2020-06-22

„Osobisty przewodnik po Pradze” Mariusz Szczygieł


Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 26 maja 2020

Liczba stron: 372

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 49 zł

Tytuł recenzji: Wędrówki miłosne

Na początku bardzo się bałem, że to będzie książka o Mariuszu Szczygle. Tak wiele świetnych reporterskich relacji zostało zniszczonych przez autoadorację tych, którzy je napisali. Obawy zniknęły już po lekturze kilkunastu stron. Szczygieł jest zbyt skromny i zbyt inteligentny jako pisarz, by pozwolić sobie na coś tak żenującego w mądrej książce. Bo to nie tylko narracja o Pradze, ale też świadectwo tego, że każdy z nas powinien mieć miejsce, w którym jest zakochany, bo dzięki temu miejscu zawsze widzi więcej, wyraźniej, bardziej szczegółowo. Poprzez to miejsce nabiera zdolności obserwacji, którą pewnie przenosi do życia. Mnie samemu Praga bardzo się podoba, ale dopiero teraz mogłem zrozumieć, co to znaczy zakochać się w niej. Ten przewodnik to jeszcze dodatkowo egzemplifikacja życiowego imperatywu, o którym Mariusz Szczygieł tutaj wspomina, a mianowicie robienia w życiu tego, co się najbardziej lubi. Tu mamy spacery i wspomnienia. Erudycyjne dygresje i świadectwa uważności w obserwowaniu codziennego życia. Są tu literatura, architektura, muzyka, polityka i praska ulica z pełnią rozmaitych wrażeń – także smakowych. Wybornie jest podróżować po czeskiej stolicy z taką książką tym bardziej, że ma świetną strukturę. Czytelne żółte odnośniki pozwalają do woli cofać się albo antycypować treść. Pozornie nie ma tu porządku, ale mimo wszystko on istnieje. „Osobisty przewodnik po Pradze” to napisany z ujmującym brakiem dyscypliny pamiętnik przeżywania, doświadczania i nazywania na nowo tego, czym są Czechy, kim są Czesi i co wpłynęło na taki, a nie inny charakter tego państwa i narodu.

Najpierw trzeba zaznaczyć, że jest przede wszystkim dowcipnie. Dowiemy się między innymi, dlaczego Czesi podają do mięsa bitą śmietanę, dlaczego zawód tłumacza jest niebezpieczny, co zawsze obrazi każdego Czecha oraz w jaki sposób można podczas pobytu w Pradze znaleźć się… w dupie. Nietuzinkowy i lekki humor jest bardzo potrzebny dla równowagi, kiedy Szczygieł nawiązuje do dramatycznych zdarzeń z historii Czechosłowacji, wspomina miejsca i kontaktuje się z ludźmi zmuszonymi do konfrontacji z bezkompromisowością śmierci. To taka wędrówka od gwarnej knajpy po cichy cmentarz. Jest tu wszystko, co stanowi o żywotności Pragi, i jednocześnie wszystko, co definiuje ludzką żywotność. Także jej kres, bo przecież mnóstwo opisywanych miejsc ma związek z tym, co minione, boleśnie wciąż na nowo przypominające o upływie czasu albo naznaczone fatalizmem, o którym można opowiedzieć nietuzinkowo. Bo autor „Nie ma” smucić się nie zamierza. Zwłaszcza w mieście, w którym żyją ludzie rzekomo żartujący ze wszystkiego. Ta książka jest genialnie umieszczona gdzieś pośród kategorii groteski, dramatu i komediodramatu. Praga pulsuje rytmem marzeń tych, którzy patrzą w przyszłość, i dynamizuje się walkami tych, których już nie ma, ale pozostawili po sobie bogatą spuściznę kulturalną… bądź przesłanie.

Praga to centrum ekscentryczności i niesamowitości. Cokół dwóch całujących się mężczyzn, tablica pamiątkowa dla zabitych prostytutek, przystanek śmierci, gdzie Olga Hepnarová wymierzała społeczeństwu sprawiedliwość, czy surrealistyczny pomnik Haška bądź ukryty pod ziemią antykwariat. Są to często miejsca, które można pominąć nawet wówczas, gdy się koło nich przechodzi. A pisze o tym człowiek, który potrafi wysiąść z tramwaju i cofnąć się w okolice poprzedniego przystanku, bo coś go bardzo zaabsorbowało. Mnie absorbuje to, w jaki sposób Szczygieł opowiada o ludziach świata kultury, którzy są dla niego inspiracją, a w swym geniuszu stali się wyrazicielami czeskiej myśli buntu, przekory i jednocześnie pewnej uległości. To nic, że po raz kolejny będzie o Hrabalu czy Kafce. Pojawiają się ludzie, którzy stają na drodze autora albo przypadkiem, albo na chwilę. I oni wnoszą do tej książki myśli, które mogą nas nie opuścić. Jak choćby taksówkarz definiujący naturę Polaków i Czechów za pomocą metafory pomnika i gołębia.

„Osobisty przewodnik po Pradze” to także podsumowania oraz uzupełnienia do poprzednich książek autora. Najczęściej wspominany jest „Gottland”, ale jest w tych opisach i opowieściach każdy rodzaj pisarstwa Szczygła, który doprowadził do takiej, a nie innej formy niniejszego przewodnika. To ostatecznie suma tego, co w dotychczasowym pisaniu jest najważniejsze, ale i świadectwa nowych inspiracji oraz wzruszeń. Bo Szczygieł chce konsekwentnie pisać teraz o tym, co go zachwyciło, wzruszyło czy ubawiło. Bez względu na to, które ciemne karty historii trzeba odsłonić albo do jak mrocznego wydarzenia nawiązać. Czyni to z tej książki lekturę niesamowicie ciepłą, nasyconą pozytywną energią i na pewno zaraźliwą. Już widzę te tłumy Polaków, którzy podążają ulicami czeskiej stolicy, wertując kartki tej książki z wypiekami na twarzy. Mariusz Szczygieł opowiada miejsce, ale niezwykle ważni są dla niego ludzie. Ci związani z Pragą wówczas, kiedy trudno było się do czegokolwiek przywiązać, i ci dzisiejsi prażanie ze swoimi problemami, rozterkami, niejasnościami i dziwactwami, które Szczygieł tak bezpretensjonalnie wyjaśnia, oswajając nas z innością czeskiej mentalności.

Bardzo mi się podoba autorska umiejętność wydobywania z ludzkich biografii piękna – także tego estetycznego. Dla Mariusza Szczygła człowiek to opowieść. Zamienia się w nią zawsze wtedy, kiedy słucha się uważnie. Ta książka pokazuje silne związki miejsc z ludźmi, dlatego czyta się ją dwutorowo – jako opowieść o tym, co urzekło w Pradze, ale również o tym, kto z tej Pragi się rodzi w wyobraźni twórczej. Nie jestem też pewien, czy ów brak dyscypliny, o którym wspomniałem wyżej, to tylko warsztatowe zagranie autora w tej książce. Bo jednak wszystko zaskakująco doskonale się spaja. Każdy przystanek na mapie Pragi to myśl mogąca stanowić tło do osobnej książki wspomnieniowej. To zalążki esejów, niekiedy gotowe eseje. Ale również dowody na to, że warto jak najwięcej zapisywać, bo wtedy pamięta się być może intensywniej, a na pewno można pamięci spłatać figla, wiedząc wszystko to, co mogłoby zostać zapomniane.

Co bym na pewno chciał zobaczyć w Pradze po lekturze tej książki? Monumentalnego husytę na koniu. Słup z ośmiu tysięcy książek. Tańczący Dom. Ale i świadectwa dziecięcej wyobraźni tuż przed Zagładą – rysunki umieszczone w jednej z synagog. Miejsca pobudzają wyobraźnię, a ludzie spotykani przez Szczygła na jego na drodze pozwalają wyobraźni utrwalić to, co najważniejsze w relacjach. Bo duszę miasta tworzą miejsca i jego mieszkańcy. Ten truizm pięknie nam się tutaj prezentuje, albowiem wyprawa ze Szczygłem do Pragi to erudycyjna podróż po historii kultury, polityki i światopoglądu wykraczająca daleko poza granice czeskiej stolicy. Bardzo mądra i chyba uniwersalna w swej wymowie książka, kiedy mówi o tym, że kochać miejsce to dawać sobie więcej przestrzeni na bliskość. To też możliwość uwierzenia, że świat i ludzie są naprawdę niezwykli. W mikroperspektywie wyznaczanej przez serce i empatię.

2020-06-19

„Rozgrzeszenie” Yrsa Sigurðardóttir


Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 3 czerwca 2020

Liczba stron: 384

Przekład: Paweł Cichawa

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Mroczny odwet

Trzecia część kryminalnych przygód, których doświadczają Huldar i Freyja, zaskoczyła mnie bardzo i myślę, że to wyjątkowo mroczna książka z tej serii. Ale również kontrowersyjna i dyskusyjna, albowiem ofiarami stają się dzieci. Został mi w pamięci film Anny Odell „Zjazd absolwentów”, w którym bohaterka odwiedza swoich szkolnych oprawców, a oni nie pamiętają, jak ją nękali. U Yrsy Sigurðardóttir wszyscy będą pamiętać wszystko ze szczegółami. Ofiary bullyingu oraz ich prześladowcy. „Rozgrzeszenie” będzie przerażająco mroczną historią sumy krzywd, które ostatecznie zamieniają się w kolejne, niesione potem przez życie. To też opowieść o tym, że ofiara krzywdzenia może stać się o wiele większym potworem niż jej dawny ciemiężyciel. Jakkolwiek przeszarżowane są jednak motywy zaprezentowanych tu zbrodni, w całym tym przeszarżowaniu jest to powieść niezwykle sugestywna. Dotykająca problemu przemocy i wyobcowania w bardzo nietuzinkowy sposób. Mówiąca o tym, że krzywd – jak w „Zjeździe absolwentów” – nie można wyprzeć z pamięci. A straumatyzowana pamięć pęcznieje i domaga się czasem odwetu. Kto będzie tu sprawcą większego zła – teraz i przed laty? Czyta się „Rozgrzeszenie” z dużym przejęciem, bo choć jest to opowieść inna niż zaprezentowana w „Odziedziczonym złu” czy „Porachunkach”, bardziej statyczna i chwilami przewidywalna, mrozi krew w żyłach pokładami okrucieństwa, które drzemie tam, gdzie być może nigdy nie powinno się pojawić.

Stella kończy pracę w kinie. Nie wie jeszcze, że to będą jej ostatnie chwile. Chwile zarejestrowane na Snapchacie, z którego dziewczyna najpierw dostaje zdjęcia samej siebie tuż przed atakiem napastnika, a potem jej wizerunek rozpoznają przerażeni rówieśnicy, którzy na ekranach swoich smartfonów widzą nieżywą już koleżankę. Podobny los spotka Egilla, którego sylwetka jest tu zarysowana nieco mniej dokładnie, ale widzimy, że działa prawo pewnej serii. Wyjątkowo mrocznej, bezkompromisowej. Nastolatki tracą życie z jednego powodu – w mniejszym lub większym stopniu dręczyły swoich kolegów w szkole. Aplikacja Snapchat czyni z ich martyrologii sprawę publiczną. Ktoś chce, by oglądano ten przerażający spektakl umierania dzieci. Ale Stella i Egill to nie są jedyne ofiary. Ktoś jeszcze czeka na wyrok. Kiedy zostanie wykonany? A może to już się stało, lecz świat jeszcze o tym nie wie?

Starzy bohaterowie cyklu mają się całkiem nieźle. Freyja pracuje na pół etatu w domu dziecka i decyduje się na studia podyplomowe z zakresu zarządzania. Stale wspomina bliskość z Huldarem, ale potrafi stworzyć wobec niego bezpieczny dystans. Trudniej jest jej oddalić się od traumatycznych wspomnień z dzieciństwa i młodości, kiedy stawała się ofiarą szykanowania ze strony kolegów i koleżanek z klasy. To z nimi ma się zmierzyć, planując obecność na zlocie absolwentów. To dzięki tym przeżyciom łatwiej i trafniej odszyfruje nastroje dzieci i dorosłych zaangażowanych w sprawę poszukiwania mordercy. Huldar stoi w miejscu. Jego napięte relacje z szefową przekładają się też na sposób jego pracy. Tym razem towarzyszy mu młody, niepewny siebie i nieśmiały detektyw. On też kryć będzie swoją tajemnicę. Freyja i Huldar zetkną się z ludźmi, którzy nie chcą mówić prawdy o tym, co czują lub przeżywają. Ta dwójka skonfrontuje się z bardzo delikatną materią wspomnień i bieżących przeżyć. Pomiędzy okrucieństwem świata nastolatków a złem wspomnień ludzi dorosłych kryje się jeszcze jedna, odkrywana stopniowo zagadka. Najbardziej przerażająca, co czyni „Rozgrzeszenie” książką bolesną i niewygodną. A jednak poruszającą bardzo trudny społecznie problem. Choć mimo wszystko wciąż niełatwy do uniesienia, ale może też taki, o którym za mało się mówi, nie zdając sobie sprawy z tego, czym może odbić się w dalszym, zwykle już dorosłym życiu.

Sigurðardóttir pisze o tym, czym dzisiaj jest zjawisko przemocy w szkole. Zwraca uwagę na to, jak nieskuteczne mogą być różnego rodzaju programy antyprzemocowe czy terapie, ale przede wszystkim jak bezradne jest samo środowisko szkolne wobec problemu, który nasila się w ostatnich dekadach za sprawą jednego narzędzia – Internetu. „Rozgrzeszenie” bardzo czytelnie, nawet trochę dydaktycznie, uświadomi czytelnika, jak agresja i przemoc rezonują w cyberprzestrzeni. Jak wyzwalają dodatkowe pokłady złośliwości i okrucieństwa. Ale przede wszystkim – jakim atrakcyjnym instrumentem dla podglądaczy jest Internet, w którym wystarczy patrzeć, by być świadomym uczestnikiem zła.

Myślę, że w całym tym problemie Sigurðardóttir chce zwrócić uwagę na to, co islandzkie. Zaskakujące i bulwersujące jest to, jak bezradny jest system szkolnictwa Islandii wobec narastających aktów przemocy pośród uczniów. Odnosi się wrażenie, że rozprzestrzeniają się one niczym turyści na wyspie, bo autorka w jednej ze scen chce zasygnalizować, iż wyspa pęka w szwach od ludzi ją odwiedzających. Nie ma żadnych narzędzi, by skutecznie walczyć z cyberprzemocą. Z tym, że nękanie nastolatków przybiera dziś formę niewyobrażalnej opresji. To doświadczenia, które stają się obecne i dotykające nie tylko w przestrzeni szkolnej. „Rozgrzeszenie” opowie o ludziach, którzy wydobywając się z murów szkoły, zabierają ze sobą bolesne doświadczenia. Co zabiorą ci gnębieni nastolatkowie, których można dziś znieważać aktywnie całą dobę dzięki sieci narzędzi interaktywnych siejących grozę i nienawiść?

To, co jeszcze zwraca uwagę w tej powieści, to rozrastająca się i bardzo wiarygodnie naszkicowana sieć zależności między poszczególnymi bohaterami. Każda scena, każda rozmowa – wszystko ma znaczenie, jeśli chce się przewidzieć zakończenie książki, co staje się w pewnym momencie możliwe, jednak nie daje tak wielkiej satysfakcji jak dotarcie do spektakularnego finału. Nie ma tu ani jednego niepotrzebnego bohatera, wszyscy powiązani są dziwnymi zależnościami, a świat dorosłych i ich dzieci niebezpiecznie się do siebie zbliża. „Rozgrzeszenie” – w całej swej niewiarygodności motywów zabijania – jest książką wyjątkowo sugestywną i bardzo filmową. Yrsa Sigurðardóttir dba o to, by obok intrygi kryminalnej ukazany został świat ludzi bezradnych, bezbronnych, a jednocześnie silnych siłą swoich uprzedzeń. To książka będąca ostrzeżeniem, ale też uniwersalna opowieść o tym, jak gromadzimy w sobie zło, którego doświadczamy, i co z tym złem potem robimy. W jaki sposób zagnieżdża się ono w naszej świadomości i z umysłu dociera do serca, a wtedy wszystko, co przeżywamy, staje się toksyczne i niebezpieczne. Całość w zimowej scenerii Reykjaviku i z naprawdę świetnie dobraną okładką. Każdy z nas pamięta ze szkolnych lat coś przykrego. Sigurðardóttir sugeruje, że niektórzy mogą pamiętać tylko to. I przykrość zamienia się w okrucieństwo, a ono w zło niesione ze sobą przez całe życie. Mocna rzecz warta przemyślenia.

2020-06-17

„Holenderska dziewczyna” Marente de Moor


Wydawca: Relacja

Data wydania: 10 czerwca 2020

Liczba stron: 304

Przekład: Ryszard Turczyn

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Wojna i tajemnice

Dawno nie czytałem powieści tak mrocznej, tak drapieżnej i tak przesyconej napięciem niemalże na każdej stronie, w każdej opisywanej scenie. Marente de Moor napisała o wojnie dla swoich rodaków, ale poza lokalnym adresem i niewątpliwie dodatkowymi formami odczytania tej książki przez samych Holendrów kryje się tutaj wiele zagadkowych fantazji o istocie walki, psychice człowieka postawionego w sytuacji zderzenia ze sobą lub wartościami, o stosunku do śmierci, egzystencjalnym lęku przed samotnością, o samym wyobcowaniu i instynktach fatalnego zauroczenia cielesnością. Ale „Holenderska dziewczyna” to przede wszystkim uniwersalna rozprawa o konfrontacji człowieczych potrzeb i atawizmów z sytuacją ekstremalną, czyli wojną. Nie ma tu żadnych uproszczeń, lecz de Moor unika też bezkompromisowości. Zabiera nas do klaustrofobicznego świata, w którym młoda bohaterka będzie odkrywać tajemnice przeszłości. Mierząc się również z tajemniczym mistrzem szermierki – w zakresie sztuki walki, ale i dużo szerzej, bo to będzie naprawdę niezwykłe i dramatyczne zderzenie dwójki ludzi.

Janna ma osiemnaście lat. Tyle co pokój w Europie. Poznajemy ją w 1936 roku, kiedy przemierza krótki odcinek między Maastricht a Akwizgranem, przekraczając granicę państw, a ostatecznie jeszcze wiele granic, których bolesna istota wpłynie na jej sposób postrzegania rzeczywistości, wrażliwość, ale także pragnienia i życiowe priorytety. Janna jest swoistym łącznikiem między dwoma mężczyznami. Jakby była elementem fatalistycznej gry. Jej ojciec Jacq wysyła ją na naukę szermierki do człowieka, z którym połączyły go wojenne okoliczności. Janna niczego nie wie, niczego nie pamięta. Wyrosła i dojrzewała w świecie, który nie musiał mierzyć się z destrukcyjną siłą międzynarodowego konfliktu zbrojnego. Wkracza jednak na grząski teren innego konfliktu. Bardzo specyficznych relacji między mężczyznami, których połączyły ból i słabość. Dziewczyna przybędzie do surowej i oddalonej od cywilizacji rezydencji niemieckiego barona, ale szybko okaże się, że to nie nauka szermierki będzie tą najważniejszą płynącą z tego pobytu. Gospodarz Janny, Egon, nosi w sobie frustracje i rozczarowania, którym nigdy nie dał ujścia. Jest mistrzem sztuki walki, która pozwala na uporządkowaną i przewidywalną formę aktywnego ataku. Szermierka porządkuje dużo więcej, niż początkowo widzi Janna. Ale Egon to egzystencjalny niepokój i bolesne neurozy. U progu kolejnej wojny, choć na razie pośród zachwytu dla narodowego socjalizmu, którego nie popiera. Tego socjalizmu, któremu ufa jego służący. Z całą hipokryzją człowieka z poczuciem bycia kimś gorszym. Najciekawsze jednak pytanie, jakie pojawi się pośród tych mrocznych dni i nocy w scenerii pustej willi, będzie dotyczyło tego, kim dla Egona jest Janna. A może raczej kim on staje się dla niej.

Marente de Moor fantazjuje o tym, dla kogo i w jakich okolicznościach wojna jest bezkompromisowym chaosem, a dla kogo może być czasem wyjątkowego uporządkowania. Kto w wojnie widzi upadek ludzkości i jednoczesny cynizm człowieka wobec chęci przetrwania, kto zaś czas wojenny rozumie jako czas specyficznego porządku. Aby zrozumieć te dwie postawy i odnaleźć też spore spektrum rozmyślań obserwatora sytuującego się między tymi skrajnościami, należy z dużą uwagą śledzić rozwój wydarzeń tej powieści. „Holenderska dziewczyna” to nietuzinkowy świat przedstawiony. Każdy, nawet najdrobniejszy jego element będzie mieć znaczenie. Fascynacja Gérardem Thibault i poczynaniami Adolfa Hitlera. Kobieca i dziewczęca namiętność. Młodzi i piękni chłopcy, którzy nie spodziewają się tego, co może ich pożreć w przyszłości. Zwierzęta w majątku Egona von Böttichera mające specyficzny status. Goście odwiedzający willę i dysputy światopoglądowe, jakie toczą z gospodarzem. Jego enigmatyczność i tendencja do tego, by widzieć rzeczywistość przez pryzmat filozofii szermierki. Tego jest dużo, dużo więcej. Atmosfera wyczekiwania i niepewności łączy się z odsłanianiem coraz bardziej mrocznych faktów z czasu przeszłego. Niderlandzka pisarka świetnie wykorzystuje motyw listów, by zagęścić atmosferę, ale jednocześnie narzucić jej większą tajemniczość. Nic nie jest w tej powieści tym, czym może się wydawać. Nikt nie jest tym, kim próbujemy go zdefiniować. Ale najbardziej potęguje tę mroczną atmosferę świadomość zmian w świecie – zdają się nie dotykać bezpiecznej przestrzeni Egona, który jest przeciwnikiem tego, w jakim kierunku zmierza jego kraj.

„Wiem, co zrobisz, zanim ty zdążysz się zdecydować” – te słowa Egona do uczennicy nie dotyczą bynajmniej tylko warsztatu szermierskiego. Gospodarz zdaje się przeczuwać i uprzedzać działania Janny, ale w pewnym momencie ich wzajemna gra nabierze dodatkowego smaku, bo osiemnastolatka zyska pewną przewagę nad doświadczonym mężczyzną, jego fizycznymi i ukrytymi szramami, bliznami, pamiątkami po pewnym upokorzeniu i bolesnej frustracji. Wspomniane już listy narzucają rytm retrospekcjom, lecz dość szybko zorientujemy się, że wymiany listów między mężczyznami to nie wszystko. Dużo ciekawsze jest obecne między nimi napięcie i przede wszystkim rozważanie tego, dlaczego Jacq wysyła córkę do Egona. Kto niesie w sobie więcej tajemnic i do których zostanie dopuszczona Janna? A może ona sama ze swoim pobytem jest również dodatkowo enigmatyczna? Czytanie „Holenderskiej dziewczyny” to nie tylko odkrywanie mrocznych zagadek. To konfrontacja z nietuzinkowymi postaciami literackimi, których sugestywność polega na tym, że de Moor doskonale waży proporcje między tym, co oczywiste i konieczne do zaprezentowania, a tym, co ukształtowało poczucie bezpieczeństwa bohaterów. Bo ta powieść będzie opowiadać o tym, kiedy i w jakich okolicznościach możemy czuć się bezpieczni. Jak bardzo subiektywne jest poczucie bezpieczeństwa i z czym jest związane dla innych. W tym wszystkim oczywiście stale obecna wojna. Nie można się od niej oddalić. Zwłaszcza w faktycznym czasie akcji – antrakcie między jednym a drugim szaleństwem.

To znakomita powieść inicjacyjna, która dzięki młodziutkiej bohaterce w sposób świeży i odkrywczy opowiada o istocie ludzkiej samotności. Wszyscy bez wyjątku muszą się z tą samotnością zmierzyć, ale nie wszyscy są gotowi przyznać, że stała się naturalną częścią ich życia. „Holenderska dziewczyna” opowiada o wyobcowaniu jako pokłosiu życiowych wyborów, ale także jako o drodze życia, na której zachowawczość idzie w parze z instynktem przetrwania. To, co instynktowne, w nieco innym znaczeniu uosabiają służący Egona, doskonałe postacie drugiego planu. Ale tytuł sugeruje, że najważniejsza jest Janna. W jakim znaczeniu? Ta wyborna powieść zaproponuje kilka odpowiedzi na to pytanie. Marente de Moor zaproponuje historię o przemocy, o bezsilności, o istocie odwetu, ale też o przenikliwym poczuciu niespełnienia. Bardzo wyrazista, bardzo przekonująca.

2020-06-15

„Droga” Wiktor Konrad Jastrzębski


Wydawca: Rozpisani.pl

Data wydania: 6 kwietnia 2020

Liczba stron: 258

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44 zł

Tytuł recenzji: Możliwości

Bardzo lubię literaturę wprowadzającą w stan niepokoju. Ale robiącą to w taki sposób, że przychodzi on stopniowo, a po przeczytaniu historii do końca – pozostaje i dręczy. Debiutant Wiktor Konrad Jastrzębski radzi sobie doskonale nie tylko z umiejętnym niepokojeniem czytelnika. Ta książka, opowiadająca przecież konkretną historię, tak przedstawia wydarzenia, by udowodnić, że literatura jest właśnie tym, co tutaj ukazane – konglomeratem fantazji, opisów możliwości i niemożliwości, zaskakującym światem, w którym znajdzie się autonomiczne miejsce dla faktu i zmyślenia. Trudno powiedzieć, że historia w „Drodze” się opowiada, choć początkowo można odnieść takie wrażenie. Ona rozwarstwia się na to, co byłoby prawdopodobne, i na to, co z nieustępliwą bezkompromisowością nastąpiło. A wszystko w zgrabnej metaforze jazdy tramwajem, który może przemierzać przestrzeń (namiastka wolności), ale zawsze podporządkowany jest swojej linii i układowi torów. Poza tym przemieszcza się od miejsca do miejsca, gdzie musi zawrócić. Trasa tramwajowa funkcjonuje tutaj również dosłownie, bo tytułami rozdziałów są nazwy przystanków. Przypomniała mi się czułość do tych maszyn bohatera powieści „On” Zośki Papużanki. U Jastrzębskiego tramwaj będzie synonimem nadziei i tragicznego końca. Czymś, co przemierza doskonale znaną przestrzeń, ale wciąż wraca, powtarza się w swym ruchu. To obrazuje życie głównej bohaterki. Bardzo tajemniczej, ale Jastrzębski konsekwentnie portretuje swoje postacie w półcieniach. Opowiada o ich życiu punktowo, pozostawia ciemne plamy w życiorysach, jest z nimi intensywnie, lecz tylko w konkretnych miejscach i w konkretnych sytuacjach.

Magda decyduje się wsiąść do tramwaju niejako kompulsywnie. Dawno tego nie robiła, nie jechała bez celu, a być może z celem bardzo sprecyzowanym, ukazywanym na wyświetlaczu przez maszynę, która za chwilę ruszy z pętli na północnym zachodzie Krakowa. Rozmyśla o swoim życiu, czując się niewidoczna, zbędna. Dowiadujemy się o synu, który właściwie nie potrzebuje opieki, o utracie pracy i poczuciu bezcelowości. Mijając kolejne przystanki wraz z bohaterką, poznajemy jej życie. Albo tylko nam się wydaje, że tak się dzieje. Podróż będzie jednocześnie początkiem i pewnym końcem. Odrobina głębszej refleksji w przyziemnym otoczeniu? Bardzo ciekawy zabieg, bo doświadczenie znane i oczywiste. Nieoczywiste wnioski i kierunki, w jakich podąża narracja autora.

Jastrzębski proponuje nam znajomość z kobietą, która zastanawia się nad charakterem swoich życiowych relacji z ludźmi. To, że były niesatysfakcjonujące, jest czymś oczywistym. Ale autor nie chce być oczywisty. Sugeruje, że Magda grała, udawała, niejednokrotnie nie wykorzystywała potencjału nawiązanego kontaktu. Ma sobie do zarzucenia także to, że nie umiała odnaleźć życiowej stabilizacji, nie potrafiła się do nikogo przywiązać. Jej samotność jest zatem wypadkową wyborów, jakie podejmowała świadomie i dojrzale. Czyniąc życie emocjonalne pustynią, a świat wokół – opresyjną rzeczywistością. To spontaniczne działanie, by po prostu wsiąść do tramwaju i przejechać jego trasę, ma być formą odkupienia samej siebie, ale też czasem namysłu nad tym, jakie szanse wykorzystała, a które bezpowrotnie straciła. W retrospekcjach pojawią się ważni dla niej mężczyźni. Najpierw ten pierwszy, który odbił ją przyjacielowi, zaoferował nastoletnią czułość i przywiązanie. Magda musiała wybierać. Zdecydować o tym, kto i na jakich zasadach będzie jej życiowym partnerem. Tymczasem męskie postacie z drugiego planu sugerują różne możliwości. Jak wyglądało życie bohaterki, które doprowadziło do dramatu, gdy dotarła do końca trasy tramwajowej?

„Każdy, kogo spotykamy, może nas skrzywdzić, ale może też być szansą”. Słowa jednej z postaci prowadzą nas przez tę niejednoznaczną narrację, która skupia się na tym, kim możemy być dla siebie w relacjach, a czego w nich nie rozumiemy. To też pełna humanistycznej zadumy powieść o tym, że nasza tożsamość to pokłosie różnych zbiegów okoliczności i przypadków. To, kogo los stawia na naszej drodze, nie jest naszym wyborem. Wybieramy stosunek do tej osoby. Decydujemy o charakterze relacji. Wciąż jednak i za każdym razem są do wybrania inne drogi. I zawsze pojawia się refleksja o tym, kto stałby na tych pozostałych.

Podoba mi się stonowany i dojrzały styl autora. Choć są momenty, kiedy sentymentalizm i nostalgia zamieniają się w strumień dość pretensjonalnych wynurzeń, na szczęście dla książki pojawiają się rzadko, właściwie w dwóch miejscach. Reszta jest bardzo intensywną impresją melancholii. Smutek budowany przez Jastrzębskiego staje się przez czytelnika oswojony, ale z natężeniem wspomnianego we wstępie niepokoju trudniej już sobie poradzić. Zwłaszcza że kolejne rozdziały odsłaniają, jaki jest naprawdę zamysł autora i o czym ta książka ma opowiadać. Kiedy prowadzi nas ku przypadkowemu, ale dosadnemu zdarzeniu, stara się zwrócić uwagę na to, że coś w życiu może wydarzyć się tylko raz i nie będzie szans na to, by nauczyć się na błędzie, być może ruszyć inną drogą. Świetne jest to, że powieść sugeruje te wnioski, tworząc trochę klaustrofobiczną atmosferę czasu dokonanego. Opowiada o możliwościach w kontekście życia, dla którego możliwości już nie ma. Ale oczywiście wychodzi poza przypadek Magdy, starając się zwrócić naszą uwagę na to, że każdy człowiek obok może być istotny. Każdy może mieć wpływ na to, jak dalej będziemy funkcjonować i myśleć.

Dodatkowym atutem „Drogi” jest świetnie zarysowany klimat Krakowa. Wielbiciele i mieszkańcy miasta będą chyba usatysfakcjonowani. Wiktor Konrad Jastrzębski pokazuje to, co w Krakowie unikalne, i to, co zwyczajnie męczy. Nie decyduje się na nonszalancki styl opowieści o tym, gdzie się w tym mieście bawił i jak bardzo intensywnie. Pomaga perspektywa jadącego tramwaju, który mija miejsca oddalone od centrum. W Krakowie można się przywiązać do rejonów bardzo oddalonych od popularnego środka. Miasto jest tu też świadkiem zdarzeń, które w mniejszym lub większym stopniu zapadają w pamięć nie tyle bohaterce książki, ile jej czytelnikowi. To przemyślany debiut, kompozycja wskazuje na świadome podążanie konkretnym tropem i panowanie nad językiem. Jeśli przeczyta się biogram autora, można pofantazjować, że w głównej bohaterce ukrył trochę siebie. A może umiejętnie oddał emocje kobiety po to, by w nich intensywnie ujawniło się to, co czuje, myśli i przeżywa mężczyzna. Ważna jest jednak nie kategoria płci, lecz rozpoznania. Nic w tej powieści nie jest tym, czym może się wydawać na początku. Ciekawa rzecz, z którą zostaje się na dłużej. Zabiera się ze sobą niepokój. Ale też przeświadczenie o tym, że pewne oczywiste wnioski i przemyślenia Jastrzębski potrafi ująć w nietuzinkową formę opowieści.

2020-06-11

„Ołowiane dzieci. Zapomniana epidemia” Michał Jędryka


Wydawca: Wydawnictwo „Krytyki Politycznej”

Data wydania: 20 maja 2020

Liczba stron: 256

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Fakty i fantazje

Książka Michała Jędryki jest sporym zaskoczeniem. Jest to coś oryginalnego i na pewno specyficzny eksperyment literacki. Ani to non-fiction – choć bazuje na faktach i chce opowiedzieć mroczną historię, która się wydarzyła, właściwie nadal mając swój ciąg dalszy, co przeraża może bardziej niż przedstawione zdarzenia sprzed blisko czterdziestu lat – ani to jest powieść – choć trochę chce być powieścią, jedną z tych sentymentalnych narracji o przynależności do miejsca, grupy i o tym, jak to w PRL-u wiele rzeczy smakowało inaczej, a te tworzące dzisiaj szarą codzienność mieniły się w wyobraźni wieloma barwami, bo były nowe i z innego świata. Problem polega na tym, że jako reportaż ta opowieść się nie broni – tam, gdzie wydaje nam się, że materiał faktograficzny jest szeroki, okazuje się pod koniec, że mieliśmy do czynienia z półprawdami albo zmyśleniami. Jako reportaż jedynie nakreśla ramy sprawy, którą ktoś powinien się fachowo zająć. Naprawdę po reportersku. Ta teza przebija się zresztą w zakończeniu, w którym autor niejako apeluje, by solidny dziennikarz przybliżył sprawę tuszowania przypadków ołowicy wśród śląskich dzieci w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia.

Drugi problem to uwierzenie tej narracji jako powieści. Bardzo w gruncie rzeczy wtórnej, obrazującej codzienność zwątpień, radości i niepewności nastolatka, który nie za bardzo rozumie, co się złego dzieje, ale to zło dotyka go fizycznie i w zasadzie pozostaje z nim. Czym ta książka może się wyróżniać? Empatycznym spojrzeniem na pewne środowisko. Miejsce, w którym ludzie wpadli w marazm z powodu bardzo określonych uwarunkowań. Jędryka chce zobrazować, że Ślązacy nie byli ani lekkomyślni, ani też nierozważni. Pokazuje, jakim dramatem staje się przeżywanie tego, co dotychczas karmiło i zapewniało stabilizację, jako czegoś, co zmienia się w śmiertelnego wroga.

Huta Metali Nieżelaznych w Szopienicach. Różnie zwana, między innymi „blajówą”. Miejsce pracy od pokoleń. Miejsce zapewniające stały zarobek i możliwość określenia swojej tożsamości, bo do huty się w pewien sposób przynależy. Miejsce akcji – te gorsze rejony Katowic. Tam, gdzie beznadzieja i szarzyzna przestają już przeszkadzać, bo są po prostu elementem codziennego życia. Także dla dzieciaków gromadzących się pod trzepakiem. Poszukujących w płci przeciwnej empatii i czułości, których często nie dają im rodzice. Trudne środowisko, trudne relacje. Zawsze jakaś hierarchia. I dym, który staje się częścią oddechów miejscowych. Smród, którego autor książki boi się nawet po czterdziestu latach, zamykając na noc okna wszędzie, gdzie przebywa. W tej mało atrakcyjnej literacko i reportażowo rzeczywistości wyróżnia się zdeterminowana lekarka, Jolanta Wadowska-Król. To ona być może ocaliła od śmierci w tym ponurym śląskim status quo wiele ludzkich istnień. To ona stała się symbolem zderzenia medycyny z polityką. Ale także z ludzką mentalnością, w której opisane w „Ołowianych dzieciach” zdarzenia pozostawiły mocne ślady.

Michał Jędryka prowadzi dwie narracje. Jedna ma charakter wspomnieniowy i należy do niego samego w czasie, w którym zamiast iść do oczekiwanej szóstej klasy szkoły podstawowej musiał zmierzyć się z zaskakującym połączeniem zespołów klasowych, a za nim szła tajemnica, której nastolatkowie starali się przyjrzeć ze wszystkimi swoimi ograniczeniami odbioru rzeczywistości. Druga narracja to opis poczynań wspomnianej już lekarki. Kobiety gotowej poświęcić bardzo wiele, by ratować kolejne dzieci przed rozprzestrzenianiem się choroby, o której nikt nie chciał słyszeć. Bo huta była żywicielką rodzin, a uświadomienie organom władzy, że wokół niej narasta zagrożenie dla życia dzieci, było w tamtym czasie misją przegraną. Najmocniej uderza u Jędryki ta niepewność rozłożona na obie te historie, ale i wyrastająca spoza nich. Niepewność tego, czym tak naprawdę była ołowica z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, z kim została mimo przemian ustrojowych, komu wyznaczyła wcześniejszy koniec życia, ale odroczyła ostateczną egzekucję.

Bo w gruncie rzeczy najciekawsze jest to, czego autor nie opisuje wprost, a także to, co jedynie dyskretnie sugeruje. W 1974 roku odkryto, że ogromna grupa dzieci zachorowała, i aby ją przed chorobą chronić, izolowano od źródła toksyczności. Tyle że choroba zdiagnozowana masowo w tamtym czasie zamieniła się w mroczny cień śmierci, który potem szedł za kolejnymi osobami – w ich dorosłe życie, którego scenariusz mogła rewidować utrata tego życia. Dlatego bardzo przejmujący jest początek tej opowieści, kilka pierwszych scen, zwłaszcza ta cmentarna. Potem „Ołowiane dzieci” jedynie dotykają prawdziwego problemu. Huty już nie ma, wielu ludzi związanych z nią również. Chore wówczas dzieci to dzisiaj ludzie, którzy przekroczyli granicę wieku średniego. O ile było im to dane. Bo umierały nie tylko nastolatki, śmierć pozostała z częścią zatrutych na zawsze, skracając życie, odbierając możliwości. Jędryka pisze o strukturalnym tuszowaniu faktu, że choroba zawodowa stała się wrogiem atakującym bezbronnych i niewinnych. Ale chciałby też zasygnalizować, że pewne działania ludzkie są uniwersalne. Bo gdy w grę wchodzi hurraoptymistyczna wizja zysku, człowiek jest gotów do poświęceń. Bardzo wielu poświęceń.

Naprawdę nie mam pojęcia, jak ocenić tę książkę. Tym bardziej że w miejscach, które uważałem za bardzo istotne, pojawiały się zmyślenia, z których autor tłumaczy się pod koniec. Mnie bardziej zastanawiają momenty, gdzie zmyślenie niezamierzenie chyba ściera się z odtwarzaniem faktów. Bo skąd Jędryka mógł wiedzieć, jak wyglądają gabinety zabrzańskiej profesorki czy śląskiego wojewody, które w 1974 roku odwiedza zdeterminowana Jolanta Wadowska-Król? I po co igrać wciąż na nowo z tym, co faktyczne, i z tym, co podpowiedziała wyobraźnia? Nie chodzi mi o to, że ta książka sprawia problem gatunkowy, bardziej o autorskie intencje. Mam nadzieję, że wzbudzi zainteresowanie kogoś, kto zechce solidnie opisać sprawę masowych zatruć ołowiem na Śląsku i ich konsekwencji dla dalszego życia tych, którzy to przetrwali.

Czytając Jędrykę, poczułem się trochę zmanipulowany, ale czułem przede wszystkim niedosyt. Bo cała historia powoduje, że włosy jeżą się na głowie – to był naprawdę mroczny fragment czasu, o którym kazano szybko zapominać. Problem „Ołowianych dzieci” to kwestia tego, jak i co opowiedzieć. Czy o prywatnych wspomnieniach, czy o dramacie społecznym, socjologicznym i o tym, w jaki sposób humanitarna troska o człowieka zderzała się z bezdusznym aparatem władzy. Michał Jędryka na pewno prowokuje do wielu pytań. Odnoszę jednak wrażenie, że ta opowieść nie umie sama siebie zdefiniować, a tym samym nie daje satysfakcji czytelniczej. Pozostaje w pamięci jako dziwna hybryda, która chce zasygnalizować, że konsekwencją zaniechań, krótkowzroczności albo uległości może być zniszczone życie. Tak jak trochę chyba został w tej książce zniszczony sam pomysł na nią.

2020-06-08

„Dorośli” Marie Aubert


Wydawca: Pauza

Data wydania: 10 czerwca 2020

Liczba stron: 144

Przekład: Karolina Drozdowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Ta gorsza

Propozycje wydawnicze Pauzy w postaci minipowieści skłoniły mnie do rozmyślań nad tym, czy do krótkich narracji można się przywiązać i czy rzeczywiście to sztuka zdobyć czytelnika na niewielu stronach. Dwa skrajne doświadczenia czytelnicze nie pozwalają mi wypracować jednoznacznego zdania. „Naszego chłopaka” Daniela Magariela pamiętam do dziś ze szczegółami, bo to wyjątkowo zawłaszczająca minipowieść. Z kolei „Linia” Elise Karlsson to była rzecz, po której tylko prześlizgnąłem się wzrokiem. Obawiam się, że podobne rozczarowanie wywołuje krótka narracja Marie Aubert. Nie spodziewałem się kolejnej rodzinnej psychodramy po norwesku na miarę „Spadku” Vigdis Hjorth, ale nie sądziłem też, że od Aubert otrzymam minimalizm naznaczony trochę jałowym przebiegiem akcji i nakreślaniem problemów głównej bohaterki.

„Dorośli” to trochę taka historia egocentryczki, która ma za złe światu, że wymodelował się inaczej, niż żyje ona sama. Nie wiem, do kogo i o co ma pretensje Ida, ale wyraża je z jednej strony z uczciwie nakreśloną bezpretensjonalnością, z drugiej jednak – te rozważania jakby na siłę zostały wtłoczone w sytuację rodzinnego spotkania, gdzie będą mocniej rezonować i czytelniej się prezentować, ale ostatecznie nie ma żadnych zaskoczeń i nie ma też do czego się przywiązywać. Odnoszę wrażenie, że bohaterka jest doskonale zamknięta w świecie swoich przeżyć, emocji, opinii o innych i poczuciu krzywdy. Nic się właściwie z nią nie dzieje, choć śledzenie jej interakcji z matką, siostrą czy jej mężem pozwala przyjrzeć się opisywanym dramatom inaczej. Niektóre uczynić bardzo trywialnymi, inne skomplikować. Wszystko w uroczym domku nad fiordem, czyli bardzo po norwesku, choć zdarzają się wybuchy emocji i ma się nadzieję na to, że Aubert zrezygnuje ze skandynawskiego dystansu ich obrazowania.

To naprawdę solidnie skrojona historia, która oczywiście mogłaby być materiałem na bardziej obszerną powieść. Tymczasem jest punktowaniem tego, co najważniejsze w życiu Idy. Bohaterka kończy czterdzieści lat, jest singielką, boleśnie przeżywa brak dziecka w swoim życiu, a ból się nasila, kiedy dowiaduje się o tym, że jej młodsza siostra Marthe śmiało ją wyprzedzi – jakby macierzyństwo miało być jakąś sztafetą. Tu oczywiście jest wskazany pewien element rywalizacyjny i na szczęście rozpisany na inne sfery życia. Ida zawsze chciała być dobra, uporządkowana i racjonalna w swych działaniach, ale to ona była tą gorszą córką. Za taką też się uważa po latach, gdy rodzina spotyka się, by świętować sześćdziesiąte piąte urodziny jej matki.

„Wciąż może się jeszcze coś stać” – te słowa Idy to nie tylko wyraz nadziei na jakąkolwiek zmianę, ale w gruncie rzeczy zdanie definiujące jej tożsamość. Bohaterka Aubert jest wewnętrznie i dosadnie samym czekaniem. Tkwi w trudnym do zniesienia przedpokoju – zdobyła już doświadczenia umożliwiające trafną antycypację, ale ma w sobie nadal coś z dziecięcej naiwności, dzięki której pojawia się wciąż nadzieja na lepsze jutro. Nadzieja, o której trudno pamiętać, kiedy obserwuje się szczęśliwe życie wokół. I w członkach swojej rodziny poszukuje się tego krzywego zwierciadła, które wciąż na nowo będzie pokazywać, że wcale nie będzie już inaczej, a to, co było, to głównie czas opresji.

Aubert stara się zindywidualizować Idę, ale to w moim odczuciu bohaterka wzbudzająca przede wszystkim irytację. Usiłuje wywrzeć wpływ na poszczególnych członków rodziny, zmienia fronty, stara się ich zdefiniować i przewidzieć ich działania zgodnie z tym, co sobie pomyślała. Ida jest architektką i na co dzień nie idzie jej tak sprawnie projektowanie własnej przestrzeni życiowej, jak wychodzi zawodowe projektowanie przestrzeni. Ta przestrzeń, w której się znalazła, jest już zaprojektowana przez relacje rodzinne, wchłonięta wręcz przez nie i brutalnie w dosłownym sensie odebrana. Ale ostatecznie dramaty Idy wynikają trochę z tego, że zwyczajnie nie dorosła do podejmowania decyzji i liczenia się z ich konsekwencjami. A w tym znaczeniu ciekawie prezentuje się tytuł powieści, lecz poza oczywistymi wnioskami, do jakich można dojść w trakcie lektury, ani sama Ida, ani sposób jej kontaktowania się z najbliższymi nie wzbudza tutaj większego zainteresowania. Wszystko jest ułożone w jakiejś paradoksalnej harmonii chaosu relacji ludzi, którzy od dawna są oddaleni od głównej bohaterki, ale trudno ich winić za jakiekolwiek oddalenie, skoro Ida sama w sobie stwarza dystans i lubi go przełamywać tylko na własnych warunkach.

„Dorośli” to powieść obrazująca to, z jak wielkim trudem bierzemy w życiu odpowiedzialność za siebie. Także o tym, że obserwacje świata i wyciągane z tych obserwacji wnioski pozwalają czasem zrzucić część tej odpowiedzialności na innych albo po prostu na niekorzystne okoliczności. Nie wiemy, ku czemu zmierza Ida, dowiadujemy się jedynie bardzo dosadnie, czego jej brakuje i jak funkcjonuje pośród tych deficytów. Dorosłość Idy przyszła do niej bardzo szybko, jednak wraz z nią nie pojawiła się oczekiwana dojrzałość. A może Aubert chce zwrócić uwagę, że bardzo często zachowujemy się jak rozczarowane rzeczywistością dzieci, które w prosty sposób racjonalizują sobie swoje rozczarowania i potem niosą je przez życie aż do tej faktycznej dorosłości. Do czasu, w którym dojdzie do konfrontacji z tym, kim się jest, i tym, kim chciałoby się być.

Wszystkie opisane rozterki i dylematy są chłodne niczym woda w norweskim fiordzie. Mam wrażenie, że Marie Aubert zabrakło trochę odwagi, by zdemonizować Idę albo zdeformować rzeczywistość wokół niej i pozostawić nas nie tyle w zawieszeniu, ile w sytuacji dość mocnego zaskoczenia. Tu wszystko rozpisane jest w taki sposób, że ta powieść nie jest zimna w zamierzeniu. Ona jest po prostu mało sugestywna i nie zapada w pamięć. Ida próbująca rozpaczliwie zwrócić na siebie uwagę rodziny również nie przekonuje, choć są dwie sceny, przy których ma się nadzieję, że ta psychodrama nabierze rumieńców, stanie się bardziej drapieżna.

„Dorośli” to powieść o tym, jak niedojrzale traktujemy się w relacjach i jak często potrafimy się ranić, choć przecież nie o to nam chodzi. Aubert chce też w ciekawy sposób opowiedzieć o tym, co frustruje jej bohaterkę, ale obrazuje to bardziej jak tupanie buntowniczej dziewczynki, która nie zrobi tego, co do niej należy. Notabene postać małej dziewczynki będzie tu z różnych powodów ważna. Całość tej krótkiej historii każe spojrzeć na wszystko bardzo racjonalnie. Pokazać złość i niespełnienie, ale równie wyraźnie niedojrzałość, za którą kryją się nieustannie karmione kompleksy i rozczarowania. Podoba mi się surowość stylu norweskiej pisarki, jednak tej surowości jest tu za dużo. Wychodzi interesująco napisana powieść o dylematach, które w pewnym momencie nie są już interesujące. Zwłaszcza gdy dotrze się do wręcz dydaktycznego zakończenia. Problemem nie jest tu samo życie, lecz to, jak dalej żyć. Jak dla mnie za dużo hamletyzowania, za mało nakreślania kontekstów egocentryzmu, którego obraz widzimy tu bardzo wyraźnie. Książka, która na pewno nie pozwala się do siebie przywiązać. Mogłaby odważniej opowiadać o odwadze i boleśniej o bólu odtrącenia. Staje się tylko letnią historią pewnych oczywistych – bo tak nakreślonych – rozterek emocjonalnych. I niewiele więcej można z niej wydobyć.

2020-06-05

„Faworyty” Manuela Gretkowska


Wydawca: Znak

Data wydania: 11 maja 2020

Liczba stron: 320

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Władza, pożądanie, miłość

Na temat swojego stosunku do fikcyjnych fabuł Manueli Gretkowskiej wypowiadałem się w omówieniach jej poprzednich książek. Dość powiedzieć, że „Faworyty” – również jako zmyślenie, ale inspirowane historią i będące jej interpretacją – zaskoczyły mnie pozytywnie i mam wrażenie, iż to najlepsza książka Gretkowskiej. Zawłaszczająca i zaborcza jak jej bohaterki. Jednocześnie przemyślanie dosadna – zwłaszcza w budowaniu konkretnych scen, bo myślę, że to rzecz zbudowana przede wszystkim z nich, jako całość fabularnie odrobinę niespójna. Nic to. Czytałem z wypiekami na twarzy. To jest taki świat przedstawiony, w którym wszystko jest symbolicznie i dobitnie brudne. Świat, w którym każda intryga ma w sobie coś z podłości, ale często jest wyrazem rozpaczliwej niemocy, a czasami psychopatycznej wręcz chęci dominacji. „Faworyty” to doskonale zbudowane napięcie świata, w którym każdy gra, każdy dąży do osiągnięcia własnych celów, absolutnie każdy ma rysy, słabości, żyje idiosynkrazjami i rozgrywa przed nami spektakl walki emocji z okrutnymi formami determinacji. Gretkowska opowiedziała o osiemnastowiecznej Polsce w taki sposób, że wciąż można odczytać echa jej prywatnej ideologii. Ale naprawdę imponujące jest to, w jak sugestywny i przemawiający do wyobraźni sposób interpretuje historię. Nie jest dla mnie istotne, czy ją wykoślawia, choć kategoria groteski w portretowaniu na przykład zapatrzenia we francuskie wzory jest tu bardzo ważna i wyrazista. Czytając „Faworyty”, nie myślałem nawet przez chwilę, jak to naprawdę było na dworze Stanisława Augusta Poniatowskiego. Dałem się ponieść nerwowemu rytmowi tej opowieści o namiętnościach, w której postacie kobiet skonstruowane są tak przekonująco, że chwilami czuje się na karku ich oddech, co z różnych powodów wywołuje poczucie dyskomfortu. Ta książka to świetny przykład tego, jak żywa może być opowieść i jak trudno przejść obok tego wszystkiego obojętnie.

Bo w „Faworytach” płyny fizjologiczne mieszają się z namiętnościami – od wściekłości i nienawiści po chęć absolutnego poddania się temu niepokojącemu nurtowi miłości, czyli uczuciu, w które nie warto inwestować, bo zrujnuje plany. A jednak jest tu i intensywność miłości, i potężny ładunek frustracji, jest fascynująca opowieść o zawiści i rywalizacji, ale jest przede wszystkim gorzki obraz Polski – kraju, w którym pośród skrajności dworu i prymitywnych chłopów kryją się głupota, materializm, przekupstwo i przestrzeń, w której nie rozumie się tego, czym jest prawdziwa polityka. Tu i romans stanie się właśnie polityką, każde zagranie będzie zaplanowane, prawie każda emocja jakby antycypowana. Tu także kobieta pokaże, że nie jest tylko owiniętym falbanami pojemnikiem na nasienie. Kobiecość – jak przeczytamy – to konstrukcja. Manuela Gretkowska tworzy architekturę pożądania, gniewu, tęsknoty, manipulacji i wstydu. Wszystko, z czego kobieta może być dumna i czego może się wstydzić, zostanie w tej powieści odsłonięte, udowodnione i zdefiniowane w specyficznych kontekstach.

Jadąca karetą półnaga kobieta, której wizerunek otwiera „Faworyty”, nie pozostawia cienia wątpliwości, kto będzie najważniejszy i na kim skoncentruje się uwaga autorki. Są trzy i każda znajduje się w królewskiej orbicie wpływów nie tylko dlatego, że odwiedzają to samo łóżko i doświadczają bliskości tego samego penisa. Każda z nich kształtuje świadomość Stanisława Augusta Poniatowskiego, ale i jest gotowa zabrać mu część tej tożsamości, wgryźć się w nią zachłannie, porzucić słabszego i niepełnego. Choć jedna z nich naprawdę kocha. Dwie pozostałe definiują miłość i przywiązanie po swojemu. Każda jest czujna, zdeterminowana, gotowa do walki o swoje. Potrafią być czułe i wyrachowane. Są przestrzenią niespełnienia króla, choć przecież posiada je wszystkie, może z nimi robić wszystko i jest w stanie nawet zaciągnąć do łóżka dwie z nich jednocześnie.

Ale król, który już na początku powieści wykrzykuje, że nie może nic, celowo odsuwany jest w kierunku drugiego planu. Nie wszędzie. W scenach ukazujących zbliżenia z kochankami jest traktowany dość przedmiotowo. W relacjach z nimi, kiedy tytułowe faworyty walczą o przestrzeń panowania nad jego emocjami i światopoglądem, Poniatowski jest już pierwszym rozgrywającym. Choć słabym, podatnym na wpływy, niesamowicie samotnym i pogrążonym w tęsknocie za spełnieniem, którego definicją zbyt często jest jego seksualność.

Magdalena Sapieha to ta, która kocha. W przeciwieństwie do pozostałych nie jest jego kuzynką. Kocha prawdopodobnie bezinteresownie i miłością wyzwalającą nie tylko czułość, ale przede wszystkim potrzebę opieki. Wie, że dwie pozostałe gotowe są krzywdzić. Sapieha potrafi zrezygnować z wygodnego życia u boku magnata, gotowa jest poświęcić wszystko. Swój honor łącznie ze swoim łonem. Tylko ona wydaje się grać w otwarte karty. Dla starszej Elisabeth Lubomirskiej Poniatowski jest przede wszystkim politycznym przeciwnikiem. Jej przemyślane intrygi, pełne cynizmu wypowiedzi, wyższość portretowana przez Gretkowską najdoskonalej jak to możliwe, są przejawem tego, że to kochanka specyficznie zaborcza. Ciałem się bawi, umysł chce zdeprawować. Ale i zawłaszczyć. Elisabeth wie, że jest najlepsza z trzech. Kamienna twarz pod grubym makijażem kryje przed królem emocje mogące zabić. Izabela Czartoryska ma w pogardzie męża, który sam wysyła ją do łóżka króla. Chce być jedyna i niepowtarzalna. Chce być wspaniała i adorowana. Nie ma zmysłu cynicznego łowcy, w oczach Elisabeth jest głupią gęsią. To, w jaki sposób Manuela Gretkowska przeprowadzi nas przez świat wzajemnych relacji trzech kochanek Poniatowskiego, będzie w dużej mierze odpowiadało za odbiór całej książki. Teatralnej, przerysowanej, celowo wulgarnej i – jak wspomniałem – w zaplanowany sposób dosadnej. Iskrzącej momentami wszystkich trudnych interakcji. Tych wszystkich złośliwości, napięć, czułości oraz tego, co jest wokół nich udawane. „Faworyty” to teatr mrocznych cieni, w których kobiecość jest drapieżna i fascynująca. Ale to także opowieść, która nie zapomina o swoich męskich bohaterach. Dramat, intryga i konflikt wciąż będą tu się wypowiadać poprzez płeć i poprzez nią wybrzmiewać tak doskonale.

Gretkowska jest celowo teatralna w tych momentach, w których chce napięcie swojej powieści przenieść na czytelnika. Wywołać emocje, umieścić go – czasami w sypialni podczas miłosnych uniesień. Poza tym to książka kilku naprawdę mistrzowsko nakreślonych kontrowersyjnych scen. Jak choćby ta strzelania do kopulujących koni czy seksualnego spełnienia króla, który zjada ulubione ciastko z waginy kochanki. Jak wspomniałem wcześniej, sporo tu niekoniecznie skrywanych poglądów i przemyśleń Manueli Gretkowskiej, która daje tej powieści swoją tożsamość, ale rozprawia przede wszystkim o pewnych uniwersalnych pragnieniach. Niemożliwych do spełnienia między innymi przez to, że jesteśmy dla siebie koturnowi, sztuczni i przepełnieni frustracjami. Ale to naprawdę jest też książka o miłości. O tym, jak definiowano bliskość relacji w osiemnastym wieku i czym pośród tych relacji było państwo podzielone, zatomizowane i niezdolne do stworzenia jakiegokolwiek ładu. Groźna fantazja i przekonujący obraz tego, że namiętność zawsze idzie w parze z potrzebą panowania nad czymś lub nad kimś. Mocna i pozostająca w pamięci książka.

2020-06-03

„Uśpienie” Camilla Grebe


Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 20 maja 2020

Liczba stron: 400

Przekład: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Matczyne determinacje

To moje pierwsze spotkanie z Camillą Grebe, gdyż nie śledzę masowo wydawanych thrillerów skandynawskich, co do których nabrałem już podejrzeń, że bazują na wyeksploatowanych schematach i wciąż na nowo opowiadają o tym samym. Za mną miłe zaskoczenie! „Uśpienie” jest bardzo sprytnie skonstruowaną powieścią, biorąc pod uwagę także jej tytuł. Do połowy – w moim odczuciu – nie dzieje się nic. To byłoby chyba symbolicznym uśpieniem czujności czytelnika. Intrygujący zwrot akcji każe nam jednak uświadomić sobie, że nie zwróciliśmy wcześniej uwagi na coś ważnego. I wtedy zaczyna się naprawdę cała historia, a od powieści trudno się oderwać. Mimo że w pewnym uśpieniu są tu również sztokholmscy policjanci na tropie zwyrodnialca, który masakruje i wrzuca do Bałtyku zwłoki mężczyzn owinięte łańcuchami. Zachowują się trochę jak dyletanci, momentami jak dzieci we mgle. I w gruncie rzeczy nie są chyba potrzebni, bo cała intryga kryminalna rozgrywa się gdzieś poza światem policyjnych podejrzeń. Ekipa mundurowych w zasadzie spisuje tu protokoły i formalnie zatwierdza to, czego nie jest w stanie ogarnąć. Myślę, że to dodaje książce kolorytu. Zwłaszcza że czytelnik sam dość szybko zorientuje się, co naprawdę się dzieje, kiedy już zostanie wybudzony z uśpienia pierwszej połowy lektury.

Grebe stosuje popularny schemat kilku symultanicznych narracji. Dzięki temu osiąga dużo więcej, ale i przyciąga uwagę do swoich postaci. Manfred jest policjantem, który musi mierzyć się z pustką i niepewnością rodzinnej tragedii, bo kiedyś pozwolił na to, by jego dwuletnia córka wypadła przez okno. Wraz z żoną nasłuchują oddechu dziecka wprowadzonego w śpiączkę. W międzyczasie Manfred pracuje, ścigając zabójcę topionych mężczyzn. Tymczasem poznajemy uciekiniera, osiemnastolatka wplątanego w nielegalne interesy. Matka wyrzuca go z domu po tym, jak odkrywa narkotyki. Samuel pozostawiony jest samemu sobie i musi walczyć o przetrwanie. Ale i tak najciekawszą, bo niezwykle dynamiczną i przechodzącą ogromną przemianę postacią jest jego matka Pernilla. Zanurzona w świecie religijnej indoktrynacji, wiecznie posłuszna surowemu ojcu, latami bezwolna i mało samodzielna, uświadamia sobie, że powinna powalczyć o swojego syna. Że pozostał jej tylko on. I tylko Samuel zmobilizuje Pernillę do działań, których nigdy by się nie podjęła. Bohaterka jednocześnie mierzy się z traumami przeszłości i buntuje wobec podległości, która doprowadziła do frustracji. Niepozorna kasjerka z marketu stanie się zdeterminowaną i silną kobietą gotową zrobić wszystko, by wydobyć syna z opałów. Te będą mieć rozmiary, jakich Pernilla nie będzie sobie w stanie wyobrazić. Podobnie jak czytelnik uśpiony monotonną akcją pierwszej części powieści.

„Uśpienie” to brawurowa historia determinacji matek. Jedną jest żona Manfreda, która żyje nadzieją na wybudzenie córki, a wsparcia poszukuje wśród użytkowniczek Internetu mających za sobą podobne doświadczenie. Drugą jest wspomniana Pernilla. Gotowa do rozwiązań ostatecznych, niebywale niebezpiecznej konfrontacji. Matka, która wie, że teraz, gdy syn jest w niebezpieczeństwie, może mu udowodnić miłość i oddanie. Zarzucająca sobie bardzo wiele Pernilla jednocześnie otrząsa się z demonów przeszłości i krytycznie spogląda na dotychczasowy model wychowywania Samuela. Lecz jest jeszcze trzecia matka. Jej determinacja będzie naprawdę wyjątkowa. Bezkompromisowa, szalona, mroczna. Wyrosła z samotności i tragedii. Ale osadzona na psychopatii, której model Camilla Grebe przedstawi wyjątkowo sugestywnie.

Jej powieść zadaje nam pytanie o to, jak często i w jakich okolicznościach we współczesnym świecie wołamy o zainteresowanie dla nas samych. Jak często technologie informatyczne są narzędziami do tego, by pielęgnować narcyzm i egocentryzm. Manfred jest technologicznie wycofany. Ale podgląda to, jak działa w sieci jego żona. Krytycznie ocenia wszystko, co tam znajduje. Uważa, że komunikacja z ludźmi przez Internet nie ma w sobie cech prawdziwych relacji. Że prawdy nie ma tam wcale. Okaże się, że to właśnie dzięki Internetowi nasz trochę mało rozgarnięty policjant ujrzy i zrozumie prawdę. To, co zbuduje mroczny świat przedstawiony. To, co opowie o tęsknocie, poczuciu wyobcowania i rozpaczliwych próbach zwrócenia na siebie uwagi.

Cała historia wspaniale skomponowana jest ze szwedzkimi pejzażami. To kolejny przykład książki mówiącej o tym, że przyroda i otoczenie to bardzo ważne elementy twórczości autorów ze Szwecji. Wykorzystywane zawsze i stale zwracające uwagę na to, że szwedzka natura nigdy nie opuszcza człowieka, choć on sam w różnych okolicznościach jest gotów o niej zapomnieć. Grebe bardzo sugestywnie obrazuje miejsca, w których bohaterowie muszą mierzyć się z trudnościami. Niezmiennie fascynująca jest przestrzeń morza wyrzucająca trupy, którym ktoś zrobił wielką krzywdę po śmierci. Dlaczego jedna z ofiar ma za paznokciami DNA innej ofiary? Co łączy mężczyzn, których wyrzuca Bałtyk? Jaka tajemnica kryje się w pewnym prowincjonalnym miejscu wciąż na nowo niepokojąco atakowanym przez morską bryzę? Pejzaż jest mocną stroną „Uśpienia”, ale na pewno uwagę przykuwa przede wszystkim modelowanie głównej intrygi, która świetnie połączy się z trzema narracjami, kierując czytelnika w zupełnie inny rejon. A jednocześnie kreując takie sytuacje, w których można zadawać sobie pytanie o to, co my zrobilibyśmy na miejscu bohaterów.

Ostatecznie Camilla Grebe pisze przede wszystkim o kilku rodzajach ludzkiej samotności. O tym, że bardzo często ze swoim bólem pozostajemy sami. I równie często chcemy o nim opowiedzieć światu, ale wówczas zniekształcamy zarówno ten ból, jak i okoliczności, w których go doświadczyliśmy. „Uśpienie” jest historią relacji rodzinnych, ale w każdej z tych rodzin pojawia się coś złego, niepokojącego. Grebe nie buduje jakoś bardzo przekonujących portretów psychologicznych, jednak bohaterowie są wiarygodni. Wszystko, o czym opowiada ta powieść, mogłoby się wydarzyć w każdych okolicznościach, niekoniecznie tak pięknych jak te szwedzkie. Myślę, że to także powieść o tym, jak mierzymy się ze zdarzeniami, na które nie mamy wpływu. Również rzecz mówiąca nam, co się dzieje, kiedy jednak na coś wpływ mamy i możemy coś zmienić, zmieniając samych siebie. Myląca i intrygująca powieść, która zostaje w głowie na dłużej. Ktoś traci wszystko, ktoś wszystko zyskuje. Pomiędzy tymi skrajnościami – opowieść o tym, czym jest przywiązanie do dziecka i jak bardzo determinuje działania rodziców. Bardzo ciekawa historia.

2020-06-01

„Dendryty” Kallia Papadaki


Wydawca: Wydawnictwo Wyszukane

Data wydania: 13 maja 2020

Liczba stron: 272

Przekład: Ewa T. Szyler

Oprawa: twarda

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Status emigranta

Kiedy czytam, że jakaś powieść obrazuje losy rodziny w kilku pokoleniach, jakoś instynktownie odrzucam te panoramiczne narracje, które wyjaśniają wszystko. Dlatego tak bardzo spodobała mi się powieść greckiej pisarki Kallii Papadaki. Podejmowany przez nią temat, czyli losy emigrantów z Grecji, którzy muszą odnaleźć się i funkcjonować w trudnej amerykańskiej rzeczywistości, domagałby się może epickiego rozmachu, ale pisarka świadomie z niego rezygnuje. Na szczęście. Widać, że umie intensywnie i sugestywnie skondensować wydarzenia. Pokazywać nam rzeczywistość trzech pokoleń jednego rodu w sposób punktowy. Dobiera i prezentuje zdarzenia, które mają kluczowe znaczenie dla dalszego życia bohaterów. Obrazuje także to, w jaki sposób Stany Zjednoczone proponują kilka marnych opcji dalszego życia. Andonis u progu XX stulecia musi walczyć o przetrwanie i ta bezkompromisowa walka czyni z niego potem szorstkiego ojca i męża. Basil wyrasta w patologicznej rodzinie, szybko – w przeciwieństwie do ojca – otrzymuje amerykańskie obywatelstwo, ale Ameryka nie daje mu niczego poza wegetacją w zrujnowanym mieście opanowanym przez przemoc i frustrację. Leto, córka Basila, jak przeczytamy, ma „kiepskie geny”. Czy zdeterminują one jej życie na tyle, by można było je nazwać kiepskim? Papadaki ma wiele czułości dla swoich trudnych w zasadzie bohaterów. Ani Andonisa, ani Basila, ani chyba też Leto nie jest łatwo polubić. Możemy im najwyżej współczuć. „Dendryty” nie będą jednak powieścią do lubienia. To naprawdę kawał przejmującej i bezkompromisowej prozy, w której przed bohaterami co rusz otwierają się drzwi, pojawiają możliwości. A potem los gwałtownie te drzwi przed nimi zatrzaskuje.

Ponieważ jest to debiutancka powieść, w trakcie czytania nasunęło mi się skojarzenie z „Topielą” Junota Díaza. To również skondensowana w treści opowieść o losach emigrantów w USA. Podobieństwo w prezentowaniu losów ojca i syna – w „Topieli” Dominikańczyków, w „Dendrytach” Greków – polega na jakimś smutnym przeświadczeniu, że ten emigrancki fatalizm zabiera się w życie na zawsze, przekazuje swoim potomkom, boleśnie uniemożliwia się im odkrycie czegoś nowego, doświadczenia innej formy życia niż to opresyjne. Papadaki obrazuje ten dramat chyba lepiej niż Díaz, bo to też formalnie inny rodzaj narracji. Na pewno jednak można zauważyć, że skomplikowane relacje ojca i syna coś uzupełniają, a jednocześnie coś sobie wzajemnie odbierają. „Dendryty” w całym swym portretowaniu sugerowanym przez tytuł skupiają się na dwóch mężczyznach osiągających jakiś stabilny status życiowy i zmuszonych do tego, by pożegnać tę choćby chwilową stabilizację. Andonis traci chyba dużo więcej niż Basil. Obaj są też na pozycji przegranej w swoich relacjach od samego początku. Będzie tu mocna, emocjonalna opozycja, będzie wyraźnie nakreślony bunt i będzie jednocześnie jakaś mroczna powtarzalność, kiedy Basil doświadczy czegoś podobnie jak ojciec. Ale w innej sferze, którą można nazwać symboliczną tęsknotą za ojczyzną, wydarzy się coś innego. Grecja stanie się dla Andonisa przestrzenią zamkniętą. Inaczej będzie z jego synem, ale czy Basilowi wystarczy determinacji, aby przywitać się z krajem swoich przodków?

Papadaki opowiada o tym, jak radzimy lub nie radzimy sobie z okolicznościami zmuszającymi nas do emigracji i uniemożliwiającymi powrót. Wszyscy bohaterowie tej książki tkwią w skomplikowanych niemożliwościach. Osiągają niewiele, aby potem to stracić. Tęsknią za czymś, czego nigdy mieć nie będą. Ojciec sentymentalnie wspomina Grecję, pod wpływem wydarzeń bardziej zbliża się z rodakami. Syn wypiera się greckości już od małego, ale jego droga do zrozumienia, czym naprawdę jest tożsamość, wtedy dopiero się rozpoczyna. W buncie i niezgodzie na życie obok upiornej matki i kostycznego ojca. Takim buntem i niezgodą jest Leto. Córka Basila czuje się stygmatyzowana już tym, jakie rodzice nadali jej imię. Dorasta w mieście, w którym co rusz ktoś traci pracę, oszczędności, zdrowie, nadzieję i wiarę w lepszą przyszłość. Leto ku tej lepszej przyszłości chciałaby uciec. Póki co może być tylko gniewem i niedostosowaniem. A obok niej rówieśniczka, tak samo skrzywdzona przez los, choć starająca się bardziej dopasować, za wszelką cenę być tą ułożoną, dobrze się uczącą i taką, która nikomu nie wadzi.

Wizerunki najmłodszych bohaterek wydają się najciekawsze, bo są mocno niedokończone. A właściwie trudno cokolwiek przewidzieć, patrząc na nastolatki tak bardzo skrzywdzone przez złe okoliczności swojego życia. Dzięki tym postaciom „Dendryty” przestają jednak być tak duszne i bezkompromisowe. Papadaki nie chce, by sugerowany przez nią fatalizm rozlał się na całą powieść. Tym bardziej że pisze ją długimi, gęstymi od emocji zdaniami. Takimi frazami, które zawłaszczają całą istotną scenę lub przeżywanie jakiegoś zdarzenia przez bohaterów. Trochę jest tak, jakby te zdania same w sobie tworzyły mikrohistorie. Czyta się to świetnie, tak trochę na wdechu. Wiemy, że każda kolejna kropka pozwoli na moment wyłączyć się ze zdarzeń, ale już za kolejną wielką literą czekają następne intensywne emocje. Dodatkowo autorka bardzo dba nawet o epizodyczne postacie – niby mimochodem, ale wyraźnie i sugestywnie portretuje także tych bohaterów, którzy pozornie dla rozwoju akcji nie są znaczący.

„Dendryty” to też piękny hołd dla Walta Whitmana i miasta jego pochodzenia. Camden staje się pułapką, przestrzenią opresji odbierającą nadzieję. A jednak jest miejscem pewnej przynależności. Być może Basil mógł tę przynależność poczuć w przeciwieństwie do swojego ojca. A może jest tak, że nie miejsce, lecz nasze predyspozycje do pewnych działań i myślenia stwarzają świat wokół wedle określonego scenariusza? Kallia Papadaki opowiada o tym, jak często niewiele zależy od nas samych, gdy wiele rujnują okoliczności. Ale jednocześnie portretuje silnych ludzi w opresyjnych sytuacjach. Pokazuje, jak trudno żyć tożsamością emigranta i czym ona tak naprawdę jest. „Dendryty” to także przejmująca powieść o odrzuceniu, trudności budowania bliskich relacji. O szorstkiej Ameryce, która w kolejnych dekadach XX wieku przestaje być snem, staje się mrocznym upiorem. A mimo to w powieści tak wiele poetyckiej subtelności Whitmana.

Papadaki pisze również o wiecznie groźnym obliczu amerykańskiego rasizmu. Stara się zobrazować, w jaki sposób USA portretowanych dekad tkwi w przemocy i uprzedzeniach. Zabiera nas w historyczną podróż po kontynencie, który piętrzy trudności, nie daje emigrantowi prawa do wzięcia głębszego oddechu. Ostatecznie „Dendryty” to też książka o ludzkiej goryczy i o tym, jak wiele odcieni może mieć rozczarowanie.