2023-10-23

„Nic do stracenia” Przemysław Piotrowski

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarna Owca

Data wydania: 25 października 2023

Liczba stron: 400

Oprawa: miękka

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Studium zemsty

Przemysław Piotrowski w swej nowej powieści wydaje się nie mieć nic do stracenia. A być może wszystko. Bo to bardzo skomplikowane, by po „Prawie matki” odsłonić swoją charyzmatyczną bohaterkę Lutę Karabinę w taki sposób, by była wciąż atrakcyjna literacko dla czytelników. Pierwsza powieść o niezłomnej kobiecie, która ratując swoje dzieci, jest gotowa na absolutnie każde poświęcenie, prezentowała wizerunek wyraźny, sugestywny i obarczony niebezpieczeństwem, że wszystko już w nim zostało odsłonięte. Autor stanął przed nie lada wyzwaniem. Trzeba było opowiedzieć o Lucie po raz kolejny, ale zrobić to w taki sposób, by zaistniała w nowych okolicznościach, innych relacjach, w ponownie zaskakujących kontekstach. Tyle że wszystko już było. Jej determinacja, niezłomność, siła fizyczna, niebywale mocna psychika i zdolność do rzeczy niemożliwych. Jak zatem rozegrać nową historię Karabiny? Przecież nie można bazować tylko na schemacie matki obsesyjnie skoncentrowanej na losie swoich dzieci, którym dzieje się krzywda.

„Nic do stracenia” jest ciekawie przemyślaną powieścią, w której Piotrowski tworzy pogłębiony wizerunek bohaterki przede wszystkim dzięki opozycji z innym bohaterem. Pojawi się tu ktoś, z kim Karabina przeszła bardzo wiele, a sugestywne retrospekcje, w których autor posługuje się ulubionymi przez siebie i świetnie dobieranymi hiperbolami, uwiarygodnią skomplikowaną, a przy tym silną relację dwójki ludzi obarczonych wojennymi traumami. Karabina nie będzie zatem odsłaniana nam tylko w tym, jak działa, ale także w tym, jak ukształtowały się jej światopogląd, moralność, jak będzie stać w opozycji do partnera swoich nowych poczynań. Krótko mówiąc: trafiony pomysł. Z jednej strony utrwalony wizerunek bezkompromisowej wojowniczki, która nie ugnie się przed niczym. Z drugiej jednak – widzimy, kim Karabina jest naprawdę, przede wszystkim w sposobie, w jaki postrzega działania człowieka, który stanie u jej boku w walce z kolejnym wyzwaniem. Nieświadoma tego, że ten człowiek rozgrywa tu swoją własną grę. Bo bohaterka Piotrowskiego jest piekielnie inteligentna i zawsze czujna, jednak da się zwieść pozorom. A raczej stanie się w nowej powieści nieprzystającą do wizerunku z „Prawa matki” marionetką, która nie jest w stanie się zorientować, w jaką grę ktoś jej każe zagrać.

Ta książka jest bardzo dobrym świadectwem tego, że bliskość autora z wykreowanymi bohaterami pozwala mu uwiarygodnić ich jeszcze bardziej, choć pozornie tło intrygi sensacyjnej (bo jest to przede wszystkim świetna książka sensacyjna) wydaje się wtórne. Nic podobnego. Podoba mi się to, w jaki sposób Piotrowski balansuje tutaj między ukazywaniem niezłomności swojej bohaterki a pojawiającymi się w niej wątpliwościami, także natury etycznej. Mimo to fabuła opiera się przede wszystkim na tym, że Karabina zostaje poddana próbie doświadczenia granicznego. W nim pozostaje miejsce na same negatywne emocje, jednakże autor bardzo zgrabnie je niuansuje. Dzięki temu powstaje nietuzinkowa powieść o tworzeniu się struktury zemsty: o tym, jak kształtuje się w świadomości jej wielka potrzeba, oraz o tym, w jaki sposób kierowanie się bolesnym atawizmem zawęża nasze myślenie. „Nic do stracenia” to powieść o tym, co to znaczy zemsta totalna. Obezwładniająca, a jednocześnie determinująca każdy rodzaj działań. W tym wszystkim mroczna i niepokojąca fantazja o świecie zza wschodniej granicy, w którym zaczyna być bardzo niebezpiecznie, napięcie sięga zenitu, a wielki konflikt militarny wisi na włosku. Co wydarzy się w świecie przedstawionym tej książki, zanim Rosja faktycznie wytoczy działa przeciw Ukrainie?

Piotrowski stawia na dynamikę zdarzeń. Jednocześnie stara się o sporą różnorodność, jeśli chodzi o miejsce akcji, co wzmacnia dynamiczność fabuły. Znajdziemy się na tureckiej prowincji (która opowie o Karabinie w kolejnym kontekście ukazującym potencjał tej postaci, kiedy zderzy się jej osobowość z patriarchalną kulturą, w której będzie uchodzić za czarną owcę), w zakazanych dzielnicach Berlina, ale także pośród sztormu na dalekiej północy, bo wyjątkowo wyeksponowane przez warunki atmosferyczne zdarzenia rozegrają się na jednej z norweskich platform wiertniczych. Przemysław Piotrowski operuje również bardzo mocnymi scenami opisującymi ludzką śmierć. Wracają te motywacje działania bohaterów, które czyniły z nich potwory. „Nic do stracenia” operuje taką wizualizacją przemocy, że z jednej strony bardzo boleśnie uderza w nas naturalizm wielu scen. Z drugiej jednak – pojawia się niepokój o to, jak wiele makabry jest w stanie przyswoić odbiorca. Piotrowski nie będzie oszczędzał ani swoich bohaterów, ani też czytelników. Ta droga twórcza to sprawdzony już sposób na popularność literacką tego prozaika. Bardzo mi się podoba to, że wciąż szuka on rozwiązań nietuzinkowych. Że nadal będą w jego książkach obecne śmierć oraz brutalne jej zadawanie, ale za każdym razem będzie się też ujawniać jakaś większa i głębsza fantazja wykraczająca poza świat dekapitacji, strzelaniny czy innych przejmujących obrazów przemocy.

To opowieść o adrenalinie, która rodzi się najpierw z niepokoju, a potem z rozpaczy. O tym, jak piekielnie destrukcyjną moc może mieć, pochodząc z jednego i z drugiego. Historia o ludziach, którzy zapomnieli już o swoim dawnym życiu, bo doświadczyli czegoś, co przewartościowało ich poglądy, a może pogrzebało w światopoglądzie wszystko to, co czyniło z nich ludzi. Bohaterowie sięgają dna, a po chwili mają wrażenie, że doświadczają czegoś jeszcze gorszego. Że można znaleźć się w jeszcze bardziej przerażającej sytuacji. Ekstremalne doświadczenia nie będą udziałem tylko Luty Karabiny, bo Piotrowski przypomni także interesującego bohatera drugiego planu, policjanta o mówiącym wiele nazwisku Szatan tutaj symbolicznie osłabiony fizycznie będzie jednak niezwykle silny we wspieraniu kobiety, która jest dla niego nieukrywanym źródłem podziwu. Karabina i Szatan będą wracać do demonów przeszłości, a i one wrócą do nich. Dlatego lepiej i bardziej komfortowo jest czytać tę powieść ze znajomością „Prawa matki”, bo część motywacji działania bohaterów będzie po prostu bardziej czytelna dla odbiorców.

Jak zawsze u Przemysława Piotrowskiego będziemy mieli do czynienia ze światem pełnym goryczy i rezygnacji, z ludźmi wyjątkowo gorzko doświadczonymi przez los, ale jednocześnie z takimi bohaterami, którzy za wszelką cenę chcą znaleźć jakiś sposób rewanżu za doznane krzywdy – i chęć działania przyciąga do nich uwagę czytających. Dobrze jest spojrzeć na twórczość tego autora także jak na intrygującą sieć diagnoz socjologicznych. Człowiek przyparty do muru to u Piotrowskiego jednocześnie człowiek definiujący na nowo swoją tożsamość. I to są zawsze ponure procesy, a „Nic do stracenia” to kolejna mroczna powieść, która z pewnością zachwyci fanów autora.

2023-10-16

„Mapy naszych spektakularnych ciał” Maddie Mortimer

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 11 października 2023

Przekład: Agnieszka Walulik

Liczba stron: 472

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: Odchodząc

Niezwykła książka. Myślę, że jedna z najbardziej oryginalnych, które ukazały i ukażą się tej jesieni. Na pewno nie do szybkiej lektury. Delektowałem się nią dość długo. Czytałem fragmentami – i tak najlepiej ją oswajać oraz przyswajać. Do kilku z nich się powraca, potem czyta ciąg dalszy, mając inną perspektywę. Nie chodzi tylko o zastosowany zabieg narracyjny, o uzupełnianie się dwóch narracji pochodzących z dwóch różnych płaszczyzn – realistycznej i poetyckiej, w której istotną rolę odgrywa także zapis, bo to również ciekawa powieść pod względem typograficznym. Ważniejsze jest to, w jaki sposób młoda debiutantka opowiada o najtrudniejszej i najbardziej skomplikowanej konfrontacji: kiedy witalność zderza się z bolesną perspektywą rychłej śmierci, kiedy dochodzi do największej zdrady, czyli gdy ciało staje się wrogiem, odmawia posłuszeństwa, zapada się i rujnuje, jednocześnie będąc atakowane, a najbardziej intrygująca opowieść to właśnie narracja agresora, nowotworu.

Pamiętam, jak wstrząsającym doświadczeniem była dla mnie lektura książki „Rak po polsku” Katarzyny Kubisiowskiej. Reportażystka rozmawiała z Cezarym Szczylikiem i Justyną Pronobis-Szczylik na temat kondycji współczesnej polskiej onkologii i tego, w jakiej sytuacji znajdują się jej pacjenci. Historia opisywana przez Maddie Mortimer wygląda zupełnie inaczej – nie tylko dlatego, że swoistą klatką dla bezradnej, obarczonej wyrokiem śmierci bohaterki będzie Londyn, gdzie z pewnością inaczej wygląda codzienność walki z chorobami nowotworowymi. Autorka chce rakowi oddać głos w taki sposób, by był to głos przewodni. Pozornie dominująca realistyczna fabuła coraz bardziej się wykoleja, coraz więcej rozdarć i pęknięć widzimy w narracji, w którą wdziera się zupełnie inny głos. Niby tak samo realistyczny, bo nic bardziej nie boli (!) niż świadomość toczącego nasz organizm nowotworu. Jednakże Mortimer stosuje tutaj oryginalny zabieg, dzięki któremu „Mapy naszych spektakularnych ciał” to książka łącząca specyficzną plastyczność, poetyckość, surrealizm z realistyczną grozą, ale przede wszystkim to powieść konfrontacyjna, kiedy zderza bezradną wobec choroby bohaterkę z tym, w jaki sposób zawłaszczana jest ona przez coś, co komentuje, analizuje, uzupełnia portretowaną rzeczywistość, lecz przede wszystkim proponuje ciekawą intertekstualną grę. Coś, co na początku może wywołać niepokój, a potem coraz bardziej intrygować. Bo jest to historia o nazywaniu – tego, co oczywiste i już nazwane, a jednak domagające się nazywania inaczej. Albo swojego własnego głosu.

Istotna jest tu silna więź matki z córką. Chorująca matka i dziewczynka, która już od najmłodszych lat musi nauczyć się akceptować słabość ciała najbliższej jej osoby. Lia i jej dwunastoletnia córka tworzą swój własny świat – bezpieczny i mający konkretne granice. Poza nimi istnieje okrutna rzeczywistość, do której obie nie chcą się zbliżać. Okazuje się, że wyobraźnia matki i córki nie zna jednak żadnych granic. Ich słowne asocjacje, nazywanie rzeczywistości po swojemu, komunikowanie się w bardzo charakterystyczny sposób – wszystko to jest świadectwem przede wszystkim wolności Lii mimo okrutnej niewoli choroby. Jeśli nie da się zwerbalizować cierpienia, można próbować opowiadać o odcieniach niepokoju. Mortimer bardzo sugestywnie i z dużą wrażliwością opowiada o rozwoju między matką a córką więzi zacieśniających się wprost proporcjonalnie do tego, jak mocno symboliczną pętlę na szyi Lii zaciska postępujący nowotwór.

Ale opowiadając o relacjach rodzinnych, Maddie Mortimer proponuje jeszcze jedną wzruszającą historię. Potężnej, bezwarunkowej miłości. Uczucia, którym umierającą obdarza jej mąż. Czasem dużo bardziej bezradny wobec choroby niż jego żona. Ale w tej bezradności i zdecydowanie gdzieś na drugim, acz wyraźnym planie Harry jest jedną z piękniejszych postaci literackich. Zwłaszcza dzięki temu, że udowadnia, iż Lia mimo wszystko znalazła poczucie bezpieczeństwa w relacji z drugim człowiekiem. Zaczęła też wierzyć w to, że jest bezpieczna, choć przecież wyrosła w rodzinie ze stygmatyzującym wpływem religii ewangelickiej, w kontrze do której bohaterka wiecznie szukała czegoś, w co można nie wierzyć. Teraz nie wierzy, że wyzdrowieje, ale może wierzyć w swoją wspaniałą córką i męża, którego miłość ją wzmacnia.

„Jedyną rzeczą gorszą od śmierci jest świadomość jej nadchodzenia”. Powieść z gruntu eksperymentalna i nowatorska zawiera także tego typu oczywiste refleksje. Jednakże warto przyjrzeć się temu, w jaki sposób Mortimer ją rozwija. Tutaj batalia toczy się na wielu frontach. To walka nie tylko o zachowanie zdrowia, lecz także tożsamości. Walka ze światem norm, które się rozpadają. Pojęć, które zaczynają być inaczej definiowane. Gdy sposób nazywania rzeczywistości staje się słownikiem z wykropkowanymi miejscami zamiast danych słów. A jednocześnie specyficzną tożsamość ma tu również choroba. Ciało Lii umiera na zewnątrz i walczy wewnątrz. Mamy dwie płaszczyzny opowieści o tym, co znaczy przygotować się do odejścia. Czy możliwy jest jakikolwiek bunt wobec destrukcji fundamentalnej, czyli odmawiającego posłuszeństwa ciała?

„Mapy naszych spektakularnych ciał” to książka obrazująca wyjątkową wrażliwość głównej bohaterki. Chodzi o dobór scen, w których uczestniczy – z życia codziennego, ale również z przeszłości, dość dokładnie tu portretowanej. Mortimer wybiera bardzo specyficzne sytuacje. Opowiada o niuansach ludzkiej duszy w naprawdę finezyjnie dobranych scenach. Codzienne życie toczące się na kartach tej powieści jest życiem zapisanym w takich szczegółach, o których literatura nie opowiada codziennie. Autorka konfrontuje swoją bohaterkę z przeżyciami granicznymi, ale proponuje również spotkania z ludźmi, którzy zapamiętują się w danych wydarzeniach, bo to wszystko – choć codzienne – staje się jednak nietuzinkowe. Jest tu też wiele symbolicznych scen z realistycznego opisu codzienności Lii, których symbolikę potęguje lub wikła uzupełniająca narracja atakowanego ciała kobiety.

To nie tylko wyjątkowo oryginalny pamiętnik walki z chorobą, z którą tak trudno wygrać. To również książka oddająca głos samej chorobie. Maddie Mortimer stworzyła bardzo spójną, choć rozbudowaną powieść, która z jednej strony jest poruszającą historią jako całość, z drugiej jednak – strukturalnie nadaje się do czytania powolnego, smakowania fragmentów, sięgania wstecz i porównywania. Główna bohaterka, „w równej mierze egocentryczna i empatyczna”, usiłuje znaleźć swój głos, by opowiedzieć o cierpieniu, głos z jej wnętrza zaś egocentrycznie skupia się na wykreowanej przez autorkę tożsamości. W grze o przetrwanie nikt nie weźmie jeńców. Opowiadając o doświadczeniu granicznym, Mortimer stara się podważać i dekonstruować każdą granicę stawianą twórcy przez model narracji. I jeśli mieć na uwadze, że jest to literacki debiut, wszystkich nowatorskich rozwiązań narracyjnych autorka używa wyjątkowo świadomie, konsekwentnie i daje swojej powieści możliwość wielu różnorodnych odczytań.

2023-10-10

„Szymek” Piotr Kościelny

 

Wydawca: Wydawnictwo Czarna Owca

Data wydania: 11 października 2023

Liczba stron: 416

Oprawa: miękka

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Bezkarność zła

Ponieważ jestem rówieśnikiem autora, czytanie o czasach naszego dorastania było dla mnie wyjątkowo sugestywne. Doskonale pamiętam wszystkie szczegóły tamtych czasów: od tego, że palono papierosy wszędzie, po wszechobecną boazerię jako synonim domowego dobrobytu. Ale znane jest mi też to, co tkwi w pamięci głównego bohatera, który staje się denatem już na pierwszych stronach powieści. Uczęszczałem do liceum, jednak mieszkałem w internacie technikum. Wiem, co znaczyło być uczniem pierwszej klasy. Co mogło cię spotkać, jeśli nie miałeś ochrony (ja ją miałem, mieszkając w pokoju ze starszymi kolegami z tego samego miasta). „Szymek” nie jest powieścią pełną przejaskrawień czy wyolbrzymień, choć Piotr Kościelny lubi używać hiperbolizacji, co udowodnił na przykład w „Układzie”. Jest to historia o strukturalnej, parszywej i wszechmocnej przemocy, na którą wszędzie było pozwolenie i która mogła rozwijać się bezkarnie. Bo bycie „kotem” nie dawało żadnych przywilejów, wiązało się jedynie z opresją. Nawet tak zwane otrzęsiny organizowane we współpracy z dorosłymi opiekunami w szkole czy internacie były przemocowe i było to w pełni sankcjonowane.

Tym z pewnych powodów prześladowanym i zmuszonym przez to znosić bardzo dużo, jest tu nastolatek, który w rezultacie rzuca się pod pociąg. Sprawą zajmuje się wydział kryminalny, gdzie pracuje alkoholik, który niejednokrotnie myślał o odebraniu sobie życia, lecz zabrakło mu konsekwencji albo desperacji tytułowego Szymka, który po prostu nie zniósł poniżeń i szykanowania. To ma być sprawa do szybkiego zamknięcia, przecież nikt chłopaka przed pędzącą lokomotywą nie postawił. Komisarz Piotr Żmigrodzki ma inne sprawy na głowie. Między innymi rozpamiętywanie traumy sprzed lat, fatalnie zakończonego śledztwa, wywołującego wyrzuty sumienia tak wielkie, jak wielka i rozpaczliwa jest tu potrzeba przynależności portretowanej młodzieży.

Zdecydowanie to nastoletni bohaterowie są tu najciekawsi, a życie Żmigrodzkiego nie wywołuje większych emocji, dodaje tylko odcieni szarości tej książce. Piotr Kościelny po raz kolejny udowadnia, że jest w swym pisaniu absolutnie bezkompromisowy. I jestem pewien, że w niczym nie przesadza, bo sam widziałem i doświadczyłem wiele z tego, co zostaje tutaj opisane. Tymczasem splot nieszczęśliwych okoliczności prowadzi ku drugiej samobójczej śmierci. A istotną rolę w zrozumieniu portretowanego dramatu odgrywa pierwszoplanowa narracja nieżyjącego – przepełniona bezradnością i rozpaczą, lecz jednocześnie niewinna i w jakiś sposób pogodna w porównaniu z tym, jak pokazywany jest cały świat przedstawiony „Szymka”. Dlaczego użyłem tak pozornie nieadekwatnego określenia? Przecież to opowieść chłopaka, który – jak wiemy – niebawem się zabije. Ale ta pogodność dotyczy sposobu, w jaki racjonalizuje on doznane krzywdy. W jaki sposób pomimo bycia krzywdzonym i zaszczuwanym wciąż ma plany, wciąż chce z nadzieją spoglądać na życie i myśleć, że dla niego nadejdzie lepszy czas. Szymek, zanurzony w okrutnym dla niego świecie, jest rozpaczliwie samotny ze swoimi zwyczajnymi oczekiwaniami względem życia. Przez chwilę w czernie i szarości tej powieści wkradają się inne kolory, bo jest mowa także o tym, że chłopak się zakochuje. Ale to jest tylko chwila. Nie ma co się oszukiwać – „Szymek” to powieść dla czytelników o mocnych nerwach, którzy są gotowi znieść wyjątkowo wiele. Każda forma podłości, jaką opisuje tu autor, wynika z konkretnych uwarunkowań. Młodzi są źli, bo kompulsywnie próbują odszukać jakąś przynależność, być częścią grupy – nawet jeśli wiązałoby się to z przewartościowaniami moralnymi i światopoglądowymi. Starsi są źli, bo zbyt wiele zła zobaczyli lub doświadczyli. Ono ujawnia się tu wszędzie, nawet w opowieściach bohaterów epizodycznych. Kościelny w taki sposób prowadzi narrację, że trudno nam to wszystko unieść. Ale my jesteśmy tylko czytelnikami – a pierwowzorami bohaterów tej powieści byli zapewne ludzie, którzy naprawdę to wszystko przeżywali i robili.

„Tu chyba nie ma naszej winy” – wspomina matka nieżyjącego syna, próbując zracjonalizować tragedię, której doświadcza, a nie mając świadomości tego, jaki cios spadnie na nią już za chwilę. A jednak wszyscy są tu winni. Ci, którzy portretowani są jako jawni agresorzy, ale również ci, którzy biernie przyglądają się agresji. Za śmierć Szymka wydaje się odpowiadać cały okrutny świat, przez który autor prowadzi nas w bardzo dynamicznym tempie, za pomocą krótkich scen, bez żadnych zabiegów retardacyjnych, bez wytchnienia i bez możliwości oderwania się od tych wszystkich podłości. Ale to nie tylko powieść, która oskarża. To znakomite studium wyobcowania rozpisane na kilka biografii. To wyobcowanie jest bardzo szczegółowo uzasadniane. Nic złego nie dzieje się tutaj… bez przyczyny tkwiącej w czymś złym. Każdy bezkompromisowy ruch ma swoje konsekwencje. Czasem odnosi się wrażenie, że tylko ci bohaterowie, którzy umierają, mogą naprawdę odpocząć od tego świata.

Świata transformacji. Ogromnych nominałów na banknotach. Niepewności jutra. Świata wyraźnego podziału na majętnych i biednych – a tych drugich jest zdecydowanie więcej. Polska Anno Domini 1994 nie jest wcale rajem kapitalizmu, w którym pojawiają się nowe szanse, możliwości i gdzie znienawidzony system komunistyczny zostaje zastąpiony lepszą opcją. Ma się wrażenie wędrowania w mroku, w jakiejś gęstej smole. Tu nie ma miejsca na nic dobrego, a człowiek mówiący do jednej z bohaterek, że życie jest piękne, wypada groteskowo. „Całe życie jest bez sensu” – mówi jeden z młodych bohaterów epizodycznych. Sens zanika z powodu koncentrowania się na troskach. A one mnożą się, bo przemoc – jak już zaznaczyłem – jest tu wszechobecna. Wdziera się wszędzie i niszczy wszystko. Czy Piotr Kościelny da komukolwiek jakąś taryfę ulgową?

To bardzo ciekawa powieść o tym, jak wielka może być odpowiedzialność za los drugiego człowieka, a jednocześnie historia tego, w jak łatwy sposób można zastąpić odpowiedzialność lekkomyślnością. „Szymek” uwiera swoją koncepcją narracyjną przede wszystkim jako książka o tym, że wspomniana odpowiedzialność może przyjść za późno albo nie przyjść wcale. Z jednego i drugiego rodzą się tragedie. Intrygująca jest także opowieść o bracie młodziutkiego denata stającym się z własnego wyboru częścią zła, ale w tym procesie pozostającym rozpaczliwie samotnym. Tak jak samotny w swym cierpieniu był Szymek, który zdecydował się na samobójczą śmierć. Kościelny pisze kronikę rozczarowań, wstydu, upokorzeń, a także braku elementarnego poczucia bezpieczeństwa. Dlatego ta powieść jest tak bolesna: żaden z bohaterów nie ma się gdzie schronić i albo staje się ofiarą, albo będzie częścią zła. To przerażająca momentami, ale bardzo realistyczna powieść o ludziach, którzy są gotowi na wszystko – w swej rozpaczy, desperacji albo we wściekłości. Trudna do zaakceptowania, ale na pewno ważna dla czytelników urodzonych na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych minionego stulecia, którzy ujrzą szczegóły „Szymka” przerażająco wyraźnie.

2023-10-04

„Pociąg do Imperium. Podróże po współczesnej Rosji” Maja Wolny

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 11 października 2023

Liczba stron: 332

Oprawa: miękka

Cena det.: 59,90 zł

Tytuł recenzji: W ciemność

Maja Wolny – znakomita pisarka pełna czułości w portretowaniu swoich bohaterów literackich – proponuje nam dzisiaj inną książkę. A może nie do końca tak jest, bo kiedy przed pięcioma laty zachwycałem się jej „Powrotem z Północy”, poruszającą powieścią o wyobcowaniu, tożsamości i zanikaniu pamięci, miałem wrażenie, że w „Pociągu do Imperium” odnajdę te tematy. Opisywane ponownie z czułością i empatią, bo Wolny jest zafascynowana rejonem świata, który zaczęła przemierzać. Udać się do Rosji po rozpoczęciu przez nią wojny w Ukrainie – to z pewnością coś niezwykłego, choć niestety zdarzają się twórcy promujący siebie na tle wojennych zgliszcz. Maja Wolny będzie z daleka od frontu, choć w tej książce opisze też swoją krótką podróż do Ukrainy w ogniu wojny. „Pociąg do Imperium” jest jak dobrze napisana powieść podróżnicza, choć to przecież reportaż, i to w wielu miejscach znakomity (opis podróży moskiewską taksówką czy scena odbierania dezodorantu na lotnisku). Przede wszystkim to opowieść o miejscu, które się kocha, a jednocześnie czuje się z jego powodu wiele goryczy. Historia tego, jak w dobie wojny z Ukrainą kochają swoją Rosję jej obywatele. Czym jest ta miłość i co za nią stoi. Lecz w dużej mierze jest to rzecz o lęku: o tym, czego Wolny bała się ustawicznie w podróży, ale przede wszystkim o tym, czego lękają się jej rozmówcy, bojąc się zwerbalizować kwestie, które pozostają tu w sferze niedomówień, półcieni. To bardzo mroczna książka – nie tylko dlatego, że opisuje pustkę i mrok w sensie dosłownym. To bolesna opowieść o sile wyparcia, o istocie funkcjonowania w specyficznym porządku spraw życia codziennego i o takim dobieraniu sobie priorytetów, by przetrwać, a jednocześnie nie myśleć, często zapomnieć.

Już w trakcie pracy nad „Pociągiem do Imperium” Maja Wolny opowiadała w mediach społecznościowych o swej podróży, a ja śledziłem te relacje z zapartym tchem. Widziałem setki nieprzychylnych i nienawistnych komentarzy. Wciąż zastanawiałem się nad tym, dlaczego autorka w to brnie. Nadal podróżuje po kraju „zakazanym” dla świata. Zamkniętym przed nim. Po kraju, w którym groziły jej na każdym kroku coraz to nowe niebezpieczeństwa. Tylko dlatego, że ruszyła w podróż, by rozmawiać, szukać prawdy, przyglądać się Rosjanom i zrozumieć ich mentalność. Wnioski wypływające z tej książki nie będą zaskakiwać. Każdy rozsądnie i uważnie przyglądający się rosyjskiemu społeczeństwu z oddalenia nie będzie ani zaskoczony, ani zdumiony refleksjami autorki na temat tego, co widzi i słyszy. Tylko że czytelnik przygląda się z dystansu. A Maja Wolny wjeżdża do Rosji ‒ tam dokąd nikt wjeżdżać nie powinien. Z minimalistycznym ekwipunkiem i belgijskim paszportem umożliwiającym bycie incognito przemierza praktycznie cały kraj – od Petersburga do Magadanu. Ale trafia też w inne miejsca, także za koło podbiegunowe. Wszędzie wyczulona na niuanse i bacznie obserwująca. W „Pociągu do Imperium” znajdziemy przecież obszerne fragmenty autorefleksji. Wolny nie jest to końca pewna tego, jak napisać o swoich przeżyciach, doświadczeniach, spostrzeżeniach. Bardzo dba o warsztat, o formę tej książki. Zastanawia się nad tym, jak pisać ją przejrzyście. Jak właściwie komunikować swoje intencje. W jaki sposób zapisane przez nią zdania dotrą do polskiego odbiorcy, a przede wszystkim – jak zostaną zrozumiane.

Do zrozumienia jest bardzo wiele. Równie wiele nie mieści się w głowie. Maja Wolny spotyka na swojej drodze ludzi, którzy z powodu obecnej sytuacji geopolitycznej są na skraju załamania nerwowego, są z niej dumni albo po prostu znajdują wypracowane od pokoleń sposoby, by nie myśleć o tym, co uznają za niedotyczące ich bezpośrednio. Ta książka przedstawi Rosjan w każdym świetle i nie będzie w żaden sposób tendencyjna, choć autorka wyraźnie opowiada się za sprawiedliwością, logiką i odpowiedzialnością za czyny. Tymczasem rozpoczyna podróż, która już na wstępie jest określona „wyprawą w ciemności”. Podróż po kraju, po którym nie powinna podróżować. Który z różnych powodów powinien odstręczać. A jednak fascynuje. I nie chodzi tylko o to, że Maja Wolny ma w sobie pokłady miłości i przywiązania do Rosji, która zwłaszcza w swej azjatyckiej części jest tu szczególnie ciekawie portretowana. Intrygujące wydają się motywy, dla których matka dwójki dzieci pozostawia bezpieczne i ustabilizowane życie, by z niewielkim bagażem ruszyć tam, skąd wyłonił się w 2022 roku jakiś demon. A może ten demon jest pokłosiem wieków demonicznego funkcjonowania rosyjskiego imperium.

Wolny interesują przede wszystkim ludzie. Nie każdego rozmówcę pyta o stosunek do wojny w Ukrainie, choć każdy w mniejszym lub większym stopniu do tego nawiązuje, nawet podczas krótkich spotkań. Widać, że rozpętana wojna jest obecna w świadomości Rosjan. Ale tkwi w niej również coś, co pozwala w toksyczny sposób odizolować się od koszmaru, jakim jest obecnie życie w kraju, który jest konsekwentnie i coraz silniej izolowany na arenie międzynarodowej. Rozmówcy Mai Wolny wypowiadają się bardzo zachowawczo i wielokrotnie nie ma tu żadnego komentarza autorki do rozmowy, która urywa się w pół słowa, jeśli temat staje się niewygodny. Jednak pisarka jest świadoma tego, co ją czeka w konfrontacjach z ludźmi. Czasem wrogość, zawsze dystans. Podróżuje po kraju, w którym ludzie nie chcą sobie patrzeć w oczy. A jednocześnie wciąż spotyka się z tymi, którzy ofiarowują jej serdeczność i wyjątkową życzliwość. Niekiedy tylko do czasu. Jednakże to potężne przedsięwzięcie, jakim jest podróżowanie po Rosji z niepokojem i fascynacją jednocześnie, nie mogłoby się powieść, gdyby nie przyjaźni ludzie na drodze Wolny. Ludzie, którzy usiłują opowiedzieć o tym, jak silna i jak trudna jest miłość do współczesnej Rosji.

Niektórzy mają dość. Jak prowadząca taksówkę młoda kobieta, która mówi o tym, że chce popełnić samobójstwo. Inni wykazują się zaskakującą wybiórczością empatii – nie interesuje ich umieranie ludzi na wojnie, ale przejmują się niezwykle losami kotów. Bywa, że Wolny słyszy wprost, że wojna jest potrzebna, że wojna to oczyszczenie, że tak naprawdę w tej wojnie gdzieś u wschodnich granic Europy Rosja się broni, nie atakuje. Ważne są tu również społeczne i historyczne konteksty, które pokazują, co Rosjanie robią ze swoją przeszłością, jak mentalnie przystosowują się do zapominania o niej i w jaki sposób dzisiaj chcą za wszelką cenę zachować swoją małą stabilizację. Bo tak się składa, że kochają „okrutną matkę, która straciła rozum”. I kochają ją naprawdę, choć przecież żyją w piekle relacji opartych na nieufności, pośród niebezpieczeństw mówienia czy myślenia o czymś, o czym nie powinno się mówić i myśleć.

„Pociąg do Imperium” to historia drogi, której przemierzanie jest fascynujące i przerażające. Przypomina to podróżowanie bohaterów wspomnianej już powieści Wolny „Powrót z Północy”, jednakże autorka na swej drodze jest również z innymi bliskimi jej twórcami i znawcami rosyjskiej natury. Wędrowanie śladami Ryszarda Kapuścińskiego jest tu akcentowane bardzo często, jednak Wolny nawiązuje też do mistrza opowiadania o rosyjskim mentalnym mroku, czyli do Sergieja Lebiediewa, którego fantastyczna „Granica zapomnienia” jest tu trafnie cytowana. Maję Wolny cały czas interesuje to, w jakich okolicznościach słyszy konkretne odpowiedzi na swoje pytania i co mogło ukształtować taki, a nie inny światopogląd. „Pociąg do Imperium” jest reportażem napisanym prawie jak powieść o przekraczaniu granic niemożliwego. Takich granic, do których przekroczenia nie są zdolni Rosjanie. Uwięzieni w największym kraju świata, który może nie tworzy już łagrów, ale potrafi doskonale uwięzić w mentalnej klatce. Tam małe dzieci panicznie boją się policjantów. Tam można być inwigilowanym wszędzie i przez wszystkich, czego autorka wielokrotnie doświadcza. Ale to także opowieść o tym, w jaki sposób Rosja wykształciła toksyczną zdolność do takiego przywiązywania do siebie obywateli, że kochają ją mimo pustki, okrucieństwa, absurdów i wszystkiego, co odbiera możliwość dążenia do szczęścia.

Dokąd zdąża wojna ukraińsko-rosyjska? Fantazje na ten temat są tutaj liczne i ciekawe. Jedna z tez głosi, że to, co dzieje się obecnie, będzie miało swoje wyraźne konsekwencje dla kolejnych pokoleń. Rosjanie już teraz boją się przyznać, ile potężnych kroków wstecz w rozwoju cywilizacyjnym zrobiła ich ojczyzna. Dlaczego tak wiele rzeczy akceptują, z tak wieloma rzeczami są gotowi się pogodzić? Dlaczego relatywizują zło i czym jest ta relatywizacja? Maja Wolny pozostawi nas ze sporym niedosytem, bo niczego nie zamierza wyjaśniać, ale jest bardzo wyrazista w tym, co pokazuje dzięki swoim opowieściom. Do samego końca konsekwentna i skupiona na działaniu. Do czasu kiedy Rosja zakazała jej wjazdu na swoje terytorium na dwie dekady.

2023-09-27

„Czarny poniedziałek” Agnieszka Graca

 

Wydawca: Wydawnictwo Agora

Data wydania: 27 września 2023

Liczba stron: 384

Oprawa: miękka

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Zbrodnia w mroku

Odkąd wyjechałem z Polski w styczniu, nie tęskniłem ani przez chwilę za niczym, co pozostało w mojej ojczyźnie. Do czasu przeczytania debiutu powieściowego Agnieszki Gracy. Nie chodzi tylko o to, że uwiodła mnie sugestywnie portretowana topografia Krakowa, za którym jednak zatęskniłem, zwłaszcza że rejony opisywane przez autorkę doskonale znam, bo tam mieszkałem. W „Czarnym poniedziałku”, zręcznie skonstruowanym kryminale, miasto odgrywa jedną z głównych ról. W listopadzie, czyli wtedy, kiedy wydaje się najmniej atrakcyjne. A jednak to właśnie wizerunek Krakowa jest tutaj najciekawszy, nawet jeśli ktoś nie poczuł organoleptycznie, czym jest „obślizgła lepkość” krakowskiego powietrza u progu zimy. W mieście duszonym przez smog była policjantka, która stała się detektywką, wraz ze swoim partnerem bada tajemniczą sprawę samobójstwa pewnej kobiety. Klaustrofobiczną atmosferę prowadzonego śledztwa podkreśla i uwypukla opowieść o tym, jak żyje się i funkcjonuje w mieście, w którym już w listopadzie nie można normalnie oddychać. Agnieszka Graca bardzo się stara, by rozmyć tropy intrygi, portretując etapy śledztwa rozgrywające się w ciasnym i dusznym mieście, które na kartach „Czarnego poniedziałku” zyskuje bardzo ciekawy klimat noir. Taka też jest cała ta książka ‒ od początku do końca. Śledząc kroki zmierzające do ujawnienia intrygująco ukrytej zagadki kryminalnej, przemierzamy ulice miasta, w którym listopad będzie synonimem dosłownych oraz symbolicznych szarości. Pośród cieni Graca porusza się bardzo dobrze. I nikt z nas nie będzie się spodziewał, kto w końcu wyłoni się z tego cienia.

Debiutantka nie decyduje się na jakieś spektakularne czy ekscentryczne zabiegi, by rozpocząć swoją powieść. Stajemy w obliczu tajemnicy śmierci, wokół której pojawi się bardzo wiele niejasności. Stoimy na miejscu zbrodni z dwójką głównych bohaterów. Iga i Igor rozważają, co się wydarzyło w listopadową poniedziałkową noc. Dlaczego pewna siebie kobieta sukcesu, piękna i pozostawiająca po sobie złudzenie swojego doskonałego życia, rzuciła się z balkonu na ósmym piętrze, by zakończyć to życie? Wynajęci przez siostrę denatki detektywi mają przed sobą trudne zadanie, a sprawa rzeczywiście wydaje się oczywista już na samym początku, gdyż wiele wskazuje na to, że zmarła cierpiąca na lęk wysokości z pewnością nie pożegnałaby się z życiem w taki właśnie sposób. Jest też dużo więcej nieścisłości. Coraz więcej szarych cieni. Coraz bardziej niejednoznaczne motywacje bohaterów – tych, wśród których być może skrywa się morderca Ewy.

„Czarny poniedziałek” to książka dwutorowo odsłaniająca wizerunki bohaterek. Najciekawsze jest oczywiście portretowanie tej, która odeszła i niczego o sobie nie powie. Były mąż nazywa ją po prostu „zwyczajną kobietą”. Jej przyjaciółka, od której wynajmowała mieszkanie, określa denatkę inaczej: „(…) była sobą, gdy zakładała maskę”. Słowo „maska” jest kluczowe, jeśli chcemy zrozumieć, w jaki sposób Agnieszka Graca opowiada o skomplikowanych zależnościach, w jakie wchodzą bohaterowie, by z różnych powodów trwać w swoich związkach, które ich nie satysfakcjonują. Ale o tym napiszę potem. Wracam do denatki, bo w tej opowieści autorka stosuje z powodzeniem znany z kryminałów zabieg odsłaniania tożsamości kogoś zmarłego za pomocą ukazywania, w jakich relacjach funkcjonował. Tymczasem równolegle odsłaniany jest świat przeżyć i doznań Igi Bagińskiej. Okaże się, że obie kobiety połączy specyficzny rodzaj frustracji oraz rozczarowania światem. A także mężczyznami u swego boku. Bo snując dwie opowieści o silnych kobietach, Agnieszka Graca opowiada jednocześnie o tym, jakie słabości i deficyty ukrywamy, by żyć fasadowo u boku drugiej osoby, z której obecnością związana jest mniej lub bardziej bolesna forma opresji.

Autorka nie ukrywa, że najbardziej interesują ją kobiety. Mężczyźni w tej powieści żyją w świecie własnych oczekiwań, które potrafią realizować w największej nawet hipokryzji. Mężczyźni są tymi, którzy wyznaczają ramy funkcjonowania swoich kobiet. Jedyny wydający się przyzwoitym i nieobciążonym jakimś ciężarem dwuznaczności w portretowaniu swego zachowania to partner zawodowy głównej bohaterki. Ale to zapewne celowo postać papierowa, przezroczysta. Pisząc o każdej z kobiet, Graca sięga do tego, co najważniejsze: najpierw pokazuje to, co oczywiste w życiu bohaterek, a potem nakłada swoje szare narracyjne cienie na każdą z nich. I dzięki temu wizerunki kobiet są tu tak atrakcyjne literacko. Nawet jeśli te kobiety są postaciami epizodycznymi powieści. Jak pewna staruszka dziwaczka, która odegra kluczową rolę w rozwiązaniu zagadki kryminalnej.

„Czarny poniedziałek” postrzegam jako kryminał soczysty, nieoczywisty i bardzo wartościowy. Widać, że Agnieszka Graca sporo przeczytała literatury należącej do tego gatunku, zanim zdecydowała się napisać własną powieść. Świetne jest tu połączenie wątku kryminalnego z obyczajowym. Tak denatka, jak i detektywka uczestniczyły w Czarnym Proteście. Połączyła je chęć sprzeciwu wobec polskiej rzeczywistości coraz bardziej opresyjnej wobec kobiet. Graca nie kryje również, że jej książka ma zawierać także wyraziste stanowisko wobec świata wykreowanego przez współczesną polską politykę. Jednakże nie jest ani oczywista, ani przewidywalna w swoich diagnozach czy sugestiach. Co więcej, potrafi pewne kwestie uczynić nieoczywistymi. Kiedy orientujemy się, że niektóre elementy kryminalnej intrygi stają się banalne. A w tej banalności jednocześnie najbardziej skomplikowane. Dlatego świetny jest tu balans między detektywistyczną dedukcją a bezradnością odbiorcy i bohaterów, kiedy odsłaniane będą kolejne tajemnice – tak pozornie oczywiste, a tak trudne do zrozumienia.

I wracam do portretowania związków, bo tutaj Agnieszka Graca chce mówić głośno i wyraźnie. Znakomita jest scena, w której jedna z bohaterek poprawia ramkę zdjęcia rodzinnego, które krzywo wisi na ścianie. Ona i jeszcze kilka osób gotowi są zrobić wszystko, by wizerunek szczęśliwego życia rodzinnego pozostał nieskalany, choć może być okrutnie fasadowy. W trakcie śledztwa ujrzymy rozłamy, pęknięcia i miraże kilku związków, jednak przede wszystkim przyjrzymy się temu, jak losy bohaterów wyglądają z perspektywy tej, która życie utraciła. Denatka oczywiście nie zabierze głosu, jednak Graca opowie o tym, jak złudne i bolesne życie pełne pozorów prowadzili inni, co odbijało się na kondycji psychicznej tej, która mogła być bliska samobójstwa, jednak z pewnością go nie popełniła.

„Czarny poniedziałek” to w końcu interesująca rozprawa o istocie i celowości macierzyństwa. O tym, w jaki sposób decyzje o posiadaniu lub nieposiadaniu potomstwa kształtują relacje w związkach. Kim stają się dzieci dla swoich rodziców, którym z różnych powodów zaczyna być ze sobą trudno. Graca opowiada zarówno o tym, jak w Polsce trudno być matką, jak również o tym, jak trudno jest nią nie być. Wszystko w atmosferze narastających wątpliwości, kiedy kwestionowane są niektóre życiowe wybory bohaterów. Dlatego ten kryminał jest barwny i nieoczywisty. Agnieszka Graca oprowadzi nas po Krakowie, w którego smogu ukryły się rodzinne tajemnice, lecz również tajemnice tych, którzy z różnych powodów są osobni, samotni. Wszystko napisane żywym językiem i opowiedziane w taki sposób, że intrygujące zakończenie bardzo mocno zapadnie w pamięć.

2023-09-21

„Krzywym pługiem” Itmar Vieira Junior


Wydawca: Wydawnictwo Glowbook

Data wydania: 21 września 2023

Przekład: Eliasz Chmiel

Liczba stron: 280

Oprawa: twarda

Cena det.: 43 zł

Tytuł recenzji: Rozpacz i determinacja

Tak przejmującej brazylijskiej powieści nie czytałem chyba od czasu „Brody zalanej krwią” Daniela Galery. Porównanie z tamtą powieścią nasuwa się samo, kiedy uświadamiam sobie, że tak mógłby brzmieć alternatywny tytuł książki Itmara Vieiry Juniora. Ale obie narracje łączy również głęboka refleksja nad tym, w jak bezkompromisowy i często brutalny sposób bierzemy na siebie brzemię przeszłości swoich przodków, jak nic nie możemy z nim zrobić, jak bardzo bezradni jesteśmy wobec okoliczności, które ukształtowały nasze postrzeganie świata i wrażliwość. Galera opowiadał dużo bardziej kameralną historię niż Vieira Junior. „Krzywym pługiem” to nie tylko znakomita powieść obyczajowa o udręce egzystencji, którą określiły zbiegi okoliczności i historyczne absurdy. To także powieść o tym, co samemu autorowi najbliższe – dotyczące jego pochodzenia oraz badań naukowych, których się podejmował. Mamy tutaj wrażliwość pisarza, ale również czujność oraz drobiazgowość naukowca skoncentrowanego na ważnych kwestiach socjologicznych, antropologicznych, historycznych i przede wszystkim historyczno-społecznych. To książka o Brazylii, która płacze, krwawi, żyje w biedzie i wiecznie doświadcza niesprawiedliwości dziejowej. A raczej opowieść o tych Brazylijczykach, którym w konkretnym miejscu i w danych warunkach żyć po prostu nakazano. To nie tylko rzecz o niewoli jako takiej. Bardziej wysublimowana historia egzystencjalnego piekła rodzącego się z takiego rodzaju nierówności społecznej, w której krzywda i niesprawiedliwość nieustannie przechodzą z pokolenia na pokolenie. Bo to świat, w którym matka gotowa jest zabić własne dziecko, by nie było niewolnikiem. Ale jest tu również pięknie opisana historia pewnej rodzinnej bliskości. Opowieść o więzach rodzinnych mogących przetrwać najgorsze. Poruszająca książka o relacjach z najbliższymi i jednocześnie okrutna powieść o tym, jak trudno tym ludziom uwierzyć w jakiekolwiek lepsze jutro.

Pracują jak niewolnicy. Ich zarządcy mają, czego tylko zapragną, a mogą mieć jeszcze więcej – bo mogą odebrać im absolutnie wszystko. Żyją w społeczności, w której cykl funkcjonowania wyznaczają modlitwy oraz uprawa ziemi. Wiedzą, że przybyli do kraju, w którym nie uzyskają niczego dla siebie, a wciąż będą czyjąś własnością. Wyobcowani, przepracowani, skazani na szereg przeciwności losu – co symbolicznie pokazują dwa żywioły niszczące wszystko wokół, czyli susza i powódź. Skazani sami na siebie, w związku z tym uciekający w stronę metafizyki, dzięki której mogą przez chwilę poczuć, że życie ma cel, a egzystencja nie umyka wraz ze śmiercią, która przychodzi tu bardzo często i zbyt szybko. Tacy są. Tak funkcjonują. Wśród nich dwie szczególne osoby.

Bibiana i Belonizja są szczęściarami. Nie zmarły przed porodem albo tuż po nim. Nie spotkała ich śmierć w wyniku skrajnego ubóstwa. Są jednymi z tych, które przeżyły, a nie było to dane wszystkim z ich rodzeństwa. Dziewczynki poznajemy w strategicznym i symbolicznym jednocześnie momencie fabuły: odkrywają w walizce babki nóż, z którego postanawiają zrobić użytek. Dziecięca niefrasobliwość zdeterminuje ich losy na zawsze. Ale nie będą świadome historii narzędzia, którym wyrządzają sobie krzywdę. Itamar Vieira Junior o ostrzu noża chce napisać dużo więcej, niż mogłoby się to wydawać na początku. W świecie przedstawionym tej powieści wszystko jest podporządkowane bolesnym cięciom. Codzienność jest wyeksponowana w swojej rozpaczy i bezradności, a jednocześnie widać tu również niezwykłą ostrość w panoramicznym obrazowaniu społeczności brazylijskiej prowincji. Miejsca, w którym duchy znajdują kontakt z żywymi, a żywi coraz częściej marzą o tym, by stać się duchami i przenieść do innej przestrzeni, bo ta wyznaczająca ramy każdego żmudnego dnia jest po prostu nie do zniesienia.

Zatem siostry. Wdzięczny i popularny literacki motyw. Itamar Vieira Junior otwiera swoją powieść jednak w tak nietuzinkowy sposób, że ta ważna relacja będzie stale podawana w wątpliwość. Dorastające dziewczynki stają się młodymi kobietami, które doświadczą różnego rodzaju goryczy. W świecie, w którym lepiej nie rodzić dzieci. Gdzie zbliżenie seksualne jest po prostu jedną z wielu rzeczy do wykonania przez tak zwaną gospodynię domową. W świecie, w którym odwieczna harmonia między światem żywych i umarłych wciąż zestawiana jest choćby z tym, jak wiele może determinować kolor skóry. Bibiana i Belonizja to postacie, które pozornie wybierają ciszę, a tak naprawdę ta cisza zostaje im narzucona. Ciekawie przedstawione płaszczyzny narracyjne łączy i uzupełnia jeszcze trzecia ważna narracja. Tak stworzony tryptyk staje się przejmującą opowieścią o kobiecym samostanowieniu w świecie, który ustanowił bardzo konkretne i radykalne prawa. Nie ma tu wolności dla nikogo. Ten świat jest wręcz perfekcyjnie niedoskonały w swym literackim zarysie. Tu nawet pies ma złamaną łapę. Przodkowie rodziny sióstr zostali sprowadzeni do Brazylii jak do więzienia. One dwie również w nim tkwią. Być może przez to, że stają się niewidzialne. Ale dzieje się tak tylko pozornie. Brazylijski prozaik opowie nam nietuzinkową historię emancypacyjną, snując jednocześnie narrację o społecznym i etnicznym wykluczeniu. O tym, że życie jest okrucieństwem samo w sobie, a wybawieniem może być śmierć. Sporo tu umierających ludzi, jednakże nie wszyscy umrą z przyczyn naturalnych. Jest więc mrocznie i groźnie. I są wizerunki silnych kobiet. Tych, które gotowe są mimo przeciwności losu wziąć pełną odpowiedzialność za siebie. Na tyle, na ile pozwolą im okoliczności.

„Krzywym pługiem” to powieść z intrygująco dobranym tytułem, który odnosi się do kilku płaszczyzn tej historii. W swym oczywistym znaczeniu jest po prostu opisem zniekształcenia – takiej deformacji narzędzia, za którą stoi jedynie jego bezużyteczność. I jest tu mowa o tym, co zostało zdeformowane, by narodziły się wyzysk i niekontrolowana potrzeba poniżania, a w ich wyniku cichy smutek i żal, których prawie nikt nie wyraża głośno. A jednak powieściowe siostry stają się tu przykładami nie tylko świadomego dążenia do poprawy bytu swego i ludzi wokół nich, ale są także symbolicznymi przewodniczkami po świecie, którego upokorzenia nikt nie opowiedziałby tak doskonale jak one same dzięki swoim losom.

Itamar Vieira Junior operuje tutaj wieloma przejmującymi scenami, z których niejedna rozpisana jest na kilka bolesnych akapitów. Mocno zapadają w pamięć opisy umierania ojca sióstr czy porodu, ale „Krzywym pługiem” oddziałuje sugestywnie również poprzez to, że jest to powieść napisana pięknym, jednak bardzo uporządkowanym w swej oszczędności językiem. Autor nie zamierza epatować obrazami nieszczęścia. Bardziej zbliża się do niuansowania opowieści o tym, kto i dlaczego jest tu najbardziej nieszczęśliwy. Dwie siostry wybierają swoje drogi pozornie samodzielnie. Każda z nich jednak wraca w pewnym momencie do punktu wyjścia – egzystencjalnej samotności. Jest to opowieść o tym, jak samotnie przeżywa się wiele rodzajów przemocy. O niej Itamar Vieira Junior pisze w zasadzie trzy powieści: jedną portretującą zniewoloną społeczność, drugą opowiadającą o desperacji aktów przemocy, a trzecią o jej strukturalnej sile, bo okazuje się, że przemoc wrosła w portretowanych ludzi, gdyż to ona ich kształtowała od urodzenia.

Jaką diagnozę stawia „Krzywym pługiem”? Nie wydaje mi się, żeby była to powieść w jakikolwiek sposób dydaktyczna. Bardzo ciekawie opowiada o nierównościach społecznych i przekazywanej z rodziców na dzieci bezradności wobec różnych form zniewolenia, jednak najmocniej oddziałuje na wyobraźnię chyba ta najbardziej symboliczna warstwa literacka – bo to przecież powieść o przywiązaniu, miłości, zjednoczeniu w rozpaczy oraz rozpaczliwych próbach bycia lojalnym wobec najbliższych. Narasta tu także napięcie, nie jest to statycznie przedstawiony świat autorskich fantazji. To bardzo bolesne lustrzane odbicie, którego Brazylia pewnie nie chciałaby oglądać. Ale jest to także ważna historia o tym, co tworzy brazylijską tożsamość narodową i kulturową, kto lub co ten kraj dzieli i dlaczego wciąż niesprawiedliwość i przemoc mają się tam tak dobrze. Niewiele w zasadzie wiem o Brazylii, więc nie jest moim zamiarem udowadnianie, jak silnie związana z problemami tego kraju jest recenzowana przeze mnie powieść. Wiem jedynie, że „Krzywym pługiem” to uniwersalna opowieść o tym, jak zdeformowany świat może deformować obszar emocji i uczuć. I jak w takich warunkach mimo wszystko kochać, przywiązywać się do siebie i dawać sobie nawzajem tyle poczucia bezpieczeństwa, na ile pozwalają okoliczności.

2023-09-18

„Mr Loverman” Bernardine Evaristo

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 27 września 2023

Przekład: Aga Zano

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 54,90 zł

Tytuł recenzji: Poszukiwacze

Kiedy przed dwoma laty recenzowałem „Kobietę, dziewczynę, inną”, napisałem na wstępie, że ta książka sama się czyta. I powtórzę się nie tylko dlatego, że znakomitą pracę translatorską nad tą powieścią wykonała Aga Zano, jak zresztą i przy wspomnianej wyżej. Tym razem wydaje się, że Bernardine Evaristo stawia na innych bohaterów, bo przecież na pierwszym planie znajdą się Barry i Morris – wiekowi geje, którzy pragnęliby spędzić wspólnie jesień swojego życia bez ukrywania tego, co ich łączy od wielu dekad. A jednak mam wrażenie, że dzieje się inaczej. Mimo pełnokrwistości obu postaci, w znakomity i trochę zadziorny sposób ze sobą skontrastowanych, najciekawsze wydają się u Evaristo… ponownie kobiety. Te nieobecne i te obecne w sposób stygmatyzujący. Te, o których się opowiada, za które się opowiada, i te gotowe mówić o sobie donośnie oraz dosadnie. Dlatego czytałem „Mr Lovermana” trochę jak uzupełnienie „Kobiety,dziewczyny, innej”, a trochę jak apendyks do „Manifestu”, w którym poznawaliśmy losy córki „brązowego emigranta” walczącej z różnego rodzaju wykluczeniami. Tu będziemy mieli sędziwego „brązowego emigranta”, który przez lata sam się z czegoś wykluczył, hipotetyczną przyszłość ze swym partnerem nazywa „otchłanią towarzyskiego wykluczenia”, a jego samego niekoniecznie interesuje bycie osobnym jako świadectwo własnej wolności, mimo że pochodzi z miejsca, w którym kolonializm krzywdził jego przodków.

Sama historia zapowiada się i rozwija w dość oczywisty sposób. Mężczyzna w jesieni życia, którego pożycie małżeńskie jest udręką i który już na początku powieści deklaruje, że chce wreszcie skończyć z udawaniem, by móc wtulać się w  ramiona ukochanego mężczyzny. Tamten tymczasem pozbył się swojej żony, co było procesem dość kosztownym – przede wszystkim w dosłownym tego znaczeniu. Bernardine Evaristo niczego nie komplikuje, ale przepięknie i zachwycająco autoironicznie niuansuje wszystkie przemyślenia i działania zmierzające do odsłonięcia życiowych tajemnic oraz dążenia do możliwości wykorzystania reszty życia bez bycia cieniem pozbawionym największej satysfakcji – spełnionego związku z ukochaną osobą. Tak więc jest zachowawczy Morris, który cierpliwie (?) czeka na spełnienie obietnicy swego wieloletniego kochanka, że wreszcie po rozwodzie z nim zamieszka, ale mamy także dużo ciekawszego Barry’ego. Nie tylko dlatego, że ciężar egzystencjalnych rozterek autorka przenosi na jego barki, gdyż Morris jest postacią w pewien sposób oczywistą albo niedomagającą się pogłębionego wizerunku psychologicznego. Barry jest fascynujący jako nieszczęśliwy mąż, niefortunnie postępujący lub płacący za niefortunność życia swoich córek ojciec, niebywale zabawny, a przy tym czuły i empatyczny dziadek nastolatka, który stanie się pierwszym zaskoczonym świadkiem jego tak zwanego coming outu. Ale jest to postać także ciekawa z punktu widzenia tego, jak nazywa i opisuje świat, w jaki sposób werbalizuje siebie w płynnej angielszczyźnie i odziedziczonym z karaibskiej wyspy językiem patois. Barry jest epicentrum frustracji, rozmaitego rodzaju zderzeń, dwuznaczności, różnych rodzajów niepokoju, lecz przede wszystkim jest przezabawnym i ciepłym facetem, w którego blasku opromieniającym pierwszy plan tylko przez chwilę grzeją się wspomniane wcześniej bohaterki.

Nie chodzi wcale o to, że Bernardine Evaristo rozpoczyna od dowcipnego wizerunku żeńskiego towarzystwa kościółkowego, czyli naturalnego środowiska żony udręczonego bohaterka. Carmel jest udręczona przez tego, który sam się dręczy. I zaskakująco sprawnie stworzyła barierę, dzięki której może w swojej samotności być nie tyle nieszczęśliwa, ile raczej obojętna. Wobec męża, który jest wulkanem rozmaitych emocji, gdy usiłuje nazwać swój wieloletni związek inaczej niż metaforą uwięzienia bez możliwości starania się o wyjście warunkowe.

Poszukiwania wolności to główny temat tej wbrew pozorom wielowątkowej powieści Evaristo. Można odnieść wrażenie, że „Mr Loverman” ma taką konstrukcję, by bohaterowie książki najwyraźniejsi byli w tym, co gotowi są poświęcić w imię wolności i dlaczego z różnych powodów są ze sobą nieszczęśliwi. Nie wspominam teraz różnych relacji, bo te dodatkowo wikłają skomplikowane wizerunki postaci. Evaristo nie pozostawia swoich bohaterów i bohaterek poza społecznymi kontekstami. Ani poza uwarunkowaniami, których obraz pisarka nakreśliła w książkach, które polski czytelnik miał już okazję poznać. Zdobywanie wolności to zatem złożony, bolesny i niejednokrotnie wyczerpujący proces. Barry nie wie, jak wydostać się ze swojej matni zniewolenia. Nie definiuje jej wcale tylko smutne pożycie małżeńskie. Barry, stopniowo uświadamiając sobie, jak ważną częścią jego tożsamości jest seksualność i jak zasadnicze idzie za tym przynależenie do pewnej kultury oraz do pewnego środowiska, zaczyna rozumieć, że przynależy do czegoś więcej niż tylko do Morrisa, z którym dziś wiąże go już wierność oparta trochę na przyzwyczajeniu, choć obaj panowie nadal są aktywni seksualnie i wciąż na nowo udowadniają sobie, jak cenne są dla nich nie tylko ich umysły, lecz również ciała. Barry to metafora człowieka niegotowego wejść w taki rodzaj zależności, w którym trzeba poświęcić nieco więcej niż modyfikację światopoglądu. W tym znaczeniu siedemdziesięcioczteroletni Barry wciąż jest zagubionym w świecie dzieciakiem, którego nikt nie chce albo nie może poprowadzić przez chwilę za rękę.

„Mr Loverman” to książka w znakomitym stylu demaskująca mit o tym, że życiowa mądrość ma zawsze przychodzić z wiekiem. Trudno powiedzieć, czy dotychczasowe doświadczenia wszystkich bohaterów nauczyły ich mądrości bądź rozwagi. Każdy członek rodziny Barry’ego z jakiegoś powodu cierpi i wciąż na nowo czegoś poszukuje. Te poszukiwania są tu najciekawsze. Pozornie ukryta w tle żona, piekielne źródło największych problemów Barry’ego, wcale nie musi być tym, kim się wydaje. A wręcz jest to chyba dużo ciekawsza charakterologicznie zagadka tej dynamicznej powieści, biorąc pod uwagę interesującą narrację drugoosobową, pewien istotny głos komentujący poczynania bohaterki.

Antigua i Barbuda – zakładam, że część czytelników nie będzie wiedziała, gdzie szukać tych miejsc na mapie. A ponieważ byłem dobry z geografii oraz interesują mnie historie takich miejsc, do których docierała tak zwana cywilizacja białego człowieka, czytałem Evaristo z jeszcze większymi emocjami, ponieważ to rzecz o dramacie antropocentryzmu, ale i ciekawa rozprawa z tym, w jaki sposób przemocowa historia miejsca, z którego się pochodzi, zakorzenia się i zapamiętuje na zawsze, gdy usiłujemy definiować, czym może być życiowa niesprawiedliwość. Barry wie, że ta niesprawiedliwość to nie tylko fakt, że latami ukrywa się ze swoim ukochanym, wiodąc smutne życie pośród pozorów, z których jego przyjaciel uwalnia się dużo wcześniej. Warto również zwrócić uwagę na to, jakim typem mężczyzny jest właśnie Barry. Co dla niego oznacza opozycyjność wobec kobiety i dlaczego nie chodzi w tym wszystkim tylko o to, że kobiety po prostu nie pociągają go seksualnie. „Mr Loverman” jest więc kolejną ciekawą rozprawą socjologiczną z tym, jak definiuje się płeć, upokarza przez to definiowanie, wprowadza szereg nierówności i wyprowadza w kierunku absurdalnego myślenia, że oczekiwanie szczęścia oraz wolności ma być uzależnione od tego, czy jesteśmy kobietą, czy mężczyzną. Evaristo w każdej powieści jest trochę socjolożką, a trochę publicystką. Tutaj dodatkowo okrasi swoją historię niebanalnym poczuciem humoru, dzięki któremu ujrzy się świat trosk, uprzedzeń oraz różnego rodzaju krzywd, jednak będzie się szło przez życie z takim rodzajem uśmiechu, na który nie mogą się zdecydować postacie, którym w tym życiu towarzyszymy.

Ta książka opowiada o tym, że odwaga bycia sobą to czasem pomoc komuś, kto chce być sobą za wszelką cenę. Ale również napisana w znakomitych proporcjach słodko-gorzkich diagnoz książka o tym, jak żyją w Wielkiej Brytanii potomkowie mieszkańców skolonizowanych terytoriów. Wszystkie postacie w twórczości tej pisarki miotają się nieco ze swoją lub narzuconą sobie brytyjskością. Tu dodatkowo przeczytamy wzruszającą historię o lojalności i o tym, że niektórzy za wszelką cenę chcą zacierać cienie krzywd, które innym wyrządzili. 

2023-09-12

„Zwycięzcy” Fredrik Backman

 

Wydawca: Wydawnictwo Marginesy

Data wydania: 6 września 2023

Przekład: Anna Kicka

Liczba stron: 688

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 59,90 zł

Tytuł recenzji: Zło z prowincji

Wszyscy, którzy przed rokiem z uśmiechem na twarzy czytali „Niespokojnych ludzi” Fredrika Backmana, będą z pewnością zaskoczeni jego nową książką. Nie tylko dlatego, że niewiele będzie tu do śmiechu, a specyficzny humor autora – ujawniany przede wszystkim poprzez komizm słowny w dialogach – nabierze zdecydowanie czarnego charakteru. „Zwycięzcy” to przede wszystkim książka, która znacznie uciekając od stereotypizowania obecnego momentami w „Niespokojnych ludziach” opowie o ludzkiej naturze, ukazując co prawda wiarygodne wizerunki psychologiczne pojedynczych bohaterów, ale portretując głównie zbiorowość. Niesamowita jest empatia, drobiazgowość, czułość wobec szczegółów i wyjątkowo mroczna aura, z jakimi Backman tym razem będzie starał się opisać człowieka. Uwikłanego w skomplikowane i toksyczne relacje, z tendencjami ucieczkowymi, człowieka pogodzonego ze swoim losem albo tożsamego z miasteczkiem, którego czasami nienawidzi. Zasadnicza teza tej książki wskazana jest wyraźnie, ale jej znaczenie odkrywamy dopiero po przeczytaniu całości wraz ze wstrząsającym finałem. Otóż trudno nam walczyć ze złem – w nas i wokół nas. Być może jest to niemożliwe, bo to zło zwyczajnie przychodzi i odchodzi. Szwedzki prozaik spróbuje wypunktować momenty oraz zbiegi okoliczności, w których zło się pojawia. Wdziera się w serca i umysły. Pokazuje ich ruinę. A jednocześnie sieje zniszczenia wokół niczym najsilniejsze tornado.

Björnstad i Hed to prowincjonalne mieściny, które równie wiele łączy, co dzieli. Łączy przede wszystkim hokej. Backman z tej dyscypliny sportowej czyni tutaj fundament kształtowania się ludzkiej tożsamości. Ludzie określają się przez swój stosunek do hokeja. I rywalizują, bo oba miasteczka mają swoje drużyny hokejowe. Nieprawdopodobne jest to, jak wiele będzie się kryło za tym prostym podziałem. U Backmana nic nie będzie proste, bo między miłością a nienawiścią do hokeja skryje się szereg rozmaitych zależności, z powodu których trzeba się opowiadać po którejś stronie, zachować indywidualność i osobiste potrzeby realizowane poza miasteczkami. W tych dwóch ludzkich siedliskach pośród lasów pozornie nic się nie dzieje. A jednak pojawia się ponura diagnoza tej okolicy: to miejsce, „gdzie ludzie nie znoszą wszystkich i wszystkiego”. Do czego to doprowadzi? Jak wyglądać będzie mroczny rewers życia na szwedzkiej prowincji? I czy rzeczywiście tam się żyje, czuje i reaguje na innych ludzi inaczej niż w tak zwanym wielkim i cywilizowanym świecie?

Najciekawiej prezentują się tu wizerunki szwedzkich rodzin. Wszystkie wydają się podobne, lecz każda skrywa swoje tajemnice. „Wszystkie dzieci są ofiarami dzieciństwa swoich rodziców” – ta ciekawa konkluzja będzie nas prowadzić po prywatnych obszarach, w których rozegrały się różne dramaty. Fredrik Backman szczególnie ciekawie przedstawia zderzenia pokoleniowe: rodziców, którzy zastygli w niszczących ich wewnętrznie schematach działania, i dzieci usiłujące z tymi schematami zerwać. Niektóre z nich gotowe są do takich aktów desperacji jak ucieczka w dalekie miejsce. Ale z dwóch wspomnianych miejscowości nie da się uciec, jeśli się tam urodziło lub wychowało. Przestrzeń między miasteczkami staje się klaustrofobiczna. Gromadzi się coraz więcej negatywnych emocji. W tym świecie pojawią się niesprawiedliwość, obłuda, korupcja, a w końcu pewne nabrzmiałe problemy będą nie do zniesienia. I dopiero wtedy „Zwycięzcy” opowiadają o tym… w jaki sposób można stać się przegranym i jak skomplikowane jest wyjście poza zależności prowincjonalnego instynktu stadnego.

Tę słusznych rozmiarów powieść należy czytać bardzo uważnie. Backman świadomie operuje dość drobiazgowymi opisami, które pozornie nie mają większego znaczenia dla rozwoju fabuły. Ta zresztą snuje się w dość charakterystycznym powolnym rytmie. Ale wszystko może okazać się ważne. Na przykład to, że dwie bohaterki, zmierzając ku rodzącej kobiecie, o mało nie potrącają na drodze pewnego czternastolatka. Są w tej powieści symboliczne narodziny, ale równie symboliczne śmierci. Zwłaszcza jedna z nich robi tu wrażenie, bo jest finałem niezwykle mrocznej historii wyobcowania i deprecjonowania czyjegoś cierpienia. Cierpi tu bardzo wiele osób, ale każda z nich pozostaje samotnie z dużą częścią egzystencjalnej boleści. „Zwycięzcy” to bowiem książka o tym, jak można być wyobcowanym w gromadzie i do czego prowadzi izolacja od tej gromady.

Backman sugeruje, że aby zrozumieć ludzi, należy ujrzeć, do czego są zdolni, albo być wyczulonym na to, czego nigdy nie uda im się osiągnąć, choć bardzo by tego pragnęli. To, w jaki sposób powiązanie z rozgrywkami hokejowymi kształtuje mentalność dwóch społeczności, połączone jest również z tym, jak te społeczności można widzieć z większego dystansu. Nawet bez opuszczania jednego lub drugiego miasteczka. „Zwycięzcy” to historia instynktu stadnego, który eliminuje jednostki z różnych powodów niewygodne lub stawiające się na niewłaściwym miejscu. Poza uwarunkowaniami społecznymi. Jest tu sporo osób „spoza”, choć znajdują się w centrum wydarzeń i są bardzo silnie związane ze wszystkimi podłościami, które zamiata się pod dywan. A w tym wszystkim narasta agresja. Fredrik Backman opowie o tym, że agresja jest pierwszym symptomem zła, które rozpanoszyło się i i nie da się go zlikwidować.

Anatomia przemocy i agresji jest tu zarysowana bardzo delikatną kreską. Można odnieść wrażenie, że to, w jaki sposób wzbierają w człowieku pokłady wściekłości, Backman kreśli naprawdę mało wyraźnie. Ale tak to wszystko ma wyglądać. Bo wszystko dzieje się powoli. Całość tej wstrząsającej historii rozpisana jest na blisko siedemset stron. Nie ma tu przypadkowości, o czym wspomniałem wcześniej, ale nie ma również żadnego dydaktycznego tonu, gdyż wszelkie refleksje natury egzystencjalnej tym razem autor serwuje nam jedynie jako sugestie, pozbył się tendencji do wykładów w swojej prozie. I jest coraz mroczniej. To, co miało być dowcipne lub rezolutne, staje się elementem ponurej układanki. Nie mamy pojęcia, w jakim kierunku zmierzamy. Za to wydarzy się coś, co wstrząśnie społecznościami dwóch miasteczek dużo bardziej niż wywoływane wciąż na nowo animozje dzielące i krzywdzące obie strony konfliktu.

„Zwycięzcy” to też wyjątkowo przygnębiająca historia tego, co jesteśmy gotowi poświęcić, by do czegoś przynależeć. Jak bardzo bolesna jest banicja, kiedy środowisko, z którego się wywodzimy, daje alternatywę, dzieli świat na dwie części, wszystko staje się czarne albo białe, nie ma dróg wyboru, bo wielu nie rozumie, czym jest wybór. A jednak pojawiają się odważne postacie gotowe do buntu. Albo zemsty. Lojalność definiują kluby, miasteczka i rodziny. Co się wydarzy, kiedy ktoś zdecyduje się na porzucenie każdej z form tej lojalności? A może bardziej chodzi o to, w jaki sposób na zmiany i niepokoje reagują ludzie, w których odczuciu ustalony rytm życia zawiera każdy oswojony już rodzaj podłości?

Tym razem naprawdę nie będzie tak zabawnie jak w „Niespokojnych ludziach”. Ani też w żaden sposób kojąco, albowiem bolesne prawdy o ludzkiej naturze nowa powieść Backmana przedstawi nam w zaskakująco sugestywnej formie. Wejdziemy do domów ludzi, którzy tworzą rodziny szczęśliwe tylko fasadowo. Wyjdziemy z nich razem z tymi, którzy chcą mocno zatrzasnąć drzwi. Ale wciąż pozostaniemy w tej przeklętej przestrzeni przerażających zależności, poza które tak trudno się wydostać. Nieszczęśliwi rodzice uczynią nieszczęśliwymi swoje dzieci. Wielka sportowa pasja stanie się przyczyną wyjątkowo paskudnych rywalizacji i konfliktów. Jest tu również i humanistyczna nadzieja na to, że ludzkość – ta żyjąca na prowincji oraz gdziekolwiek indziej – nie jest aż tak potworna, jak mogłoby się to wydawać. Ale jedno jest pewne: Backman pokaże, jak działa spirala przemocy. Jak trudno zatrzymać zło wywołane niesprawiedliwością sprzed lat. I ile w tym wszystkim nieświadomości tego, że podąża się po równi pochyłej. Znakomita obyczajówka, która niesie w sobie dużo więcej przesłań, niż można byłoby się tego spodziewać na początku. Historia o tym, że potrafimy mówić, że się nienawidzimy, ale tak naprawdę przede wszystkim się nie rozumiemy i nie chcemy naprawdę zrozumieć.

2023-09-04

„Mam do pana kilka pytań” Rebecca Makkai

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 6 września 2023

Przekład: Rafał Lisowski

Liczba stron: 552

Oprawa: twarda

Cena det.: 64,90 zł

Tytuł recenzji: Bolesna pamięć

Obszerna nowa powieść Rebeki Makkai złożona jest przede wszystkim z tez, wątpliwości i licznych znaków zapytania. Właściwie cała jest zagadką, a jednocześnie przepełniona niepokojem oraz niepewnością głównej bohaterki – której wizerunek psychologiczny wnosi jeszcze więcej tego niepokoju, gdy zorientujemy się, że walczy ona nie tylko z niedającymi jej spokoju wspomnieniami ze szkolnych czasów. „Mam do pana kilka pytań” to świetnie dobrany do tej powieści tytuł, albowiem Makkai nieustannie mnoży rozmaite teorie dotyczące niewyjaśnionych spraw z przeszłości. Jest to jednak proza tak skonstruowana, że napięcie odczuwa się także we fragmentach odnoszących się do teraźniejszości. Sposób, w jaki autorka łączy retrospekcje z relacjonowaniem dylematów swojej bohaterki, której w wielu aspektach daleko do egzystencjalnego spokoju, jest zasadniczą zaletą tej książki, bo dzisiaj trudno utrzymać uwagę czytelnika na ponad pięciuset stronach, a Rebecca Makkai robi to znakomicie. To rzecz, w której padają pytania trudne i jednocześnie oczywiste. Boleśnie retoryczne. Pytania o niesprawiedliwość, powtarzaną krzywdę, o to, dlaczego wobec sprawców nie wyciąga się konsekwencji za strukturalną przemoc wobec kobiet. To też odważna książka o tym, jak ogromne znaczenie dla wymierzania kary adekwatnej do czynu ma to, kim się urodziliśmy, jaki mamy kolor skóry, pozycję w społeczeństwie, a przede wszystkim opinię w nim.

Makkai zaczyna znakomicie. „Kojarzycie ją?” – proste pytanie z jakże istotnym zaimkiem. Tak, tę znaną z codziennego życia. Tę ze szkoły. Tę z pracy. Tę z miasteczka. Tę, której przydarzyło się nieszczęście, ale trudno o nim myśleć jedynie ze współczuciem, bo zaimek jednocześnie upodmiotawia i deprecjonuje. Ta, którą mamy skojarzyć, na pewno pojawiła się w życiu każdego z nas. Jakaś dziewczyna, która stała się ofiarą przemocy. Ta, którą zgwałcono. Ta, której odebrano szansę na dalsze życie. Ona, żyjąca tuż obok, niewadząca innym, czasami przezroczysta, istotna dopiero po swojej śmierci. Zatem kojarzycie ją? Czy może bardziej kojarzycie sytuację, w jakiej się znalazła? Osaczona przez przeciwnika nigdy nieponoszącego kary za zbrodnię, którą popełnił. Ta, której już nie ma. Pozostaje tylko pamięć krzywdy. Albo rozpamiętywanie tego, dlaczego do niej doszło.

Bodie po dwóch dekadach od tragicznego wydarzenia, które na zawsze naznaczyło pewną elitarną szkołę z internatem, powraca do miejsc, gdzie zdobywała nowe doświadczenia życiowe, ale powraca przede wszystkim mentalnie – do zdarzenia wbitego w jej świadomość na zawsze. Rozdarta między dramatami codziennego życia a tym, co i w jaki sposób pamięta, bohaterka usiłuje zrozumieć to, nad czym nikt już nie chce się zastanawiać. Jako charyzmatyczna opiekunka inspiruje młodych ludzi do tworzenia podcastów o intrygujących wydarzeniach z historii szkoły, którą kiedyś skończyła. Jednym z takich wydarzeń była mroczna śmierć siedemnastolatki. Ta, o której się kiedyś mówiło, a potem dość szybko zapomniało, ma imię i nazwisko – to Thalia Keith, dziewczyna utopiona w basenie. Nie ma już osoby noszącej to imię i nazwisko. Jest jedynie to, co pozostało po niej w pamięci innych. A niewielu tak obsesyjnie myśli o tej dziewczynie jak Bodie. Zaczyna się intrygująca i przerażająca podróż w przeszłość. Makkai wraz ze swoją bohaterką zada w tej powieści mnóstwo pytań – nie tylko o krzywdę wyrządzoną Thalii. Bo jest to przecież opowieść o tym, że pewne sprawy dzieją się wciąż na nowo. Wciąż gdzieś ktoś unika odpowiedzialności za przemoc. I zwykle jest to szanowany przez otoczenie dobrze sytuowany biały mężczyzna, gotów popełnić największą zbrodnię bez konieczności poniesienia za nią odpowiedzialności.

Największą zbrodnią, o której opowiada ta powieść, jest zbrodnia niepamięci. Bodie wskrzesza denatkę, poprzez starania, by jej historię ujrzano z innej perspektywy. Nie z perspektywy zamkniętego śledztwa, które ujawniło winnego płacącego teraz za to, co zrobił. Tylko że przed laty wcale nie wydarzyło się to, co funkcjonuje obecnie w świadomości tych, którzy chcą jeszcze pamiętać tamten fragment przeszłości. Jaki związek z dramatycznymi wydarzeniami sprzed lat ma mężczyzna, o którym mówi tytuł powieści? Kim jest pan, któremu Bodie chce zadać kilka zasadniczych pytań, aby uwolnić się od udręki pamiętania krzywdy, za którą stało także wiele mrocznych spraw z jej życia? „Mam do pana kilka pytań” to książka o bardzo przemyślanej konstrukcji. Niepokojące nieścisłości dotyczące zgonu nastolatki pęcznieją tutaj i tworzą fundament dużo bardziej przejmującego niepokoju egzystencjalnego. Bodie jest pełna wątpliwości, a jednocześnie wściekłości i bezradności. Jej dawna koleżanka nie żyje. Ona swoim życiem może dać świadectwo tego, jak mocno zakorzeniają się w nas traumatyczne wspomnienia i jak bardzo można przejąć się losem kogoś, czyj los nie obchodzi choćby w najmniejszym stopniu oprawcy usiłującego uciec przed wymiarem sprawiedliwości.

Pojawia się w tej powieści wyraźnie zaznaczona refleksja, że zwykle nie uważamy kogoś za zdolnego do popełnienia potwornego czynu, ale to wcale nie znaczy, że ten człowiek naprawdę nie jest do tego zdolny. Bodie jest wyrazicielką sprzeciwu i gniewu autorki. Makkai chce opowiadać o wszystkich tych dziewczynach i kobietach, które zostały zdeprecjonowane, które lekceważono w ich cierpieniu, które po swojej śmierci stały się po prostu numerami ewidencyjnymi śledztwa. Śmierć w niewyjaśnionych okolicznościach bardzo ciekawie jest tu wciąż zestawiana z pulsującym niepokojem życia. Można cierpieć w imieniu kogoś, czyje cierpienie już się zakończyło. Można umierać w inny sposób niż podczas brutalnego morderstwa: to śmierć mentalna wynikająca z mnożących się wątpliwości i zagadek. Bodie jest wyrazicielką cierpienia i lęku, których doświadcza przez wiele kobiet. Ale także swoistą ambasadorką dążenia do prawdy o każdym rodzaju ludzkiej podłości. Zaczynając czytać, nie sposób przewidzieć, jak głęboko i boleśnie wedrzemy się w pozornie zamkniętą przeszłość. Jesteśmy opowieścią o krzywdzie przez cały czas, kiedy o niej pamiętamy – to jedna z ciekawych tez, które można wysnuć, czytając Makkai. Druga dotyczy tego, w jakim kierunku mogą prowadzić próby rekonstrukcji zdarzeń, do których nikt z różnych powodów nie chce wracać.

Bodie wraca do miejsca, w którym zdobywała doświadczenie, ale również spotyka się z rówieśnikami. Te konfrontacje będą równie ciekawe jak cały proces odtwarzania mrocznych zdarzeń, by odsłaniać coraz bardziej przerażające szczegóły. Intrygujące jest to, w jaki sposób pamięć zderza się tutaj z mentalnością osób w tak zwanym dojrzałym wieku. Kto i dlaczego usiłuje wyprzeć z pamięci czas przeszły? Kto i dlaczego go zracjonalizował? Z kim tak naprawdę chciałaby porozmawiać Bodie i co się z nią dzieje, kiedy wciąż nie może zapomnieć tego, co było, i nie jest w stanie racjonalnie spojrzeć na wyrok sądu, spojrzeć na skazanego, który przecież jest niewinny?

„Mam do pana kilka pytań” z każdym kolejnym rozdziałem zagęszcza atmosferę podejrzeń, natomiast środek ciężkości rozkłada się tu częściowo na młode osoby, które pod kierunkiem Bodie próbują zajrzeć w otchłań przeszłości. Jeśli jest to książka o obsesji, to z pewnością nie o obsesji pamiętania, która może rujnować. Bardziej o tym, jak obsesyjnie próbujemy jak najszybciej znaleźć oraz ukarać w swojej świadomości sprawcę zbrodni, która czasem jest tak zawikłana, że nie sposób jej zracjonalizować. Makkai opowiada o każdej kobiecej krzywdzie, która nie doczekała się sprawiedliwości w postaci ukarania krzywdziciela. To rzecz o tym, czym jest milczenie wobec krzywdy. Jak się w nim kryjemy i dlaczego tak się dzieje. Główna bohaterka to postać jeszcze bardziej skomplikowana przez to, w jakiej relacji znajduje się ze swoim mężem, co tę relację nadwyręży i co każe Bodie zdawać egzamin z lojalności. W tym wszystkim nieopowiedziana wprost, ale nietrudna do odczytania uniwersalna opowieść o tym, że kobiece krzywdy mają kamienną twarz. Twarz unieruchomioną i zaklętą w ogromie cierpienia, o którym się milczy. Ta powieść sugeruje, że wyobcowanie może być pokłosiem niesprawiedliwości milczenia lub alienacji społecznej. Ktoś komuś wyrządził okrutną krzywdę. Ktoś komuś odebrał życie. To przypadkiem ta, którą znamy, nie my sami. Ale i ta, która szuka sprawiedliwości. Albo stara się zerwać zasłonę milczenia, by zadać niewygodne, lecz ważne pytania. Pełna napięcia, epickiego rozmachu w portretowaniu egzystencjalnych wątpliwości i przede wszystkim bardzo ważna społecznie powieść. Zapada w pamięć. Nawet jeśli pamiętanie będzie niewygodne.