizowane, a w miastach żyje wielu, którzy te prowincje w pośpiechu opuścili - między innymi o nich traktuje niedawno wydany zbiór reportaży "Zaduch" Marty Szarejko.

Bohaterka książki jest jednak zafascynowana Mille. Tajemniczością wrogiego przybyszom miasteczka, w którym zło wydaje się tkwić w każdym szczególe rozmytej rzeczywistości, a ludzie podejmują się obrony przekonania, które zostało im przed laty narzucone. Marta Witecka zmierza ku zaplanowanemu celowi - w Żarnowcu ma opisać historię linczu i nienawiści, którą mikrospołeczność musiała jakoś skanalizować. Psuje się samochód, Marta szuka noclegu w Mille. Na jej drodze pojawiają się dziwne i charyzmatyczne postacie. Ktoś usiłuje ją przekonać, by wyjechała. Milcząca społeczność nie życzy sobie obecności kogoś nowego. Marta zmuszona będzie stanąć do walki nie tylko z ludzkimi uprzedzeniami. Przede wszystkim z ludzkim ograniczeniem, bezdusznością i brakiem refleksji o naturze świata. Mieszkańcom Mille granice wyznaczyła powtarzana od pokoleń opowieść. A w niej zawarta klątwa. Bez względu na wszystko liczba mieszkańców ma wynosić zawsze tytułowy tysiąc. To odium po męczarniach, których zaznała na początku XIX wieku pewna kobieta, spalona potem na stosie jako czarownica. Andryka dyskretnie sugeruje, że każde miasteczko może mieć swoją Katarzynę Piecową. Każdej społeczności łatwiej wierzyć w lokalną opowieść dyktującą surowe prawa życia niż w szeroko rozumianą wolność - choćby przekonań, gdyż działania mają miejsce pod ich wpływem.

Wpływ mrocznej legendy o tym, że Piecowa przeklęła przed śmiercią tysiąc mieszkańców Mille, jest ogromny i przerażający. Izolowana społeczność w XXI wieku to ciekawostka dla antropologa i niebezpieczny archaizm, z którego istotą Marta Witecka musi się zmierzyć. Dziennikarka postanawia wejść w ten mroczny świat, w którym żałobę zastępuje pełna lęku afirmacja życia i gdzie każdy skrywa w swoim domu jakieś sekrety, każdy jest podejrzliwy względem drugiego, każdemu zaoferowano przede wszystkim strach warunkujący życie w przerażającej symbiozie. Akcja powieści koncentruje się na zagadkach kryminalnych. Przed laty w niewyjaśnionych okolicznościach zginęła siostra miejskiego kowala, z którym Witecka nawiązuje romans. Tuż po przybyciu obcej ginie natomiast miejscowa nauczycielka. Czy to fatum wskazujące na to, że w miejscowości rzeczywiście może żyć tylko tysiąc osób i każda nowa zapowiada przypadkową śmierć autochtona? Co się właściwie dzieje w tym zapomnianym przez mapę Google i wyszukiwarki internetowe miejscu, które zdaje się żyć własnym życiem i wedle własnych, bardzo surowych praw?

Dagmara Andryka pisze o lęku przed końcem egzystencji i o kurczowym trzymaniu się uwarunkowań społecznych, dla których gotowi jesteśmy - nie tylko w małej społeczności - zrezygnować w znacznej mierze z osobistej wolności. Mieszkańców Mille niewoli klątwa, ale przede wszystkim bierność i przekonanie, iż nic nie można zmienić. Przybyszka, którą miejscowi z czasem akceptują i której znajdują miejsce po śmierci nauczycielki, przez cały czas przygląda się miejscowym zwyczajom z dużą dozą nieufności. Wspomogą ją emerytowany policjant oraz kobieta skrywająca przed społecznością swoje dziecko. Co wyniknie z zaskakujących relacji, w które wplątana zostanie Witecka? "Tysiąc" mnoży tajemnice i prowadzi na manowce. Andryka umiejętnie stopniuje napięcie i choć wszystko wydaje nam się irracjonalne, z upływem czasu zaczynamy przyswajać sobie pokrętną logikę myślenia mieszkańców Mille, z którą mierzy się główna bohaterka tego dynamicznego thrillera.

"Tysiąc" to także książka o traumie, jaką przenosimy do dorosłego życia z dzieciństwa. Sygnalizowana jest trudna przeszłość Witeckiej, jej relacje z surową i kostyczną matką. Mamy dowody na to, że poniewierane przez matkę dziecko nie jest w stanie stworzyć stabilnej i pewnej relacji w przyszłości. Nad Witecką też wisi pewna klątwa. Na wskroś racjonalna i odważnie burząca porządek w Mille dziennikarka sama zmaga się z wewnętrznym przekonaniem, iż jej życie ma już nakreślony scenariusz, bo przeszłość naznaczyła ją na tyle mocno, że nie sposób się z nią pożegnać. Czy nie mają podobnego problemu wszyscy ci, którzy kurczowo trzymają się demograficznego tysiąca i są gotowi poświęcić wiele, by żyć tym smutnym konformistycznym życiem opartym na uprzedzeniu i zabobonie?

Dagmara Andryka debiutuje z werwą i proponuje nam dość oryginalną fabułę o tym, że kpimy ze średniowiecznej mentalności, nosząc ją w sobie i nazywając dla niepoznaki nieco inaczej. "Tysiąc" to historia ciekawości wobec czegoś ekscentrycznego i historia o burzeniu mitu. O ograniczeniach uprzedzenia i o tym, że każdy z nas jest moralnie zobligowany do tego, by walczyć z każdą jego formą. Świetnie się to czyta i pozostaje w pamięci, dlatego że fabuła i postacie to wynik gruntownego przemyślenia tego, o czym i w jakiej konwencji chce się opowiedzieć. Takiego zdecydowania i fantazji brakuje wielu polskim debiutantom.


PATRONAT MEDIALNY


2015-10-31

"Król kebabów i inne zderzenia polsko-obce" Marta Mazuś

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 30 września 2015

Liczba stron: 256

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Prawdziwe spotkania

Na temat polskiego podejścia do wielokulturowości oraz o tym, czego Polacy nie chcieliby się o niej dowiedzieć, napisano już setki artykułów i esejów krytycznych, w związku z tym tematycznie książka Marty Mazuś nie proponuje nam niczego nowego. Tylko czy na pewno? Dynamiczne reportaże świadczą o wyostrzonym słuchu. O takiej umiejętności rozmawiania z ludźmi, która obnaża rozmówcę naprawdę. Mazuś pozwala na swobodny tok wypowiedzi i otrzymujemy dzięki temu teksty stworzone przez strumienie świadomości. Te najczęściej chaotyczne, ale i pełne lęku oraz gniewu. Bo cudzoziemcy w Polsce nie mają łatwo i wszyscy o tym doskonale wiemy.

"Król kebabów i inne zderzenia polsko-obce" to przede wszystkim książka o różnorodnych spotkaniach. Jak wspomina cytowana z debaty pracownica uniwersytetu: "Różnice znikają, jeśli ludzie zaczynają się spotykać i ze sobą rozmawiać". To dla jednych proste, dla drugich niezwykle skomplikowane. Spotkanie i rozmowa dla autorki książki były konieczne. To nie jest zbiór reportaży, na podstawie którego wyrobimy sobie zdanie o polskim podejściu do imigrantów i o ich pozycji w naszym kraju. To przede wszystkim publikacja mająca na celu ukazanie w złożonej formie problemu inności funkcjonującej jako coś tymczasowego. Ogromny procent uchodźców z różnych powodów nie osiedla się na stałe w Polsce. Znaczący procent Polaków nie ma elementarnej wiedzy o osobie z innego kręgu kulturowego czy religijnego. W związku z tym podczas spotkań opisanych przez Mazuś jest śmiesznie, straszno, przygnębiająco i nostalgicznie. Te narracje rozpięte są gdzieś między lękami a ciekawością. Między różnymi rodzajami uprzedzeń a nadziejami. Kontrasty ukazane są groteskowo i mrocznie. Za każdym razem z tym reporterskim sznytem, który pozwala na dostrzeganie szczegółów, o jakich nie myśli rozmówca, gdy przełamie barierę oporu i pochyli się nad kimś innym.

Może jednak warto czegoś uczyć się od obcych? Może przydałaby nam się ukraińska sumienność, gruzińska determinacja, romska pomysłowość czy albańska przystosowawczość? Losy opisane w tych reportażach to świadectwa dramatów rozgrywających się podczas zderzenia mentalności - imigranckiej, wydobytej z innej kultury, uwarunkowań i przekonań oraz tej polskiej, tak doskonale obojętnej nowemu. Jedna z rozmówczyń Mazuś wyraźnie podkreśla, że w Polakach tkwi ta postsowiecka tendencja nieprzyjmowania na siebie odpowiedzialności. To system warunkuje przekonania i od niego zależy los imigrantów. Wydaje się, że żaden z nas nie chce osobiście być odpowiedzialny za to, w jaki sposób obcy jest traktowany i jakie warunki do życia się mu proponuje.

Ta książka zwraca uwagę na to, że imperatywem dla imigranta nie jest wyłącznie praca, zarobkowanie, zdobywanie pieniędzy, osadzanie się na obcym gruncie poprzez gromadzenie. To zbiór opowieści o tęsknotach i o nadziejach. O tym, że do obcego kraju trafia osoba ukształtowana przez okoliczności, dla których zdecydowała się na wyjazd, przemieszczenie się. To zwykle konkretne tragiczne biografie, których nie da się zwerbalizować. To także żal, gdy podjęło się trudną decyzję, i pustka świadomości, że często nie ma dokąd wracać. Polska sama w sobie jest krajem kontrastów i absurdów. To także groźny kraj i jeden z tekstów, formalnie będący pójściem na łatwiznę i kopiujący jedno z dyszących nienawiścią forów, uzmysławia nam, z kim na różnych etapach imigracji mogą mieć do czynienia inni.

Funkcjonująca w świadomości rzekomo tolerancyjnych Polaków idea wielokulturowości jest mocno wybiórcza i karykaturalna. To tak jakby otwarcie było możliwe tylko w stosunku do określonej grupy imigrantów. Jeden z rozmówców Mazuś dość karykaturalnie puentuje to, w jaki sposób w Polsce oswaja się z różnorodnością. "Wielokulturowość oznacza otwarcie szeroko i z radością drzwi, nawet jeśli stoi przed nimi Czeczen lub Cygan". "Nawet" jest bardzo znaczące... Ci, którym się nie otwiera albo z lękiem jedynie uchyla symboliczne drzwi, muszą sobie radzić samodzielnie. Tak jak nauczył ich kraj, z którego przybyli. O tym są przede wszystkim relacje z tej publikacji. Takie bez cenzury poprawności politycznej i niewątpliwie skomplikowane. Nie jest tak, że darzymy sympatią albo bezpośrednio odrzucamy tych, z którymi Marta Mazuś się spotkała. Tkwimy gdzieś między groźnymi przejawami nacjonalizmu a trudem pojęcia realiów życia w kraju, który wciąż nie radzi sobie z tolerancją i akceptacją i gdzie np. "inny dzidziuś" w wózku rodzi trwogę oraz zwiększa dystans. Są słowa i pojęcia, których w polskim języku do końca nie doprecyzowaliśmy. Są także takie określenia imigrantów, dla których nie ma odpowiednika w polszczyźnie. Pojawia się więc lingwistyczna banicja, a za nią czają się ksenofobia i rasizm.

"Król kebabów i inne zderzenia polsko-obce" to jednak książka budująca, bo wskazująca drogi, na których ludzka przedsiębiorczość umożliwia spełnienie i satysfakcję z osiąganych celów. Nie chodzi tylko o losy tytułowego tureckiego króla. To książka o tym, że czasami trzeba się latami wprawiać w samotności, by dostosować do porządku, w którym nie zabierało się głosu, nie przejmowało inicjatywy. Marta Mazuś pokazuje te wszystkie możliwości, które wykorzystali w Polsce obcokrajowcy, bo Polacy nie byli nimi zainteresowani. Część reportaży opisuje trud życia, ale i umiejętność dostosowania oczekiwań w taki sposób, by stopniowo osiągać założone cele. Nie ma wyraźnego podziału na "my" i "oni", choć niektórzy bohaterowie tych opowieści bardzo chcieliby takiej opozycji na stałe. Granice tkwią przede wszystkim w świadomości; autorka tej książki stara się je nakreślić, czasami bezwstydnie obnażyć, zawsze jednak empatycznie punktować to, co trudne w relacjach polsko-obcych. To, co czyni nas śmiesznymi i wyjątkowo groźnymi dla siebie. Mazuś wskazuje parę lekcji tolerancji i kilka udanych projektów, dzięki którym umożliwiono obcokrajowcom godny pobyt w Polsce. Warto też wczytać się w te reportaże, by poznać kilka definicji owej godności. Także zjawiska takiego jak tymczasowość.

Opisane konflikty i kontrowersyjne wypowiedzi świadczą o dynamicznym tyglu. Inny oswaja swoją obcość, a Polak testuje granice wytrzymałości na obcowanie z innością, ale także granice swojej własnej tolerancji. To reportaże o tych namiastkach wolności, które zrodzić się mogą tylko wówczas, gdy uda się oddalić uprzedzenia. Marta Mazuś pisze także o głęboko ludzkim szacunku do życia, do możliwości jego kreowania wedle własnych wyobrażeń i o statusie człowieka - bez względu na kraj pochodzenia, stopień bogactwa, sytuację rodzinną czy wyznanie. Książka poszerzająca perspektywę i stawiająca sporo pytań. Bardzo wartościowy zbiór tekstów o niezwykłych spotkaniach zwykłych dla siebie ludzi.

2015-10-28

"Uległość" Michel Houellebecq

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 23 września 2015

Liczba stron: 286

Tłumacz: Beata Geppert

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Fobie i fantazje

Omówienia nowej powieści Michela Houellebecqa doszczętnie rujnują przyjemność lektury, odnosząc się do rozwiązania finałowego. Nie ma nic prostszego niż wyrobienie sobie zdania o tej książce na podstawie noty wydawniczej i przeczytania ostatniej strony, bo będzie to pewna zamknięta całość. Mnie "Uległość" rozczarowała - mimo świetnego tłumaczenia. To, co zawiera, powoduje niebezpieczne pęknięcie napompowanego balonu akcji promocyjnej. Otrzymujemy bowiem rzecz bardzo statyczną, przewidywalną i momentami nudną. Historię, w której kryje się wszystko to, co znamy z dotychczasowej twórczości pisarza - egzystencjalna degradacja ludzkości i człowieka, spora doza dekadencji, prostytutki, choroby ciała, niechęć do ludzkości i samotność będąca stanem sumiennie wypracowanym latami. "Uległość" jest książką polityczną i ideologiczną. Autor "Mapy i terytorium" bawi się w mrocznego wizjonera, wykorzystując ludzkie lęki oraz stereotypowe myślenie, religię czyniąc orężem walki o nową rzeczywistość i balansując na granicy dobrego smaku, gdy przemyca kolejne, wtórne już teorie o upadku europejskiej cywilizacji.

Najlepiej czytać tę nową narrację jako rzecz o emocjonalnym i intelektualnym związku z Jorisem-Karlem Huysmansem. Narrator poświęcił mu obszerną pracę doktorską i nigdy tak naprawdę nie uwolnił się od wpływu tego pisarza. Czytamy o recepcji jego dzieł wiek później - okazuje się, że wiele poruszanych tematów i kilka sygnalizowanych idei można odnaleźć we współczesnym świecie. Rozdarty między potrzebą intelektualnego kontaktu z duchowym przewodnikiem a czasem, w którym jako wykładowca akademicki musi radzić sobie z rzeczywistością samodzielnie, bohater "Uległości" wyraża intymne przekonanie o tym, że Huysmans był jego jedynym przyjacielem w życiu, a podążanie śladami twórcy to jedynie odwzorowanie w gruncie rzeczy nijakiego życia, które wiódł na przełomie minionych wieków francuski skandalista.

Są jeszcze istotne rozważania o tym, czym jest literatura. To zaznaczanie swojej obecności. Czasem po to, by późny wnuk mógł wędrować śladami, nazywając rzeczywistość za pomocą zbioru pojęć używanych przez poprzednika. W tym znaczeniu "Uległość" przypomina prozę konfesyjną. Akcentuje związki literatury i biografii twórcy na tyle silnie, że przerzuca odpowiedzialność za czyny współczesnego człowieka na kogoś, kto stał się wzorem pracy naukowej i komu pozostaje się wiernym, unikając jednocześnie konfrontacji z samym sobą, swoją wolą i tożsamością. Bo czterdziestoczteroletni François tkwi w rozpaczliwej pustce światopoglądowej, kiedy opuściwszy na zawsze bliskiego mu Huysmansa, stara się za wszelką cenę utrzymać z nim emocjonalny kontakt. To nie tylko przewodnik po skomplikowanym świecie wokół, ale przede wszystkim gwarant pewnego ładu, gdy wszystko powiedziane i uczynione będzie bezpieczną kopią. Źródłem satysfakcji i momentem, w którym stabilizuje się rzeczywistość niebezpiecznie odbiegająca od oczekiwań z powodu obecności na scenie politycznej Bractwa Muzułmańskiego i wygranej w wyborach prezydenckich jej lidera.

Polityka szarpie tą narracją, prowadząc ją na manowce. Mamy 2022 rok, a niepokoje społeczne we Francji wyzwalają widmo wojny domowej, któremu ulega z lękiem także profesor Sorbony, tkwiący gdzieś na marginesie życia. François jest bezwolny wobec rewolucyjnych zmian, a ich wykładnię przedstawiają jego znajomi, snując teorie spisków i budując mroczne scenariusze złożone z mniej lub bardziej prawdopodobnych tez. Zarówno zwycięski nowy prezydent, jak i polityczne siły francuskie znajdują się gdzieś na uboczu. W centrum życia głównego bohatera jest tylko przejmująca pustka bycia osobnym i tkwienia w poczuciu pogardy dla ludzkości. François nie bierze spraw w swoje ręce. Nie głosuje w dniu wyborów. Jest obojętny na przemoc oraz zaskakujące wszystkich zmiany wokół. Woli uciekać - dosłownie i wewnętrznie. Tymczasem scena polityczna się trzęsie, a rządy obejmuje islamski prezydent. Okazuje się, że zmiany polityczne dotykają w znacznej mierze środowisko akademickie. Muzułmanie podkreślają priorytet demografii. Współczesna Francja to bowiem kraj, w którym jakakolwiek silniejsza więź rodzinna jest już anachronizmem. Bolesnym symbolem rozpadu rodziny są losy samego François - jedynaka pozbawionego na własne życzenie kontaktu z rodzicami, bezrefleksyjnie przyjmującego po latach śmierć jednego, a potem drugiego. Nowe oblicze edukacji ma umożliwić prokreację, albowiem kobiety będą stopniowo odsuwane od kolejnych dziedzin życia, by rodzić, wychowywać, być podległymi. Wydatki na edukację zostaną obniżone. Zamiast niej stawiać się będzie na duchowość i kult tradycji. Islam przybiera szaty polityczne. Religia staje się w gruncie rzeczy polityką i nie można już przejść obok niej obojętnie. Nawet wycofany François musi podjąć decyzję dużo istotniejszą niż ta, które z hinduskich gotowych dań odgrzać w mikrofalówce. Musi zdecydować, czy nowy ład społeczny i fasada państwa wyznaniowego dadzą mu możliwości spokojnej egzystencji, której nauczył się z dziełami Huysmansa i umiejętnością flirtowania dla zatuszowania emocjonalnej pustki. Jego finałowa decyzja okaże się jedyną, jaką świadomie podejmuje, i to dzięki temu zatrze się szarzyzna jego nijakości, dostosowawczości i udawania prawdziwego życia.

Houellebecq po raz kolejny rozprawia się z ontologiczną i egzystencjalną samotnością człowieka oddalonego od transcendencji i skupionego na doznaniach zmysłowych, gwarantowanych przez przypadkowe akty seksualne, coraz trudniejsze do przeżycia w zmieniającej się rzeczywistości politycznej. François uosabia taką wewnętrzną destabilizację idącą w parze z destabilizacją Francji i całej Europy. Nowa rzeczywistość to dyktat obcej Europie religii. To miejsce, w którym układ sił się zmienia, a dofinansowania państw Zatoki Perskiej usprawniają funkcjonowanie tych instytucji, które popadły w pewien letarg, osobliwy marazm. Michel Houellebecq opowiada o trudnej kondycji Starego Kontynentu, wybierając osobliwe narzędzie - tym razem będzie to wizja przyszłości oraz widmo dyktatu religii, wobec której Europejczyk nie jest już w stanie zachować dystansu. "Uległość" jest natrętnie dydaktyczna, momentami duszna od teorii spisków oraz wizji, jakie roztaczane są przed głównym bohaterem. Nie ma w tej powieści dynamizmu, nie ma elementu zaskoczenia. Są powtarzane do znudzenia motywy i ten sam irytujący typ bohatera prowadzącego, który wcześniej zmuszał do refleksji i stanowił pewną nową jakość, dziś jednak chodzi w znoszonych spodniach, jest wyjątkowo nieatrakcyjny i czuć od niego powiew wczorajszości, wcześniejszych książek francuskiego pisarza. Skądinąd ciekawy pomysł na powieść realizowany jest monotonnie i bez iskry. Zastosowany zabieg antycypacji, czyli poznawanie tyrady światopoglądowej poprzedzającej zmianę w rzeczywistości, to jedyne, co skutecznie przyciąga do lektury.

Czyta się "Uległość" szybko, ale z poczuciem niedosytu. Houellebecq niewiele nowego ma nam do powiedzenia. Motyw wykorzystania islamu jako straszaka ze świata przyszłości to niezbyt dobry, choć skuteczny promocyjnie zabieg. Pozostaje jeszcze niepokojąca refleksja o tym, że świat przedstawiony każdej powieści francuskiego pisarza zdaje się zatopiony przez niego samego w odmętach beznadziei, zaskakująco prężnie się z nich wydobywając, by zapowiadać kolejną książkę. Tym razem rzecz o smutnym świecie przyszłości, który cechuje bierność, boleśnie wykorzystana przez islam.

2015-10-26

"W imię dziecka" Ian McEwan

Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz

Data wydania: 7 października 2015

Liczba stron: 256

Tłumacz: Anna Jęczmyk

Oprawa: twarda

Cena det.: 32 zł

Tytuł recenzji: Ważne decyzje

Ian McEwan już w "Marzycielu" opowiadał o trudnej konfrontacji z dorosłością. W najnowszej książce snuje fantazje na temat odpowiedzialności człowieka za swój los w tej magicznej chwili ukończenia właściwego wieku. Ale to przede wszystkim powieść o zderzeniu młodzieńczego idealizmu z pragmatyzmem i niezależnością. McEwan zestawia ze sobą cierpiącego na białaczkę chłopca i wiekową panią sędzię, która musi podjąć decyzję o jego dalszym życiu lub niebycie. "W imię dziecka" ukazuje dramaty w sposób bardzo stonowany. Jest kameralnie, ale proza ta przesycona została skrywanymi emocjami. Podobnie jak muzycznymi dźwiękami, bo to właśnie muzyka odegra w tej książce kluczową rolę. Otrzymujemy głęboko symboliczną opowieść o ratunku i zgubie. O pewnym niebezpiecznym rodzaju bliskości i jego konsekwencjach. O tym, że określenie "umrzeć za wiarę" nie jest dzisiaj tylko niebezpiecznym anachronizmem. O relacji, w której znaczenie będą miały sumienie i moralność, ale także o tym, co się dzieje, kiedy wiara i ufność w drugiego człowieka zaczynają szwankować.

Fiona Maye jest doświadczonym sędzią. Wierna przepisom prawa rodzinnego, egzekwuje je bez większych wahań, bo rozumie, że ma dobrą intuicję oraz wie, że od prowadzonych spraw trzeba się dystansować. Środowisko prawnicze bardzo ją ceni - jej precyzję, zasadniczość, pewien rodzaj pedantyzmu. Fiona bez wahania orzeka na sali sądowej. Zajmuje się sądem prawa, a nie moralności, co podkreśla w jednym ze swoich uzasadnień. Okaże się jednak, że stanie naprzeciw dylematu, którego pozornie sprawne rozstrzygnięcie przyniesie szereg zaskakujących Fionę konsekwencji. McEwan zmusi bohaterkę do konfrontacji z własnym wnętrzem. Z uczuciami, dla których nie znajduje czasu na co dzień, i z namiętnościami nie tyle zgubnymi, ile całkowicie obcymi dobiegającej sześćdziesiątki kobiecie, która przez całe życie kierowała się logiką i rozumem, budując dystans wobec świata.

Małżeństwo Fiony przeżywa kryzys. Mąż oświadcza, że chce przed śmiercią przeżyć romans dający mu zaspokojenie potrzeb, o których istnieniu żona zapomniała. Tymczasem ona sama przyjmuje jego decyzję i opuszczenie domu z zaskakującym spokojem. Wrzucona w wir obowiązków, nie analizuje pobudek męża i nie chce bliżej przyjrzeć się temu, dlaczego Jack decyduje się na tak odważny, w gruncie rzeczy desperacki krok, który może kosztować go bardzo wiele. Autor buduje symultanicznie dwie dramatyczne sytuacje. Z jednej strony - wahania i wątpliwości Fiony, która pozostaje sama ze swoimi przeżyciami i nieokreślonym bliżej poczuciem pustki wraz z przegraną. Z drugiej natomiast - narastające napięcie w związku z nową sprawą, w której trzeba działać szybko i gdzie liczy się ludzkie życie. Takie, któremu sędzina przyjrzy się z bliska, bo spojrzy w twarz chłopcu odmawiającemu transfuzji krwi i tym samym pogodzonemu z rychłą śmiercią.

Motyw oporu świadka Jehowy wobec przetaczania płynu ustrojowego wykorzystał przed rokiem Daniel Grou w swym przejmującym filmie "Cud" z zaskakująco inną rolą Xaviera Dolana. Religijny opór przed medycznym zabiegiem także u McEwana staje się źródłem egzystencjalnego niepokoju, rodzi dodatkową frustrację i wzmaga boleść. Rodzice umierającego Adama z całym przekonaniem są gotowi poświęcić życie dziecka w imię religijnego nakazu. On sam znajduje się w orbicie ich wpływów, ale zaskakująco dojrzale interpretuje nie tylko to, co na temat transfuzji mówi jego religia. Fiona Maye podejmuje decyzję o spotkaniu z chłopcem. Nie spodziewa się, że ta konfrontacja znacznie zaważy na tym, jaki wyda wyrok. Z jednej strony Adam w świetle prawa nadal jest dzieckiem i jego zdolność oceny sytuacji może być zaburzona, można ingerować w jego sprzeciw wobec medycyny. Druga strona jest dużo bardziej mroczna - tego samego Adama ledwie kilka miesięcy dzieli od metrykalnej dorosłości i podjęcie za niego decyzji zdaje się czymś, co przerasta sędziego. Fiona jednak podejmuje decyzję. Po spotkaniu z chłopcem wygłasza wyrok - jak zawsze przemyślany, podparty logicznymi argumentami, zaprezentowany bez emocji i z przekonaniem o tym, że oto padają słuszne słowa.

"W imię dziecka" to książka o rodzących się wątpliwościach, ale także o wspomnianej we wstępie konfrontacji. Decyzja, jaką podejmuje Fiona, jest nieodwołalna. Wcześniej McEwan stara się zwrócić naszą uwagę na problem możliwości wyboru. Wraz ze swoimi bohaterami rozmyśla nad jego sensem i statusem oraz nad siłą sprawczą decyzji, od której nie ma już odwrotu. To świetna książka o perspektywie widzenia spraw i rzeczy. Doskonała jest pierwsza scena, w której dowiadujemy się, co Fiona z taką wyrazistością i pewnością widzi w swoim salonie. Okazuje się, że jej spojrzenie na światopogląd, emocje i przeżycia drugiej osoby będzie się znacznie różnić od spoglądania na sprzęty, których pewności nikt jej nie odbierze. Tymczasem - w tle, a może na pierwszym planie - rozgrywa się dramat małżonków. Fiona Maye zmuszona jest do konfrontacji z zaskakującą decyzją męża. Ich drogi się rozchodzą  w momencie, w którym sędzina zbliża się z młodym Adamem. Nikt nie jest w stanie przewidzieć konsekwencji odejścia Jacka. Tak jak nikt nie przewidzi, co będzie nieść ze sobą decyzja Fiony w sprawie życia Adama.

Teatralizacja scen sądowych idzie w parze z impresjonistycznym wręcz oddawaniem ulotności wrażeń, które kryją się w sferze niedopowiedzeń. Fiona nie jest w stanie opowiedzieć o tym, co czuje, ani umierającemu Adamowi, ani decydującemu się na desperacki krok Jackowi. Jednocześnie zmuszona będzie ponieść konsekwencje tego, co sama postanowi. Kogo porzuci, a kogo przygarnie? Który z mężczyzn - będący u jej boku od lat czy nowo poznany, czarujący wrażliwością i charyzmą młodzieniec - w przeciągu kilku dni, a potem drażliwych tygodni zdeterminuje myśli i działania kobiety? Który odejdzie, który powróci?...

McEwan fantazjuje na temat roli kobiety osamotnionej. Takiej, która osiągnęła sukces i dobrobyt, ale zabrakło jej czasu na macierzyństwo czy dbanie o fizyczną bliskość w małżeństwie. Fiona znajduje się w sytuacji dramatycznego rozdarcia. Podwójnego i tym bardziej przejmującego. Autor "Betonowego ogrodu" każe spojrzeć sobie w twarz wtedy, kiedy stajemy w osłupieniu i zaskoczeniu tym, jak wielki mamy wpływ na otaczających ludzi i jak bardzo nie jesteśmy tego wpływu świadomi. To mądra opowieść o przywiązaniu do życia, zasad i do porządku. Historia destrukcji dwóch ostatnich i niepokojącego emocjonalnego chaosu, z którego wyłonić się może zupełnie inna osoba. Nowa Fiona. Nowy Adam. Być może także nowy Jack. W orbicie wpływów tej trójki autor umieszcza nas bardzo dyskretnie, ale jednocześnie silnie odciska ślad, bo tkwimy w bolesnym centrum dwuznacznego dramatu. Obserwujemy, jak przemyślane decyzje rodzą zupełnie nieprzewidywalne konsekwencje. Przyglądamy się pękaniu skorupy przyzwyczajeń i wkraczamy do świata bolesnych przeżyć, z którymi zwykle nikomu nie jest po drodze. Subtelna i wstrząsająca opowieść, w której dochodzi do prawdziwych ludzkich spotkań. Także do rozstań. Wszystko zarysowane sugestywną kreską. "W imię dziecka" to książka poruszająca do głębi - o nowym życiu, nowych perspektywach, o niezwykłych zaskoczeniach. Bo nigdy nie wiemy o sobie tyle, by być czegokolwiek do końca pewni.

  KUP KSIĄŻKĘ