2026-09-11

„Azyl” Adam Kopacki

 

Wydawca: Wydawnictwo Pascal

Data wydania: 29 lipca 2026

Liczba stron: 336

Okładka: miękka ze skrzydełkami

Cena detaliczna: 49,99

Tytuł recenzji: Brudne sprawy

W gatunku, jakim jest thriller, coraz trudniej zaskakiwać z powodu mnogości autorów podejmujących się pisania takich powieści. Książka Adama Kopackiego będzie jednak jak uderzenie w splot słoneczny, a po jej lekturze, nakładając sobie niewinnie plasterek szynki na kanapkę, będzie się pamiętało o całym tym potwornym świecie przedstawionym, który charakteryzują groza i okrucieństwo o niebywałej skali zaprezentowane na kilka sposobów. Dlatego „Azyl” jest thrillerem wyjątkowo wielowątkowym i niesamowicie złożonym psychologicznie, w którym zazębia się wiele wątków – od tych widocznych od razu po te, które wdzierają się do mózgu, kiedy czyta się między wierszami.

Budowanie napięcia to oczywiście najważniejsza umiejętność, którą musi wykazać się twórca thrillera. Nierzadko idzie ono w parze z retrospekcjami i tutaj właśnie tak się dzieje. Autor znakomicie kreuje sytuacje, w których napięcie budują antycypacje czytelników rozsypujące się potem jak domek z kart, kiedy dociera się do zakończenia bardziej przerażającego, niż można sobie wyobrazić. Kopacki dokłada wszelkich starań, by na sam koniec zmiażdżyć czytelnika, bo ostatecznie najbardziej przerażające jest nie to, co oglądamy oczyma wyobraźni, lecz świetna kompozycja klamrowa stworzona z motta i ostatniego zdania, dzięki którym blednie najbardziej nawet sugestywny obraz rzeczywistego okrucieństwa, gdy zdajemy sobie sprawę, co może być jego apogeum i co wiązać się może z każdym z nas.

Lubelszczyzna. Miejsce, gdzie jest tylko błoto, odór gnoju, zamknięta społeczność małej wioski gotowa zlinczować każdego, kto choć odrobinę wyłamie się z tutejszych niepisanych norm, i schronisko dla zwierząt. Konkretnie dla świń. Kopacki znakomicie wykorzystuje motyw właśnie tego zwierzęcia, ponieważ pasuje on tu w bardzo wielu wymiarach. Dosłownie, w związku frazeologicznym, ale także w tym, jak ewoluuje stosunek głównych bohaterów do tych zwierząt głównych bohaterów i z czego wynika zmiana, bo w „Azylu” z błota i gnoju wydobywa się opowieść o pragnieniu naprawienia własnych błędów, ale i o bezradności dotyczącej sposobu zrobienia tego naprawdę. I o niepewności, czy to w ogóle jest możliwe.

Bliźnięta. Jak wspomina ich była wychowawczyni szkolna: „Zawsze razem. Zawsze przeciwko wszystkim”. Tandem doskonały, jeśli chodzi o zdolność przetrwania, ale ulegający pewnemu emocjonalnemu i mentalnemu rozpadowi, bo dorosłych już Annę i Roberta poznajemy przede wszystkim przez skrzące się niepokojem i skrytą agresją relacje. Ona nadal jest silna, bo taka być musi; w końcu całe swoje trudne życie ona i jej brat mogli polegać jedynie na sobie. On się podporządkowuje i jest lojalny. Ale Kopacki punktuje tutaj pęknięcia, coraz bardziej wyraźne rysy. Ostatecznie prowadzi nas w całkowicie zaskakującym kierunku. Ale póki co przez większość lektury widzimy, że choć rodzeństwo jest wobec siebie szorstkie i obcesowe w codziennych rozmowach i zachowaniach, to wciąż oboje w pewnym sensie przywracają sobie nawzajem życie, tworząc jedność i rzeczywiście nadal będąc przeciwko wszystkim.

Od samego początku pojawiają się trudności w jednoznacznej ocenie bohaterów. Wszystkich, nie tylko tych wspomnianych. Każdy niesie w sobie jakiś mrok lub cień, który każe się zdystansować. Adam Kopacki w żaden sposób nie ułatwia polubienia kogokolwiek, a nawet utrudnia jednoznaczne współczucie, gdy bliźniętom zamkniętym ze świniami, którymi się opiekują, dostaje się potężnie w przestrzeni wirtualnej i realnej. „Azyl” jest o złu, które nie ma tu jednego oblicza i nie jest w prosty sposób definiowane. Tu wszystko wydaje się orbitować wokół braku sumienia, złych uczynków, złych intencji i zła płynącego po prostu we krwi, ale też stymulowanego przez internetowe manipulacje. Jest tego naprawdę wiele, dlatego trudno tę opowieść udźwignąć i warto zwracać uwagę na postacie, które zdają się tu mniej istotne. Bo Kopacki naprawdę inteligentnie skonstruował tę intrygę. Nie tylko na zasadzie opozycji, których jest tu kilka. Nie tylko na niejednoznacznościach w prezentowaniu zachowań i rozmów bohaterów. Tutaj potworności pełzną niczym sprytna żmija, wiją się bezgłośnie i kąsają wtedy, kiedy opuszczamy gardę i nie spodziewamy się ataku.

A atakowana będzie przede wszystkim działalność rodzeństwa, gospodarstwo o charakterze organizacji prozwierzęcej, w której świnie skazane na pewną śmierć znajdują miejsce dobrego życia. I teraz warto wspomnieć o tym, jak przemyślany jest tytuł tej książki; jego znaczenie przekłada się na miejsce, w którym dzieją się rzeczy bynajmniej niezwiązane z odzyskiwaniem spokoju albo znajdowaniem bezpiecznej przestrzeni. Zarysowana tu przestrzeń jest dwuaspektowa – realna i wirtualna. W jednej i drugiej mnożą się niedopowiedzenia i tajemnice, ale nie ma znaczenia, który to jest świat. Nigdzie u Kopackiego nie znajdziecie azylu. Za to mnóstwo mrocznych tajemnic i narastającą grozę. Jest coraz mroczniej i coraz okrutniej. Anna i Robert skryli w swym gospodarstwie dodatkowy sekret. A całość ich działań na przemian wspierana jest i torpedowana przez internetowych komentatorów, których opiniami i portfelami można manipulować w takim samym stopniu.

Wielbiciele tematu, który na zawsze pozostanie dla literatury twórczy, czyli dysfunkcyjnej rodziny, będą zachwyceni, czytając „Azyl”. Choć dzieją się tu rzeczy nieprawdopodobne, a w odczuciu wielu z nas niemożliwe, uwierzyłem we wszystko, bo piekło dzieciństwa i dorastania zwykle zostaje piekłem całego dorosłego życia. Lecz w przypadku Anny i Roberta wszystko dodatkowo się komplikuje, a Kopacki mimo wszystko dba o wiarygodność detali oraz motywów postępowania ludzi, którzy chwilami wydają się szaleni. Można oszaleć z cierpienia, bólu, samotności i odrzucenia. Można się wówczas zjednoczyć z kimś podobnym na zawsze i wspierać się nawzajem, ale „Azyl” to też książka o przerażającej zdradzie. I wielkiej, szalonej wręcz miłości. A także publikacja z elementami dziennikarskiego śledztwa oraz opisem mechanizmu działania mediów społecznościowych, które mogą mieć moc czynienia dobra i moc rozsiewania nienawiści będącej tutaj nie tylko szarżą tych, którzy są odważni przed monitorem czy ekranem smartfona. Przenosi się do realnego świata. A ból staje się również dosłowny.

Czyta się „Azyl” z nieustannym poczuciem, że jest to z jednej strony książka mająca charakter rozrywkowy, bo jakkolwiek mroczny byłby thriller, to służy on czytelniczej rozrywce, z drugiej jednak – przejmujący i głęboki traktat egzystencjalny o ludzkiej samotności, bezradności i tym, jak kompulsywnie próbujemy niwelować czymś lub kimś jedno i drugie. Bardzo dynamiczna narracja idzie tu w parze z wciąż kreowanymi domysłami. Nie mamy dostępu do umysłów bohaterów, w ich biografiach celowo pozostawiono białe plamy. Kopacki czasami uderza w nas dosadnością, ale przez cały czas stara się udowodnić, że nie pisze książki na jeden temat, a te zagadnienia, które usiłuje sugerować, perfekcyjnie ukrywa w kilku bliższych i dalszych tłach. Dlatego choć czyta się szybko, trzeba – jak wspomniałem – przez cały czas czytać również między wierszami. W jakim stopniu ta opowieść zmieni spojrzenie czytelnika przede wszystkim na samego siebie, zależy już od jego wrażliwości i tego, jak odpowie sobie na pytanie stawiane przez autora w posłowiu.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-09-08

„Dobranoc, Europo. 14 opowiadań wewnętrznych” Justyna Hankus

 

Wydawca: Wydawnictwo Powergraph

Data wydania: 29 maja 2026

Liczba stron: 152

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 42

Tytuł recenzji: Słowa w artystycznym ruchu

Justyna Hankus to niezwykła pisarka, która rozciąga perspektywę oglądu rzeczywistości oraz wachlarz rozmaitych środków artystycznych, by tę rzeczywistość kreować, nie odwzorowywać. Jako debiutantka zajęła się małą przestrzenią w „Grisaille o zwykłym osiedlu” i od razu zasygnalizowała, że czerpie z szeroko pojętej sztuki i ją we własnym zakresie przekształca (w debiucie skoncentrowała się na wykorzystaniu przede wszystkim „Dulle Griet” Pietera Bruegla). Jako autorka kolejnych książek z podtytułem „Folk noir” weszła w szerszy krąg wierzeń i podań ludowych, jednak wszystko to miało wciąż swojski adres, odnosiło się wrażenie, że rozgrywa się niedaleko i jest nam bliskie. Po dłuższych narracjach Hankus wraca do miniatury literackiej przypominającej debiut. Jednak „Dobranoc, Europo” to nie jest obserwacja życia wraz z jego literackimi odkształceniami, która miała miejsce w jednym małym ludzkim skupisku.

Tym razem jest mowa o skupisku wręcz ogromnym, o którym jednocześnie opowiada się w sposób bardzo kameralny – czasem poprzez konkretne historie, czasem poprzez przekształcenia tekstów kultury, sztuki czy filozofii w obrębie jakiejś prywatnej onirycznej historii. Ale to oczywiście sposób niejedyny, choć w moim odczuciu dominujący. To, co przede wszystkim wyróżnia nową książkę Hankus, to fakt, że jest ona skonstruowana jak prywatna galeria sztuki zawierająca każdą formą niezwykłości słowa, ale przede wszystkim hipnotyzujące ilustracje. Ponieważ opowiadań jest czternaście, zasugerowałbym pełne dwa tygodnie wędrówki po światach przedstawionych i zakamarkach wyobraźni tej niesamowicie rozwijającej się pisarki. Jeden tekst i jedna ilustracja do przeanalizowania jednego dnia. Krótka książka, z którą można być codziennie przez dłuższy czas. W całości można zatonąć i doznać przesytu, choć kusi, by usiąść i przeczytać „Dobranoc, Europo” od deski do deski. Myślę jednak, że potrzebne są przestrzeń, czas, możliwość złapania oddechu i rozmyślania o użytych tropach lub formach czynienia ich innowacyjnymi. Jakąkolwiek przyjmie się strategię czytelniczą, spędzi się czas z prozą absolutnie wymykającą się definicji opowiadania jako gatunku literackiego i z pisaniem, które raz jest zagadką, raz labiryntem, niejednokrotnie przejmująco smutną fantazją, a czasem wyjątkowo inteligentną groteską, trawestacją czy parafrazą. Jest też coś na kształt demityzacji w ostatnim tekście, gdzie przy niejednym akapicie – podobnie jak w niektórych innych tekstach – można się uśmiechnąć, bo Hankus bywa mroczna i melancholijna, ale potrafi również wkroczyć w rejon specyficznego poczucia humoru.

Słowa stają się gęste” – to bardzo obrazowe przedstawienie tego, z czym będziemy mieli do czynienia, i dictum zapożyczone z pierwszego opowiadania. Eksperymenty językowe Hankus sięgają też stanu, w którym słowa się rozpadają – jak w opowiadaniu „Przerwy w dostawie prądu”. Zatem zagęszczenie i wieloznaczność w opowiadaniu o kwestiach związanych ze Starym Kontynentem zapisanych językami różnego typu – od mitu po ślōnsko godkę. Jesteśmy zabierani w podróże geograficzne – od Hiszpanii przez Danię po Ukrainę – ale również w podróże tworzone poprzez asocjacje pisarki. Tym razem z filozofią i ontologią – na potrzeby ambitnej literatury przejętą od Martina Heideggera, ale też ze specyficzną wrażliwością autorki, albowiem dobór motywów i sposoby wykorzystywania tych motywów, to świadectwo niebywałej dbałości o detal zapożyczony z klasycznej kultury czy sztuki, z którym Hankus robi dosłownie to, co chce. I opowiada o kondycji Europejczyka oraz Europy za pomocą różnorodności językowej: będą i wulgaryzmy, i słownictwo potoczne, i nasycone symboliką piękne zdania tworzące atmosferę sennej, niespokojnej rzeczywistości, i pojawią się specyficzne, warte zapisania i zapamiętania frazy. Na przykład „oddechem patrzysz w sufit” po prostu utkwiło mi w umyśle i na długo tam pozostanie.

W opowiadaniu „Znużenie Beatrice (…)”, jednym z moich ulubionych, pada jeszcze jedna fraza, która – w oderwaniu od głównej fantazji tego tekstu – konkretyzuje, jak można złośliwie określić kogoś, kto nie chce dziś pisać łatwej literatury bez mnogości nawiązań do innych tekstów szeroko pojętej kultury: „Osoba autorska lubi wąchać własne pierdy” (tak mimochodem łączą się czasem słowa w tych opowiadaniach). Ktoś wreszcie napisał to wyraźnie, dosadnie i dowcipnie! W książce, która ryzykuje takie nieprzyjemne podsumowanie po nieuważnej lekturze kilku tekstów. Dlaczego wyciągam taką konstatację z opowiadania mknącego w inną stronę? Bo autoironia i jednoczesna pewność siebie w swobodzie wyrazu artystycznego to cechy Justyny Hankus, dzięki którym powstaje właśnie taki wymykający się z ram form i stylów zbiór czternastu opowiadań jako świadectwo tego, że autorka gotowa jest wybierać przeróżne kierunki tworzenia tekstu, nie ma dla niej żadnych granic i nie jest ona kimś, kto wzdycha nad pięknem tego, co stworzył. Dobrze wie, co i dla kogo tworzy. Nie dla siebie. Hankus dała z siebie wszystko, co mogła, realizując fantazję o opowiedzeniu o kondycji Europy w tak różnych konwencjach i w czasem przebiegle przemyślanych strukturach. Także pokazała, jak potężną moc mają teksty krótkie. Dzięki Hankus opowiadanie żyje niczym podanie, gawęda, mit, legenda, wspomniana już groteska w rozmaitym natężeniu. Za każdym razem staje się to niesamowicie wizyjne.

Twórczyni koncentruje się na oniryzmie, by opowiedzieć o naszym kontynencie, który prawdopodobnie należy wybudzić ze snu. „Dobranoc, Europo” to w takim razie propozycje wszystkich mniej lub bardziej niespokojnych snów, które mogą się jej przydarzyć. Z postaciami, które czasem mogą okazać się człowiekiem, czasem zmyśloną zjawą, a czasami określonym zjawiskiem albo nawet społecznym przekonaniem lub globalnym problemem. Kiedy czyta się zbiór tych czternastu autonomicznych tekstów, których przesłania zaczynają jednak ze sobą współbrzmieć, myśli się nie tylko o talencie literackim, erudycji autorki czy o tym, na ile sposobów potrafi wyrazić delikatność oraz bezkompromisowość. Mnie przyszły do głowy jak najbardziej konkretne i realne problemy współczesnej Europy.

Czytałem „La Dame” jako tekst o tym, że w niektórych miejscach Starego Kontynentu jest za dużo słodyczy, zbyt wiele dóbr do konsumpcji niemożliwej dla na przykład emigrantów przemierzających Morze Śródziemne ze świadomością ryzyka śmierci wśród fal, których obraz wygenerowało w mojej wyobraźni wspomniane już opowiadanie „Znużenie Beatrice (…)”. Jutlandzkie „Wrzosy” uświadomiły mi, jak bardzo stajemy się osobni, co określa piękna fraza „wsiąkać w noc”, użyta oczywiście w innym znaczeniu. „Moja droga przyjaciółko” – bardzo mocny tekst – natychmiast narzucił skojarzenia z tym, co dzieje się na granicy polsko-ukraińskiej w związku z konfliktem zbrojnym w wiadomym rejonie. Wiem, że Justyna Hankus nie chce być dosłowna i nie zależy jej na jakimkolwiek jednolitym odbiorze tego zbioru. Choćby z tego względu, że zawiera on teksty już publikowane, więc jest świadectwem pewnej sumy doświadczeń twórczych, w których Hankus rzadko mówi coś wprost. Ale mnie zupełnie nieświadomie powiedziała.

Poza „Misją” z charakterystycznym czeskim żartem, parodią i czarnym humorem jako takim, które to opowiadanie przełamuje dość melancholijny wydźwięk całości, jest tu też dużo miejsca na szczery uśmiech, gdy Hankus czyni współczesnym coś pomnikowego (królowa Margot marząca o tym, by wskoczyć w dresy czy dostawa kurierska sukni dla fenickiej księżniczki kończąca się zwrotem produktu do nadawcy). Nie boi się takich zabiegów, bo nie wygląda to pretensjonalnie, ale naprawdę kreatywnie. Natomiast czy zbiór ten diagnozuje kondycję współczesnej Europy? Jeśli tak, to szczególnie jeden element: przymykanie albo wręcz zamknięcie oczu. By śnić i nie doświadczać tego, co realne, bo to za bardzo boli albo jest zbyt problematyczne.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-09-03

"Głos Hind Rajab" reż. Kaouther Ben Hani

 

FILM

Gatunek: dramat

Tytuł oryginalny: Sawt Hind Rajab

Produkcja: Francja/Tunezja

Czas trwania: 89 minut

Data polskiej premiery: 29 stycznia 2026

Tytuł recenzji: Bezradność

Filmowa petarda rozsadzająca mózg. Chcecie przeżyć stymulację, napięcie i mnóstwo emocji, które po seansie zaczną gasnąć? Obejrzyjcie „Połączenie” z Halle Berry. Chcecie poczuć ból, bezradność, wściekłość i smutek, które nie odpuszczają? Obejrzyjcie film Kaouther Ben Hani, który w detalach poprowadzi przez prawdziwe piekielne kręgi. Antycypujecie, co może się tu wydarzyć? Pozostańcie w niepewności jak sfrustrowani skrajnymi emocjami pracownicy Czerwonego Półksiężyca usiłujący utrzymać kontakt telefoniczny z dziewczynką uwięzioną w ostrzeliwanym samochodzie w Gazie. I naprawdę trudno mi pojąć intencje tych, którzy recenzując ten film, informują wprost, jak się skończy. Najważniejsze jest przecież to, jak wiele i na jak różnych poziomach się tutaj dzieje. Na jakie zmysły działa ten film, które stymuluje, którymi manipuluje, a które tłumi. Jednak jest świadectwem. To wszystko wydarzyło się naprawdę.

Ale po kolei. Po znakomitej introdukcji z niebieską linią, która zanika i pulsuje, pojawia się jedna scena, która trochę wykoleja odbiór filmu. Wszyscy wolontariusze na przerwie. Niektórzy nonszalancko palący papierosy. Tymczasem telefony nie milkną. W tym fachu i na tym stanowisku po prostu do zgłoszonych wypadków wysyła się karetkę. Tunezyjska reżyserka, bazując na wspomnianych prawdziwych wydarzeniach oraz nagranych rozmowach, z całą stanowczością, gniewem i bezkompromisowością opowie nam przez niecałe półtorej godziny, że nie – że są miejsca i czasy, kiedy nie da się po prostu wysłać karetki.

Film przekazuje natomiast ogromny ładunek emocjonalny. Można zemdleć, jak jedna z dyspozytorek. Nie ma tu koncentracji uwagi widza tylko na człowieku usiłującym utrzymać na linii dziecko, któremu grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Obraz rozgrywający się w jednym budynku z kilkoma małymi przestrzeniami kipi od emocji. Osoby wyszkolone do telefonicznego utrzymywania kontaktu z poszkodowanym zostają postawione pod ścianą. To sytuacja graniczna. I przerażająca jak wojna, w której wojskowi nie oszczędzają ludności cywilnej w Gazie.

Kaouther Ben Hania kręci naturalnie film z tezą. Słychać to wyraźnie, gdy jeden z pracowników krzyczy, że izraelskie wojska mogą sobie dołożyć punktów do swojej propagandy, jeśli pozwolą pomocy medycznej dotrzeć do dziecka i je uratować. Do niezwykle dzielnej dziewczynki, która w obliczu śmierci najbliższych stara się zachować tyle zdrowego rozsądku, na ile pozwala dziecięcy umysł. Umysły tych, którzy usiłują w stronę bombardowanego terenu wysłać pomoc i odebrać cierpiące dziecko, są na skraju wytrzymałości i zamiast współpracować, ludzie rzucają się na siebie bliscy szaleństwa w obliczu świadomości, przez jakie procedury muszą przejść, by pomóc dziewczynce. Ale jest też zarysowana druga teza: zjawisko przyzwyczajania się do ludzkich dramatów poprzez social media, które co prawda mają wielką moc czynienia dobra, lecz potrafią też generować znieczulicę.

Film grany jest częściowo mimiką, częściowo gwałtownymi gestami, ale przede wszystkim kolorowymi markerami, którymi bohaterowie wypisują kody i schematy procedur na szybie. Tu nic nie może przebiec jak w cywilizowanym świecie, a grupa wolontariuszy musi zjednoczyć siły dla tego jednego dziecka, które wciąż gotowe jest do kontaktu werbalnego. Dlatego najmocniej rezonuje tutaj to, co wskazano w tytule. Ale są też inne głosy. Podniesione, łamiące się, opadające do bezradnego szeptu, lecz także stanowcze, pokazujące kompulsywność działań. W tej chwili procedury rozgrywające się gdzieś poza naszym wzrokiem ustępują psychodramie prezentowanej przez ludzi z telefonami w dłoniach albo ze słuchawkami na uszach. Wszyscy czekają na tak zwane zielone światło i nie jest wyjaśnione, dlaczego udaje się je uzyskać. Potęga tego filmu to skoncentrowanie się na obrazach bezradności. Łzy w oczach to za mało. Dwójka bohaterów usiłuje się „odwentylować”, grając w coś na telefonach. A te dzwonią ciągle, przerywają połączenia, są narzędziami, które jako jedyne mogą tutaj przynieść ratunek, ale i są przekleństwem nawarstwiającym coraz więcej złych emocji. Złych w sensie: nie do uniesienia. Przez widza, lecz także przez operatorów linii telefonicznej. Bo w ich kompetencjach pozostaje tylko utrzymywanie kontaktu telefonicznego. A także siebie w pionie – dosłownie i w przenośni. Gotowych na wszystko, bo wszystko może się tu wydarzyć.

Podoba mi się to, że film nie pokazuje sztucznej szybkości działań i reakcji bohaterów oraz tego świata na zewnątrz, który zmaga się z izraelską inwazją. Kaouther Ben Hania wie, kiedy zwolnić, a nawet na sekundy zatrzymać przed naszymi oczyma prezentowaną sytuację. Tu mijają nie minuty, lecz godziny, podczas których przeżyć można wszystko, także świadomość tego, że samemu jest się kruchym i na celowniku. Parę elementów nadmiernie dramatyzuje całość (na przykład gdy jedna z bohaterek mówi, że swojej córce w przyszłości da na imię Hind), ale twórcom udaje się rzecz doprowadzić perfekcyjnie do końca. Dramatycznie, lecz nie melodramatycznie. Surowo, ale z nutą gorzkiej melancholii. Po takim filmie wychodzi się z kina w ciszy, niekiedy nawet najpierw zastygając w fotelu na dłuższy moment. Obraz pokazuje wielowymiarowość masakry, która nie składa się tu tylko ze strzelania, wybuchów, zniszczeń, bo przez większą część filmu jesteśmy w pomieszczeniach, w których w miarę bezpiecznie można koordynować działania. I to się dzieje. Ale dzieje się też coś więcej.

Nie można oderwać oczu od tego, na co nie chce się patrzeć, choć – jak zakłada tytuł – ma się przede wszystkim słuchać. Jedno i drugie jest potwornie trudne do zniesienia. Nakręcenie filmu w taki sposób, że pulsując własnym rytmem, oddziałuje także na wszystkie zmysły widza – to naprawdę wielka sztuka. Inspirowany okrutną prawdą obraz, który jako film ma moc paradokumentalnego świadectwa, o którym wspomniałem na początku. Należy też docenić fenomenalny montaż odwzorowujący to wszystko, co rozgrywa się między pierwszym zaskoczeniem a tym, jak w działania wkradają się coraz większy chaos i coraz dotkliwsze cierpienie.

Plakat z materiałów promocyjnych Nowehoryzonty.pl

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ

2026-09-01

„Suche strugi” Wit Szostak

 

Wydawca: Wydawnictwo Powergraph

Data wydania: 24 kwietnia 2026

Liczba stron: 334

Okładka: twarda

Cena detaliczna: 69

Tytuł recenzji: Wydobyte z przeszłości

Gdy przed sześciu laty recenzowałem „Cudze słowa”, wspomniałem, że tematyka prozy Szostaka jest wciąż jakby ta sama, dyżurna, jednakże formalnie ani jedna z jego książek nie jest w żaden sposób wtórna. Każda – od krótkiej „Zagrody zębów” po dłuższe „Rumowiska” czy „Szczelinami” – to wędrówka filozoficzna i ontologiczna oraz badanie języka jako narzędzia do mitologizowania – głównie przeszłości. To trochę tak, jakby w czasie przeszłym Szostak się warsztatowo, autorsko i egzystencjalnie bardzo dobrze osadził i głównie przeszłość może stanowić optymalne tło dla jego historii. O ile chcą być historiami i na ile możemy je tak postrzegać. W „Suchych strugach”, których oksymoroniczny tytuł można interpretować na co najmniej kilka sposobów i na wielu płaszczyznach, ważna jest – poza przeszłością – lokacja opowieści. To książka, którą Krakowianie albo ludzie przez dłuższy czas związani ze stolicą Małopolski odbiorą wyjątkowo emocjonalnie i mając szerszy ogląd. Ale i z dodatkowymi zdziwieniami. Zwłaszcza gdy będą pamiętać, jak poprowadzoną trasę tramwajową zamknięto tuż przed rokiem rozpoczynającym pierwszy, najdłuższy rozdział – o ile możemy w tej narracji mówić o rozdziałach.

No właśnie, pamiętanie i pamięć. To są oczywiście główni bohaterowie, do których można dołączyć również ból zapominania. Nie starsza kobieta ujawniająca nam się tu w różnych narracjach, z różnego punktu widzenia i czasem budząc wątpliwości, czy to jest ta sama osoba, ale Szostak ponownie po „Szczelinami” stający się kobietą, bo wrażliwość płci będzie tu miała duże znaczenie. Zatem pamiętanie. Helena pamięta to, co chce pozostać w jej wspomnieniach, ale toczy także nierówną walkę z tym, co powraca do jej umysłu, a czego chciałaby się pozbyć. Swoje życie nazywa „monotonnym strumieniem”. Co można stamtąd wydobyć? Z dziesiątek, setek, tysięcy identycznie przeżytych dni? Ale tylko na początku odnieść można wrażenie, że autor konfrontuje nas z wyjątkowo niewidzialną społecznie, a przez to rozgoryczoną, choć już niemal niemającą siły na tę gorycz, starszą panią. W jej pamiętaniu nie ma bynajmniej niczego monotonnego. Zwłaszcza gdy kolejne, krótsze już w zapisie części, pokazują rozmaite czasy i zmieniające się perspektywy spoglądania na siebie.

To teraz pamięć. Obecna sama w sobie we wszystkich książkach Wita Szostaka, bo to temat dyżurny każdego filozofa; przecież wiemy, że nie mamy do czynienia tylko z autorem książek, z których żadnej nie można nazwać powieścią i żadna też nie jest też niczym konkretnie nazywalnym, choć każda jest opowieścią o charakterze mitotwórczym. Punktem odniesienia akurat do tej jest ściana kamienicy, w której kiedyś tętniło życie. Dlaczego oddzielam pamiętanie od pamięci? Bo w „Suchych strugach” pamięć jest swoistą figurą stylistyczną, ale także – o ile to możliwe, a w pisaniu Szostaka wszystko może takie się stać – narzędziem kreowania tego, co w ogromnym uproszczeniu możemy nazwać światem przedstawionym. Dzięki samemu pojęciu pamięci pisarz prowokuje, dezinformuje, wprowadza czytelników w niepokój z elementami dyskomfortu, halucynuje niczym sztuczna inteligencja, ale przede wszystkim pamięcią jako narzędziem tworzy tę książkę w każdym, najbardziej zaskakującym czytelników momencie.

Nadal pomijam postać Heleny, bo nie ona ma być tutaj najważniejsza. W dalszej kolejności Szostak – nieustannie, jak w każdej książce – zwraca się ku destrukcyjnemu i konstruktywnemu znaczeniu słowa samego w sobie i słowa tworzącego zdania. Dlatego słowo ma tu w wiele wymiarów. Ma wyjaśniać i niepokoić. „Suche strugi” będą słowem otulać, ale potrafią też nim siec. Szostak wie, że ryzykiem są zdania wielokrotnie złożone. Wyzwaniem złożenia słów jako takich. I tu widzimy żonglowanie słowami, kiedy zmieniają się perspektywy opisu rzeczywistości, a jesteśmy wrzuceni w wir czasu obejmującego prawie jeden wiek. Nie można użyć identycznego słowa jako narzędzia opisu tego, co się działo przed wojną, w czasie wojny (wymowny „rozdział” oznaczony rokiem 1943!), w okresie komunizmu i czasie transformacji ustrojowej, a potem – kiedy coraz mniej mówiliśmy do siebie naprawdę. Można formułować hipotezy i tezy w zdaniach. Najlepiej krótkich. Niespiesznych. Zgrabnie zamkniętych, ale stawiających nas wciąż przed zagadką: kto, komu i co tak naprawdę tutaj opowiada?

Opowieść w założeniu Szostaka może być wymazywaniem zamiast zapisywaniem czegoś na nowo, jednak co innego przykuło moją uwagę: „Wybory nas określają, bo w nich jesteśmy naprawdę sobą”. To książka o tym, kto i co w danym okresie swojego życia wybrał. Nie zawsze o konsekwencji wyboru, ale prawie zawsze o jego motywacji. Napisałbym, że o strukturze, choć nie wiem, czy jest to adekwatne. Tak czy owak, główna bohaterka oraz wszyscy w jej otoczeniu są składową pewnych decyzji, które podjęli zwykle sami. Okoliczności wpływają na wybór, na relacje z innymi, ale ostatecznie jesteśmy w nim sami. Mnie zaciekawiła opozycja życia „niewidocznego” i tego, które pozostawia ślad w pamięci. A także metafora rzeki, która nie wybiera, dokąd płynie, a może mieć w swej bezwolności ogromny wpływ na ludzkie decyzje. Fragmenty o Krakowie i Podgórzu, z przerażającą otchłanią Wisły, której przekraczanie jest doświadczeniem granicznym, ubawiły mnie swym czarnym humorem, ale jednocześnie przypomniały o tym, że Szostak umie pisać o tym, że boimy się wybierać.

I na koniec samotność. Temat dyżurny i niezgłębiony przez autora, bo to jest obszar literackich dywagacji, które nigdy nie będą wtórne, jeśli zostaną dobrze poprowadzone. Osobność Heleny, ale i wszystkie opisane tendencje ucieczkowe, a także samotnicze odyseje – te myślowe i te realne – kierują mnie w stronę „Wróżenia z wnętrzności”, jednej z piękniejszych książek Szostaka i jedynej, której patronowałem medialnie, gdy jeszcze myślałem, że autor potrzebuje dodatkowego wsparcia dla swych działań. Dziś twórczość Wita Szostaka to niepodrabialna jakość literatury: prowokującej, konfabulującej, poszukującej i zwyczajnie frapującej. Wielbiciele z pewnością są już po lekturze „Suchych strug”. Ci, którzy chcą odkryć coś nowego – a to taki pisarz, który wydał już dużo, lecz za każdym razem proponuje coś nowego – spotkają się dosłownie i metaforycznie z bohaterami książki, o których próbowałem napisać, albowiem w moim odczuciu nie chodzi tu o żadną konkretną Helenę z krwi i kości. Książka przejmująca i otwierająca chyba najwięcej ścieżek interpretacyjnych spośród wszystkich tych publikacji, które Szostak do tej pory wydał. Cała ta narracja to pytania i wątpliwości. Inaczej widzi się wiele kwestii, gdy otwiera się tę publikację i pochłania pierwsze zdania tej historii, a zupełnie inaczej w momencie zamykania woluminu po przeczytaniu ostatniego zdania.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ