2016-05-20

"Patyk" Hanna Samson

Wydawca: Znak

Data wydania: 11 maja 2016

Liczba stron: 206

Oprawa: twarda

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Ucieczka i przemiana

Nową powieść Hanny Samson można śmiało zestawić z "Życiem po mężczyźnie". Autorka koncentruje się na wspomnieniach – ich destrukcyjnej sile i jednocześnie sile odnowy duchowej. Tamta narracja traktowała przede wszystkim o utracie, a „Patyk” to opowieść o tym, co możemy w życiu zyskać. Bardzo ciekawa i przewrotna jest ta książka. Gdyby sparafrazować tytuł wspomnianej wcześniej, można byłoby tę nazwać opowieścią o życiu po samoobronie. Bo główna bohaterka przechodzi przemianę po odparciu ataku nieznanego agresora. Być może cios zadany nożyczkami jest pierwszym dynamicznym i całkowicie własnym posunięciem bohaterki. Kobiety przez lata uległej, zawikłanej w szereg toksycznych zależności. Zawsze ugodowej i konformistycznej. Zawsze gotowej na kompromisy, a nie na walkę. Barbara podczas ataku zawalczy o siebie. Dokona czegoś, co stanie się początkiem jej przemiany. Hanna Samson kreśli obraz kobiety biorącej odwet i zamieniającej się w boginię zemsty, ale jednocześnie usypia naszą czujność, bo tak naprawdę nie tylko Barbara będzie chciała się w tej książce odegrać…

Zaraz po dramatycznym zdarzeniu bohaterka poddaje się własnemu Sądowi Ostatecznemu. Zdaje sobie sprawę, że być może zabiła człowieka. Jej mózg automatycznie koduje, że czekać ją będzie kara. Musi ponieść konsekwencje podniesienia ręki na drugiego człowieka – mimo faktu, że ów człowiek pierwszy podniósł swoją rękę. Barbara kompulsywnie zaciera ślady i decyduje się na ucieczkę. Dokąd? Do bezpiecznej i znanej sobie macicy, do apodyktycznej matki zawsze porządkującej jej świat. Samson ukazuje już na wstępie silną zależność między kobietami, która po upływie czasu nie znika, zmienia się tylko jej intensywność. To naturalne, że w chwili zagrożenia wybiera się matkę. Nawet tę, od której się uciekło. Tę, której plwocinę wciąż czuje się na twarzy na równi z piekącym policzkiem. Tę, która kazała córce być taką, jaką ją sobie wymodelowała, i zmusiła do bierności pośród kostycznych zasad i przekonania, że wszystko dzieje się dla jej dobra.

Po latach Barbara orientuje się, że demonizowała rodzicielkę i dzisiaj jest w stanie stawić jej czoła. Co więcej, zjednoczyć się z nią w pewnej tajemnicy, dla której obie są w stanie odegrać domowy teatr przed urzędniczkami. Bohaterka Samson cofa się mentalnie do lat, w których musiała spełniać matczyne wymagania i kiedy czas oraz przestrzeń stawały się więzieniem. Niszczące poczucie winy i wszechogarniający wstyd – to wszystko zostało porzucone, gdy Barbara przestała być Basią i wyprawiła się w świat rządzony innymi regułami niż te matczyne. Tymczasem powrót do wspólnego mieszkania ma dać ulgę – u matki można się schronić, choć będzie zadawała niewygodne pytania i wciąż pokazywała swą władzę, tak paradoksalnie śmieszną dziś, po latach.

Demon przestaje nim być, a uciekinierka orientuje się, że nikt nie ma już nad nią żadnej destrukcyjnej władzy. Wciąż jednak obawia się, że wszystko, co robi w życiu, podsumować można szkolną czwórką, że nie zasługuje na piątkę, zbyt daleko jej do doskonałości. Życie zaczyna się rozpadać, ale w tym rozpadzie pojawia się nadzieja. Bohaterka Hanny Samson niespodziewanie dla siebie zorientuje się, że pobyt w rodzinnej Łodzi może być okazją do zmiany. Pojednaniem nie tylko z matką. Czasem wybaczenia sobie. Także tej zbrodni, z powodu której ucieka, bo przecież to była zbrodnia, choć nikt o niej nie pisze i niczego nie trzeba się obawiać jako konsekwencji tego czynu. „Patyk” zaczyna snuć autorskie fantazje o tym, w jaki sposób odzyskać godność. Jak daleko trzeba sięgnąć pamięcią, by zdobyć się na podniesienie głowy i przekonanie, że czas miniony został nim naprawdę. Barbara podejmie się próby zrozumienia mechanizmów, które ukształtowały jej charakter i wpłynęły na tryb życia. Podejmie się walki o siebie. Będzie to szło w parze z wyzwalaniem w sobie negatywnych emocji. Za potrzebą przemiany idzie także chęć zemsty. A Barbara ma się na kim mścić…

„Patyk” opowiada o sytuacji granicznej, w której konfrontujemy się naprawdę ze swoimi emocjami. Samson w swej narracji dyskretnie sugeruje, co może czynić nasze życie niewygodnym, i sygnalizuje, że jakakolwiek przemiana musi rozpocząć się w ludzkim wnętrzu. Ten wewnętrzny porządek może być kruchy, a wartki nurt uporządkowanego życia może zostać zakłócony i zmieniony. Czasem potrzebny jest patyk, który zmienia nurt wody. Symbolicznym patykiem może być niedoszły oprawca. Barbara jest mu winna w gruncie rzeczy wdzięczność, bo to traumatyczne wydarzenie zainicjowało ekspiację, o której kobieta nigdy nie marzyła.

Hanna Samson opowiada także o opresyjnym świecie mężczyzn. To trochę taka historia o zemście na gatunku męskim, który nigdy nie zasługiwał na szacunek. Męskość to agresor i widać to już w pierwszej scenie. Potem autorka kreśli wizerunki typów, którym należałoby wymierzyć sprawiedliwość. Szefowie z pracy, dawny kolega ze szkoły, mąż tyranizujący szkolną koleżankę… Na drugim biegunie ojciec – czuły i ugodowy – z którym Barbara nawiązuje kontakt. Może pierwszy raz w życiu naprawdę. Po ucieczce wszystko zdaje się dziać po raz pierwszy. Co tak naprawdę staje się jednak impulsem do rewizji własnych poglądów?

„Patyk” to opowieść o straumatyzowanym dziecku, które wiecznie kryje się pod stołem, uderzając łyżką w podłogę. O przeznaczeniu i o losie kobiet w kilku pokoleniach, które przekazują sobie bolesne brzemię i nie są w stanie wyzwolić się od powtarzalności. Barbara nie będzie jak matka, babka czy prababka. Weźmie życie w swoje ręce. Naprawdę. Odrzuci tezę o dziedziczeniu losu i wyznaczy własny azymut. U boku kochającego mężczyzny, bo taki też jest możliwy i wcale nie trzeba go daleko szukać. Samson napisała historię o tym, że schronienia szukamy często tam, gdzie otrzymaliśmy najwięcej razów. W przewrotny sposób opowiada o kobiecej samoświadomości i o impulsach inicjujących przemianę. Zaskakuje zakończeniem oraz zmusza do rozmyślań nad prostym pytaniem, które nie brzmi „kim jestem?”, ale raczej „kim się staję?”. To mała powieść o wielkiej przemianie. O takim rodzaju pewności siebie, którego brakuje – kobietom i mężczyznom – na każdym etapie życia, bo do niego potrzebna jest determinacja oraz odwaga. Siła do pożegnań z przeszłością i uprzedzeniami. To też historia smutnego dziecka w ciele dorosłej kobiety. Książka o tęsknotach za tym wszystkim, co było w przeszłości deficytowe. Ujmująca scena dojrzałych kobiet wiszących na trzepaku to też dość czytelna ilustracja tez zawartych w tej książce. Opowieści o niedoskonałości i o tym, jak trudno w niej odnaleźć zwykłą radość życia.

2016-05-18

"Bliskie kraje" Julia Fiedorczuk

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 13 kwietnia 2016

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37,90 zł

Tytuł recenzji: Spotkania z samym sobą

Prozę poetycką Julii Fiedorczuk pod sugestywnym tytułem "Nieważkość" uznałem za jedno z najważniejszych wydarzeń literackich ubiegłego roku. Z wielkimi nadziejami sięgałem po „Bliskie kraje” i to, co ujęło mnie najbardziej, to ta niezwykła forma niedomykania tekstu, pozostawiania czytelnika w zdumieniu, osłupieniu, smutku lub niekiedy rozpaczy. Fiedorczuk w swych opowiadaniach nie wyjaśnia świata tak dokładnie jak w „Nieważkości”, choć w dalszym ciągu penetruje sfery kobiecych przeżyć. Tych związanych z upływem czasu przede wszystkim, bo nad całym zbiorem unosi się wyraźne przekonanie, że każdy z nas kiedyś przejdzie przez ostatnie zamknięte drzwi, o czym autorka opowiada w pierwszym tekście, „Właśnie tu wybuduję świątynię”. Ta książka nie jest ani naiwną, ani nazbyt patetyczną, ani też dydaktyczną czy bezkompromisową rozprawą z przemijaniem, albowiem ma ono tutaj kilka możliwych znaczeń – bywa opresyjne i frustrujące, ale staje się także źródłem inspiracji. Fiedorczuk stara się szukać tych momentów przemijania, w których spotykamy się ze sobą naprawdę. Niekiedy po raz pierwszy świadomie, gdy dotrze do nas smutna prawda o tym, że dotychczasowe życie nie miało zasadniczej treści i że zabrakło determinacji oraz odwagi, by wywalczyć spełnienie na przekór upływowi czasu. Opowiadania są umiejscowione w konkretnych, realnych sytuacjach, ale w większości przypadków odchodzą od nich na rzecz poetyckiej wizji czy dwuznacznego przesłania. Autorka nie domyka swoich tekstów, bo wyraźnie pokazuje – zaznaczając to w posłowiu – iż język literatury zdolny jest do opisu tylko fragmentu przeżyć oraz interakcji społecznych. „Bliskie kraje” to próba przybliżenia tego, co można zapisać w języku i wyrazić w słowie, oraz wszystkiego tego, co wymyka się werbalizacji i ucieka z naznaczonych niejasnościami światów przedstawionych.

„Jestem taka różna” – mówi o sobie bohaterka „Lśnienia”. Fiedorczuk chce zobrazować różnorodność, ale jednocześnie pokazać całą gamę fundamentalnych pragnień i doznań, które stają się doświadczeniem każdego, ale nie każdy jest w stanie to doświadczenie opisać. Naczelną bolączką w opowiadaniach jest świadomość tego, że miniony czas nie dał satysfakcji, a ten nadchodzący jest tylko niewiadomą. Autorka wykorzystuje ciekawą dychotomię – obrazuje losy naiwnych dziewczynek i dojrzałych kobiet. Jedne stoją u początku swojej drogi życiowej, która naznacza ich pewnego rodzaju niepokojem. Drugie niepokoi przemijanie. To, że jest ono tak rozpaczliwe w swym wymiarze i tak często wiąże się z samotnością. Bohaterki Fiedorczuk żyły czasem nie w swoim imieniu jak sekretarka pisarza z „Rozgwiazdy”, która chce po jego śmierci wchłonąć niewydany dorobek i ślady cudzego życia. Czasami musiały postawić się w opozycji wobec życia i człowieczeństwa, by poznać smak lepszej formy istnienia – tu nasuwa się skojarzenie z tekstem „Imago”. To także bohaterki podróżujące, poszukujące odpowiedzi na niezadawane do tej pory pytania. Niekiedy – opowiadanie „W drodze” – przemierzają tysiące kontynentów tylko po to, by zrozumieć jedną linijkę wiersza. Wszystkie odczuwają pewien dyskomfort istnienia i rozpaczliwie próbują wydobyć z niego coś, po co do tej pory nie sięgały. Są zdeterminowane, smutne i gotowe na wszystko. Zmiana jawi się jako stan oczekiwany od lat, ale nigdy niezrealizowany. Czy wystarczy na nią czasu, skoro jego upływem nie możemy manipulować i jest on tak okrutnie bezlitosny?

Julia Fiedorczuk opowiada także o ludziach zbędnych i nieadekwatnych do rzeczywistości. W opowiadaniu „Strefa unikania” portretuje człowieka, który nie wziął życia w swoje ręce i zawęził własny horyzont myślowy. Tu autorka snuje rozważania nad tym, dlaczego sami potrafimy sobie skutecznie zasłonić świat. Proponuje także światy alternatywne. Te wybierają bohaterki opowiadań „Bliskie kraje” i „Zetka”. Stają się kobietami marginalizowanymi. Takimi, które nie uczestniczą w głównym nurcie życia, a ich porządek kształtowany jest przez coś, co dla innych jest źródłem niechęci, czasem obrzydzenia. Paradoksalnie ci zmarginalizowani bohaterowie zdają się odczuwać więcej niż inni. Plastyczne opisy ich świata wyzwalają ciekawość. W tych światach nie ma tak wielu tęsknot, chociaż Ewka z „Bliskich krajów” tęskni za miłością i szuka jej namiastki.

Opowiadania Fiedorczuk konfrontują ze śmiercią. W sposób najbardziej czuły chyba w opowiadaniu „Mech”. Bezkompromisowo i okrutnie w „Strefie unikania”. To nie tylko kwestia przejścia przez przywołane na wstępie ostatnie drzwi. To także czas ostatecznego rachunku sumienia. Kres możliwości, doznań i przeżyć. Przejmujący i przerażający jak zapowiedź wojny pod różnymi postaciami – także przecież obecnej w kilku tekstach. O ile śmierć jest ewolucyjną formą zamknięcia życia, o tyle wojna jest okrucieństwem, w którym odbiera się szanse na odnalezienie wewnętrznej harmonii. Wojna to chaos i bestialstwo. Podobnie jak tendencja ludzka do niszczenia środowiska i do wyrywania światu wszystkiego bez wzajemności, bez oddawania i bez podziękowań. Teksty Fiedorczuk odnoszą się także do globalizacji oraz kilku aspektów kultury masowej. W „Punku dla menadżerów” na przykład obserwujemy, w jaki sposób poezja wchodzi w sferę popkultury. Fiedorczuk sygnalizuje także kilka chorób cywilizacyjnych i ustawicznie powraca do poczucia osamotnienia. Nie pozwala bohaterom wyzwolić się od niego, w związku z czym muszą się z samotnością oswoić. To także ma swoją cenę. Przeżywanie i używanie świata zawsze u Fiedorczuk ma swoje konsekwencje.

„Bliskie kraje” to opowieści tajemnicze i takie, w których ludzka egzystencja jawi nam się jako walka na kilku możliwych frontach. To opowiadania o tożsamości. O tym, ile sił musimy włożyć w to, by żyjąc, nie zapominać siebie, by pisać siebie na nowo, od nowa definiować, być ze sobą w zgodzie i bez wahania sięgać po każdy kolejny dzień. Julia Fiedorczuk proponuje prozę zaangażowaną w problemy współczesnego świata, silnie osadzoną w polskich realiach, ale jednocześnie uniwersalną – opowiada bowiem o obliczach strachu oraz o różnorodnych nadziejach. Opowiada o obietnicach lepszego jutra oraz złudzeniach, w których żyjemy, nie spodziewając się jakiejkolwiek odmiany kolejnego dnia. Ujmujące i zaskakująco trafne w obrazowaniu złożoności świata przeżyć opowiadania, które mocno zapadają w pamięć. Pozostawiają w niej ślad, który może uwierać. Bo życie to ciągłe poczucie tego, że coś na umyka i że czegoś nie zrobiliśmy. Fiedorczuk mnoży zagadki oraz pytania, oswajając ludzką niepewność i niepokój XXI wieku.

2016-05-16

"Kuba. Syndrom wyspy" Krzysztof Jacek Hinz

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 25 kwietnia 2016

Liczba stron: 320

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 41,90 zł

Tytuł recenzji: Czuła i trudna bliskość

Książka Krzysztofa Jacka Hinza to niebanalny reportaż opowiadający o dwóch drogach ewolucji. Po pierwsze: o tej autorskiej. Hinz związany był z Kubą od 1977 roku, kiedy poznawał atrakcje i absurdy kraju, mieszkając w akademiku. Jego kubańska droga prowadzi od naiwnych marzeń i fascynacji do kariery dyplomatycznej. Autor mógł więc przyjrzeć się krajowi Fidela Castro z wielu różnych perspektyw. Czasem było śmiesznie, czasem strasznie. Hinz obserwował uważnie i angażował się w życie Kuby na tyle silnie, by wyrażać na kartach tej książki wyjątkowe przywiązanie do tego kraju. Kraju, gdzie na dekady czas właściwie się zatrzymał i gdzie pękające kajdany reżimowe uwalniały pokłady nowych oczekiwań, różnorodnych emocji, strachu i wielu nadziei. „Kuba. Syndrom wyspy” to zatem książka o silnej zależności – o miłości do miejsca, które trudno było przez dłuższy czas kochać, i o marzeniach Kubańczyków, którzy latami nie znali Bożego Narodzenia, żyjąc w swoistym więzieniu, naznaczeni przez propagandę i inwigilację. Hinz zdecydował się na późną publikację, bo chciał uważnie przemyśleć swój emocjonalny i ideologiczny związek z Kubą. U progu niewiadomego, gdy kraj otwiera się na świat i nie ma jeszcze pojęcia o tym, jaką drogą będzie podążał w XXI wieku, otrzymujemy zbiór analiz i ważnych pytań – wiele z nich nadal nie ma odpowiedzi.

W opowieściach Hinza groteska łączy się z mrokiem. Z jednej strony świetnie się bawimy, czytając o krowie – przodowniczce udoju, o niefrasobliwości kierowców autobusów czy o świni hodowanej w wannie, z drugiej jednak – dostrzegamy, że bycie zagranicznym dziennikarzem na Kubie bywa bardzo niebezpieczne, a niektóre opowieści przypominają scenariusze filmów gangsterskich. Ten dualizm to także perspektywa patrzenia na rzeczywistość. Otrzymujemy opisy tego, jak trudno było być korespondentem w kraju, który zawłaszczał sobie prawdę i oferował tylko swój własny wizerunek tego, co właściwe i słuszne. Depeszowanie o kubańskich absurdach wiązało się z ryzykiem utraty pracy. Każdy ruch, każde słowo mogły być wyrokiem. A przecież Hinz pokochał Kubę bezgranicznie, stał się jej częścią, odnalazł w tym świecie wypaczonych wartości i szaleństw dnia codziennego, w którym dzielni Kubańczycy zmuszani byli do tego, by walczyć o przetrwanie każdego kolejnego dnia.

Punktem wielu odniesień siłą rzeczy jest postać Fidela Castro. Człowieka zawłaszczającego sobie skrawek archipelagu antylskiego, gdzie twardą ręką rządził tak długo, że wręcz niewyobrażalne jest określanie kubańskiej rzeczywistości bez jego udziału. On tę rzeczywistość doskonale ukształtował. Potężny manipulator każdą swą porażkę był w stanie przekuć w sukces. Potrafił wmówić Kubańczykom, że ich kraj to jedyna ostoja porządku i normalności, a reszta świata – poza aktualnymi sojusznikami – chce jedynie rozsadzić od wewnątrz ład sankcjonowany przez jedynego słusznego wodza kraju. Hinz portretuje okresy, w których polityka Castro doprowadzała kraj do zapaści, i sygnalizuje, że nikt nigdy nie rozliczył ogromu niesprawiedliwości i krzywd, które spadały na Kubańczyków. Ci zamknięci na przestrzeni wyspy byli mentalnie więzieni. Bo dla wielu Kuba stawała się więzieniem. Miejscem, w którym należało stworzyć silną wspólnotę, by nie czuć samotności oraz wyobcowania. Castro doskonale przez lata grał na nastrojach społecznych. Tworzył je. Pielęgnował. Nie tylko narzucał poglądy, on je po prostu wymyślał i sankcjonował.

Tymczasem Kuba Hinza to kraj niezwykle przyjaznych mu ludzi, których prywatne historie współistnieją z narracjami o potędze i powolnym upadku rewolucji. Autor z dużą dokładnością prezentuje losy kubańskiej opozycji – nie tylko politycznej. Jednocześnie nakreśla losy szarych ludzi. Takich zbędnych, którzy walczą o uwagę i o każdy kolejny dzień. Strzegąca swej autonomii Kuba jest krajem codziennych bolączek i absurdów. Różnego rodzaju reglamentacji. Przekłamań i dwuznaczności. Już od początku trudno ustalić, co na Kubie jest złudzeniem, a co rzeczywistością. Hinz portretuje prozę życia w kraju, który dba o naród, a w pogardzie ma pojedynczego obywatela.

„Kuba. Syndrom wyspy” niezwykle ciekawie opisuje lata skomplikowanych relacji amerykańsko-kubańskich. Przyglądamy się losom tych, którzy z różnych względów znaleźli się na pograniczu, choć nie przeprawiali się przez morze, by szukać ocalenia w pobliskim Miami – symbolu innego i lepszego świata. Autor rozmawia z tymi przedstawicielami opozycji, którzy traktują Amerykanów inaczej, niż kazano ich traktować. Jest także przejmująca opowieść o człowieku wracającym na Kubę po latach emigracji i po wielkiej dawce zła, jaką otrzymał w swej ojczyźnie. Opozycjoniści stale podkreślają, że ich działania są spójne i uporządkowane. Potrafią zbudować trwały front sprzeciwu. Dzisiaj nie jest im potrzebna aż tak wielka determinacja jak przed laty. Hinz opowiada więc o buncie, przywiązaniu i poczuciu, że kubańska rzeczywistość – tak trudna do przemodelowania – jest czasem przestrzenią, w której miłość i nienawiść splatają się wyjątkowo ściśle i równie wyjątkowo przywiązują do wyspy.

To także książka o podróżach, powrotach i o sentymencie. Opowieść o specyficznej mentalności często wyrażanej w języku ulicy albo nowomowie propagandy. Krzysztof Jacek Hinz pisze w taki sposób, że odczuwa się niedosyt tych opowieści. Jest barwnie i szczegółowo, ale chciałoby się więcej. Bo ten reportaż zaraża pasją i miłością. Bliskością z krajem, który zawsze był bardzo trudny do zrozumienia i zaskakująco często zaprzątał uwagę światowej opinii publicznej. Autor sygnalizuje, kiedy pojawiały się pęknięcia, za którymi stoi dziś wyraźny model przemiany, oraz potrzeba otwarcia na świat, nadrobienia straconych lat. Hinz jednocześnie portretuje lata minione jako okres niezwykłych doznań. Być może niemożliwych do przeżycia w żadnym innym kraju. Tytułowy syndrom, czyli specyficzna zdolność oglądu rzeczywistości, pozostaje w autorze na zawsze. Kuba jawi się nam jako kraj, w którym możemy się znaleźć, którego możemy zasmakować. Sugestywne i plastyczne opisy Hawany idą w parze z pełnym czułości opowiadaniem o kubańskich niedostatkach. Hinz zwraca uwagę na to, że w świecie wiecznego niedoboru oraz niezaspokojonych potrzeb można znaleźć spełnienie i uwierzyć sercu, które wciąż każe powracać i wciąż dba o to, by widzieć wyspę z wielu różnych perspektyw. Pouczająca książka, świetnie napisana, wieloznaczna i czytelna. Autor musiał wielokrotnie lawirować między prawdą a zmyśleniem, by pozostać na Kubie. Dziś jest tam mentalnie cały. Opowiada o tym szczerze i bez żadnego przekłamania.

2016-05-13

"Fatum i furia" Lauren Groff

Wydawca: Znak

Data wydania: 16 marca 2016

Liczba stron: 430

Tłumacz: Mateusz Borowski

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Wiwisekcja związku

Książka Lauren Groff to kolejny marketingowy produkt wywołujący falę komentarzy wszędzie tam, gdzie zostanie opublikowany z metką arcydzieła polecanego przez samego Baracka Obamę. Opowieść została podzielona na dwie części i zmusza niejako do tego, by każdą z nich osobno omówić, bo całość tworzą dwie dość energetyczne i bardzo zróżnicowane narracje. Groff w pierwszej części daje z siebie wszystko i to widać w popadającej w pretensjonalność części drugiej, gdzie niejako potencjał się wypala, a powieść podąża w stronę nadmiernego dydaktyzmu i równie przesadzonego dramatyzmu. Kiedy czyta się „Fatum”, można igrać z licznymi odniesieniami do tekstów literatury i kultury. Można czytać Szekspira w kontekstach i przyglądać się współczesnym odczytaniom tragedii greckiej. Najbardziej interesujące stają się postacie odległego planu, niespełniony samotnik i florydzka syrena, rodzice głównego bohatera. Poza zabawą z konwencjami i przesłaniami w pierwszej części mimo wszystko wieje nudą. „Furia” stara się nadrobić rozczarowania czytelnicze, ale podąża w stronę przewidywalnego traktatu o istocie małżeństwa. O tym, że jest to zazwyczaj ścieranie się ze sobą, i o tym, że każda para nosi w sobie mroczne sekrety, skryte w niedopowiedzeniach, ujawniane stopniowo, cementujące związek czasem w sposób toksyczny, najbardziej jednak widoczne tam, gdzie nie sięga wzrok postronnego obywatela. U Groff mamy za to naprawdę wszechwiedzącego narratora – kojarzonego z różnymi funkcjami z historii literatury – który dosadnie komentuje rzeczywistość i przenosi nas także w przyszłość, bo narracja ta to powieść rozpięta między pełnymi uroku latami dziewięćdziesiątymi XX wieku a czasem, do którego jeszcze nie dotarliśmy, a gdzie ulokował się głos rozsądku wskazujący czytelnikowi, jak powinien odbierać i interpretować część scen, zachowań i słów.

„Fatum i furia” to opowieść o deficycie miłości oraz o jej nadmiarze w życiu. Jedno i drugie może być przekleństwem, ale prawdziwy dramat rozegra się wówczas, gdy żyć będą obok siebie osoba przekonana o tym, że nie jest warta żadnego uczucia, i ta, która uważa, że kochać ją powinien każdy. Oto oni, małżeństwo na językach innych. Mathilde Yoder i Lancelot Satterwhite. Powieść rozpoczyna przesycony słodyczą obraz, w którym widzimy tych dwoje, jak przemierzają plażę i penetrują swoje ciała – nierozłączni i nienasyceni. Połączył ich przypadek, wzięli ślub błyskawicznie. Wszystkich wokół – a jest tych bohaterów sporo i każdy ma przypisaną przez Groff konkretną rolę w tej historii  – dziwi fakt tak wielkiego szczęścia w obliczu tylu niewiadomych. Kochankowie, a zaraz potem małżonkowie mają mgliste pojęcie o sobie. Dają się porwać uczuciu zbudowanemu na wątpliwym fundamencie. A jednak są ze sobą ponad dwadzieścia lat. Towarzyszymy im na co dzień, zgłębiając jednocześnie ich przeszłość. Tam kryje się sporo zagadek, a jednocześnie czytelne autorskie przekonanie o tym, że wspólne życie powinno się budować także na tych osobnych, które już minęły.

Wspomniałem na wstępie, że Lauren Groff świetnie konstruuje postacie odległego planu. To ojciec i matka Lancelota. Cudownego chłopca z florydzkiej prowincji, który w innym świecie wcale nie będzie tak cudowny, choć towarzyszyć mu będzie aura niezwykłości budowana w pocie czoła także przez małżonkę. Ojciec opuścił Lotta bardzo szybko. Zdążył dać mu życie i obdarzyć go miłością, jakiej sam nigdy nie zaznał. Dużo bardziej skomplikowana jest sytuacja z matką. Religijność będzie szła u niej w parze z podłością. Nigdy nie zaakceptuje wyboru syna. Nigdy nie spotka się z synową. Wciąż będzie roić marzenia o tym, kim mógłby stać się jej syn, gdyby pozostał z nią na Florydzie. A porzucony przez Lancelota świat młodości wraca do niego pod postacią siostry i ciotki. Wróci również w innej formie, ale pozna ją przede wszystkim Mathilde. Tymczasem zmuszona jest do tego, by podjąć wyzwania prozy życia i przez lata utrzymywać męża – niespełnionego aktora, cementując ich bliskość specyficzną formą oddania.

Lauren Groff opowiada o oddaniu i o zemście. O tym, że budowany na oczach wielu obserwatorów związek może być wewnętrznie toksyczny, choć przecież małżonkowie trwają przy sobie latami i wspierają się w każdy możliwy sposób. Nic odkrywczego, prawda? Widoczne jest to zwłaszcza wtedy, kiedy Lotto z roli odtwórcy przechodzi do roli twórcy. Staje się uznanym dramatopisarzem. Dokonuje śmiałych rewizji tego, co udokumentowali starożytni twórcy. Sięga po klasyków, by mówić z nimi innym głosem. Nie spodziewa się, jaki związek z tym wszystkim ma Mathilde. Nikt nie spodziewa się tego, co może kryć w sobie ta tajemnicza, zdystansowana do świata kobieta, u której duma gra w mroczną grę z upokorzeniami. Bo to Mathilde ma być wyrazicielką antycznej furii i to w jej biografii zamknie się wszystko, co najbardziej dramatyczne. Groff rozsadza napięcie pierwszej części książki, bo oczekuje się na jakieś spektakularne rozstrzygnięcia. Czytanie o pożyciu i sukcesach tego małżeństwa po pewnym czasie usypia czujność. Mathilde będzie nosić w sobie wystarczająco wiele mrocznych sekretów, by uczynić z tej powieści dynamiczną historię o braniu odwetu za coś, czego doświadczyło się jako specyficznego prezentu od życia.

„Fatum i furia” to zręcznie napisana powieść, która najpierw jest śmiertelnie nudna, a potem stara się nadrobić to w postaci historii z nagromadzeniem wszystkich możliwych traum życiowych. W efekcie otrzymujemy powieść, w której najpierw – dla zabicia nudy – wydobywamy te wszystkie nawiązania kulturowe, które Groff nazywa na nowo i którymi żongluje na tyle sprytnie, że prezentuje ich nowe odczytania, a potem rozpaczliwie próbujemy nadążyć za natłokiem wydarzeń pominiętych w pierwszej części zdecydowanie zbyt monotonnej narracji. W efekcie otrzymujemy historię dość zwyczajnych przesłań. Misterna konstrukcja zakłóciła autorce łączność z rzeczywistością na tyle silnie, że Groff popełniła mimo wszystko powieść wtórną i zbyt wyraźnie dręczącą dydaktyzmem. „Fatum i furia” to opowieść o egoizmie, strachu, próbach racjonalizowania demonów przeszłości, a przede wszystkim wiwisekcja związku, z której wynika niewiele więcej niż to, co zostało już powiedziane przez wielkich amerykańskich pisarzy – mnie nasunęło się skojarzenie przede wszystkim z "Parami" Updike’a. Tajemnice sankcjonowane są na początku jako pewniki, do których czytelnik wróci potem. Ich wyjaśnianie to kilka lekcji o tym, w jaki sposób ludzka psychika odreagowuje trudy egzystencji i czym jest międzyludzki kompromis uczuciowy, na ile można go unieść przez lata oraz z jakimi konsekwencjami będzie się wiązał. Summa summarum – jest to książka wyróżniająca się przede wszystkim tym, jakie głosy w mediach uruchomiły jej życie i jak mocno komercyjne stało się głoszenie wszem wobec, że Groff zaskakuje i uwodzi. Tymczasem – by nazwać to dosadnie – zwyczajnie nudzi, opowiadając wciąż tę samą historię o złożoności związków, w których każdy walczy o swoją pozycję na swój wewnętrzny sposób.

2016-05-11

"Odgłosy rosnących bananów" Ece Temelkuran

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 20 maja 2016

Liczba stron: 400

Tłumacz: Anna Mizrahi

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det. 39,90 

Tytuł recenzji: Wielogłos i cisza

Ważna i piękna jest książka Ece Temelkuran. Turecka pisarka opowiada w niej o prawdziwym sercu Bliskiego Wschodu. Budując panoramiczną narrację, odchodzi od introwertyzmu charakteryzującego pisarzy tamtego rejonu, by opowiedzieć o losach mieszkańców pewnego bloku przy wzgórzu Jetawi w libańskim Bejrucie. „Odgłosy rosnących bananów” to intymna proza wyznania – pokazuje fatalizm Bliskiego Wschodu, jego wewnętrzne sprzeczności i wszystko to, co skazuje go na przekleństwo. Temelkuran chce wyjść naprzeciw tym wszystkim krzywdzącym opiniom, w których region ten jest niewłaściwie rozpoznawany, zanim naprawdę da się poznać. To książka o ludziach i o mieście. O różnych obliczach wojny, która wciąż płynie w żyłach bejrutczyków. O tym, że najważniejsza jest ludzka historia, jej niepowtarzalność. Także o tym, że można się w niej zagubić, kiedy gubi się świat oddany na pastwę wojennego lub powojennego chaosu. Narracja Temelkuran opowiada też o Bejrucie. Może przede wszystkim o tym mieście. Pięknie obrazuje, w jaki sposób budujemy w sobie dom i jak w tym domu żyje nasza ojczyzna naznaczona niepokojami i różnorodnością wpływów.

We wspomnianym bloku ludzie żyją w symbiozie ze śmiercią. Jest ona obecna w ich pamięci tak jak wojna, która w finale narracji puka znów do drzwi. Ludzie Temelkuran noszą w sobie pamięć takiej formy świata, w której musieli dopasować się do niepokoju, przemocy i szaleństwa. Usiłują żyć normalnie i starają się nazwać przestrzeń własnego domu. Stworzyć własne opowieści. Przeżyć coś do wewnątrz, gdzie zagląda narrator. Być tym wszystkim, co zostało utracone, bo mimo wszystko wiele można odzyskać. Pan Hâdi traci kontakt z rzeczywistością. Jego wielowymiarowa samotność mogłaby udzielić się wszystkim wokół. Opiekę nad nim sprawuje Zeynab. Zgorzkniała kobieta, która żyje wyobcowana w domu pełnym nakazów, brzydząc się dobroczynnością i nieustannie kontrolując, bo żyła w chaosie i porządek jest wszystkim, co może zorganizować jej życie. Dozorcą jest Marwan, wielbiony przez insekty zakładające republikę w jego domostwie. Syryjczyk bez tożsamości w Libanie, który zbliża się do Filipiny, także niebędącej zakorzenioną w Bejrucie. Filipina poniosła chyba największą wojenną ofiarę. Jej matka najpierw ukatrupiła boga kałasznikowem, by potem zostać ukatrupioną przez izraelską bombę. Oboje usiłują zajrzeć w siebie i zbliżyć się na tyle, by odnaleźć bezpieczną przestrzeń. Taką, w której znajdzie się cisza, gdy usłyszeć można dźwięki wydawane przez banany. Bo bohaterowie Temelkuran przycupnęli gdzieś na chwilę i chcieliby otrzymać choć namiastkę spokojnego świata. Takiego, w którym można usłyszeć subtelne dźwięki – różne od bomb, ludzkich nawoływań, od wojennej kakofonii.

Niemym bohaterem jest Bejrut. Miasto różnorodności, ludzi o złamanych sercach. Miasto gniewu i przemocy oraz wielkiej czułości jednocześnie. Miejsce, gdzie prawdziwe bohaterstwo bardzo często kryje się w cieniach smutku. Bejrut opowiada się sam. To nie tylko błyskotliwa personifikacja, której autorka użyje w jednym z rozdziałów. To miasto, w którym jak nigdzie indziej można naprawdę poznać skomplikowanego ducha Bliskiego Wschodu. Bo Bejrut nosi w sobie znamię wojny i rodzi życie w wojennych ruinach. Podzielony, wciąż na nowo odtwarza swą skomplikowaną tkankę miejską – by nieść nadzieję, jednoczyć ludzi, wydobywać z nich pasje i skryte marzenia oraz by pogrążać ich w mroku, gdy wściekłość i przemoc ponownie przypominają o sobie.

Temelkuran napisała przejmującą narrację o Libanie, która razem z książką „Jalo” Iljasa Churiego tworzy piękny i nostalgiczny dwugłos o miejscu, gdzie chęć życia walczy z wojennym unicestwieniem w wielu różnych wymiarach. Okrucieństwo wojny dotknęło w nastoletnim wieku Jana, który dziś chełpi się podbojami seksualnymi, by z każdą kolejną kobietą zapomnieć o swym naznaczeniu homoseksualizmem. Jan wziął z wojny to, co najgorsze. Zapamiętał ją i zachował w sobie z tą brutalną bezkompromisowością – podobnie jak bohater powieści Churiego. Ta młodość naznaczona wojną będzie stanowić o późniejszej dorosłości pełnej cynizmu i dystansu do świata. Ece Temelkuran chce dać szansę swojemu Janowi tak jak innym bohaterom. Chociażby Deniz, która studiuje i mieszka w Oxfordzie, zdystansowana i samotna. Jej bliskowschodnia tożsamość to tureckie utknięcie gdzieś pomiędzy. Deniz nie należy ani do Wschodu, ani do Zachodu. Decyduje się na podróż do Bejrutu, gdy zrozumie, jak bardzo jest wyobcowana w tym bezpiecznym i sytym świecie, gdzie o Bliskim Wschodzie rozmawia się czysto teoretycznie przy grillu czy dobrym trunku.

Ciekawa jest gra zaimków w poszczególnych częściach książki. Podkreśla dwuznaczność prezentowanych perspektyw. Wciąż jesteśmy mimo wszystko obok zdarzeń i postaci. Wciąż możemy zrozumieć tylko tyle, ile będziemy w stanie unieść. Bo bejrutczycy są niezwykle złożeni, choć wszyscy pragną tego samego – własnego miejsca na ziemi oraz własnej uporządkowanej historii. Ece Temelkuran opowie o tym rodzaju złożoności ludzkiej natury, który wynika z przynależności do kraju i regionu naznaczonych przez skrajności i przemoc. O niej samej, w wojennym kontekście, opowiada doktor Hamza, ojciec Filipiny. Jego wstrząsające i czułe listy to opowieść o tym, ile jest wojennych frontów i jak bardzo wojna może wejść pod skórę. „Odgłosy rosnących bananów” będą zatem książką w pewnym sensie rozliczeniową. Zadającą wiele niewygodnych pytań i portretującą żywe miasto poprzez biografie jego mieszkańców. To książka, w której Wschód i Zachód naprawdę się spotkają. Staną obok siebie w niezdecydowaniu i zaskoczeniu. Chodzi o to, by zrozumieć wieloznaczne nieszczęście i cierpienie. Wiedzieć, że na nim także można, a nawet trzeba budować nowe życie. Własny dom. Własną opowieść. Są rzeczy, których wojna ludziom nie odbiera. Niekiedy je przeklinamy. To pamięć. Temelkuran napisała, w jaki sposób jej bohaterowie mierzą się z zapamiętywaniem i przypominaniem sobie. Proza niezwykła, w której poetyckie metafory łączą się z błyskotliwą ironią i bolesnym naturalizmem. Rzecz, w której spotyka się wiele światopoglądów i kilka tradycji. Opowieść o przemocy, która nie jest stanem naturalnym, i o ludziach usiłujących się z niej wyzwolić. O ludzkiej intymności, którą odbierają przemoc i wojna. O tym, że stwarzamy sobie światy w wyobraźni, by żyć w nich godnie. O niespełnionej obietnicy i tym rodzaju ciszy, za którym każdy z nas tęskni.


PATRONAT MEDIALNY

2016-05-09

"Rausz" Tomasz Białkowski

Wydawca: MUZA

Data wydania: 27 kwietnia 2016

Liczba stron: 432

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Pokłady zła

Wszystkim tym, którzy z trwogą przeczytali „Wybrańców” Steve’a Sema-Sandberga, Tomasz Białkowski – pisarz od lat konsekwentnie opisujący oblicza zła w człowieczeństwie – proponuje fikcję literacką opartą na prawdziwych wydarzeniach inicjujących szereg akcji egzemplifikowanych przez Am Spiegelgrund z opowieści Sandberga. Wydarzenia koncentrować się będą wokół nazistowskiej Action T-4 mającej na celu porządkowanie narodu Trzeciej Rzeszy poprzez eliminację jednostek słabszych, chorych i nieprzydatnych społecznie. Białkowski wprowadzi nas w mroczny świat historycznych faktów, ale jednocześnie nakreśli bardzo sugestywną fabułę z fikcyjnymi postaciami nabierającymi kształtów kogoś realnego. Rausz” jest książką ze wszech miar przerażającą, bardzo trudną do przyswojenia i w swym wyrazie ludzkiej diaboliczności nieprzyzwoicie dobrą, albowiem autor wspiął się na wyżyny swoich możliwości ujawnione choćby w „Teorii ruchów Vorbla” czy świetnej „Zmarzlinie”. Poznamy losy młodziutkiego esesmana. Zaledwie dwudziestodwuletniego chłopca skażonego złem ideologii i potwornością wojny. Tej wojny, która jawi się nam jako zbiorowe szaleństwo, od którego można uciec jedynie w śmierć. Od poczynań Egona von Rauscha nie będziemy mogli uciec. Białkowski przykuwa do fotela, zakleszcza nas w swym przerażającym świecie, pokazuje fragment lokalnej – okołoolsztyńskiej – historii eksterminacji chorych i jednocześnie obrazuje, w jaki sposób zrodził się koszmar Holokaustu. Niemieckie gazowanie nieprzydatnych rodaków to przecież preludium wojennego piekła. Wszyscy – czytelnicy i bohaterowie – znajdziemy się w tym piekle o niewyobrażalnych wręcz rozmiarach.

Egon jest arystokratą, koneserem sztuki, estetą, wielbicielem tańca i łatwych kobiet. Żył pod szklanym kloszem zapobiegawczej matki i jest produktem końcowym inteligenckiego wychowania z dala od tej grupy ludzi, którą nauczył się pogardzać. Dorosły Egon wypiera pewne zdarzenia z przeszłości, jak choćby mroczny incydent z synem podległego rodowi stajennego, który położy się cieniem na późniejsze relacje Egona i Josefa. Pamięta natomiast pustkę po ojcu, który – tak przypuszcza syn – z tylko sobie znanych powodów opuścił go przed laty. Dziś Egon nosi czarny mundur i wiele czarnych myśli w głowie. Jest karny, uporządkowany, podległy rozkazom, bezwstydnie dumny. Ma w pogardzie tych, których nie porządkuje hierarchia wojskowa, do jakiej sam przynależy. Mężczyzna doskonały – fizycznie i mentalnie. Oddany Rzeszy i wierny Führerowi. Gotowy na wykonanie każdego rozkazu. Nieświadomy tego, w co zostaje wmanewrowany. Wtedy już nie jest ukochanym synem swojej matki. Jego świadomość ukształtowała się inaczej, niż oczekiwała tego Gisela. Rodzina von Rauschów kryje wiele mrocznych sekretów, a Egon będzie je poznawał na równi z tajemnicami akcji, do której mobilizuje go Viktor Brock.

Bohater Białkowskiego staje się takim mrocznym posłańcem, który ogarnia jedynie fragment zamierzeń swoich zwierzchników. Wie, że toczy się gra o uporządkowane społeczeństwo niemieckie. Chorych psychicznie, nierokujących poprawy należy poddać utylizacji. Do tej pory osobników takich tylko sterylizowano. Action T-4 ma być szeroko zakrojonym działaniem eliminującym w sposób sprawny i bezproblemowy niepotrzebne jednostki. Misją Egona staje się przekazywanie informacji, a także przyglądanie się niektórym pracom, bo to przecież u boku Herberta Langego odbywa lekcje zabijania, a potem sam będzie w stanie zabić z zimną krwią.

Wiele wydarzeń ma miejsce w wojennym Olsztynie. Kortowo jest miejscem, w którym przebywają ci chorzy, dla których znaleziono już miejsce i czas zakończenia żywota. Von Rausch wtapia się w Olsztyn sportretowany niezwykle mrocznie. To miasto dwuznacznych moralnie postaw, siedlisko ludzi bez sumienia. Domy kryją w sobie potworności, a hotele ludzkie żądze. W tym wszystkim Egon, dla którego pozostaje już tylko równia pochyła. Wkracza w świat niewyobrażalnego okrucieństwa, wielkiej determinacji, równie wielkiego strachu, podłości i podległości w wykonywaniu najgorszych rozkazów. Bohater z czasem uświadamia sobie, iż jego funkcja i porządek świata dookoła nijak mają się do jego wyobrażeń. Stanie przed widmem przerażającego faktu. Zamieni się w ofiarę, ale taką, której czytelnik w żaden sposób nie jest w stanie współczuć.

„Rausz” jest opowieścią o tym, jakie niezgłębione pokłady zła drzemią w każdym z nas. Mogą zostać uruchomione przez siły z zewnątrz, ale człowiek gotowy jest do stworzenia naprędce własnej moralności, by w jej imieniu czynić rzeczy niewyobrażalnie okrutne. Książka Białkowskiego staje się chwilami nie do zniesienia, bo nagromadzenie różnego rodzaju patologii myślowych oraz działań zmierzających do eskalowania przemocy jest olbrzymie. To jednak bezkompromisowa książka, która każe przyglądać się ludzkiemu wstydowi, małości, śmieszności i diaboliczności. Tak, bohaterowie „Rauszu” są diabłami, a wszelkie możliwe interakcje między nimi naznaczone są fatalizmem, niepewnością. Każdy staje w sytuacjach granicznych, w których musi wykazać się obojętnością na zło. Resztki człowieczeństwa, które każą nam trwać przy Egonie, zabierze wir Historii – ludzie w tym wirze cierpią, zagłuszając cierpienie poprzez czynienie zła. Ale to także książka zadająca fundamentalne pytania o odpowiedzialność za ludzkie czyny, która jawi się jako ich konsekwencja – bez względu na kontekst, tragizm wyboru czy brutalność wymuszonych działań. Autor „Drzewa morwowego” dokonuje na kartach tej powieści także prywatnego, regionalnego rozliczenia z bezmiarem ludzkiego bestialstwa. Stara się pokazać, kiedy zaczyna się wspomniane już przeze mnie szaleństwo wojny, a kiedy docieramy do momentu, w którym naprawdę świadomie odpowiadamy za każde uczynione innym zło.

„Rausz” to także opowieść o przewrotności ludzkiego losu i bezmiarze absurdu nazistowskich taktyk, które uderzały w społeczeństwo, ale przede wszystkim w odpowiedzialnych za scenariusze szybkiego końca. To książka, w której śmierć może być wybawieniem od podłości życia – portretowanej wciąż na nowo ze specyficzną świeżością i poczuciem nieskończenia. Nie można odmalować zła czającego się w człowieku. Białkowskiego nie interesuje tylko rys psychopaty. Wręcz przeciwnie – portretuje on ludzi zagubionych, którzy musieli opowiedzieć się po tej przerażającej stronie, a potem sami ugrzęźli w przerażeniu i niemocy. „Rausz” przewrotnie opowiada też o banalizacji zła oraz o tym, że możemy je przyjąć do świadomości jako coś oczywistego. Ani przemoc, ani zło nie są czymś ludzkości naturalnym. Białkowski prowadzi nas w przewrotny sposób tam, gdzie jedno i drugie ma szansę się narodzić. Opowiada o machinie samounicestwienia. O zbrodni bez kary i o złu sankcjonowanym na wiele chorych sposobów. Przejmująca i hipnotyzująca opowieść.

2016-05-06

"Jakby nikogo nie było" Marco Magini

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 10 maja 2016

Liczba stron: 240

Tłumacz: Agata Pryciak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 32 zł

Tytuł recenzji: Piętno zbrodni

Każdy, kto przeczytał wstrząsający reportaż Eda Vulliamy’ego „Wojna umarła, niech żyje wojna”, zaskakująco słabo promowany w Polsce tak jak zaskakująco niepopularny w Europie, powinien przeczytać powieść Marco Maginiego. To beletrystyczne spojrzenie na okrucieństwo wojny bałkańskiej zogniskowane na masakrze w Srebrenicy, której przyglądamy się z trzech perspektyw: żołnierza zabijającego jeńców, uczestnika wojskowej misji pokojowej patrzącego bezradnie na grupowanie Muzułmanów kierowanych na rzeź oraz sędziego Międzynarodowego Trybunału Karnego, który musi określić rodzaj popełnionej winy i wymierzyć karę przyznającemu się do zbrodni młodemu człowiekowi. Początkowo wydaje się, że Magini operuje stereotypami. Każdy z jego bohaterów mówi i myśli dokładnie to, co można przewidzieć. Każdy staje się rzecznikiem własnej prawdy i koncentruje na wydarzeniach, które nie dają nam w rezultacie oglądu szerszej perspektywy. Widzimy ogrom zła Srebrenicy, ale nie do końca czujemy jego konteksty. Okazuje się jednak, że ta powieść w przewrotny sposób każe nam spojrzeć na wyrządzone zło, definiując kilka wyraźnych opozycji. Jakby nikogo nie było” to powieść o odwadze i bezradności, o bestialstwie i czułości, o karze oraz wątpliwościach, a w końcu o człowieczeństwie i różnych odcieniach zła. Magini sugeruje nam pewną nieznośną wątpliwość. Każe zastanawiać się nad tym, kto niesie w sobie największą odpowiedzialność za masakrę srebrenicką. Który z bohaterów wyrządza sobie i światu więcej zła? Ten, co zabija na rozkaz? Ten podporządkowany innym rozkazom, który tylko patrzy i nie reaguje na sam początek rzezi? A może ostatecznie ten, który ma podjąć decyzję o tym, jaką karę wymierzyć ludzkiemu trybikowi w machinie okrucieństwa, gdy jedynym dowodem zbrodni jest przyznanie się do winy?

Dražen Erdemović jest postacią rzeczywistą, którą Magini – wbrew wszystkiemu – obdarza chyba największą dozą empatii. Dražen trzeci raz z rzędu wkłada mundur w momencie, w którym po nieudanej emigracji nie jest w stanie niczego innego zaoferować swojej żonie i córce. Będąc żołnierzem, zapewni im utrzymanie. Chce się trzymać z dala od przepełnionych okrucieństwem kolegów. Nie ma zamiaru być wojennym bohaterem w żadnym możliwym znaczeniu tego słowa. Dražen cierpi, dokonując wyboru i przyjmując rozkazy. Stara się zachować człowieczeństwo i godność, nie depcząc przy tym godności innych. Bo inni nie są dla niego wrogami. Sam jest pół Serbem, pół Chorwatem. Nie widzi siebie w roli agresora, nie chce jednocześnie być tym pokonanym. Wykonuje rozkazy przy wewnętrznej niezgodzie na nie. Cierpi, bo w gruncie rzeczy nie chce żadnych podziałów ani wojny. Zostanie postawiony w sytuacji tragicznego wyboru, gdy żaden z wyborów nie będzie słuszna i właściwa.

Dirk w prologu odreagowuje napięcie z misji pokojowej, demolując własne mieszkanie – ostoję spokoju, sytości i gwarancję dobrego życia. Po tym, co przeżył jako żołnierz na Bałkanach, nigdy już nie będzie mógł spokojnie żyć. Dirk zdaje sobie sprawę, że zesłano go do miejsca, z którym nie czuje żadnej emocjonalnej więzi. Z wyższością patrzy na autochtonów, nie rozumie ich konfliktu, stara się zwyczajnie przeczekać swój czas i snuje marzenia o lepszym życiu. Tymczasem jego Holandia jest daleko, a obok pojawiają się ludzie, którymi nie zaprzątał sobie uwagi do momentu kierowania ich na pewną śmierć przez drugą stronę konfliktu. Dirk podczas misji głównie czeka i obserwuje. Zaczyna się przyglądać, tylko patrzy. Na jego oczach rozpoczyna się muzułmańska rzeź, a on pozostaje bezradny, bierny.

Bierność i bezradność wydają się też bliskie sędziemu Romeo Gonzálesowi. Hiszpański prawnik został awansowany i teraz orzeka w sprawach o wydźwięku międzynarodowym. Takich jak ta, w której oskarżonym jest Dražen. Czy zło, jakie wyrządził, można usprawiedliwić? Czy nie jest tak, że nie miał wyboru, musiał zabijać, musiał stać się elementem machiny śmierci? Jak sprawiedliwie orzec w sprawie, która ukazuje nam naiwną ofiarę, prostego żołnierza, swoisty produkt uboczny historycznej machiny niesprawiedliwości? Czy rzeczywiście pojawiają się okoliczności łagodzące dla człowieka, który zamordował kilkadziesiąt osób? Gonzáles, sądząc go, przechodzi trudne chwile. To dla niego raczej ekstremalne doświadczenie. A musi wydać wyrok. Opowiedzieć się po jednej ze stron. Chce, żeby to, co wskaże, było jego ostatnim w życiu prawniczym wyborem. Miotają nim wątpliwości, ale jest pewnego rodzaju determinacja. Jaką decyzję podejmie? Czy skaże oskarżonego?

Marco Magini prezentuje w swej powieści trzy perspektywy patrzenia na zbrodnie. Nieprzypadkowo tylko narracje Dražena i Dirka to narracje pierwszoosobowe, sędziego dystansuje inny rodzaj opowiadania. To trzy męskie konfrontacje z szaleństwem konfliktu, którego zażegnanie nawet dziś do końca nie jest możliwe i o czym przejmująco opowiada wspomniany przeze mnie na wstępie Vulliamy. Ta książka jest dowodem bezsensu bałkańskiej wojny i świadectwem skali zniszczeń, jakie uczyniła ona przede wszystkim w tych, którzy przetrwali. Dražen jako jedyny postanowił zmierzyć się z upiorami przeszłości i stanąć twarzą w twarz z sądem, wziąć na siebie konsekwencje mordowania. Wielu jego kolegów oddało broń, wróciło do swych rodzin, zaczęło wieść normalne życie. Wielu takich jak Dirk powróciło do swych zasobnych i uporządkowanych życiorysów z niepisanym nakazem wymazania z pamięci okrucieństw, wobec których stali bezsilni. Magini kreśli dramatyczne życiorysy i stawia kilka ważnych pytań. Jednym z nich jest pytanie o to, jakie propagandowe znaczenia ma sąd nad prostym chłopakiem, wykonawcą w zbrodniczej machinie, w rękach decydentów i wojska, pośród których nikt do żadnej winy się nie przyznaje. Jak żyje się po Srebrenicy tym, którzy pozwolili na czystki etniczne, i czy normalne życie kiedykolwiek będzie miało miejsce tam, gdzie zbrodnia naznaczyła ziemię na zawsze?

„Jakby nikogo nie było” to książka wstrząsająca, choć bez elementu zaskoczenia. Mógłby on wystąpić w narracji obrazującej dylematy Gonzálesa, ale włoski autor czyni sędziego dość przewidywalnym, odbierając w znacznej mierze dozę dramatyzmu na rzecz przemyśleń natury filozoficznej, bez których nie można zobaczyć zła w obliczu sądzonego chłopca w zielonej koszuli. Magini pozostawia nas w pewnym niedosycie, ale jednocześnie wyraźnie zaznacza granicę szaleństwa i niepamięci, którą wyznaczyło najbardziej dramatyczne od czasu drugiej wojny światowej ludobójstwo w samym sercu Europy zdystansowanej od tego w takim stopniu, jak zdystansowany jest oddział powieściowego Dirka. Ta literacka fikcja to kolejne mroczne memento czasów, które wciąż mrożą krew i przerażają w wyobraźni.


PATRONAT MEDIALNY

2016-05-04

„Święto trąbek” Marta Masada

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 27 kwietnia 2016

Liczba stron: 576

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Niepokój i histeria

Brawurowy debiut Marty Masady, książka napisana z nerwem, bardzo soczysta językowo i stymulująca wyobraźnię, jest w gruncie rzeczy opowieścią o problemach z tożsamością i poczuciem życiowej porażki, a już samo to nie przekonuje, że będzie oryginalna. I nie jest, niestety. To, co najbardziej zwraca uwagę, to brak jakiegoś punktu kulminacyjnego tej fabuły – momentu zwrotnego albo chociaż sytuacji lub myśli będących podsumowaniem, jakąkolwiek głębszą diagnozą problemu rozbuchanej seksualnie i emocjonalnie teatrolożki z Warszawy. „Święto trąbek” nasuwa kilka prostych, zapewne krzywdzących bohaterkę (i autorkę) stwierdzeń. Po pierwsze – kobieta powinna mieć dziecko, bo to ją emocjonalnie uspokoi. Po drugie – im mniej książek się przeczyta, tym bardziej oczywista i bezproblemowa będzie rzeczywistość wokół. Po trzecie – sytość oraz dostatek są doskonałym fundamentem do histeryzowania i wiecznego utyskiwania na własny stan emocjonalny, niegotowość do trwania. Byt określa świadomość, ale jednocześnie określa ją seksualność. O niej również jest ta książka. Seks Masady to niejako obłąkańcza walka, także walka płci. Dosadność idzie w parze z różnorodnością świadczącą o zrobieniu przez autorkę przeglądu serwisów pornograficznych – jest i pissing, i dildo, i cała masa intensywnych doznań cielesnych. Po czwarte zaś – to wyjątkowo irytująca historia uzależnienia od chama oraz egocentryka roszczącego sobie prawo do kawałka mięsa w łóżku i hipnotyzującego na tyle silnie, że zagubiona w sobie bohaterka jest gotowa oddać mu serce i waginę na każde zawołanie.

Co poza tym? Święto trąbek” to historia nieustannej gotowości na wojnę i jej obecności w trzewiach oraz myślach. Zula Pogorzelska dorasta w cieniu Holokaustu oraz wojny. Wychowana przez dziadka, więźnia obozu Auschwitz, wchłania w siebie jego krańcowe przeżycia, rozwijając latami poczucie winy za swoje życie i adorację dla wszystkich, których zgładził obóz. Czuje się winna za przeszłość, jakiej nie doświadczyła. Zula stale wmawia sobie, że po doświadczeniach drugiej wojny światowej ludzie nie powinni mieć moralnego prawa do tego, by żyć lekko i przyjemnie. Ona tak nie żyje. Ma stabilną sytuację zawodową, wystarczająco dużo pieniędzy, niezależności oraz wdzięku, a jednak wciąż jest łkającą gdzieś w kąciku dziewczynką z deficytem bliskości i przekonaniem, że jakiekolwiek zbliżenie z drugim człowiekiem równa się błyskawicznej utracie. Dziadek gruntuje w niej przekonanie, iż zawsze trzeba mieć się na baczności, zbierać rzeczy oraz wszelkie niewygodne wspomnienia. Wojna może przyjść w każdej chwili i wszystko odebrać. Tyle tylko, że Zula tak naprawdę niewiele ma. Doświadczona utratą rodziny zamyka się w swoim świecie, dociera się z własną samotnością, a potem żali na nią, gdy staje się ona nie do zniesienia. To nie tylko poczucie życiowego rozgoryczenia, to też natrętnie – dydaktycznie wręcz! – podkreślane uczucie nieprzystawalności do świata i niemożności znalezienia harmonii w sobie. Życie Zuli w każdym możliwym wymiarze staje się codziennie nowym polem walki. Wojna rozgrywa się także między jej mózgiem a waginą. Bohaterka spala się w namiętnościach do mężczyzn, bo w świecie Masady każdy osobnik z odrobiną testosteronu, który stanie na drodze Zuli, ulegnie jej urokowi i pozwoli zapomnieć się w mniej lub bardziej wyuzdanych formach miłosnego (nie)spełnienia.

Nowojorska przyjaciółka bohaterki mówi jej, że „opis rzeczywistości nie powinien być dosłowny”, i Zula bardzo się stara, by w jej narracji taki nie był. Chodzi o sferę przekonań, uprzedzeń, wahań, pytań i fascynacji judaizmem portretowanym tutaj z wyjątkową wręcz determinacją, albowiem większość egzystencjalnych dylematów Zuli łączy się ze współczesnym modelem postrzegania tego, co żydowskie. Bycie Żydem ma wiele definicji. Marta Masada opowiada także o żydowskim powojennym nieistnieniu. Przenosi swą bohaterkę do Nowego Jorku i Tel Awiwu, by pokazać różne punkty widzenia na judaizm, różne sposoby odbierania go, ale przede wszystkim zobrazować, czym tak naprawdę dla świata współczesnego jest pojęcie „Żyda” w wielu możliwych znaczeniach. Zula rozprawia się także ze swoją polskością. Z ambiwalencją, która ją męczy, bo nad Wisłą zarówno filosemityzm, jak i antysemityzm mają się bardzo dobrze. Zwłaszcza ten drugi – i tu Masada niezbyt odkrywczo diagnozuje rzeczywistość – w polskiej krwi i mentalności zakotwiczonych wciąż w czasie przeszłym, niechęci i okrucieństwie. Nieprzypadkowo przyjaciółka z dawnych lat okaże się antysemitką. Także nieprzypadkowo nowojorski kochanek Zuli porzuci ją i jej polskość. Nieprzypadkowo również Zula trafi do Izraela, gdzie zostanie uświadomiona, jak to w Polsce z Żydami jest i bywało. A przecież polskość – ze wszystkim, co zasługuje w niej na potępienie – jest czymś, co bohaterka wywozi za granicę i tam stara się ze wszystkich sił obronić, w Warszawie nie będąc już tak pewna swych przekonań.

Skomplikowane relacje polsko-żydowskie obrazować mają barwne namiętności, w których Marta Masada spala swą bohaterkę i jednocześnie odradza ją – po każdym bolesnym doświadczeniu miłosnym Zula niczym Feniks gotowa jest na kolejne i jeszcze następne. Zasadniczo nic jej to nie daje, bo poczucie wyobcowania jedynie się potęguje, a kolejne związki niosą tylko gorycz porażki. Sprawdza się więc jej wewnętrzne przekonanie, że bliskość idzie w parze z utratą. Nie utraci jednak tego, co najważniejsze i co w finale – i prologu – łączy się z filozofią posiadania potomka. Miłość jest grzechem i przekleństwem, a wojenny front uciszy się w Zuli dopiero wówczas, gdy przestanie wchodzić w kolejne toksyczne relacje z mężczyznami. Czy jednak na pewno?

„Święto trąbek” to dość pomysłowo skonstruowana proza, której jednak nie mogę polecić. Historie o nieustannie utyskujących na świat i siebie kobietach koło trzydziestki w różnych kontekstach życiowych zawirowań zalewają rynek wydawniczy w ilościach co najmniej nieprzyzwoitych. To, co Masada ma do powiedzenia na temat polskości oraz skomplikowanych relacji polsko-żydowskich, także jest raczej wtórne. Myślę, że jednymi z najlepszych fragmentów są opisy snów Zuli – enigmatyczne projekcje jej lęków oraz pragnień. To, co dzieje się w jej życiu, trąci nieznośną powtarzalnością i – jak wspomniałem na wstępie – w wirze wydarzeń nie odnajdziemy ani jednego będącego początkiem drogi do harmonii. Tak, dziecko harmonizuje, ale to dość trywialna i nieprawdziwa teza. Sporo w tej książce też nieznośnej pretensjonalności. Jak wtedy, gdy Zula rozczula się nad jazdą metrem czy nad lotem, bo prawdziwie dobrze czuje się jedynie pod albo ponad powierzchnią ziemi. Połączenie erudycji i intensywności seksualnych doznań to także dualizm wykorzystany literacko. Święto trąbek” jest zatem książką, która zwróci na siebie uwagę, ale w moim odczuciu powieścią sporych rozczarowań, mnożącą pytania bez odpowiedzi – takie, które literatura zadawała już wielokrotnie, i takie, które mają nas umieścić w prawdziwym nurcie życia, odrywając jednocześnie od jego stereotypów. Życia wyznaczanego przez traumy i rozczarowania. Z nadzieją, której – a jakże! – przecież nie może zabraknąć. Dlatego ta powieść może po prostu zmęczyć. Nie tylko dlatego, że jest zdecydowanie za długa i kopiuje sytuacje, przemyślenia, konteksty. Jest prawdopodobnie jednym z najbardziej wyrazistych debiutów ostatniego czasu, ale wyrazistość nie niesie w sobie znamion oryginalności. Niestety.

2016-05-02

"Serce umiera ostatnie" Margaret Atwood

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 20 kwietnia 2016

Liczba stron: 382

Tłumacz: Małgorzata Maruszkin

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Projektowane życie

Nowa powieść Margaret Atwood może zaskoczyć. Czego w niej nie ma! Intrygi kryminalne, romanse, groteska i ironia futurystycznego obrazowania świata. Ponadto odważna rozprawa egzystencjalna o ludzkiej godności, o definicji wolności i o tym, jak wiele możemy poświęcić, by prowadzić uporządkowane, pozbawione chaosu życie. „Serce umiera ostatnie” to także mroczny thriller i czuła powieść obyczajowa w jednym. Kanadyjska pisarka tworzy porywającą historię niepozbawioną humoru, w której przeglądamy się z ciekawością i ze wstydem. Wprowadza nas najpierw w świat bez alternatyw, potem w model stabilnego życia, a następnie rozsadza wszystko, bo stajemy się świadkami szpiegowskiej wręcz intrygi, której kolejne etapy zadziwiają surrealizmem i trafnością spostrzeżeń na temat ludzkiej kondycji oraz tego, jak podatny na sugestie może być ludzki umysł. Atwood szarżuje, ale jest tego w pełni świadoma. Całkowicie panuje nad rozszalałym światem przedstawionym i konsekwentnie prowadzi nas ku końcowemu przesłaniu, które już wcześniej staje się dość czytelne. Bo ta powieść ma brawurową i mocno kontrowersyjną konstrukcję, ale wykorzystuje literackie motywy znane od stuleci, budując rzeczywistość z eksperymentami à la Zimbardo i orwellowskim mrokiem, przed którym nikt nie może się schronić.

Nic nowego zatem, ale mimo wszystko oryginalna jakość. Margaret Atwood przenosi nas w przyszłość. W niej wszystko to, co już dzisiaj może spędzać sen z powiek – apokaliptyczny kryzys niszczący wschód Stanów Zjednoczonych, idąca za nim anarchia, wzrost wszelkiego rodzaju przestępczości, pustka wraz z ogromem wysiedleń. A w tym wszystkim para życiowych wyrzutków mieszkających w samochodzie. Stan i Charmaine to jedna z par, którym nie wyszło. Los dał im wiele, ale bardzo szybko to odebrał. Świat okazał się dla nich zbyt bezkompromisowy, zbyt okrutny. Kochają się, jednak miłość to za mało. Cały czas gotowi do ucieczki, wciąż w napięciu i przekonaniu o niepewności jutra. Byli kimś, a stali się ludźmi marginesu, którzy rozpaczliwie uciekają przed beznadzieją i przemocą ogarniającą świat. Brak perspektyw oraz frustracje doprowadzają do tego, że bohaterowie z nadzieją witają propozycję wzięcia udziału w pewnym projekcie zapewniającym im stabilną egzystencję. Wchodzą w to po omacku i w pośpiechu. Są pewni siebie, swoich potrzeb i uczuć, jednak nie spodziewają się prób, jakie czekają na nich w wyidealizowanym świecie Pozytronu.

Autorka "Moralnego nieładu" portretuje projekt, który wciąż na nowo w różnych możliwych wersjach odradza się i działa stymulująco na wyobraźnię ludzi pogodzonych z niedolą. Pozytron ma być szansą godnego życia. Uporządkowanego, odizolowanego od zalewających świat patologii i przemocy. To rzeczywistość, w której socjalistyczne mrzonki łączą się z pułapkami rodem z Orwella, bo twórcy Pozytronu kryją oczywiście swoje paskudne zamiary pod pozorem stwarzania ludziom raju na ziemi. Stan i Charmaine nie mają niczego do stracenia, a wszystko do zyskania. Pod każdą szerokością geograficzną i w każdym czasie znajdą się pary takie jak oni. Dla normalności i spokoju są gotowi poświęcić bardzo wiele. Stan nie wyobraża sobie nawet, do czego zdolna będzie jego partnerka, by utrzymać status quo związku rozpadającego się na oczach kamer, gdy oboje zaczynają podejmować śmiałe flirty i gubią się we własnych emocjach.

„Serce umiera ostatnie” to opowieść o świecie, w którym stymuluje się ludzkie potrzeby. Inwigilowana jest każda sfera życia, ale w imię inwigilacji kupuje się wolność. Pozorną, lecz i taką, jakiej potrzebują wszyscy ci, których życie na różne sposoby zniewoliło. Charmaine jest przekonana o tym, że praca w Pozytronie da jej potrzebną stabilizację. Stan nie jest do końca przekonany, czy wchodzą w dobrą zależność, ale dość szybko dostosowuje się do nowych warunków. Dramat tych dwojga Atwood sygnalizuje nad wyraz czytelnie. To osoby mogące dopasować się do najbardziej nawet skomplikowanego i dwuznacznego moralnie układu, by ocalić resztki zdrowego rozsądku w sobie i dać namiastkę spełnienia. Niewiele potrzeba, by zadowolić ludzi takich jak Stan i Charmaine. Wystarczy uporządkować chaos, w którym tkwią tysiące takich jak oni. Nieważne kiedy i nieważne gdzie. Sukces Pozytronu to sukces o zasięgu symbolicznym. Istota ludzkiego zniewolenia poprzez zagwarantowanie fałszywego poczucia bezpieczeństwa. Bohaterowie Atwood powalczą o to, by nadal być razem. Nawet wówczas, kiedy dowiedzą się o sobie nawzajem rzeczy co najmniej przerażających.

Margaret Atwood odważnie fantazjuje na temat naszych potrzeb w przyszłości, a może przede wszystkim potrzeb od dawna w nas zakodowanych. Wiele można zapłacić za każdą możliwą iluzję bezpieczeństwa. Wiele stracić w sytuacjach, w których poddawani jesteśmy ostatecznym próbom. Bo związek Stana i Charmaine to pewien rodzaj organizmu, na którym przeprowadza się bolesną wiwisekcję. Kochankowie czuli dla siebie i sobie bliscy oddalają się, by potem ponownie zbliżać. Walczą z kolejnym systemem opresji. Jeden się rozpadł i w jego miejsce wkroczył chaos. Próby zapanowania nad nim powodują wejście w kolejną przestrzeń pełną udręki. Bo Pozytron jest światem, w którym więzienie staje się symbolem złudzenia wolności. W tym świecie trzeba walczyć o uczucia i o zachowanie godności. Atwood odziera z tej godności swe chwilami groteskowe, chwilami nad wyraz tragiczne postaci. Każe nam przyglądać się czasowi próby miłości oraz przywiązania. Czasowi próby człowieczeństwa. Bez modyfikacji pamięci, pragnień czy doznań.

Ta przewrotna i niezwykle dynamiczna powieść wciąż na nowo stawia granice między tym, co moralne, a pozbawionym moralności. Między światem uporządkowanych wartości a chaosem ich dewaluacji. Mroczny świat, do którego komizm wdziera się w bardzo specyficzny sposób. Thriller o emocjach i o tym, kim w każdym momencie swojego życia możemy się stać dzięki manipulacjom. Książka o różnych odcieniach moralności, ku przestrodze – bo opisany świat dzieje się tu i teraz, nie jest żadną groteskową futureską.