2018-04-06

„Inne historie miłosne” Lucian Dan Teodorovici


Wydawca: Amaltea

Data wydania: 16 kwietnia 2018

Liczba stron: 200

Przekład: Radosława Janowska-Lascar

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Fantazje o uczuciach

Lucian Dan Teodorovici doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że o miłości napisano już wszystko. Postanowił zatem przyjrzeć się temu, w jaki sposób jej poszukujemy, a także przeanalizować, co dzieje się z miłością „okrzepłą”, taką uznaną za oczywistą i niezmuszającą już do tego, by walczyć lub odkrywać. Portretuje ludzi gotowych poświęcić dla miłości wszystko, a także nieświadomych tego, że właśnie jej doświadczają. Oblicza zakochania także są bardzo różnorodne, łączy się z nimi sporo nieprzewidywalnych wydarzeń. Jedenaście opowiadań z męskimi narratorami – co absolutnie nie zawęża perspektywy opisu – odkrywa przed nami wspomnienia, niepokojący czas teraźniejszy, ale także skryte fantazje o tym, co nas może czekać. Nas, którzy wciąż tak rozpaczliwie szukamy miłości. Nawet wówczas, gdy jesteśmy pewni, że ją znaleźliśmy i oswoiliśmy, bo przecież chodzi o te „motylki w brzuchu”, a może o to, że miłość zmusza, by wciąż zadawać o nią pytania i nigdy nie być pewnym odpowiedzi.

Część bohaterów opowiadań jest już w wieku, w którym – jak wspomina jeden z nich – nie robi się życiowych planów, lecz przede wszystkim się je realizuje. Oni zdają się mieć pewność tego, czym jest miłość, i mogą ją wskazać. Siedzi tuż obok albo jest blisko. Patrzy z czułością i wszystko rozumie. Nie potrzebuje zapewnień, bo jest już zdobyta i pewna wszystkiego. Czy tak jest rzeczywiście? Autor umiejętnie podkreśla iskrzenie w relacjach, kiedy zadawane są pytania o uczucia albo te uczucia w jakiś sposób trzeba obnażyć. Najlepiej widać te wieloznaczności miłosne w momentach, w których związek się rozpada, ale nie jest powiedziane, że każdy ma iść w swoją stronę, bo ta wspólna dotychczasowa okazuje się czymś dużo trwalszym niż można to było przewidzieć. Świetnie pokazane jest to w „Nurkowaniu”, gdzie bohater dopiero pod wodą ujrzy w pewnym stopniu swoją ukochaną naprawdę. Podobny problem – choć inaczej przedstawiony – obrazuje opowiadanie „Noc w hotelu”. Mam wrażenie, że wówczas, gdy rumuński pisarz przedstawia nam anatomię związku po jego rozpadzie, uwypukla te najważniejsze jego kontury. Pokazuje, że odejść to nie zawsze znaczy zapomnieć. Udowadnia, że dystans pozwala spojrzeć na miłość z innej strony, ujrzeć jej siłę w zaskakującym świetle.

Są też opowiadania będące wspomnieniami z dzieciństwa. Z czasu, w którym o miłości niczego się nie wiedziało, a jednak dotknęła, zaznaczyła w sposób do zapamiętania na całe życie. Czy będzie to nieszczęśliwa miłość ze „Szczudeł”, czy też uczucie zakazane ze wszystkimi jego konsekwencjami, jak w „Wyprawie po gęsi”. Ciekawa jest perspektywa chłopca, który koduje wspomnienia i analizuje je po latach. A może do tej analizy zaprasza przede wszystkim czytelnika, albowiem Teodorovici jest w tym zbiorze mistrzem dwuznaczności, specyficznej groteski, także umiejętnie chwytającym bohaterów za słowa i nieprzypadkowo dynamizującym swoje narracje w wartkich dialogach.

W tej książce odnajdziemy bardzo wiele odniesień do muzyki. Dźwięczeć będą popkulturowe hity, ale wraz z nimi ujawni się dodatkowy pokład wrażliwości bohatera lub dwójki ludzi niemogących określić właściwego charakteru swoich relacji. Świetnie widać to w „Wilczku”, w którym pobrzmiewa World Party i Queen i gdzie bohaterowie podejmują się rozmowy na temat nurtujący zazwyczaj wszystkie pary, ale zwykle objęty jakimś zaskakująco silnym tabu. W opowiadaniach Teodoroviciego brzmi też Leonard Cohen, Glenn Gould czy Bob Dylan. Ale te dźwięki i przytaczane słowa piosenek to tylko jedna z proponowanych interpretacji tekstu. Ważne są polifoniczność, suspens oraz taka czytelnicza obecność w rozterkach bohaterów, że z opowiadań wydobywają się jeszcze inne, wyobrażone historie. I dlatego czyta się to z uwagą, lecz jednocześnie z uśmiechem. Widzi się oblicza bezbronności wobec miłości, ale obserwuje także obecność tych trzecich, którzy są problematyczni, lecz jednocześnie pozwalają parze zadać sobie krępujące pytania albo ujrzeć łączące uczucie w innym świetle.

„Inne historie miłosne” to również opowieść o tym, że miłość przytrafia się także złym ludziom. Porywy serca nieobce są byłym ubekom, wszak wszyscy jesteśmy spragnieni miłości, tylko w różnych sytuacjach oraz kontekstach Rumuni postanowili jej zaprzeczać. Teodorovici sygnalizuje mroczną rumuńską przeszłość, w której wychodziły na jaw okrutne ludzkie instynkty, ale także prawdziwe uczucia. Wspomina o tym pierwsze z opowiadań, ale także „Dokumenty” – pasjonujący obraz odkrywania tego, w jaki sposób miłość może przełamać wszelkie bariery i zawładnąć ludźmi, którzy w społeczeństwie nigdy nie mogliby wieść spokojnego życia pary. To miłość, która się wydarzyła i pozostawiła po sobie ślad. Są też bohaterowie, którzy wspominają ją bardzo subtelnie, ale wiemy, że myślą o uczuciu, którego już nie ma i nigdy nie będzie. Przejmujące opowiadanie „Wiele kilometrów stąd” pokazuje, co z nas zostaje, kiedy musimy się mierzyć z niezrozumiałym odejściem i melancholijną samotnością.

Lucian Dan Teodorovici potrafi być okrutny i wulgarny. Język niektórych bohaterów pokazuje ich bezkompromisowość w działaniu oraz myśleniu i wówczas autor zestawia z nią tak, a nie inaczej sportretowaną miłość. Gdzieś obok, ale w silnym związku z tymi, którzy odpychają, sami są odpychający, wydają się nie zasługiwać na subtelność uczucia. Takich zderzeń – różnego rodzaju i w różnych kontekstach – rumuński pisarz proponuje nam bardzo wiele. Cechą charakterystyczną „Innych historii miłosnych” jest różnorodność perspektyw oraz opisów. Zdziwienie tym, jaki kształt ma miłość oswojona. Gniew wobec jej utraty. Bezradność w momencie definiowania, czym ma być i co przynosić. Wszystko w słodko-gorzkiej tonacji tych mężczyzn, którzy na różnym etapie życia i z różnymi doświadczeniami zostali skonfrontowani z własnym wnętrzem, swymi potrzebami i oczekiwaniami. Miłość jest synonimem braku, odwagi, przygnębienia, rozczarowania, ale też specyficznej radości. I siły życia. Teodorovici pokaże nam, że miłość niekoniecznie się odnajduje, ale niezwykle fascynujące są jej wieczne poszukiwania.


PATRONAT MEDIALNY

2018-04-04

„Wszystkie zajęcia Yoirysa Manuela” Adam Kwaśny


Wydawca: La Compañia

Data wydania: 21 października 2017

Liczba stron: 208

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 34,99 zł

Tytuł recenzji: Oddech kubańskiej prowincji

Adam Kwaśny napisał niezwykłą i bezpretensjonalną książkę o Kubie. Nie tej znanej z kart powieści czy choćby sportretowanej w świetnej „Hawanie” Kurlansky’ego. Autor unika sztampowości, wymyka się prostym sądom. Ba, niczego nie osądza ani nie komentuje, nie podejmuje się żadnych prób interpretacji. Nie stawia siebie w pozycji kogoś najważniejszego, co jest częstym błędem reportażystów. Ale ta wyprawa na kubańską prowincję nie jest przecież reportażem. Kwaśny unika jednoznaczności i dzięki temu ta książka wymyka się ramom gatunkowym. Jest niezwykła nie tylko dlatego, że pięknie wydana z odważnym żółtym kolorem wiodącym, którego tak boją się wydawniczy graficy. Zabierając nas do Trinidadu,  daleko od opisywanej tak często Hawany – której cień pojawia się w tych opowieściach, bo to miejsce, do którego jedzie się, by spełniać marzenia albo gonić za złudzeniami – Adam Kwaśny topografię miejsca określi przez opowieści jego mieszkańców. „Wszystkie zajęcia Yoirysa Manuela” to historia sentymentalnych powrotów do świata, który śni się autorowi w pastelowych barwach, a każdy z tych powrotów jest rozumieniem tego, czym może być magia przynależności do innej kultury. Tę przynależność dostrzegamy wyraźnie, ale w żaden sposób nie jest ona werbalizowana. Kwaśny jest uważnym oraz czułym słuchaczem. Obserwatorem. Człowiekiem, któremu kubańska prowincja nakreśliła pewien życiowy azymut i stała się wiecznym punktem odniesienia. Ta książka to świadectwo umiejętności widzenia tego, co niezwykłe, w prostym życiu i jeszcze prostszych o nim opowieściach. Choć może nie do końca tak jest, gdy wkraczamy w sferę wierzeń dotyczących życia po śmierci. Na Kubie nie ma zmartwychwstania i nowej formy bytu. W Trinidadzie żyjący koegzystują z umarłymi. Niesamowite jest to, na ilu płaszczyznach się to odbywa. I jak barwnie można o tym opowiedzieć.

Strukturalnie „Wszystkie zajęcia Yoirysa Manuela” to dwadzieścia dwa rozdziały, ale przynajmniej trzy razy tyle historii, które wzajemnie się uzupełniają, bo i bohaterowie towarzyszą nam przez cały czas. Nawet wówczas, gdy nie ma ich już wśród żywych, albowiem Kwaśny w niektórych momentach tworzy coś na kształt epitafiów, ale także po to, by nawiązać do zasadniczej formy współistnienia społeczności Trinidadu z tymi, którzy przecież nie odeszli, choć nie można z nimi już wypić rumu o wschodzie słońca czy zapalić słodkiego papierosa. Postacią, wokół której koncentrują się spisane przez Adama Kwaśnego historie, jest Yoirys Manuel – lokalny kapłan i czarownik mający swoich uczniów. Człowiek bierny wobec wyzwań codzienności, lecz bardzo aktywny w sferze czarów, rytuałów, wierzeń tłumaczących istotę pustki lub lęku przed utratą bliskich ludzi. Yoirys Manuel wydaje się osobą z marginesu społecznego, a jednak ingeruje w życie wielu mieszkańców miasteczka. Te opowieści nakreślają, w jaki sposób zbudował charyzmę, jak powstał jego autorytet i jak to możliwe, że życiowo nieporadny trzydziestopięciolatek stał się postacią, wokół której koncentruje się tak wiele ważnych zdarzeń.

Ważne jest to, jak przedstawiani przez Kwaśnego Kubańczycy radzą sobie z utratą. Fenomenalnie nakreślone tło współistnienia żywych oraz duchów zmarłych funkcjonuje tu na kilku poziomach. W wymiarze społecznym porządkuje pewne relacje i jest punktem odniesienia do tworzenia nowych. Bardzo prywatnie jest przyczynkiem do osobistych wspomnień o tym, co sam Kwaśny otrzymał od tytułowego bohatera, i w definiowaniu tego, czym jest muerto – opiekuńczy duch, który towarzyszy autorowi nawet daleko od Kuby, w Krakowie. Tajemniczość i magia współistnieją z konkretnymi historiami o tym, jak zmarli ingerują w życie żywych, jak silnie na nich wpływają, w jaki sposób formują myślenie o świecie rzeczywistym. Temu, do którego odchodzą mieszkańcy Trinidadu, bramy otwiera ceiba – niezwykłe drzewo. Pod nim ktoś pisze wiersze, inni się biją, a pewna kobieta uznaje je za punkt wyjścia dla swojego macierzyństwa. Dusze zmarłych trzeba oswoić i dać im wszystko to, czego brakowało za życia. W tym znaczeniu kubańskie wierzenia to próby racjonalizowania niedostatków i bolączek codziennego życia. Bo życie kubańskiej prowincji naznaczane obecnościami cyklonów jest między tymi dynamicznymi zjawiskami bardzo senne, pozbawione nerwowości, jednocześnie osadzone w pewnym rodzaju deficytu – to Hawana jest centrum spełniania marzeń. W Trinidadzie można oswoić i pokonać lęki oraz frustracje u lokalnej kapłanki Violety. To ona uczy rozmawiać ze zmarłymi, bo te rozmowy porządkują życie, nadając mu większy sens. Istotne jest to, że nikt nikogo nie opuszcza, choć utraty bywają bolesne i niosą ze sobą przygnębienie. Trinidad zamieszkują żywi i umarli. Adam Kwaśny opowiada o tym, jak dobrze im ze sobą.

W tych historiach iskrzy galeria postaci, niesamowitych ludzi ze zwyczajnymi w gruncie rzeczy życiorysami. Jest miejscowy poeta pchający na co dzień taczki, który na dłoni rysuje dzieje Kuby z ich bezwzględnością i trudami. Jest miejscowy Medyk o nasieniu z porcelany, który kolekcjonuje krucyfiksy. Jest Bèlky, królowa kapeluszy. Ślepy plotkarz czy bębniarz przywołujący duchy. Jest wiekowy Don Cocodrilo, który zjadł duszę krokodyla, a także Carlito, któremu dziewczyna brzydnie po zapłodnieniu. Mamy także ekscentryków, którzy są postaciami z zewnątrz. Księdza ekshibicjonistę czy zaginionego kanadyjskiego turystę amanta. Tym lokalnym jest Tonio ze swą niefrasobliwością, a świat kobiet portretuje już moment celebrowanych piętnastych urodzin, kiedy dziewczynka przechodzi swoistą przemianę, a resztę w jej życiu dopisują dynamiczne relacje z mężczyznami.

Ważne są też transformacje. Dusza wkracza w świat przyrody czy jest obecna w danym przedmiocie. Myślę, że to obrazuje także zmiany, jakie zaszły w autorze tej książki. Każda kolejna wizyta w Trinidadzie, każdy następny powrót dają specyficzne poczucie spełnienia, wolności, oderwania od porządku kultury europejskiej. Yoirys Manuel symbolizuje człowieka, który w sensie dosłownym i magicznym potrafi dokonać transformacji wierzenia czy obyczaju. Adam Kwaśny udowadnia tą książką, że jest cały czas w procesie formowania pewnej nowej osobowości. Siebie zakotwiczonego w Trinidadzie, w systemie wartości i hierarchii wierzeń miasteczka. Dlatego „Wszystkie zajęcia Yoirysa Manuela” to książka niezwykła – bardzo osobista, lecz bez puent, niepotrzebnych tez, bez ocen i zaznaczania europejskiej wyższości. Te teksty, dodatkowo okraszone humorem, przenoszą nas do świata, który wydaje się bardzo odległy, ale w swoim wymiarze pokazuje, że tęsknoty, pragnienia, oczekiwania i przeżywanie przyjemności oraz smutku mogą być uniwersalne. Poza tym Kwaśny po prostu świetnie pisze. Egzotyczne gawędy zamieniają się w przypowieści o ludzkich namiętnościach oraz o kubańskiej historii, która zaznacza się w nich wyraźnie. Bo przecież to opowieści z lokalnym adresem, ale takie, z których można wynieść coś więcej niż pobieżną fascynację. Portretujące ludzi jakby oddalonych od cywilizacji, tworzących jednak swoją własną. Wspólnotę, której ducha odda tylko ktoś naprawdę pochłonięty przez codzienność odległego Trinidadu. Kwaśny zaprasza tam wyjątkowo sugestywnie. Warto się wybrać, poczytać, może nawet w pewne kwestie uwierzyć.

2018-04-02

Rozmowa z Agnieszką Wolny-Hamkało


Trochę tych książek czytam, łatwo się w nich zagubić. A jednak od dłuższego czasu powtarzam, że gdyby dano mi z dziesięć różnych arkuszy tekstu, od razu rozpoznałbym twoją frazę. Jak to robisz?

Charakterystyczny styl ma swoje wady. W pewnym stopniu blokuje niektórych czytelników na starcie. I nie mówimy o treści czy konstrukcji książki, tylko o materiale. Zatem jeśli ktoś mi nie uwierzy na początku – nie polubi mojej książki. Może ten styl to – jak to się mówi – gra pożądania i wyparcia? Mam na myśli utrzymywanie obiektu i jednocześnie wypieranie się go. Takie „drugie spojrzenie”, które daje stylizacja lekko kampowa czy ironiczna, wywodzi się z wiersza. Tekst przygląda się sam sobie. Taka dwuznaczność może być kłopotliwa: nie wiadomo, czy czytamy solenny tekst, czy może uśmiech autora jest podwójny.

A pisarz powinien się uśmiechać podczas pisania czy być śmiertelnie poważny?

To zależy, co pisze. Lubię wpuszczać psa do sklepu, metaforycznie rzecz ujmując. Chociaż trzeba uważać na tak zwany samośmiech, czyli uciechę, której nie podziela nikt oprócz autora. Pamiętam przegląd filmowy, na którym pokazano pięć ekranizacji Nałkowskiej – jedna po drugiej szły w studyjnym kinie. Był to cudowny koncept, ale okazał się czytelny dla niewielu. To się zdarza także na premierach teatralnych, na których wśród publiczności, na samej górze siedzi, zaśmiewając się do łez, autor tekstu.

Wspominałaś na Facebooku, że „Moja córka komunistka” zaabsorbowała cię tak mocno, że na długo zniknęłaś innym sprzed oczu i z komputerów. To rzeczywiście były krew, pot i łzy? Jak powstawała ta książka?

Obsesyjność związana z książką – czyli to, że przez jakiś czas skupiasz wszystkie myśli niemal wyłącznie na niej – zdarza się za każdym razem. Ale teraz starałam się jakoś chronić ten półświatek. Nie szaleć. Nie miałam więc na zewnątrz żadnych mechanizmów rozładowywania napięcia, które pisanie buduje. Za to mogłam skoncentrować się tylko na nim. Tak więc puste przebiegi, podczas których siedzisz rano przed komputerem, próbując wyrzucić z głowy obrazy z poprzedniego wieczoru, w ogóle nie miały miejsca.

Pięknie piszesz o nieobecnych. Mam na myśli matkę głównej bohaterki, która zmusiła córkę do konfrontacji z utratą, ale czym ona była – ceną samostanowienia i szczęścia tej, o której przecież nie opowiadasz?

Tak, matka musiała opuścić dom, żeby się wyemancypować, złapać jeszcze trochę szczęścia na odchodnym. W tamtym czasie w rodzinach używało się jeszcze czasownika „poświęcać się”. Realizowanie własnego scenariusza wymagało ze strony kobiety odwagi. Było nieakceptowane społecznie. Wiele lat temu miałam świetną terapeutkę, buddystkę, panią Basię. Pani Basia była przeciwna tego typu „poświęceniom”, toksycznym, obciążającym całą rodzinę. Jeśli matka umiera i dziecko dostaje w spadku stare volvo – zabiera stare volvo i jedzie w świat. Czym prędzej, tym lepiej. Wymuszone z zewnątrz rytuały żałobne to opresja. Mama bohaterki zobaczyła na końcu ulicy swoje stare volvo i ruszyła w świat. Bardzo się z tego razem z nią cieszyłam.

W tej figurze matki poświęcającej się nie kryje się pewien aspekt opresyjności względem kobiet, które wytwarzają kultura i społeczeństwo?

To nasz ulubiony narodowy mit: matka Polka, matka gastronomiczna, matka heroiczna. Zawsze niosąca jakiś ciężar, powinność. I tej powinności bardzo się pilnuje, dyscyplinując matkę do roli. Mimo że idzie za tym utrata podmiotowości, prywatnego czasu. Jest w tym mnóstwo szantażu emocjonalnego.

Nie chcę rozmawiać o tym, na ile autobiograficzna jest „Moja córka komunistka”, niech czytelnicy pozostaną w niedopowiedzeniu. Ale jedna z opisanych historii nie daje mi spokoju. Siedmioletnia Ania odnajduje w lesie słodkości od Liczyrzepy, sprzyjającego jej ducha gór. A przecież to pełna czułości i troski ingerencja rodziców. Nie mogłaś chyba tego zmyślić, musiałaś przeżyć?

Ta scena ma swoje źródło w przeszłości. Ale to tylko jej rodowód. W ducha gór wierzyłam święcie. Składałam mu dary w różnych zapyziałych dziuplach. Kupowane w kioskach z pamiątkami bombki z kolorowej cynfolii również miały magiczne pochodzenie. Byłam bardzo uduchowionym dzieckiem, co było dość zabawne dla wszystkich. Podczas spacerów z tatą ateistą potrafiłam zatrzymać się i paść na kolana przy szosie przed drewnianym krzyżem. Co mi nie przeszkadzało odprawiać różnych pogańskich rytuałów na Ślęży. Wszystkie bożki i duchy funkcjonowały ze sobą w pełnej symbiozie.

A dzisiaj jakieś ci towarzyszą?

Mam nadzieję, że nadal wszystkie.

Lubisz przymiotniki? Początek tej powieści w nich tonie.

Początek musiał być inny niż reszta książki. Zależało mi na tym, żeby sposób opowiadania i postrzeganie świata zmieniały się razem z bohaterką. Ona przecież dorasta, co kilka lat widzi świat zupełnie inaczej. Ma inne skojarzenia, lęki, inny język.

Konstrukcja głównej bohaterki w „Mojej córce komunistce” wyraźnie pokazuje, że to, jaki jest człowiek, wydobywa się z tego, co weźmie od innych. A przecież trochę swoich cech mamy też w genach. Nie są zbyt pewni siebie ci, co twierdzą, że sami ukształtowali swój charakter i swą tożsamość?

To złożona sprawa. Chyba nie będę umiała krótko odpowiedzieć na twoje pytanie. Każdy, kto wychowywał kiedyś dziecko, wie, że to eksperyment. Do tego stopnia indywidualny, że te same porady, skile, zachowania, które sprawdzają się przy jednym dziecku, przy drugim okazują się zupełnie bezwartościowe. I tu niestety, Jarku, bardzo chce się cytować. Bo niemal każdy filozof czy poeta miałby na tę sprawę inny pogląd. Ale wiadomo: są ludzie bardzo szczelni, o silnej strukturze, samostanowiący i pewni siebie. Sama jestem osobą dość rozregulowaną i podatną na wpływy. Chociaż próbuję się przed tym bronić. Tego typu nieszczelność sprawia, że wpada mnóstwo fajnych rzeczy, ale też sporo śmieci i lewego towaru.

Która bohaterka jest dla ciebie najważniejsza – Ewa z „Zaćmienia”, Ada z „41 utonięć” czy Anna z „Mojej córki komunistki”?


Przy Ewie odpoczywam – to wariatka i z racji swojego zawodu ma zawsze do opowiedzenia mnóstwo pokręconych historii. Ady się trochę boję – to id, coś wypartego, co powróciło. Jej najmniej zależy na niej samej, na własnym bezpieczeństwie i życiu. Annę lubię za pogodną akceptację. Jej zen jest w porządku. Gdyby Anna rządziła światem – byłoby tu miejsce dla wszystkich freaków.

A nie masz ochoty napisać książki z bohaterką, z którą na co dzień chciałabyś walczyć?

W „Komunistce” są bohaterowie, z którymi chciałabym walczyć. Chociaż nie w taki sposób, że byliby jakimiś moimi antagonistami. Ciekawsze jest pokazywanie ambiwalencji, relacyjności naszych cech i zachowań.

Bohaterowie „41 utonięć” z różnych powodów odnajdują wolność w przestrzeni teatru. Jak człowiek powinien szukać swojej prywatnej życiowej wolności?

Wolność to dalej luksus, niestety. To przykre, ale jest dostępna głównie dla tych, którzy mieli więcej szczęścia – talentu, zdrowia, pieniędzy. Człowiek musi się we wczesnej młodości ostro napracować, żeby później nikt nie mówił mu, co ma robić. Żeby mieć komfort wyjścia z jakiejkolwiek pracy w dowolnym momencie. Pokazania faka, kiedy ktoś go obraża. Bywa, że ci najbardziej zbuntowani i „wolni”, ci, którzy powtarzają idealistyczne hasła, to dzieci, które nie muszą serio bać się o swoją przyszłość. Idealizm jest potrzebny, bo to odpowiedni horyzont. Gorzej, kiedy ci „idealiści” wypowiadają się z pogardą o tych, którzy nie okazali się w ich ocenie wystarczająco odważni. Nie protestowali dość głośno, nie rzucili umowy o pracę na stół. Zaskakujące, jak ci „wrażliwi” szybko okazują się niewrażliwi i głupi.

„Zaćmienie” zacierało granice między absurdem, komizmem, ironią a śmiertelną powagą. Konsekwentnie kroczysz tą drogą w kolejnych książkach czy się mylę? Chcesz coś udowodnić sobie i prozie jako takiej?

Utrzymywanie takiej podwójności wydaje mi się ciekawe. Orientuje na język, sprawia pewien kłopot, ale daje też wolną rękę czytelnikowi, który ma większy margines na decyzję, czy przygoda z książką to tylko umowa społeczna, czy też zaczynamy poważnie się komunikować. Najśmieszniejsze są próby przywoływania do porządku takiego tekstu: „tak się mówi” lub „tak się nie mówi”. To jest przegięte, a to zbyt grubą linią narysowane. Jakby powieść realistyczna naprawdę była odbiciem rzeczywistości. Przecież to iluzja. Jeśli będziemy tak myśleć, nadal najbardziej awangardowym pisarzem pozostanie w Polsce Gombrowicz. „Powieściowość” książki jako jej zaleta czy wada to dziewiętnastowieczna kategoria oceny.

To która powieść realistyczna według ciebie najlepiej ukazuje, że niekoniecznie ma odbijać rzeczywistość?

Każda. To tylko forma, konwencja. I nasze czytelnicze przyzwyczajenie. Tęsknota za harmonią, odpowiednimi proporcjami. Jako ludzie jesteśmy istotami irracjonalnymi i nielogicznymi. Tak więc nawet wiarygodność psychologiczna bohaterów powieści realistycznych – przyczynowość zachowań – jest sztuczna. Zastanawiające, że to właśnie powieść realistyczna uchodzi za tę dojrzałą, podczas kiedy na przykład gotycka za infantylną i regresywną. A przecież odejście od kanonu jest ciekawsze niż kanon. Dysharmonia ciekawsza niż harmonia. Zaburzenie, eksces zakłada najczęściej progresję. Awangardy narodziły się właśnie ze znużenia harmonią i konwencją. Jak manieryzm. Owszem, jest coś niezdrowego w tego typu kaprysach, które moglibyśmy nazwać wyrafinowanymi błędami. Ale poczucie wolności, nonszalancja – są tego warte.

Nie uważasz, że krytykujący twoje książki biorą je za bardzo serio? Przecież stwarzasz ten wyraźny dystans do wszystkiego bardzo czytelnie.

Nic nie mogę zrobić w tej sprawie. Jednak wiem, że to pisanie nie dla wszystkich. Że można się czuć obco w tym świecie albo po prostu nie polubić tonu. Cieszę się bardzo na każdego czytelnika, który lubi ten miękki kamp, kupuje ten dystans i w efekcie dobrze się czuje w towarzystwie moich książek.

Jak myślisz, komu jest trudniej – poetce/poecie mierzącym się z prozą czy prozaiczce/prozaikowi, którzy zabierają się za pisanie wierszy?

W ogóle zawsze jest trudno. Poecie – rezygnować i redukować. Dawać spokój sobie, zdaniom i czytelnikowi. Przestać podkręcać zdania do granic wytrzymałości. I uwierzyć w przygodę. Kiedy czytam książki, najmniej interesuje mnie treść, przygoda. Po prostu literatura jest gdzie indziej. Ktoś gdzieś napisał, że współcześni poeci to tacy architekci, którzy tak długo udoskonalali swój projekt, aż przestał się podobać inwestorom. Napięcia w wierszu buduje się po prostu gdzie indziej niż w prozie. Ale myślę, że zawodowy pisarz, prozaik, musi mieć ogromną trudność z napisaniem dobrego wiersza. Nabokov dał radę, konstruując bardzo nowoczesny poemat zaczynający książkę „Blady ogień”. Ale nie ma za wiele takich przykładów.

Ale to była chyba jego jednorazowa próba? Bo z tego, co mówisz, wynika trochę, że droga od prozy ku poezji jest trudniejsza niż ruszanie z przestrzeni poetyckiej do prozy.

Ale może się mylę? Może wynika to z tego, że transfer odbywa się prawie zawsze w kierunku od wierszy do prozy – prawie nigdy w przeciwnym? Chciałabym zobaczyć minę pisarza, który pracuje trzy lata nad tomem wierszy, a potem dowiaduje się, że dystrybucja istnieje niemal wyłącznie w Internecie (wyjątkiem są takie księgarnie jak Tajne Komplety czy Lokator) i że w najlepszym razie może liczyć na sprzedaż całego nakładu, czyli… trzystu egzemplarzy.

Jakie jest najintymniejsze słowo, z jakim spotkałaś się w poezji?

Myślę, że ładne słowo to… ścierwo? Jest w pewnym sensie intymne.

Kiedy przed laty blurbowałaś mój „Rok w rozmowie”, napisałaś między innymi, że pisarze to specyficzne plemię kochające się w książkach. Zostało ci coś dzisiaj z tej myśli? Mogłabyś ją rozwinąć?

Dalej tak myślę, tylko teraz może silniej dostrzegam obsesyjność towarzyszącą tej miłości. To jest życie w kryzysie: nowe książki wciąż wypierają stare, stare się nigdy nie starzeją. Kończąc nowe, chcemy przypomnieć sobie stare i zrobić notatkę z nowych. A tak naprawdę samego Prousta można by czytać co dwa lata, znajdując ciągle nowe rzeczy, ucząc się czegoś. Co robić? Czytać tylko eseje i podręczniki akademickie czy skupić się na poezji? Poczytać książki młodych Greków czy umarłych Hiszpanów? Szkice o przekładach, filozofię czy dramaty? A może lepiej od razu sięgnąć po „Sztuki świata”? A teksty z katalogów sztuki, artykuły na portalach, najnowsze wiersze, które ktoś ogłasza na jakimś konkursie? Chroniczne zmęczenie, Jarku, podkrążone oczy i brak magnezu.

Znam to. I zagubienie. Bo mnogość tych nowości. Jak według ciebie ktoś ma sobie wybierać dobre książki i dobry z nimi czas?

Dobry bibliotekarz musi mieć w sobie coś z psychoterapeuty albo cwanej wróżki. Kiedy ktoś przychodzi do mnie pożyczyć książkę dla siebie albo np. swojego syna – długo gadamy. Pytam, co lubi, jak chce się poczuć, jakie książki do tej pory czytał i co przypadło mu do gustu. Sama najczęściej wybieram książki, które stawiają lekki opór: manieryczne, konceptualne albo w jakiś inny sposób dziwne. Ale lubię wybrać coś na chybił trafił u bukinisty albo w antykwariacie i przeżyć przygodę. Cieszę się też zawsze z książkowych prezentów i zawsze czytam takie książki. Także te, które ktoś mi pożycza. Uważam, że ma w tym jakiś swój cel i może chce mi coś powiedzieć.

Za co można pokochać Wrocław?

Za silne tradycje awangardowe. To miasto grupy Luxus, Centrum Sztuki WRO i galerii Entropia. Miasto performerów, gdzie można trafić do Centrum Trawienia Wizji albo latem wpaść o północy na nieobliczalne Midnight Show. Na Łokietka 5 można zjeść eksperymentalną kolację przygotowaną przez Food Think Tank. A podczas Off PPA – zobaczyć mnóstwo podziemnych spektakli.

Jarosławowi Mikołajewskiemu zwierzyłaś się przed laty: "Kiedy żyje się bardziej we własnej głowie, czasem trudno jest zapanować nad rzeczywistością potoczną, nad świeckim życiem". Nadal się z nim borykasz czy wyprowadziłaś się już trochę z własnej głowy?

Idzie to falami. Jest w jednej z powieści Lawrence’a Durrela taka scena, kiedy pisarz wciąż tylko pisze, rozmyśla i patrzy na morze. Raz w tygodniu, w czwartek, słyszy przytłumione dudnienie silników. Wie, że parowiec przywozi listy, i chociaż ich nie dostanie – nie umie patrzeć na odpływający statek bez żalu. A potem wraca do swoich papierów. Ja też zawsze czekam na taki statek. Czasem to jest teatr. Teatr jest integrujący, wspólnotowy. To ludzie, ich pomysły, talent, wrażliwość. A jeśli spektakl odbywa się w innym mieście – są wspólne śniadania w Domu Aktora, praca nad tekstem w ostatnim otwartym lokalu, długie podróże pociągiem. Nagle ma się z tymi ludźmi wspólne życie. Poza tym są zwykłe, państwowe sprawy. Tak zwane gospodarskie dni się wpychają tylnymi drzwiami.

Wymień trzy rzeczy, które ostatnio sprawiły ci przyjemność.

Wklepałam w smartfona zły numer telefonu i pisałam do kogoś obcego esemesy. Niechcący. Ostatnie dotyczyły czapki bogdychanów i doktora Pai-Chi-Wo, bo przygotowując się do napisania sztuki, czytałam „Akademię Pana Kleksa” I ktoś tydzień temu mi odpisał: „Piszesz do mnie od czerwca i nihuja nie wiem o co chodzi”. Byłam wtedy w pociągu i do końca podróży musiałam wychodzić z przedziału, nie mogłam przestać się śmiać.

Naprawdę? Zdarzyło mi się to samo, tyle że ta osoba od razu odpisała. I potem odegrała ważną rolę w moim życiu. Nie uważasz, że to, co się z nami dzieje na co dzień, to szalona przypadkowość przypadkowości?

Widzisz, w powieści to brzmiałoby niewiarygodnie. Myślę, że w życiu jest sporo przypadkowości, ale też sporo rzeczy wybieramy, chociaż często nieświadomie. I wciąż „trafiamy” na takich mężczyzn, owakie kobiety. Odgrywamy rytualnie swoje traumy, bo realizując znajome scenariusze, czujemy się wreszcie bezpiecznie.

Dziękuję za rozmowę.

2018-03-29

„Następne życie” Atticus Lish


Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 14 marca 2018

Liczba stron: 510

Przekład: Szymon Żuchowski

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Miasto, miłość, bezradność

Z książek dekonstruujących mit szczęśliwej i sytej Ameryki zapadły mi w pamięć dwie publikacje. Jedna – w surrealistycznym, groteskowym duchu – to opowiadania Judy Budnitz „Ładne duże amerykańskie dziecko”. Druga narracja pochodzi z Finlandii i zaskakująco dobrze oddaje rysy i absurdy amerykańskiego życia. Mam na myśli „Nie wiedzą, co czynią” Jussiego Valtonena. Coraz więcej za oceanem odważnych książek ukazujących USA w półcieniach i z obliczem, do którego Amerykanie nie chcą się przyznawać. Dlatego Atticus Lish ze swoim imponującym debiutem wpisuje się w nurt obrazowania Stanów Zjednoczonych inaczej niż wymaga tego jakakolwiek poprawność. „Następne życie” to naprawdę bezkompromisowa książka i trzeba przyznać rację, że tym razem przymiotnik w importowanych recenzjach nie został nadużyty. To powieść o deficycie uczuć, którego nie można niczym zrekompensować. Opowieść o zbliżeniu tych, którzy nigdy nie byli blisko kogokolwiek. To też historia Ameryki, która niczego poza chaosem oraz nieuporządkowaną różnorodnością nie oferuje. Jedynie gorycz bycia na marginesie. Lish portretuje amerykański margines, ale rozpina swą historię między kontynentami. To historia lęków i idiosynkrazji, które przybyły do USA z Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Bo ludzkie zagubienie oraz bezradność nie mają adresu, znajdziemy je wszędzie i w różnych kontekstach.

To nie jest jedna z tych wielkich amerykańskich narracji, które stawiają przede wszystkim na drobiazgowy opis wydarzeń w obrębie dłuższego okresu. Nie koncentruje się na zdarzeniach granicznych, choć wyraźnie sygnalizuje te, w których bohaterowie mogą się zmienić albo zmienić wzajemnie swoje życie. Myślę, że głównym bohaterem Lisha jest język. Nie tylko dlatego, że z jednej strony portretuje on ujgurską imigrantkę usiłującą odnaleźć się w angielszczyźnie, a z drugiej – weterana wojny irackiej, dla którego słowa i zdania utraciły swoje znaczenia. Język zagarnia i obezwładnia. Mamy do czynienia nie tylko z kilkoma rodzajami angielszczyzny obrazującymi światopogląd i sposób postrzegania trudów codzienności. Mamy również inne języki, zaskakujące frazy, odrębności lingwistyczne w wypowiedziach różnorodnych bohaterów. A także język przewodnika po Nowym Jorku i jego różnorodności. Zou Lei jest pokazywana jako ta wędrująca po mieście, które potęguje jej zagubienie. Ponura odyseja bohaterki po metropolii, gdzie paradoksalnie może czuć się bezpieczna, to jednocześnie obraz miejsc Nowego Jorku, w których zakotwiczyły się różnorodne formy deprawacji i upadku człowieka. Atticus Lish portretuje wszystkie z wyjątkową czułością i drobiazgowością. Jego Ameryka to świat niespełnionych marzeń, gorzkich porażek, braku kompromisu i doświadczeń granicznych. A także nadziei na to, że gdzieś tam może kryć się inne, lepsze, to następne życie.

Jest ich dwoje. Wspomniana już Zou Lei, która przebyła długą drogę, by uwierzyć w to, że Ameryka da jej szczęście. Póki co musi być czujna, skupiona i walczyć o specyficzną formę wolności. Oferowana jej – imigrantce – wolność to możliwość wyboru między jedną a drugą męczącą pracą i możliwość wtopienia się w wieloetniczny tłum, dzięki któremu jest niewidoczna dla policji. On przybywa do Nowego Jorku z bliżej nieokreślonych powodów. Trudno powiedzieć, jakie są motywacje działania Brada Skinnera, skoro wiemy jedynie o jego przeszłości. Bezsensie i boleści wojny, od której nie może się uwolnić, wciąż na nowo oglądając – w wyobraźni i na ekranie laptopa – sceny z Iraku, w którym codzienność działań określało przerażające: „Kogo dziś mogę zabić, sierżancie?”. Skinner zapada się w sobie. Niby na coś czeka, ale tkwi w marazmie. Postępuje w nim dezintegracja, wzmacniana wypijanym alkoholem, zażywanymi lekami. Jest też pistolet jako punkt odniesienia. Tych dwoje połączy przypadek, zamiłowanie do tężyzny fizycznej i śmieciowe jedzenie. Ale będzie też ktoś trzeci, kto wpłynie na losy tej pary. Ten ktoś również dorasta we frustracji i jak oni musi odnaleźć się w absurdach oraz trudnościach tak zwanego codziennego życia.

Lish nie oszczędza swoich bohaterów i czytelnika. Wędrujemy przez rzeczywistość, w której wszystko jest umowne – forma zatrudnienia, charakter relacji z drugim człowiekiem, poczucie bezpieczeństwa czy robienie planów na przyszłość. Błąkamy się po Nowym Jorku niedającym wytchnienia. Topograficzna dokładność opisów idzie w parze z coraz to nowym niuansowaniem smutku i zagubienia. A także obezwładniającej wręcz samotności, wobec której bohaterowie są bezradni. Nawet kochankowie Lisha mocno w siebie wtuleni mają gdzieś z tyłu głowy pewność tego, że to może być tylko na chwilę. A jednak podejmują ryzyko myślenia o tym, co mogliby zrobić wspólnie. Nie tylko zbliżyć się na siłowni czy w fast foodzie. Nie tylko razem pobiegać. Zou Lei akceptuje każdą bliznę Skinnera – tę na ciele i wszystkie niewidoczne. Nie pozwala mu na odrzucenie, choć szorstkie relacje z byłym weteranem nie są uosobieniem kobiecych marzeń o byciu z mężczyzną życia. A jednak bohaterka podejmuje trud trwania obok niego. On decyduje się na coś więcej niż codzienny powrót w rejony, z których wrócił naznaczony śmiercią, krwią i okaleczeniem. Czy autor da im jednak szansę, skoro znajdą się w świecie nieuznającym szczęścia dla tych z marginesu?

„Następne życie” to naprawdę wzruszająca historia o szorstkich ludziach, którzy nie potrafią dać sobie prawdziwej czułości. Tak bardzo zapada nam w pamięć dwójka kochanków, bo przecież nie mają niczego poza sobą i tylko to drugie buduje partnerowi jakąkolwiek spójną wizję świata, w którym utknęli. Autor ujmuje nie tylko umiejętnością oddania w języku mnogości historii – od plastycznych opowieści ze stepu matki Zou Lei po zobrazowanie pełnego napięć i trudności życia wspomnianej już trzeciej osoby dramatu. Widać od początku, że struktura powieści jest bardzo przemyślana i że możemy się jedynie łudzić, iż coś się zmieni, nie wydarzy się to, czego podświadomie oczekujemy. To także wnikliwy portret społecznych lęków i uprzedzeń po jedenastym września – nasilonych polityką George’a Busha i deprecjonowaniem pozycji imigranta. Lish stara się swoich bohaterów choć na chwilę wyzwolić, pozwolić im złapać głębszy oddech, wziąć za siebie pełną odpowiedzialność i wyrwać się z mrocznych uwarunkowań. Świetne jest portretowanie etapów, w jakich to się odbywa. I pełna empatii postawa autorska wobec tych, dla których Ameryka nie jest mitem o wolności i szczęściu. Takie powieści nie tylko pozostawiają niewygodny ślad w pamięci czytelnika. Takie powieści są potrzebne, by opowiadać o świecie oraz ludziach, którzy być może nigdy bez ambitnych pisarzy nie będą mogli zaistnieć w szerszej świadomości ze swym rozgoryczeniem, smutkiem i poczuciem zbędności.


PATRONAT MEDIALNY

2018-03-26

„Wyjście awaryjne. O zmianie wyobraźni politycznej” Rafał Matyja


Wydawca: Karakter

Data wydania: 9 marca 2018

Liczba stron: 184

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 37 zł

Tytuł recenzji: Naród polityczny?

Rzadko czytam i komentuję tego typu publikacje, ale jeśli już je wybieram, to z dużą starannością i sporym oczekiwaniem, że dowiem się czegoś nowego. Ujrzę pewne kwestie z perspektywy, do której przyjęcia nie byłem z różnych powodów zdolny. Przyznam, że Rafał Matyja nieco mnie rozczarował, ale to chyba takie rozczarowanie pacjenta gabinetu psychoterapeutycznego, który przychodzi po gotowe odpowiedzi na nurtujące go pytania, a nie jest przygotowany na to, że terapeuta ma jedynie wskazywać kierunek i stymulować zmianę dokonywaną przez przybyłego już samodzielnie. Tu trochę tak jest. Podoba mi się spójność przemyśleń Matyi i to, w jaki sposób analizuje polskie politykę, historię, strukturę państwa czy tożsamość narodową. Autor stara się wchodzić w głąb i na ogół udaje mu się unikać konkluzji szablonowych albo przewidywalnych. Z „Wyjściem awaryjnym” jest jednak trochę tak jak z publikacją Adama Leszczyńskiego „No dno po prostu jest Polska”, w której otrzymujemy najpierw bardzo szczegółowy opis tego, kim jesteśmy jako Polacy i jak wobec siebie funkcjonujemy, a potem – w ostatnim rozdziale – kilka prostych rad, co zmienić, przypominających niekoniecznie przemyślane truizmy. Matyja nie proponuje rozwiązań w finale rozważań. W odpowiednich miejscach sugeruje, co można zrobić, by wydobyć się z politycznego klinczu i zawalczyć o świadome społeczeństwo obywatelskie oraz o lepszy dialog między instytucjami a sferą polityki. Sugestia działań naprawczych znajduje się w podtytule, ale jest tego szerokie rozwinięcie. Czy są to rozwiązania nowatorskie? W ogóle możliwe? Rafał Matyja przygląda się stuporowi, w jaki zapadliśmy wiele lat temu i z którym nie chcemy się mierzyć, bo przekracza to naszą zdolność pojmowania tego, co jest naprawdę dla państwa – także tego będącego częścią nowoczesnej Europy – ważne i potrzebne mu. Ta publikacja to przejaw troski o rzeczywistość, z której bolesnych ram nie do końca zdajemy sobie sprawę.

Trudno wybrać kluczową tezę z tych rozważań, ale wydaje mi się, że najtrafniejszą jest stwierdzenie: „Nie umiemy zobaczyć, jakim jesteśmy narodem”. Matyja drobiazgowo analizuje nie tylko to, co utrudnia nam ujrzenie siebie naprawdę, ale i to, dlaczego tak łatwo ulegamy populizmowi, dla którego wodą na młyn jest odsuwanie się społeczeństwa od modelu politycznego nim zarządzania. Zwraca uwagę na priorytety oraz wartości istotne dla polskich polityków i odmiennie funkcjonujące w świadomości społeczeństwa. Rozważa, dlaczego tkwimy ciągle w przeświadczeniu, że należy kierować się pogardą oraz zemstą, nie tylko rozliczając minione dokonania polityczne, ale także polaryzując się w uznawaniu tego, co dzieje się dzisiaj, za słuszne lub niewłaściwe. Matyja nie bilansuje dokonań współczesnego rządu, gdy opowiada o relacjach między państwem a społeczeństwem, niuansując złożone mechanizmy zależności czy zaskakujące konteksty, w których dochodzi do zwycięstw takich, a nie innych ugrupowań politycznych. Zaznacza jednak silny krytycyzm wobec partii rządzącej, wskazując zasadnicze wady polskiej partii w ogóle – modelu jej funkcjonowania, wewnętrznej hierarchii i rozwoju w przeświadczeniu, że oczekiwania wyborcy nie liczą się tak bardzo jak priorytety wspólnoty partyjnej.

Tkwimy w bardzo niebezpiecznej sytuacji politycznej. Autor fantazjuje, do czego może nas ona doprowadzić. Stara się jednak przeanalizować, co działo się z Polską przed przemianą ustrojową i po niej, oraz wskazać momenty, w których pojawiały się liczne pułapki i gdy trudno było określić wspólne priorytety. Polityka była czym innym, funkcjonowanie instytucji czym innym, oczekiwania społeczeństwa jeszcze czymś innym i nijak nie mogła się uformować wspólnota. Taka, która razem do czegoś dąży. A partie polskie – w ocenie Matyi – skupiają się zbyt mocno na rywalizacji, dążąc bardziej do dzielenia niż jednoczenia w myśleniu o tym, co właściwe i konieczne dla kraju. „Wyjście awaryjne” analizuje poczynania i dokonania Donalda Tuska i Jarosława Kaczyńskiego, bardzo krytycznie portretując ten wieczny strategiczny wybór Polaków między dwiema wielkimi partiami, wybór tak zwanego mniejszego zła. Przygląda się też temu, czym dla polityka jest członkostwo w danej partii. Jak bardzo może okazać się symbolicznym więzieniem idei i przekonań, jak łatwo może z polityka uczynić kogoś poddanego wewnętrznemu dyktatowi. Ważne jest zaznaczenie przez autora faktu, iż dzisiaj politykami rzadko kiedy stają się osoby przed 40. rokiem życia. Trudno jednoznacznie odnieść się do sugerowanej tezy, że młodszy polityk będzie bardziej skłonny, by zmieniać – także strukturę partii, ale jest coś niepokojącego w tym, że ludzie od polityki stronią i się w nią nie angażują.

Jaka zmiana ma nadejść? Rafał Matyja marzy o wykonaniu specyficznej pracy intelektualnej, która zerwałaby ze schematami, uproszczeniami, przekazywanymi po latach kolejnych rządów idiosynkrazjami. Chciałby wierzyć, że przemiana będzie miała miejsce w obrębie pokolenia. Kto i w jaki sposób ma jednak zmienić świadomość polityczną Polaków oraz to, że każdy kolejny gabinet rządzący nie pracuje perspektywicznie, lecz ogranicza się do ustalenia działań na czas swojej kadencji? Matyja sugeruje stworzenie swoistego imaginarium pozbawionego uprzedzeń i zaszłości, ale jednocześnie dostrzega, dlaczego związki między polityką a społeczeństwem są w Polsce tak bardzo skomplikowane.

„Wyjście awaryjne” to lektura dla wszystkich, którzy chcą sobie uporządkować w świadomości to, jak czują się w dzisiejszej Polsce i dlaczego coraz częściej Polska jako państwo ich frustruje lub irytuje. Autor zaznacza, w jak łatwy sposób wcześniej utraciliśmy zaufanie do siebie jako społeczeństwa i jak mocno przenosi się to później na utratę zaufania wobec państwa. Zbyt wiele w naszej demokracji jest niestabilności, a skupianie na sobie uwagi odbywa się przez polaryzację i odwoływanie do przeszłości, często do ideałów anachronicznych albo domagających się rewizji, a przyjmowanych jako objawienia bez zrozumienia kontekstu przemian. Polska jest państwem nowoczesnym i europejskim, ale trochę z tym tak, jakby nie mogła w to uwierzyć. Rafał Matyja zaznacza, dlaczego tak się dzieje, i sugeruje, że potrzebna nam zmiana perspektywy oraz stosunku do państwa. Ważna jest strategiczność myślenia i zrozumienie, że państwo to nie jest polityczny twór. A nawet jeśli takim się stał, to sporo naszej winy w tym, że do tego dopuściliśmy. Interesująca publikacja, choć niewiele w niej jakichś twórczych i nowatorskich przemyśleń. Nie zamyka się jednak w akademickim tonie, a żywe tezy dokumentowane ciekawymi argumentami czynią z rozważań Matyi książkę na pewno ważną i niewątpliwie godną przemyślenia.

2018-03-23

„To, co zostaje” Wojciech Pieniążek


Wydawca: JanKa

Data wydania: 9 marca 2018

Liczba stron: 244

Oprawa: miękka lakierowana

Cena det.: 30 zł

Tytuł recenzji: Czas, kobieta, pożądanie

Rzadko zdarza się taka książka, tak pozostawiająca w zdumieniu, tak wymagająca podczas czytania, tak inteligentnie igrająca z czytelnikiem oraz jego percepcją. To dwa opowiadania, które pozornie są od siebie całkowicie różne. W tematyce, stylistyce opowieści, w konstrukcji fabularnej i przesłaniu. Autor pozostawia jeden czytelny łącznik między tekstami, którym są powtarzające się imiona bohaterów, ale to jedyne, co daje nam pewnego, czego się można uchwycić w tradycyjnej interpretacji, takim prostym odbiorze tej narracji, jej przesłania. „To, co zostaje” to bardzo inteligentna fantazja na temat tego, czego nam brakuje w sferze emocjonalnej, kogo poszukujemy jako zamiennika braku, a także o tym, kim się stajemy w takich poszukiwaniach. Wojciech Pieniążek unika spektakularnych wolt fabularnych. Stawia na interpretacje, a nawet na niuansowanie ich. Otrzymujemy dwa teksty, gdzie ukryło się mnóstwo nawiązań i asocjacji, których genezy możemy się nie doszukać – przez mnogość, ale też zawoalowanie. To wspomniana gra z czytelnikiem, ale także autoironiczna igraszka pisarza z własną wyobraźnią i erudycją. Nie jest to łatwe w odbiorze, ale pozwala się oswoić, jeśli podejmie się wysiłek uważnego czytania. Opowiadanie o ludzkich namiętnościach w półtonach niedopowiedzeń i w licznych aluzjach do literatury, filozofii, ale też muzyki daje ostatecznie obraz książki, dzięki której uzyskujemy coś tylko wówczas, gdy damy też coś z siebie. Uwagę i otwartość. Specyficzna składnia oraz fraza narzucą już potem rytm wędrówki przed te dwa teksty. Pieniążek sporo ryzykuje taką formą, bo oferuje zagubienie i rozpacz. Ale o tych dwóch stanach emocjonalnych także opowiada. I nie tylko o nich. także o dwóch różnych wizjach tego, czym jest upływ czasu.

To bowiem dwugłos w sprawie pewnej gładkości przemijania. Autor w specyficznym rytmie długich zdań zdaje się zachowywać sytuacje i przemyślenia, na które realnie potrzebne jest kilkanaście sekund, ewentualnie kilka minut. Z jednej strony buduje przez to dość skomplikowane dygresje, z drugiej jednak – potrafi zaczarować czas, nadać mu inne znaczenie. Co więcej, zbudować pewną czytelniczą teraźniejszość, która spaja dwa pozostałe czasy. Bohaterowie tego raczej nie doświadczają, intensywnie skupieni na swoim „teraz”, ale czytelnik towarzyszy im na nieco innych warunkach, w nieco innej logice i innym stylu. Pieniążek opowiada o tym bolesnym tragizmie czasu przeszłego, który potrafi odbierać i bywa okrutny, ale jednocześnie mówi też o roli przypadku ingerującego w historię. Opowiada dwie różne historie utrat. Konfrontuje to z utratami, jakie zawsze towarzyszą upływowi czasu.

„Porucznik Golicyn” to tekst mniejszych rozmiarów, ale bardzo specyficzny. Autor w wywiadzie wspomina, że inspiruje go Iwaszkiewicz, i w jego duchu stworzył opowieść o pewnym rozszarpanym między dwóch najeźdźców miasteczku o enigmatycznej nazwie Posługa. Oddanie hołdu Iwaszkiewiczowi wyszło tu dużo lepiej niż w „Miłości” Ignacego Karpowicza. Nie chodzi bowiem o frazę i relacje między bohaterami, ale o specyficzny klimat niedopowiedzeń. Sporo ich tutaj. Wszystko skoncentrowane wokół kobiety. Tej, która stoi w ciemnoczerwonej sukience w oknie plebanii? Obserwujemy skomplikowane relacje, które budują wizerunek mistycznych trochę bohaterów usiłujących z okrucieństwa dogorywającej drugiej wojny światowej wydobyć coś bezbolesnego i trwałego dla siebie. Są emocje, są różne oczekiwania, jest czytelnie wyeksponowany motyw kobiecości w kilku funkcjach… i pozostają fantazje. Jest ich więcej, dużo więcej w drugim tekście. Szeroka perspektywa oglądu i zmieniające się punkty widzenia zastąpione zostaną neurotycznym monologiem pewnego mężczyzny muszącego się spowiadać – kobiecie! – ze swych czynów, które doprowadziły do zbrodni.

„Pompes funèbres” to tekst dużo bardziej swobodny, nasycony licznymi odniesieniami, dekonstruujący mit jako opowieść i zderzający się z pewnymi nakreślanymi dyskretnie kwestiami antropologicznymi. Nade wszystko jednak jest to świadectwo emocjonalnego upadku męskości. Narrator – doświadczony życiem intelektualista – z pewną dozą goryczy, cynizmu, ale też ironii spogląda wstecz i poszukuje odpowiedzi na pytanie o to, w jaki sposób wpłynęła na jego myślenie i działanie znajomość z kobietą oddającą swe wdzięki za pieniądze. Autor wkłada w usta swego bohatera dużo bardziej dosadne określenia, ale każdy wulgaryzm jest u Pieniążka wyjątkowo dobrze przemyślany, w związku z tym docieranie do wulgaryzacji języka i myślenia jest także pewnym etapem rozpoznania wewnętrznego – gdzie mężczyzna widzi siebie i lepiej dostrzega konteksty towarzyszące fatalnemu zauroczeniu. Niezwykła znajomość. Ona prostytuująca się, on wspominający czas pracy w branży reklamowej. Oboje oferują światu złudzenia. Sobie także. Wszystko ich dzieli, tak wiele połączy. Co jednak stanie się ze zdystansowanym wobec rzeczywistości uciekinierem z Wrocławia, który uświadomi sobie, w jak zaskakujący sposób i w kilku znaczeniach stał się tak zwanym mężczyzną domowym?

„Pompes funèbres” opowiada o wszystkich męskich bolączkach wywołanych obecnością kobiety, nad którą nie można panować, nie można jej zdobyć, nie można także zbliżyć się do jej systemu wartości i zaingerować weń. A przecież Pieniążek portretuje mężczyzn zdobywców. Czasem w groteskowym płaszczu szowinizmu, ale zawsze rozpaczliwie pragnących czegoś, czego nie może im dać obiekt pragnień. W tym rozumieniu bohater drugiego opowiadania przygląda się sobie i swemu egzystencjalnemu umęczeniu, a mężczyźni z „Porucznika Golicyna” mogą jedynie poddać się emocjom, których nie analizują, ale są równie zdesperowani, by zdobyć coś, co da im emocjonalną satysfakcję. Należy jednak pamiętać o tym, że – posługując się metaforą przekształcania czasu i „przepowiadania opowiedzianego” – Wojciech Pieniążek konsekwentnie pisze o utratach, nie zaś zyskach. O mężczyznach uwikłanych w relacje z kobietami, z których wydobywa się jedynie utrata pewności siebie, satysfakcji zdobywania. W relacjach damsko-męskich ukryta jest ścieżka interpretacyjna czasu jako zguby i zbawienia. Jest to skryte w wielu niedopowiedzeniach albo żartach – lingwistycznych przede wszystkim – samego autora, który potrafi być rubaszny, ale przede wszystkim trzymać nas w pewnym dystansie do opowiadanych historii.

„To, co zostaje” to intrygująca, rozpisana na dwie narracje opowieść o pożądaniu jako towarze przechodnim oraz środku płatniczym w relacjach międzyludzkich, ale także o tym ucieleśnieniu miłości, które trudno jest zdefiniować, a które wybiega poza instynkt i jego zaspokojenie. Pierwsze opowiadanie dyskretnie sugeruje pewne rozwiązania i filozofię. Drugie, bardziej dynamiczne i dosadne, komponuje się z pierwszym na zasadzie specyficznego kontrastu. W zasadzie to zastanawiałem się nad tym, czy sugerowana tu dychotomia płci ma jakoś na serio wskazywać odbiorców wśród czytelniczek czy czytelników. Myślę, że to książka dla każdego, kto czasem nie jest świadom tego, jak wiele traci - nie mogąc realizować własnych pragnień albo potrzebując potwierdzenia i kontekstu, by wyjść im naprzeciw. To też rzecz o samotności jako konsekwencji niepodejmowania walki, by spełnić marzenia oraz pragnienia.


PATRONAT MEDIALNY