2020-06-05

„Faworyty” Manuela Gretkowska


Wydawca: Znak

Data wydania: 11 maja 2020

Liczba stron: 320

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Władza, pożądanie, miłość

Na temat swojego stosunku do fikcyjnych fabuł Manueli Gretkowskiej wypowiadałem się w omówieniach jej poprzednich książek. Dość powiedzieć, że „Faworyty” – również jako zmyślenie, ale inspirowane historią i będące jej interpretacją – zaskoczyły mnie pozytywnie i mam wrażenie, iż to najlepsza książka Gretkowskiej. Zawłaszczająca i zaborcza jak jej bohaterki. Jednocześnie przemyślanie dosadna – zwłaszcza w budowaniu konkretnych scen, bo myślę, że to rzecz zbudowana przede wszystkim z nich, jako całość fabularnie odrobinę niespójna. Nic to. Czytałem z wypiekami na twarzy. To jest taki świat przedstawiony, w którym wszystko jest symbolicznie i dobitnie brudne. Świat, w którym każda intryga ma w sobie coś z podłości, ale często jest wyrazem rozpaczliwej niemocy, a czasami psychopatycznej wręcz chęci dominacji. „Faworyty” to doskonale zbudowane napięcie świata, w którym każdy gra, każdy dąży do osiągnięcia własnych celów, absolutnie każdy ma rysy, słabości, żyje idiosynkrazjami i rozgrywa przed nami spektakl walki emocji z okrutnymi formami determinacji. Gretkowska opowiedziała o osiemnastowiecznej Polsce w taki sposób, że wciąż można odczytać echa jej prywatnej ideologii. Ale naprawdę imponujące jest to, w jak sugestywny i przemawiający do wyobraźni sposób interpretuje historię. Nie jest dla mnie istotne, czy ją wykoślawia, choć kategoria groteski w portretowaniu na przykład zapatrzenia we francuskie wzory jest tu bardzo ważna i wyrazista. Czytając „Faworyty”, nie myślałem nawet przez chwilę, jak to naprawdę było na dworze Stanisława Augusta Poniatowskiego. Dałem się ponieść nerwowemu rytmowi tej opowieści o namiętnościach, w której postacie kobiet skonstruowane są tak przekonująco, że chwilami czuje się na karku ich oddech, co z różnych powodów wywołuje poczucie dyskomfortu. Ta książka to świetny przykład tego, jak żywa może być opowieść i jak trudno przejść obok tego wszystkiego obojętnie.

Bo w „Faworytach” płyny fizjologiczne mieszają się z namiętnościami – od wściekłości i nienawiści po chęć absolutnego poddania się temu niepokojącemu nurtowi miłości, czyli uczuciu, w które nie warto inwestować, bo zrujnuje plany. A jednak jest tu i intensywność miłości, i potężny ładunek frustracji, jest fascynująca opowieść o zawiści i rywalizacji, ale jest przede wszystkim gorzki obraz Polski – kraju, w którym pośród skrajności dworu i prymitywnych chłopów kryją się głupota, materializm, przekupstwo i przestrzeń, w której nie rozumie się tego, czym jest prawdziwa polityka. Tu i romans stanie się właśnie polityką, każde zagranie będzie zaplanowane, prawie każda emocja jakby antycypowana. Tu także kobieta pokaże, że nie jest tylko owiniętym falbanami pojemnikiem na nasienie. Kobiecość – jak przeczytamy – to konstrukcja. Manuela Gretkowska tworzy architekturę pożądania, gniewu, tęsknoty, manipulacji i wstydu. Wszystko, z czego kobieta może być dumna i czego może się wstydzić, zostanie w tej powieści odsłonięte, udowodnione i zdefiniowane w specyficznych kontekstach.

Jadąca karetą półnaga kobieta, której wizerunek otwiera „Faworyty”, nie pozostawia cienia wątpliwości, kto będzie najważniejszy i na kim skoncentruje się uwaga autorki. Są trzy i każda znajduje się w królewskiej orbicie wpływów nie tylko dlatego, że odwiedzają to samo łóżko i doświadczają bliskości tego samego penisa. Każda z nich kształtuje świadomość Stanisława Augusta Poniatowskiego, ale i jest gotowa zabrać mu część tej tożsamości, wgryźć się w nią zachłannie, porzucić słabszego i niepełnego. Choć jedna z nich naprawdę kocha. Dwie pozostałe definiują miłość i przywiązanie po swojemu. Każda jest czujna, zdeterminowana, gotowa do walki o swoje. Potrafią być czułe i wyrachowane. Są przestrzenią niespełnienia króla, choć przecież posiada je wszystkie, może z nimi robić wszystko i jest w stanie nawet zaciągnąć do łóżka dwie z nich jednocześnie.

Ale król, który już na początku powieści wykrzykuje, że nie może nic, celowo odsuwany jest w kierunku drugiego planu. Nie wszędzie. W scenach ukazujących zbliżenia z kochankami jest traktowany dość przedmiotowo. W relacjach z nimi, kiedy tytułowe faworyty walczą o przestrzeń panowania nad jego emocjami i światopoglądem, Poniatowski jest już pierwszym rozgrywającym. Choć słabym, podatnym na wpływy, niesamowicie samotnym i pogrążonym w tęsknocie za spełnieniem, którego definicją zbyt często jest jego seksualność.

Magdalena Sapieha to ta, która kocha. W przeciwieństwie do pozostałych nie jest jego kuzynką. Kocha prawdopodobnie bezinteresownie i miłością wyzwalającą nie tylko czułość, ale przede wszystkim potrzebę opieki. Wie, że dwie pozostałe gotowe są krzywdzić. Sapieha potrafi zrezygnować z wygodnego życia u boku magnata, gotowa jest poświęcić wszystko. Swój honor łącznie ze swoim łonem. Tylko ona wydaje się grać w otwarte karty. Dla starszej Elisabeth Lubomirskiej Poniatowski jest przede wszystkim politycznym przeciwnikiem. Jej przemyślane intrygi, pełne cynizmu wypowiedzi, wyższość portretowana przez Gretkowską najdoskonalej jak to możliwe, są przejawem tego, że to kochanka specyficznie zaborcza. Ciałem się bawi, umysł chce zdeprawować. Ale i zawłaszczyć. Elisabeth wie, że jest najlepsza z trzech. Kamienna twarz pod grubym makijażem kryje przed królem emocje mogące zabić. Izabela Czartoryska ma w pogardzie męża, który sam wysyła ją do łóżka króla. Chce być jedyna i niepowtarzalna. Chce być wspaniała i adorowana. Nie ma zmysłu cynicznego łowcy, w oczach Elisabeth jest głupią gęsią. To, w jaki sposób Manuela Gretkowska przeprowadzi nas przez świat wzajemnych relacji trzech kochanek Poniatowskiego, będzie w dużej mierze odpowiadało za odbiór całej książki. Teatralnej, przerysowanej, celowo wulgarnej i – jak wspomniałem – w zaplanowany sposób dosadnej. Iskrzącej momentami wszystkich trudnych interakcji. Tych wszystkich złośliwości, napięć, czułości oraz tego, co jest wokół nich udawane. „Faworyty” to teatr mrocznych cieni, w których kobiecość jest drapieżna i fascynująca. Ale to także opowieść, która nie zapomina o swoich męskich bohaterach. Dramat, intryga i konflikt wciąż będą tu się wypowiadać poprzez płeć i poprzez nią wybrzmiewać tak doskonale.

Gretkowska jest celowo teatralna w tych momentach, w których chce napięcie swojej powieści przenieść na czytelnika. Wywołać emocje, umieścić go – czasami w sypialni podczas miłosnych uniesień. Poza tym to książka kilku naprawdę mistrzowsko nakreślonych kontrowersyjnych scen. Jak choćby ta strzelania do kopulujących koni czy seksualnego spełnienia króla, który zjada ulubione ciastko z waginy kochanki. Jak wspomniałem wcześniej, sporo tu niekoniecznie skrywanych poglądów i przemyśleń Manueli Gretkowskiej, która daje tej powieści swoją tożsamość, ale rozprawia przede wszystkim o pewnych uniwersalnych pragnieniach. Niemożliwych do spełnienia między innymi przez to, że jesteśmy dla siebie koturnowi, sztuczni i przepełnieni frustracjami. Ale to naprawdę jest też książka o miłości. O tym, jak definiowano bliskość relacji w osiemnastym wieku i czym pośród tych relacji było państwo podzielone, zatomizowane i niezdolne do stworzenia jakiegokolwiek ładu. Groźna fantazja i przekonujący obraz tego, że namiętność zawsze idzie w parze z potrzebą panowania nad czymś lub nad kimś. Mocna i pozostająca w pamięci książka.

2020-06-03

„Uśpienie” Camilla Grebe


Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 20 maja 2020

Liczba stron: 400

Przekład: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Matczyne determinacje

To moje pierwsze spotkanie z Camillą Grebe, gdyż nie śledzę masowo wydawanych thrillerów skandynawskich, co do których nabrałem już podejrzeń, że bazują na wyeksploatowanych schematach i wciąż na nowo opowiadają o tym samym. Za mną miłe zaskoczenie! „Uśpienie” jest bardzo sprytnie skonstruowaną powieścią, biorąc pod uwagę także jej tytuł. Do połowy – w moim odczuciu – nie dzieje się nic. To byłoby chyba symbolicznym uśpieniem czujności czytelnika. Intrygujący zwrot akcji każe nam jednak uświadomić sobie, że nie zwróciliśmy wcześniej uwagi na coś ważnego. I wtedy zaczyna się naprawdę cała historia, a od powieści trudno się oderwać. Mimo że w pewnym uśpieniu są tu również sztokholmscy policjanci na tropie zwyrodnialca, który masakruje i wrzuca do Bałtyku zwłoki mężczyzn owinięte łańcuchami. Zachowują się trochę jak dyletanci, momentami jak dzieci we mgle. I w gruncie rzeczy nie są chyba potrzebni, bo cała intryga kryminalna rozgrywa się gdzieś poza światem policyjnych podejrzeń. Ekipa mundurowych w zasadzie spisuje tu protokoły i formalnie zatwierdza to, czego nie jest w stanie ogarnąć. Myślę, że to dodaje książce kolorytu. Zwłaszcza że czytelnik sam dość szybko zorientuje się, co naprawdę się dzieje, kiedy już zostanie wybudzony z uśpienia pierwszej połowy lektury.

Grebe stosuje popularny schemat kilku symultanicznych narracji. Dzięki temu osiąga dużo więcej, ale i przyciąga uwagę do swoich postaci. Manfred jest policjantem, który musi mierzyć się z pustką i niepewnością rodzinnej tragedii, bo kiedyś pozwolił na to, by jego dwuletnia córka wypadła przez okno. Wraz z żoną nasłuchują oddechu dziecka wprowadzonego w śpiączkę. W międzyczasie Manfred pracuje, ścigając zabójcę topionych mężczyzn. Tymczasem poznajemy uciekiniera, osiemnastolatka wplątanego w nielegalne interesy. Matka wyrzuca go z domu po tym, jak odkrywa narkotyki. Samuel pozostawiony jest samemu sobie i musi walczyć o przetrwanie. Ale i tak najciekawszą, bo niezwykle dynamiczną i przechodzącą ogromną przemianę postacią jest jego matka Pernilla. Zanurzona w świecie religijnej indoktrynacji, wiecznie posłuszna surowemu ojcu, latami bezwolna i mało samodzielna, uświadamia sobie, że powinna powalczyć o swojego syna. Że pozostał jej tylko on. I tylko Samuel zmobilizuje Pernillę do działań, których nigdy by się nie podjęła. Bohaterka jednocześnie mierzy się z traumami przeszłości i buntuje wobec podległości, która doprowadziła do frustracji. Niepozorna kasjerka z marketu stanie się zdeterminowaną i silną kobietą gotową zrobić wszystko, by wydobyć syna z opałów. Te będą mieć rozmiary, jakich Pernilla nie będzie sobie w stanie wyobrazić. Podobnie jak czytelnik uśpiony monotonną akcją pierwszej części powieści.

„Uśpienie” to brawurowa historia determinacji matek. Jedną jest żona Manfreda, która żyje nadzieją na wybudzenie córki, a wsparcia poszukuje wśród użytkowniczek Internetu mających za sobą podobne doświadczenie. Drugą jest wspomniana Pernilla. Gotowa do rozwiązań ostatecznych, niebywale niebezpiecznej konfrontacji. Matka, która wie, że teraz, gdy syn jest w niebezpieczeństwie, może mu udowodnić miłość i oddanie. Zarzucająca sobie bardzo wiele Pernilla jednocześnie otrząsa się z demonów przeszłości i krytycznie spogląda na dotychczasowy model wychowywania Samuela. Lecz jest jeszcze trzecia matka. Jej determinacja będzie naprawdę wyjątkowa. Bezkompromisowa, szalona, mroczna. Wyrosła z samotności i tragedii. Ale osadzona na psychopatii, której model Camilla Grebe przedstawi wyjątkowo sugestywnie.

Jej powieść zadaje nam pytanie o to, jak często i w jakich okolicznościach we współczesnym świecie wołamy o zainteresowanie dla nas samych. Jak często technologie informatyczne są narzędziami do tego, by pielęgnować narcyzm i egocentryzm. Manfred jest technologicznie wycofany. Ale podgląda to, jak działa w sieci jego żona. Krytycznie ocenia wszystko, co tam znajduje. Uważa, że komunikacja z ludźmi przez Internet nie ma w sobie cech prawdziwych relacji. Że prawdy nie ma tam wcale. Okaże się, że to właśnie dzięki Internetowi nasz trochę mało rozgarnięty policjant ujrzy i zrozumie prawdę. To, co zbuduje mroczny świat przedstawiony. To, co opowie o tęsknocie, poczuciu wyobcowania i rozpaczliwych próbach zwrócenia na siebie uwagi.

Cała historia wspaniale skomponowana jest ze szwedzkimi pejzażami. To kolejny przykład książki mówiącej o tym, że przyroda i otoczenie to bardzo ważne elementy twórczości autorów ze Szwecji. Wykorzystywane zawsze i stale zwracające uwagę na to, że szwedzka natura nigdy nie opuszcza człowieka, choć on sam w różnych okolicznościach jest gotów o niej zapomnieć. Grebe bardzo sugestywnie obrazuje miejsca, w których bohaterowie muszą mierzyć się z trudnościami. Niezmiennie fascynująca jest przestrzeń morza wyrzucająca trupy, którym ktoś zrobił wielką krzywdę po śmierci. Dlaczego jedna z ofiar ma za paznokciami DNA innej ofiary? Co łączy mężczyzn, których wyrzuca Bałtyk? Jaka tajemnica kryje się w pewnym prowincjonalnym miejscu wciąż na nowo niepokojąco atakowanym przez morską bryzę? Pejzaż jest mocną stroną „Uśpienia”, ale na pewno uwagę przykuwa przede wszystkim modelowanie głównej intrygi, która świetnie połączy się z trzema narracjami, kierując czytelnika w zupełnie inny rejon. A jednocześnie kreując takie sytuacje, w których można zadawać sobie pytanie o to, co my zrobilibyśmy na miejscu bohaterów.

Ostatecznie Camilla Grebe pisze przede wszystkim o kilku rodzajach ludzkiej samotności. O tym, że bardzo często ze swoim bólem pozostajemy sami. I równie często chcemy o nim opowiedzieć światu, ale wówczas zniekształcamy zarówno ten ból, jak i okoliczności, w których go doświadczyliśmy. „Uśpienie” jest historią relacji rodzinnych, ale w każdej z tych rodzin pojawia się coś złego, niepokojącego. Grebe nie buduje jakoś bardzo przekonujących portretów psychologicznych, jednak bohaterowie są wiarygodni. Wszystko, o czym opowiada ta powieść, mogłoby się wydarzyć w każdych okolicznościach, niekoniecznie tak pięknych jak te szwedzkie. Myślę, że to także powieść o tym, jak mierzymy się ze zdarzeniami, na które nie mamy wpływu. Również rzecz mówiąca nam, co się dzieje, kiedy jednak na coś wpływ mamy i możemy coś zmienić, zmieniając samych siebie. Myląca i intrygująca powieść, która zostaje w głowie na dłużej. Ktoś traci wszystko, ktoś wszystko zyskuje. Pomiędzy tymi skrajnościami – opowieść o tym, czym jest przywiązanie do dziecka i jak bardzo determinuje działania rodziców. Bardzo ciekawa historia.

2020-06-01

„Dendryty” Kallia Papadaki


Wydawca: Wydawnictwo Wyszukane

Data wydania: 13 maja 2020

Liczba stron: 272

Przekład: Ewa T. Szyler

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Status emigranta

Kiedy czytam, że jakaś powieść obrazuje losy rodziny w kilku pokoleniach, jakoś instynktownie odrzucam te panoramiczne narracje, które wyjaśniają wszystko. Dlatego tak bardzo spodobała mi się powieść greckiej pisarki Kallii Papadaki. Podejmowany przez nią temat, czyli losy emigrantów z Grecji, którzy muszą odnaleźć się i funkcjonować w trudnej amerykańskiej rzeczywistości, domagałby się może epickiego rozmachu, ale pisarka świadomie z niego rezygnuje. Na szczęście. Widać, że umie intensywnie i sugestywnie skondensować wydarzenia. Pokazywać nam rzeczywistość trzech pokoleń jednego rodu w sposób punktowy. Dobiera i prezentuje zdarzenia, które mają kluczowe znaczenie dla dalszego życia bohaterów. Obrazuje także to, w jaki sposób Stany Zjednoczone proponują kilka marnych opcji dalszego życia. Andonis u progu XX stulecia musi walczyć o przetrwanie i ta bezkompromisowa walka czyni z niego potem szorstkiego ojca i męża. Basil wyrasta w patologicznej rodzinie, szybko – w przeciwieństwie do ojca – otrzymuje amerykańskie obywatelstwo, ale Ameryka nie daje mu niczego poza wegetacją w zrujnowanym mieście opanowanym przez przemoc i frustrację. Leto, córka Basila, jak przeczytamy, ma „kiepskie geny”. Czy zdeterminują one jej życie na tyle, by można było je nazwać kiepskim? Papadaki ma wiele czułości dla swoich trudnych w zasadzie bohaterów. Ani Andonisa, ani Basila, ani chyba też Leto nie jest łatwo polubić. Możemy im najwyżej współczuć. „Dendryty” nie będą jednak powieścią do lubienia. To naprawdę kawał przejmującej i bezkompromisowej prozy, w której przed bohaterami co rusz otwierają się drzwi, pojawiają możliwości. A potem los gwałtownie te drzwi przed nimi zatrzaskuje.

Ponieważ jest to debiutancka powieść, w trakcie czytania nasunęło mi się skojarzenie z „Topielą” Junota Díaza. To również skondensowana w treści opowieść o losach emigrantów w USA. Podobieństwo w prezentowaniu losów ojca i syna – w „Topieli” Dominikańczyków, w „Dendrytach” Greków – polega na jakimś smutnym przeświadczeniu, że ten emigrancki fatalizm zabiera się w życie na zawsze, przekazuje swoim potomkom, boleśnie uniemożliwia się im odkrycie czegoś nowego, doświadczenia innej formy życia niż to opresyjne. Papadaki obrazuje ten dramat chyba lepiej niż Díaz, bo to też formalnie inny rodzaj narracji. Na pewno jednak można zauważyć, że skomplikowane relacje ojca i syna coś uzupełniają, a jednocześnie coś sobie wzajemnie odbierają. „Dendryty” w całym swym portretowaniu sugerowanym przez tytuł skupiają się na dwóch mężczyznach osiągających jakiś stabilny status życiowy i zmuszonych do tego, by pożegnać tę choćby chwilową stabilizację. Andonis traci chyba dużo więcej niż Basil. Obaj są też na pozycji przegranej w swoich relacjach od samego początku. Będzie tu mocna, emocjonalna opozycja, będzie wyraźnie nakreślony bunt i będzie jednocześnie jakaś mroczna powtarzalność, kiedy Basil doświadczy czegoś podobnie jak ojciec. Ale w innej sferze, którą można nazwać symboliczną tęsknotą za ojczyzną, wydarzy się coś innego. Grecja stanie się dla Andonisa przestrzenią zamkniętą. Inaczej będzie z jego synem, ale czy Basilowi wystarczy determinacji, aby przywitać się z krajem swoich przodków?

Papadaki opowiada o tym, jak radzimy lub nie radzimy sobie z okolicznościami zmuszającymi nas do emigracji i uniemożliwiającymi powrót. Wszyscy bohaterowie tej książki tkwią w skomplikowanych niemożliwościach. Osiągają niewiele, aby potem to stracić. Tęsknią za czymś, czego nigdy mieć nie będą. Ojciec sentymentalnie wspomina Grecję, pod wpływem wydarzeń bardziej zbliża się z rodakami. Syn wypiera się greckości już od małego, ale jego droga do zrozumienia, czym naprawdę jest tożsamość, wtedy dopiero się rozpoczyna. W buncie i niezgodzie na życie obok upiornej matki i kostycznego ojca. Takim buntem i niezgodą jest Leto. Córka Basila czuje się stygmatyzowana już tym, jakie rodzice nadali jej imię. Dorasta w mieście, w którym co rusz ktoś traci pracę, oszczędności, zdrowie, nadzieję i wiarę w lepszą przyszłość. Leto ku tej lepszej przyszłości chciałaby uciec. Póki co może być tylko gniewem i niedostosowaniem. A obok niej rówieśniczka, tak samo skrzywdzona przez los, choć starająca się bardziej dopasować, za wszelką cenę być tą ułożoną, dobrze się uczącą i taką, która nikomu nie wadzi.

Wizerunki najmłodszych bohaterek wydają się najciekawsze, bo są mocno niedokończone. A właściwie trudno cokolwiek przewidzieć, patrząc na nastolatki tak bardzo skrzywdzone przez złe okoliczności swojego życia. Dzięki tym postaciom „Dendryty” przestają jednak być tak duszne i bezkompromisowe. Papadaki nie chce, by sugerowany przez nią fatalizm rozlał się na całą powieść. Tym bardziej że pisze ją długimi, gęstymi od emocji zdaniami. Takimi frazami, które zawłaszczają całą istotną scenę lub przeżywanie jakiegoś zdarzenia przez bohaterów. Trochę jest tak, jakby te zdania same w sobie tworzyły mikrohistorie. Czyta się to świetnie, tak trochę na wdechu. Wiemy, że każda kolejna kropka pozwoli na moment wyłączyć się ze zdarzeń, ale już za kolejną wielką literą czekają następne intensywne emocje. Dodatkowo autorka bardzo dba nawet o epizodyczne postacie – niby mimochodem, ale wyraźnie i sugestywnie portretuje także tych bohaterów, którzy pozornie dla rozwoju akcji nie są znaczący.

„Dendryty” to też piękny hołd dla Walta Whitmana i miasta jego pochodzenia. Camden staje się pułapką, przestrzenią opresji odbierającą nadzieję. A jednak jest miejscem pewnej przynależności. Być może Basil mógł tę przynależność poczuć w przeciwieństwie do swojego ojca. A może jest tak, że nie miejsce, lecz nasze predyspozycje do pewnych działań i myślenia stwarzają świat wokół wedle określonego scenariusza? Kallia Papadaki opowiada o tym, jak często niewiele zależy od nas samych, gdy wiele rujnują okoliczności. Ale jednocześnie portretuje silnych ludzi w opresyjnych sytuacjach. Pokazuje, jak trudno żyć tożsamością emigranta i czym ona tak naprawdę jest. „Dendryty” to także przejmująca powieść o odrzuceniu, trudności budowania bliskich relacji. O szorstkiej Ameryce, która w kolejnych dekadach XX wieku przestaje być snem, staje się mrocznym upiorem. A mimo to w powieści tak wiele poetyckiej subtelności Whitmana.

Papadaki pisze również o wiecznie groźnym obliczu amerykańskiego rasizmu. Stara się zobrazować, w jaki sposób USA portretowanych dekad tkwi w przemocy i uprzedzeniach. Zabiera nas w historyczną podróż po kontynencie, który piętrzy trudności, nie daje emigrantowi prawa do wzięcia głębszego oddechu. Ostatecznie „Dendryty” to też książka o ludzkiej goryczy i o tym, jak wiele odcieni może mieć rozczarowanie.

2020-05-28

„Kraj nie dla wszystkich. O szwedzkim nacjonalizmie” Wiktoria Michałkiewicz


Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 15 kwietnia 2020

Liczba stron: 288

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Co z tą Szwecją?

Reportaż Wiktorii Michałkiewicz to w moim odczuciu solidnie stworzony chaos. Bardzo rzetelna praca z wieloma przypisami, która próbuje za wszelką cenę stać się całością niosącą jakiś czytelny przekaz. Autorka bardzo się napracowała, ale nie wiem, czy pomogła tym Szwecji, Szwedom, polskiemu postrzeganiu sąsiada z drugiej strony Bałtyku. Problem tego reportażu to brak trzymania się tematu sugerowanego przez tytuł oraz brak opowiedzenia nam czegoś nowego, ważnego i odkrywczego o kwestiach, które Michałkiewicz w swoim stylu próbuje przedstawić. Nie dowiedziałem się o Szwecji niczego, czego już bym nie wiedział. A skoro wiem, że rasizm i Szwecja nie są wykluczającymi się pojęciami, chciałem sięgnąć głębiej, poznać istotę problemu. Nie poczytać o historii Szwedzkich Demokratów, o konserwatywnych partiach interpretujących koncepcję polityczną Folkhemmet, przeczytać jeden wywiad z imigrantem nierozumiejącym istoty szwedzkości i po raz setny dowiedzieć się, że Szwecja to wcale taka neutralna nie była w czasie drugiej wojny światowej.

A skoro miała to być książka o tym, w jaki sposób kształtuje się niepokojący nurt wskazany w podtytule, nie będę chyba na poważnie brał takich sugestii jak zawarta w rozdziale, który opisuje, że w 1948 roku (sic!) w Jönköping Szwedzi pobili Cyganów. To ma być obraz zachęcający do rozmyślań o szwedzkim nacjonalizmie? Bo raczej od 1948 roku chyba w każdym kraju europejskim doszło do pobicia na tle narodowościowym. Gdzie banda głupków wpadnie we frustrację, tam groźny jest narodowy nacjonalizm? Obawiam się, że to nie jest jedyne słabe miejsce tego reportażu. Mam też wrażenie, iż to, co miało być w tej publikacji zawarte, nie zostało usystematyzowane, także w pracy redakcyjnej.

Ta książka nie tylko upraszcza i proponuje nam kilka chaotycznych wycieczek w czasie, w rezultacie czego mamy wrażenie, jakbyśmy byli na dość nieprzyjemnym dla nas rollercoasterze. Michałkiewicz w dużej mierze snuje monolog. Dopiero w połowie książki nieśmiało pojawią się jacyś bohaterowie tego reportażu, rozmówcy autorki. Jest ich niewielu i to sami mężczyźni. Dobrani tak, żeby zaprezentować dwa skrajne stanowiska. Członek Szwedzkich Demokratów, dołączony właściwie jeszcze jeden, bo tak się autorce złożyło, i irański imigrant – brak im wszystkim w zasadzie elementarnej empatii, by szanować inność, i jednoznacznie pokazują, że szwedzka rzeczywistość jest bardzo spolaryzowana światopoglądowo. Nie chodzi mi o to, że autorce łatwiej jest tak operować pewnymi czarno-białymi kliszami, irytuje mnie mocno narzucające się zdanie na temat pewnych kwestii. Nie wystarczy przytoczyć kilku sprawozdań i opowieści z przeszłości, by przekonać, że szwedzki nacjonalizm miał się od zawsze dobrze. Nie wystarczy wyliczenie krzywd, manipulacji i trochę złowrogi ton pisania o tym, jak niebezpiecznie jest kształtować tożsamość narodową na zaprzeczeniach, wyparciach i złości.

Pojawia się w tej książce myśl, wokół której powinna się skoncentrować autorka choćby po to, by osiągnąć efekt przejrzystości i obiektywności opowieści o współczesnej Szwecji, jaką prezentują na przykład „Moraliści” Katarzyny Tubylewicz. Ale się nie koncentruje. To wątpliwość dotycząca tego, czym jest dzisiaj szwedzka tożsamość narodowa. Co wydarzyło się w ciągu ostatnich dekad, że Szwedzcy Demokraci rosną w siłę i zdobywają nowych zwolenników? Brakuje mi tu autentycznego zaangażowania w temat. Takiego ludzkiego, nie naukowego. Wiktoria Michałkiewicz zapewne zna i w dużej mierze rozumie szwedzką mentalność, ale trudno jej tutaj zaprezentować, że Szwedzi na przestrzeni lat pogubili się między innymi w kwestii imigracyjnej czy asymilowania uchodźców w codziennym życiu. Szwecja to przecież duma, solidarność, tolerancja, ale każde z tych pojęć ma dość specyficzne znaczenie. „Kraj nie dla wszystkich” stara się skoncentrować na faktach – to trochę tak, jakby autorka bała się opinii. Albo konfrontacji z takimi, które mogą być niewygodne, niezbyt pasować jej do tezy reportażu. Tezy, która rozmywa się w szeregu przypadkowo złożonych ze sobą rozdziałów. Ta książka nie chce zabierać ze sobą czytelnika. Ona chyba nawet nie chce być blisko ani Szweda, ani imigranta wyobcowanego w Szwecji. Kompletnie nie czuję tego, o czym Wiktoria Michałkiewicz pisze. A przecież wiem, że pisze z troski o współczesną Szwecję, że nie jest to jakiś wydestylowany problem do rozważenia bez czynnika ludzkiego, czyli niepewności.

Można tę rzecz potraktować po prostu jako zbiór ciekawych historii o tym, jaka Szwecja była i jaka się z czasem stała. Rys historyczny stara się uwypuklić, w jaki sposób kraj ten podchodził do zdefiniowania tego, co w drugim człowieku inne. Niepokojące opowieści o Instytucie Higieny Rasy, zachowawczości w pomocy uciekinierom z obozów zagłady czy literackie gloryfikowanie Szweda emigranta, który jest pionierem nowego życia za oceanem (tak, autorka sięga także do Vilhelma Moberga) – to wszystko broni się na zasadzie integralnych tekstów, które zostały przygotowane z pieczołowitością i widać, że Michałkiewicz to zaangażowana badaczka, w żaden temat nie wchodzi pobieżnie. Jak to się w takim razie stało, że tak niewiele ma do powiedzenia o szwedzkim nacjonalizmie? A w zasadzie o tym, jaki on jest w drugiej dekadzie XXI wieku, co się z jego definiowaniem działo kilkanaście lat wstecz i dlaczego w tak mroczny sposób wybrzmiewa rozdział o Szwedzkich Demokratach, przed którymi najwidoczniej i niestety świetlana przyszłość?

A może bardziej chodzi o to, by zdefiniować model spoglądania na siebie w kraju, w którym bardzo ceni się introwertyzm i indywidualność? Może Szwecja to archipelag zaskakujących poglądów i teorii? Przecież ten kraj potrafi wciąż zaskakiwać. Choćby teraz, w swojej brawurowej taktyce wychodzenia naprzeciw pandemii. „Kraj nie dla wszystkich” jest książką, w której wybrzmiewają sugestie, ale nie konstruują się żadne ciekawe tezy. Problem portretowany w ujęciu historycznym ginie gdzieś w przestrzeni współczesności, rozmywa się; nie za bardzo wiemy, jak to z tym nacjonalizmem teraz i czy Szwecja bardziej grozi, czy bardziej zbiera siły do pokazania, że potrafi być bardzo groźna. Dla czytelników, którzy wciąż wierzą w ideał tego kraju, książka Michałkiewicz zapewne będzie wstrząsem. Ale przecież można było empatycznie, czule, bezkompromisowo i jednocześnie wieloaspektowo zdekonstruować mit ideału Norwegii, jak zrobiła to Nina Witoszek w „Najlepszym kraju na świecie”. Tu, w tym – mam wrażenie – kontrolowanym tylko przez autorkę chaosie, nie pojawia się żaden przekonujący do dyskusji albo głębszych rozważań materiał reporterski. To tylko fragmentami ciekawa książka. Niestety, chodzi mi o fragmenty, w których autorka oddaje głos swoim rozmówcom.

2020-05-26

„Upadek Olivera” Liz Nugent


Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 15 kwietnia 2020

Liczba stron: 272

Przekład: Jan Kraśko

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Brutal i inni

Irlandzka pisarka koncertowo rujnuje świetny potencjał powieści o życiowym fatalizmie, postrzeganiu drugiego człowieka i o tym, że za każdym naszym haniebnym czynem może iść zbieg okoliczności, który w jakiś sposób usprawiedliwia, a najczęściej demaskuje jednoznaczną ocenę kogoś, kogo oceniamy wedle swojego systemu wartości i poczucia moralności. „Upadek Olivera” to powieść dobrej konstrukcji i świetnego otwarcia. Potem jednak, z zupełnie dla mnie niezrozumiałych powodów, sztucznie mnoży coraz to nowe dramaty, a także proponuje tak absurdalne rozwiązania fabularne – jak zagadka matki głównego bohatera – że czyta się to wszystko z niedowierzaniem, a przecież tkwi się w bardzo prawdopodobnej historii i pośród dość wyraźnie zarysowanych bohaterów. Liz Nugent jest poza tym męcząco dydaktyczna, kiedy kilkukrotnie podkreśla wagę opisywanego zdarzenia i to, jak powinno ono zostać przez czytelnika odebrane. Czyta się „Upadek Olivera” najpierw z dużym zainteresowaniem, potem jednak w przesycie wszystkich mrocznych wydarzeń można, po pierwsze, pogubić się, a po drugie – poczuć nieprzystawalność tego wszystkiego do siebie. W efekcie zrujnowany zostaje cały pomysł na to, by wiarygodnie przedstawiać głównego bohatera widzianego oczyma innych.

Oliver traci panowanie nad sobą i uderza żonę. Stwierdza, że to „okoliczności poza naszą kontrolą”. Za pierwszym uderzeniem pójdzie potem seria ciosów, kiedy Alice oskarży go o kłamstwa, a w bohaterze skumuluje się jakieś niesprecyzowane na początku napięcie i zdecyduje się on na przemoc, której konsekwencje będą znaczące dla niego samego i jego żony. Co takiego się stało, że Oliver Ryan, znany pisarz bajek dla dzieci, traci kontrolę i decyduje się na najbardziej prymitywny akt mający na celu jej odzyskanie? Tu zaczyna się intrygująca zagadka. Aby zrozumieć prolog, należy prześledzić kilka dekad życia Olivera. Zwłaszcza jednak skupić się na tym, co wydarzyło się w 1973 roku we Francji…

Głos zabierają wszyscy ludzie, którzy są gotowi oceniać postępowanie bohatera. Jego opowieść tylko na początku brzmi interesująco, kiedy portretuje się jako cyniczny i egoistyczny szowinista, który szczególnie instrumentalnie traktuje kobiety, a wyrósł z okoliczności, jakie ukształtowały go właśnie tym, kim jest. Poznamy różne spojrzenia na życie głównego bohatera, a po pewnym czasie odkrywać będziemy kolejne powiązania między wypowiadającymi się ludźmi. Wśród nich jest między innymi prosty mechanik, który dałby życiu Alice lepszą perspektywę, wieloletnia kochanka i sąsiadka Olivera czy jego przyrodni brat i brat kobiety, którą Oliver pchnął ku wielkiej rozpaczy. Interesujące jest to, w jaki sposób Nugent łączy te narracje, ale jak wspomniałem, w opowieściach pojawia się zbyt wiele dramatyzmu i za dużo niepotrzebnie splecionych ze sobą zdarzeń. Wszystko po to, by pokazać, jak okrutny i potworny może być Oliver, ale ta perspektywa połączy się tu również z opowieścią o jego życiu i dorastaniu.

To, co podoba mi się w tej książce, to ciekawe portretowanie Irlandii, która na przestrzeni wielu lat wciąż na nowo tworzyła tematy tabu i budowała konserwatywne pojęcie ładu społecznego. Nugent odwołuje się do problemów, które w irlandzkiej przestrzeni publicznej nie mają racji bytu. To są wstydliwe tajemnice poszczególnych ludzi i ewentualnie ich rodzin. Zakres problemów jest bardzo szeroki. Od homoseksualizmu, przez niechcianą ciążę, samotne macierzyństwo, aż po rasizm czy samobójstwo. Widać, że „Upadek Olivera” ma ambicje, by być trochę panoramiczną powieścią społeczną, która uderza w irlandzką hipokryzję, ale ta ciekawa sugestia fabularna jest tu jednak tylko zarysowanym tłem. Nugent za wszelką cenę chce udziwnić wizerunek głównego bohatera i skonfrontować z nim to, co on naprawdę przeżywa. Pytanie tylko, czy mamy tu prawdziwy dostęp do przeżyć Olivera i czy ludzie opowiadający o nim stają się dla nas wystarczająco wiarygodni.

Tego, co złe, jest bardzo dużo i ten przesyt męczy. Jednocześnie oczekuje się, że uzupełniające się narracje pokażą głównego bohatera w jakimś ciekawym świetle. To jest trochę tak, że najpierw mamy go praktycznie znienawidzić, a potem przyglądać się mu nieco łagodniej, bo dowiemy się, jak trudne miał dzieciństwo, z czym musiał się borykać i jakie rodzinne deficyty uczyniły go takim, a nie innym człowiekiem. Interesujące jest też śledzenie tego, w jak fatalnych zbiegach okoliczności Oliver staje się tym, kim jest. Człowiekiem sprowadzającym na innych niewyobrażalne cierpienie. Kimś, kto nigdy nie wydobył się ze swojego prywatnego piekła cierpień. Kimś, kogo tak naprawdę nikt nie rozumiał, a wszyscy oceniali. Czytelnik ma się stać osobą patrzącą bardziej empatycznie, ale Liz Nugent od początku do końca nazbyt czytelnie sugeruje, co mamy myśleć i jak oceniać cały ten szaleńczy świat traum, upokorzeń i krzywd.

Myślę, że mimo wszystko najciekawsze byłyby tu perspektywy kobiet, które nie zabierają głosu, czyli tych skrzywdzonych przez Olivera, ale będących też emanacjami jego szalonych fantazji o istocie posiadania kobiety. Tak, w powieści bohater traktuje je przedmiotowo. Wspomina, że brzydzi się nawet wzmianki o kobiecej fizjologii. Z drugiej strony jest zaborczy i bezlitosny. Dlaczego tkwi w związku małżeńskim, który nie daje mu satysfakcji i jest opresyjny dla kobiety u jego boku? Nugent udziela zbyt wielu odpowiedzi na pytania, które sama stawia. Łatwo dodać dwa do dwóch i zrozumieć pewne motywacje lub zachowania przez pryzmat tego, czego bohater doświadczył. Ale największym problemem tej powieści jest jej mała wiarygodność. Rozdziały toną w przesadzie. Są nadmiernie dramatyczne albo sprawiają wrażenie jakiegoś mało przemyślanego eksperymentu pisarskiego, kiedy spod pióra piszącej wyskakują co rusz nowe literackie straszydła. Jest też „Upadek Olivera” powieścią bardzo przewidywalną i niewiele tu zmienia jej inteligentnie skonstruowane zakończenie. Wciąż na nowo zadajemy sobie pytanie o kondycję wszystkich sportretowanych ludzi. Dlaczego spotkało ich aż tyle złego? Czy życie jest fatalnym pasmem udręki? Odnieść można wrażenie, że większość bohaterów ledwie ma czas na szybkie wzięcie oddechu między jedną a drugą życiową traumą.

„Upadek Olivera” to w dużej mierze powieść o tym, że oddajemy światu dokładnie to, co od niego otrzymaliśmy. Ten wniosek nasuwa się nadzwyczaj szybko i jest czymś bardzo mocno sugerowanym przez autorkę. Stąd rozczarowanie powieścią, która służy do wskazywania autorskich tez, a nie czytelniczego namysłu nad czymś, co często jest tak mało oczywiste. Trudno również poczuć, że skonstruowana z różnych punktów widzenia narracja naprawdę nas jakoś zaskakuje. Liz Nugent napisała książkę o opresji, ale opresyjna jest ta powieść przede wszystkim dla samego czytelnika. Wyjaśniając wszystko i pozostawiając w zdumieniu, że to aż tyle i tylko tyle. Literacko także nie jest to rzecz, która czymkolwiek zwróciłaby uwagę. Do szybkiego zapomnienia.

2020-05-21

„Lista nieobecności” Michał Paweł Urbaniak


Wydawca: MOVA

Data wydania: 20 maja 2020

Liczba stron: 496

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Śmierć i miłość

Jedną z najciekawszych polskich książek o śmierci są dla mnie „Ślady” Jakuba Małeckiego. Tam odchodzenie portretowane było fragmentarycznie, punktowo. W opowiadaniach Małeckiego – tak jak w debiutanckiej powieści Michała Pawła Urbaniaka – pojawia się specyficzny korowód umierania. O ile jednak „Ślady” ujmowały temat w formie makabrycznego nieco, lecz przemyślanego kalejdoskopu, o tyle w „Liście nieobecności” ujrzymy wieloaspektową rozprawę o śmierci. Urbaniak wie o niej przerażająco dużo i przez chwilę można się zastanawiać nad tym, czy tak mroczna powieść to dobry pomysł na debiut. A jednak jest to książka zdecydowanie warta uwagi. Poświęcona wszystkim tym czytelnikom, którzy nie wymagają spektakularnego rozwoju akcji. Którzy zamiast „dziania się” stawiają na przeżywanie. Bo „Lista nieobecności” to rzecz stworzona z czule portretowanych drobiazgów codziennego życia. Jest w niej miejsce nie tylko na ukazywanie niuansów w relacjach, bo dla Urbaniaka ważne jest to, co mówią i myślą, ale głównie jak mówią i myślą bohaterowie. Jest tu też cała panorama pozornie nieistotnych drobiazgów, które bardzo mocno zatrzymują w tym opisywanym świecie. Truizmem byłoby napisanie, że ta powieść jest plastyczna. Ona pozwala wejść dużo głębiej, zobaczyć dużo więcej, a dzięki temu przywiązać się do niej. Poza tym to narracja doskonale skomponowana, wszak wyszła spod pióra wieloletniego recenzenta i nauczyciela kreatywnego pisania. Przypomina mi to, co zawsze powtarzam: aby napisać własną książkę, trzeba najpierw przeczytać dużo, dużo książek innych autorów.

„Lista nieobecności” to na pewno efekt jakichś prywatnych inspiracji Michała Pawła Urbaniaka, ale jej wyjątkowość polega na tym, że śmiało podejmuje trudne tematy – jak poczucie straty po odejściu kogoś bliskiego czy skomplikowane relacje homoseksualne. Autor jednocześnie nie sili się na pretensjonalną często prowokacyjność. Ma się wrażenie, że po prostu literacko odwzorowuje życie takim, jakim jest ono naprawdę. Nikt nie jest tu zaniedbany. Każda postać, każda sytuacja są mocno przemyślane. Nawet celowe powtórzenia czy obsesyjne wracanie wciąż do tych samych myśli. „Lista nieobecności” to warsztatowy porządek pisania o czymś, co przecież dalekie jest od uporządkowania. Czy chce uczynić pojęcie śmierci bardziej definiowalnym? Bynajmniej. Urbaniak zdaje się sugerować, że trudno unieść jest samą śmierć, lecz dużo trudniej tę jej bolesną konsekwencję, jaką jest obezwładniające i niszczące poczucie braku bliskiej osoby. Dlatego ta książka z jednej strony jest opowieścią o tym, że jej bohaterowie utknęli w marazmie tego braku, z drugiej jednak – opowiada przecież o tym, jak mimo wszystko walczy się o swoje życie, o nadawanie mu sensu, o zrealizowanie prostego celu polegającego na tym, by zrozumieć, po co się istnieje.

Wszystko – a jakże! – musi zacząć się od śmierci. Umiera Artur Hnat, człowiek wyjątkowej wrażliwości malarskiej, ale także mężczyzna niejako owładnięty myśleniem o odchodzeniu, bo wespół z bratem naznaczony zbyt szybkimi i gwałtownymi śmierciami w rodzinie. Tymczasem cały świat przedstawiony tej powieści stanie się mroczną spuścizną po Arturze, który ustanawiał pewien porządek w rodzinie, jaką udało mu się zbudować, a teraz zaprzeczył resztkom zdrowego rozsądku, by tę rodzinę konstytuować i pozwalać się jej rozwijać. Rodziną w żałobie pozostają Zuzanna i jej syn Krzysztof. Relacje tej dwójki są tu bardzo ciekawe głównie z tego powodu, że w dużej mierze pozostają w cieniu. O ile Urbaniak stara się, by niektórych swoich bohaterów całkiem odsłonić, o tyle matka i syn to para portretowana fragmentarycznie. Niezwykła i trudna. Zuzanna nie czuje miłości do swojego pierworodnego. Krzysztof latami zamyka się w świecie liczb i logicznych matematycznych działań, a potem konfrontuje z homoseksualnym pożądaniem oraz miłością, dla których nie ma jasnych i czytelnych definicji w jego głowie.

Retrospekcje budują nam obraz dwóch skomplikowanych związków, w których tarcia i nieporozumienia ujawniają pokłady coraz większego żalu o to, kim się jest – samemu dla siebie i w relacji z bliską osobą. Związek Zuzanny i Artura to relacja częstego emocjonalnego szantażowania. Podobnie jest w związku Krzysztofa z Jakubem, gdzie to szantażowanie pokazane jest wprost, w niemożliwym czasem do zniesienia natężeniu. Artur niejako zmusza Zuzannę do tego, by żyła w cieniu jego zmarłych bliskich, w rzeczywistości stałego myślenia o odejściu, w półcieniu prawdziwego życia, jakie być może dla nich zaplanowała. Krzysztof początkowo dziwi się temu, że może wejść w taką niebezpieczną dla niego bliskość z mężczyzną. Potem będzie musiał mierzyć się z seriami autodestrukcyjnych zachowań swojego Jakuba. Artur narzuca Zuzannie widzenie śmierci jako filozofii życia. Jakub zderza Krzysztofa z nieracjonalnym, labilnym emocjonalnie poczuciem nieustającej klęski. To trudne związki i niejednoznaczne relacje. Zwłaszcza że Zuzanna i Jakub próbują je budować po tym, jak wzięli na siebie ciosy od ojców – Zuzanna, gdy poinformowała o ciąży, i Jakub mówiący o swojej orientacji seksualnej. Urbaniak każe nam uczestniczyć w codziennym życiu ludzi, których tak naprawdę łączy wielka miłość. Bo przecież ta książka będzie stawiać czytelną opozycję – wciąż na nowo śmierć będzie mierzyć się tutaj z miłością. W pewnych sytuacjach zwycięży jedna, w innych druga.

Najciekawsze jest jednak obserwowanie tego, czego uczą się o życiu, podglądając innych, postacie drugiego planu, a nawet te epizodyczne. Przez pewien czas zastanawiałem się nad zasadnością wtłoczenia do fabuły pary sąsiadów, którzy nawiązują bliską relację z Zuzanną i Arturem. Ale to właśnie oczyma Danki i Mirka widzimy problemy związku Hnatów w innym świetle. Oczyma kogoś, kto nie może się nadziwić, że matka nie kocha swoich dzieci. Że ta sama matka nie ma problemu z akceptacją homoseksualnego związku swego syna. „Lista nieobecności” to powieść tak skonstruowana, że rezonujące w niej problemy pojawiają się wciąż w innej postaci. Podobnie jest z wymiarami śmierci i umierania. Jest o tym bardzo dużo, ta narracja jest wręcz osadzona w dusznym klimacie rozważań o końcu. A jednak otwiera nowe ścieżki interpretacyjne, a czasem stawia bohaterów przed alternatywą wobec śmierci. Pytanie: kto i kiedy z alternatywy skorzysta?

Dokładnie i czule szkicowane wizerunki emocjonalne bohaterów to największy atut debiutu Michała Pawła Urbaniaka. To taka książka, z którą wciąż na nowo chciałoby się nie zgadzać, a jednocześnie opowieść o tym, co nas determinuje. A przecież niemyślenie o śmierci mamy niejako wgrane, to atawizm dla naszej bezpiecznej egzystencji. Urbaniak opowie o tym, co wypieramy ze świadomości, ale zada także pytanie o to, kim naprawdę jesteśmy w relacjach. I co musimy zrobić, by to była prawdziwa relacja. To opowieść o tęsknocie, wstydzie, nieprzepracowanych traumach z przeszłości. Pozornie statyczna, ale przepełniona emocjami. Z ciekawą klamrą kompozycyjną i dużą dojrzałością opowiadania o tym, do czego często nie dojrzewamy.

2020-05-19

„Matka jej córki” Daniela Petrova


Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 25 marca 2020

Liczba stron: 384

Przekład: Grażyna Woźniak

Format e-booka: MOBI i ePUB

Cena w Virtualo.pl: 22,10 zł

Tytuł recenzji: Wyobrażenia i rzeczywistość

Powieść Danieli Petrovej z pewnością zachwyci wielbicieli obecności Nowego Jorku w literaturze. „Matka jej córki” to książka, w której amerykańska metropolia nabiera specyficznego klimatu i jest ważnym elementem narracji – podobnie jak ma to miejsce w przypadku ostatnio wydanych narracji takich jak „Pan i pani Fleishman” Taffy Brodesser-Akner czy „Mój czas relaksu i odpoczynku” Ottessy Moshfegh. Umiejscowienie zdarzeń w dużym mieście jest tu znaczące, albowiem Petrova będzie opowiadać o roli przypadku i świadomych ludzkich działań w kształtowaniu wyobraźni o innych osobach. Ale będzie to również pasjonująca fantazja literacka o tym, jak modelowany jest świat relacji przez to, co dzieje się zupełnie przypadkowo, i przez to, co w wyniku tego przypadku sobie myślimy lub jak działamy. Wielkomiejskie tło potęguje poczucie zagubienia w tym świecie przedstawionym. Pisarka prowadzi jednocześnie trzy narracje i z tej polifonii też należy wydobyć esencję, co wcale nie będzie łatwe. „Matka jej córki” to opowieść o kobietach tworzących sobie iluzje, ale przede wszystkim o konsekwencjach ich stwarzania. Drugoplanowi mężczyźni pozornie odgrywają tu mniej istotne role. Tymczasem Petrova ciekawie opowiada o emocjonalnym kotle rozmaitych relacji damsko-męskich. Także o związku, w którym partnerskie tajemnice doprowadzą do zaskakujących rozwiązań, dodatkowo komplikując fabułę.

Lana zbliża się do czterdziestki. Ostatnio wszystko podporządkowuje pragnieniu posiadania dziecka. Jej bezpłodność stanowi źródło nieopisanych frustracji, a bohaterka z tęsknoty za potomkiem zaczyna popadać w obsesję. Okaże się dość szybko, że nie ta obsesja zbuduje nam ciekawą intrygę w powieści. Lana, której matka jest pochodzenia bułgarskiego, bardzo chciałaby, aby dawczynią jajeczka jej wymarzonej ciąży była właśnie Bułgarka. W Nowym Jorku wszystko jest możliwe. Tyle tylko, że poszukiwana przez nią kobieta wprowadzi wielki zamęt do życia Lany. Podsycany dodatkowo obawami bohaterki, bo jak twierdzi ona sama: „Na tym świecie nie brakuje przecież wariatek”. Ostatecznie wbrew lękom o to, że prawdziwa matka może kiedykolwiek zaingerować w jej macierzyńskie szczęście, Lana poddaje się zabiegowi zapłodnienia, ale w międzyczasie jej wieloletni partner odchodzi, tłumacząc, że nie jest w stanie nadal brać odpowiedzialności za ich wspólne życie, tak naznaczone opresją i napięciem.

Bohaterka Petrovej pozostaje zatem sama. Do momentu, w którym przypadkiem nie natknie się na dawczynię jajeczka w metrze. Niemożliwe? A jednak. Znając jej zdjęcie z medycznej bazy danych, szybko uświadamia sobie, że ma przed sobą kobietę odpowiedzialną za jej ciążę. Nosi w sobie jej dziecko. Lana działa bardzo impulsywnie i postanawia podążać za Katją. Nie ma pojęcia, w jak skomplikowany ciąg zależności wejdzie. Nie wie, że to nie ona śledzi i podąża czyimś tropem. Ale wiedza o tym, jak jest naprawdę, połączy się tu z historią kryminalną. I zdarzeniami, po których przeżyciu Lana nie będzie już tą samą osobą.

„Matka jej córki” odważnie buduje piętrową intrygę wokół trzech postaci, którym oddany jest głos. To Lana, Katja, ale także partner tej pierwszej decydujący się na odejście. Śledzimy poczynania tej trójki i każde z nich odsłania swoje tajemnice w taki sposób, że Petrova przykuwa uwagę do wszystkich trzech postaci. Psychologicznie wiarygodne są jednocześnie przerażające i irytujące. W życiu każdego z trojga dochodzi do jakiegoś tąpnięcia, dzieje się coś niezwykłego, wszyscy przekraczają też pewne granice. Zbliżając się do siebie czy oddalając?

Moją uwagą zdecydowanie przykuła Katja, początkowo kreowana na postać drugiego planu. Ale to ona oddziałuje zarówno na matkę swojego dziecka, jak i na ojca przyszłego potomka, który zupełnie nie wie o tym, co ma miejsce w życiu Lany. Silna, niezależna i zdeterminowana Lana zaczyna zachowywać się zupełnie irracjonalnie. Decyduje się na duże ryzyko działania w taki sposób, który może się wiązać z poważnymi konsekwencjami. Przekracza granice. I zaczyna się w tym wszystkim gubić. Coraz trudniej jest też Katji, której krajobraz emocjonalny zarysowany jest tu bardziej wyraziście, ta postać lubi skrajności i potrafi zachowywać się zupełnie nieprzewidywalnie. W tym wszystkim coraz więcej wspomnianego przypadku, nieszczęśliwych zbiegów okoliczności i voyeryzmu, który wpędza w zagubienie, bo przyglądać się drugiej osobie u Petrovej to przede wszystkim widzieć w niej wyraźniej samego siebie. Albo może to, czego nie dałoby się ujrzeć bez dziwnej fascynacji drugą osobą.

Warto postawić sobie pytanie, czy ta książka to thriller psychologiczny. Zarysowana intryga jest rzeczywiście skomplikowana i trzeba śledzić sporo zależności oraz relacji nowojorczyków, by odkryć, co stoi za tragedią, która niejako rozłamie tę powieść na pół. Ktoś zyska szczęście, ktoś niepokój. Ale najciekawsze jest tu to, co bohaterom się wydaje, a nie rzeczywistość, którą dostrzegają tylko fragmentarycznie. Petrova kroczy bardziej w kierunku interesującej powieści obyczajowej, może trochę romansu. Opowiada jednak o tym, jak bardzo zawęża nam się zawsze spojrzenie na otaczający świat, kiedy skupimy się na priorytetach i będziemy ten świat tłumaczyć przez pryzmat tego, czego oczekujemy i co musi zostać spełnione. W sportretowanej trójce pojawi się dużo goryczy, ale także nieprzyjemnego zaskoczenia. Kim są dla siebie? To ustalą zaskakujące sytuacje oraz to, co myślą o pozostałych. W rezultacie „Matka jej córki” jest historią o wyobcowaniu i pewnym rodzaju egoizmu, ale również powieścią o niespełnionych oczekiwaniach i zawiedzionych nadziejach.

To również narracja z feministycznym sznytem, którego wymiar staje się nieco dydaktyczny, ale tak już chyba musi być w przypadku tak skrojonej intrygi. Kobiety są tu postaciami walczącymi, mężczyźni sprawcami opresji albo też ludźmi o dużo bardziej niestabilnej sferze emocji niż bohaterki pozornie będące instynktem i przeczuciem, a nie zdrowym rozsądkiem. Daniela Petrova debiutuje w dobrym stylu, bo zdaje sobie sprawę z tego, jak skonstruować wiarygodne postacie, lecz przede wszystkim przekonująco opowiada o tym, jak wiele niszczymy w swoich relacjach, kiedy zapominamy o tym, że zwykle nasze myśli nie są tym, co tworzy kształt rzeczywistości. Jest w tej książce mowa o ogromnej tęsknocie za byciem akceptowanym. Ale też o rodzinnym dramacie w dalekiej Europie, który będzie rzutował na kolejny dramat rozegrany w centrum anonimowego Nowego Jorku. Lektura wartka, sprawnie napisana i interesująco stopniująca napięcie. E-book w dobrej cenie oferuje Virtualo.pl

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Virtualo.pl

2020-05-15

„Bezmatek” Mira Marcinów


Wydawca: Czarne

Data wydania: 15 kwietnia 2020

Liczba stron: 256

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Tożsamość osierocenia

Czasem jest tak, że wobec jakiejś książki nie da się zachować dystansu i obiektywizmu potrzebnych do zrecenzowania. W moim przypadku jest to niemożliwe, kiedy ktoś pisze o matce. Najmocniej w tej książce brzmią słowa „matki nie odchodzą”. Poczułem to wyjątkowo przenikliwie już po lekturze pierwszych stron. A potem pomyślałem, że zdarza się coś niezwykłego. Bo moja też mi umarła. Też miała pięćdziesiąt dziewięć lat. Też zabrał ją nowotwór. I także w 2016 roku. Zatem był to impuls: w trakcie czytania odnaleźć autorkę na Facebooku. Natychmiast przyjęła moje zaproszenie. I okazało się, że wie, o wszystkim czytała, zna „Toksyczność” i oboje stwierdziliśmy, że ten kontakt jest niesamowity. Ale potem pozostał mi jeszcze czas z tą trudną książką, by nie tyle odtworzyć podobieństwa, ile przede wszystkim ujrzeć odchodzenie matki w identycznej, bardzo bolesnej perspektywie. „Powinna być jakaś kolejność umierania” – pisze Marcinów. Tak. Nie powinno się odchodzić przed sześćdziesiątką. Nie powinno się osierocić dzieci, które albo skończyły trzydzieści lat, albo zbliżają się do czterdziestu. Nie powinno się wydarzyć to, co wydarzyło się w życiu moim i Miry Marcinów. Ale poza zbieżnością doświadczeń jest jeszcze cała uniwersalna wymowa tej książki. „Bezmatek” dotyka w sposób szczególny, bo to przejmująca proza konfesyjna, ale także książka o tożsamości opisywanej na dwa sposoby. Ten pierwszy to historia tożsamości wyjętej, niejako zagarniętej z życiorysu matki. Drugi, bardziej bolesny, opowiada o tożsamości utraconej. Bo Marcinów już nie jest córką. Jest tęsknotą, bólem, rozczarowaniem i porzuceniem. Myślę, że w dużej mierze o tym jest ta opowieść.

Matka była mądra i dobra. Pozwalała na marzenia i specyficzną bliskość. Pozwalała córce zbliżyć się do siebie tak intymnie, że ta widziała, jak zmywa makijaż. Lubiła wyglądać i pokazywać światu, że sobie radzi. Zwłaszcza kiedy sobie nie radziła. Trzykrotnie szukała szczęścia w związkach. Uciekała w nałogi. Nie obchodziło jej, co myślą inni. Chciała być pewna, co myślą jej córki. Jak myślą, przetwarzają świat, oswajają się z tą szorstką jego bezkompromisowością, z którą zderzała się artystyczna dusza matki. Matka czasem przeczyła sobie, była nieprzewidywalna, ale za każdym razem jakaś, jak „mortadela z pistacjami”, niepowtarzalna, wyjątkowa. A potem zaczęła umierać i – co gorsza – umarła. Dlatego Mira Marcinów napisała tę książkę. Pożegnanie, trochę swoisty testament, ale przede wszystkim pamiętnik specyficznej żałoby. Opowieść o niezwykle silnej więzi, która z jednej strony jest błogostanem i źródłem inspiracji, z drugiej jednak bolesnym uzależnieniem.

Bardzo ciekawy jest sposób, w jaki autorka napisała „Bezmatek”. Z przejmującą metaforyką łączą się tutaj niezwykłe wizje, jak na przykład fantazja o dialogu umarłych matek. Z drugiej strony jest też dosadny naturalizm, chropowatość pełnych napięcia zdań. Są nieco dłuższe rozdziały, ale także bardzo krótkie zapisy. Najmocniej chyba wybrzmiewają te pojedyncze, bolesne zdania. Może dlatego, że sprawiają wrażenie, jakby były osierocone. Ale istotne są też puste miejsca na kartkach, oddalenia poszczególnych myśli i zapisów. To trochę tak, że matkę można odmienić we wszystkich przypadkach, lecz opowiedzieć jej słowami właściwie się nie da. Można próbować i myślę, że „Bezmatek” to przede wszystkim odważne próby. Te krótkie rwane rozdziały i zdania jak sentencje muszą być oddalone od siebie, bo to boli – ciągłość myślenia i pisania o czymś, co można oddać jedynie punktowo, wtedy jest bardziej wyraziście.

Marcinów przejmująco opowiada o wspólnej z matką walce z nowotworem. O tym, jak oszukiwały jego bezkompromisowość smakami i przyjemnościami życia. I tu po raz kolejny pojawia się pewna bezradność w portretowaniu tego, że obie stanęły po przeciwnych stronach. Matka na równi pochyłej w kierunku niebycia. Córka ze świadomością, że traci kogoś najbliższego, ale także jakąś konkretną definicję życia. „Bezmatek” to najpierw opowieść o wielkiej bliskości, a potem historia tego, że należy się rozstać, choć rozstanie jest w zasadzie niemożliwe. „W moim domu zawsze było zapotrzebowanie na intensywność” – tak wspomina to autorka i taka właśnie intensywna jest ta proza. Świadectwo poszukiwania samej siebie w niemożliwym do wyrażenia osieroceniu. Ale jednocześnie opowieść o konstytuowaniu się więzi, o sile wspólnych przeżyć i o tym, że życie jednak w tej nierównej walce z parszywym rakiem wygrywa. Przejmująca jest scena pokazująca matkę i córkę pijane na wydmach. Bo Marcinów opowiada o tym, co przejęła po matce do dalszego życia, być może trochę za nią. Problemy z nadużywaniem alkoholu. Ukształtowana tożsamość seksualna. Bycie w opozycji do matki, a jednocześnie intensywne bycie nią. Ze śmiercią nie można było się pogodzić i to wciąż niemożliwe. Można pogodzić ze sobą burzę wspomnień i dzięki nim nazwać relacje, o których nigdy się nie mówiło.

Mira Marcinów wspomina, że nie zdążyła usłyszeć od matki jej historii, że ta tajemnica była zarezerwowana na później, na większą dojrzałość, na czas bycia już naprawdę dorosłą córką. „Bezmatek” to zatem wzruszająca narracja o tym, że teraz matkę trzeba opowiedzieć za nią. Przez pamięć, pustkę, przez bezgraniczny żal. Ale opowiedzieć ją w taki sposób, by nie tyle zrozumieć, ile nadać swojej żałobie jakieś znośne ramy. Nie sposób pogodzić się z czymś, co jest tak okrutne jak przedwczesna śmierć. Można poprzez tę śmierć opowiedzieć życie w najważniejszej relacji. I uzyskać jakiś wewnętrzny spokój. Bo Marcinów dąży do pogodzenia się z utratą, ale także do tego, by w tej utracie odnaleźć coś więcej niż tylko pustkę.

To jedna z tych książek, które bardzo pięknie opowiadają, że zawsze jesteśmy częścią własnej matki i każda forma naszej niezależności wychodzi od tego, jak bardzo niezależna chciała stać się matka od nas. „Bezmatek” nie jest lamentem porzuconej córki. To książka przede wszystkim o takim rodzaju samotności, w którym znajduje się miejsce na wyjątkową siłę. Bo potrzeba jej, by tak pięknie opisać relację i utratę, a w tym wszystkim nie być posądzoną o jakiś tani ekshibicjonizm emocjonalny. Mira Marcinów napisała książkę dla córek w żałobie po matkach, ale także dla matek, które być może nie są pewne, co jeszcze powiedzieć córkom, zanim odejdą. Z pozoru hermetyczna proza, o wyraźnie nakreślonych relacjach. Wiem, dlaczego tak łatwo udało mi się dostać do środka i poczuć tę intymność. Matka to zawsze punkt odniesienia do wszystkiego. Uniwersalny symbol życia, który na zawsze pozostanie wdzięcznym tematem literackim. Albo podmiotem tak ważnej i przejmującej książki jak „Bezmatek”. Czytana na wdechu. Wspaniała rzecz.

2020-05-13

„Filip i hydra” Patryk Fijałkowski


Wydawca: Poradnia K

Data wydania: 15 kwietnia 2020

Liczba stron: 360

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Ślady przeszłości

Książka Patryka Fijałkowskiego jest jednocześnie znakomita i fatalna. To niezwykłe, że można napisać taką historię, tak wewnętrznie rozsadzoną, zaskakującą, ale i rozczarowującą. Nie spotkałem się jeszcze w obrębie jednej powieści z budowaniem jej za pomocą tak doskonale przemyślanej frazy przeplatanej infantylną narracją przypominającą trochę pracę na szkolny konkurs literacki. „Filip i hydra” to dwa słowa oznaczające to zaskakujące przeciwieństwo. Jako opowieść o dziecku zmagającym się z przemocą domową jest to rzecz wyśmienita. Intensywne, mocne i plastyczne sceny obrazujące architekturę domowego terroru zapierają dech w piersiach, a jednocześnie pozostawiają po sobie niepokojące napięcie. To napięcie Fijałkowski buduje bardzo dobrze, nie tyle przekonująco ukazując rzeczywistość widzianą oczyma małego chłopca, ile przede wszystkim koncentrując się na pojedynczych scenach niosących w sobie ładunek emocji wszystkich uczestników zdarzeń. Retrospekcje w tej powieści zapadają w pamięć, to świadoma swego wyrazu i ciężaru, bardzo dojrzała proza. Jednak historia dorosłego już bohatera walczącego z tytułowym stworem to próba hiperbolizacji symboli, naiwna opowieść o hamletyzującym chłopcu z mieczykiem u boku, bardzo naiwna i literacko słaba. Trudno zatem czytać „Filipa i hydrę” bez pewnego dysonansu poznawczego. Czyta się trudno, bo genialne fragmenty przeplatają się z książką o problemach z gatunku young adult.

Mały Filip jest strachem. Boi się, gdy patrzy w puste oczodoły swego silnego i dużego ojca. Boi się, gdy widzi poranione i posiniaczone ciało mamy, która jest dla niego najpiękniejsza na świecie. Boi się przede wszystkim wtedy, gdy czeka na kolejny wybuch agresji domowego potwora. Człowieka charyzmatycznego w najbardziej mroczny sposób. To będzie punkt odniesienia w życiu Filipa – tata z oczodołami pełnymi potworów będzie warunkował to, kiedy chłopiec, a potem dorosły mężczyzna, będzie mógł wziąć głęboki oddech. Pomiędzy jednym aktem przemocy a drugim. Między jednym o nim wspomnieniem a drugim. Trudno jednoznacznie orzec, kto w konfrontacji z głową rodu jest bardziej przezroczysty, bardziej niewidzialny. Czy żona stająca się tylko poranionym ciałem, przyjmująca na siebie ciosy i planująca zemstę, ale na co dzień uciekająca w bezwolę i działająca kompulsywnie, gdy chce z siebie zrzucić odium takiej żony, ale także ciężar bycia matką? Czy syn, który jest obecny, gdy tata wymierza domową sprawiedliwość, lecz jest przy niej tylko nieśmiałym oddechem bądź udawaną obojętnością? Ogrom rodzinnego cierpienia jest przez Fijałkowskiego portretowany z jednej strony dosadnie, z drugiej jednak poprzez niedomówienia, przemilczany ból, niewypowiedziane słowa. Bo tylko domowy kat ma jakąś swoją tożsamość, ale nie jest to coś, co daje mu przewagę w codziennej eskalacji przemocy. Ta przemoc jest tu warunkowana przyzwoleniem, a cały dom dusi się w toksyczności wytwarzanej między jednym a drugim biciem.

Dorosły Filip jest już tylko tendencją ucieczkową, bo niczym innym być nie może. Zaprzecza temu, co dzielnie wykrzykiwał mamie i wujkowi podczas jednej z sielankowych wypraw bez kata u boku. „Ja się nigdy nie gubię” – te słowa brzmiały wyraźnie przed laty, ale teraz są tylko gorzkim zaprzeczeniem tego, kim jest Filip. A jest opozycją wobec ojca. Gniewem na niego. Jest tym, co chciałoby być dostrzegane jako godny przeciwnik tyrana. Dorosły Filip to idiosynkrazja wobec człowieka, który przez lata dusił emocjonalnie, szantażował, stawał się coraz większym koszmarem i coraz silniej zakorzeniał się jako ten, za którym stało złe do cna życie. Emocjonalne blokady i tłumioną wściekłość świetnie obrazuje scena, kiedy ojciec chce zagrać z synem w piłkę, zrobić coś razem. Pokazać, że mogą znaleźć wspólną radość jak tysiące ojców i synów. Ale ta konfrontacja to początek bolesnej opresji. Prowadzącej do momentu, w którym Filip będzie się musiał zmierzyć z demonem dużo bardziej przerażającym niż tytułowa hydra.

Tu dochodzę do słabości tej książki, jej narracyjnych mielizn i czytelniczego przekonania, jakby jedną powieść pisało dwóch autorów. Hydra wędruje za Filipem. Filip walczy z nią na każdym kroku. Nawet dostaje miecz, żeby ścinać łby. Sam Filip jest młodzieńcem, który już przed południem bywa zmęczony samym sobą. Nie wychodzi mu w związku, niezbyt spełnia się jako wokalista zespołu, czuje bezsens studiowania. Jest przekonany, że nikt w niego nie wierzy, a każde słowo skierowane w swoim kierunku traktuje jak potencjalnie wymierzoną w niego broń. I jest w tym wszystkim, niestety, bardzo nieprzekonujący. Dochodzi do tego jeszcze jakiś fikcyjny albo może realny przyjaciel, bohater drugiego planu pojawiający się i znikający nieco bez sensu. Do tego rozważania dwudziestojednoletniego Filipa – miałkie, banalne, przesycone taką formą egocentryzmu, która zwykle prosi otoczenie o postrzeganie egocentryka jako kogoś wyjątkowego, wyjątkowo również naznaczonego cierpieniem.

A przecież ładunek bolesnych emocji i traum, które niesie ze sobą bohater, jest naprawdę ogromny. Siłę tego ładunku widzimy w momencie, w którym chłopiec musi oswoić się z przerażającą rzeczywistością, rozmaitymi odcieniami strachu, przejmującym oczekiwaniem na coś, co będzie jeszcze gorsze, niż było to poprzednie. Mały Filip z zaskoczeniem odkrywa przestrzeń wewnętrznej wolności, gdzie przez chwilę może być daleko od swego bolesnego życia. Ale wydarzy się coś, co naznaczy go na zawsze. Ktoś z niego zrezygnuje i po tym akcie rezygnacji chłopiec zawsze już będzie łkał w samotności. I to wszystko niesamowicie mocno wybrzmiewa w czasie przeszłym.

Tymczasem dorosły Filip ze swoim urojonym obrazem potwora tuż obok jest niemożliwie męczący. Tym bardziej że walka z hydrą to taki rozjechany logicznie komiks z mnogością dymków zapełnionych onomatopejami. Napisane to jest nawet w konwencji „zabili go i uciekł”, bo hydra jest w stanie pałaszować bohatera, ale on daje radę i zmartwychwstaje. Wiem, to ironizowanie z czytelnej symboliki, ale przede wszystkim dlatego, że figura hydry jest tu w swej oczywistości śmieszna, a w pewnym momencie niepotrzebna. Można odnieść wrażenie, że po lekturze retrospekcji z domu, gdzie zamieszkała przemoc, chciałoby się – jak bohater – naprawdę pożegnać z tym pretensjonalnym stworem. I dlatego kompletnie nie wiem, jak mam całościowo ocenić tę powieść. To na pewno ważny, przemyślany i bardzo przejmujący głos w polskiej literaturze współczesnej portretującej rodzinne piekło relacji. Patryk Fijałkowski po mistrzowsku oddaje kondycję nieszczęśliwego dziecka. Kiedy przechodzi do opowiadania o nieszczęściu tego dziecka jako dorosłego, staje się już jakby innym pisarzem. Słabym i kwestionującym talent tego, który opowiada o tożsamości strachu chłopca.