2015-08-21

"Zapłata" Małgorzata Rogala

Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 17 czerwca 2015

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Przyjaźnie i dramaty

Czytając powieść Małgorzaty Rogali, która w zręczny sposób łączy tradycyjny kryminał z powieścią obyczajową, myśli się o "Zabójcach bażantów" Jussiego Adlera-Olsena, bo obie książki traktują o pewnej karze, odroczonej w czasie, a związanej z bezwzględnością dawnych szkolnych kolegów, którzy nie ponieśli konsekwencji haniebnego postępku. Duński prozaik podchodzi do tematu zupełnie inaczej niż Rogala, ale cechą wspólną obu powieści jest enigmatyczna obecność tej trzeciej osoby, przepełnionej chęcią zemsty i męczonej przez tłumioną latami nienawiść. "Zapłata" nie cechuje się aż taką wieloznacznością jak "Zabójcy bażantów" i jest też kryminałem dosyć przewidywalnym. Pułapkę autorka zastawia sama na siebie, albowiem ogranicza mocno grono podejrzanych o morderstwa. Czyta się jednak świetnie, bo to ten rodzaj powieści, w której denatów nikt nie żałuje. Ich śmierć to konsekwencja działań z przeszłości - ona uwalnia dodatkowo skrywane dotąd emocje oraz ujawnia tajemnice, które miały nimi pozostać na zawsze.

Agatę i Justynę połączył pewien bolesny i wstydliwy problem. Przed laty wspólnie mu zaradziły, choć zły człowiek nadal chodzi na wolności i powinien zostać aresztowany. Dwie dziewczynki obiecują sobie przyjaźń na śmierć i życie. Pod wpływem traumatycznych wspomnień każda w swym dorosłym życiu trzyma facetów na dystans. Agata uwolni się od przeszłości i zostanie policjantką tak jak planowała. Justyny los nie oszczędzi, a skala okrucieństwa, jakiego doświadczy, przerośnie ambicje przyjaciółki w mundurze, która przez lata nie będzie mogła pomóc, gdy ta druga skryje przed nią mroczne sekrety.

Justyna nie zrealizowała swoich marzeń tak jak Agata. Porzuciła nieodłączny aparat fotograficzny i pasję, którą zaraził ją ojciec. W przeciwieństwie do żyjącej intensywnie przyjaciółki Justyna stara się stworzyć swój bezpieczny margines. Wierny pies, sklepik z mieszankami terapeutycznymi, przewidywalna codzienność i bolesne ślady z przeszłości, których nie da się wymazać. Agata od lat czuje, że jest coś winna Justynie. Że ją zaniedbała i że system, który sobą reprezentuje, nie pomógł przyjaciółce wtedy, kiedy bezwzględnie tej pomocy potrzebowała. Dzisiaj kobiety są blisko siebie, ale pewien rodzaj oddalenia jest widoczny. Trudnością będą pytania, które Agata chce zadać Justynie po tym, jak w nocnym klubie zamordowano młodego prawnika...

Rogala nadmiernie nie komplikuje fabuły, ale potrafi też umiejętnie zwodzić czytelnika. Pierwszy trup to dopiero początek krwawej zemsty za zbrodnię sprzed lat i dość szybko orientujemy się, kto będzie następny. Kiedy autorka uśmierci i drugiego, sytuacja mocno się zagmatwa. Wszystko zacznie być dwuznaczne. Justyna milczy, a Agatę męczy cień podejrzenia, że przyjaciółka miała motyw i mogła zabić w nocnym klubie. "Zapłata" będzie opowiadać historię policjantów, którzy nazbyt emocjonalnie zaangażują się w prowadzone śledztwo i z kilku powodów nie będą chcieli być od niego odsunięci. Do skołowanej Agaty dołączy jej partner, dla którego cała sprawa stanie się impulsem do tego, by... naprawdę się zakochać. Małgorzata Rogala pozostawia nas z bezradnymi wobec swoich uczuć i przekonań policjantami, by wskazać kilka tropów, na które oni sami nie wpadają od razu. Zaczyna się i wyścig z czasem, i dramatyczna próba pogodzenia własnych emocji z obowiązkami wynikającymi ze śledztwa. Justyna przełamie się i zdradzi tajemnicę z przeszłości. W jaki sposób wpłynie to na szybkość i skuteczność dalszego działania?

Ta powieść opowiada o mężczyznach bez empatii i o solidarnych kobietach. Kreśli intrygę w sposób dość tradycyjny, ale tak zagęszcza ją wątkami obyczajowymi, że przez pewien czas gubimy się w domysłach co do motywacji zabójcy. Rogala opowiada o silnych i zdeterminowanych kobietach, które chcą być świadome tego, jak żyją, i kierować życiem wedle reguł, jakie wykiełkowały w ich umysłach po dramatycznych wydarzeniach z przeszłości. Relacje przyjaciółek komplikuje początkowo pewna nieufność Agaty, ale w nieufności i lęku to Justyna zmuszona była żyć przez cały czas i być może gdyby nie dramatyczna śmierć w nocnym klubie, pozostałaby w swym życiu na niby, życiu prowizorycznym, odbudowanym po załamaniu nerwowym i emocjonalnym wycofaniu się gdzieś na bezpieczny margines życia. "Zapłata" to powieść o maskowaniu się i o pamięci. Takiej, która drąży umysł, pozbawiając go z czasem zdroworozsądkowego myślenia. To w przypadku osoby zabijającej. Pozostałe myślą o zabitych z pewną ulgą. Rany nigdy się nie zabliźniają, a człowiek na zawsze może przestać traktować drugiego z empatią. Zwłaszcza gdy w grę wchodzi niesprawiedliwość... wymiaru sprawiedliwości. Tendencje ucieczkowe idą w parze z wypieraniem albo kumulowaniem gdzieś ogromnych pokładów nienawiści i żalu. Małgorzata Rogala bardzo ładnie to wszystko rozpisuje na role i pokazuje zgubny wpływ trudnej przeszłości, z którą nigdy się naprawdę nie rozstano.

Ta powieść dyskretnie sygnalizuje, że kumulowane złe emocje zawsze muszą znaleźć ujście i tylko od nas zależy, czy pozwolimy im uchodzić bezpiecznie. Niektórzy bohaterowie utkwili na zawsze w czasie minionym, inni brutalnie go odrzucili, Justyna tkwi w pewnym zawieszeniu. Kobiety Rogali są zdeterminowane i przepełnione różnego rodzaju energią. Jedne czynią zło, drugie ze złem walczą. Takie jak Justyna starają się stłumić ból i pożegnać przeszłość bez jej rozpamiętywania. "Zapłata" jest powieścią kryminalną o prostej konstrukcji, ale ze sporym ładunkiem emocjonalnym. Napisane jest to wiarygodnie i z przekonaniem, w związku z tym lektura powinna być satysfakcjonująca przede wszystkim dla tych, którzy lubią nietuzinkowe motywy zabijania i wiedzą, że nasze aktualne czyny bardzo często tkwią w silnym związku z tym, co zrobiliśmy albo czego nie zrobiliśmy w przeszłości. Warto.

2015-08-19

"13 pięter" Filip Springer

Wydawca: Czarne

Data wydania: 12 sierpnia 2015

Liczba stron: 288

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Prawo czy przywilej?

Przez tę książkę idzie się jak burza. Z gniewem, bezsilnością i z przekonaniem, że dotyczy problemu, którego nigdy nie uda się zażegnać. Rafał Hetman napisał, że temat rynku mieszkaniowego jest skrajnie niereportażowy. Absolutnie się nie zgadzam z tym twierdzeniem. Filip Springer bardzo dużo, może za dużo miejsca, poświęca problemom nędzy mieszkaniowej w okresie dwudziestolecia międzywojennego, dzisiejszy stan walki o własne lokum jedynie szkicując, proponując nam fragmenty dramatycznych historii tych, którzy walcząc o mieszkanie, zdają sobie sprawę z chorego stanu rzeczy polegającego na tym, że własne M to wciąż przywilej, a nie prawo. Ten temat mógłby być kanwą nawet kilku ważnych reportaży. Autor świadomie zawęża narracje, by tylko punktowo nakreślić skalę ogromnego problemu. Widocznego już przed drugą wojną światową, kiedy to jedynie kilku idealistów myślało o tym, by zapewnić lokale wszystkim, szczególnie najbardziej potrzebującym. Dzisiaj zasadzającego się przede wszystkim na tym, iż kolejne rządy nie dbają o efektywną politykę mieszkaniową, gdyż angażowanie się w nią musi być długofalowe. Perspektywa jednej kadencji to za mało, by zmienić dramatyczną sytuację rynku mieszkaniowego w Polsce. Nikomu na tej zmianie chyba nie zależy. A cierpią lokatorzy - wieczne najsłabsze ogniwo łańcucha biznesowego przy planowaniu i budowie miejsc do zamieszkania.

Zaczyna się od sprawy samobójstw z 1931 roku. Większość powiązana była z widmem eksmisji. Wtedy mieszkanie zabijało w sensie dosłownym, dzisiaj przede wszystkim skutecznie wykańcza w długim okresie. Takie delikatne, ale stanowcze podduszanie. Wyciskanie z lokatora wszystkich środków, ale przede wszystkim zadowolenia z życia. Bo czy można być z niego zadowolonym, kiedy bierze się kredyt nazywany często dożywotnim? Hipoteka - obecnie najskuteczniejszy w Polsce środek antykoncepcyjny. Nie mam dzieci, mam kredyt. Muszę go karmić dużo dłużej niż dzieciaka, przez trzydzieści lat. Tak to jest. Zakredytowane są miliony Polaków. Tysiące wchodzących w dorosłe życie ludzi bez zdolności kredytowej mogą jedynie marzyć o mieszkaniu lub zawistnie spoglądać na tych, którym pozostał spadek po babci czy komfort bogatych rodziców finansujących cztery kąty. Strach i ryzyko. Stałe poczucie niesprawiedliwości, w którym posiadanie mieszkania to wyjątkowy wyczyn - okupiony wyrzeczeniami i możliwy do osiągnięcia dla nielicznych. Filip Springer nakreśla absurdy, trudności i paradoksy rynku mieszkaniowego z lat dwudziestych i trzydziestych minionego stulecia, by podkreślić, że niczego nie nauczyliśmy się na błędach sprzed lat. Co więcej - wszelkie przedwojenne inicjatywy, które udało się zrealizować, okrutnie zaorała wojna. Dzisiaj agresja czyścicieli kamienic czy oszustwa deweloperów przypominają bardzo wyraźnie wojenne barbarzyństwo. Skąd brać siły i środki, żeby w dzisiejszej Polsce normalnie mieszkać?

"13 pięter" to zapis wielu rozmów, z których układa się koszmarny obraz dzisiejszej polityki mieszkaniowej. Kłody rzucane pod nogi dla pragnących znaleźć własne miejsce, gdzie można przybić gwóźdź czy umeblować po swojemu, mnożą się na każdym etapie starań o lokum. Springer przedstawia historie smutne i upokarzające. Zagląda do kontenerów, do garażu, odwiedza mroczne sutereny. Rozmawia z ludźmi, których życie upokarza w ten szczególny sposób tylko dlatego, że chcą mieszkać na swoim. Absurdem jest myślenie, że posiadanie M to wyznacznik dorosłości. Tak jednak tłumaczone były perspektywy, jakie oferowały banki. Dzisiaj żądające wkładu własnego, czyli dodatkowo zawężające grupę docelową, do której można kierować przekaz o dojrzałości do tego, by... spłacać cztery kąty do emerytury. Co w zamian? Możliwa stabilizacja dla posiadających stałe źródło dochodu i spłacających kredyt w rodzimej walucie. Tych, którzy oddali nadzieję i kapitał deweloperom, może czekać niejeden szok, życiowa rewolucja. Podobnie tych decydujących się na wynajem - w tej sferze rynku mieszkaniowego dochodzi już do absurdów, o jakich trudno myśleć, kurczowo trzymając się logiki w rozumowaniu. A tymczasem Europa Zachodnia wynajmuje na potęgę, w Polsce zakleszczono się prawami własności. Opowieść Springera - pełna grozy i poczucia, że tkwi się wewnątrz okrutnego absurdu - jest jak dotykanie czułej struny, gdyż wielu jego rozmówców wstydzi się i gorzko ocenia samych siebie. Dlaczego? Bo nie potrafią zawalczyć o mieszkanie albo nie mają ku temu możliwości. W XXI wieku ta walka wcale nie jest tak różna od tej z okresu międzywojennego. Wtedy być może mniej ludzi oszukiwano. Dzisiaj bycie oszukanym to cena za to, by nie mieszkać w tak skandalicznych warunkach, o jakich wspomina autor, opowiadając o zbędnych warszawiakach lat trzydziestych minionego stulecia, dla których nie było praktycznie żadnej alternatywy. Dziś jest, ale trzeba ją okupić łzami, potem i krwią. Tak wygląda bezkompromisowa walka, której końca nie widać.

Słowa autora "Zaczynu" obejmujące analizę sytuacji mieszkaniowej sprzed lat mogą służyć także jako komentarz do dzisiejszego stanu rzeczy. "Mieszkania dla najbiedniejszych zaczną powstawać dopiero wtedy, gdy zacznie się to opłacać komukolwiek oprócz nich samych". Tysiące komunistycznych blokowisk nie zapewniły równowagi, nie dały ludziom na kolejne lata komfortu życia u siebie. Dzisiejsi sfrustrowani trzydziestolatkowie żalą się Springerowi, że państwo nie daje im możliwości, by mieszkać u siebie. Mieszkać - znaczy wyrzekać się, wciąż na nowo i wciąż bardzo intensywnie. "13 pięter" to gorzka rozprawa z rzeczywistością, w której poczucie bezpieczeństwa to status dla nielicznych i która stale każe przypominać sobie o tym, że nie ma w życiu niczego za darmo, a już na pewno mieszkania. Posiadanie go związane jest z obowiązkiem wytężonej pracy przez lata. Liczni bohaterowie reportażu, ci szczęściarze w zasadzie, odetchną z ulgą we własnym lokum dopiero na emeryturze. Niektórzy mogą tej emerytury nie doczekać. Nowa forma barbarzyństwa i spekulacji, o której nie ma akurat mowy w książce i która wcale nie jest na razie popularna, to hipoteka odwrócona dla tych, którym zabraknie na życie, gdy na starość spłacą mieszkanie. Tacy pozostaną na zawsze w orbicie wpływów banków, a ich mieszkanie nigdy nie będzie do nich należeć...

Gdy czyta się "13 pięter", nasuwa się między innymi refleksja o tym, że nigdy chyba tak jak dzisiaj priorytetów życiowych nie ustawiało się w tak silnym związku z myśleniem o zamieszkaniu na swoim. Filip Springer zaznacza, że przez lata jakiekolwiek inwestycje związane z mieszkalnictwem nigdy nie miały społecznego charakteru. Dlatego to książka o społeczeństwie, z którym nikt nie chce się liczyć, ale któremu chętnie policzy się zdolność, a potem doliczy horrendalne opłaty za coś, co z podstawowej potrzeby życiowej zmienia się w życiowy luksus.

2015-08-17

"Kilka dni lata" Małgorzata Sobieszczańska

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 18 czerwca 2015

Liczba stron: 322

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Dzielni poranieni

To jedna z tych książek, które zniechęcają do siebie już okładką. Zapewniono mnie, że wewnątrz jest czego szukać, w związku z tym podjąłem się trudu przeczytania. Małgorzata Sobieszczańska mnoży dramatyczne wątki z życia swoich bohaterek (i bohatera), pozostawiając odbiorcę z nieznośnym poczuciem, że trzeba bardzo uważnie czytać, by nie zgubić kolejnej traumy, dodać ją do zaskakująco wielkiego ładunku emocjonalnego, nie pogubić się w perypetiach. Najgorsze jest to, że ten nadmierny dramatyzm wyparuje, bo jakiś czas po lekturze nie będzie się już pamiętać, co dokładnie dręczyło babkę, matkę, córkę i na dokładkę męża matki, którego smutne dzieje mają już całkowicie rozsadzić konstrukcję książki. Opowieści o tym, że niczego nie należy się wstydzić ani tego żałować, jeśli żyje się naprawdę i docenia to życie. O trudach mentalnego rozstania z dorosłym dzieckiem oraz o tajemnicach, które matki i córki noszą w sobie jak największy ciężar. O tym, że powtarzamy błędy rodziców, ale nie mamy na to wpływu, bo tak musi być.

Nagromadzenie życiowych trudności sięga sumy doświadczeń ludności małego miasteczka, ale Sobieszczańska sprawiedliwie, po równo i solidnie, obarcza różnymi traumami wszystkich. Jeśli ma się ochotę poczytać naprawdę dobrą powieść o kilku pokoleniach kobiet, warto sięgnąć po książki Ingi Iwasiów albo wartościowy tegoroczny debiut "Dom z witrażem" Żanny Słoniowskiej. Sobieszczańska tkwi w kliszach i schematach, choć pióro ma niezłe i czyta się ją dość dobrze. Oferuje kolejną powieść, w której pojawiają się męczące egzystencjalne truizmy, jak choćby wątpliwość jednej z bohaterek: "Czy życie to chaotyczny ciąg zdarzeń, czy też żelazna konsekwencja decyzji, które podejmujemy?". Koniecznie trzeba przeczytać "Kilka dni lata", by odpowiedzieć sobie na to wyjątkowo oryginalne pytanie?

Amelia jest uzależniona od córki, Janiny. Ta przyjęła staruszkę pod swój dach i karmi potrawką z kurczaka, bo to zdrowe, choć wychodzi bokiem każdemu członkowi rodziny. Amelia żyje przeszłością, bo dzisiaj może już tylko wegetować. Poznajemy jej dramatyczną historię. Początek trudnego życia naznaczony wojną, zakazana miłość, skomplikowane relacje z mężem, potem trudności życia w komunizmie i kolejne tajemnice, które w większości odkrywa zdumiona córka. Janina wie, że wszelkie namiętności są zgubne i na co dzień jedynie dyryguje, zarządza. Ustala, określa, planuje - morderczy tygiel obowiązków, pośród których zapomina o tym, czym jest prawdziwe życie. Ona też ma tajemnice przed swoją córką, Mają. Wspomina trudne relacje z matką, miłosne rozczarowanie tuż przed stanem wojennym, małżeństwo z rozsądku. O ile Amelia i Janina dynamicznie szły przez życie i zawsze wiedziały, jak walczyć o swoje, o tyle Maja, trzecie pokolenie, odziedziczyła po tych kobietach to, co zawsze odrzucały - bierność, bezwolność. Po dziewięciu latach małżeństwa rozstała się z mężem, pod którego oknem czeka na Godota, trawi swą nieznośną samotność i marzy tylko o tym, by znowu znaleźć się w objęciach Janka.

To w wielkim skrócie, bo stopień komplikacji fabuły przyprawia o zawrót głowy, ale bohaterki dzielnie radzą sobie z przeciwnościami losu, zwykle kryjąc własne emocje. Tak, kobiety Sobieszczańskiej niosą swe sekrety przez całe życie. Pielęgnują pamięć o doświadczeniach, które trwały być może tylko tytułowych kilka dni, ale odcisnęły się piętnem na ich psychikach. Maja ukrywa pragnienia i potrzeby, bo widzi obok siebie zamkniętą w sobie matkę. Janina musiała uciec, by zacząć żyć naprawdę i nie kryć się z uczuciami. Okazuje się, że skrywa inną tajemnicę, równie bolesną co tajemnica Amelii. Najbardziej bolesne są - a jakże! - niespełnione miłości tych kobiet i tylko jedna z nich otrzymuje od losu szansę, by kochać i czuć się z tym komfortowo. Tymczasem gdzieś obok, niby na marginesie, ale w ważnej bliskości, znajduje się mąż Janiny - wycofany, pokorny, całkowicie podporządkowany żonie. Jego też los nie oszczędził. Być może szczęście ma jedynie dziewięcioletni syn Mai, gdyż w jego wieku babce kończyło się już dzieciństwo, a on ma gry komputerowe i tylko świadomość, że jest pomijany jak dziadek, bo przecież mama goni za iluzją i niespełnionym pragnieniem, a dziecko portretowane jest od początku do końca jako balast. Każdy w powieści Sobieszczańskiej w którymś momencie życia bardzo się zagubił, ale okoliczności sprawiły, że nie mógł niczego już zmienić, zmienić siebie przede wszystkim. Po trochu chaos i okrutna logika konsekwencji mieszają w życiorysach, w związku z tym stawiane wcześniej przez Maję pytanie nie będzie miało jednoznacznej odpowiedzi, ale przecież o to ma chodzić. Ja postawiłbym inne pytanie - czy przeraźliwie okaleczone emocjonalnie kobiety, które mimo wszystko dalej mierzą się z życiem, są postaciami wiarygodnymi? To, co opisane, mogłoby się wydarzyć i rzeczywiście są rodziny, w których nie rozmawia się o bólu, tylko się ten ból komuś oddaje. Czy "Kilka dni lata" rości sobie prawo do bycia prozą imitującą życie, czy też jest jedynie zgrabnym kolażem z ludzkich dramatów, które przez swoją mnogość skłaniają do lektury dużo bardziej uważnej? Bo przecież irytująca chwilami Maja drążąca wciąż ten sam życiowy problem blado wypada przy naznaczonych wielością przeżyć matce czy babce.

Ta powieść udowadnia, że kochamy iluzję w jej najbardziej dramatycznej z form. To także książka, która manipuluje emocjami odbiorcy. Współczucie rozbija się na wiele postaci, ale w gruncie rzeczy nie myśli się o tym, które wybory były świadome, a które podyktowane trudnym czasem i okolicznościami. Problem "Kilku dni lata" to zarysowanie zbyt wielu perspektyw i punktów widzenia bez należnej im rozbudowy. Bo dostajemy wypunktowane troski i zwątpienia, a szereg okrucieństw losu zamyka dramatycznie prosta refleksja o tym, że... takie jest życie, życie jest ciężkie, każdy ma swoje i powinien być za nie wdzięczny. Przykro mi, ale mimo wszystko zręcznie napisaną powieść zapomina się już niedługo po jej przeczytaniu. Co jest nie tak? Przecież psychologiczne pogłębienie postaci wywiera wrażenie nawet na psychoterapeutce chwalącej powieść już na pierwszej stronie. Jak dla mnie lektura jest nieco męczącym i zdecydowanie zbyt długim seansem psychoterapeutycznym.

2015-08-14

"Cynkowi chłopcy" Swietłana Aleksijewicz

Wydawca: Czarne

Data wydania: 5 sierpnia 2015

Liczba stron: 312

Tłumacz: Jerzy Czech

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Gorzkie rozliczenie

Jeden z rozmówców Swietłany Aleksijewicz mówi o tym, że człowieka nie można poddawać nieludzkim próbom, bo żadnej z nich nie przetrwa. To książka o jednej z takich prób. O ludziach, którzy wyjeżdżali do obcego kraju, który mieli uczynić wzorowym społeczeństwem socjalistycznym, a wracali w cynkowych trumnach, szczelnie zamkniętych, chowanych gdzieś w pośpiechu i w tajemnicy. Opowieść ta traktuje o piekle wojny w Afganistanie, której echa wyciszane były w Związku Radzieckim już wtedy, gdy trwała. Potem uznano napaść za błąd polityczny, a ten błąd kosztował życie wielu młodych żołnierzy - tych ginących na froncie oraz tych powracających, dla których codzienność czasu pokoju była tak opresyjna, że można było ich uznać za zmarłych już za życia.

Aleksijewicz pisze o różnym rodzaju bólu i rozmaitych utratach. Chce napisać o wojnie, której nienawidzi, z innej perspektywy - przyjrzeć się pojedynczemu człowiekowi, wysłuchać jego opowieści, wsłuchać się w tłumione emocje i opisać ten przerażający wachlarz odczuć, jakie ujawniały się w historiach ocalałych oraz bliskich zabitych. Okrutne opowieści i czuły słuch - to dwie cechy wyróżniające "Cynkowych chłopców". Publikację przecież już pozornie nieaktualną, bo pamięć zatarła ślady, a o interwencji wojsk radzieckich w Afganistanie nie chce się pamiętać po tylu latach. To jednak jedna z najważniejszych antywojennych książek, którą udało mi się przeczytać. Bolesna, bezkompromisowa i przerażająco obszerna - czyta się kolejne historie pełne bólu i ma się już przesyt, zaczyna się kolejną i z niepokojem kartkuje strony, bo jest ich jeszcze wiele, bardzo wiele... "Cynkowi chłopcy" to anatomia wojny opisana przez pryzmat ludzkich wątpliwości, ludzkiej niefrasobliwości i przekonania o dokonaniu czegoś wielkiego. Dodatkowo ważna być może dlatego, że po Afganistanie były inne miejsca walki i dlatego, że Rosjanie wciąż mogą spodziewać się czegoś podobnego. "Nie przerabiamy swojej przeszłości, zawsze jesteśmy ofiarami. Może dlatego wszystko się powtarza". To słowa z zakończenia, ale każde słowo tego reportażu może się opowiadać za różnego rodzaju końcami. Wszystkie układają się w świadectwo goryczy, rozczarowania i różnego rodzaju okaleczeń - z nich te psychiczne wydają się najokrutniejsze.

"Cynkowi chłopcy" to zbiór opowieści tych, których nikt nigdy nie chciał wysłuchać. Nie ma tu żadnej jednowymiarowości, żadnej tezy i żadnego klucza. Jest empatia i przekonanie o tym, że wszystko, co mówią, jest ważne. Różni są rozmówcy Aleksijewicz. W większości żołnierze, którym udało się wrócić cało z Afganistanu, choć ten kraj prześladuje ich na jawie i we śnie. Liczne matki chowające swoich synów dosłownie i symbolicznie; niepogodzone z utratą, z tym okrutnie zatrzymanym na zawsze czasem, pozostające w rozpaczy i niezrozumieniu. Są kobiety, które opiekowały się rannymi, widziały najkoszmarniejsze oblicza śmierci. Także pracownice cywilne, pełne strachu i wyobcowania. Ale najbardziej przejmujące są opisy wojny tam, gdzie tej wojny być nie powinno. W wielu monologach błąka się to rozpaczliwe pytanie o sens, zasadność cierpienia zadawanego innym i własnego, które należało przyjmować z pokorą, bo granicą moralności był wojskowy rozkaz, a na miejscu rodził się jakiś inny rodzaj świadomości, dopuszczający i przemoc, i zabijanie.

Znieczuleni na litość w Afganistanie nie chcą żadnej litości po powrocie do miejsc, w których z różnych powodów nie mogą się odnaleźć. Nie chodzi tylko o okaleczenia, choć są bardzo liczne i odbierają godność każdemu, kto wspomina o okolicznościach utraty nogi czy ręki. Aleksijewicz bada ślady zupełnie niewidoczne. Z usłyszanych przez nią opowieści wyłania się wieloaspektowy obraz powojennego rozbicia, trudnej do sprecyzowania traumy, naznaczenia nieufnością i dramatyczną osobnością. A przecież było bohaterstwo i wielkie czyny. Była adrenalina i przekonanie, że czyni się dobrze. Był też handel, rabunki, marzenia o kąpielówkach, narkotyki, morze alkoholu oraz leki pobudzające. Przecież trzeba się jakoś stymulować, by wytrzymać nieludzkie warunki. A wojna jest nieludzka. Autorka książki wyraźnie sygnalizuje, że z wojny nikt nie wraca bohaterem. Wojna to mikrokosmos nieludzkiego cierpienia, którego nie da się potem zwerbalizować. I to się czuje na kartach "Cynkowych chłopców" - takie autorskie zagubienie i niepewność. Bolesna świadomość, że literatura ze swoimi słowami staje się bezsilna wobec przeżyć, które chce nazwać. Młodzi żołnierze uciekali od szarości dnia codziennego, by zaznać piekła, a po ocaleniu mroku tej codzienności. W normalnym życiu czekało niewiele. W zamian za niepamięć - renta, mieszkanie, jakieś inne dobra. Unikano "afgańców". Oni sami unikali ludzi. Niektórzy byli bezradni, gdy na granicy odebrano broń, a rozstrzygnięcia siłowe, tak oczywiste z tamtego świata, w tym pokojowym były karane. Mniej lub bardziej surowo.

Aleksijewicz zwraca uwagę na to, że w przypadku Rosjan ta mroczna potrzeba wojowania i zdobywania nigdy nie odchodzi w przeszłość. Podobnie jak przekonanie, iż każda rozpętana wojna jest słusznym posunięciem. "Nasza mitologiczna mentalność jest niezachwiana - jesteśmy wielcy i sprawiedliwi. I zawsze mamy rację". Być może też dlatego w latach dziewięćdziesiątych odbywał się proces, w którym zarzucano "Cynkowym chłopcom" demitologizowanie postaw i zachowań, które i wtedy, i teraz nawet wciąż uznawane są za słuszne, choć przecież tak moralnie wieloznaczne. Ostatnia część książki przywołuje świadków, którzy zaprzeczali słowom spisanym w publikacji. Proces Aleksijewicz dawał dowód na to, że pewnego rodzaju światopoglądowe spaczenie obecne jest przez cały czas, bo system doskonale je konserwuje. Tymczasem przypomina się dramatyczne słowa jednej z rozmówczyń, która zadała takie oto pytanie: "Jak trzeba nie kochać własnego narodu, żeby go wysyłać do czegoś takiego?". Jak można coś takiego robić w ogóle? Jak zrozumieć wojnę? Jak pojąć, że próba przedstawienia ludzkich wątpliwości w związku z wydanym rozkazem może mieć znamiona czynu szkodliwego?

"Cynkowi chłopcy" to bolesne świadectwo tego, że wojnę przeżywa się naprawdę, po ludzku, dopiero po jej zakończeniu. To też przejmujący dowód tego, iż pojawiają się i będą pojawiać nowe nieludzkie próby, którym poddany zostanie człowiek. To, o czym opowiedzieli rozmówcy Aleksijewicz, nigdy się nie kończy, wciąż zaczyna na nowo. Autorka wieloznacznie daje do zrozumienia, że każda forma przemocy wywołuje kolejną. Na koniec refleksja z początku książki: "Człowiek ma prawo do niezabijania. Do tego, by się zabijania nie uczyć. Takiego prawa nie ma w żadnej konstytucji"...

  KUP KSIĄŻKĘ

2015-08-12

"Kolonia karna" Tomasz Jastrun

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 7 maja 2015

Liczba stron: 368

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 29,99 zł

Tytuł recenzji: Relacje przewidywalne

Okładka nowej powieści Tomasza Jastruna właściwie wszystko nam wyjaśnia. Dwie okładki w zasadzie. Oryginalna kompozycja tej książki to jedyne, co rzeczywiście może zwrócić naszą uwagę. Zawartość już, niestety, nie. Jastrun po raz kolejny opowiada nam historie, jakie znamy z każdego rodzaju literatury - od przesłodzonych narracji z serduszkami na okładkach po poważną, ambitną prozę sygnalizującą problemy obyczajowe wielowymiarowo. A problemem jest oczywiście bycie razem, tytułowa kolonia karna - jej zasady i funkcjonowanie są wyznaczane najpierw przez zanik czułości, potem przyzwyczajenia wraz z pretensjami, ostatecznie lęk przed wielką przegraną i kompulsywne próby walki o swoje. To wszystko zwykle kończy się źle. Bohater książki puentuje: "Szukaliśmy oboje i znaleźliśmy siebie, żeby się okazało, że nasz związek jest bez sensu, podobnie jak miliony innych związków". O czym jest ta książka? Ma być wnikliwą wiwisekcją rozpadu związku? Mamy się odnieść do stereotypowych rozwiązań fabularnych, w których ona pozwala sobie na eksperymentowanie i cierpienie, a on tylko na cierpienie wraz z narastającym poczuciem wycofania puentowanym jakże twórczo słowami "w co ja się wpierdoliłem?". Mamy ujrzeć coś głębiej, poczuć więcej i tyle samo nazwać po swojemu?

Bo w związku Jastruna zabrakło pokory, autoanalizy, empatii i szacunku. Jego notorycznie przerażeni życiem bohaterowie zbliżają się do siebie tylko wtedy, gdy strach - najbardziej nawet irracjonalny - osiągnie apogeum, i wówczas pozostają mali wobec siebie, bo boją się nie tylko rozstania. Boją się wziąć za siebie odpowiedzialność i wyprowadzić swoje małżeństwo z ruchomych piasków. Wtórne? Bardzo. Napisane w taki sposób, że należy chyba wybrać sobie punkt widzenia. Związane jest to z wyborem czytania. Ja rozpocząłem od jej narracji. Myślę, iż porządek czytania nie jest istotny. "Kolonia karna" nie oferuje nam niczego, czego już by nie napisano o toksycznym związku. Nie daje także możliwości, by na swych cierpiętników spojrzeć z innej niż stereotypowa perspektywy. Zachowują się bowiem podręcznikowo i przewidywalnie. Stąd też nuda wkradająca się do lektury. Podobna do tej ze związku. Z połączenia ludzi, którym nie chciało się zainwestować w tego drugiego człowieka, czyniąc bycie z nim nieznośnie opresyjnym.

Jest tragikomicznie przede wszystkim. Przewidywalnie. Niestety, to także wina okładki, ale też pewnej natrętnie przemycanej tezy o tym, że ci dwoje za mało się postarali i nie przyłożyli do siebie, do bliskości naprawdę, do uczucia zmieniającego się w coś toksycznego. Oboje już na wstępie udają. Ona farbuje włosy, on stara się tuszować swoje niesympatyczne przyzwyczajenia. Łączy ich przypadek, jak większość par. Również jak w przypadku większości pojawia się pierwszy moment krytyczny, kiedy wzajemne oczekiwania się rozmijają. Kolejne dramaty gonią się w sposób oczywisty i dość logiczny. Jedno wynika z drugiego, coraz silniejsze zapadanie się w sobie wywołuje frustrację, a potem układ oparty na stałym odium i smutku. Pochylamy się ze współczuciem do momentu, w którym uświadomimy sobie, że oboje częściowo zasługują na to, co ich spotkało. Połączone narracje pracują w wyobraźni, widzimy te same konfliktowe sytuacje z dwóch punktów widzenia. Możemy nawet kibicować jej lub jemu, ale czytamy przede wszystkim o tym, jak oboje w złości wpatrują się w siebie coraz uważniej, lecz nic nie widzą. I magia zauroczenia pęka, pojawia się proza życia. Ta proza ma życie i uczucia imitować, nie wychodzi jednak zupełnie poza klisze i utrwalone sposoby myślenia o tym drugim w momencie, w którym wypowiadamy mu prywatną wojnę.

Brakuje mi rysu indywidualizującego te toksyczne relacje. Wartościowego sięgania gdzieś do głębi, poszukiwania źródeł konfliktu. Napięcia i pęknięcia tworzą się niejako naturalnie. Są tendencyjne odniesienia do sytuacji rodzinnych małżonków, jest również przejaskrawiona symbolika dopełniania i oddalania oraz zaczarowania i rozczarowania sobą. Kolonia karna funkcjonuje w warunkach wręcz idealnych do tego, by się zadręczać. Dom, kredyty, dwójka dzieci. Dobrze sytuowana para, która nigdy nie ulokowała się w miejscu ani czasie właściwie. Trwonią czas na poszukiwanie samych siebie. Oddalają się, bo bezpieczna odległość pomaga im analizować swoje własne nieszczęście. Jastrun sugeruje wyraźnie, iż sfera seksualna jego bohaterów to podstawa areny destrukcyjnych emocjonalnych zaburzeń. Seks bowiem warunkuje bliskość, on także pozwala na snucie fantazji i na mentalne ucieczki tam, gdzie drugie nie sięga. Ona ma nawet filozoficzny stosunek do narządów płciowych określanych mianem ich boskich zwierzątek. Tylko ona - jak wspomniałem - zdecyduje się na prawdziwą przestrzeń wolności seksualnej, on będzie tkwił w myśleniu i działaniu stereotypowym. Oboje stoczą się gdzieś na krawędź, gdzie będzie można już sankcjonować przemoc, a wraz z nią... inne spojrzenie na seksualność. Czyta się "Kolonię karną" z niemym zdumieniem, że to wszystko tak zwyczajnie się rozpada, że nie ma w tym ani egzystencjalnej głębi ani seksualnej chociażby mistyki. Jastrun serwuje historię jak najbardziej bolesną, ale też mało przejmującą, bo niewiele w tym rozpadzie związku bólu i smutku, którego nie tłumaczyłyby atawizmy czy prozaiczne poczucie niedosytu.

Oboje są pozorantami i oboje mają za swoje. Odkłada się książkę Jastruna z przekonaniem, że nie ma w autorze empatii, bo zastąpiło ją granie w oczywiste rozwiązania fabularne. Widzenie spraw, uczuć i świata zawirowań trudnego związku zdaje się uproszczone i chwilami nieznośne w odbiorze. Jeśli tak miało być w zamierzeniu, naprawdę nie wiem, czemu miało to służyć. Jeśli nie dostrzegłem czegoś ukrytego między zdaniami, to może dlatego, że te zdania wpędzały mnie w otępienie zmysłów, a chwile autentycznego zaangażowania w konflikt były tak krótkie, jak nieudolne próby zażegnania go przez małżonków. Szkoda, że nie pojawił się choćby cień skrytego pytania o to, dlaczego urządzamy sobie kolonie karne w związkach i jakie to ma znaczenie dla odkrywania prawdy o sobie współistniejącym z drugą osobą. Oryginalna okładka to za mało, by zainteresować tą książką. Szkoda, że to "świadectwo naszych czasów" - jak dumnie głosi ta okładka - nie daje możliwości podglądania uważniej, wielowymiarowo. Odnosi się wrażenie, że tak naprawdę niewiele jest do podglądania.

2015-08-10

"Matki" Pavol Rankov

Wydawca: Książkowe Klimaty

Data wydania: 26 czerwca 2015

Liczba stron: 430

Tłumacz: Tomasz Grabiński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37 zł

Tytuł recenzji: Tragizm i heroizm macierzyństwa

W powieści "Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej)" Pavol Rankov opowiedział o losach trójki przyjaciół w obliczu kolosalnych przemian, jakich doświadczała Czechosłowacja w latach 1938 - 1968. Chodziło o przyjaźń wystawioną na wiele prób oraz o niespełnioną miłość, wciąż pożądliwą i niebaczącą na przemiany wokół. Rankov starał się interpretować przeszłość przez pryzmat losów skrzywdzonych i oszukanych. Tych, którzy musieli weryfikować swoje poglądy na to, co jest słuszne, właściwe, potrzebne i godne. Losy jednostek opowiadały Historię i Historia opowiadała o losach jednostek. Taka zależność występuje także w "Matkach". Jeden z bohaterów, promotor pracy magisterskiej studentki piszącej o macierzyństwie w formie granicznej, wypowiada ważne słowa. "Przeszłości nie możemy badać bezpośrednio. Możemy polegać tylko na pamiętaniu przeszłości". Poprzednia powieść Rankowa sugerowała przesłanie, że pamięć jako taka zawsze kształtuje się w odniesieniu do historycznych przeżyć danego narodu, danego państwa. W "Matkach" jest podobnie, choć tym razem słowacki autor czytelnie przekracza granice i ukazuje tragiczne bądź dramatyczne losy kobiet w dwóch różnych państwach - zjednanych  w zakończeniu przez system, bo zrozpaczona Zuzana udaje się w podróż z ZSRR do Czechosłowacji, powraca do domu, ale tkwi jednocześnie w tym samym ustroju, w którym walczyła o przetrwanie, dbając jednocześnie o swe dziecko. O syna, dla którego gotowa była poświęcić wszystko. Dosłownie.

Tragizm i heroizm Zuzany Laukovej zarysowane są wieloaspektowo. Kobieta u schyłku drugiej wojny światowej romansuje z radzieckim partyzantem. Tę relację bezkompromisowo ocenia jej matka już w pierwszym słowie powieści. Zuzana doświadcza bliskości i czułości jedynie przez chwilę. Jej miłosne zbliżenie przerywa dramatyczna ucieczka Aleksieja przed Niemcami. Lauková pospiesznie dotyka swego kochanka, ta chwila szczęścia będzie bardzo krótka. Potem przyjdzie czas na konsekwencje. Całe późniejsze życie bohaterki będzie zmaganiem się z przeciwnościami losu i z własnym sumieniem. Pierwszą i naczelną sprawą będzie jej macierzyństwo. Owoc grzesznego romansu rodzi się daleko od prowincjonalnej słowackiej wioski. W radzieckim obozie pracy, gdzie Zuzana trafia po absurdalnym i groteskowym "procesie", nazwana kolaborantką, wrogiem państwa sowieckiego. Rankov kreśli bezradność i naiwność swojej bohaterki, która nie ucieka z więzienia, choć ma ku temu możliwość, i racjonalizuje sobie każdy kolejny mroczny element rzeczywistości. Tej rzeczywistości, która zamienia się w obozowy koszmar. Tam kobiecość musi zostać zabita. Pozostają bezwzględne suki i okrutne strażniczki. Jedna okaże serce urodzonemu w ekstremalnie trudnych warunkach dziecku Zuzany. Ona sama będzie zmuszona walczyć nie tylko o przetrwanie, a potem o własną wolność, lecz przede wszystkim o syna, który zdeterminuje wszystkie jej działania i myśli.

Rankov rozważa kilka znaczeń słowa "macierzyństwo". Mamy je w formie cielesnej - Zuzana ledwo żywa w obozie, znajduje tyle witalnych sił, by urodzić, a potem jakoś wykarmić potomka w miejscu, w którym jakakolwiek forma czułości wobec drugiej osoby uchodzi za skrajność. Znajdują się jednak okruchy człowieczeństwa w tym nieludzkim świecie, bo ciężarna wydaje na świat syna i jest w stanie zatrzymać go przy sobie przez pewien czas. Potem władzę rodzicielską przejmuje Irina, bezwzględna strażniczka, czuła matka przybrana, ideologiczna matka. Przejść można zatem do macierzyństwa emocjonalnego. Aleksiej dorasta w orbicie wpływów dwóch kobiet, dla których staje się centrum wszystkiego. Jedna indoktrynuje go i przywiązuje do pewnych idei, druga nieśmiało próbuje przemycić do świadomości chłopca ideę Boga. Ambiwalencja uczuć dziecka i postaw wobec niego rodzi bolesne rozdarcie. Kiedy Irina czuje niebezpieczeństwo mentalnej utraty syna, odsuwa od niego Zuzanę. Macierzyństwo mentalne zarysowane jest najbardziej dramatycznie. Dziecko, które miało być skazane na szybką śmierć w łagrze, zyskuje podwójną miłość. O to dziecko Zuzana będzie walczyć zaciekle. Jej siła to bezwzględna miłość do Aleksieja. Bezkompromisowa i chwilami okrutna, bo przecież zrodzona w okrutnych warunkach. Do czego zdolna będzie bohaterka, by odzyskać syna już po zwolnieniu i powrocie do ojczyzny?

To naturalnie nie jest tylko powieść o trudnym macierzyństwie, choć takiego doświadcza również studentka, młoda bratysławska humanistka, zapisująca po latach opowieść Zuzany, w celu wykorzystania w pracy dyplomowej o matkach rodzących i wychowujących potomstwo w ekstremalnych warunkach. Lucia sama zostanie matką. Jej dużo łatwiej jest podejmować decyzje, planować działania, projektować przyszłość dziecka. Zuzanie odebrane były wszelkie możliwości, ale mimo to walczyła. Lucia nieświadomie zbliża się do staruszki, która przeżyła tak wiele i straciła równie dużo. Nie tylko osiem lat życia w łagrze. Także pewne przekonania i uczucia. System bezwzględnie niszczył ludzkie pojmowanie szczęścia i spełnienia, nieustannie modyfikował wizje przyszłości, ostatecznie dopasował wszystkich do tej jednej możliwej. Bo Czechosłowacja po powrocie Zuzany z łagru to kraj w silnej orbicie wpływów tego, w którym przyszło jej walczyć o życie i dziecko.

Kobiety Rankova skrywają w sobie ból i tajemnice. Obecność dziecka jest pretekstem do stawiania kilku ważnych pytań. Przede wszystkim o to, jakie czyny i poglądy mogą być usprawiedliwione, kiedy chodzi o wzięcie pełnej odpowiedzialności za własne dzieci. Dalej - czy matki mają moralne prawo, by walczyć o swe dzieci za cenę absolutnie wszystkiego? Czy macierzyństwo determinuje wybory, w których trudno już znaleźć miejsce dla siebie i jednocześnie trudno obiektywnie patrzeć na cały świat wokół? Bo świat otaczający Zuzanę to rzeczywistość wszelkiego rodzaju opresji. To bowiem powieść o złych ludziach w złych okolicznościach, którzy wyrządzają sobie krzywdę będącą rzekomo do usprawiedliwienia. Rankov opowiada o kilku rodzajach odkupienia oraz przebaczenia. Oskarża system, ale także ludzi w tym systemie. Rysuje mroczną panoramę przemian tuż po wojnie i ponownie, jak w poprzedniej powieści, przywołuje tam dramatyczny dla Czechosłowacji rok 1968. Śledzi się los Zuzany, obserwując okaleczenia i fałsz, jakie zatruły tę część Europy na wiele długich lat. "Matki" to także powieść zadająca pytanie o to, jaką perspektywę mamy przyjąć, by opowiedzieć o cudzym cierpieniu. Współodczuwać, zachować dystans? Jest to też rzecz o okrutnej, wymuszonej wierze w ustrój. Ta związana z Bogiem przegrywa - kartki modlitewnika Zuzany służą zeczkom w obozie do skręcania papierosów, matka nieudolnie wpaja Aleksiejowi świadomość obecności siły wyższej, ostatecznie zaś resztki modlitewnika trafiają do domowego pieca. Mocna i wielowątkowa opowieść o zniewoleniu, sile życiowej, o trudnych wyborach i o matczynej miłości - często bolesnej i kalekiej.

2015-08-08

"Jądro dziwności. Nowa Rosja" Peter Pomerantsev

Wydawca: Czarne

Data wydania: 29 lipca 2015

Liczba stron: 296

Tłumacz: Iga Noszczyk

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Szklany ekran i zwierzenia

Niedawno wydano dość zgrabny zbiorek reportaży o Rosji autorstwa Igora Sokołowskiego. "Spokojnie. To tylko Rosja" to zapis podróży przez ten kraj z wyraźnym i celowym pominięciem telewizji, na którą autor stara się nie zwracać uwagę jako na coś, co zdecydowanie zafałszowuje obraz rzeczywistości. "Jądro ciemności" właśnie przez pryzmat telewizji pokaże wszystkie bolączki, absurdy, ciekawostki i mroczne strony tego wielkiego kraju, bo Peter Pomerantsev - syn emigrantów z ZSRR - pracował tam jako producent filmów dokumentalnych. Perspektywa tworzenia dla telewizji wdziera się w każdą jego opowieść. Tę książkę czyta się chwilami na wstrzymanym oddechu - tak bardzo potrafi być przerażająca. Rosja na szklanym ekranie to rzeczywistość, która iskrzy i modeluje społeczeństwo. Pomerantsev ma za zadanie zbierać pozytywne historie, bo takimi karmi się naród. Wszystkie dziwnym trafem pokazują swój smutny rewers.  Wtedy dostrzegamy także mechanizmy medialnych manipulacji. Każda z tych historii to świadectwo licznych absurdów i grozy, poczucia zaszczucia i osaczenia. Większość wyrasta z pięknych marzeń i planów, często z prób wyjścia naprzeciw losowi, a rozbija się o twardy bruk. Ten moskiewski przede wszystkim. Po nim stąpa człowiek, który opowie, jak koszmarną wersją reality show może być rosyjski przekaz medialny opatrzony obrazami i komentarzami poddanymi wcześniej drobiazgowej analizie...

O ile historie o młodych naciągaczkach, które łowią w mroku nocnych klubów sponsorów, interpretujących po swojemu rzeczywistość nacjonalistach czy o złamanych życiorysach zbyt wcześnie wkręconych w modeling dziewczyn nie są typowo rosyjskie, bo można je spisać właściwie wszędzie, o tyle opowieści o zetknięciu się z kostycznym systemem, który niewoli i niewiele wyjaśnia - to już zjawisko charakterystyczne dla kraju, gdzie oskarżony o cokolwiek może być każdy, a prawie wszyscy zatrzymani zostają w sądach skazani. Pomerantsev portretuje kraj, w którym zawsze trzeba mieć się na baczności i nigdy nie zapominać o dowodzie tożsamości, gdy spaceruje się ulicami, przyglądając czasem ich brutalnym deformacjom. To są twarde warunki dyktowane przez ludzi, o których istnieniu obywatele nie mają pojęcia. To siatka powiązań jedynie dekoracyjnie i czasami prowokacyjnie umieszczająca słowa "wolność" i "demokracja" tam, gdzie widzą je przede wszystkim ludzie Zachodu.

Stamtąd właśnie Rosja czerpie wzorce bardzo wybiórczo. Ostatnie dekady to czas kolosalnych zmian następujących błyskawicznie i zmuszających do tego, by porzucać myślenie o czasie minionym bez większego sentymentu. To, co zostało wzięte z kapitalizmu, Rosja wykorzystuje po swojemu. Daje wiele możliwości, ale buduje też mury, odznacza wciąż nowe sfery ograniczeń. Modelująca rzeczywistość telewizja stara się wpoić widzom przekonanie o tym, że wszystko jest możliwe, ale musi podlegać pewnym ograniczeniom. W telewizji rozwijającej się bardzo dynamicznie i jak Russia Today pozornie tylko kopiującej zachodnie wzorce, każdy może być artystą i bohaterem, jeśli tylko dostosuje się do norm, którym wszyscy muszą być bezwzględnie posłuszni. Telewizja rozwija te horyzonty myślowe widzów, które mają zostać rozwinięte. Bawi na swój sposób. Straszy także. Poddaje próbom najtęższe nawet umysły, które chciałyby na szklanym ekranie tylko coś widzieć, a potem samodzielnie to przeanalizować. Pomerantsev stara się robić materiały, do których nie pozwala się wdzierać cenzurze. Być może dlatego większość z nich trafiła do tej książki, a nie na ekran jako gotowy film dokumentalny. Widać bowiem wyraźnie moralną niezgodę autora na fałsz, którego doświadcza w każdym możliwym aspekcie podczas zgłębiania historii niepasujących do ram rosyjskich mediów. Wydaje się, że przegrywa. Że walczy z wiatrakami i nie przesunie ani jednego klocka puzzli systemowych. "Jądro dziwności" ma charakter opowieści o zmiennym świecie, w którym kwestionowane są wszelkie stałe wartości. Co więcej - nierzadko słowo nie jest kompatybilne ze swym sensem. Rzeczywistość nazywana jest na różne sposoby. Co zrobić z materiałami do filmów, które są tak bezkompromisowe, że nie można ich interpretować na tyle swobodnie, by zacierać prawdziwy sens?

Czytając Pomerantseva, ma się wrażenie obcowania ze światem niemożliwym do przeniknięcia przede wszystkim dlatego, że jest nielogiczny. Najmocniej nurtuje autora fakt, iż życie w tym kraju toczy się w rytmie zmian poglądów w zależności od tego, w której ze sfer - prywatnej czy publicznej - aktualnie się przebywa. Czy wieczne udawanie, pokazywanie innym wielu twarzy i zmienność poglądów to jakaś chora norma, do której nie może przywyknąć nikt z zewnątrz? W zakończeniu padają mocne słowa, Pomerantsev nazywa Rosjan "społeczeństwem symulantów". Nikt nie ma tam żadnych wyrzutów sumienia, kiedy głosi różne poglądy i przekonania w zależności od miejsca, w którym się znajduje. Winna tego stanu rzeczy na pewno jest też telewizja. Teorie spiskowe, przeinaczanie faktów, modelowanie rzeczywistości i odbieranie słowom znaczeń - to nagminne praktyki, wobec których autor "Jądra ciemności" nie mógł pozostać obojętny. Tymczasem pozostało mu tylko napisanie książki, w dużej mierze o charakterze wspomnieniowym. Ku przestrodze przede wszystkim. Bo bolesne biografie, do których Pomerantsev dociera z czułością i empatią, niosą w sobie grozę codzienności życia w Rosji. Państwa naprawdę jedynego w swoim rodzaju - tam samo słowo manipulacja może mieć wiele znaczeń. Tym bardziej przejmująca jest ta publikacja, bo napisana przez kogoś, kto chciał oddać serce Rosji, ale nie mógł pojąć jej rozumem...

Ten reportaż to wyprawa do miejsca, w którym nic tak naprawdę nie jest prawdziwe, ale jednocześnie wszystko można, wszystko jest możliwe. Pozytywne historie karmią przemodelowane umysły w taki sposób, że poczucie zadowolenia z życia osiąga się tylko wówczas, gdy ktoś tym życiem odpowiednio będzie sterować. Dokąd podąża manipulowany odbiorca przed szklanym ekranem? Pomerantsev odpowiada na kilka sposobów i przy każdym czytaniu jego odpowiedzi jeży się włos na głowie...

2015-08-06

"Zależności" Łukasz Suskiewicz

Wydawca: FORMA

Data wydania: 30 czerwca 2015

Liczba stron: 106

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det.: 28 zł

Tytuł recenzji: Rodzinni męczennicy

Myślę, że jeszcze przez jakiś czas literackie mistrzostwo Polski w portretowaniu toksycznych więzi rodzinnych należeć będzie do Zośki Papużanki. Jej świeża "Szopka" swego czasu pozamiatała wszystko. Tak wyraźnej książki o rodzinnych dramatach, manipulacjach i kalekim współistnieniu dawno już nie było, choć doskonale wiemy, że to temat bardzo nośny literacko i zawsze się sprzeda. Łukasz Suskiewicz bardzo ciekawie wpisuje się w pewien nurt literatury traktującej więzi rodzinne jak symboliczny klincz, w którym tkwią męczennicy na własne życzenie. Oni nigdy nie przyjmą do wiadomości, że ich życie można byłoby zmienić, gdyby przemodelowali siebie i swoje emocje. Tkwią w niebezpiecznym status quo. W paranoi, lęku, pośród różnych form przemocy psychicznej. Najboleśniej o tej przemocy pisała w swych książkach Halszka Opfer. Tam można było jasno określić, kto jest katem, a kto oprawcą. Czytając Suskiewicza, nie mamy takiego komfortu. Trzy zbiegające się perspektywy opisu jednocześnie uzupełniają się i oskarżają nawzajem. Pomiędzy nimi, między tymi inwazyjnymi monologami, których nieznośność każe czuć jedynie przytłoczenie słowami, skrywa się słuchacz. Obserwator. Prawdziwa ofiara albo najważniejszy bohater. "Zależności" to książka, która nie tyle portretuje sieć wzajemnych obciążeń rodzinnych, ile każe zadać sobie pytanie o to, dlaczego tytułowe zależności w tylu rodzinach przez lata z powodzeniem funkcjonują. Czy w tym bezmiarze opresji i wiecznych zarzutów jest miejsce na jakiekolwiek uczucie? Ciekawe zakończenie książki zmusza do dodatkowej refleksji. Tymczasem jej zasadnicza część to wrzucenie czytelnika w otchłań domowego piekła. Na nasze szczęście zbudowanego tylko ze słów.

Ona. Wie wszystko o życiu i stara się innym to życie układać. Przynajmniej doradzać. Jej zdanie, jej ocena - to oczywista perspektywa, której nie mogą zrozumieć inni. Wychowała dwóch synów u boku darmozjada. Trzydzieści lat męczyła się w związku, w którym czekała na nią wieczna udręka. Jej monologi są długie i przytłaczające. Wszędzie jest coś nie tak, ze wszystkimi. Ona się nie wtrąca, ale zawsze chce pomóc. Zawsze w dobrej wierze skomentuje ten element rzeczywistości, który do niej nie należy. Jest zaborcza. Zmęczona i nieszczęśliwa. Wiecznie oczekująca informacji zwrotnej o tym, że mówi lub robi coś właściwie. Jednocześnie gotowa do formowania cudzej tożsamości, urabiania jej pod siebie. Mistrzyni spektaklu hipokryzji. Kochająca żona i matka. Ona. Osobna w swym cierpieniu i zniszczona przez lata wiecznych utyskiwań.

On. Gdzieś z boku. Zawsze tam było jego miejsce. Kolejne problemy, pretensje i aluzje żony topi w skrywanym tu i ówdzie alkoholu. Chodzi na ryby, bo tam mu dobrze. Wszędzie, byle nie w domu. Z dala od wrzeszczącej, irytującej, nadmiernie ekspresywnej i wiecznie czegoś oczekującej żony. Postanowił przywyknąć, bo nic innego mu nie pozostało. Praca zapełnia większość czasu, ale i tak zostaje jego fragment, w którym musi być poddany domowym torturom. Przesłuchaniom. Złośliwościom - bez powodu i jak najbardziej z różnych słusznych powodów. On. Osobny w swym zaszczuciu i zniszczony przez lata wiecznych utyskiwań.

Brat. Mieszka w bajecznej Szwecji, gdzie wszystko jest takie, jak być powinno. Pełne złości "wy" to jego wyrzut sumienia - odrzucił coś, z czego wyrósł, a do nowego może się odnieść tylko przez zachwyt. Tam, gdzie mieszka, życie jest inne. Lepsze. Tam można się poczuć jak człowiek i realizować misję lekarską bez obciążeń polskiego bagna. Wyniósł się i oddalił po to, by odciąć od rodzinnych zależności. Nie znajduje się już w orbicie wpływów histerycznej matki i wycofanego ojca. Wmawia bratu lepszość, którą sam sobą reprezentuje. Brat. Osobny w swym pięknym pustym domu za kołem podbiegunowym i uprzedzony do utyskiwań, bo ma ich już dosyć.

Nie oni są chyba najważniejsi. Suskiewicz przytacza smutne monologi, których adresatem jest skryty gdzieś pośród uprzedzeń i złości najmłodszy syn. O ile wiemy doskonale, w jaki sposób radzą sobie z opresją jego matka, ojciec czy brat, o tyle nie mamy pojęcia, jaki mechanizm obronny on sam zastosował. Przecież widzimy wyraźnie, że nie odcina się od toksycznych zależności, bo jest biernym słuchaczem, pozwala przebrzmieć każdemu męczącemu ucho słowu. Przysłuchuje się opowieściom tych, którzy nie wzięli w życiu odpowiedzialności za samych siebie. Katom i ofiarom - z rolami wymiennymi i do przekazywania innym. Okrutny jest brak komentarza do wszystkiego, o czym czytamy, ale dzięki temu "Zależności" mają ogromną moc. To książka o egoizmie i o samotności. O budowaniu murów, w które wczepiamy się kompulsywnie, zasadzając na wroga tuż obok. Misterna konstrukcja ma jednocześnie przyciągać uwagę i męczyć. Czujemy się manipulowani i tak jest w istocie. Od nas zależy, czyją stronę weźmiemy, czy tak naprawdę należy się tu za kimś opowiedzieć. Suskiewicz buduje długie, bezkompromisowe zdania o nagości ludzkiego wstydu. O złości, której nie sposób dostatecznie wyrazić. Stara się nazwać rzeczy po imieniu - do tego przecież zawsze dążyła matka. Nazwać i pozostawić czytelnika w zdziwieniu, bo przyczyn rodzinnego piekła jest naprawdę wiele.

"Zależności" to książka o tej stronie każdego z nas, którą z różnych powodów staramy się w sobie stłumić. Członkowie rodziny z tej powieści nie tłumią niczego. Atakują, są atakowani, szarżują z impetem i wciąż walczą, bo na walce oparte są wszelkie relacje. Domowe piekło - skąd się bierze? Jak łatwo przywykamy do czegoś, co nienaturalne, a co potem naznacza nas na zawsze? Suskiewicz proponuje bezkompromisową prozę, w której bohaterowie stwarzają rzeczywistość własnymi myślami, zamiast zrozumieć, że ich myśli nie są rzeczywistością. "Zależności" to gorzka proza, częściowo prowokacyjna. W dużej mierze wyrastająca z doświadczeń, które na różnych etapach życia są udziałem każdego z nas. Jest nieznośne nasycenie hipokryzją, ale jest też sporo prawdziwych wyznań. Słowa mieszają się w tyglu monotonii, ale tak naprawdę nikt nie jest w stanie do niczego przywyknąć. Piekło stwarzamy sobie z własnych braków, obaw i przygnębiającego smutku. Bo niejednej rodzinie nie wyszło tylko dlatego, że jej członkowie nie wiedzieli, co zrobić, żeby było dobrze.

2015-08-04

"Dysforia. Przypadki mieszczan polskich" Marcin Kołodziejczyk

Wydawca: Wielka Litera

Data wydania: 13 maja 2015

Liczba stron: 286

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Zbliżenia na człowieczeństwo

Marcin Kołodziejczyk tnie miejską tkankę niezwykle ostrym skalpelem ironii i sarkazmu. Teksty zebrane w tym zbiorze mają charakter opowiadań - wszystkie odnoszą się do ludzkiej krzywdy, niesprawiedliwości, zawiści i wszelkiego rodzaju małości, jakie wytworzyć może przestrzeń miejska ze swą bezkompromisowością. Jesteśmy w Warszawie. "(...) Tu ludzie robią sobie nawzajem krzywdę, jeśli się zbyt do siebie zbliżą". Kołodziejczyk przygląda się mieszczanom - tym nowoczesnym i tym bardzo archaicznym. Część z nich uważa związki ludzkie za anachroniczne, a ciążę za chorobę weneryczną. Rozpaczliwie samotni i dosadnie osobni. Wszyscy winni są wszystkiemu i każdy stara się część swojej winy zrzucić na innych. "Dysforia" opowiada o Polakach żałośnie wpatrzonych w swych sąsiadów, "przyjaciół", współpracowników, szefów i członków rodziny. W nich topią swoje zgryzoty, szukając drogi spełnienia. Poczucie spełnionego życia właściwie każdemu jest obce. Wciąż czegoś brakuje, jest jakiś niedobór albo rozpaczliwy nadmiar. Piętnaście opowieści, które piętnują, śmieszą, pobudzają do refleksji. Dość nierówny to zbiorek, bo nie wszystkie teksty są dobre. Zaskakuje jednak wielość perspektyw i specyficzny rodzaj spostrzegawczości. Podglądamy samych siebie - z siebie się śmiejemy i nad sobą litujemy.

Kołodziejczyk wyraźnie odróżnia to, co prywatne, od tego, co uwalniane na zewnątrz w przestrzeni publicznej. Jego bohaterowie są inni sami dla siebie, a inaczej reagują i myślą w interakcjach z otoczeniem. Różnego rodzaju interakcje są tutaj opisane. Zdarzają się teksty bardzo wtórne tematycznie, z których niewiele da się wykrzesać jedynie samym stylem czy fantazją. Do nich należą "Nasza rodzina" w udręczeniu ukazująca rodzinne piekło świątecznych spotkań przy stole czy "Człowiek, jakiego nie widzieli" o sukcesie i upadku dzielnego wojownika o dobry zarobek, niezłe zioło i fajną miejscówkę w krwiożerczym kapitalizmie o tak niewdzięcznych dwóch obliczach. Tak, to było już setki razy i na różne sposoby przedstawiane, ale dwa słabsze teksty nie ujmują wartości "Dysforii". Tym bardziej, że znajdują się tam tak wartościowe perełki jak "Wieczór poezji współczesnej pod okiem animatorki kulturalnej" o tragikomizmie i kondycji proroków na marginesie życia oraz "Czy rozmawiał pan z Modestem?" o stołecznym reporterze, który z egzaltowaną (nad)wrażliwością pochyla się nad krzywdą oraz szarością życia górniczej braci, zmuszonym do powrotu z powodu braku czystych skarpetek i majtek.

"Dysforia" to wielogłosowa opowieść o patologii wrośnięcia w pewne miejsce i dzikości wdzierania się do miasta z prowincji. Biografie ludności napływowej tańczą szaleńczy danse macabre z tymi, którzy żyją Warszawą od zawsze, wkomponowani w nią już od czasu powstania w 1944 roku. Dobrym punktem widokowym jest balkon nowoczesnego bloku na Tarchominie albo miejscówka w Parku Skaryszewskim, gdzie zmęczeni robotą choć na chwilę chcą zapomnieć o szarości dnia codziennego czy wielkich dupach żon. Marcin Kołodziejczyk punktuje te wszystkie pęknięcia, do których dostaje się gorycz i żal - że można było inaczej, ale się nie udało. Podkreśla silny dynamizm miasta i oczywistość, której wielu się opiera. W nim trzeba żyć szybko, szybko podejmować decyzje, akceptować zmiany i podążać wciąż za nowymi wyzwaniami. Bo margines, na którym się ląduje bez dostosowania do zasad, jest poniżający i okrutny. Polscy mieszczanie toczą boje na bardzo wielu frontach. "Dysforia" przygląda się im z zainteresowaniem i współczuciem, chociaż komizm zdaje się mówić nam także o tym, że wielu traktuje siebie nazbyt serio.

Oddanie rytmu wielkomiejskiego życia idzie w parze z kpiną i współczuciem. Autor wkracza w te zakazane rewiry, skąd można widzieć i słyszeć więcej. Wyłuskiwane są niuanse - ze słów i zachowań. Narysowane wyraźną kreską sytuacje wymagają komentarza czytelnika, bo przecież nic nie dzieje się w tych tekstach bez powodu. Najwięcej jest odcieni miejskiego egocentryzmu. To z niego rodzi się tak wiele frustracji, kiedy próbujemy przyłożyć do tętniącej życiem Warszawy własną siatkę pojęć definiującą to, co widzimy i odczuwamy. Kołodziejczyk punktuje wszystkich tych, dla których okazanie empatii staje się wyczynem. Jednocześnie stara się pokazać, że każdy nosi w sobie sporo dobra, tylko jest ono gdzieś po drodze zadeptane w miejskiej dżungli. Prawdopodobnie - a jakże! - przez innych. Tych innych, obcych sobie jest w tekstach Kołodziejczyka bardzo wielu. Są fałszywi albo nadmiernie skłonni do okazywania uczuć. Są obserwatorzy - dla nich wszystko wokół to określone dzianie się, z którego nic nie wynika. Są też tacy, którzy naprawdę cierpią - jak w przejmującym tekście "Panika wśród Józefów" o bezsilności ojców starających się o opiekę nad dziećmi. Pojawia się też czas miniony, dla wielu bardzo ważny, dla równie wielu do zapomnienia. Są ci, którzy aranżują sobie mieszkania nowocześnie, i tacy, którzy nie są w stanie przemeblować sobie w głowie, wciąż osadzeni w innym czasie i systemie.

To nie jest książka, która ma utyskiwać na przedstawioną rzeczywistość. To taki zbiór historii bolesnych, strasznych, przygnębiających i komicznych. Przegląd życiorysów gdzieś po drodze złamanych i nie przez wielki zryw, wojnę czy inny możliwy kataklizm. Marcin Kołodziejczyk subtelnie zarysowuje tło, w którym zmieniamy się na niekorzyść. Momenty, w których rodzi się gniew, zazdrość, poczucie wyobcowania czy zwyczajna złośliwość. Oddech miasta tworzą jej mieszkańcy. Czy będą to chłopcy z okolic Targowej, zapracowani rodzice w poczekalni szkoły baletu, zawistne koleżanki śledzące upadek związku czy podglądający swą nowoczesną i modną panią robotnik z dyplomem filozofii. "Dysforia" portretuje światy, w których zagubieni są portretowani, ironicznie i czule. To taka książka oprowadzająca nas po różnych miejscach, w których słyszymy opowieści niby znane, a jednak czasem zaskakujące. To przykład literatury lojalnej wobec życia i książka dająca szerszą perspektywę. Miasto staje się centrum pytań o to, jak wyrazić siebie właściwie i w jaki sposób wieść udane życie. Dobrze napisane, działające na wyobraźnię. Dozwolone w czytaniu przypadkowym i uporządkowanym. Tak jak modele życia pochmurnych i zakompleksionych mieszczan.

2015-08-02

"Egipt: haram halal" Piotr Ibrahim Kalwas

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 15 maja 2015

Liczba stron: 220

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 42 zł

Tytuł recenzji: Poza turystyczny folder...

"Międzyrzecz" Piotra Ibrahima Kalwasa traktowała między innymi o przekraczaniu kolejnych granic, otwieraniu kolejnych zamkniętych drzwi. Ten zbiór reportaży - wstrząsający, bezkompromisowy i czuły jednocześnie - to taka droga ku kolejnym granicom, za którymi czają się niemoc i niezrozumienie. Kalwas wrósł w Egipt i jednocześnie nieustannie się mu dziwi. To książka o tym zdziwieniu. O sposobie, w jaki poznaje się rzeczywistość niemożliwą do ogarnięcia za pomocą znanych nam kategorii myślowych. Zresztą samemu autorowi należy oddać głos już na samym początku. "Zakładam, że cały czas się mylę, gdy piszę o Egipcie. Tu rzeczywistość jest trudna do przeniknięcia racjonalnym umysłem europejskim, zmyla, oszukuje, zwodzi, ciągle ze mnie złośliwie się śmieje". Pytania rodzą się jednak nie tyle z troski czy autentycznego zdziwienia, ile przede wszystkim... z miłości. Nieprawdopodobna jest moc tej publikacji, w której miłość i nienawiść toczą ze sobą bój. O czytelnika i jego sposób pojmowania Egiptu, ale także o samego Kalwasa, dla którego pisanie tych reportaży było być może jedną z trudniejszych rzeczy, jakich musiał się w życiu podjąć.

Nie będzie opisów żadnych plaż, kurortów, atrakcji turystycznych czy śledzenia szlaku, po którym poruszają się cudzoziemcy, niczego tak naprawdę nieświadomi. Będzie za to oddech prawdziwego Egiptu. Taki nieświeży bardzo, lecz głęboki. Kalwas unika wyniosłości człowieka Zachodu, bo tak naprawdę czuje się obywatelem Egiptu. Tak, obywatelem. Nie numerem ewidencyjnym identyfikowanym przez przynależność do trzech religii. Wybór spory, a poza nim pustka i strach. Bo ateiści, którzy żyją w Egipcie i którzy opowiadają swoje straszne historie o wyobcowaniu, nigdy nie poczują się bezpiecznie. Jedynie islam daje gwarancję zgodnego funkcjonowania w wytyczonym przezeń status quo. To przestrzeń kontrastów i absurdów. Różnego rodzaju ograniczeń i pokornej zgody na nie. Egiptem rządzi się twardą ręką, bo inaczej rządzić nie sposób. Wywalczona namiastka wolności z 2011 roku powoduje zagubienie i ten smutny rodzaj niemożności odnalezienia się w czymś, co staje się opresyjne. Bo wolność i demokracja długo jeszcze nie zawitają do tego kraju, o ile Egipcjanie nie zaczną zmian od samych siebie, swojej mentalności skrytej pośród szeregu irracjonalnych przekonań i zachowań oraz w tradycjonalizmie, który nie zna przebaczenia i nie toleruje jakiejkolwiek inności.

To nie jest książka dla czytelników o słabych nerwach. Wstrząsające i dokładne opisy obrzezania dziewczynek czy uboju zwierząt są bardzo mocnymi punktami tej publikacji. To także kwestie, które zupełnie nie będą mieścić się w głowie człowieka Zachodu naprawdę starającego się zrozumieć, czym jest Egipt. Chitan - zabieg, o którym nikt nie mówi. Jednocześnie czynność, jakiej poddawana jest ogromna większość egipskich dziewczynek. Czasem i kobiet, bo niekiedy trzeba poprawić zabieg. Czasami przypłacany życiem. Bo przecież kobieta nie ma prawa mieć jakiejkolwiek przyjemności z seksu. Ma zostać przyporządkowana mężczyźnie i być tylko jego. Kalwas opisuje szczegóły aranżowania małżeństw, a raczej słucha o nich, nie mogąc wyjść z zadziwienia sytuacją. Piekło kobiet, to dotyczące obrzezania, ale potem także różnego rodzaju przemocy w związkach małżeńskich, to jeden z licznych tematów tabu w Egipcie. A takich tematów Kalwas szuka przede wszystkim. Takich, do których nie można dotrzeć jakoś bezpośrednio. Bycie muzułmaninem to często bycie okrutnym hipokrytą. Tę tezę udowadnia wielość rozmów, podczas których autor książki wciąż na nowo otwierał szeroko oczy ze zdumieniem, ale także zwyczajnie się wściekał. Nieprzypadkowo pojawia się w tekście taka oto refleksja: "To cudowny, nieodgadniony, pojebany kraj".

Co w nim cudownego i nieodgadnionego - o tym zdaje się jest najmniej. "Egipt: haram halal" to w pewnym stopniu enigmatyczna książka, w której trudno odnaleźć czytelne powody przywiązania autora do opisywanego kraju. Czułość i delikatność przedzierają się nieśmiało przez teksty pełne gniewu. Jest tam miejsce na bliskość duchową z Egiptem. Są pewne ślady, które Kalwas tylko sygnalizuje. Bo przecież nie kocha Egiptu li tylko za wspaniałą kuchnię, morski klimat Aleksandrii czy inny niż europejski upływ czasu. Kto wie, czy te reportaże tak zaangażowane społecznie i roszczące sobie prawo do bycia tekstami publicystycznymi wywołującymi komentarze, dychotomię przywiązania i oddalenia nie rysują celowo tak wyraźnie. "Egipt: haram halal" ma być dyskusyjny. Zrodził się z niezgody i bliskości jednocześnie. Kalwas czuje Egipt właściwie każdym zmysłem - jak Nadżib Mahfuz. W przeciwieństwie do utytułowanego prozaika stara się pytać i rozważać każdy, najbardziej nawet wstydliwy problem.

Egipt to państwo z obsesją spisków. Zanurzone w irracjonalnych teoriach i gloryfikujące przeszłość. Świetna metafora aleksandryjskiej arterii komunikacyjnej obrazuje brak muzułmańskiego poszanowania dla życia i troski o nie. Kult śmierci i wizja raju - w tym wszystkim tkwi się bardzo silnie, jeśli kieruje nami niejeden kostyczny zapis z Koranu i gdy sami nie chcemy zadbać o to, co tak pielęgnują choćby Europejczycy - przyszłość, z planami i możliwościami. Egipt zamknął się w swoim charakterystycznym czasie teraźniejszym. Kalwas zadaje pytanie o to, jakiej kolejnej rewolucji po 2011 roku Egipcjanie tak naprawdę potrzebują. Co zrobić z tą namiastką wolności, która pojawiła się i stanowi źródło konsternacji. Co z myśleniem o innych ludziach, co z wzajemnym szacunkiem, co z tym przeklętym myśleniem mitycznym wciąż na nowo zastępującym myślenie logiczne.

Trudno jest kochać kraj, w którym upokarzająca hierarchia społeczna wyznacza ci miejsce na zawsze. Trudno wtopić się w panoramę Aleksandrii, na której ulicach pojawia się tak wiele agresji, wrogości i niepojętych uprzedzeń. Trudno opowiedzieć się po stronie religii, bo ta może mieć wiele twarzy i może wywoływać konflikty, przy których okrutna historia udowadnia, iż inaczej, lepiej, nigdy nie będzie. Reportaże Piotra Ibrahima Kalwasa to świadectwo niezwykłej otwartości umysłu, dowód wielkiej empatii autora i jego bezkompromisowości. Wiele z pytań nie powinno paść w Egipcie, nie mówiąc już o udzielaniu na nie odpowiedzi. "Egipt: haram halal" stara się osadzić współczesne problemy kraju w kontekście wojen, konfliktów, prowokacji i uprzedzeń, z którymi Egipcjanie żyją za pan brat od wieków. Mentalność polegająca na uległości i dopasowaniu nigdy nie zmienią Egiptu na modłę państw Zachodu. Nikt chyba tego jednak nie oczekuje. Warto jedynie podkreślić, co i jak intensywnie wywołuje cofanie się państwowości egipskiej i tkwienie w mroku, który Europa pożegnała już w średniowieczu. Bardzo wartościowe, inteligentnie skonstruowane i istotne teksty. Trudno krytykować z miłości, autorowi "Tariki" się to udało. Co z nami pozostanie po lekturze? Pytanie równie otwarte co drugie, które można postawić. Co mianowicie zmieniło się w świadomości niektórych rozmówców autora? Czy cokolwiek? Mroczna, przejmująca rzecz. Reportaże z piekła, które czasem bywa prawdziwym rajem. Brawo za pomysł i brawo za odwagę!