Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwajcarska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura szwajcarska. Pokaż wszystkie posty

2018-04-27

„Słonie w ogrodzie” Meral Kureyshi


Wydawca: Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

Data wydania: 11 kwietnia 2018

Liczba stron: 142

Przekład: Urszula Poprawska

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 31,50 zł

Tytuł recenzji: Budowanie pośród utrat

Debiutancka powieść Meral Kureyshi – choć nie wiem, czy nie słuszniej byłoby tę książkę nazwać poetycką etiudą – to znakomity dowód na to, że biografia twórcy może zrodzić wielką literaturę. Wystarczy być uważnym i czułym. Dużo pamiętać. Czasem zbyt dużo. A czasami wyjątkowo dokładnie, by złożyć opowieść o dorastaniu i utratach w tak ujmującą całość, jaką są „Słonie w ogrodzie”. Kureyshi pisze o tożsamości dziecka, dziewczynki przeradzającej się w kobietę, ale przede wszystkim o tożsamości imigrantki, która musi zmierzyć się z dwoma odejściami – ukochanego ojca będącego zawsze punktem odniesienia do wszystkiego oraz pierwszej ojczyzny, Kosowa ze wspomnień, snów i wyobrażeń. Ta powieść to nie tylko wzruszająca historia pożegnania prawdopodobnie z najważniejszym człowiekiem na świecie, ale także żegnania się z oswojoną przestrzenią kraju, który wciąż na nowo we wspomnieniach odzywa się za pomocą śpiewów, modlitw oraz słów zmieniających dziś znaczenie.

Baba odszedł bardzo wcześnie. Nie było mu dane cieszyć się życiem nawet przez półwiecze. Opowieść rozpoczyna wspomnienie pogrzebu i żałoby. Ojciec funkcjonuje jako pocieszyciel, tłumacz, przewodnik i mędrzec spajający rodzinę, ale także jako pewien symbol – człowiek, którego działania uporządkowały świat dziewczynie dorastającej ze świadomością, że syta i szczęśliwa Szwajcaria niekoniecznie chce się swymi dobrami podzielić. Niekoniecznie chce uznać rodzinę Baby za własną. Kulturalnie, lecz stanowczo odmawiając, igrając z emocjami i oczekiwaniami. A jednak w rodzinie migrantów, która kilkanaście lat żyła w sercu Europy w trudnym do zwerbalizowania zawieszeniu, Baba zawsze potrafił sprawić, że tęskniąca za nim dzisiaj córka widziała świat w uporządkowanych konturach. Wiele tu przejmujących scen świadczących o tym, że porządek się rozpadł wraz ze śmiercią ojca, ale najbardziej chyba zapada w pamięć wspomnienie, gdy autorka opowiada o tym, jak starała się zrównać oddech z oddechem obserwowanego Baby.

Jedno z jego niewielu spełnionych marzeń na emigracji to posiadanie czerwonego mercedesa. Poza tym – lata niepewności, ciężkiej pracy, uczciwego starania się o prawo pobytu w najpiękniejszym z krajów świata. Kiedy Baba całował ziemię Zurychu, nie spodziewał się, jak wiele trudności postawi przed jego rodziną miejsce, które wspólnie wybrali do lepszego życia. Tymczasem autorka wciąż na nowo powraca do swojego Prizren. Zdaje sobie sprawę z tego, że szwajcarskie życie stało się alternatywnym, ale ona wciąż tkwi w tureckiej mniejszości muzułmańskiej, gdzie ukształtowała swą wrażliwość i rozumiała, czym jest bliskość z ludźmi. Kolejna wyjątkowo sugestywna scena to wspomnienie, w którym dorosła już kobieta wchodzi do dawnej sali lekcyjnej i na tablicy pisze swoje imię, które potem zamazuje ręką. To doskonałe zobrazowanie tego, co przez lata działo się z jej tożsamością. Zatarciu uległo to, co kiedyś było przecież czymś najważniejszym. Rzeczy pierwsze, pierwsze doznania i myśli dziś przefiltrowane są przez pryzmat gorzkich doświadczeń imigranckiego wyobcowania. A ono jest potęgowane przez fakt, że nie mam już Baby. Nie ma też pewności, że rodzina zawsze była tym, co chroniło przed każdą niepewnością.

W ramionach Baby można było się naprawdę schronić, w jego obecności pożegnać samotność. Dziś narratorka musi zmierzyć się z utraconym ojcem i pożegnać Prizren w takim kształcie, w jakim je zapamiętała. Meral Kureyshi opowiada też o lingwistycznym aspekcie swojego wyobcowania. O językach Szwajcarii, w które musiała wrosnąć, i o słowach oraz frazach z ojczyzny – zapisanych w pamięci na zawsze jak życiowe drogowskazy. Ta książka tak pięknie pozbawiona chronologii opowiada o tych zdarzeniach, w których autorka musiała określić, kim jest, do kogo przynależy i z kim chce tworzyć bliskie więzi. Baba był zawsze najważniejszy. Pozostawiona w żałobie matka ukrywa się pośród smug papierosowego dymu i jej dramat jest pewnym niemym tłem tego, co przeżywa opuszczona córka. Kobieta zmuszona do nakreślenia nowego azymutu życiowego. Zawikłana we wspomnienia, które dopiero po latach nabierają wyraźnego kształtu.

„Słonie w ogrodzie” to powieść przesycona smutkiem, ale nie ma go w nadmiarze; Kureyshi znakomicie zachowuje równowagę między tym, co sentymentalne, a tym, co po prostu konieczne do opisania. Wybiórczość życiowych zdarzeń i asocjacje budujące specyficzny rytm książki są wyrazem z jednej strony bezradności i zagubienia, z drugiej jednak – coraz silniejszej samoświadomości, poczucia stanowienia o własnym losie, samodzielnego pisania opowieści o życiu. Wydobywa się z tej narracji osamotnione dziecko nazbyt szybko, ale i bardzo intensywnie przechodzące wszystkie konieczne do osiągnięcia dorosłości inicjacje. Meral Kureyshi pisze o swoich emocjach bardzo subtelnie. Czasem zamyka to pisanie w poetyckie zagadki, gdy na przykład opowiada o nieznośnym ciężarze na końcu włosów. Wchodzimy w ten świat z wyjątkową delikatnością i jesteśmy prowadzeni bardzo subtelnie przez doświadczenia tragiczne, bolesne, uprzedmiotawiające narratorkę i pozwalające jej jednocześnie zbudować silne poczucie zgody na to, kim się stała.

To zatem opowieść inicjacyjna, ujmujące epitafium, ale przede wszystkim czytelna w odbiorze pod każdą europejską szerokością geograficzną historia o trudnym statusie rodziny imigranckiej. Ludzi starających się przez lata zjednać sobie tych, pośród których wybrali dla siebie lepsze życie. To życie wcale takie nie jest. Wiele oblicz wyobcowania i dramatyczna niepewność nakreślone są w szeregu krótkich narracji opowiadających historie bolesne, wstydliwe, czasami upokarzające. A jednak jest w Meral Kureyshi siła. Pewnie wiąże się też z upartością odziedziczoną po Babie. Ta książka wrasta mocno w to, co minęło, ale jest jednocześnie opowieścią o świadomym życiu w innym społeczeństwie. Ono w końcu akceptuje i szanuje, a kontroler nie sprawdza biletu, bo ufa, tylko patrząc. Autorka opowiada o konsekwencji wyboru tej inności oraz o walce o to, co własne, dobre i dające szczęście – w takim znaczeniu funkcjonuje trafnie do tych opowieści dobrany tytuł. Kureyshi zachwyca nienarzucającym interpretacji stylem, w którym odnaleźć można fragmenty dotychczasowego życia składane w całość. Bo nadszedł na to czas. Wówczas, gdy nie ma już kogoś, kto w tej układance kiedyś pomagał. Naprawdę piękna książka.


PATRONAT MEDIALNY

2017-07-09

„Koala” Lukas Bärfuss

Wydawca: Wydawnictwo Ossolineum

Data wydania: 27 czerwca 2017

Liczba stron: 176

Przekład: Arkadiusz Żychliński

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36 zł

Tytuł recenzji: Cywilizacja wobec samobójstwa

Książki Lukasa Bärfussa nie są prezentowane polskiemu czytelnikowi przez wydawnictwa głównego nurtu, ale cieszę się, że są tłumaczone i się ukazują. Szwajcarski pisarz jest ważny nie tylko dlatego, że jego literatura sytuuje się w iskrzących kontekstach społecznych i pokazuje, w jakim kierunku podąża cywilizacja europejska. Bärfussa charakteryzuje także wyjątkowa stanowczość w stawianiu wielu mrocznych pytań retorycznych. Obserwując kierunek rozwoju bliskiego nam świata, odwołuje się do jego peryferii. Tak było w „Stu dniach” analizujących kwestię ludobójstwa w Rwandzie przez pryzmat człowieka z cywilizacji, która chciała, ale nie mogła zapobiec rzezi. „Koala” – druga powieść – ucieka w zupełnie inny wymiar peryferyczności. Chodzi o ten egzystencjalny margines, na którym ludzkość mierzy się z aktami samobójstw. Autor wskazuje nie tylko tę niewygodną nieprzystawalność owych aktów, ale analizuje także kondycję społeczeństw, które problem odbierania sobie życia uznają za temat tabu. Samobójca nie jest człowiekiem, którego czyn – być może jedyny egzemplifikujący możliwość wolnego wyboru – podlega jakimkolwiek analizom. Samobójcę grzebie się poza przestrzenią cmentarza. Odsuwa się go pośmiertnie od pozostałych, którzy przecież nie przegrali własnego życia, bo przeżyli je do końca. Czy akt samobójstwa staje się automatycznie świadectwem zmarnowanego istnienia? Czy samobójcy to ci, którzy nie sprostali wymogom społeczeństwa, nie poddali się dyktatowi świata działania, wybierając pewien rodzaj bierności, nie tworząc swym nagle przerwanym istnieniem prawdziwej biografii? To tylko kilka z pytań stawianych w „Koali”. Powieści pełnej niepokoju, pewnego rodzaju stanowczości, ale ukazującej także ludzką bezradność. Bezradność wobec świadomego wyboru końca. Czy witalizm społeczeństw, które takiego wyboru nie akceptują, to świadectwo dojrzałości i odwagi?

Narrator książki przyjeżdża w rodzinne strony, by wygłosić wykład o von Kleiście. Nie spodziewa się, że kwestia samobójstwa zaabsorbuje go w innym wymiarze niż ten, w jakim opowiada o niemieckim twórcy. Spotyka się z bratem, który w przeciwieństwie do narratora nigdy nie opuścił rodzinnych stron. Kiedy brat żegna się i odjeżdża na błękitnym rowerze, to ostatni moment, w którym opowiadający historię widzi go żywego. Rzeczy po mężczyźnie szybko znajdują nowych właścicieli. Niczego innego po sobie nie zostawił. Wszystko przed śmiercią rozdysponował. Może poza bezdomnymi, osobnymi i dramatycznymi wątpliwościami. Pytaniami, wobec których jest już obojętny. Co następuje potem? Brak poczucia tęsknoty czy werbalizowania jakiejkolwiek formy braku. Kompulsywna potrzeba poradzenia sobie z zaistniałą pustką, którą nie tyle należy wypełnić treścią, ile najlepiej jak najszybciej się jej pozbyć. Pewna złość na człowieka, który tak metodycznie zaplanował swoje odejście, że zadbał również o to, by jego ciało nie sprawiało żywym większych problemów. Zaczyna się proces szukania odpowiedzi na pytania o to, co się naprawdę stało. Bardzo mi ta narracja przypomina powieść Grega Baxtera „Lotnisko w Monachium”, w której brat staje wobec podobnej zagadki, gdy siostra głodzi się na śmierć, pozostawiając go w kręgu wielu pytań bez odpowiedzi. Bärfuss i Baxter portretują ludzką samotność w podobnym tragicznym wymiarze. Żywi muszą walczyć z wątpliwościami, które rozwiali już martwi, decydując się na odejście. Pozostają niepokój i poczucie, że żyło się w wyraźnym oddaleniu od tych, których już nie ma. Że atomizowanie jest cechą dystynktywną współczesnych społeczeństw i dopiero akt autoagresji zakończony śmiercią każe na ten stan spojrzeć z nieco innej perspektywy.

Narrator „Koali” szuka perspektyw opisu i wyjaśniania. Niewiele daje mu wspominanie wspólnego życia z bratem i szukanie tych momentów, w których decydował o przeciwstawieniu się wszelkim nakazywanym formom życia społecznego. Zmarły zawsze był cieniem aktywnego brata, który podjął wyzwanie cywilizacyjne i stał się trybikiem w mechanizmie wiecznej pracy, zdobywania, osiągania sukcesów i stawiania sobie kolejnych celów. Samobójca Lukasa Bärfussa odpuszcza to wszystko. Dla społeczeństwa jest niewygodny. Niekompatybilny z dynamiką codzienności, która każe intensywnie żyć. Czym jest ta intensywność? Czy jest jakikolwiek powód, dla którego można byłoby odmówić jej człowiekowi decydującemu się żyć inaczej, wbrew wszystkiemu, na przekór wszystkiemu? Kiedy wspomnienia okazują się niewystarczające, narrator powieści podejmuje się trudu sięgania do historii, literatury oraz filozofii. Chce odkryć, dlaczego brata nazywano koalą. Konstruuje pewien mit o zwierzęciu, sięgając w przeszłość, obrazując szaleńczą ludzką gonitwę zwykle zakończoną śmiercią. Tą śmiercią akceptowalną, bo wytłumaczalną. Zmienia się tonacja książki. Czytamy o historii ludzkości, która w swych podbojach, wojnach, okrucieństwach i bezrefleksyjnym zdobywaniu świata zapomina, że stabilność istnienia to czasem bierność, wycofanie i trwanie w opozycji. Bo takie jest zwierzę, którego kolonizatorzy Australii określają mianem futrzanego dziwaka – warto go zbadać bliżej, ale nie można zrozumieć. Czym są opowieści z przeszłości i jaką diagnozę stawiają wobec tego, co teraźniejsze? Wobec ludzkich wyborów dyktowanych czymś innym niż konteksty i oczekiwania społeczne?

Zbudowana dychotomia przejawów życia koali i ludzkości brzmi o tyle zastanawiająco, że wcale nie przybliża do zrozumienia zagadki śmierci pojedynczego, bliskiego narratorowi człowieka. Znaczące jest zakończenie powieści, ale dużo istotniejszy cały proces mierzenia się z niezrozumiałym. Czy Lukas Bärfuss opowiada o katastrofie samobójcy czy o katastrofie cywilizacji, która w tak zaskakujący sposób kazała mu istnieć na swych peryferiach? „Koala” to nie tylko egzystencjalna rozprawa ze światem, którego dynamika wciąż na nowo piętnuje różne formy pasywności. To także opowieść o świecie, w którym ludzkie wyobcowanie nie jest stygmatem, lecz przejawem pewnego rodzaju odwagi. „Koala” opowiada o zniewoleniu cywilizacji i o społecznych aspektach poczucia własnej wolności. O granicach między istnieniem a wegetacją ludzką, które domagają się pytań, określania na nowo. Bärfuss prowokuje i przygnębia. Z drugiej strony dzięki tej powieści wyraźnie sygnalizuje wstydliwe momenty w życiu człowieka, które zmuszają go do głębszej refleksji o życiu. Zwykle w konfrontacji z jego końcem.

2012-12-08

"Gołębie wzlatują" Melinda Nadj Abonji

Wojwodina nie jest krainą szczęścia. To przestrzeń niebytu. Ojczyzna dla nikogo. Ani dla Serbów, ani dla Węgrów, a nimi są bohaterowie książki. Tymczasem to miejsce, które można kochać, chociaż zmuszonym się było, by je opuścić. Któregoś dnia rodzina Kocsis zamiast wsiąść do samolotu i uciec do wymarzonej Australii, postanowiła ruszyć w kierunku Szwajcarii. Tam otwierały się możliwości na godne życie i tam przez lata starali się oni o to, by wypracować sobie ludzki los, nie będąc tylko „homo balcanicus”, tolerowanymi jedynie przez Szwajcarów. Melinda Nadj Abonji przedstawia specyficzną historię emigrantów. O ile Rózca i Miklós wybrali miejsce do rozpoczęcia życia na nowo świadomie, o tyle ich córki – Ildikó i Nomi – zostały do tego zmuszone i dorastając w Szwajcarii, przeżywają dramat wysiedlonych, którym nie dane było się pożegnać z ich Wojwodiną.

Narracja książki jest oszczędna, zwykle koncentruje się na jakichś zdarzeniach, przytacza daty roczne i zwraca uwagę na symbole, dzięki którym wieloznaczna staje się historia Kocsisów, którzy stawali się Szwajcarami w trudnych czasach (czy jest lekki czas dla emigranta żyjącego jakby obok społeczeństwa?). „Gołębie wzlatują” to hołd złożony miłości i tęsknocie, ale także niezwykle ciepła opowieść o rodzinnym przywiązaniu i o tym, że z trudami życia można się brać za bary wspólnie po to, by je przezwyciężyć.

Introdukcja to opis przyjazdu do Wojwodiny latem roku, kiedy umarł Broz Tito. Można opisać miłość do Sycylijczyka Matteo czy refleksyjnego chorwackiego pieśniarza Dalibora, ale czy można opisać to, że prawdziwe uczucie ukryte jest gdzieś wśród wojwodińskich topoli, w tamtejszym powietrzu, na równinie? Ildi snuje opowieść ze świata, którego nie dane jej było dobrze poznać. To, co utrwaliła pamięć i nie zatarły trudy codziennego życia w Szwajcarii, oddawane jest z pietyzmem i elegancją. Narzędziem jest słowo, ale najważniejsza pamięć. Dzięki niej Ildikó może opowiadać nie tylko o przywiązaniu do miejsc, ale i do ludzi, którym biografie zmieniały granice, wojny i systemy polityczne w XX wieku.

Jedną z ważniejszych postaci – to ją odwiedzają w pierwszej kolejności latem 1980 roku – jest matka ojca, Mamika. Przez lata niezmiennie pielęgnowała ład wokół siebie i tylko u niej wszystko jest zawsze na miejscu, choćby upłynęło dużo czasu, a codzienność życia w Wojwodinie zmuszała do tego, by chwytać dzień, a nie pielęgnować przeszłość. Mamika jest chodzącą historią rodziny Kocsis. To ona opowie o swoim mężu, Papucim, prostym chłopie, którego nie złamało imadło komunistycznego systemu, choć przeżyć udało mu się jedynie półwiecze. Ona zdradzi Ildi i Nomi tajemnicę wcześniejszego związku ich ojca, którego owocem jest Janka, a który podzielił mocno nie tylko dwóch braci, ale i wewnętrznie zniszczył dorastającego Miklósa być może bardziej niż komuniści, których wciąż przeklina. Mamika jest czuła, ciepła i wydaje się być nieśmiertelna. Tak jak wspomnienia czasu, kiedy wszyscy Kocsisowie mieli swoje miejsce na ziemi, z którego wypędził ich głód, niesprawiedliwość dziejowa i potrzeba poszukania szczęścia, jakiego nie znaleźli sami w sobie…

Zamiast przemierzać świat i znaleźć się na Antypodach, bohaterowie „Gołębi wzlatują” przekraczają symboliczną granicę w Tompa. Po jednej stronie Serbia, Węgry albo to, co z nich pozostało. W oddali majaczą domy innej, lepszej cywilizacji. Czy Szwajcaria przyjmuje emigrantów z otwartymi ramionami? Bynajmniej. Ci, którzy dotychczas musieli bardzo się starać, by w mroku Wojwodiny odnaleźć światło i nadzieję, w Szwajcarii są już bardziej pragmatyczni, a idee i poglądy chowają głęboko w kieszeni. Po trzynastu latach spartańskiego życia, kiedy prali, prasowali i ogólnie usługiwali Szwajcarom, mogą poszczycić się tym, że otwierają tylko ich własną restaurację z klasą. „Mondial” będzie taką ogniskową, dzięki której przyjrzymy się życiu sytych i zadowolonych zachodnich Europejczyków. Dla nich praca i użyteczność są kryteriami akceptacji innych i uznania ich za swoich. Kocsisowie długo pracują na to, by zaczęto się z nimi liczyć. Tymczasem czym innym jest godziwe życie emigranta, a czym innym brak pełnej świadomości tego, co się opuściło i czego w związku z tym można dostarczyć. Nie na czystej szwajcarskiej uliczce. W sercu. Melinda Nadj Abonji opowiada o szeroko rozumianym pojęciu odmienności i o tym, że prawdziwie kochać, to ciągle szukać i nazywać.

Tytułowe gołębie hoduje Mamiko i kuzyn Béla. Kobieta gotuje z nich zupy, mężczyzna widzi w ptakach prawdziwą wolność i szczęście. Ptaki wzlatują w stronę wolności, bo choć tkwią przy właścicielach, którzy darzą je miłością, pragną oderwania i ucieczki od tego, co krzywi moralne kręgosłupy ludziom w Wojwodinie. Tytuł książki sugeruje, iż mamy do czynienia z opowieścią przemierzanej drogi. Celem jest wolność. Z jej wieloma definicjami. To taka mała książka o wielkich sprawach; opisuje małe mieściny i wielkie emocje, które się w nich rodzą. Nadj Abonji niewiele nam sugeruje; każe przemierzać czas i przestrzeń ze swoimi bohaterami pośród niedopowiedzeń i tęsknot, jakie trudno jest wyrazić.

To nie jest kolejna książka o ciężkim losie emigrantów w Zachodniej Europie. To subtelny pamiętnik dorastania do kompromisów. Historia tęsknot i radości. Los zapisany w Historii, wspominanej czytelnie i dosadnie. Inna jest Wojwodina w 1980 roku, kiedy Kocsisowie wjeżdżają doń swym wspaniałym chevroletem. Inna po 1992 roku, gdy nałożono embargo na Serbię i Czarnogórę. Tylko w pamięci bohaterów – wędrowców wszystko jest na miejscu i tam, gdzie trzeba. Bo godne życie to nie tylko komfort szwajcarskiego obywatelstwa. To świadomość tego, iż zawsze będzie nam dany czas i miejsce, skąd pochodzimy. I miejsce to należy kochać nawet wówczas, gdy ta miłość jest trudna.

tłum. Elżbieta Kalinowska
Wydawnictwo Czarne, 2012

2011-07-29

"Oskarżona" Mariella Mehr

Sporo już napisano w przestrzeni publicznej o „Oskarżonej”, bo to faktycznie książka, która musi przykuć do fotela i należy do tych niewygodnych lektur, po skończeniu których oddycha się z ulgą, odkłada ją i z radością mówi w myślach „mnie to nie dotyczy”. Myślę, że to, co zawarła w swojej opowieści Mariella Mehr (której biogram załączony do książki stanowi lekturę chyba bardziej poruszającą niż fabularna fikcja „Oskarżonej”), dotyczy nas wszystkich bez względu na płeć i wiek. Autorka bowiem próbuje zaprezentować skomplikowaną architekturę zła, a jego moc ucieleśni przesłuchiwana podpalaczka i morderczyni, która w realnym świecie ma swój odpowiednik, co czyni „Oskarżoną” książką jeszcze bardziej wiarygodną.

Mamy do czynienia z przejmującym monologiem, jaki tytułowa postać, kieruje do przesłuchującej ją urzędniczki. Początkowo zdystansowana, Oskarżona szybko stara się zbudować pewną opozycję i wskazać, że oto słaba wola konfrontuje się z wolą silną i że przesłuchująca tak naprawdę niewiele jest w stanie zrozumieć z tego, co się do niej mówi. Potem coś się zmienia, niema rozmówczyni jest już osobą, do której Oskarżona zwraca się per „ty”, następuje coś w rodzaju szaleńczej bliskości… Szaleńczej dlatego, iż kobieta opowiadająca swe dzieje, historie podpaleń i zabójstw, wydaje się być jakąś ideą nadczłowieka, a nie zwyczajną morderczynią. Kari Selb nie jest w stanie spojrzeć na siebie oczyma przesłuchujących, bo dla nich jest ona jedną z wielu, a chce – dla siebie i dla świata – pozostać tą wyjątkową.


Dobrze robi jej izolacja. Kari wyraźnie ją sobie ceni. „Nie tęsknię za skrzeczącymi babami, wiecznie lejącymi łzy nad własnym życiem. Moja ściana mi odpowiada”. Tylko w izolacji jest w stanie przeżywać swoje życie naprawdę, nazywać to, co robiła i widzieć w tym sens. Logiczne dla Kari jest uwięzienie, jednak nie mieści się jej w głowie, iż proces, któremu jest poddana, ma stanowić jakąś formę katharsis dla niej samej. Oskarżona sama oskarża i czuje się daleko ponad światem, który nie może jej wybaczyć okrucieństw.


Oskarżona we wspomnieniach wraca do traumatycznego dzieciństwa z wiecznie pijaną matką i nieobecnym ojcem. Opisuje, jak wzrastał w niej gniew. Potem bunt. A może jedno i drugie jednocześnie. Tajemnicą jest, w jaki sposób od tego momentu Kari dotarła aż do otchłani piekielnej. Wspólnie zresztą ze znikającą Malik i Serafimem, których symboliczna funkcja ujawniana w toku zwierzeń nie jest jasna. Ta istota troista, jak siebie określa Kari, próbuje powiedzieć, jak rozumie zniszczenie. „Zniszczenie rozumiałam zawsze jako samodzielną siłę. (…) Ale ani nienawiść i zazdrość, ani inne uczucia nie skłaniały mnie do niszczenia upatrzonych wcześniej celów”. Niszczenie dla samego niszczenia? Gdzieś między snem a jawą, między Malik i Serafimem a ofiarami zbrodni… Kari zabłąkana, Kari odważna, Kari zagubiona, Kari niezwykle silna. Okrutna, zła i nieszczęśliwa.


Mehr pisze o zranieniu, o patologii rodzącej się z okrucieństw rzeczywistości na pozór niepatologicznej. Jednocześnie pisze o kimś, kogo sama jest w stanie zrozumieć. Nam jest zdecydowanie łatwiej zrozumieć „Oskarżoną”, kiedy pozna się dramatyczną biografię Marielli Mehr i zwróci uwagę na to, ile w tej prozie jest prawdy. Bolesnej, przerażającej prawdy między innymi o tym, iż rany zadane przed laty mogą zostać zadane ponownie.


Kari spala się w niszczycielskiej sile czerwieni. Oddaje się demonom przeszłości, które każą jej monologowi zmienić formę. Zakończenie „Oskarżonej” stawia więcej pytań niż odpowiedzi, a autorka próbuje nazwać istotę zła, które rodzi się w kobiecie stawiającej siebie ponad innymi…


Wydawnictwo Czarne, 2011

2010-08-21

"Sto dni" Lukas Bärfuss

Kiedy w ubiegłym roku Wydawnictwo Czarne opublikowało „Strategię antylop”, wstrząsający reportaż o życiu mieszkańców Rwandy po dramatycznych wydarzeniach 1994 roku, wydawało się, iż otrzymujemy niemal kompletny zapis traumy, jakiej doświadczył ten mały afrykański kraj. Francuski korespondent Jean Hatzfeld oddał głos Rwandyjczykom; od nich dowiedzieliśmy się o tym, jak żyć po masakrze ludobójstwa i budować relacje z ludźmi, którzy tak niedawno atakowali maczetami, a teraz są po prostu sąsiadami. Nieopisywalne słowami dramaty ludzi w książce Hatzfelda nabrały znamion wyjątkowego dokumentu, który potrafi znaleźć słowa na to, by przybliżyć koszmar ludobójstwa i niewyobrażalną dla Europejczyka sztukę budowania normalnego życia w świecie spływającym niegdyś krwią. Opowieść Lukasa Bärfussa jest specyficznym uzupełnieniem opowieści bohaterów Hatzfelda, albowiem opisuje makabryczne sto dni rzezi z punktu widzenia szwajcarskiego dyplomaty, uwikłanego w szereg egzystencjalnych rozterek.

Książka Bärfussa zadaje pytania o to, w jaki sposób europejskie społeczeństwa odpowiedzialne są za dramat Rwandy. „Sto dni” stawia wiele niewygodnych tez, jest książką pełną niepokoju i mroku. Dodatkowo to pasjonujące studium człowieka cierpiącego i takiego, który odczuwa cierpienie innych. Zdecydowanie za mało o tej książce napisano (wieloaspektowy tekst Jerzego Franczaka opublikowany w „Tygodniku Powszechnym” to pojedynczy zaangażowany w przekaz tej powieści głos) i chociaż lekturę odwlekałem w czasie, bo doskonale wiedziałem, o czym przeczytam, czuję się w obowiązku nakreślić kilka zasadniczych myśli „Stu dni” i zwrócić uwagę na świat, na który nigdy naprawdę nie zwracano tej uwagi.


David odbywa w Rwandzie specyficzną misję. Jego zadaniem jest pomoc w odbudowie tego kraju, a z czasem bohater ma wrażenie, iż dokłada się w jakiś sposób do jego ruiny. Kiedy pierwsze brutalne ataki Hutu na Tutsi rozpoczynają krwawą rzeź Rwandy, David pozostaje tam i ukrywa się w willi Amsar w Kigali. Ratuje go to, że jest Szwajcarem, a przecież Szwajcar traktowany jest w Rwandzie zupełnie inaczej niż np. Belg. Szwajcara nie zabija się maczetą, jemu jest się wdzięcznym. Za co? Czy David i jego współpracownicy mają powody sądzić, iż afrykańskie państwo biedy, głodu, zacofania i niesprawiedliwości społecznej jest winne jakąkolwiek wdzięczność krajowi tak stabilnemu i cywilizowanemu jak Szwajcaria? Dramat pozostającego w centrum krwawej rzezi Davida nie będzie tylko jednostkowym dramatem dyplomaty, który wątpi w sens swoich dotychczasowych działań i który zdaje się na pomoc szabrownika i ludobójcy. Jego historia będzie symbolicznym przedstawieniem dramatu cywilizowanego świata, jakiemu przez lata nie udało się ucywilizować kraju, w którym dyplomaci i wolontariusze wykonywali mrówczą codzienną pracę.


Bohater Bärfussa pozostaje sam ze sobą, z przerażającą teraźniejszością i dręczącymi go wspomnieniami. Pozostaje w towarzystwie myszołowa, któremu próbuje uratować życie. Jak? To bardzo znaczące, jak David postrzega swe działania wobec opierzonego przyjaciela: „Rąbałem na kawałki psy, które ktoś dla mnie zabijał. Zdrowe, silne psy. Rąbałem je, aby karmić nimi kalekiego ptaka. Najbardziej obłędne było to, że cała moja praca, całe moje życie tutaj funkcjonowało na podobnej zasadzie, a ja nie potrafiłem dostrzec w tym nic niewłaściwego.” Czy misja ludzi pokrewnych Davidowi była misją pokoju, misją niosącą dobro, misją sprawiedliwą? Czy dokonania Europejczyków zmieniających Rwandę mają jakieś znaczenie w momencie, kiedy wszyscy uciekają jedynie od krwi i przemocy? Czy w świecie tak przerażającym jak rzeczywistość stu dni, w której wymordowano ponad 800 tysięcy ludzkich istnień jest miejsce na to, by jasno określić, czym jest dobro, sprawiedliwość i potrzeba pomocy?


W tyglu tragicznych zdarzeń znajdują się także dramatyczne wspomnienia związku Davida z Agathe. Ich bliskość wywołuje w bohaterze niepokój i staje się źródłem tłumionych kompleksów. To bliskość toksyczna, ale tak samo toksyczna wydaje się rzeczywistość pogrążającej się w chaosie Rwandy, a intensywność przeżywanych przez kochanków uczuć jest ogromna, chociaż tak wiele ich dzieli.

Pasjonującą historię o poczuciu winy i prawdziwej winie, o bezradności i przerażającej pustce wobec zbrodni ludobójstwa, o miłości w czasach pogromu i o upadku w nicość opowiada powieść barwna, niepokojąca, bezkompromisowa i odważna. Bärfuss i Hatzfeld to autorzy, których przekłady znać należy po to, by nie odwracać oczu od Rwandy, od której odwrócono się w 1994 i do dziś nikt nie śmie naprawdę spojrzeć na problemy tego kraju.


Korporacja Ha!art, 2010

2009-05-24

"Kelner doskonały" Alain Claude Sulzer

Książka szwajcarskiego prozaika wpisuje się w nurt współczesnej literatury o tematyce homoerotycznej. Jak to robi? Niezbyt spektakularnie, ale być może to wina tego, że temat był już poruszany wielokrotnie. Myślę, że powieść Sulzera nie wpisze się jakoś wyraźnie w pamięć czytelnika przede wszystkim dlatego, iż wykorzystuje eksploatowane już wielokrotnie motywy zdrady, zranionej miłości, niezdrowej fascynacji i samotności. To, co wyróżnia „Kelnera doskonałego” to autorska umiejętność stopniowania napięcia, dzięki której do ostatnich stron odkrywa się tę skomplikowaną historię miłosną.

Erneste całe swoje życie był kelnerem. W szwajcarskiej restauracji Am Berg wypracował sobie pozycję i zdobył szacunek współpracowników. Erneste to tytułowy kelner doskonały – taktowny, delikatny, dyskretny i pracowity. Bohater otrzymuje we wrześniu 1966 roku list od Jakoba Meiera, dawnego przyjaciela i kochanka. Powracają wspomnienia i dowiadujemy się, jak obaj mężczyźni się poznali oraz odkrywamy tajemnice ich romansu. Sulzer buduje swą opowieść najpierw ze wspomnień, potem umiejętnie włącza w nią zdarzenia, jakie mają miejsce w 1966 roku i są konsekwencją odczytania listu Jakoba przez Erneste’a. Okazuje się, że związek obu mężczyzn niósł ze sobą wiele innych, poznawanych stopniowo zdarzeń, które doprowadziły do miłosnej tragedii.

Sulzer bardzo sugestywnie opisuje realia życia w 1935 roku, w którym Erneste poznaje Jakoba. Szwajcaria jawi się jako spokojny, odcięty od świata zakątek, gdzie próbują uciec od życia wszyscy ci, dla których rosnąca w siłę III Rzesza staje się niebezpieczna. Jakob przyjeżdża do hotelu nad szwajcarskim jeziorem Brienzersee z Kolonii, w której pozostaje jego rodzina i przyjaciele. Młody kelner szuka nowych możliwości, ale przede wszystkim szansy ku temu, by nie wracać do ojczyzny i nie zostać wcielonym do Wehrmachtu. Szwajcaria jest też miejscem, w jakim próbuje się odnaleźć znany pisarz Julius Klinger, który odcina się od swoich niemieckich korzeni i ubolewa nad tym, że Hitler rośnie w siłę i coraz bardziej dyskryminuje ludność pochodzenia żydowskiego. W atmosferze ledwie uchwytnej psychozy strachu przed Niemcami Sulzer ukazuje rozwój płomiennego uczucia. Uczucia, które połączy Erneste’a i Jakoba, ale z czasem stanie się dla nich obu przekleństwem.

Jakob Meier to postać tragiczna. Mężczyzna, który uwodzi i mężczyzna, którego urok osobisty stanowi jednocześnie groźną broń. Jakob romansuje nie tylko z Erneste i Klingerem. Za wszelką cenę poszukuje spełnienia, którego nie dają coraz to nowe znajomości. Myślę, że ta postać to taki męski odpowiednik „femme fatale”. Meier jest mężczyzną fatalnym, jest postacią, która niepokoi i zastanawia. To przez Jakoba serce Erneste’a się zamyka i to Jakob doprowadza do rodzinnej tragedii w domu Klingera. Mężczyzna wydaje się wszystko wokół niszczyć. Tak naprawdę jednak jego poczynania są aktem autodestrukcji i próbą ucieczki od tłumionych pragnień oraz marzeń. Erneste pragnie uczynić Jakoba kelnerem doskonałym. Udaje mu się jedynie doprowadzić do tego, że młody kochanek będzie na usługach tych, którym tak naprawdę nie chce się oddawać.

Równie ciekawa jest postać Erneste’a, którego pozorny spokój wydaje się przez cały czas dominować nad światem przedstawionym w powieści. Od lat te same zwyczaje, ta sama praca, taki sam uporządkowany rytm dnia i… nagłe emocjonalne poruszenie, którego powodem jest list od Jakoba. Erneste to wdzięczny i wiarygodny narrator, ale jednocześnie postać naznaczona piętnem wyobcowania i smutku. Jego opowieść o miłosnej fascynacji i tragicznych konsekwencjach zauroczenia z czasem staje się niejednoznaczna i niepokojąca. Dzięki temu powieść Sulzera zyskuje na wartości. „Kelner doskonały” to książka, w której przeszłość staje się tak żywa jak teraźniejszość i opowieść, w jakiej czytamy o prawdziwych uczuciach. Szkoda tylko, że autor momentami czyni z niej melodramat i nazbyt często wykorzystuje oczywiste i banalne rozwiązania fabularne. Wszystko to powoduje, że trudno jednoznacznie określić tę powieść jako dobrą. Na pewno jednak jest powieścią interesującą.

Motto ze „Zmierzchu Bogów” Ryszarda Wagnera nabiera na kartach „Kelnera doskonałego” coraz to nowych znaczeń. Sulzer napisał homoseksualną opowieść o rozłące i śmierci. Kogo interesuje tematyka obyczajowa, jaką nakreśliłem w mojej recenzji, na pewno sięgnie po tę książkę. Pozostałym zalecam ostrożność, albowiem to opowieść dość przewidywalna i generalnie może wywołać uczucie rozczarowania treścią.

Wydawnictwo MUZA, 2009

2009-02-02

"Wampir z Ropraz" Jacques Chessex

Taka mała rzecz, a tak wstrząsająca!

Trudno o jednoznaczną klasyfikację dokonania szwajcarskiego prozaika. Trudno także umiejscowić tę książkę w kontekście jego twórczości, albowiem jest to jedyna powieść Chessexa przetłumaczona do tej pory na język polski. W tej opartej na faktach mrocznej opowieści o tym, jak tworzy się mit Złego, okrutnego i zagrażającego społeczeństwu wroga i o ofierze kształtowania się tego mitu, znajdziemy elementy kryminalnej kroniki oraz paradokumentalnego reportażu. Chessex snuje także rozważania natury egzystencjalnej i filozoficznej, wprowadzając czytelnika w samo centrum odrażających wydarzeń sprzed ponad wieku.

Słynąca z bogactwa i dobrobytu Szwajcaria w relacji z 1903 roku jawi nam się jako zacofane miejsce prostych ludzi, wierzących w zabobony i utrwalających w sobie na co dzień psychozę strachu przed nieznanym wrogiem. Już od pierwszych słów tej książki możemy odczuć przerażającą atmosferę grozy, jaka ma miejsce w tytułowym Ropraz, zanim jeszcze będą mieć tam miejsce makabryczne zdarzenia. Mieszkańcy miasteczka pielęgnują w sobie strach na wiele różnych sposobów: „Barykadujemy się we własnej czaszce, we własnym śnie, własnym sercu, własnych zmysłach, ryglujemy drzwi gospodarstw, ze strzelbą na podorędziu, z duszą udręczoną i wygłodniałą”. Są to jednocześnie ludzie, których Chessex sportretuje bardzo negatywnie, używając do tego tak naturalistycznych porównań jak np. to „Jesteśmy tak biedni, że krowy sprzedajemy do miast na mięso, zadowalając się wieprzowiną i zjadamy jej takie ilości pod każdą postacią (…), że w końcu stajemy się do wieprzy podobni – różowy korpus, czerwonawa głowizna – odcięci od świata przez mroczne kotliny i lasy”. W takim środowisku dojdzie do zdarzeń, które autor wykorzysta jako kanwę opowieści o mrokach ludzkiej duszy, o skutkach ferowanych naprędce wyroków, ale przede wszystkim o psychologicznych uwarunkowaniach do kształtowania modelowego przykładu winnego, którego stracenie ma dać satysfakcję żądnemu krwi tłumowi.

Wszystko zaczyna się w Ropraz. Po śmierci córki miejscowego notabla i złożeniu ciała do grobu, ktoś w odrażający sposób bezcześci zwłoki. Ludność jest przerażona i za wszelką cenę próbuje odnaleźć sprawcę makabrycznego czynu. Sytuacja powtarza się w okolicznym Carrouge, a następnie w Ferlens. Za każdym razem ciała pochowanych dzień wcześniej kobiet zostają okaleczone i zgwałcone. Po jakimś czasie zostaje zatrzymany niejaki Charles-Augustin Favez, który idealnie przystaje do wizerunku szalonego nekrofila, który tworzy w swej wyobraźni poruszona zdarzeniami społeczność Ropraz i okolic. Faveza cechuje cały szereg zaburzeń emocjonalnych i psychicznych. Dość wspomnieć, że zostaje zatrzymany w momencie, kiedy spółkuje z jałówką. Tajemniczy młody mężczyzna, w którego życiu nie było niczego poza przemocą, gwałtem, okrucieństwem i głodem, idealnie przystaje do określenia „wampir”, jakie ukuto zaraz po pierwszej profanacji zwłok.

Chessex dokonuje w swej książce rzeczy dość niewiarygodnej. Oskarżony staje się dość szybko ofiarą, a sympatia czytającego (może bardziej chodzi o współczucie) przenosi się na Faveza. Nie sposób bowiem jednoznacznie stwierdzić, że ten dziwnie wyglądający alkoholik, dewiant i szaleniec jest sprawcą okrutnych czynów na cmentarzach. Równolegle do toczącego się procesu, badania nad podejrzanym rozpoczyna doktor Mahaim. To on w mowie sądowej wyraźnie wskaże czynniki, jakie ukształtowały społeczny fenomen wampira, na którego przeniosła się cała tłumiona nienawiść i bezradność ludzi. Mahaim mówi: „Na tym odludziu fenomen wampira przetrwa tak długo, jak długo społeczeństwo będzie ofiarą prymitywnej tępoty: nieczystość ciał, rozwiązłość, izolacja, alkohol, kazirodztwo i zabobony, które nękają te wsie, stwarzają wciąż nowe zalążki seksualnego przymusu i bezlitosnego strachu”. Psychiatra staje się w tej opowieści rzecznikiem zdrowego rozsądku, ale czy rzeczywiście jego tezy będą w stanie przekonać do niewinności Faveza?

Zaskakujący finał tej opowieści ujawnia w ironiczny sposób fakt, jak bardzo dzieje mogą być przewrotne i jak niejednoznaczne pojęcie wroga, złego, okrutnika może kształtować się w ludzkiej świadomości. Chessex nie stroni w tej brutalnej opowieści od obrazów szokujących. Jednym z nich będzie na przykład opis dzieci, kopiących ludzką głowę. Nie jest to lektura dla czytelników wrażliwych. Nie jest to także książka, której przekaz można jednoznacznie określić i ocenić. „Wampir z Ropraz” zasieje niepokój w duszy każdego, kto choć przez chwilę zastanawiał się nad tym, gdzie w człowieku rodzi się zło, jak można je zastąpić i jakie konsekwencje może przynieść zrozumienie, czym zło wyrządzane przez człowieka jest naprawdę. Ono ukryło się nie tylko między grobami w okolicach Ropraz…

Wydawnictwo W.A.B., 2009