2020-01-22

„Zgiń, kochanie” Ariana Harwicz


Wydawca: Pauza

Data wydania: 29 stycznia 2020

Liczba stron: 144

Przekład: Agata Ostrowska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Wyobcowanie i bunt

Ariana Harwicz udowadnia to, o czym jestem przekonany od dawna – z wielu powodów to kobieta zawsze jest ciekawsza w literaturze od mężczyzny. I tutaj można się temu przyjrzeć, choć nie będzie łatwo, autorka nie bierze jeńców. Bohaterka tej książki tak opowiada siebie, że już na pierwszych kilkunastu stronach robi wszystko, abyśmy nie poczuli do niej sympatii. W zamian za to pojawiają się ciekawość i sporo zaskoczeń. „Zgiń, kochanie” to proza bardzo sensualna, niesamowicie intensywna i wyjątkowo śmiała. Jest w niej wszystko to, co tkwi w kobiecie walczącej z demonami – smutek wraz z dzikością oraz melancholia połączona z drapieżnym rytmem zdań. Harwicz oddaje kompulsywność myślenia oraz emocji kobiety, która czuje się uwięziona. Nie tylko – dosłownie – w domku na wsi, ale przede wszystkim w rolach. Jest żoną, którą warto byłoby opuścić, i matką niemogącą znaleźć w sobie uczuć dla syna. Jest rozedrganym wewnętrznie nieszczęściem, ale jest też silna i bezkompromisowa. To jedna z tych krótkich powieści, o których będzie się długo rozmyślać. Obrazuje anatomię kobiecej niemocy, ale także zdeterminowanie, by określić siebie – jakkolwiek byłoby to niewygodne dla otoczenia. Jakkolwiek problematyczne dla samego czytającego.

Bohaterka opowiada przez emocje, ale chce sportretować również oblicza własnej seksualności. Niczym dzikie zwierzę śledzi sąsiada, fantazjuje o nim, także o tym, by go zgwałcić. Jej małżeński seks to rutyna, od której ucieka w śmiałe fantazje. Albo przestrzeń obojętności oraz nieporozumienia, bo tym jest również dom, gdzie ona i jej mąż toczą codziennie boje o samostanowienie i pozbycie się tej drugiej osoby z najbliższego otoczenia. Ale siłą przyciągania w tym związku jest dziecko. Niemowlak, którego przecież nie można szkalować, a jednak czytamy o dosadnym sprzeciwie wobec tego, że trzeba go bezwarunkowo pokochać i się o niego troszczyć. Mąż i syn uosabiają – w scenach wspólnych zabaw – męskość, z jaką bohaterka sobie nie radzi, bo to dla niej dodatkowe źródło opresji. Kwestionowane jest poczucie bezpieczeństwa, które ma stwarzać dom na odludziu, z dala od cywilizacji i pozornie sielankowy. Nie ma w nim spokoju. Kobieta Harwicz jest egzystencjalnym i dosłownym niepokojem. To ona zmusza męża do ciągłej gotowości na nieprzewidziane sytuacje. To ona zdaje się dla niego i synka opresyjna. Tymczasem wszystko nabiera coraz to nowych znaczeń, bo wchodząc w tę narrację dalej i głębiej, widzimy, jak skomplikowany jest krajobraz emocjonalny bohaterki i jej relacje z najbliższymi.

W tej książce skonfrontujemy się z subiektywnymi wizjami, neurozami, przemyśleniami, ale także z tym, jak na niepokój reaguje ciało kobiety. Z jednej strony „Zgiń, kochanie” przypomina pewien wysublimowany rodzaj powieści pornograficznej. Z drugiej jednak – jest śmiałym i prowokacyjnym ujęciem desperacji w świecie, który narzuca porządek działania i myślenia, jeśli w grę wchodzą określone role społeczne. Ariana Harwicz opowiada o tym, czym jest kobiece udręczenie samą sobą, ale jednocześnie w bardzo bezkompromisowy sposób pokazuje, że wyobcowanie bohaterki to pochodna jej wyborów oraz przekonań. Dlatego tak trudno obdarzyć sympatią kobietę, która jednocześnie wzbudza czytelniczy niepokój i pewien rodzaj fascynacji. Dowodem na to są jej asocjacje. Zdania w tej książce uginają się od nietuzinkowych porównań, fraza jest drapieżna i nieprzewidywalna. Nie mamy pojęcia, co wydobędzie się z kolejnego akapitu. Widzimy kobietę walczącą ze sobą, ale jednocześnie kogoś o niezwykle silnej osobowości. Czy jest tu zatem miejsce na autodestrukcję? Tak i nie. Otwiera się nowy sposób rozumienia i odczuwania rzeczywistości. Bohaterka Harwicz swój świat boleśnie przeżywa, ale też nazywa dosadnie to, co sprawiało i pewnie będzie sprawiać ból.

Naprawdę nietuzinkowa jest tu wyobraźnia autorska. Spotkanie z tą książką to zderzenie z wrażliwością, która ociera się o turpizm, ale jest w niej także wiele sensualnej delikatności. Odbiera się stany emocjonalne bohaterki w różnorodny sposób. Ona sama definiuje tylko część z tego, co chce nazwać. Jest zagadką dla czytelnika i jednocześnie wydaje się bardzo pewna siebie. Chociaż cierpi z powodu różnych niepewności. Kobiece cierpienie Harwicz to może być także niepokojące sugerowanie, że przestrzeni wewnętrznej wolności nie ma. Że zawsze trzeba nagiąć się do ram i oczekiwań stworzonych przez życie w relacji, macierzyństwo, określony status społeczny. Tymczasem bohaterka jest emigrantką – dosłownie oraz w swoim związku. Poszukuje wciąż na nowo drogi ku temu, co miałoby dać jej szczęście, ale swojego szczęścia nie umie zdefiniować. Wie jedynie, że może okopać się przed światem na pozycji wyższościowej. Chce unicestwień i dokonuje u siebie na wsi swoich małych morderstw. Ich ofiarami padają owady, ale mogłoby być inaczej. Mogłoby być bardziej śmiało i zdecydowanie, gdyby tylko pojawiło się zagrożenie, którego bohaterka zewsząd wypatruje.

Tymczasem pozostaje niesmak macierzyństwa, monotonia dziesięcioletniego już związku i śmiałe fantazje o tym, co można byłoby zmienić, żeby umysł, ale także ciało bohaterki poczuły się lepiej. Czy wszystko pozostanie jedynie w sferze wyobrażeń oraz oczekiwań? „Zgiń, kochanie” ma świetny oksymoroniczny tytuł, który odnosi się do wszystkich sprzeczności emocjonalnych, jakie tkwią w kobiecie ukazanej przez Arianę Harwicz, ale sygnalizuje także zaskoczenia tym, jak bardzo sprzeczna wewnętrznie może być ta książka, spowiedź kobiety w specyficznym kryzysie. To rzecz bardzo plastyczna, niepokojąca i nie daje wytchnienia. Wszystkie emocje są tu bardzo intensywne, nie schodzimy ani na moment do poziomu wewnętrznego wyciszenia. Stąd też pewien klaustrofobiczny klimat powieści, dzięki któremu Harwicz wciąż trzyma czytającego w szachu.

To książka o tożsamości oraz namiętnościach. O tym, że wewnętrzna wojna ujawnia zaskakująco wiele frontów. Jest to też bardzo dobre studium frustracji, z jakiej wydobywa się też napięcie seksualne. Harwicz przykuwa uwagę od pierwszej do ostatniej strony. Udowadnia, że opowiadając emocjami, można skonstruować książkę, która nie drażni, lecz staje się dla czytelnika zagadką. Mroczną i jednocześnie kuszącą, bo „Zgiń, kochanie” to także świetnie zorganizowany rytm zdań, w których kryje się każda forma kobiecej niepewności siebie. Ale także wiele zdań mówiących o tym, jak silna może być kobieta mimo wewnętrznego kryzysu. Najwięcej siły i determinacji wymaga bowiem pokonanie klatki osobistego więzienia. Ta opowieść zobrazuje kobietę, dla której więzieniem stało się wchodzenie w relacje z najbliższymi. Dlatego Harwicz pokazuje samotność oraz wyobcowanie wyjątkowo sugestywnie. Bez upiększeń i bardzo wyraziście.

2020-01-20

„Ostatni” Hanna Jameson


Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 15 stycznia 2020

Liczba stron: 424

Przekład: Paulina Broma

Format e-booka: MOBI i ePUB

Cena w Virtualo.pl: 34,99 zł

Tytuł recenzji: W obliczu końca

Powieść Hanny Jameson wydawca chce odpalić niczym fajerwerk, ale jest to książka zupełnie innego rodzaju. Ciekawa i niepokojąca, napisana jednak w niespiesznym rytmie egzystencjalnych refleksji nad tym, czym tak naprawdę jest koniec. „Ostatni” to rzecz, w której dużo więcej niż Stephena Kinga jest ducha melancholijnej refleksji Grahama Greene’a, którego zresztą cytuje główny bohater. Obrazując postapokaliptyczną rzeczywistość, Jameson fantazjuje bardziej nad indywidualnym dla każdego człowieka pojęciem zagłady i końca. Chce zasugerować, że to my jesteśmy odpowiedzialni za to, co i w jaki sposób się kończy. Także za to, że koniec może być początkiem czegoś nowego. Ale „Ostatni” to paradoksalnie książka o możliwościach i wyborach, bo choć sugestywnie portretuje koniec świata, dosadnie też zaznacza, że dużo trudniejsze do zaakceptowania oraz zrozumienia jest to, co mimo wszystko trwa nadal pośród nicości.

Jon Keller jest takim typem przyzwoitego człowieka, którego można polubić od samego początku. To on będzie opowiadał o świecie po wojnie nuklearnej, ale jego narracja, specyficzna kronika, będzie jednocześnie polifonicznym głosem pewnej zbiorowości. Jon przygląda się ludziom z otoczenia i stara się wysłuchać ich historii. Wszyscy utknęli w wielkim szwajcarskim hotelu, gdzie zastała ich wiadomość o tym, że świat zaczął płonąć. Przeprowadzono ataki nuklearne na Waszyngton i sporo innych miast na świecie. Stany Zjednoczone nie mają już prezydenta, bo ten zginął. W sielankowym kurorcie – Jameson oczywiście rozwija tutaj stereotypowe myślenie o Szwajcarii – grupa ludzi z całego świata musi zmierzyć się ze świadomością końca pewnej rzeczywistości, w której wyrastali na świadome osoby. Ich świadomość w obliczu końca będzie się zawężać do najbliższego otoczenia oraz możliwości, jakie ono daje. Kontakt z poranionym bombami nuklearnymi światem się kończy. Przestaje działać Internet, nie można skorzystać z telefonów, pozostają enigmatyczna przestrzeń hotelu i ludzie, którzy przywieźli do niego swoje historie.

„Ostatni” to ciekawy kryminał, choć niektórych czytelników może rozczarować to, że intryga kryminalna nie jest rozgrywana jakoś spektakularnie. Tuż przed momentem zagłady w hotelu ginie dziewczynka. Keller podejmuje się prywatnego śledztwa w tej sprawie, ale nie może liczyć na wsparcie ludzi z otoczenia. Personel hotelu skrywa jakieś mroczne tajemnice i choć jest względem Kellera serdeczny i otwarty, czuje się ten zaskakujący dystans. Dystans, jakiego nabiorą do siebie wszyscy ocaleni. Okaże się bowiem, że społeczność mierząca się ze świadomością końca musi zmierzyć się przede wszystkim ze sobą – swoimi oczekiwaniami, nadziejami, frustracjami, ale także narastającym pesymizmem i pustką. Tu właśnie zaczyna się naprawdę wyborna opowieść. Hanna Jameson chce sportretować zmiany w ludzkiej psychice w obliczu globalnego zagrożenia, ale uczynić to w sposób bardzo kameralny. Każdego ze swoich oczekujących na prywatny koniec bohaterów sportretuje bardzo podmiotowo.

Najciekawszą postacią zdaje się Tomi. Charyzmatyczna i pewna siebie kobieta, która nie waha się użyć broni i zabić drugiego człowieka, kiedy jest to konieczne. Jej relacja z Jonem jest bardzo ciekawa – wieloznaczna, dynamiczna i zmuszająca do spojrzenia na głównego bohatera z nieco innej strony. W „Ostatnim” bowiem możemy się przyjrzeć postaciom dokładniej przede wszystkim dzięki perspektywie innych ludzi. Hotel staje się przestrzenią niepewności i lęku, ale jednocześnie wymusza uważniejsze przyglądanie się współuczestnikom niedoli. Ta grupa ma świadomość tego, że czas przeszły jest czymś absolutnie zamkniętym. Po apokalipsie nie ma już miejsca na rozliczenia i rozmyślania na temat tego, co było. Ale przecież jest wciąż jakaś teraźniejszość. Dużo trudniejsze niż zaakceptowanie końca świata staje się uświadomienie, że prywatny koniec jednak nie nadchodzi, a czas oczekiwania staje się czasem refleksji nad tym, kim się stali i kim będą bohaterowie tej powieści.

„Ostatni” to bardzo interesująca fantazja o czasie oraz jego upływie. To jeden z tematów, którymi Jon interesuje się naukowo. W przedstawionej sytuacji czas nabiera innego wymiaru, choć przecież nadal płynie. Keller chciałby, żeby przeszłość miała jakąś wagę, odpowiednio wybrzmiała, była w stanie wytłumaczyć katastrofę teraźniejszości i przede wszystkim dała ukojenie, pozwalając ułożyć jakiś ciąg przyczynowo-skutkowy, dzięki któremu zrozumie się tragedię świata. Czas staje się groźnym przeciwnikiem, ale także wyzwaniem. Są tacy, dla których przeszłość jest punktem odniesienia do tego, co myślą o dalszej egzystencji. Ale też i tacy, którzy na gruzach świata chcą skupić się na tym, co ich czeka. Bo przecież mimo wszystko żyją. Mogą brać za siebie odpowiedzialność. Muszą także odnaleźć się w grupie.

Tu zaczyna się socjologiczna fantazja o tym, co może czekać ocalałych po katastrofie. Jameson portretuje bardzo różne postawy wobec apokalipsy. Chce pokazać, jak się zachowujemy i przede wszystkim jak myślimy, kiedy odebrana jest nam egzystencjalna pewność siebie – miejsce, z którego pochodzimy, i stałe wartości, na których się opieraliśmy. W hotelowej przestrzeni rozegra się psychologiczna gra o przetrwanie, ale ujrzymy także strategie tego przetrwania. Od całkowitej bierności po spektakularną witalność i sprzeciw wobec otaczających warunków oraz braku możliwości.

Świetnie się czyta tę powieść także jako kronikę (sic!) demokracji w obliczu stanu katastrofy. Ktoś dokona w hotelu przestępstwa i będzie musiał być szybko ukarany. Ktoś przyjmie rolę niepisanego lidera. Zbiorowość zacznie analizować argumenty przedstawiane w taki sposób, że stają się koniecznością, chociaż w normalnym świecie byłyby aberracją. W hotelu kształtuje się mikrospołeczeństwo, które z czasem zacznie zauważać grożące mu z zewnątrz niebezpieczeństwa. Hanna Jameson sugeruje, że jesteśmy czujnymi wilkami na polowaniu albo osobnikami, którzy są gotowi zajadle bronić swojego – wyimaginowanego nawet – poczucia bezpieczeństwa. „Ostatni” to opowieść o instynktach, które rodzą się na granicy bezradności i chęci walki o to, co najcenniejsze, o życie. Dlatego cała ta historia robi duże wrażenie i jest przejmująca, kiedy zechcemy odnaleźć się w niej i pofantazjować o tym, jaka byłaby nasza rola, gdyby zaistniała taka koszmarna okoliczność, z jaką muszą mierzyć się bohaterowie tej książki. Jameson opowiada o tym, gdzie rodzi się determinacja do życia, ale również o pewnym fatalnym przekonaniu, że nasz prywatny koniec nastąpi niezgodnie z tym, czego oczekujemy i chcemy. „Ostatni” to nie jest bowiem książka o zagładzie, lecz o możliwościach i trudach odnalezienia sensu życia pośród bierności, agresji, strachu i niepewności. Inspirująca książka, która nie narzuca niczego, ale sporo sugeruje. Bez narracyjnych fajerwerków, spektakularnych wolt czy zdarzeń, które wyzwalają szybszy puls. A jednak on przyspieszy podczas lektury, bo to bardzo niepokojąca powieść. Dużo bardziej niż sugeruje nota wydawnicza. E-book Hanny Jameson w dobrej cenie oferuje Virtualo.pl

Recenzja powstała we współpracy z księgarnią Virtualo.pl

2020-01-17

„Krwawy kwiat” Louise Boije af Gennäs


Wydawca: MOVA

Data wydania: 22 stycznia 2020

Liczba stron: 456

Przekład: Agata Teperek

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Szwecja bez iluzji

Louise Boije af Gennäs stworzyła spektakularną i odważną powieść, w której przejrzeć się ma szwedzka hipokryzja. Ten thriller to nie tylko zręcznie skonstruowana intryga kryminalna, społeczna i polityczna, nie tylko fascynująca opowieść inicjacyjna z bardzo czytelnym feministycznym sznytem. To przede wszystkim książka odzierająca wizerunek Szwecji z tej formy idealizacji, którą stworzył dla niej świat, ale i rzecz uderzająca mocno w bańkę mydlaną, w jakiej na co dzień żyją Szwedzi przekonani o egalitarnym i doskonałym państwie, któremu ufają i z którego są dumni. „Krwawy kwiat” sięgnie do rzeczywistych doniesień obrazujących, jak bardzo propagandowy może być wizerunek dobrej, dostatniej i tolerancyjnej Szwecji. Ale autorka zwróci uwagę także na to, co niewygodne dla samych Szwedów. Zasugeruje, że ich pełna dobroci i szacunku zachowawczość to największe zło w momencie, w którym obywatele najlepszego kraju na świecie, jak określa go siostra głównej bohaterki, odwracają głowy od problemów krzywdzonych. W tym znaczeniu ta książka jest bolesną i bezkompromisową rozprawą ze szwedzką biernością, ale pokazuje również ukryte mechanizmy władzy, dzięki którym możliwe są nadużycia, a to już obraz bardzo uniwersalny.

Sara pochodzi z Örebro i kiedy przybywa do Sztokholmu, żyje w przekonaniu, że jest tą gorszą dziewczyną z prowincji, która usiłuje dopasować się do lepszego świata. Poza tymi kompleksami niesie w sobie wiele bolesnych traum. W okresie szkolnym prześladowana, bo była w czymś naprawdę dobra. Prawo Jante dopadło ją ze swoją paradoksalną siłą już w młodym wieku. Była przedmiotem wyzwisk i ataków, bo się wyróżniała. Potem jednak pojawiły się dużo bardziej bolesne doświadczenia. Brutalny gwałt, którego sprawcy nie ujęto, a potem niespodziewana śmierć ojca. Śmierć, wokół której pojawia się coraz więcej wątpliwości. A tymczasem Sara nadspodziewanie szybko otrzymuje w stolicy szanse na to, by być kimś innym, lepszym, dziewczyną z Östermalmu, czyli najwspanialszej dzielnicy Sztokholmu.

Bardzo podoba mi się obrazowanie szwedzkiej stolicy przez Louise Boije af Gennäs. To przestrzeń stwarzająca nowe możliwości, lecz też piekielny tygiel zależności oraz układów. Wspomniana dzielnica jest tu synonimem dobrobytu i sukcesu, ale Sara szybko przekona się, iż wiele z tego zawdzięcza się odpowiednim znajomościom i zbiegom okoliczności. Topografia Sztokholmu odzwierciedla jego różnorodny rytm. To miasto, w którym wygląda się i zachowuje w zależności od dzielnicy. Miejsce nieskończonych możliwości i układów towarzyskich. Niepisanych kodów oraz sposobów lawirowania, by zdobyć więcej miejsca dla siebie, większą uwagę, złudne poczucie wyjątkowości. Ale Sztokholm to także miejsce opresji dla Sary. Dzieją się tam rzeczy, które coraz bardziej ją przerażają. Znikają miejsca, z którymi była związana. Wciąż na nowo ktoś daje jej do zrozumienia, że jest śledzona. Sara coraz bardziej się boi, ale paradoksalnie jest w niej też coraz więcej siły, by odpierać zagrożenia. Bo to głównie o kobiecej sile, determinacji, ale przede wszystkim o odziedziczonej odwadze cywilnej jest ta powieść. Nieprzypadkowo staje się pierwszą częścią „Trylogii oporu”. Całość świata przedstawionego podporządkowana jest konfrontacji tego, czego bohaterka początkowo nie rozumie, z jej rozwijającą się zdolnością walki o siebie. Dwudziestoczterolatka z prowincji jest bardzo niejednoznaczną bohaterką już od samego początku. Louise Boije af Gennäs świetnie portretuje jej naiwność, a później bardzo dobrze pokazuje, w jaki sposób – pośród traum, które pozornie powinny osłabiać – Sara zdobywa się na nietuzinkową odwagę, by powalczyć z systemem opresji. Powalczyć również o to, co chciał przekazać jej ojciec – poczucie bycia zgodną z sobą i stawiającą opór złu.

Zło w „Krwawym kwiecie” ma wiele oblicz. To najbliższe tworzą ludzie wokół Sary. Niespodziewanie szybko nawiązana przyjaźń, wielka miłość, osoby pozornie jej przychylne – wszystko to staje się elementem misternie skonstruowanej układanki. Sara nie będzie miała do czynienia z jednym wrogiem czy przeciwnikiem. Stanie wobec zawiłości systemu, w którym podłość jest fundamentem działania, a ludzkie czyny obnażają zarówno hipokryzję szwedzkiego systemu prawnego, jak i oszustwa dokonywane codziennie, okrutne formy wykorzystywania sankcjonowane przez milczenie. Louise Boije af Gennäs naprawdę wie, w jaki sposób przykuć uwagę czytelnika. Powieść nie zapowiada spektakularnych zwrotów akcji, które pojawiają się potem w dużym natężeniu. Każda kolejna podłość wydobywa się z poprzedniej – to trochę jak z matrioszką, autorka naprawdę nie oszczędza czytelnika. Poza tym czyta się to naprawdę z wypiekami na twarzy. Scena na strychu wywołuje absolutne przerażenie. Obrazy łączące to, co rzeczywiste, z tym, co podsuwa Sarze wyobraźnia, wciąż na nowo wpędzają w poczucie zagubienia, zaskakując i ucząc, że tak jak bohaterka nikomu ani niczemu w tej powieści nie powinniśmy ufać.

„Krwawy kwiat” to autorska fantazja podpierana faktami. Przejmująca o tyle, że doskonale łączy fikcję literacką z rzeczywistością, wierzymy wszystkiemu, wszystko naraz silnie na nas oddziałuje. Mamy tu do czynienia z autentycznymi zapisami, relacjami, artykułami prasowymi. Poznajemy mroczne kulisy władzy w Szwecji, czytamy o defraudacjach, wykorzystywaniu seksualnym, jest również wiele nawiązań do tajemniczego morderstwa Olofa Palmego. W tym wszystkim młoda dziewczyna, która chce walczyć o prawdę, ale przede wszystkim pokazać, na co ją stać. Bo tkwi w niej siła, z której nie zdaje sobie sprawy. Louise Boije af Gennäs obrazuje kobiety, które muszą wykonać dużo więcej pracy, by otrzymać od życia to, co łatwiej przychodzi mężczyznom. Dlatego fragmenty tej książki bez pardonu atakują nierówność płciową, obecną także w egalitarnej Szwecji. Sara znajduje się w orbicie wpływów charyzmatycznej przyjaciółki, klasycznej kobiety sukcesu. Za wszystkim jednak stoi męska przemoc, męska dominacja i to, że szowinizm ma się doskonale nawet w najlepszym kraju na świecie.

To na pewno powieść, która zostaje w pamięci na dłużej. Interesująco rozegrane zakończenie daje nadzieję na kolejne fascynujące tomy tego cyklu. Szwedzka pisarka sugeruje, że docieranie do niewygodnej prawdy zawsze wiąże się z ryzykiem wielu niebezpieczeństw. Największym jednak niebezpieczeństwem – egzystencjalnym i społecznym – jest zachowawczość pozwalająca unikać rozwiązań niebezpiecznych. „Krwawy kwiat” pokazuje, czym jest droga determinacji oraz zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości. Sugeruje, że nie jest tej drugiej w Szwecji tak dużo, jak się wydaje światu i samym Szwedom. Naprawdę mocna rzecz.

2020-01-14

„Ewa ze swych zgliszcz” Ananda Devi


Wydawca: Wydawnictwo w Podwórku

Data wydania: 7 grudnia 2019

Liczba stron: 192

Przekład: Krzysztof Jarosz

Oprawa: miękka z obwolutą

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Smutek i okrucieństwo

Lektura „Ewy ze swych zgliszcz” pozwala lepiej zrozumieć „Zielone sari” – wcześniej wydaną w Polsce, ale późniejszą w dorobku Anandy Devi powieść. Obraz kobiet sprzeciwiających się męskiej dominacji i męskiemu zawłaszczaniu w „Zielonym sari” zestawiony został z fizyczną słabością mężczyzny. Tutaj mamy do czynienia z instynktownym gniewem. Potężną siłą, której istotę książka będzie wyjaśniać od samego wstępu: sugestywnej sceny wędrówki utykającej kobiety idącej w noc i zapowiadającej, że nic jej już nie zatrzyma. Devi zachwyca w „Ewie ze swych zgliszcz” nietuzinkową narracją. Sytuuje się ona gdzieś między brutalną dosadnością a perfekcją poetyckich metafor. Taka jest też cała historia – rozpięta między codziennością dzielnicy biedy a niedotykalnym dla tej biedy i wykluczenia światem przeżyć emocjonalnych, w których dominują rozpacz oraz rozczarowanie, bo niedostatek zrównuje wszystkich, nie ma konkretnego adresu, jest jednocześnie fundamentem życia, w jakim nie ma miejsca na poczucie własnej godności.

Ewa jest osobna. Wyrasta ze środowiska, w którym deficyty określają wszystkich tak samo, ale jej egzystencjalny smutek wydaje się bardziej przejmujący. Ewa nie ma do zaoferowania niczego poza swoim ciałem. Traktuje je jak walutę. Daje je wykorzystywać. Ale to nie ona jest tą wykorzystywaną, bo żaden brutalnie domagający się bliskości ciała mężczyzna nigdy nie będzie bliski jej duszy. Ewa funkcjonuje niejako obok rzeczywistości, która chce ją doświadczyć bezradnością przeniesioną z domu rodzinnego. Nie chce być bezradna. Znajduje sposób na samostanowienie. Jest jednak rozpaczliwie samotna i pozostawiona samej sobie, w piekle rozważań o tym, czego od życia nigdy nie uzyska. Eskapizm Ewy jest tu celowo wyolbrzymiony. Ananda Devi operuje specyficznym rodzajem dramatyzmu. Jej bohaterka to nastolatka, w której życiu skumulowały się okrutne zbiegi okoliczności. Dysfunkcyjna rodzina, brak perspektyw, poczucie odrzucenia, ale i jednoczesny opór przed byciem częścią społeczności beznadziei. Kiedy autorka pisze, że Ewa jest „unoszona przez nic”, czuje się już bardzo dobrze, o jak wielu obliczach nicości i nihilizmu będzie opowiadać ta skromna powieść. Historia o tym, o czym mówi jeden z bohaterów – niepokojąco cienkiej linii dzielącej ludzki smutek od ludzkiego okrucieństwa.

Sadiq adoruje Ewę mimo jej niedostępności i widocznego zewsząd smutku. Ten młody chłopak ma w sercu dwie pasje – czułość do poezji oraz dziewczyny, która męskość postrzega jedynie jako wroga na prywatnej wojnie. Sad musi zmierzyć się z tym, że jest częścią grupy wykluczonych społecznie, a ta grupa nie akceptuje jego ukochanej. Nieliczne chwile, w których Ewa pozwala mu być blisko siebie, dają mu namiastkę szczęścia, jakie mogliby stworzyć, gdyby urodzili się w innym czasie i innych okolicznościach. Tymczasem oboje cierpią i żadne z nich nie jest w stanie zbliżyć się do tego drugiego. Ananda Devi sugestywnie portretuje młodzieńczą intensywność przeżywania. Bohaterowie spalają się zarówno w poczuciu smutku i życiowej klęski, jak i w ogniu miłości, być może jedynego prawdziwie dobrego uczucia, jakie można zaoferować w świecie, skąd wydobywa się jedynie gorycz.

Zastanawiam się nad tym, czy „Ewa ze swych zgliszcz” to powieść, w której bardziej istotne są lokalne, maurytyjskie obrazy i przesłania, czy też należy rozpatrywać ją w znaczeniu uniwersalnym, jeśli patrzy się na kobiecą krzywdę, niesprawiedliwość społeczną, potrzebę akceptacji i brak poczucia stabilności. Bo to także powieść o kobiecej solidarności, za którą będzie stać kolejny dramat, i rozprawa z tym, że płeć ma znaczenie, niesie w sobie więcej możliwości, może być opresyjna dla tej drugiej, ale przede wszystkim ma więcej praw, więcej może, każdą podłość jest w stanie zamaskować i uczynić elementem własnej moralności.

Devi – tak jak w „Zielonym sari” – pokazuje mimo wszystko, że życie to możliwości (postać prawniczki broniącej jednego z bohaterów). W bezkompromisowy sposób sugeruje, że decyzje i działania jej zagubionych bohaterów to kwestia jakiegoś wyboru. Każe zastanawiać się nad tym, co stoi właśnie za tym, że wybieramy dramatycznie. Pochodzenie? Sytuacja materialna? Konstrukcja psychiczna? A może przede wszystkim odpowiedzialność za trudną materię życia, za którą nie powinniśmy brać odpowiedzialności. Ciekawa jest tu konstrukcja wykluczenia i hermetycznego odcięcia od tego, co może tworzyć świat możliwości. Sama wyspa, na której żyją bohaterowie, jest obszarem zamkniętym. Fikcyjne osiedle Troumaron to dodatkowo zamknięta na tej wyspie przestrzeń. Podziały nie stworzyły się nagle, zostały podyktowane okolicznościami. Są tacy, którym udało się uciec do dalekiej Europy, i wiadomo, że stamtąd nie wrócą. Są też ci, którzy nie mają dokąd uciec. Tak jak Ewa żyjąca z przemocowym ojcem i uległą mu matką, pośród pożądliwych spojrzeń mężczyzn traktujących ją przedmiotowo, w dzielnicy i kraju bez szans na zmianę. U boku kogoś, kto jest bliski, ale ta bliskość może zostać odebrana.

To wstrząsająca powieść o desperacji, smutku i pustce, ale ujawniają się w niej także atawizmy, które pozwalają na przetrwanie, jednak z drugiej strony kryje się w nich coś bardzo fatalnego. Z kręgu smutku nie może wydostać się okrucieństwo i dzieje się też odwrotnie. Ananda Devi portretuje świat, w którym wszystko jest ułomne, rozpada się lub zapada (jak mieszkania bohaterów). Chce jednocześnie pokazać, że walczy się o godność bez względu na stopień zwątpienia. Ewa to siedemnastolatka, w której nie ma życia. Jest jednak ogromna siła, by przeciwstawić się obojętności otoczenia, ale ona wystarcza tylko na pojedyncze bunty. I na czyn, który będzie jeszcze bardziej mrocznym pokłosiem mrocznej tragedii w życiu Ewy.

Czy ludzka tożsamość kształtuje się na pogardzie? Czy uporczywie doświadczane zło może stać się siłą do życia? Jakie czynniki sprawiają, że zachowujemy się jak życiowi uciekinierzy, a jakie powodują w nas instynktowny gniew i uwalniają odwagę? Czy sportretowana w ciemnych barwach rajska wyspa, która daje się wykorzystywać turystom, nie jest cieniem Ewy decydującej się na to, by oddać ciało i zapomnieć o duszy? Myślę, że ta książka jest równie przejmująca co „Zielone sari”. Wspaniałe tłumaczenie idzie w parze z komentarzem do powieści, który wyjaśnia lokalne kody i tropy w „Ewie ze swych zgliszcz”. Całość robi naprawdę duże wrażenie, opowiadając metaforami o tym, czego nie widać albo co ujawnia się dopiero w mrocznym czynie, brudnej myśli, złym zbiegu okoliczności, niewłaściwym wyborze. Wizyjna i polifoniczna opowieść o maurytyjskiej rozpaczy. Wielka pięknem swoich zdań i siłą oddziaływania.

2020-01-10

„Rok wyborczy” Andrzej Czerwiński


Wydawca: Warszawska Firma Wydawnicza

Data wydania: 27 listopada 2019

Liczba stron: 208

Oprawa: miękka

Cena det.: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Zdumienia i wspomnienia

Nasza rzeczywistość społeczno-polityczna doczekała się już mniej lub bardziej udanych form krytyki – także w literaturze. Najciekawiej wypada ona w powieściach, które rozliczają wieloaspektowo, jednak pojawiają się także całkiem udane zbiory krótszych tekstów, w których krytyka owa będzie się jawić bardzo różnorodnie. I czasami zaskakiwać. Andrzej Czerwiński proponuje zestaw opowiadań i nietuzinkowe spojrzenie człowieka w jesieni życia. Jego „Rok wyborczy” to zbiór krótkich i dosadnych tekstów, w których dominują hiperbole oraz przejaskrawienia. Autor zdobywa się na nieoczywistą formę absurdu i choć są w tym zbiorze opowiadania nazbyt dosadne oraz cechujące się mało wyszukanym rodzajem komizmu i groteski, całość sprawia wrażenie przemyślanego cyklu, w którym dominują refleksje tak zwanego szarego obywatela, ale nie ma w nich szarości. Czyta się to bardzo szybko i jest się w zasadzie cały czas zaskoczonym. Czerwiński zderza rzeczywistość ze swoimi marzeniami, ale także ze wspomnieniami, które ukształtowały jego krytyczny stosunek do świata. „Rok wyborczy” to świadectwo tego, że każdy element rzeczywistości może się niebezpiecznie wykoślawić i znaczyć coś innego – groźnego i niepokojącego.

Ale ta książka taka nie jest. Posługuje się rozważnie kategoriami ironii i groteski, zawiera sporo czarnego humoru i jest przede wszystkim wyrazem troski o polską rzeczywistość, która wciąż na nowo zanurza się w mitologizowaniu, ponownie odwołuje do polskich marzeń i wielkości, a także przekonania, że to właśnie Polska może zbawić świat przed zagładą. Jest zatem dosadnie, surrealistycznie i chyba tylko odrobinę śmiesznie. Tym bardziej że część tekstów wywołuje taki śmiech przez łzy. Autor stosuje różne rejestry narracyjne – cięta ironia idzie w parze z melancholijną frazą. Ośmieszając aktualnie rządzących, Czerwiński jednocześnie wspomina najbliższych – dziadka czy ojca. Wydobywa się zatem z tego zbioru publicystyczny ton oskarżenia i podkreślania absurdu, ale też coś więcej. Autor nie tylko komentuje rzeczywistość. Stara się w tej rzeczywistości ukazać swoje zagubienie, zniecierpliwienie, swój gniew i rozczarowanie. A także przekonanie o tym, że można żyć godnie i właściwie pośród całego absurdu niegodziwości wokół. Choćby zajmując się własnymi pasjami – porcelanowymi ptakami, szachami czy koleją. Tyle tylko że w jednym z opowiadań nawet te ptaki podejmują próbę ucieczki w stronę wolności…

Początek w sprawozdawczym stylu przedstawia naczelną fantazję Czerwińskiego. Oto bowiem przerwane zostają wybory do Parlamentu Europejskiego, bo z urn wycieka krew. Polacy powtarzają je w święto Bożego Ciała. Kierunkują się na Chiny. Budują coraz bardziej opresyjny model państwa, w którym nie tylko nakazane jest to, jakie poglądy polityczne wyrażać, ale przede wszystkim – w co wierzyć i komu bezwzględnie ufać. Powstają świątynie, pomniki, rzeczywistość zostaje dostosowana do tradycyjnych totalitarnych dekoracji. Jest coraz bardziej duszno. Mentalnie nie do wytrzymania. A jednak katolicko-konserwatywny model sprawowania władzy ma się bardzo dobrze. Wyolbrzymienia służą pokazaniu tego, jak niedaleko jesteśmy od bardzo groźnych rozwiązań, które naprawdę znamionują dyktaturę. „Rok wyborczy” to zbiór scenek z codziennego życia, do którego władza zaczyna coraz bardziej się wdzierać. To dylematy człowieka niezdolnego, by pojąć absurdalność zawłaszczania. Ale Czerwiński przyjmuje także perspektywę globalną, zagląda do głów światowych przywódców, a nawet śledzi poczynania samego Boga. Cały czas pokazuje jednak te same zderzenia – zawłaszczającego systemu zderzającego się z człowiekiem, który nie chce oddać wewnętrznej wolności. Te zderzenia są smutne, przerażające, śmieszne i groteskowe. Budują stałe napięcie tej książki. Krótkie teksty dają możliwość wzięcia oddechu, ale widać tutaj pewną bezkompromisowość ich autora.

Andrzej Czerwiński ciekawie wykorzysta motyw metamorfozy. Sam przemieni się w inne istoty, ale zobrazuje także to, w jaki sposób zmienia się świat wokół niego. Ewolucyjnie, powoli, konsekwentnie. Zmiana dosięga wszystkiego. Wszystko poddane jest zmianie. Cały świat jakby wibrował, wciąż stawał się na nowo, coraz bardziej groźny i coraz mniej rozpoznawalny w swoich konturach. Ale dużo też purnonsensu w niektórych opowiadaniach – to autorska odpowiedź na to, z jakich elementów rzeczywistości można skroić opowiadanie. Albo zbiór znacznie różniących się opowiadań, których wspólnego mianownika nie znajdzie się tak szybko.

Bohater przeżywa mniej lub bardziej nieprawdopodobne perypetie. Musi się zmierzyć z publicznym oskarżeniem o oczernianie Polski. Poszukiwać przepowiedni w cebuli. Uwalniać z puszki miniaturowych chińskich żołnierzy. Obserwować własną sekcję zwłok. Być świadkiem konkursu rekonstrukcyjnego tragedii smoleńskiej. To też podróżnik – pojawi się w Krakowie współczesnym czy średniowiecznym, w sopockiej oazie spokoju czy w Paryżu, gdzie nie będzie mu dane kontemplować dzieła sztuki. Im więcej opowiadań ma się za sobą, tym mocniejsze jest przekonanie, że choć dzieli je stylistyka, pomysłowość i ideologia, wciąż opowiadają tę samą historię tego samego człowieka zaskoczonego, zbulwersowanego, biernie przyglądającego się absurdom i czasami też stającego się częścią niektórych z nich. W tym wszystkim jeszcze duch Yuvala Noaha Harariego, sporo przemyśleń o technologicznym aspekcie współczesnego świata, humanistyczna troska o pojedynczego człowieka i odważne wizje, kiedy bohater mówi do nas już po swojej śmierci.

„Rok wyborczy” to książka dosadna i bezkompromisowa, ale jednocześnie ujawniająca specyficzną wrażliwość autora. Jego wyjątkowość, gdy w ciekawy sposób łączy zaskakujące wizje. Określają ją też absurdalne sny, w których uczestniczymy, bo rzeczywistość opowiadań wciąż na nowo uderza w granice między tym, co rzeczywiste, a tym, co w tej rzeczywistości skręciło w stronę koszmaru sennego. Czerwiński jest uważny i analityczny, ale też widać w nim sporo rozczarowania. Życie to suma tego, co go niepokoi, bawi i irytuje. Polskość to dla niego zagubiony gdzieś azymut. Pojęcie, wobec którego pojawia się wiele ambiwalentnych uczuć. Tak jak podczas lektury tych tekstów. Różnią się zasadniczo, niektóre są bardziej publicystyką niż literaturą. Kilka futuresek mogłoby stworzyć osobny zbiór – tekstów stworzonych tylko z wyobrażeń i fantazji na temat tego, jak wyglądać będzie nasz świat oraz kraj w bliskiej i dość dalekiej przyszłości. Całość balansuje między przygnębieniem, groteską a sentymentalną czułością. To bardzo niejednoznaczna książka. Idzie w rejon zawieszonego nieco w próżni surrealizmu, ale mimo wszystko jest dosadna, ma charakter i zdaje się uczciwym rozliczeniem Andrzeja Czerwińskiego przede wszystkim z samym sobą. Do przemyślenia i zainspirowania się.

2020-01-08

„Położna z Auschwitz” Magda Knedler


Wydawca: Mando

Data wydania: 15 stycznia 2020

Liczba stron: 304

Oprawa: twarda

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Życie pośród śmierci

Tytułem wstępu do omówienia tej książki chciałem odnieść się do sygnalizowanych wątpliwości i niechęci wobec nagromadzenia beletrystyki związanej z tematem Auschwitz. Fakt, tego rodzaju książek jest bardzo dużo, ale zastanawiam się nad tym, czy utyskujący na ich przesyt do nich zaglądają. „Położna z Auschwitz” proponuje przejmującą paradokumentalną narrację, która podkreśla ten aspekt obozowego życia, który związany był z dramatem paradoksu – dawania życia w obliczu nieuchronności śmierci i pewności tego, że to nowe życie zaraz się zakończy. Dla mnie to frapujący, niejako nowy punkt widzenia na rzeczywistość, o której napisano już wszystko, a która wciąż na nowo jawi się jako przestrzeń oraz czas, których nie można objąć wyobraźnią, nie można zrozumieć. Dlatego każdemu, kto uważa, że powieść Magdy Knedler to kolejny produkt pisarski powstający w związku z popularnością tematyki obozowej, zalecam jej uważne przeczytanie. Nawiasem mówiąc, zaskakujące jest budowanie kontry do polskiej literatury holokaustowej, kiedy nie krytykuje się takich zagranicznych bestsellerów jak „Słowik” Kristin Hannah, banalizujących i upraszczających obraz drugiej wojny światowej, co pozostawia w literaturze dużo gorszy ślad podejmowania trudnych tematów niż polskie powieści związane z tematyką obozową.

Miałem przyjemność przyjrzeć się temu, jak pisze Knedler, na samym początku jej drogi twórczej. Interesująca „Winda” udowadniała, że pisarkę interesują relacje międzyludzkie. Nie wiem, co po tym pozostało w kolejnych powieściach, ale „Położna z Auschwitz” to zdecydowanie rzecz portretująca relacje. Nawiązywane bardzo intensywnie, bo w momencie, w którym siła natury wymuszała na organizmie takie, a nie inne działania, ale za całą biologią porodu stał jego etyczny i humanistyczny aspekt. Zwłaszcza wówczas, gdy rodziło się w warunkach, w jakich rzeczywistość przypominała tylko o postępującej zagładzie. Stanisława Leszczyńska, autentyczna postać budująca kształt tej powieści, przyjmowała w Auschwitz porody na przekór zdrowemu rozsądkowi, bólowi, rozczarowaniom, ale przede wszystkim wielkiemu strachowi. Kobieta dająca życie zazwyczaj musiała się szybko z tym życiem żegnać. Nowym, własnym, ukochanym. Czym miały być porody w czasie, w którym życie noworodka od pierwszych minut naznaczało piętno cierpienia? Dlaczego Leszczyńska z taką determinacją i poczuciem życiowego obowiązku towarzyszyła wszystkim tym zrozpaczonym kobietom, dla których danie życia to był ostateczny akt heroizmu wbrew zdrowemu rozsądkowi i wierze w to, że pojawiające się życie ma dla siebie szansę?

Postać Leszczyńskiej jest tutaj bardzo ciekawie zobrazowana. Wiemy sporo o jej działaniach, ale nie mamy do niej bezpośredniego dostępu. Obozowa Mama to była figura miłości, ofiarności, dobroci, ale przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa. W bezkompromisowym obozowym świecie rodzące kobiety mogły choć na chwilę uwierzyć, że komukolwiek na nich zależy. Że są ważne, a to, iż rodzą, to mimo wszystko cud istnienia. W samym środku piekła, pośród brudu i szczurów, ze świadomością, że za chwilę będzie się świadkiem uśmiercania tego życia, które wydało się na świat z miłością, ale i wielkim trudem. Leszczyńskiej przygląda się narratorka powieści. Artystka, która ma ten komfort, że po obozowej traumie może układać sobie życie i jego filozofię połączyć z bolesnym doświadczeniem obozu. Kobieta znajduje się blisko Mamy, bo niebawem ma rodzić. Przygląda się temu, jak wyglądają inne porody. Podziwia niezachwianą determinację Leszczyńskiej, która przeciwstawiła się zabijaniu, była zdeterminowana i prezentowała siłę oporu nawet wobec Mengelego, który tutaj portretowany jest jako bohater z tła, jednak bardzo wyrazisty.

Obserwacje narratorki idą w parze z jej rozmyślaniami o tym, jak odbudowuje się życie po doświadczeniu Auschwitz. Jak przygląda się codziennemu funkcjonowaniu i co w tym funkcjonowaniu nabiera innego sensu. Nade wszystko jednak jest to narracja niebywałego podziwu dla kobiety, która w otoczeniu każdej formy zła cały czas widziała dobro. Dostrzegała je we wszystkich ludziach – w katach i ofiarach. Ta niezwykła zdolność do niepoddawania się złym emocjom, polegająca na odbieraniu wewnętrznej potrzeby odwetu za uczynione zło, staje się cechą charakterystyczną kobiety, która towarzyszyła każdemu nowemu życiu w przyjściu na świat, w którym żyć przecież nie było warto. Postawa Leszczyńskiej – zapamiętana przez dojrzałą artystkę, która zachowuje jej formę buntu wobec zła jako wzór i jako niezwykłe wspomnienie – jest u Knedler trochę enigmatyczna, nieco zastanawiająca. Skryta przed nami sfera przeżyć Mamy staje się zagadką tej powieści. Bo „Położna z Auschwitz” to obraz pełen niedowierzania, zachwytu i jednocześnie przekonania, że ludzka dobroć jest czymś, czego nie zniszczą najbardziej nawet okrutne okoliczności. Dlatego ważne w tej książce jest nie tyle portretowanie trudnych sytuacji młodych matek, które cierpiały podwójnie – z powodu porodu i jego konsekwencji – ile przede wszystkim zwracanie uwagi na to, w jaki sposób pokora z jednoczesną determinacją wpływają potem na inne życie. Kobiety, która może wyrazić ból istnienia poprzez sztukę. Tej poszukującej odpowiedzi na pytania, które dla Stanisławy Leszczyńskiej zawsze były proste. Konstrukcja książki to opowieść o szukaniu zrozumienia – dla wdzięczności, niebywałej siły i pokornego, lecz bardzo konsekwentnego przekonania o tym, że mimo zagłady człowieczeństwa świat nie zmierzał ku temu, by człowiek przestawał nim być.

Nade wszystko jednak „Położna z Auschwitz” to przejmująca historia kobiecej solidarności. Mama przygląda się i przysłuchuje każdej rodzącej, w której na chwilę znika poczucie przerażenia, a danie życia staje się symbolicznym sprzeciwem wobec rzeczywistości śmierci. Knedler zaznacza, że dynamika i różnorodność kobiecych charakterów zestrajają się w opisanej sztubie położniczej w niezwykłe połączenie świadczące o tym, że ludzka wrażliwość jest czymś niezwykle skomplikowanym. Autorka nie idzie w stronę uproszczeń, nie portretuje cierpień i ulg swoich kobiet w jednolitym wymiarze. Wstrząsa i przejmuje historia jednej z Polek, która dopasowała się do okrucieństwa obozowej rzeczywistości, wrosła w nią i nauczyła się jej okrutnych praw, uznała je za prawa nowego życia. Leszczyńska jest tu symbolem bezwzględnego oporu wobec otaczającego ją zła. Ale jej działania nie ujawniają czytelnego buntu. To nie jest też postać, która w tej powieści zaraża jakąś charyzmą. Nie, jej siłą jest wiara w dobroć i konsekwencja w działaniu. Ale także przekonanie, że wykonuje pracę najważniejszą, bo skoncentrowaną na dawaniu życia, a nie jego odbieraniu. Wybrzmiewa to bardzo mocno, a Magda Knedler pisze w takim stylu, że sięga głęboko, jednak unika patosu, prostych rozróżnień, w końcu dydaktycznego tonu.

Czy niewzruszony spokój był wtedy jedyną godną formą oporu wobec zła? Skąd się brał, co go kształtowało? Narratorka powieści po latach żyje wciąż w niepokoju tego, czy powojenny sens, tak zwany sens normalnego życia, jest pochodną mądrości i dobroci ludzi pokroju Leszczyńskiej, czy też kolejnym zbiegiem okoliczności, tym razem lepszym, ale takim, wobec którego wciąż trzeba żywić dystans i tkwić w lęku. „Położna z Auschwitz” opowiada o kobiecie dającej innym złudzenie poczucia bezpieczeństwa. Ale także portretuje pamięć o tym, że bez względu na to, jak wygląda świat po Zagładzie, pozostaje w nim pewność tego, że można pozostać czułym wobec strachu i stanowczym w sprzeciwianiu się złu. Mądra narracja o pośredniczeniu w przekazywaniu nowego życia, a wraz z nim nadziei. Jednocześnie mocna, wstrząsająca i pełna mrocznych faktów opowieść o piekle Auschwitz. Piekle kobiet z podwójnym pragnieniem życia.

2020-01-06

„Wtedy w Loszoncu” Peter Balko


Wydawca: Biblioteka Słów

Data wydania: 8 listopada 2019

Liczba stron: 200

Przekład: Miłosz Waligórski

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 29,90 zł

Tytuł recenzji: Dzieciństwo i pamięć

Muszę zacząć od tego, że chciałbym wierzyć Peterowi Balko, ale mu nie wierzę. Ta książka miała być w zamierzeniu rasową powieścią inicjacyjną, w której dziecięca wrażliwość zderza się z pamięcią mitologizującą miejsca, postacie, zdarzenia i pojawiające się wraz z nimi myśli, ale ostatecznie trudno określić, kto się w niej wypowiada i przede wszystkim – w jaki sposób to robi. Sam początek – list dziewięciolatka przedstawiający panoramę ponurego miasteczka gdzieś na peryferiach świata, które później barwna narracja pokoloruje i uczyni magicznym – to całkiem widoczna mistyfikacja. W takich słowach o najbardziej nawet oswojonej rzeczywistości dziewięcioletni chłopiec się nie wypowie. Późniejsza narracja, kiedy pozna się jej tryb porządkowania, jest oczywiście wiarygodna, ale Balko już na wstępie daje czytelny sygnał, że nie jest do końca przekonany, z jakiej perspektywy opisywać Loszonc, rozwijającą się tam przyjaźń oraz wszystkie surrealistyczne i baśniowe historie, które rozgrywają się między rzeczywistością a światem rojeń dziecka. Powieść jest w gruncie rzeczy chaotyczna, jeśli chodzi o stylistykę i konstrukcję. Są momenty zachwycające i pełne czułości, ale są też strony – jak historia fioletowego noża myśliwskiego – które przypominają szkolne gry redakcyjne, kiedy uczeń zaczyna pisać opowiadanie, a potem kolejny pośród wrzawy i śmiechu dopisuje do tego ciąg dalszy, przekazując kartkę następnej osobie. Poza irytacją tak pisaną książką pojawia się jeszcze jedna wątpliwość. Czy osiem i dziewięć lat to jednak nie za wcześnie na tak znaczące i ważne przeżycia pokoleniowe, które kształtują dorosłą osobowość oraz doskonale pozostają w pamięci na lata?

Jakkolwiek by spojrzeć na „Wtedy w Loszoncu”, jest to na pewno formalny eksperyment i próba wydobycia na światło dzienne czegoś więcej niż literatura opowiadająca o przestrzeniach dorastania, w których elementy rzeczywiste łączą się z zaskakującymi wizjami tworzonymi przez wyobraźnię. Loszonc – miasto na granicy dwóch państw, które historia lokowała raz w jednym, raz w drugim – jest oczywiście tylko punktem wyjścia do opowieści o dziecięcych niespełnieniach, które rekompensuje bogata wyobraźnia. Ale to też historia ważnych relacji – rodzinnych, przyjacielskich, pierwszego adorowania pięknej dziewczyny i pierwszego rozczarowania miłosnego. Balko koncentruje się na relacji dwóch chłopaków, którzy wzajemnie się uzupełniają. Charyzmatyczny Kapia to buntownik i prowokator urastający w oczach zachowawczego Lewiatana, bo odsłania mu świat w taki sposób, w jaki mniej odważny chłopiec sam nie mógłby mu się przyjrzeć. Balko każe zastanawiać się nad tym, skąd biorą się pokłady agresji Kapii, i nawet sugeruje w jednym momencie, że dowiemy się tego, ale nie dowiadujemy się niczego. Najciekawsza chyba postać tej powieści zostaje jakoś konstrukcyjnie porzucona. Kapia staje się niewiarygodny, a zaczyna się wierzyć w opowieści, fantazje i wymysły narratora, cierpiącego z powodu wyobcowania wywołanego tuszą i pewną nieprzystawalnością do świata.

Lewiatan opowiada o swoich więziach emocjonalnych. O tym, co znaczyło dla niego przywiązanie do drugiego człowieka, zaufanie względem niego i jak rodziła się potrzeba doświadczania świata z kimś u swojego boku. Z przewodnikiem i bratnią duszą. Z kimś, z kim więź emocjonalna musi być naprawdę silna. Dlatego Balko koncentruje się tu przede wszystkim na kształtowanych relacjach z przyjacielem, dzięki któremu mógł rozumieć skomplikowany świat wokół – nawet wówczas, kiedy kumpel wyjaśniał mu wszystko w pokrętnej logice buntownika i chłopca przekonanego o tym, że prawie wszyscy ludzie są źli. Lewiatanowi odpowiada jednak cały szereg uprzedzeń Kapii. Co więcej – na nich i na gruncie własnej nieposkromionej fantazji obaj kreują inne oblicze Loszonca, chcą tam być i mieszkać na swoich chłopięcych zasadach. Balko podkreśla to swoją buńczuczną, nonszalancką frazą, ale potrafi być też liryczny. Ta przyjaźń ma surowe, ale i bardzo głębokie oblicze. Kształtuje się wraz z porządkowaniem wspomnień. A może wbrew nim, bo relacja chłopców nie poddaje się logice i porządkowi upływu czasu. Powieść prezentuje się naprawdę nieźle w tych fragmentach, w których słowacki autor oddaje magię i niezwykłość dziecięcych doznań chłopaka będącego nadwrażliwcem. Ujmującego rzeczywistość w swoje charakterystyczne ramy jej postrzegania. Wówczas „Wtedy w Loszoncu” iskrzy, bardzo przykuwa uwagę. A potem można dojść do wniosku, że w obręb bardzo skromnej objętościowo prozy wkracza zbyt wiele sposobów oraz technik opowiadania o imago mundi.

Czytelna scena palenia zabawek definiuje czas, w jakim musi się po latach znaleźć dzięki pamięci i zapiskom dorosły już mężczyzna. Prawdziwy narrator podkreślający, co nadal jest ważne, co niezmienne. Ta sentymentalna podróż, w której retrospekcje mieszają się z poetycką, a czasem buńczuczną wyobraźnią, stara się pokazać, czym jest dom, z którego wyrastamy i który staje się dla nas miejscem pierwszym, przestrzenią najważniejszych doświadczeń. Te doświadczenia przybierają oczywiście różny kształt i bardzo różnorodnie są nazywane. Warto zwrócić uwagę, że pośród ekscentrycznych postaci, nieprawdopodobnych zdarzeń czy kierowania nas ku drobiazgom, o jakich w dzieciństwie tak często się pamięta, Peter Balko chce przede wszystkim opowiedzieć o własnej tożsamości. O tym, jak dojrzewa i wydobywa się ze wspomnień. Ale też o rzeczach i sprawach, które zawsze są w życiu najważniejsze, tylko potem jakoś tracą wyraźne kontury, rozmywają się w prozie życia, nie są punktami wyjścia ani odniesienia.

Koncepcja tej powieści w moim odczuciu jest po prostu mocno przekombinowana. Opowiada o kwestiach wymienionych wyżej, ale w bardzo różny sposób. Cały czas myślę, czy ta konstrukcyjna niespójność została dobrze przez autora przemyślana, bo jeśli tak – po prostu się w tym nie odnalazłem i nie warto utyskiwać na to, jak formalnie ta książka jest zbudowana. Można natomiast odnieść wrażenie – myślę, że nie będzie ono moim subiektywnym – iż jest się tu trochę atakowanym. Dlaczego? Wiemy, że autor świetnie radzi sobie z językiem, potrafi być autoironiczny, sentymentalny i jednocześnie prowokacyjny. Trochę jest tak, jakby Balko w jednej krótkiej powieści chciał pokazać cały swój pisarski potencjał. Napuszył się przed czytelnikiem i za pomocą fragmentów pokazał swoje możliwości frazy i języka. Wychodzi z tego jednak rozczarowujący chaos. Szkoda, bo sama historia ma też znamiona uniwersalnej opowieści przede wszystkim o doświadczaniu utrat i o tym, jak w życiu zastąpić sobie pustkę. Powieść o pamięci, która łudzi i inspiruje, jest dla mnie jednocześnie książką zagadką. Przyznam, że chwilami znalazłem się gdzieś na obrzeżach tej historii jak sam Loszonc i jego przestrzeń zostają wypierane przez narratora na niezwykłe peryferia. Dlatego po prostu nie uwierzyłem tej powieści.

2020-01-03

„Nic osobistego. Sprawa Janusza Walusia” Cezary Łazarewicz


Wydawca: Sonia Draga

Data wydania: 30 października 2019

Liczba stron: 264

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Morderstwo i mit

Ten reportaż to czytelnicza bomba, bo nie można się od niego oderwać, ale po przeczytaniu pozostaje w głowie bardzo długo. Może dlatego, że Cezary Łazarewicz wykonał naprawdę doskonałą reporterską robotę, tropiąc ślady i wskazując tezy dotyczące morderstwa w Republice Południowej Afryki, które wstrząsnęło tamtejszą opinią publiczną. Odnieść można wrażenie, że autor nie pozwolił na to, by czyjś głos w tej sprawie uszedł jego uwagi. Proponuje podróż po skomplikowanych relacjach społeczno-politycznych kraju, w którym wciąż na nowo narastają antagonizmy, a ich istota jest bardzo złożona. Przyznam, że bardziej zniuansował tę skomplikowaną problematykę Wojciech Albiński w „Soweto – my love”, ale celem Łazarewicza nie jest stworzenie obrazu RPA i trudnej państwowości tego miejsca, w którym apartheid nieustannie  dzieli i komplikuje rzeczywistość. Opowiadając o Januszu Walusiu, który 10 kwietnia 1993 roku zastrzelił lidera partii komunistycznej Chrisa Haniego, chce opowiedzieć o destrukcyjnym wpływie plag wspominanych już we wstępie, gdzie autor przywołuje znany cytat Ryszarda Kapuścińskiego o nacjonalizmie, rasizmie i fundamentalizmie religijnym. Ale również skierować uwagę czytelnika na polski aspekt tego spektakularnego morderstwa. Tu mam trochę wątpliwości, gdy Łazarewicz już na wstępie narzuca pewien rodzaj interpretacji, i z dużym dystansem patrzę na trochę naciągane łączenie sprawy Walusia z odradzającymi się w Polsce ruchami nacjonalistycznymi i konserwatywnymi. Tak, zajrzałem na wskazany w reportażu facebookowy fanpage, przejrzałem zawartość, rozmyślałem nad tym, w jaki sposób w naszym kraju tworzy się z mordercy bohatera, ale odnoszę wrażenie, że cała sprawa dotyka przede wszystkim złożonej struktury funkcjonowania Republiki Południowej Afryki i pokazuje ją z różnych perspektyw, w dużo mniejszym zaś przedstawia wieczną polską skłonność do mitologizowania działań i gloryfikowania w roli bohaterów postaci co najmniej niejednoznacznych.

Bo Janusz Waluś nie jest mordercą, którego można łatwo zdefiniować. Moc tej książki opiera się właśnie na jego silnej osobowości. Na specyficznym rodzaju radykalizacji oraz konsekwencji w działaniu i poglądach. Rozmowy ze skazanym początkowo na śmierć, do dzisiaj odbywającym wyrok pozbawienia wolności, dodają na pewno całej sprawie sporo kontrowersji i pewnie słuszne jest działanie Łazarewicza, który podejmuje temat ponownie sześć lat po Michale Zichlarzu publikującym „Zabić Haniego”. W całej tej sprawie pojawiło się w międzyczasie sporo różnych tropów. Po latach to zabójstwo jest odbierane i komentowane tak, jak nikt nie przypuszczałby wówczas, gdy miało miejsce. „Nic osobistego” to opowieść o zbrodni, która stała się punktem odniesienia do rewizji własnych poglądów na sprawę państwa i społeczeństwa, ale też zbrodni polaryzującej – dawniej i dzisiaj – opinię publiczną. Waluś przez wielu nazywany jest bohaterem. Sam uznaje, że to, co zrobił przez laty, było wykonaniem jakiejś misji dziejowej. Pośród wielu punktów widzenia, które brzmią tu w niepokojącej polifonii, nie można zapominać o tym, co jest istotą tej książki. A to opowieść o człowieku, który z zimną krwią zamordował drugiego człowieka tylko dlatego, że miał inne poglądy polityczne.

Tu warto nawiązać do tytułu – moim zdaniem świetnie dobranego. Waluś sam określa zabójstwo Haniego jako zlecenie, zadanie do wykonania. Nie zabijał człowieka, zabijał jego poglądy. To nie są absurdalne wyjaśnienia, jeśli weźmie się pod uwagę to, jak szeroko ten mord rezonował pośród wielu zwolenników działań Walusia. Mamy tu do czynienia z banalizacją zbrodni, co przypomina tłumaczenia Niemców obsługujących obozy koncentracyjne. Dla Walusia jego zbrodnia to zadanie, które miał wykonać. Ofiara nie miała ludzkiej tożsamości, była obiektem do eliminacji. Całe lata skazany powtarza, że nie czuje się więźniem kryminalnym, lecz politycznym. Łazarewicz stara się pokazać – i wychodzi mu to doskonale – w jaki sposób morderstwo pierwszego stopnia można usankcjonować ideologią. To niebywałe, ile teorii spiskowych stawiano potem za tym, co zrobił bohater tego reportażu. I nie mam na myśli tych najbardziej absurdalnych – a do wszystkich odnosi się autor – lecz te związane z usuwaniem ze świadomości faktu, iż jeden mężczyzna morduje drugiego mężczyznę. Zabójstwo Haniego stało się rzeczywiście sprawą polityczną i w takim kontekście wciąż było rozpatrywane. To także polityka nie pozwoliła na zwolnienie warunkowe Walusia. Jest on jednym z najdłużej odsiadujących karę więźniów w Republice Południowej Afryki. Pytanie Łazarewicza odnosi się do tego, czym jest ta kara, ale przede wszystkim – za co została zasądzona.

Jak wspomniałem, autor nie zostawia żadnego tropu w tej sprawie. Rozmawia z ludźmi, którzy w czasie zbrodni nadali jej status i określili się wobec niej, ale także z tymi, dla których Janusz Waluś przez lata stał się postacią niemal ikoniczną. Człowiekiem, za którego działaniem miała stać potężna ideologia. Kimś, kto dopiero po fakcie zrozumiał, czym była zbrodnia. I że ta zbrodnia przestaje nią być w naturalnym, oczywistym znaczeniu. „Nic osobistego” to bowiem odważny i wielowątkowy reportaż o istocie rasizmu oraz o stojących za nim dalszych uprzedzeniach. O tym, w jaki sposób RPA rozwija państwowość w cieniu wiecznych konfliktów rasowych, w które doskonale wpisuje się polityka. Łazarewicz nie przygląda się tylko temu, jak Walusia odbierają inni ludzie. Koncentruje się także na życiu samego Haniego, jedzie do jego rodzinnej miejscowości, rozmawia z rodziną, obrazuje niekonwencjonalną relację jednej z jego córek, która zbliża się do mordercy ojca.

Ale myślę, że najbardziej zapadają w pamięć dwa opisane tutaj spotkania. Jedno z kolegą z młodości Walusia manifestującym niezrozumienie tego, jak człowiek może zabić drugiego człowieka, a potem przytaczającym argumenty świadczące o tym, że… rozumie sytuację swojego znajomego, jego potrzebę wyjścia na wolność, słuszność tej potrzeby, oczywistość takiego obrotu spraw, takiej sprawiedliwości. Druga zajmująca uwagę bohaterka tego reportażu to żona Clive’a Derby-Lewisa, parlamentarzysty skazanego w procesie razem z Walusiem, z pełnym przekonaniem opowiadająca o wyższości białego człowieka nad czarnym. W całym skomplikowanym obrazie portretowanej sprawy zacierać się może to, że w tej zbrodni chodziło także o rasizm. Rozmowy ze wskazaną kobietą każą wrócić do tego, co jest istotą tej książki i jej ostrzeżeniem. Duże wrażenie robią również monologi samego Walusia. Komentarzami do nich są dyskusje o tym, jak jego czyn był i jest postrzegany zarówno w RPA, jak i w Polsce.

„Nic osobistego” to historia o tym, jak może być odbierana i rozumiana zbrodnia – przez samego zabijającego i ludzi, który gotowi są interpretować oraz oceniać jego zachowanie. Łazarewicz opisuje niebezpieczny mechanizm wypierania zasadniczej istoty bezkompromisowego odbierania życia człowiekowi przez człowieka albo oddalania się od niej. Zbrodnia staje się tutaj manifestem, początkiem ideologicznych debat, punktem wyjścia do rozważań o trudnej państwowości, w końcu mitem, dzięki któremu można przekonać samego siebie, że konserwatywne uprzedzenia i idiosynkrazje są zasadne. To także fascynujący wizerunek zbrodniarza – bardzo niejednoznaczny, budowany z jego przemyśleń i wspomnień, ale przede wszystkim przemyśleń ludzi, którym kiedyś był bliski, którzy są w stanie część jego postępowania usprawiedliwić. Uciśniony przez polski komunizm nieszczęśliwy człowiek, który w imię nienawiści do systemu zdecydował się na radykalne działanie? A może ktoś, komu polska komuna nic nie zrobiła, oddała tylko samochody do zabawy i rozbijania, a morderstwo stało się pochodną wyjątkowej podatności na sugestie? Jakkolwiek ujrzymy w tym reportażu Janusza Walusia, to ważny tekst o tym, że między ideą a działaniem może być bardzo cienka granica. To może być granica zła, do którego później możemy dobrać dodatkową ideologię i łatwo je usankcjonować.

2020-01-01

„Gdzie śpiewają raki” Delia Owens


Wydawca: Świat Książki

Data wydania: 13 listopada 2019

Liczba stron: 416

Przekład: Bohdan Maliborski

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Natura i wyobcowanie

Ogromna popularność, jaką w Stanach Zjednoczonych cieszy się ta tendencyjna i przez cały czas manipulująca czytelnikiem powieść, wcale mnie nie dziwi. Późna amerykańska debiutantka – jak każda, nawet młodziutka, składająca podobne podziękowania – zawdzięcza dużo rozwiniętej za oceanem organizacji biznesowej, jaką jest agentura literacka. Tam wystarczy napisać książkę prawdziwymi emocjami – i dzięki wsparciu kogoś wierzącego w te emocje zdobywa się szturmem czytelników. Jakże odmienne jest to od sytuacji polskiego pisarza, w znakomitej większości pozostawionego samemu sobie. Delii Owens udała się sztuka chwycenia za serce agenta, a potem – w oczywistej konsekwencji – milionów rodaków. Dlaczego ta powieść jest dla mnie rozczarowaniem? Przede wszystkim dlatego, że przypomina trochę historię obyczajową spod znaku harlequina, ale jest jednocześnie nowatorska, bo – to trzeba przyznać autorce – z niezwykłą empatią i sugestywnością opowiada o świecie natury. Co więcej, całkiem ciekawie wiąże kwestie instynktów przyrody z tym, jak żyją i funkcjonują ludzie, zwłaszcza w relacjach z płcią przeciwną. Poza tym jest to rzecz o bolesnych truizmach, łatwo wyciskająca łzy, uznająca proste rozwiązania fabularne, ale przede wszystkim tak konstruująca postać głównej bohaterki, że nawet gdyby wyrżnęła piłą łańcuchową połowę nieprzychylnego jej miasteczka, nadal wzbudzałaby współczucie i czytelnik stałby po jej stronie bezwarunkowo.

Kya zbiera ciosy od losu od samego początku swojego trudnego życia. Opowieść otwiera przejmująca scena, w której dziewczynka widzi odchodzącą matkę. Matkę doświadczającą przemocy domowej, która decyduje się zostawić swoje dzieci, nie dając sześciolatce szansy na pożegnanie. Ta bolesna i bardzo sugestywnie sportretowana trauma osiądzie w świadomości Kyi na zawsze. A potem dzieje się już tylko to, co Owens uzna za konsekwentnie budowany wizerunek outsiderki. Dziewczynką nie interesuje się opieka socjalna, to ona ma się do niej zgłosić, pozostając sama w chacie na odludziu. Jej doświadczenia z systemem edukacji obejmują tylko jeden dzień. Najzwyczajniej w świecie Kya nie odwiedza ponownie już żadnej szkoły, bo dzieci ją wyśmiewają. Funkcjonowanie porzuconego dziecka sportretowano jako bezkompromisową walkę o przetrwanie. Wystarczą małże czy kasza. Otoczenie ją stygmatyzuje i nie znajduje się ani jedna kompetentna osoba, która mogłaby zmienić bieg wydarzeń w życiu Kyi. Tak jakby Delia Owens stanowczo podkreślała, że nie było innych opcji, bohaterka musiała wrosnąć w samotność i poczucie bycia zbędną w małej społeczności, w której jedynymi ludźmi wykazującymi się wobec niej empatią są czarnoskórzy… wówczas, gdy w portretowanym środowisku lat pięćdziesiątych minionego stulecia wyraźnie zaznaczone są antagonizmy na tle rasowym. Pamiętajmy, kto ma być dobry, a kto zły.

Tyle wystarczy, by czytać „Gdzie śpiewają raki” z dużym dystansem już od samego początku. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że w dramat bohaterki można uwierzyć i sama Owens stara się go sportretować bardzo nietuzinkowo. Wtedy, kiedy zbliża wrażliwość stygmatyzowanej dziewczyny z niezwykłością świata przyrody, w którym odnajduje ona swoje miejsce. Ujmujące są opisy miejsc oraz zachowań świata przyrody, które w znacznej mierze determinują działanie najpierw dziewczyny, potem dorosłej kobiety. Jej życie zespolone jest z bagnami i rozlewiskami w taki sposób, że nawet każdy element wystroju domu świadczy o tym, że Kya wyrasta ze swojego dzikiego otoczenia, jest jego częścią, stamtąd wydobywają się jej pomysły oraz artyzm, bo bohaterka stanie się uznaną pisarką, choć dość specyficznych książek. A niestety w międzyczasie pojawia się oczywiście miłość – ta podła i pełna rozgoryczeń, ale i ta spełniona, oczywista w swej wymowie i lukrowana w tak dosadny sposób, że trudno znieść relacje Kyi z mężczyzną, którego kocha i którego jednocześnie się obawia, gdy rani on jej uczucia i niszczy zaufanie do siebie. W to wszystko wpleciony zostaje – bardzo na siłę – jeszcze wątek kryminalny. Denatem jest mężczyzna, z którym Kya chciała ułożyć sobie życie. Teraz posądzana jest o to, że zabiła go z premedytacją. Spora część powieści to zapis tendencyjnego procesu sądowego, w którym wszystko jest absurdalne… a jednak finał sprawy może zaskoczyć i tu składam ukłon autorce, gdyż stwarza świetne zamieszanie w swoim świecie przedstawionym.

Ta powieść ma opowiedzieć o tym, jak bardzo potrafimy oddalać się od ludzi, kiedy tylko oni zaczną oddalać się od nas. System emocjonalnych naczyń połączonych nie jest tu jednak przedstawiony w żaden twórczy czy oryginalny sposób. Jest społeczność, która – jak każda taka – trzyma się lokalnych zwyczajów, a moralność buduje w odniesieniu do tego, co dobre dla stada. Owens ujawnia prowincjonalną małostkowość, łatwość manipulacji otoczeniem, podatność na stereotypy i więź łączącą tych, którzy codziennie robią coś podobnego oraz myślą podobnie. Oddalona od społeczności Kya musi zbudować pewność siebie na bardzo kruchych fundamentach. Jest wystarczająco często porzucana, by należało tylko jej współczuć i ubolewać nad jej losem.

Prosta konstrukcja emocjonalna bohaterki dałaby się jeszcze obronić, bo taka naiwność wydobyta ze świata naturalnych praw, gdzie nie ma ukrytych intencji, a przede wszystkim zła, może być wiarygodna. Gorzej, że tak przedstawioną postać Delia Owens doświadcza manipulacyjnymi dla czytelnika zbiegami okoliczności. Najciekawsza, bo jedyna niejednoznaczna, przestrzeń tej powieści to właśnie świat natury, gdzie spokój chce odnaleźć Kya. Reszta jej zachowań, oczekiwań, rozczarowań i bólu to są już sprawy umiejętnie zintensyfikowane. Przez to powieść traci wiarygodność, ale wciąż trzyma w emocjonalnym klinczu. Nie można Owens czytać bez emocji i to one biorą górę. To literatura środka, w której dokonuje się brutalna ingerencja w to, jak czytelnik powinien postrzegać bohaterkę i zdarzenia. I dzieje się to bezpardonowo już od samego początku. Dlatego „Gdzie śpiewają raki” to niewątpliwie książka zapadająca w pamięć, ale jednocześnie rzecz o bardzo prostych przeżyciach. A przecież cała sportretowana tutaj sytuacja jest na tyle skomplikowana, że Owens mogłaby pozwolić przynajmniej na kilka tropów pozostawiających w niepewności, jak osądzić to, co przeczytane. Lektura jest zatem dość zajmująca, nie można jej odmówić dynamizmu i są fragmenty, które naprawdę można przyswajać na wdechu, ale potem pojawia się rozczarowanie. Otrzymujemy kilka historii, które gdzieś i przez kogoś wielokrotnie zostały już opowiedziane. Widzimy bohaterów zdeterminowanych przez oczywiste pragnienia, znajdujących się w bardzo prozaicznych zbiegach okoliczności i te zbiegi okoliczności mają oczywiste konsekwencje dla ich emocji oraz późniejszych zachowań. To wszystko jest nie tylko płytkie i w swej wymowie za bardzo oczywiste. To przede wszystkim powieść, w której za dużo się domyślamy, a jeszcze więcej wiemy na pewno. A we współczesnej literaturze obyczajowej – zwłaszcza amerykańskiej, w której autorowi mają pomóc profesjonalni agenci – nie lubię uproszczeń.