2014-12-03

"Nie oświadczam się" Wiesław Łuka

Wydawca: Dowody na Istnienie

Data wydania: 13 października 2014

Liczba stron: 288

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 38 zł

Tytuł recenzji: Zbrodnia i milczenie

Moi rodzice byli w tłumie, który wysłuchiwał w Sandomierzu czterech wyroków kary śmierci przyjmowanych przez oskarżonych bez cienia skruchy i choćby jednej łzy. W 1984 roku wraz z rodziną przeprowadziłem się do Połańca. Dorastałem w mieście, które przyjęło na siebie odium po Zrębinie; wsi tuż obok miejsca, w którym podczas wigilijnej nocy 1976 roku rozegrała się niewyobrażalna tragedia i gdzie ślad po niej pozostał na zawsze. Utkwił bowiem w społeczności, jaka okopała się w milczeniu, utrudniając i tak już skomplikowane śledztwo, które dopiero po latach dało prawdziwy obraz tego, co wydarzyło się pewnej grudniowej nocy na drodze między Połańcem a Zrębinem.

Co się wydarzyło? Ciężarna kobieta z mężem oraz swoim bratem została wywołana z kościoła podczas pasterki. Zasugerowano im szybki powrót do domu. Poszli. W śniegu, lodowatym wietrze. Do Zrębina z Połańca niedaleko, kilka kilometrów. W ślad za nimi ruszyli oprawcy. Jeden kierował autokarem z grupą podpitych pasażerów. Najpierw potrącono, później brutalnie zamordowano całą trójkę, a z okien makabryczny spektakl oglądali ludzie. Ci ludzie, którzy złożyli potem magiczną przysięgę, całowali krzyżyk i obiecywali milczenie, odkrywając w kieszeniach naprędce wkładane banknoty. Morderstwo upozorowano jako wypadek. Świadkowie wrócili do połanieckiego kościoła, by szukać tam alibi. Sprawcy uznali, że nikt nie piśnie słowem o tym, że bili i zabili. To miała być zemsta za posądzenie o kradzież wędlin na weselu. Absurd? Być może, bo konflikt między rodem mordujących i zamordowanych sięgał w mroczną przeszłość i piekło tych animozji Wiesław Łuka jedynie delikatnie kreśli. Bardzo wyraźnie za to prezentuje czas procesu oskarżonych o potrójne zabójstwo. Usiłuje po swojemu rozbić zrębińską zmowę milczenia. Dać odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego ludzie złamali dwie przysięgi - najpierw tę sądową o mówieniu całej prawdy, a potem tę nocną, gdzie bezpośrednio po morderstwie zawierali pakt krwi i obiecywali, że świat nigdy się nie dowie o tym, iż na ich oczach zamordowano trzy osoby.

Przez lata nie miałem świadomości, że żyję w mieście, obok którego dokonano jednej z najbardziej niewyobrażalnej w swym okrucieństwie zbrodni w PRLu. Wiesław Łuka opowiedział o niej już w 1981 roku, zaś obecnie, po ponad trzydziestu latach, ten wstrząsający i z czasem niesłusznie zapomniany reportaż ponownie wzbudza grozę, a mnie osobiście - jako byłego mieszkańca Połańca - wchodzi boleśnie pod skórę. Jak to możliwe, że duża liczba osób we wsi skutecznie wypierała z pamięci sceny widziane w nocy, gdy Lech Wojda - imiona i nazwiska oprawców we wznowieniu reportażu zmieniono - z chirurgiczną precyzją zlecał kolejne działania, które miały na celu najpierw zabicie małżeństwa Łukaszków i Miecia Kality, a potem upozorowanie wypadku drogowego? W tę wersję przez pewien czas wierzono, gdy Prokuratura Rejonowa w Staszowie i milicjanci z Połańca nieudolnie analizowali pozostawione dla nich przez bandę Wojdy dowody. Ślady po makabrycznym spektaklu. Pytanie najbardziej zastanawiające w tym wszystkim - dlaczego mordercy nie zaplanowali cichej eliminacji, dlaczego do swych zbrodniczych czynów przywieźli w autokarze nieme audytorium? Dlaczego nikt z pośród obecnych na miejscu zbrodni następnego dnia nie opowiedział organom ścigania o tym, co się wydarzyło? Łuka zasugeruje kilka odpowiedzi.

Tytuł to słowa z karykaturalnej wręcz linii obrony oskarżonych. Zapomnieli sensu słów tak, jak zagubili się w swych matactwach. Pojęcie sprawiedliwości i dobra zostało w ich umysłach wypaczone na tyle, że już po wyroku - ostatecznie wykonano tylko dwie  kary śmierci - mówią Łuce o tym, że są ofiarami prześladowania i że giną niewinni. Tę wersje potwierdzały rodziny oskarżonych. Korumpowały świadków i starały się utrudnić dochodzenie, jednocześnie powołując się na boską sprawiedliwość oraz zarzucając wszystkim, iż oskarżeni są ofiarami, a winę za chaos ponosi skłonny do brania łapówek i ograniczony umysłowo lud Zrębina, tej wsi naznaczonej fatalizmem w 1976 roku chyba już na zawsze. Wiesław Łuka zarysowuje szkic socjologiczny środowiska, w jakim doszło do zbrodni. Połanieccy dorobkiewicze bez wykształcenia, zrębińscy chłopi i chłoporobotnicy żyjący w biedzie, wpatrzeni w majętnego Lecha Wojdę jak w obrazek, bo to przecież zrębiński pan na włościach, jedyny z ciągnikiem, z masą pieniędzy i z siłą, by terroryzować innych. Obraz wsi koło Połańca nabiera znamion piekła na ziemi. Tylko jedna, najbardziej uboga rodzina, nie poddała się dyktatowi Wojdy, który co rusz na przemian groził i proponował pieniądze, mieszał w swoich zeznaniach i starał się - jeszcze przed aresztowaniem - wpływać na konfabulacje innych.

Jedna z rozmówczyń wspomina historię, przejmująco komentując wydarzenia ze Zrębina: "Gdyby Kościuszko przypuszczał, co się tu stanie, nie obiecywałby wieśniakom wolności". Ta wolność okupiona została siecią układów i zależności. Konflikt Wojdów z Kalitami oraz jego dramatyczny finał to tylko jedno z ponurych oblicz Zrębina tamtych czasów, gdzie w mrocznym PRLu każdy był dla siebie wrogiem, a siłą spajającą społeczność były wzajemne zależności. Ludzie więc darzyli się niechęcią, ale żyli w okrutnej symbiozie. Niewiele też zmieniło się po tragedii i po procesie. Zrębin nadal żyje. Nadal  jest hermetycznie zamknięty i nawet po 35 latach Wiesław Łuka nie jest w stanie się do niej dostać. To taki stygmat na zawsze - miejsce, w którym ludzie zakwestionowali człowieczeństwo zabijanych na ich oczach, ale przede wszystkim własne człowieczeństwo, swoje sumienie i moralność. O tym wszystkim zapomniano tak jak o widoku gonionej przez pole Krystyny Łukaszek, która naiwnie wierzy w to, że zdoła uciec mordercom, których oddech czuje na plecach...

"Nie oświadczam się" to reportaż chropowaty, pełen pęknięć, nieznośny w czytaniu i szalenie realistyczny. Wiesław Łuka śledzi wydarzenia ze Zrębina, ale przede wszystkim podsłuchuje świadków. Najpierw zeznania, potem konfrontacje - po wyeliminowaniu licznych kłamstw - a następnie przejmujące mowy końcowe. Łuka jest na sali sądowej, ale przede wszystkim w tej części Zrębina, do której nie dano dostępu organom ścigania czy innym dziennikarzom. "Nie oświadczam się" stale pyta o wspomniane sumienie i o moralność, o  której mieszkańcy Zrębina jakby zapomnieli. Jeden z rozmówców wspomina: "Co to jest sumienie? Jeżeli człowiek z bałaganu może zrobić porządek w głowie, to jest sumienie". Wielu zrobiło ten porządek. Często dopiero wtedy, gdy byli zatrzymywani w areszcie za składanie fałszywych zeznań. Bo Łuka w swym reportażu oferuje nam niezwykle mroczny obraz - anatomię zastraszenia i jego konsekwencji. Strach i słowa były obecne obok siebie. W spirali zależności mieszkańcy Zrębina wspierali się w konfabulacjach i łamali w nich, być może znajdując to, co wyżej nazwano sumieniem. Podczas skomplikowanego śledztwa przesłuchano ponad dwustu świadków, w trakcie procesu kolejnych dwustu. Niewyobrażalne liczby, niewyobrażalna też sieć oszustw sterroryzowanych przez siłę demonicznego Wojdy. Aż wierzyć się nie chce, że całą tę sprawę system sądowniczy PRLu rozwikłał na tyle, iż dziś możemy zadawać sobie setki dramatycznych pytań, jakie wywołuje Wiesław Łuka. Wracać do niemożliwego, by wejść w mroczny świat zależności i kłamstw, przelanej krwi oraz miejscowych animozji. By doświadczyć złości i bezradności w matni konfabulacji żywej aż do dziś.

Połaniec, z którym już się pożegnałem, stara się pożegnać także wspomnienie sprawy zrębińskiej. Oczyścić miejskie sumienie. Być może zapomnieć tak, jak chcieli zapomnieć ci, co widzieli morderstwa. Łuka zadaje dramatyczne pytanie. "Ile jest warte ludzkie życie? W okolicach Połańca nabiera ponurego wymiaru konkretnego - może być warte od pięciu do pięćdziesięciu tysięcy złotych łapówki". To, co się wydarzyło, mogłoby się wydarzyć w każdym innym miejscu. Zdarzyło się w Zrębinie. We wsi, która po procesie zamilkła tak jak w czasie dochodzenia, gdy kolejne prawdy okazywały się kłamstwami. "Oświadczam się" jest niewątpliwie najsilniej dotykającym mnie reportażem ostatnich lat nie tylko dlatego, że wszystko wydarzyło się tuż obok, gdzieś blisko. Wiesław Łuka stworzył wieloaspektowe studium zła - ludzkiego zła i zła ludzkich zależności. Pokazał zbrodnię, za którą odpowiedzialni byli nie tylko zabójcy, ale także wieś, co wyparła z pamięci, bo przecież ludzie szybko zapominają. Dlaczego mieliby pamiętać zdarzenia z nocy wigilijnej 1976? To dzięki "Nie oświadczam się" my pamiętamy za tych, co pamiętać nie chcą. Bo ludzkie okrucieństwo  w zapominaniu wydaje się nie mieć granic.

2014-12-01

"Szcze ne wmerła i nie umrze. Rozmowa z Jurijem Andruchowyczem" Paweł Smoleński

Wydawca: Czarne

Data wydania: 21 listopada 2014

Liczba stron: 176

Oprawa: twarda

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Niemożność i siła

Rozmowa Pawła Smoleńskiego z Jurijem Andruchowyczem to żywiołowy i przejmujący dowód zatroskania o Ukrainę, która teraz - po latach ciągłego przegrywania szans na zmiany - staje w obliczu rewolucji, o jakiej za wschodnią granicą nikt do tej pory nie myślał. To także rozmowa o historii państwa skażonego kolejnymi szkodliwymi prezydenturami, państwa podzielonego na zachód i wschód oraz kraju, gdzie po Euromajdanie skończyły się bezkrwawe rewolty. Rok temu na ulice Kijowa wyszli młodzi ludzie, którzy nie godzili się na ograniczenia w procesie integracji z Europą. Wielu z nich zginęło tylko dlatego, że opowiedziało się za wolnością. Czy ktoś pochyla się dzisiaj nad tymi śmierciami? Majdan przyniósł zaskakujące europejską opinię publiczną rozwiązania. Zrodził się w gniewie i doświadczony był przemocą. Andruchowycz opowiada o strukturze tychże, zaznaczając jednocześnie, że na przełomie roku 2013 i 2014 najmocniej pokochał swą ojczyznę w czasie, w jakim Historia zaczęła dla niej zapisywać zupełnie nowe karty.

Paweł Smoleński podzielił książkę na trzy części. Każdą określił mianem "moje sprawy". Jest o formowaniu się, stabilności i brutalnych atakach na Majdan. Jest dużo o problemach wschodniego sąsiada, na które wraz z rozmówcą spoglądają z perspektywy całego tego czasu, odkąd Ukraina uzyskała niepodległość i z trudem dawała sobie z nią radę. Ostatnia część tego tryptyku to rozważania głównie o współczesnej Rosji - groźne i niepokojące, odnoszące się do problemów całej Europy i osadzające ukraińskie trudności w bardzo szerokich kontekstach. Czyta się to wszystko z wielką uwagą, czasami z gniewem, niekiedy z poczuciem bezradności i ze świadomością, iż wydając wyroki w sprawie, sami sprawy owej nie znamy. Propaganda dyskredytuje liczne ruchy, jakie zaistniały od początku Euromajdanu. Było w nich oczywiście wiele impulsywności i braku zdrowego rozsądku, ale na co mogli zdobyć się ojcowie i matki, których dzieci były pałowane i zabijane za to, iż zdecydowały się wyjść na ulice Kijowa?

Zasadniczy sens rozmów osadza się w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania o to, dlaczego od początku swojej państwowości Ukraina nie może się wydostać z różnego rodzaju niemożności. Wciąż towarzyszy jej pech, stale torpedowane są pomysły zmian, wciąż daleko jej do Europy w każdym możliwym sensie i za to wszystko odpowiadają także konkretne osoby, które nigdy nie zostały pociągnięte do odpowiedzialności. Jurij Andruchowycz opowiada o bezsilności i złości jednocześnie. Bezlitośnie obnaża mechanizmy władzy - zwłaszcza czasów Kuczmy i Janukowycza - punktując słabości i momenty, kiedy ukraińska demokracja padała bez szans na podźwignięcie się i dalszą stabilność. Smoleński pyta o powody - historyczne, społeczne i polityczne - dla których ukraińska tożsamość, z podziałem na wschodnią i zachodnią, jest tak trudna do zrozumienia nie tylko dla współczesnego Europejczyka, ale także dla samego Ukraińca przepełnionego goryczą kolejnych politycznych rozczarowań, które manewrują sobie dowolnie kierunkiem, w jakim zmierzać ma przyszłość kraju. Andruchowycz wielokrotnie podkreśla, dlaczego ukraińskość jest wiecznie na celowniku Kremla. Opowiada o kraju, który nie wyzwolił się z sowieckości, bo nie dane było wielu oderwać się od piętna biedy i zniewolenia przez rządzących. Ale to nie tylko to. Jest w ukraińskiej sile przetrwania jakiś fatalizm, mrok Historii wciąż zasnuwa lata ukraińskiego czasu o samostanowieniu. W tym wszystkim bardzo wiele negatywnych emocji. Nienawiść, złość, gniew. Czasami dzikie instynkty, które dają o sobie znać i szkodzą wizerunkowi Ukrainy niepodległej. Tej, która gotowa była, by podpisać umowę stowarzyszeniową z Unią Europejską, jaką zanegował Wiktor Janukowycz, dając impuls do wyjścia na ulice Kijowa.

Struktura Majdanu opisana jest ze szczegółami. Godzina po godzinie, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu - silne fasady, coraz większa determinacja, bolesne doświadczenie przemocy i świadomość, iż walka jest jedynym rozwiązaniem. Najbardziej przejmujące jest chyba wspomnienie młodej dziewczyny z Winnicy, która musiała odbierać połączenia w zebranych od zabitych telefonach, informując o śmierci i co chwilę widząc na wyświetlaczu słowo "mama". Smoleński i Andruchowycz nie starają się jednak grać na emocjach. Rozprawiają się przede wszystkim z medialnym fenomenem Prawego Sektora i z etykietami nazizmu, wspomnieniami Bandery oraz interpretowaniem działań euromajdanowców zawsze pod kątem propagandowego klucza. Europa zdaje się wierzyć w część głosów Rosji o tym, co wydarzyło się na Ukrainie. Jednocześnie rozmówcy boleśnie obnażają absurdalność tych doniesień, które chciały zdyskredytować nie tylko ideę, ale i przebieg Majdanu. Całe zło wydaje się wynikać z tego pełnego determinacji pragnienia uniezależnienia się od rosyjskich wpływów. Problem jest na tyle złożony, że Andruchowycz unika rozmyślania o tym, co będzie dalej. Ta rozmowa ma nakreślić historyczny i społeczny kontekst wydarzeń, jakie naznaczyły Ukrainę na tyle silnie, że doszło do otwartej wojny na wschodzie kraju i wciąż dochodzi do aktów różnego rodzaju przemocy, z których interpretacją nie radzi sobie nie tylko europejska opinia publiczna.

"Szcze ne wmerła i nie umrze" jest zapisem rozmów o kraju, w jakim trudno jest rozmawiać; trudno budować słowne kompromisy, podpisywać ugody, redagować i wprowadzać w życie traktaty osiągnięte dzięki wspomnianym kompromisom. Ta książka to spojrzenie wstecz, by wyjaśnić dramatyczne "teraz", które - tu odrobina optymizmu Anduchowycza - wyraźnie cementuje narodową jedność i jest być może czasem naprawdę przełomowych zmian. Publikacja dla każdego z otwartym umysłem, kto nie szufladkuje, nie posiłkuje się stereotypami oraz czuje napięcie, którego źródeł nie jest świadom, a w tej książce je znajdzie. Zapis rozmów autora "Moscoviady" z Pawłem Smoleńskim ukazuje się w rocznicę początku dramatu Majdanu. Ku przestrodze, ale głównie dla tych, co chcą zrozumieć. Przede wszystkim dla tych, którzy spoglądają krytycznie i dla których niniejsza publikacja będzie źródłem być może nowych, nienazwanych jeszcze refleksji.

2014-11-28

"Przebudzenie" Stephen King

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 13 listopada 2014

Liczba stron: 536

Tłumacz: Tomasz Wilusz

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 42 zł

Tytuł recenzji: Wyjść poza śmierć

Mary Shelley, Bram Stoker i H.P. Lovecraft - oni między innymi, a przede wszystkim ten ostatni, stają się patronami najnowszej powieści Stephena Kinga. Autor "Joylandu" - która to książka wspomniana jest na kartach "Przebudzenia" - pisze coraz bardziej realistycznie i dlatego bliżej mi do niego z każdą nową rzeczą. Nawet z tą, w której otwiera przerażającą przestrzeń zaświatów, o jakich zawsze podświadomie myślimy z lękiem, ale po przeczytaniu tej powieści lęk przerodzi się w przerażenie, a śmierć postrzegać będziemy jako szczególnie potworny koniec. Czym jest bowiem śmierć? Co kryje się za nią? King zadaje odwieczne pytania ludzkości o to, czy cokolwiek czeka nas gdzieś w innym wymiarze. Ukazuje także złożony problem niepogodzenia się z odejściami bliskich i z faktem, że życie ludzkie często idzie w parze z cierpieniem. Balastem, jaki chcielibyśmy oddać komuś, kto skutecznie go odbierze. Za wszelką cenę.

Miłośnicy ekscentryczności Kinga nie będą zawiedzeni, bo chociaż "Przebudzenie" jest w dużej mierze powieścią obyczajową, wykracza poza swą realistyczną warstwę i niepokoi dużo bardziej niż bestsellerowe horrory autora. Czy nowa książka to horror? Mamy tu elementy powieści grozy, romantyczne troski, dramaty i pragnienia poznania tego, co Niemożliwe. Mamy tajemnicę głównego bohatera strzeżoną niemal do ostatniego rozdziału. Jest w "Przebudzeniu" dużo o tym, co dzieje się z człowiekiem, który traci wiarę w boga, nie znika w nim jednak potrzeba odkrywania i odczuwania jakiejś transcendencji, niewyjaśnionej tajemnicy. Bolesne doświadczenia stają się traumą na całe życie i każdy z bohaterów tej historii mierzy się z nimi na różne sposoby. Niektórzy obsesyjnie powracają do tych momentów, które okrutnie naznaczyły ich życie. Inni starają się od nich oderwać. Mamy tu dwie czytelne historie pierwszego planu - opowieść o spełnionym życiu ocalonym od piekła nałogu i o piekle istnienia po dramatycznej utracie wszystkiego, co pozwalało zachować równowagę, a teraz ciągnie jedynie ku szaleństwu. Szaleństwem jest bowiem odkrywanie tajemnicy śmierci. Tym bardziej gdy na tej drodze poświęca się innych, nie czując z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.

Słoneczne lato, 1962 rok. Prowincjonalna mieścina w stanie Maine. Nad sześcioletnim Jamiem Mortonem pojawia się cień, który już nigdy go nie opuści. Stoi nad nim młody pastor miejscowego Kościoła Metodystycznego, uśmiechając się i pomagając malcowi w formowaniu szyku żołnierzyków, jakimi Jamie toczy bój o wszystko. Taki sam bój stoczą razem blisko pół wieku później, ale żaden z nich na razie o tym nie wie. Otrzymujemy kilka sielskich obrazków z dzieciństwa w naiwnej, choć niepotrzebnie nadużywającej sentencji narracji. Im więcej czasu upłynie, tym więcej będzie w niej wyrw i pęknięć. Bo Jamie Morton przeżywa piękną młodość, ale nic nie zapowiada momentu, w jakim - tak jak pastor Charles - upadnie, pogrążając się w upiornym świecie własnej imaginacji.

Tymczasem Charles Jacobs wraz z piękną żoną i uroczym synkiem rewitalizuje niejako Harlow. Wierni chętnie przychodzą do kościoła, młodzi na czwartkowe spotkania metodystów. Jacobs ma charyzmę i styl. Młodość oraz świeżość imponują każdemu. Rodzina Charlesa to byt idealny - wzbudza fascynację i zachwyt. Jeden niespodziewany gest od losu pogrąży wielebnego w rozpaczy. Odrzucony przez społeczność Harlow - niespotykane okrucieństwo małomiasteczkowe, które najpierw wielbi, a porzuca natychmiast, gdy ktoś rozsadza ciasne ramy światopoglądu miejscowych - znika z Maine, ale jego prawdziwa podróż ku samozagładzie dopiero się rozpoczyna. Uzależniony od heroiny Jamie, bez życiowych perspektyw i na skraju upadku, spotka Charlesa wtedy, gdy będzie potrzebne przebudzenie. Oto bowiem coś się dzieje w warsztacie West Tulsa w Oklahomie. Oto Jamie, pogrążony w rozpaczy i narkotykowym nałogu, rozpoczyna nowe życie. Tak jak setki innych, których były pastor już w roli charyzmatycznego kuglarza uzdrawia za pomocą fal elektrycznych.

Czym okupione jest uzdrowienie? Jakie skutki uboczne niesie w sobie ten cud, o jakim trudno opowiadać wszystkim, którzy go doświadczyli? Ile wdzięczności a zarazem lęku kryje się w ludziach, jakim los na drodze postawił tak okrutnie doświadczonego przez życie Jacobsa, co wyrzekł się boga, ale wciąż się na niego powołuje? Jamie zaczyna odkrywać, że tam, w Oklahomie, wydarzyło się coś, co na zawsze połączy go z pastorem. Mortonem będzie kierować także fatalna ciekawość. To ona każe mu otworzyć oczy naprawdę. Ona spowoduje, że dozna olśnień, o jakich Jakobs marzył całe życie.

King dość sprytnie wychodzi od kryzysu wiary i ukazuje reakcję małego miasteczka na manifest ateizmu. Przecież - jak pisze - "Jankesi traktują religię poważnie". Okaże się, że z równie wielką powagą podchodzą do szeregu rodzaju niewyjaśnionych cudów i uzdrowień, a tego, który przeklął Boga, po latach wielbią na równi z nim. "Przebudzenie" to gorączkowa podróż przez całe niemal Stany Zjednoczone. Wszędzie ludzie pragną w gruncie rzeczy tego samego i jeśli nie rekompensuje im tego wiara w boga, są w stanie uwierzyć we wszystko. Tym bardziej że cuda dzieją się naprawdę. Co się za nimi kryje? Jaka jest cena wyzwolenia od bolesnych schorzeń? Jaką cenę płaci Jacobs za to, iż nie może rozstać się z tymi, których odebrała mu śmierć?

Spektakularny finał powieści jest tym, na co czeka się w napięciu. To napięcie zbudowane jest po mistrzowsku i naprawdę zadziwia fakt, iż pisarz tak bardzo płodny, wciąż zaskakuje i nigdy nie pozwala na to, by przewidzieć rozwój akcji czy końcowe przesłanie. Tym razem autor "Pana Mercedesa" sięgnie do tajemnych i niebezpiecznych ksiąg, przywoła tytuły znane od lat i niezmiennie wywołujące przerażenie. Fabuła "Przebudzenia" gra przede wszystkim na nieświadomości czytelnika. Z nią i każdym rodzajem niepewności bohaterowie tej powieści mierzą się w dramatyczny sposób. Świat przedstawiony najnowszej rzeczy Kinga to przede wszystkim świat ludzi stających przed zagadką zrozumienia tego, czego nie da objąć się rozumem. Były wielebny Jacobs chce wykroczyć poza granice człowieczeństwa, aby zrozumieć. Konsekwencji nie można przewidzieć. "Przebudzenie" porusza nas w bardzo dobrym stylu. To nie tylko opowieść o przerażającym świecie, którego nie jesteśmy świadomi. To przede wszystkim powieść o utratach i próbach rekompensowania braków. O wielkiej roli muzyki w życiu człowieka. O miłości, przywiązaniu i o losie, który doświadcza nas często bardziej niż innych, stawiając w niemym zdumieniu, bo niby dlaczego to my mamy być tymi doświadczonymi najokrutniej?

2014-11-26

"Dzikus" Jacques Jouet

Wydawca: LOKATOR

Data wydania: 25 października 2014

Liczba stron: 106

Tłumacz: Jacek Giszczak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det: 29 zł

Tytuł recenzji: Człowiek obnażony

Jacques Jouet, niezwykle płodny francuski twórca, nawiązuje w swej minipowieści z 2001 roku do koncepcji szlachetnego dzikusa, ale polemizuje z nią, podważa wiele tez, proponuje nową wykładnię i osadza dzikość w problemie poszukiwania nowych form dopasowania się do rzeczywistości. Na jednej ze stron stwierdza wyraźnie: "Człowiek jako gatunek jest w zasadzie spełniony". Na tej samej stronie zadaje fundamentalne pytanie: "Co mógłbym dziś wydobyć z człowieka?". Ano ciało. Skryte pod ubiorem, pod tą drugą skórą o boleśnie zarysowanych konturach, pod cywilizacyjną ogładą niosącą fałsz. Jouet chce naruszyć kilka podstawowych form, aby zadać pytanie nie tyle o relacje między ubraniem a nagością, co o kontekst, w jakim osłaniamy się strojem dla zachowania fasadowości świata, z której nie chcemy się wydobyć, aby spojrzeć na własne człowieczeństwo z innej perspektywy.

Otrzymujemy coś na kształt biografii alternatywnej Paula Gauguina. Nieprzypadkowo dobrany zostaje prekursor nowych trendów w malarstwie, który dodatkowo szaleńczo gonił po dalekim świecie w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania, jakie stawiała przed nim cywilizacja. Ta, co skrywa swe pęknięcia i ujawnia wówczas, gdy człowieka odziera się z tego, co ma na sobie i obnażając, pomaga się zwalczyć stygmat skóry - czegoś wstydliwego, bo ukazującego prawdę. Minipowieść  Joueta nosi znamiona powiastki filozoficznej, zdradzając wyborne poczucie humoru autora, który w trochę tragikomiczny sposób mówi nam o tym, że to, co mamy na sobie, może nam powiedzieć dużo więcej o nas samych niż moglibyśmy przypuszczać.

Metafora nagiego ciała służy tutaj do snucia opowieści o ograniczeniach, jakim idzie się na przekór i jakim nadaje nowe miano. Bohater tej historii kwestionuje formy i poszukuje nowych. Ubiór traktuje jak nową kategorię opisu świata. Podróżuje do miejsc, w których nagość nie jest niczym wstydliwym i utknie między innymi w sekcie Odartych, gubiąc narzędzia poznawcze do tego, by ukazać człowieka nagim w każdym możliwym znaczeniu tego słowa. Ludzka nagość inaczej bowiem wygląda pod różną szerokością geograficzną, ale także w różnym dyktacie kultury i wartości zmieniających się czasem równie szybko... co style w modzie.

To rzecz o pewnej formie eskapizmu. Jouet umieszcza swego bohatera z dala od wytycznych kultury, z jakiej się wywodzi i w oddaleniu każe mu spojrzeć na fasadowość francuskiej republiki - tego państwa przypominającego ciało w źle dobranym ubiorze, czyli ustroju. Można się uśmiechać, ale przede wszystkim warto wejść głębiej w tę prozę. Zajrzeć pod to, co kryje ubiór. Ocenić kondycję współczesnego człowieka, który buduje wokół siebie mur z przekonań o życiu w najdoskonalszym ze światów, który to świat może przebrać się, w co tylko chce. Filozofia Joueta odnosi się do tej formy ludzkiej egzystencji, która tworzy nam ograniczenia, nazywając je cywilizacyjnymi osiągnięciami. Badanie specyfiki ludzkiego stroju i eksperymenty z nim, jakim ochoczo oddaje się bohater, to próby ujrzenia problemu niepewnych wartości zamknięte w czymś, czego poszukuje on od początku i co na wstępie nazywa "inicjalną formułą fikcyjności", by nakreślić ramy opowieści, jaka czeka spragnione wrażeń... czytelniczki.

Autoironiczny wstęp udowadnia przez chwilę, czym zapiski budujące "Dzikusa" na pewno nie są. Warto jednak zadać sobie pytanie o to, czym są w istocie i dlaczego czytelna metafora zrzucenia ubioru zdaje się być nie tyle intrygująca, co przede wszystkim przekonująca, gdy śledzi się rozważania o kryzysie fasadowego człowieka, który gatunkowo spełnił się przecież w każdym możliwym wymiarze. U Joueta spełnienia nie ma; jest wieczne poszukiwanie, troska i niepewność. To opowieść inicjacyjna z bohaterem o specyficznej wrażliwości. Uczulonym na detale i niuanse. Wykorzenionym z tego, co tworzy stabilny świat wokół, a jednocześnie odkrywający po pewnym czasie fałsz swojego rzekomego wykorzenienia. Iluzje Jacquesa Joueta i jego opowieść o możliwych losach Gauguina - to wszystko wynika z bolesnego niepokoju o kondycję uporządkowania, którą co jakiś czas narusza się w zupełnie nieoczekiwany sposób. Zmiana w sposobie myślenia poszukiwacza ludzkiej dzikości następuje przypadkowo - być może to komentarz Maneta do obrazu z surdutem, przez który nie widać płuc albo rozmowa z leciwą ekscentryczną damą, co zachęca do zmiany optyki i poszukiwań prawdy o porządku świata ludzkich wartości gdzieś poza ich sferą.

Ta tragikomiczna opowiastka zmusza nie tylko do myślenia o tym, co mamy na sobie i jakie okoliczności wpłynęły na to, iż nasz ubiór przyjmuje taką, a nie inną formę. To odważne poszukiwanie śladów wolności w nas samych, które na własne życzenie i często w rozpaczliwy sposób unicestwiamy. Jouet opowiada także o tym, czym jest odrębność. To z jednej strony zapiski ekscentryka, z drugiej jednak - historia samoświadomości, którą rozwiną rozmyślania o ludzkim ubiorze oraz eksperymentowanie twórcze z nim samym. "Dzikus" jest prowokacyjny, ale i nowatorski, nie tylko w swojej formie. Świeżość spojrzenia, odkrywczość refleksji i ciągła gra z czytelnikiem pozwalają kreślić obraz cywilizacji, która chwieje się w posadach. Także obraz człowieka obnażonego - symbolicznie i chwilami bardzo dosłownie. Jouet proponuje nam również przypowieść o kilku formach niewerbalnej komunikacji. O tym, że nie nosimy się z szykiem bez powodu. Tyle tylko że powodów owego noszenia się bardzo często nie jesteśmy do końca świadomi.

2014-11-24

"Droga Romo" Roma Ligocka

Wydawca: Wydawnictwo Literackie

Data wydania: 3 listopada 2014

Liczba stron: 200

Oprawa: miękka

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Spotkać siebie

Roma Ligocka od lat pisze wciąż tę samą książkę. Odważnie i z trudem, subtelnie i bez dawania sobie taryfy ulgowej przy wymienianiu traumatycznych wspomnień, jakie na zawsze ją naznaczyły. Najnowsza publikacja to wyraźne uzupełnienie "Dobrego dziecka". Konfesyjna proza z rytmem nadanym przez świadomość nastoletniej dziewczyny wchodzącej w dorosłość z takim samym trudem, z jakim wychodziła z getta i żegnała się z wojennymi wspomnieniami. Relacje z matką znowu pojawiają się na pierwszym planie, ale to już inne relacje niż te z poprzedniej książki. Matka najpierw jest w oddaleniu, śle do córki listy z Wiednia, usiłuje kontrolować jej życie i wierzyć, iż córka będzie postępować słusznie. Potem Tosia przyjeżdża do Krakowa i zaznacza się wyraźna pustka. Rozczarowania oraz skryte pretensje. Kobiet, które do niedawna łączyło tak wiele. Dorastająca Roma nie musi już brać odpowiedzialności za matkę, ale nie chce też, by ona wytyczała jej życiową drogę. Pęknięcia, rysy, dwuznaczności i żal do samych siebie - w najnowszej książce Roma Ligocka opowiada o mentalnym rozstaniu i o rozpoczynaniu nowego życia. Wciąż z lękami i wciąż z bolesnymi wspomnieniami, które trzeba nadal oswajać, stale przekonywać siebie o wartości życia, wciąż wierzyć w prawdziwą miłość i w to, że ktoś wreszcie naprawdę pokocha...

"Droga Romo" w samym tytule implikuje formalną strukturę tej prozy. Pojawiająca się narracja w drugiej osobie to świadectwo zatroskania o czas miniony, którego nie da się już zmienić. Ligocka rozmawia ze sobą w taki sposób, że ujawnia doświadczenia już nabyte tylko w minimalnym stopniu. Ważniejsza staje się troska i czułość w zwracaniu się do dorastającej Poziomki. To jest już czas, kiedy pisarka może bez ustawicznego lęku o codzienność obejrzeć się za siebie i uwypuklić te ważne elementy z początku dorosłego życia, które narysowały obraz Romy dojrzałej, poważnej i pogodzonej z tym, z czym musi się pogodzić. "Droga Romo" to proza dialogu ze sobą osadzona w kontekstach tego czasu, w jakim dorastająca autorka mierzyła się z doświadczeniami egzystencjalnie tak ważnymi, jak ważne były osoby stające na jej drodze, kuszące innością życia, wiecznie tego życia spragnione i czasem prowadzące na jego manowce.

Już na samym początku dowiadujemy się, czym ma być ta książka. "Właściwie to prosta historia dziewczyny, która boi się świata, a on zmienia się wokół niej szybko, jak zmienia się ona sama". Ligockiej zależy na tym, by widzieć przeszłość wyraźnie, spotkać samą siebie z pewnego okresu życia i zatrzymać chwile, które na zawsze zmieniły sposób postrzegania świata przez tę, co świat zdawała się kochać mimo wielu wyrzeczeń i mimo okrucieństw, jakich los nie szczędził nawet wiele lat po wojnie. A to wojna przecież miała być przecież tym najtrudniejszym, ekstremalnie najbardziej tragicznym doznaniem...

"Droga Romo" portretuje osoby i zdarzenia ważne wtedy, kiedy życie traciło już smak młodzieńczej swobody, ale nadal nie było życiem odpowiedzialnie dorosłym. Ligocka przecież w dorosłość rozumianą jako odpowiedzialność za kogoś weszła wiele lat wcześniej. To doświadczenie było wyczerpujące i wpłynęło zapewne na kolejne lata dorastania, chociaż widzimy we wspomnieniach i egzaltację, i naiwność, i słodką pretensjonalność Romy, dla której często było za wcześnie albo za późno na pewne gesty czy słowa. Widzimy też w krakowskich wspomnieniach ludzi bliskich i takich, którzy wymuszali bliskość. Bo Roma po matce musiała ocalić niejedną. Na przykład szkolną koleżankę, która poddaje się aborcji bez wiedzy rodziców. Doświadczająca dorosłości Poziomka wciąż czuje, że jest komuś potrzebna. Sama pozostaje bez opieki i nie świadczy o tym tylko puste mieszkanie, do którego pewnego dnia bez zapowiedzi wkracza jej matka. To książka o doświadczeniu samotności. Innej od tej w wojennej zawierusze. Bardziej bolesnej, bo wdzierającej się w czas doświadczeń zapamiętywanych do końca życia. Ligocka wspomina cudowne chwile z przyjaciółmi, ale i zdarzenia traumatyczne, po których dorosłe życie nie jawiło się już tak atrakcyjnym jak na początku. Mimo ludzi wokół dojmująca pustka. Dorosła Ligocka chciałaby pogłaskać po głowie Poziomkę, gdy mówi do niej: "Zawsze w trudnych chwilach byłaś sama, droga Romo. Dziś już zdajesz sobie z tego sprawę".

Deficyt miłości - o nim czytamy znowu i tym razem z innej perspektywy, ale obraz wyłania się równie przygnębiający co z poprzednich powieści. Pierwszy poważny związek, którego nie akceptuje krakowskie otoczenie. Ślub i gorycz życia z alkoholikiem. Stała walka o wewnętrzną wolność i stałe tej wolności poszukiwanie. Na przykład podczas wyjazdów z Krakowa do tętniącej życiem dużo bardziej intensywnie Warszawy. Są i wspomnienia z europejskich podróży. Ślady delikatnego kosmopolityzmu w czasach, gdy polskie granice były pilnie strzeżone. Jest świeżość opowieści o trudnych decyzjach, dla których dopiero po latach można odnaleźć stosowne motywacje. "Droga Romo" to cofanie się w czasie po to, by tamten czas przeżyć świadomie. Ale także dla samego wspominania tego, co kiedyś doświadczane było tak intensywnie. Studia na ASP, pierwsze upojenie alkoholowe, zbliżenie seksualne, fascynacje towarzyskie i miłości, zdrady w różnym tego słowa znaczeniu... Pojawia się takie niezrealizowane pragnienie, by po latach korygować wszelkie błędne kroki. Dziś ze świadomością tego, w jaką stronę się podążało. Poziomka dorośleje, ale dorosła dostatecznie już lata temu. Teraz, mając dwadzieścia lat, stoi przed światem pełnych możliwości, a my zamykamy książkę i możemy się jedynie domyślać tego, o czym będą kolejne.

Czytanie Romy Ligockiej jest trudne, bo obcuje się z prozą stonowaną, która opowiada o kumulacji wielu emocji, jakich można być świadomym dopiero po latach albo wcale. Relacje z Tosią, od których zacząłem niniejsze omówienie, to pewien szkielet konstrukcyjny opowieści córki żegnającej się z matką, jaka wielokrotnie wpędzała we frustracje, nie rekompensowała lęków, nie starała się im zaradzić. Zda się, że Ligocka pisze kolejną smutną książkę, ale to taki mądry smutek, bo pisarka jest - jak radził Staff - "wprawna w cierpieniu", taka zawsze być musiała. "Droga Romo" to zezwolenie na kontakt z tą częścią samej siebie, która cierpiała bez zrozumienia, a której dzisiaj można współczuć i ją rozumieć.

2014-11-21

"Anatomia pewnej nocy" Anna Kim

Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 3 listopada 2014

Liczba stron: 232

Tłumacz: Eliza Borg

Oprawa: miękka

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Kondycja Grenlandczyka

W nocy z 31 sierpnia na 1 września 2008 roku w małej miejscowości na wschodnim wybrzeżu Grenlandii jedenaście osób odebrało sobie życie. Anna Kim przejęta tym faktem udała się między innymi do Tasiilaq, by po reporterskiej wędrówce śladami samobójców napisać poruszającą powieść wizyjną, w której przedstawiła swe fantazje o tym, co mogło się wydarzyć feralnej nocy. Proza Kim to poruszające świadectwo samotności Grenlandczyka - człowieka, który na co dzień zmaga się z surowością klimatu, jego podstawowym życiowym doświadczeniem jest cisza oraz izolacja, a z powodu przesiedleń do bloków mieszkalnych oraz wbicia w rytm zmianowej pracy w miejsce polowań i współistnienia z dzikim rytmem przyrody musi mierzyć się dodatkowo ze wspomnianą samotnością na kilku różnych poziomach. Ten oczywisty, wyraźnie w książce uwypuklony, spowodowany jest wyrwaniem ze specyfiki współistnienia z Grenlandią. Jeden z bohaterów dramatycznie stwierdza: "Jesteśmy samotni, bo nie potrafimy się wyrzec naszej natury".

"Anatomia pewnej nocy", opowieść o ludzkim okrucieństwie i szaleństwie, książka o dysfunkcyjnych rodzinach, porzuconych dzieciach, nieszczęśliwych rodzicach i zamkniętych w sobie samotnikach, to mimo wszystko barwna historia dorastania do świadomości, iż wolność odnaleźć można tylko w umieraniu. Mocna i przejmująca proza o końcu świata, gdzie otwierają się nowe możliwości i gdzie szaleństwo odbiera pamięć, a ludzki los poddaje się przemocy pod osłoną nocy...

Niewiele można posiadać w surowym klimacie, w którym społeczność małego miasteczka jednoczy zdobywana na wiele różnych sposobów bliskość, w jakiej najczęściej rodzą się mimo wszystko złe emocje. Wszystko, co posiadają naprawdę Grenlandczycy, to oni sami - nieznośna jest ta własność w granicach skóry i bardzo trudno nią rozporządzać. Grenlandia słynie z tego, że jest miejscem szczególnie częstej liczby samobójstw. Być może te jedenaście w 2008 roku to smutny zbieg okoliczności. Być może jednak z tego zdarzenia da się stworzyć symboliczną opowieść o trudzie przetrwania i rozpaczy porywania się na własne życie w najbardziej kameralny ze sposobów - bez zapowiedzi, bez sygnałów dla otoczenia o nadchodzącym końcu. Bohaterowie Anny Kim portretowani są bardzo niewyraźnie, ale sfera ich uczuć ujawniająca się w tej przesyconej metaforyką prozy stara się dawać odpowiedzi na pytania o to, dlaczego odchodzą, nie walczą, nie szukają alternatyw.

Fikcyjne Amarâq stanowi tło dla kameralnych dramatów, które są w ścisłym związku z portretowanym miastem, co będzie czytelne już od pierwszych stron. Kim buduje topografię miasta i ludzkich dusz. Okaleczonych, przesyconych nieznośną pustką, pozbawionych wiary w jakikolwiek sens. Tymczasem wokół noc się zagęszcza i jej obecność niesie w sobie grozę oraz powoduje, iż przestrzeń zatapia się gdzieś w niebycie; w niej ludzie tracą zmysły albo też je wyostrzają, widząc wyraźniej kontury samych siebie przy braku konturów mrocznego otoczenia. "Anatomia pewnej nocy" to specyficzna powieść panoramiczna. Z jednej strony cienie biograficzne każą nam szukać odpowiedzi o powody odbierania sobie życia przez różnych ludzi, których niewiele łączy. Z drugiej natomiast - ta panorama jest mocno punktowa, zacierają się znaczące zdarzenia, przełomowe przeżycia i momenty mogące wyjaśniać tragiczne decyzje. Nie śledzimy bowiem bohaterów po to, by zrozumieć ich odejście. Anna Kim zabiera nas w podróż po pustyni zimna - tej wokół i tej w sercach ludzi, którzy na pewnym etapie życia utracili wiarę w miłość, a to właśnie miłość jest dla wielu Grenlandczyków ratunkiem i wybawieniem.

Kim opowiada o deficytach miłości. Uczucia, które w subpolarnych warunkach przeżywa się dużo bardziej intensywnie niż gdziekolwiek indziej. To historia o zawiedzionych nadziejach i o niewykorzystanych możliwościach. O smutku i goryczy. Pośród lodowatego świata wokół, jaki wyznacza granice po swojemu, wchłania w siebie bezlitośnie i każe żyć w innym wymiarze niż żyć by się chciało. Dramaty Kim to jedynie sygnalizowane punkty na ciemnej mapie mentalności współczesnego Grenlandczyka. Niemiecka pisarka tak zarysowuje okoliczności śmierci, że pozostajemy z nimi w takiej samej niepewności, w jakiej popełniający samobójstwa żyli w ostatnich dniach bądź godzinach przed podjęciem nieodwracalnej decyzji. Odnosi się wrażenie, iż w chwili odejścia myśli nie istnieją. Pojawia się przerażająca pustka, specyficzne wyciszenie, śmierci są niezauważalne, wtapiają się w tę wielką nieobecność wokół. W prozie Kim dodatkowo nie mają konturów tak jak traci je świat, gdzie żyć to znaczy walczyć, a istnieć naprawdę - zrównać się z miejscem życia w każdym możliwym wymiarze.

Anna Kim ubarwia narracje wynikającymi z siebie metaforami. Skomplikowana składnia, zaburzenia chronologii, punktowanie scen lub zdarzeń z przeszłości... Bohaterowie książki żyją tym, co zostało im odebrane. Nie potrafią pogodzić się ze stratami i nie widzą sensu w ich rekompensowaniu na różne sposoby. Poza tym żyją w Amarâq. To miasteczko przywiązuje do siebie na zawsze, nie dając żadnych możliwości i boleśnie zamykając w granicach nakreślonych przez fiord, góry, zmierzające ku wybrzeżu ulice i klaustrofobiczny nastrój miejsca zesłania, bo wielu wydaje się przebywać tam po to, by odpokutować błędy z przeszłości. W tym wszystkim wieloznaczna metafora znikania. Rozpaczliwe zamykanie się w sobie, którego nie można powstrzymać. Zatomizowane społeczeństwo, jakie powinno być jednością. Surowa jest wschodnia Grenlandia, ale surowość panuje także w świadomości tych, dla których życie jest wieczną tułaczką pośród cieni. Z balastem pamięci, co wciąż daje o sobie znać. Z Anną Kim wkraczamy do świata mrocznej izolacji, z której wydobyć się nie sposób, a walka często nabiera wymiaru groteskowego.

"Anatomia pewnej nocy" to literacka fantazja o istnieniu w miejscu, które zdaje się nie uznawać istnienia innego niż to, co lodowata aura pozostawia tam na zawsze. Przejmująca proza, w której wędrujemy po słabo czytelnych śladach. Gubimy trop jak grenlandzki myśliwy traci z oczu swoje zwierzę. Gościmy w świecie bezwzględnych praw i tam, gdzie ludzka wiara w siłę przetrwania to czasem zdecydowanie za mało, by odeprzeć pokusę odczuwania wolności w umieraniu. Jedynej, na jaką tam można sobie pozwolić.

2014-11-18

"Szukaj mnie wśród szaleńców" Krystian Głuszko

Wydawca: Grupa M-D-M

Data wydania: 24 października 2014

Liczba stron: 242

Oprawa: miękka

Cena det: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Tryptyk z innego świata

Krystian Głuszko odważnie i z niemałą determinacją podąża swoją trudną drogą. Ci, którzy przeczytali przed laty "Spektrum", na pewno czekali z niecierpliwością na nową publikację i wierzę, że będą jej mocno kibicować. Tych, którym nazwisko autora niczego nie mówi, z pewnością zaintryguje tytuł i dość wyraźną okładka. Głuszko od zawsze cierpi z powodu różnie na kilku etapach jego życia diagnozowanych dolegliwości umysłu. Pisząc o trudach walki z urojeniami, epilepsjami, depresjami i epizodami samobójczymi, stawia na ambitną misję - pragnie docierać do innych, którzy są mu podobni oraz do tych, dla których zaburzenia psychiczne to nadal temat tabu albo kwestia mało absorbująca, bo przecież ich posiadanie to stygmat, a nie powód do afiszowania się z tym.

Autor nie afiszuje się. Próbuje za wszelką cenę osadzić siebie i swój cierpiący umysł w tak zwanym normalnym świecie, który rządzi się zasadami rzadko akceptowanymi przez aspie czy autystyków. Jak bowiem odnaleźć się w świecie norm, kiedy daty mają kolory, a muzyka kształty? To dość wyraźny przykład różnic w postrzeganiu świata tych, dla których wstyd i kompleksy to główne doświadczenia życiowe. Ta książka opowiada o tym, że tych doświadczeń jest niemało i większość z nich wcale nie ma charakteru opresyjnego. Co więcej - mogą być stanami twórczymi, mimo wszystko.

"Szukaj mnie wśród szaleńców" jest odważną próbą napisania czegoś nowego, inaczej. Trudy życia i absurdy nieskutecznych terapii psychiatrycznych poznaliśmy na kartach "Spektrum". Ta książka to wynik ogromnego wsparcia, jakie autor dostał po opublikowaniu poprzedniej. Tworzą ją w dużej mierze zapiski umieszczane na blogu, którego pisaniem Głuszko zajmuje się już od dłuższego czasu, wzbudzając coraz większe zainteresowanie oraz trafiając na przypadkowych czytelników, jacy zostają i śledzą  z uwagą kolejne wpisy. Ma za sobą lata, w których udało mu się wpasować do schematów nadających ton życiu bez zaburzeń. Z jego dolegliwościami konieczna jest stabilność i powtarzalność. Osiągał cele, które dla ludzi zdrowych kojarzą się z nudą i rutyną. W nich zakotwiczył się jako walczący o zwyczajność. Głuszko pisze o tym, jak bardzo jest niepewny stanów, w jakich jest mu dobrze ze sobą. Opowiada pokrótce o ważnych etapach swojego życia - o miłosnej endorfinie, która wzmocniła go wraz z żoną u boku i o szczęściu posiadania córki. Powstaje też nieco inna książka. Prywatne zapiski wraz z próbami literackimi. Zajmujący tryptyk, który czytać należy z odpowiedniej perspektywy. Wymaga też innego typu wrażliwości i przede wszystkim otwarcia. Na to, co inne i niepokojące.

Ta osobista część pozbawiona jest chronologii, ma akcentować ważniejsze momenty w życiu oraz przemyślenia, jakie się wówczas rodziły. Nie wraca już tak wyraźnie problem niedostosowania służby zdrowia do osób ze schorzeniami spektrum autyzmu, ale nadal pozostaje w pamięci choćby bezradny psycholog, który mimo braku jakiejkolwiek pomocy kasuje sporą sumę za wizytę. Krystian Głuszko o upokorzeniach i nietrafionych spotkaniach z tymi, co rzekomo mieli pomóc, opowiada w sposób stonowany, ze spokojem. Widać, jak wielka jest w nim potrzeba wewnętrznej harmonii, dla której gotów jest pożegnać takie uczucia jak złość. Jego opowieść opiera się na trudach dostrzegania dobrych stron w sytuacjach, jakie nawet dla osoby bez problemów psychicznych byłyby deprymujące czy frustrujące. Głuszko buduje stabilny świat w sobie i wokół siebie na przekór diagnozom, chybionym terapiom i na przekór umysłowi, jaki można mimo wszystko okiełznać.

W tym umyśle kryje się specyficzna wrażliwość odzwierciedlająca się w dwóch prostych formach prozatorskich. Jedno z opowiadań - historia reportera usiłującego zrozumieć motywy śmierci samobójcy - przeradza się w szokującą makabreskę, ale ten zabieg formalny ma uzasadniać złożoność schizofrenii oraz spustoszenie, jakie czynić ona może w chorym wraz z otaczającymi go osobami. Drugie opowiadanie jest proste i sentymentalne. Osadzone w pewnych kontekstach, które wyczytamy wcześniej. Tam, gdzie Głuszko rozważa pozycję Boga w świecie niezawinionego cierpienia. Bohaterowie "Splecionych dłoni" sytuują gdzieś obok siebie boski absolut. Starają się walczyć na różnych poziomach i w różny sposób. Autor prowadzi nas prostym językiem przez skomplikowany świat banalizowanych często życiowych tragedii.

"Szukaj mnie wśród szaleńców" jest bardzo osobistym tryptykiem i innego pisania od Krystiana Głuszko raczej nie można oczekiwać. To zapiski oswajające go ze stanami, jakich często nie rozumie. Zadające pytania o to, ile jest przypadku, a ile przeznaczenia w tym, że teraz - po latach walk z wewnętrznymi demonami - udaje mu się wieść spokojne życie męża i ojca. Spokój jest okupiony lękiem, bo codziennie może wydarzyć się coś, co zburzy porządek. Krystian Głuszko stara się budować porządek swoich myśli - dzięki niemu osiąga kolejne cele, coraz bardziej zakotwicza się w świecie bez szaleństwa. Doskonale jednak pamięta o tych, którym niezwykle trudno wydobyć się z matni lęków i urojeń.

Myślę, że to pisanie jest nie tylko autoterapeutyczne. To taka forma twórczości, która dociera do wąskiej grupy odbiorców, ale wciąż ma nadzieję na to, iż ta grupa się poszerzy. Autor nie oczekuje powszechnego zrozumienia. Zdaje się na te przypadkowe osoby, które przeczytają i zbliżą się do tego świata przeżyć. Ta proza niczego nie afirmuje, do niczego nie nakłania, w żaden sposób nie próbuje manipulować świadomością czytającego ani nie nosi w sobie znamion dydaktyzmu. Głuszko wie, że porządek i spokój zapewniają także zapisywane słowa i zdania. Od nas zależy, czy wejdziemy w świat niespokojnego umysłu zdeterminowanego w walce o normalność. Od nas też zależy, w jaki sposób przyjmiemy kolejną publikację autora, który w "Spektrum" zabrał głos za wszystkich, co mówić o cierpieniu nie potrafią.


PATRONAT MEDIALNY

2014-11-16

"Angole" Ewa Winnicka

Wydawca: Czarne

Data wydania: 15 października 2014

Liczba stron: 304

Oprawa: twarda lakierowana

Cena det: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Na obcej ziemi

Podoba mi się w tym reportażu sposób prowadzenia nas przez historie trudnej walki z niedostosowaniem i wrażeniem niedopasowania się. Pęknięcia i rysy w wysłuchiwanych historiach pojawiają się często nie tam, gdzie moglibyśmy się tego spodziewać. Winnicka portretuje emigrantów z uwagą, ale cały czas stawia na kontekst i tło. Widzimy codzienność życia opowiadających, ale nie zawsze rozumiemy ich decyzje o pozostaniu na Wyspach lub też o powrocie. „Angole” boleśnie obnażają i polskie, i angielskie stygmaty. Problemy wynikają głównie z niemożności przenikania się obu grup narodowościowych. Ale to nie tylko to. Opowieści z tego reportażu, bezwzględnie prawdziwe i wyraziste, wywołują często sprzeczne emocje w czytelniku. Ta książka mniej skupia się na motywacjach, a bardziej na tym, co się dzieje i co mogłoby się wydarzyć. Stąd też "Londyńczyków", lekturę przecież napisaną w sposób nierówny, odbieram z dużo większą ostrością i wyraźniej niż „Angoli”. Z pewnością będzie to książka, o której wiele się powie, bo sama w sobie prowokuje do różnych dyskusji. Obawiam się jednak, że nie znalazłem w tych opowieściach o emigracji – dla mnie samego będącej czymś odległym i niewyobrażalnym – rysu lub motywu, które mogłyby mnie zaskoczyć. Historie Winnickiej, jakkolwiek pasjonujące, boleśnie dotykające i przejmujące, nie stanowią jakiejś nowej treści. Inspiracji do nowych przemyśleń. Może dostarczyliby ich ci ze sfery „środka” ze swoimi nudnymi historiami o dopasowaniu i umiejętnym odnalezieniu się na ojczyźnie, gdzie wiodą szczęśliwe, lecz mało spektakularne życie. Może gdyby Winnicka nie postawiła na kontrastowość, znalazłoby się w tym reportażu coś, co do tej pory nie zostało przemyślane i nie przychodziło nawet na myśl. Może.        

Całość tekstu na stronie artPapieru     

2014-11-13

"Szum" Magdalena Tulli

Wydawca: Znak

Data wydania: 6 października 2014

Liczba stron: 192

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wspomnieć i wybaczyć

Każdy z nas nazbyt często jest surowym sędzią dla innych, nie dla siebie. Jednocześnie skłaniamy się bardziej ku temu, by zrozumieć własne motywy działania i emocje, a nie skupiać się na innych, bo zrozumienie bywa trudne, gdy ma wyjść poza nas samych. Bez względu na to, czy musimy wybaczyć sobie czy ludziom nam bliskim - za każdym razem jest to trudne, bo wymaga empatii i zdystansowania. Wszystko powyższe brzmi jak zbiór truizmów, ale z nich to właśnie w sposób subtelny, przesycony symboliką i bardzo sugestywny Magdalena Tulli buduje swoją nową powieść, "Szum".

W omówieniach podkreśla się jej łączność z "Włoskimi szpilkami", ale znajomość poprzedniej książki autorki nie jest konieczna. "Szum" to wyrazista, zamknięta i przejmująca całość. Narracja, w której autorka rozlicza się z czasem minionym i ludźmi, z jakimi można porozmawiać dopiero po śmierci. Wychodzi naprzeciw swym boleściom oraz usiłuje nadać cierpieniu znaczenie poprzez akt wybaczania. W nim jest mądrość i rozwaga. W nim świadomość ulgi, bo - jak rzecze wyimaginowany przyjaciel bohaterki - "Ukrywanie cierpienia to straszny ciężar". Tulli poddaje się w tej prozie potrzebnej jej terapii. Nie stanie się tak, że przejmiemy z niej mądrość i nauczymy się wybaczać, zamiast sądzić. "Szum" opowiada o indywidualnych przeżyciach, ale siłą tej książki jest jej uniwersalny przekaz. Dlatego nad tą kameralną opowieścią o żegnaniu się z wewnętrznym cierpieniem trzeba się pochylić z wyjątkową uwagą.

Najpierw mamy obrazy z życia dziecka, sponiewieranej przez otoczenie dziewczynki. Urodziła się przypadkowo taka, a nie inna, wszak każde małżeństwo to loteria i nigdy nie wiadomo, co się na niej wygra. Jej matka nie wygrała szczęścia. Odgrodzona od świata murem pełnym form, zastygła w nich na zawsze, czyniąc się wobec córki kostyczną personą, która jedynie nakazywała i zmuszała, by wiecznie być "o pół tonu ciszej", wiecznie w dystansie, z dala od uczuć i z dala od bliskości. Niedostosowana mała dziwaczka, która jeździ autobusami bez celu, coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, iż nigdy nie zasłuży na matczyną czułość. Wie, że chłód rodzicielki kryje się gdzieś w mrocznym śladzie po Auschwitz, z którego matka wyszła żywa tylko fizycznie. Coś zamarło, coś skostniało. Czegoś zabrakło. Dlatego istnienie małej dziewczynki jest okresem ciągłych braków i ich rozpaczliwego rekompensowania. Trudno o to, gdy życie szkolne i domowe to czas wiecznych pretensji o wszystko, czego się nie zrobiło, nie powiedziało, nie przeżyło. Dziewczynka od samego początku jest za słaba do jakiejkolwiek walki  o swoje, zbyt spolegliwa i coraz mocniej zamknięta w sobie. Pozwala się zbliżyć tylko lisowi, który towarzyszyć jej będzie przez całe życie jako czytelna figura sprytu, dwuznaczności i umiejętności robienia światu oraz ludziom na przekór.

A życie toczy się dalej, choć tak silnie naznaczone jest smutkiem bycia gdzieś obok, nigdy wewnątrz. Nawet tej wspólnoty, która co niedzielę buduje życie rodzinne - karykaturalny obraz starania się w perfekcyjnym byciu obok siebie. Czas mija nieubłaganie, ale pozostają w pamięci ślady. Upływ czasu ich nie zatrze. Pozostają też mroczne wspomnienia. Jest esesman i wojna, z którą nie pożegnała się nie tylko matka. Dorastanie u Tulli jest procesem tłumienia wszystkich możliwych braków, jakie doświadczane w życiu, czynią je nie tyle nieznośnym, co drażliwie niepewnym. Trudno bowiem oczekiwać na odrobinę szczęścia, skoro wszyscy szczęśliwcy przechodzili gdzieś obok, a wewnątrz pozostał smutek wynikający z pustki matczynej obojętności. Tej, której nigdy nie można było zrozumieć.

"Szum" jest prozą wspomnieniową, która ma sygnalizować te istotne momenty życia, z jakimi nigdy już nie można się rozstać, bo nie tyle bolą, co uwierają na zawsze. To narracja złożona z wątków zapisanych na trwałe i nie do wymazania. Wątków oraz historii, nad którymi po latach trzeba się znowu pochylić. Tulli buduje prozę bardzo stonowaną, choć przecież kipi skrywanymi gdzieś emocjami i na emocjach bazuje. Tych niewyrażonych w bezradności ludzkiej, bo nie o wszystkim można powiedzieć, nie wszystko wyrazić. Szum egzystencji powoduje, że gubi się gdzieś ważne kontury ludzi, z jakimi nie udało się za życia porozmawiać naprawdę i do których w przypływie bezradności chce się zatelefonować po śmierci. Magdalena Tulli udowadnia, iż na wszystko może przyjść czas. Nawet wówczas gdy ten realny już się nam skończył. W "Szumie" zmarli zmartwychwstają, jest im oddany głos i obserwujemy, w jaki sposób z nicości umierania może zrodzić się siła tych, co potrafią wybaczyć przeszłość. Autorka wyzwala się z rygorów i obwarowania upływem czasu, które czyniły jej życie nieznośnym oraz wiecznie piętnowanym przez innych. Wyzwala się poprzez zrozumienie. Tego wszystkiego, co w szarości życia codziennego było tylko bolesnymi wyrzutami sumienia i żalem, dla jakiego nigdy nie znaleziono słów wyrazu.

Słowa i pamięć wraz z czytelną symboliką budują niezwykłą narrację "Szumu", która chce się wydostać z rozpaczliwego czasu minionego, aby pozbyć się nie tyle balastu wspomnień, co milczenia prowadzącego ku niedomówieniom, ku złu pośród bliskich. Tulli kreśli obraz świata, dla jakiego nie ma już ram, bo rozpada się obsesyjne myślenie o przeszłości jako czasie ran nie do zagojenia. Duchowe oczyszczenie, egzystencjalna zaduma nad sobą, wnoszenie się ponad emocje i tych emocji opisywanie - to wszystko tworzy z "Szumu" książkę boleśnie ważną oraz czytelną przede wszystkich dla tych, których stać na dystans. Nikt bowiem nie czyni zła bez powodu. Żaden powód nie wydaje się oczywisty, jeśli nie przyjmie się perspektywy widzenia drugiego człowieka. Można nad tym nie myśleć i tonąć w rozpaczy z wyimaginowanymi bliskimi istotami. Można zwiększać dystans do świata, który odbierało się zawsze jako zdystansowany do nas. Można też skonfrontować się z własną przeszłością przede wszystkim po to, by odpuścić, gdy trzeba i zrozumieć, gdy to konieczne. Ważna i wyraźna książka!

2014-11-10

"Berlinawa" Dawid Kornaga

Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 8 października 2014

Liczba stron: 590

Oprawa: twarda

Cena det: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Gniew i poszukiwania

"Berlinawa" - najnowsza książka Dawida Kornagi, na którą kazał nam czekać bardzo długo - to krew, pot i łzy. Jego bohaterów gdzieś między polską a niemiecką stolicą oraz samego autora. Dwa lata pracy okupione sporymi wyrzeczeniami nie poszły na marne, bo mamy rzecz znakomitą i mimo sporej objętości w żaden sposób nieprzegadaną. Nawiązuję tutaj do "Singli+", które zmiażdżyłem przed laty i przy omówieniu których snułem refleksję o tym, że jakiekolwiek portretowanie środowiskowe wychodzi Kornadze dobrze dopiero wtedy, gdy ma wyraźnego bohatera prowadzącego.

Smakowitość "Berlinawy" wynika pewnie z tego, iż mamy w tej książce dwie wyraziste bohaterki prowadzące (choć tylko jedna jest pierwszoplanowa), a ich liczni znajomi i wrogowie tworzą barwne tło obyczajowe powieści o przekraczaniu granic siebie, wewnętrznej wolności oraz o tym, że z wyżej wymienionymi nie każdy sobie radzi. Ola i Ula, każda osadzona w innym mieście, w innym życiu i innym kontekście -  to postacie z jednej strony tragikomiczne, gdy nie potrafią zdecydować o tym, czy zatonąć w nadmiarze wolności, opcji do wyboru i światopoglądów do przemyślenia. Z drugiej jednak - figury wewnętrznej walki o spełnienie, o zrozumienie możliwości świata wyobrażeń i świata alternatyw, ugniatającego nadmiarem bodźców bez względu na to, czy jest się otwartą na doznania uciekinierką wewnętrzną czy pełną frustracji oraz nienawiści młokoską, dla której pojęcie narodu i wspólnoty boleśnie zawęża się wraz z perspektywami ograniczanymi w kraju granic bolesnych oraz doskwierających.

Ola lubi seks i pociągi. Niekiedy dla zabicia czasu jeździ sobie po Berlinie kolejkami nad- i podziemnymi. Znalazła się w niemieckiej stolicy z własnego wyboru okupionego dylematami kobiety, co wciąż mierzy się ze stygmatem matki Polki, któremu nie podołała i z którego drwi. Ola drąży język. Swój własny i ten, nad którym pracuje w pocie czoła jako tłumaczka na stypendium. Język Oli to sposób opisu skomplikowanego życia wewnętrznego oraz nieporadne narzędzie do nakreślania coraz to nowych napięć na granicy tego, co przeżywane i tego, co widziane wokół. Ola tkwi między językiem polskim i niemieckim, niebezpiecznie zakotwicza się gdzieś między płciami, wciąż spragniona jest nowych doznań i tak stymuluje własne życie, by się ich ani na chwilę nie pozbawiać. Gdzieś tam, daleko, pozostał zdigitalizowany mąż z życiem zaplanowanym "od-do" oraz córeczka, którą Ola podgląda tylko na Skype. Bo Ola to matka nowocześnie pragmatyczna; zdystansowana i nieprzywiązana, odrzucająca pieluchy, krzyki i ograniczenia, a jednocześnie wciąż rozpamiętująca swą dziecinę, dla jakiej być może warto byłoby jednak coś poświęcić. Największym poświęceniem Oli jest jednak jej stan twórczy. Istnieje wtedy, gdy może być poza sobą, w oddaleniu od ojczyzny, butnie nierozważna i skandalicznie nieprzewidywalna. Kiedy pojawiają się w jej życiu pęknięcia i słabości, wszystko wydobywa się z potem i łzami. Zalane alkoholem, zatopione w wariackim trybie życia - szybko znikają, bo tak trzeba.

Niewiele możliwości ma za to Ula. Ledwie dwudziestka na karku, ponad dziesięć lat młodsza od Oli. Uziemiona przez szarą polskość i pragnąca w tej polskości znaleźć siłę. Nacjonalistka tyleż rozedrgana wewnętrznie, co skupiona przede wszystkim na nienawiści. Można nienawidzić ojca, rozmodloną matkę, idiotyczne studia, brak perspektyw i ludzi dostosowanych do szarości. Bo szarzy oraz nijacy są nawet radośni hipsterzy i lewacy, dla których siła fizyczna to inna galaktyka, a właśnie prawo pięści Ula ceni sobie na równi z przekonaniami o tym, że aryjska rasa słowiańska winna anektować, zdobywać i stale być na wojnie, gdzie nie ma czasu na to, by okrzepnąć, bo wciąż się walczy. O nowy porządek patriotów z wściekłości. Uli, która zwątpiła we wszystko i wierzy jedynie w ideę rasowego wybrania. Mała Ula staje na koturnach, podnosi się w ostrych słowach, stymuluje swych kompanów do agresywnych akcji, jest cała dręczącym się wewnętrznie kłębkiem animozji zbudowanych na stereotypach.

Jakim cudem obie staną obok siebie? Co się wydarzy, gdy Ula pojawi się w Berlinie, a Ola postanowi dopisać ciąg dalszy do jej życiowej narracji? Dawid Kornaga buduje prozę spektakularnej akcji, obok której zawiesza się socjologiczna refleksja o wszelkiego rodzaju wspólnotach, wielościach oraz obcości rodzącej się wtedy, gdy obok siebie staje nieznane i przez to zagrażające. "Berlinawa" to historia nieprzypadkowo osadzona przeze wszystkim w niemieckiej stolicy. Berlin wielu zabytków nie posiada, ale autor udowadnia, iż jest z pewnością miejscem "atrakcji egzystencjalnych". Tutaj bowiem będzie mieć miejsce kilka spektakularnych scen, które na zawsze zmienią życie wspomnianych bohaterek, a także wskażą nowe tory dla losów świetnych postaci drugiego planu. Te warszawskie przepełnia frustracja i żal, berlińskie zaś gubią się w otwartości świata, w którym wyraźne ramy wyznaczyć mogą te same mroczne przekonania, jakie każą kopać Turków przy skrzyżowaniu Gneisenaustrasse czy obrzucać lewaków zgniłymi jajami podczas demonstracji na warszawskich ulicach w jakże ważnym dniu 11 listopada. Kornaga łączy zatem na pozór odległe od siebie miasta. Każe od nich uciekać i się z nimi identyfikować. Opowiada o przepełnionych wewnętrzną bezradnością ludziach, dla których bunt i wściekłość to jedyne sposoby oddania światu tego, na co rzekomo zasługuje.

"Berlinawa" jest powieścią wielu tonacji i stylów. Świetnie to wszystko się ze sobą łączy, kiedy ujawniane stereotypy są co chwilę obalane, by pojawiły się nowe myślowe kalki, wraz z nimi przemoc - prowadząca przecież donikąd i wywołująca kolejną falę agresji, od jakiej wielu bohaterom Kornagi trudno jest uciec. Myślę, że to polifoniczna opowieść o skutkach tego, iż wielu z nas nie jest w stanie wyrosnąć z gniewu. O negatywnych emocjach, które za wszelką cenę kryjemy. O rozczarowaniach i o próbach czynienia życia bardziej znośnym. Ola wybiera wolność na wielu różnych poziomach. Ula daje się zniewolić i manipulować tylko po to, by w finale przejąć coś od Oli, a w gruncie rzeczy odnaleźć odpowiedzi na pytania, które mnożyły się w Warszawie, w Berlinie wygasając. Są jednak tacy, co całkowicie przegrywają... Czyta się to wszystko bardzo szybko i z dużą przyjemnością, choć przecież jest to książka niewygodna, trudna, złośliwie wieloznaczna. Sporo wątków, dużo treści. Zmiksowane w dobrze nam znanym stylu Dawida Kornagi, który przekornie zdaje się pytać o to, na co możemy pozwolić sobie w świecie, w jakim kolejne granice obalamy sami, wtapiając się jednak w obce ramy, skąd wydobyć mogą nas tylko inni.

Dawid Kornaga z czułością portretuje dwa miasta, dla których zbudował pozornie różne narracje. Tytułowy neologizm to też świadectwo odważnego przekraczania granic. Wielkomiejski gwar w swej różnorodności portretowany jest z równą empatią, co błądzący bohaterowie - śmieszni i tragiczni, rozpaczliwie samotni i jednocześnie wewnętrznie silni; nieświadomi rzeczywistości poza tą, którą ukształtowały kalki i maski, tworząc bezpieczny kokon wyobrażeń o życiu. Życiu barwnym, dynamicznym, niepozbawionym brutalności i tragicznych końców. "Berlinawa" imponuje rozmachem, a zarazem uważnością w portretowaniu tych wszystkich niuansów, które tworzą wielobarwne światy dwóch miast i dwóch kobiet uciekających oraz powracających. Ola i Ula, Berlin i Warszawa. Nieograniczone możliwości i wewnętrzne granice. Swoboda i strach. Wolność i zniewolenie. Kornaga łączy to, co kontrastowe. Stara się w kontrastach zatrzeć ich nieznośność. Bo ta książka jest nieznośna, męcząca i - powtarzam -  złośliwa. Prowokuje w dobrym stylu. W takim też została napisana.