2022-04-29

„Zabierz dzieci, wyjedź z miasta” Agnieszka Bednarska

 

Wydawca: Media Rodzina

Data wydania: 27 kwietnia 2022

Liczba stron: 408

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Poznać siebie

Nowa książka Agnieszki Bednarskiej jest bardzo specyficzna. Już formalnie możemy zauważyć coś bardzo ciekawego – odnieść można wrażenie, że autorka pisze dwie powieści w jednej. Pierwsza historia odważnie wychodzi naprzeciw temu, kim chce być i jak chce żyć główna bohaterka, a jednocześnie podkreśla jej rolę w odsłanianiu mrocznej zagadki zniknięcia z miejsca, które samo w sobie właściwie zniknęło pod koniec kwietnia 1986 roku. Druga opowieść pozostaje w ścisłym związku z wątkami, które poznaliśmy w „Piętnie Katriny”. Bednarska kontynuuje ją, umieszczając w czasie przeszłym, bo stamtąd wydobywają się wszystkie motywacje i tam też ukrył się początek intrygi jak z rasowego thrillera. Ta podwójność wymowy „Zabierz dzieci, wyjedź z miasta” zaznaczona jest nie tylko w taki sposób. Książka będzie opowiadać o ludziach, którzy otrzymali od losu szanse na to, by żyć zgodnie z własnymi oczekiwaniami oraz pragnieniami, a także o tych, którym z różnych powodów nie jest to dane. Autorka wprowadzi nas w świat postaci kontrastowych z rozmaitych przyczyn. Jednocześnie – dzięki wspomnianej podwójności – snuje ważną dla każdego z nas opowieść o istocie samoakceptacji i o życiu w mroku, kiedy najbliższe otoczenie nie rozumie lub nie chce zrozumieć, kim tak naprawdę jesteśmy.

Świat przedstawiony z „Piętna Katriny”, pierwszej powieści o Amy, wkroczy do tej drugiej z zaskakującą intensywnością. Nie będzie to jednak żadna formalna przeszkoda, aby odbiorcy nieznający pierwszej książki odnaleźli się w kolejnej. Perypetie Amy zostaną nakreślone na tyle czytelnie, że jej przeszłość będzie dla każdego jasna. Już na samym początku pojawia się, a potem niepokojąco powraca pytanie o przyszłość bohaterki. Amy jest w pełni świadoma swego niezwykłego daru, który odkryła daleko od Polski. To dar widzenia zjawisk ukrytych przed oczami zwykłych ludzi, a także dar rozumienia rzeczywistości poprzez jej mgliste odbicie. Zatem to, co widzimy, i cień tego, co możemy zobaczyć. Amy widzi wszystko. Także ludzi, którzy już dawno odeszli. W nakreślonej tu swoistej narracji drogi przyjrzymy się temu, w jaki sposób bohaterka będzie się starała pomóc pewnej Ukraince odnaleźć spokój ducha. Po wszystkich koszmarnych przeżyciach, które stały się udziałem tej kobiety.

Ruszymy w podróż do Czarnobyla. Odbędzie się to na dwa sposoby. Myślę, że najbardziej atrakcyjna jest ta narracja będąca retrospekcją i mająca potencjał, by ją rozbudować, ale doskonale rozumiem, że gdyby Bednarska to zrobiła, byłaby to już osobna książka, nie kontynuacja „Piętna Katriny”. Zatem z bohaterami, którzy muszą zmierzyć się z konsekwencjami wybuchu w elektrowni atomowej, który zdarzył się w 1986 roku, rozstaniemy się dość szybko. Współczesność uzupełni to, co autorka tak sugestywnie opisuje, oraz uwiarygodni psychologicznie niespokojne emocje i dramat ludzi, którzy musieli opuścić swoje dotychczasowe życie, pożegnać się z nim gwałtownie. Przeżyć swój własny „koniec świata” i uświadomić sobie, jak mocno uwierzyli propagandzie. Później Ukraina nie jest już częścią ZSRR, lecz niepodległym państwem. Tam po latach dociera Amy, by odkryć zagadkę jeszcze jednego, dodatkowego zniknięcia. Dwoje młodych ludzi nie dołączy do mieszkańców Prypeci wywożonych w pośpiechu z miejsca awarii elektrowni atomowej. Ci młodzi wybiorą swoją drogę, ale nikt nie będzie wiedział, jak ona ma wyglądać. Amy stanie naprzeciw zrozpaczonej matki, która nigdy nie pogodziła się z myślą o odejściu swojego dziecka. Będąc już na miejscu, przybliży nam specyficzny spokój ukraińskiej prowincji, doświadczając go bezpośrednio. Scena, w której bohaterka chłonie ciszę i niezwykłość poranka, siedząc przed domem matki swego przyjaciela, to jedna z bardziej sugestywnych scen w tej powieści. Zwłaszcza że powiązana z tym, że Amy widzi wtedy i odczuwa dużo więcej niż ktokolwiek inny.

Starszy od niej Igor, syn kobiety naznaczonej traumami po tragedii czarnobylskiej, pojawia się w tej powieści jako ktoś, kto połączy ze sobą trzy zupełnie różne osobowości. Bo i trzy odmienne od siebie młode bohaterki ruszą wraz z nim do Ukrainy. Ta podróż będzie początkiem weryfikowania samych siebie – w relacji z Igorem, ale również w konfrontacji z najbardziej intymną stroną siebie. Egocentryczna i bogata Iza, przeżywająca emocjonalne rozterki Amy z poczuciem misji, którą musi wykonać, i ta trzecia, bardzo ciekawa postać drugiego planu. Wycofana z życia w sensie dosłownym i symbolicznym Ewa, która zdecyduje się na pierwszy w życiu akt heroizmu, czyli opuszczenie kobiecego klasztoru. Te wszystkie młode kobiety coś zrozumieją i coś odkryją podczas ukraińskiej podróży. Tymczasem Bednarska stawia tu więcej pytań, niż daje odpowiedzi. Szuka płaszczyzny porozumienia dla bohaterek, ale jednocześnie zestawia poczciwego i poszukującego sensu życia mężczyznę z kobietami, które właśnie odkrywają prawdy o sobie. W tym znaczeniu jest to ciekawa, bo wielowątkowa powieść inicjacyjna. Amy coraz bardziej zbliża się do tej sfery swojej wrażliwości, która uznawana jest przez otoczenie za dziwactwo. Ewa ze swoją mroczną historią mogłaby śmiało stać się bohaterką jednej z powieści Przemysława Piotrowskiego, ale Agnieszka Bednarska nie buduje mrocznych fantazji o tym, jak opresyjny jest zakon. Stara się być bliska faktom, w tym rewirze staje się po reportersku prowokacyjna. To wszystko powoduje, że „Zabierz dzieci, wyjedź z miasta” to powieść nie tylko wielu odczytań, ale również gatunków. Dzieje się to, co znakomicie pokazane zostało w „Piętnie Katriny”: Bednarska jest świadomie synkretyczna i jej powieści są dowodami na to, że można swobodnie poruszać się w granicach wielu gatunków powieściowych, cały czas jednak pilnując przestrzeni literatury środka, bo do niej należy ta historia. Bardzo dobrze opowiedziana i intrygująco skomponowana.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że rozwinie się tu jeszcze jedna intryga, w której przeszłość uderzy w zaskoczoną Amy szczególnie mocno, ujrzymy powieść będącą eksperymentem zarówno pod względem formy, jak i treści. Nadal jednak będzie to konsekwentnie prowadzona narracja o tym, że w życiu powinniśmy podążać za tym, co nas naprawdę kształtuje, a nie za tym, co ukształtowało tak zwaną przewidywalną i uporządkowaną rzeczywistość wokół. „Zabierz dzieci, wyjedź z miasta” to nie tylko opowieść o kobiecych wyborach dróg życiowych i o tym, że biorą na siebie wszystkie konsekwencje tych wyborów. To także mroczna narracja o zemście przekonująca, że zło tkwiące w człowieku jest być może większe niż kształtujące świat dobro. Bohaterki tej powieści zostaną zaś ukształtowane przez doświadczenia graniczne. Niektóre stojące na pograniczu świata żywych i umarłych. Bo Bednarska nada też śmierci szczególny wymiar i spojrzy na nią w nietuzinkowy sposób. Cokolwiek zwróci naszą uwagę w tej książce, jest świadome i zamierzone. Jestem przekonany, że autorka chciała oddać w nasze ręce dokładnie tak zawikłaną książkę z dokładnie takim, na pewno zaskakującym zakończeniem.

„Zabierz dzieci, wyjedź z miasta” ma kolorową okładkę i jest również opowieścią o ludziach, którzy zdobywają się na to, by „nie tracić swoich kolorów”. Pomiędzy światem rzeczywistym a przestrzenią, w której odnajduje się Amy wraz ze swym małym amerykańskim przyjacielem, Agnieszka Bednarska opowiada świat, w którym postacie pierwszego i drugiego planu tak samo konsekwentnie chcą dotrzeć do tego, kim są naprawdę. To rzecz o nadmiernej pewności siebie, egzystencjalnym niepokoju, ale również o upokorzeniach i o tym, jak się pożegnać z wywołaną przez nie traumą. Po raz kolejny pisarka zwraca się do bardzo różnorodnych odbiorców. Ma potencjał, by zaskakiwać, uczyć, sugerować, ale przede wszystkim pokazywać, że proste środki wyrazu są polskiej prozie bardzo potrzebne, bo mogą dawać tyle czytelniczej satysfakcji.

2022-04-27

„Proste równoległe” Agata Romaniuk

 

Wydawca: Agora

Data wydania: 27 kwietnia 2022

Liczba stron: 352

Oprawa: twarda

Cena det.: 44,99 zł

Tytuł recenzji: Pasja i obsesja

Agata Romaniuk to żywy przykład tego, że świetna reportażystka może stać się równie dobrą pisarką. Zwłaszcza gdy w międzyczasie będzie jeszcze rozwijać się twórczo jako autorka książek dla dzieci. Czytając przed laty, z jaką czułością Romaniuk opowiada o kobietach z Omanu, nie spodziewałem się, że zaproponuje podobną historię o kobietach z Polski. Tym razem w formie bardzo dobrej powieści. Podoba mi się w niej szczególnie to, co pisarka robi z czasem i w jaki sposób go wykorzystuje. Nie chodzi tylko o to, że tłem wydarzeń są ważne w polskiej historii dekady, które znacząco wpływają na życiowe wybory dwóch bohaterek. Chodzi o to, że w narracji o tym, co tu i teraz, retrospekcje wkraczają jakby mimochodem, nienachalnie, lecz znacząco. Buduje to wrażenie dwóch rzeczywistości, które nie tylko nakładają się na siebie, ale przede wszystkim się uzupełniają. „Proste równoległe” to bowiem książka o tym, że tworzą nas konteksty, w nich konfrontacje połączone często z fascynacjami. Pierwsze skrzypce (!) gra kobieca determinacja w działaniu oraz takie opowiadanie o kobiecych wyborach, w których ujawnia się tożsamość kształtowana często w ciekawie tu sportretowanej kilka razy opozycji mistrzyni – uczennica.

Wanda Krajewska od pierwszych stron uwodzi czytających swoją enigmatycznością i charyzmą. Znakomita skrzypaczka zostaje wezwana na przesłuchanie w sprawie zaginięcia osiemnastowiecznych skrzypiec. Mija się z Martą Rychter, z którą wcześniej połączyła ją specyficzna więź. Relacja obu kobiet ukazuje u Romaniuk to, że czasem istnieje bardzo cienka granica między pasją a obsesją. Ten ciekawy punkt wyjścia rozpoczyna historię, która pozornie toczy się dwutorowo, gdyż bohaterki bardzo się od siebie różnią. Jednakże szybko zorientujemy się, że Romaniuk opowiada o pewnej życiowej powtarzalności. O tym, że podejmujemy w podobnych okolicznościach te same decyzje. I o tym, co się stanie, kiedy ktoś wyjdzie poza utarty schemat, mając odwagę być w pełni sobą.

Biografia Wandy łączy w sobie wszystko to, co w powojennej i komunistycznej Polsce było trudne i tragiczne. Kobieta na zawsze utknęła w kłębach papierosowego dymu i przeświadczeniu, że nie przystaje do rzeczywistości, a jej muzyczna pasja to prawdziwa tożsamość. Wanda staje się bardzo wyrazista w tych momentach, w których musi podejmować wybory. A często są to sytuacje zarówno niejednoznaczne moralnie, jak i znacząco wpływające na to, kim Wanda będzie potem. Kiedy poznaje młodziutką Martę, jest już artystką decydującą o swoim publicznym milczeniu. Podejmuje się pracy nad dziewczynką, która pod jej surowym okiem i przy dźwiękach wydawanych przez skrzypce staje się autonomiczną jednostką – pełną pasji muzycznej, a jednocześnie takiej determinacji, której być może Wandzie zabrakło w jej pełnym asertywności i zdecydowania życiu. Rozpoczyna się przygoda z muzyką i opowieść o dwóch kobietach, które połączy pewien fatalizm bycia doskonałą. Romaniuk jednocześnie portretuje świat, w którym Wanda i Marta inaczej startowały w dorosłość. Obie dumnie dzierżą skrzypce, ale w zapisie ich życiowych nut pojawiają się kakofonie i fałszywe dźwięki spowodowane przez zupełnie inne okoliczności. Razem też są dla siebie pewną okolicznością. I wyzwaniem. Debiutantka świetnie punktuje tutaj to, czym się od siebie różnią, oraz przede wszystkim to, co je do siebie przyciąga.

Wydaje się, że Wanda przeżyła dramaty, których chciałaby pomóc uniknąć Marcie. Odnosi się też wrażenie, jakby czuła, że jest swojej młodej podopiecznej coś winna. Że czegoś mogłaby jej oszczędzić, jeśli uczennica karnie podporządkuje się swojej nauczycielce. I tu zaczynają się ciekawie zniuansowane przez Agatę Romaniuk napięcia, dzięki czemu ta powieść zaczyna iskrzyć niedopowiedzeniami, gdy kobiety w pewnym momencie zaczynają się od siebie oddalać, ale wciąż dostrzec można tę niezwykłą łączność, której nic nie jest w stanie zniszczyć. Pasja muzyki i jej obsesja stają tutaj w swoistym egzystencjalnym ringu. Obie kobiety zmuszone będą do dokonania wyborów, które nadwątlą tę silną więź artystek. Nie bez znaczenia będzie to, że mistrzyni ma swój własny plan na życie i karierę uczennicy.

Można zadawać sobie pytanie, która z kobiet rzeczywiście kocha muzykę. Albo przyglądać się temu, w jaki sposób obie zapisują nam w wyobraźni dwie różne definicje tej miłości. Agata Romaniuk nie oszczędza tej relacji, jednak skupia się również na świetnie sportretowanych postaciach z tła. Zwłaszcza gdy relacjonuje moskiewski epizod życia Wandy, w którym najmocniej zaznacza się to, że muzyczna pasja jest absolutnym centrum emocjonalnego wszechświata. Ciekawe jest ukazanie dojrzewania obu kobiet – do ról dla nich niespodziewanych, mimo że w pewnym stopniu oczywistych. Dojdzie do zasadniczych konfrontacji, gdy muzyczna pasja zderzy się z innymi życiowymi powinnościami. Tu widzimy wyraźne dylematy i dostrzegamy, w jaki sposób Romaniuk chce zaznaczyć moment rozejścia się dróg bohaterek. Nie robi tego w sposób oczywisty i przewidywalny. Każda z nich zachowa autonomię, ale będzie też zbiorem tęsknot, frustracji, niespełnionych oczekiwań i wciąż pulsującej miłości do gry na skrzypcach.

„Proste równoległe” to również ciekawa powieść o różnych obliczach macierzyństwa. Mamy tu matki całkowicie oddane dobru swoich dzieci, ale są też matki niepełne albo niespełnione. Przyglądamy się temu, w jaki sposób rodzicielka usiłuje kształtować tożsamość córki według wytycznych, które uważa za słuszne i bezpieczne. Romaniuk dodatkowo dramatyzuje relacje matek z córkami, kiedy poznajemy mroczne strony macierzyństwa albo samej jego perspektywy. Wtedy ta powieść opowiada już o kobietach, które stają się odpowiedzialne za to, że dają życie, i za to, czy w ogóle mają je dać. Wizerunek relacji artystki i jej instrumentu także przypomina pewną matczyną zależność. A w niej skryte to, co najgorsze, czyli zachłanność, zaborczość i chęć decydowania za kogoś i za coś. Wydaje się, że obie bohaterki są tymi, które w pewien sposób musiały walczyć, wyzwalając się spod wpływu matek. A jednocześnie dzieje się coś, czego początkowo nie można przewidywać. Relacja Wandy i Marty zacznie przypominać relację, która z jakiegoś powodu była niemożliwa, nie do zrealizowania, niepełna. Dlatego powieść Agaty Romaniuk jest tak ciekawa: bo wikła kobiece zależności, próbując jednocześnie opowiedzieć o tym, że każda z jej bohaterek jest samodzielna, odważna i decydująca o tym, kim jest i kim się stanie.

„Proste równoległe” to kipiąca skrytymi, ale też wyrażonymi wprost emocjami, opowieść o dążeniu do realizacji przez doskonałość. O tym, że droga do kariery artystycznej może być opresyjna, ale największą opresją staje się stosunek – do muzyki, instrumentu, samej siebie jako pośredniczki między jednym a drugim. Cieszę się, że wszystko opowiedziane jest w taki sposób, iż widać dbałość debiutantki o detale tej narracji oraz umiejętność balansowania między tym, co liryczne, a tym, co tu dosadnie frustruje bohaterki, komplikując ich portrety.

2022-04-25

„Dom” Rafał Cichowski

 

Wydawca: MOVA

Data wydania: 27 kwietnia 2022

Liczba stron: 384

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Odnaleźć siebie

Czytając Rafała Cichowskiego, uświadomiłem sobie, że dawno nie odkryłem tak bezpretensjonalnej i świetnie napisanej powieści o oczywistych sprawach, w której jednak nie wszystko jest oczywiste. Główny bohater – ze swoim charakterystycznym poczuciem humoru oraz komentarzami do smutnej rzeczywistości, w której ramy tak zaskakująco łatwo dajemy się wpasować – prowadzi nas przez nonszalancką, chwilami chłopacką narrację. „Dom” to również literackie potwierdzenie popularnej i prawdopodobnie trafnej tezy, że tylko przez kilkanaście pierwszych lat swojego życia zawieramy prawdziwe przyjaźnie, reszta spotkań z ludźmi to już tylko znajomości. W tej opowieści, która w ciekawy sposób ukazuje relacje między minionymi a obecnymi przeżyciami bohatera, Cichowski zasugeruje, że być może nie mamy odwagi wracać do samych siebie sprzed lat, bo nie umiemy już na siebie patrzeć tak jak wcześniej. W tym ujęciu jest to historia tego, jak sami zubażamy swoją tożsamość. A zatem książka o tych tęsknotach, które usiłujemy stłumić, bo młodość kojarzy się z błędami i wypaczeniami. W tej powieści prosty zbieg okoliczności udowodni, że nigdy nie należy tracić świadomości tego, kim się stawaliśmy, a przede wszystkim – w jaki sposób dojrzewaliśmy do świata. Bo tak zwana pełna dojrzałość może być nieświadomym marnowaniem czasu. Brzmi jak truizm? Ale nie w wersji, w jakiej Rafał Cichowski to opisuje.

Czaja jest błyskotliwym i pewnym siebie programistą, który już na wstępie daje przykład dezynwoltury. Odnieść można wrażenie, że zawodowo jest u szczytu, nie boi się nietuzinkowych zachowań, chce i umie ryzykować, jest po prostu spełnionym mężczyzną po trzydziestce. Ma psa o uroczym imieniu. Mieszka ze swoją przełożoną, ale oboje potrafią oddzielać sferę prywatną od zawodowej, bo nauczyli się też trudnych kompromisów w związku. Ten cały uporządkowany świat legnie w gruzach. Cichowski stara się jednak opisać to w taki sposób, że kiedy Czaja po latach wraca w rodzinne strony, to bilans zysków i strat wcale nie wydaje się oczywisty.

Jesteśmy w małym prowincjonalnym mieście. Takim, jakich mnóstwo w Polsce. Takim, z którego tysiące młodych Polaków uciekało i ucieka do jakiejś metropolii, bo przecież tylko tam czeka spełnienie marzeń, tylko tam są możliwości. Każdy, komu udało się uciec i już nie wrócić, powinien uważać się za szczęściarza. Ale nie każdy nim jest. Bohater Cichowskiego konfrontuje się z tymi, którym „nie wystarczyło na bilet” do dużego miasta. Z ludźmi, którzy kiedyś byli mu najbliżsi i to oni wyznaczali życiowy horyzont. A teraz, gdy przekroczyli trzydziestkę, nazywają się starymi. Czaja pewnie nigdy nie wróciłby na dłużej w rodzinne strony, gdyby nie śmierć przyjaciela. W głównym bohaterze zachodzi powolna i wyraźna transformacja. Zwolnienie z pracy marzeń staje się trampoliną do zmian. „Dom” opowiada historię człowieka, który mimo strat zyskuje. Dlaczego? Bo Czaja zaskakująco dobrze czuje się sam ze sobą, kiedy uświadomi sobie, że „wolno żyć tak powoli”.

Co to znaczy? U Cichowskiego to przede wszystkim zmiana przyzwyczajeń i nastawienia do świata. „Pan warszawka” – skoncentrowany na realizowaniu celów abstrakcyjnych z punktu widzenia małomiasteczkowych przyjaciół – nagle zdaje sobie sprawę z tego, że czas może płynąć inaczej. A wtedy zaczyna się też inaczej myśleć i doświadczać pewnych emocji. Mieszkając kątem u przyjaciela z dawnych lat, Czaja uświadamia sobie, że utrata wcale nie jest bolesna, a zysk to przede wszystkim ujrzenie siebie takim, jakim się było kiedyś. Sentymentalny i pełen subtelności jest tu obraz tego, jak niepewny siebie nastolatek poznaje kilka osób i zaprzyjaźnia się z nimi. To jedna z ładniejszych retrospekcji; one tu w ogóle stanowią świetny kontrapunkt do pełnej cynizmu narracji z czasu teraźniejszego. Okazuje się, że przed laty Czaję i jego przyjaciół połączyło coś więcej niż tylko upodobania: sposób spędzania czasu, zainteresowania, słuchanie podobnej muzyki. „Dom” to powieść o tym, że prawdziwych przyjacielskich więzów nie trzeba tworzyć na nowo. One trwają, choć może pozbawione intensywności. Cichowski zwraca uwagę na to, co nie wydaje się jej warte: bliskie relacje nawiązane w dzieciństwie i młodości są zdolne przetrzymać każdą próbę czasu.

Tu będzie mowa także o innej próbie. Wówczas, gdy zorientujemy się, że „Dom” to nie jest kolejna melancholijna opowieść o tym, że dobrze wrócić w rodzinne strony i że tam można odnaleźć swoje miejsce na ziemi. Autor mocno nas zaskoczy, ale oczywiście nie chcę pisać, na czym to zaskoczenie będzie polegać. Narracja zmieni rytm i na pewien czas wpasuje się w ramy gatunku, którego na pewno się nie spodziewaliśmy, nie w powieści tak opisanej i mającej taką okładkę. To jest taki rodzaj zdumienia, który lubię. Wciąż jednak Cichowski opowiada o tym, co najważniejsze: o szeroko rozumianej lojalności i o byciu zwyczajnie poczciwym. Zwłaszcza gdy jest się komuś winnym rekompensatę za lata, w których nie było nic poza ciszą i oddaleniem.

Mamy tu również opowieść o nietuzinkowym związku, który odgrywa w powieści dużą rolę. Czaja pozostawia swoją partnerkę, udając się w rodzinne strony. Ale ona tak łatwo z niego nie zrezygnuje. Sama będzie świadkiem tego, w jaki sposób i jak intensywnie żyje jej mężczyzna po przemianie. Bohater Cichowskiego skoncentruje się na czymś nowym, przyjrzy pasji swojego przyjaciela (który zaskoczy go jeszcze jedną, skrywaną), ale przede wszystkim zacznie rozumieć, że pewność siebie zyskujemy wówczas, gdy nie chce nam się już uczyć ani doświadczać czegoś, co zawsze jest wyzwaniem, gdy świadomie stajemy się dyletantem, a nie pewnym swego uporządkowanym człowiekiem sukcesu.

Będzie tu wszystko, czego oczekiwać można od tak zwanej męskiej prozy. Nie będzie za to prostych schematów, choć pojawi się to, co kojarzone ze stereotypowym facetem. Będzie dużo o samochodach, muzyce, o tym, że czasem należy dać w mordę, ale przede wszystkim o najsilniejszej więzi, która pozwala być blisko drugiego człowieka pomimo wydarzeń sugerujących coraz większe oddalenie. Rafał Cichowski opowiada tu o przyjaźni nie poprzez płeć, lecz okoliczności. Przemawia w imieniu wszystkich tych młodych ludzi, którzy uwierzyli w mit spełnionego życia z dala od rodzinnego domu, w którym na zawsze pozostały kompleksy i porażki. „Dom” to też opowieść o tym, że inni, zwłaszcza ci naprawdę najbliżsi, wiedzą o nas przez całe życie dużo więcej niż my sami. Konfrontacje z przeszłością stają się tu okazją do tego, by zweryfikować swoje priorytety. Bohater odkrywa oczywisty dysonans między pragnieniami a działaniami.  Książka Cichowskiego opowiada jednak nie tylko o zmianach. To bardzo dobrze napisana historia człowieka, który rozumiejąc odpowiedzialność za przyjaciół, jest gotów wreszcie wziąć też odpowiedzialność za samego siebie.

2022-04-21

„Kobiety, których nie ma. Bezdomność kobiet w Polsce” Sylwia Góra

 

Wydawca: Marginesy

Data wydania: 27 kwietnia 2022

Liczba stron: 336

Oprawa: miękka

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Niewidoczne

Książka Sylwii Góry przypomniała mi „Betrojerinki” Anny Wiatr. Oba reportaże opowiadają o zbędności polskich kobiet. Góra chce zasugerować, jak bardzo opresyjne jest ich wykluczenie z systemu w ogóle, ale również opowiada o zbędności w rodzinie, gdyż sporo historii z tej książki to smutne opowieści o tym, jak najbliżsi potrafią odrzucić. Wiatr koncentrowała się na tym, że kobiety w pewnym wieku stają się niepotrzebne polskiemu rynkowi pracy. U Góry mierzą się z brakiem własnego miejsca i często brakiem poczucia istotności swojego istnienia. W reportażu Wiatr jest też podobnie, choć w innym kontekście. „Kobiety, których nie ma” – ze świetnie dobranym tytułem – to zatem kolejna reporterska opowieść o osobach, którym nie poświęca się czasu ani uwagi, a które muszą być silne tylko po to, by przetrwać.

Podoba mi się to, że w narracji Sylwii Góry znajdujemy się jednocześnie w dwóch przestrzeniach. Ta pierwsza, sugerowana przez tytuł, to przestrzeń poruszających opowieści kobiet, które z bardzo różnych powodów znalazły się na ulicy. Drugą jest środowisko, w którym stworzono struktury odpowiedzialne za to, by takim kobietom pomagać. Góra równie uważnie wysłucha kobiet w kryzysie bezdomności, jak i ludzi starających się takim kobietom na co dzień pomagać. Szczególnie cenne w tym reportażu jest zatem obiektywizowanie problemu. Autorka nie skupia się tylko na swoich rozmówczyniach i ich porażkach. Tym bardziej że często opowiadają o tym, co im wyszło, z czego są zadowolone lub dumne. To rzecz o dużo szerszym kontekście – usiłująca pokazać, jak wygląda problem bezdomności w Polsce i jakie środki oraz możliwości są wykorzystywane, by pomagać ludziom bez własnego adresu.

Dlaczego uwaga Góry skupia się tylko na kobietach? Powodów jest kilka, są parokrotnie w tej książce przypominane. Zasadniczo chodzi o to, jak duży poziom przemocy towarzyszy osobie bezdomnej płci żeńskiej. Bardzo często jest tak, że portretowane kobiety uciekają od przemocy i pozostanie na ulicy to ich desperacki akt obrony własnej godności. Bardzo wiele jest tu związków tego, jak źle funkcjonują więzi rodzinne, z tym, jak to potem przekuwa się w poczucie społecznej zbędności. Z drugiej strony rozmówczynie Sylwii Góry chcą naprawić rodzinne relacje, są gotowe wiele wybaczyć i chciałyby nowego początku. Jednak część z nich zwyczajnie się wstydzi swojej sytuacji i niejednokrotnie nawet najbliżsi nie wiedzą, że ich żona/matka/córka mieszka na ulicy.

Jak nazwać kobiety, o których opowiada ta książka? Czy mamy jakiekolwiek prawo do tego, by je oceniać? Nazwać naiwnymi, oszukanymi, niezaradnymi czy zagubionymi? „Kobiety, których nie ma” to opowieść odważnie wychodząca naprzeciw krzywdzącym stereotypom dotyczącym bezdomności. Dowiemy się z niej, że dramatyczna sytuacja bytowa i egzystencjalna to bardzo często wynik fatalnego zbiegu okoliczności. Że jedna kostka życiowego domina tych kobiet kiedyś upadła zupełnie niespodziewanie, a kolejne poszły za nią. Stąd też ogromna wartość poznawcza tej książki, nie mówiąc o bardzo istotnej tematyce społecznej.

Sylwia Góra całkowicie oddaje swoim bohaterkom przestrzeń rozmowy. Zapisy tego, co opowiedziały, to monologi sygnowane inicjałami i krótkimi wstępami lub komentarzami po opowieściach. Autorka zachowuje stylistykę oraz leksykę opowiadających. Dzięki temu również językowo opowieści te pokazują trudność samostanowienia i godność walki o samą siebie bez względu na okoliczności. Część rozmówczyń ma ten komfort, że otrzymały własne mieszkanie, w którym – na określonych przez system zasadach – próbują odbudować życie i stanąć na nogi. Każda z nich sprawia wrażenie bardzo pokornej wobec swojego losu i każda z nich jest inna. Są kobiety wycofane i gotowe na każdy kolejny cios, który być może przyjmą z uległością. Są również rozmówczynie bardzo przedsiębiorcze, nabierające pewności siebie; niektóre nonszalancją zasłaniają to, czego się wstydzą. Jest to bowiem książka o kobiecym wstydzie. O tym, że w przypadku bezdomności osadza się on gdzieś bardzo głęboko. Rujnuje osobowość. Doprowadza do zachowań, których konsekwencją może być tylko jeszcze większy wstyd.

Ale kobiety z książki Góry to naprawdę bohaterki. Heroicznie wręcz walczące o namiastkę normalności, kiedy większość życia była funkcjonowaniem w nienormalnych warunkach i toksycznych relacjach. Heroizm dostrzec można również w postawach ludzi, którzy im pomagają. „Kobiety, których nie ma” to przecież opowieść o licznych możliwościach, z których osoby w kryzysie bezdomności nie zdają sobie sprawy. Sylwia Góra jakby mimochodem i bardzo płynnie włącza się w działania na rzecz osób bezdomnych. Uczestniczy w pracy streetworkerek i streetworkerów, którzy pracując w terenie, nigdy nie narzucają swojej pomocy. Autorka przeprowadza również szereg ważnych rozmów z ludźmi, którzy pokazują, jak wiele skomplikowanych aspektów ma polska bezdomność i bezdomność polskiej kobiety przede wszystkim. Dzięki tej publikacji ujrzymy prawdziwe oblicze problemu. Tak złożone, choć w opinii publicznej często tak upraszczane.

Są tu bowiem opisane losy kobiet w bardzo różnym wieku. Tym emerytalnym, lecz również jeszcze nastoletnim. Są rozmówczynie, które uciekały od pijących i przemocowych partnerów, ale jest też bizneswoman, której życie rozpadło się po jednym zasadniczym błędzie w prowadzeniu własnej działalności. Mnie najmocniej dotknęła historia Ukrainki, która uciekła ze swojej ojczyzny bynajmniej nie przed piekłem wojny, ale przed światem, którego wyobrażenie przeraża. Są tu też kobiety, które chciałyby naprawy rodzinnych stosunków, choć wszystko wskazuje na to, że w tej chęci pozostają odosobnione. Sylwia Góra odwiedza swoje rozmówczynie w różnych miejscach. Między innymi w schroniskach dla bezdomnych, które – jak wskazuje książka – są już trzecim stacjonarnym etapem pomocy ludziom pozbawionym dachu nad głową: po ogrzewalniach i noclegowniach. Gdziekolwiek znajduje się autorka, jest otwarta na problem i umie słuchać. Pozwala sobie, zwłaszcza w zakończeniu, na kilka istotnych podsumowań, ale nie chce być dydaktyczna. Oddaje głos ludziom, których spotyka – tym potrzebującym pomocy i tym, którzy tę pomoc oferują. Góra odwiedza sześć polskich województw, pokazując zróżnicowanie problemu i to, że w zależności od rejonu naszego kraju pomoc dla kobiet, które utraciły swoje domy, może się znacznie różnić. Kryzys bezdomności jest jednak ten sam – bez względu na to, czy nie ma się domu w Trójmieście, czy w Katowicach.

Wydaje mi się, że wypowiadające się w tej książce kobiety z różnych powodów nie chcą się żalić. To nie są opowieści o bezradności czy poczuciu bezsensu istnienia. Czytając o tych zmaganiach i towarzyszących im przemyśleniach, można odnieść wrażenie, że bohaterki mają w sobie niebywałe pokłady siły. Ale również empatii i zrozumienia dla świata, który był dla nich gorzki i je krzywdził. Sylwia Góra podejmuje bardzo ważny temat. Kieruje naszą uwagę na świat, od którego odwracamy wzrok. Ten reportaż to dowód dużej wiary i nadziei, że najgorsze nawet życiowe perturbacje mogą mieć w miarę szczęśliwe zakończenia. Nie ma tu marazmu, narzekania, nie jest to książka o ludziach, którzy tylko się żalą na swój los. Odważna i istotna publikacja o tym, że egzystencjalna niepewność nie zawsze graniczy z szaleństwem, upadkiem czy deprecjonowaniem siebie albo świata.

2022-04-19

„Kontener” A.M. Ollikainen

 

Wydawca: Czarna Owca

Data wydania: 27 kwietnia 2022

Liczba stron: 336

Przekład: Bożena Kojro

Oprawa: miękka

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Wyższość

Trudno się wyróżnić w mnogości nordyckich powieści kryminalnych, ale to fińskie małżeństwo naprawdę się postarało. Autorzy proponują nam bardzo ciekawą opowieść – między innymi o tym, że zbrodnia może stać się swoistą instalacją, specyficznym dziełem sztuki, przejmującym memento krzywdy, której istotę poznajemy, odkrywając kolejne mroczne strony tej książki. „Kontener” jest również interesującą fantazją na temat nierówności – społecznych, rasowych czy płciowych. Łączy w sobie klasyczny thriller z mocną powieścią obyczajową, bo będzie dodatkowo opowiadać o jednej z największych krzywd, jaka może spotkać kobietę: o sytuacji, w której traci ona swoje dziecko. Aki i Milla Ollikainenowie – piszący pod pseudonimem A.M. Ollikainen – opowiedzą o tym nawet dwutorowo, tworząc jednocześnie preludium interesująco się zapowiadającego cyklu powieści. Cyklu, w którym główna bohaterka, fińska policjantka o nietypowym dla kobiety wzroście, będzie się zmagała z wyjątkowo mrocznymi demonami przeszłości.

Tymczasem poznajemy wyziębionego mężczyznę, który z trudem przypomina sobie, kim jest. Upokorzenie zostaje podkreślone przez fizjologię – ten człowiek oddaje w spodnie mocz i kał, jego organizm jest wycieńczony nadużywaniem alkoholu. Obserwujemy upadek kogoś, kto przez całe życie odnosił spektakularne sukcesy. Zarządzał i decydował. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jaka ludzka historia umiera właśnie na fińskim mrozie. Tymczasem śmierć dotyka kogoś innego. Kobiety budzącej się w kontenerze, który zaczyna napełniać się wodą. Niczego nieświadoma ofiara nie zdaje sobie sprawy z tego, dlaczego ktoś poddaje ją tak wyrafinowanej torturze. A to będzie dopiero początek niezwykłego spektaklu okrucieństwa. „Kontener” – bardzo sprawnie operujący dwiema przestrzeniami czasowymi – będzie nam stopniowo odsłaniał dwie sylwetki ludzi, którzy pożegnali się z życiem. Podmiotowa stanie się nie tylko ofiara w kontenerze. Zbliżymy się przede wszystkim do tego, co ukształtowało człowieka upodlonego na mrozie. A przede wszystkim do tego, co łączy te dwie postacie.

A.M. Ollikainen operują w swojej powieści kontrastami. Choćby warunki atmosferyczne – od standardowego fińskiego zimna przechodzimy do nietypowego dla Finlandii upału. Atmosferycznej aberracji, której Finowie nie są w stanie znieść dłużej niż kilka dni. A jednak wysoka temperatura będzie nam towarzyszyć do końca, nie tylko dlatego, że akcja, a w zasadzie intrygujące retrospekcje przeniosą nas do dalekiej Namibii, która  fascynowała już innych twórców europejskiej powieści kryminalnej – na przykład Bernharda Jaumanna. Syta i dostatnia Finlandia zostanie tu zderzona z afrykańskim krajem o dużo mniejszych możliwościach. Finowie chcą rzeczywistość opisywać ładnie i zgodnie z poprawnością polityczną. Biedny lub wykorzystywany kraj nazywają kraj rozwijającym się. Nie spodziewamy się tego, jaki rozwój wydarzeń przyniosą wspomnienia sprzed piętnastu lat. W jaki sposób nałożą się na to, co spotyka pewną majętną fińską rodzinę zaangażowaną w filantropijny projekt mający na celu pokazanie, jak bardzo rozwinięte kraje starają się pomagać w rozwoju innym.

To przede wszystkim książka o fińskiej obłudzie i tym, że – w opinii autorów – Finlandia nadal jest krajem, w którym ksenofobia ma się dobrze, a postawy wyższościowe łączą się z przemocą. Bo jest to opowieść o systemowej przemocy, która dotyka przede wszystkim kobiety z powodu ich płci, a także o przemocowej relacji między tymi, którzy uważają, że mają środki, a mającymi te środki z wdzięcznością przyjąć. Wracając jednak do fińskiej codzienności, warto zauważyć, w jaki sposób autorzy ukazują spojrzenie Finów na własną mentalność. Jeden z policjantów wypowiada znamienne słowa: „Finowie nie wierzą, że ich rodacy mieliby zrobić coś nieuczciwego”. A jeśli już coś takiego się zdarza, zaczyna być sankcjonowane milczeniem. Albo obojętnością na nieuczciwość.

Tu, pośród afrykańskich pejzaży o symbolicznym znaczeniu, rozgrywa się opowieść nie tylko o nieuczciwości, ale przede wszystkim o zdolności do tego, by być nieuczciwym i okrutnym w każdym wymiarze. Przenosząc nas z jednego gorącego kraju do drugiego, w którym nieoczekiwanie również jest gorąco, autorzy „Kontenera” proponują poruszającą fantazję o tym, czym jest klasizm, jakie tkwią w nim uprzedzenia, co dają człowiekowi majątek i posiadanie, ale przede wszystkim o tym, jak okrutny może być mężczyzna – w stosunku do podległego mu świata i podległych kobiet. Świat pełen niesprawiedliwości wydaje się tu zaprojektowany przez mężczyzn. Prawda stara jak… świat. Ta książka opowie o bardziej kameralnym jej obliczu.

Kobiety w „Kontenerze” nie będą zarysowane wyraźną kreską, ale to tylko pozory. Już motywacje samej Pauli Pihlai, pani komisarz tropiącej złoczyńcę, który uśmiercił czarnoskórą kobietę w metalowej klatce, są wystarczająco niejednoznaczne. Z pewnością to barwna postać gotowa unieść ciężar cyklu powieści kryminalnych. Paula w przeciwieństwie do wielu osób ze swojego otoczenia uważa, że denatka może być Finką i nie ma tu znaczenia kolor skóry. A jednak to znaczenie jest tu podkreślone bardzo wyraźnie. Choćby w tym, co spotyka nastoletniego syna bohaterów, którego kolor skóry nie jest… hm, fiński. Jednak nie tylko rasizm jest wskazywany jako źródło kłopotów w najszczęśliwszym kraju na świecie, który za wszelką cenę chce oddalić od siebie wszelkie opresje. Dylematy oraz mroczne wątpliwości przeżywa tutaj bohater drugiego planu, homoseksualny policjant z grupy dochodzeniowo-śledczej, który uważa na to, co mówi i robi. A.M. Ollikainen opowiadają o tym, co dla Finów i Finlandii niewygodne i jakby przezroczyste. To są problemy, które podobno istnieją, ale na co dzień chyba ich nie widać. Wystarczy nie wpatrywać się uważnie albo nie zadawać pytań. A jednocześnie mamy opowieść o majętnym Finie, który po drugiej stronie globu pozwala sobie na wszystko, czego nie dałaby mu zrobić u siebie surowa nordycka kultura.

Wracając jednak do intrygi kryminalnej, warto podkreślić nieoczywistość wielu rozwiązań fabularnych. Warto również przyjrzeć się symbolicznemu znaczeniu tytułowego przedmiotu, które jest tu dość wprost tłumaczone, jednak można dostrzec jeszcze kilka innych sugestii, czym może być metalowa ciemna klatka. To książka, w której – tak jak w tym gatunku być powinno – przeszłość uzupełnia teraźniejszość, aby policjanci mogli odkryć prawdę. Jednocześnie prowadzona jest niepokojąca narracja pierwszoosobowa i dzięki temu powieść wiele zyskuje. Pozornie dość szybko się dowiadujemy, co się rozgrywa przed naszymi oczami; odnieść można wrażenie, że wątek zbrodni staje się nazbyt oczywisty. Nic bardziej mylnego. Przypominam, że tu zbrodnia będzie dziełem sztuki. Cyniczny artysta zachwycający się kontenerem, w którym popełniono morderstwo, to też czytelna aluzja do pewnego aspektu współczesnej mentalności Finów. Wydaje mi się, że „Kontener” ma być dla nich książką dość niewygodną. Jest natomiast na pewno bardzo dobrą powieścią kryminalną, w której autorzy zgrabnie i nie przesadzając umieszczają trochę ważnej współczesnej publicystyki społeczno-ekonomicznej.

2022-04-15

„Nasze ciała, ich pole bitwy. Co wojna robi kobietom” Christina Lamb

 

Wydawca: Znak

Data wydania: 13 kwietnia 2022

Liczba stron: 416

Przekład: Agnieszka Sobolewska

Oprawa: twarda

Cena det.: 59,99 zł

Tytuł recenzji: Więcej niż śmierć

Chyba po raz pierwszy w kilkunastoletniej karierze recenzenckiej jestem trochę bezradny, kiedy mam opowiedzieć o książce. Opowiadać jej przez emocje nie będę, nie o to mi chodzi i nigdy w recenzowaniu nie chodziło. Emocje wzbudzić może za to kilka scen z tej wstrząsającej publikacji. Może zacząć od nich? Tylko którą wybrać? Ten zapadający na zawsze w pamięć obraz z Bangladeszu: czołgającej się pośród trupów zgwałconej wcześniej kobiety, która natrafia na ciało swojego martwego syna? Czy może kadr szpitalny, który spowodował, że sama autorka o mało nie krzyknęła: czerwona rana odbytu siedmiomiesięcznej (!) zgwałconej w Kongu dziewczynki? Christina Lamb krzyczy do nas wyjątkowymi obrazami. Zdaje sobie sprawę z tego, jak poruszająca jest jej książka, a pod koniec zaznacza, że o tych historiach piekielnych mogłaby napisać jeszcze więcej. Bo wszędzie, gdzie mężczyźni rozpętują wojnę, będzie mieć miejsce przemoc seksualna. Te akty bestialstwa wcale nie są tu zresztą kojarzone z seksem, pojawia się teoria o manifestacji władzy i siły, ale w zasadzie cała ta książka jest o tym, że barbarzyńscy wojenni gwałciciele to mężczyźni bez honoru, moralności, ludzkich odruchów, jakiejkolwiek formy człowieczeństwa.

Znakomicie wybrzmiewają w tytule dwa zasadnicze zaimki. Lamb stwarza celową i bardzo wyraźną opozycję płci. Wojen nie wywołują kobiety. Podczas wojen to nie kobiety rabują i gwałcą. Ta książka jest oskarżeniem męskości pod każdą postacią. A jednocześnie zestawieniem płci męskiej z instynktem – niezrozumiałym i w każdej relacji coraz bardziej aberracyjnym. „Nasze ciała, ich pole bitwy” to opowieść o tym, w jaki sposób męskość zawłaszcza, uprzedmiotawia i dezawuuje kobiety. To książka o tym froncie wojennym, o którym z różnych powodów się milczy, którego również z niepojętych przyczyn nie rozważa się już po zaistnieniu, na sali sądowej. Lamb przytacza bardzo przejmujący fakt: dopiero w 1998 roku (!) po raz pierwszy sądzono gwałt jako zbrodnię wojenną. Co stoi za tym, że żołnierz bierze siłą kobietę, a ta przemoc nie kończy się często na ataku na kobiece ciało?

Autorka usiłuje zwrócić się w kierunku oprawców. Próbuje rozmawiać z mężczyznami, którzy dopuścili się gwałtów na wojennych frontach. Widać jednak, że nie ma dla nich ani czasu, ani empatii. To tylko jeden z kierunków tego reportażu, a właściwie ślepa uliczka. Christina Lamb nie będzie zainteresowana wysłuchiwaniem gwałcicieli wojennych. Chce oddać głos swoim rozmówczyniom, które często po raz pierwszy z taką odwagą – a nierzadko po raz pierwszy w ogóle – mówią o tym, co je spotkało. O czymś, czego nie można objąć rozumem, a co jednak wciąż się wydarza. Autorka stara się zwrócić uwagę na to, że wojenne narracje nie są pełne, gdy wykreśla się z nich kobiece doświadczenia. Zaznacza bardzo wyraźnie: „Pora przestać opowiadać tylko połowę dziejów”. To, czym zajmuje się Lamb, dziennikarka wojenna wybierająca nieoczywisty front, jest przerażającą opowieścią o zrujnowanych istnieniach, o momentach przemocy naznaczających na zawsze, w końcu historią wstydu i przede wszystkim przemilczeń. O tym, co spotyka kobiety na wojnie, nie będą pisać podręczniki historii. A wydaje mi się, że ta książka jak żadna inna powinna stać się lekturą obowiązkową dla wszystkich. Nieważne, czy będzie się w stanie unieść jej ciężar, gdy uświadomi czytającemu, że część tych potwornych doświadczeń nie miała charakteru doświadczenia jednorazowego. Że opowiada się tu o metodycznym znęcaniu się nad kobietami w każdym wieku.

Pierwsze imię rozpaczy to Naima. Potem dołącza do niej Turko. Autorka pozwoli nam spotkać się z nimi także później, pod koniec książki. To właśnie Turko zadaje najważniejsze tu pytanie: „Dlaczego myślisz, że opowiedzenie mojej historii mi pomoże?”. Kobiety opuszczające dyskomfortową sferę milczenia stają tutaj do najodważniejszych konfrontacji, często dużo trudniejszych niż te z przeszłości, w których brał udział gwałcący mężczyzna. To kobiety dające świadectwo bezsilności, gniewu i niewyobrażalnej wręcz traumy, która na zawsze naznacza je oraz osoby z ich otoczenia. Kobieta zgwałcona podczas wojny jest potem gotowa – jak jedna z bohaterek – myśleć o tym, jak wyciąć sobie narządy płciowe. Gdy efektem gwałtu jest ciąża, często próbuje ją usunąć. Albo zabić już narodzone dziecko. Nieprzypadkowo jedna z rozmówczyń wspomina, że ona i jej podobne przechodzą przez coś gorszego niż śmierć. Ostracyzm po dokonanej na nich przemocy może mieć równie destrukcyjny wpływ jak sam gwałt. To dzięki odwadze bohaterek tego reportażu możemy choć w minimalnym stopniu zrozumieć, że doświadczenia przez nie opowiadane mieszczą się nie tylko poza jakimikolwiek kategoriami poznawczymi. One stawiają pod znakiem zapytania szereg definicji człowieczeństwa. I w tym znaczeniu Lamb jest przewodniczką po piekle. Jednocześnie czułą słuchaczką, dla której każda z opowiadanych historii jest unikalnym doświadczeniem rozpaczy. Tej rozpaczy, która będzie tu miała bardzo wiele imion.

Ale również wiele adresów. Nigeria, Bośnia, wspomniany już Bangladesz (choć konflikt wojenny dotyczy sąsiedniej Birmy), Filipiny czy Rwanda. To działo się i dzieje na całym świecie. Czasem między sąsiadami w jak najbardziej dosłownym znaczeniu. Często w tych częściach świata, które nie interesują tak zwanych cywilizowanych ludzi Zachodu. Opowieści z Argentyny są świadectwem tego, że wcale nie trzeba wojny sensu stricto, aby doszło do okrucieństw, których ogromną galerię prezentuje ta książka. Christina Lamb dociera do miejsc, do których z różnych powodów nie chcieli dotrzeć inni reporterzy. Opowiada o problemach w szerszych kontekstach, choć zawsze wychodzi od indywidualnej historii albo też zamyka takową konkretny rozdział omawiający szerszą problematykę. „Nasze ciała, ich pole bitwy” to książka obrazująca specyficzny rodzaj przemocy. „Przemoc ta jest ślepa na rasę, klasę i granice państw: dzieje się wszędzie”. Autorka przestaje w pewnym momencie pytać o to, dlaczego się dzieje, ale stawia równie ważne pytanie dotyczące nieobecności tych wszystkich kobiecych krzywd w świadomości świata, który o wojnach wie tak wiele. Umie je definiować i określać opozycję najeżdżanego i najeźdźcy. Czy na pewno? Tu nie będzie mowy o ofiarach, lecz o tych, które ocalały. Z różnych powodów chcą, by świat zapamiętał ich krzywdy. Są tu zdeterminowane filipińskie seniorki i młodziutkie dziewczyny z Afryki. Chcą opowiedzieć swoje historie, by choć w najmniejszym stopniu wpłynąć na to, aby życie nie napisało kolejnych. Jednak wciąż pisze i będzie je pisać. Czy to wina tylko pozbawionych człowieczeństwa mężczyzn, którzy chcą pokazać swoją przewagę?

Nie każda wojna to gwałt, ale każdy popełniony w jej trakcie gwałt to pokłosie sadyzmu wojny. Christina Lamb wyraża to w bardzo zasadniczy sposób. I nie generalizuje. Wspomina o kilku wspaniałych mężczyznach gotowych wspierać pokrzywdzone kobiety. Być może empatyczny syryjski pszczelarz czy oddany swojej pracy kongijski lekarz to żywe dowody na to, że jednak można odczarować ogrom męskiego bestialstwa, które odbiera tu wszystko, w tym także oddech czytelnikowi, gdy poznaje się kolejne historie? Wiem, że Lamb stara się ukazać, jak wieloaspektowo na całym świecie męskość usiłuje wywołać lęk w kobiecie, bo pozwala na to mnóstwo sytuacji, zbiegów okoliczności, ale przede wszystkim uwarunkowań społecznych i ekonomicznych. Wojna jest pokłosiem zaburzenia tych dwóch ostatnich. W stanie wojny można zrozumieć wiele. Więcej usprawiedliwić. Christina Lamb wraz ze swoimi rozmówczyniami opowie wojenny świat przemocy, którego oblicze jest jeszcze bardziej okrutne niż może się wydawać. Opowie o czymś, czego usprawiedliwiać się nie da, bo jest zwyczajnym bestialstwem – ono zaś potem nie może doczekać się sprawiedliwie wymierzonych kar. Mam wrażenie, że wraz z „Ostatecznymi rozwiązaniami” Konstantego Geberta książka Lamb powinna być czytana zwłaszcza albo przede wszystkim w kontekście tego, że wojna toczy się teraz zaledwie kilkaset kilometrów od nas.

2022-04-13

„Wstyd” Robert Małecki

 

Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 13 kwietnia 2022

Liczba stron: 408

Oprawa: miękka

Cena det.: 42,90 zł

Tytuł recenzji: Kobieta i tajemnice

Warto zacząć od wstydu. To już dziesiąta powieść Roberta Małeckiego, a dopiero trzecia, którą przeczytałem. Wstyd mi z tego powodu, bo skoro staram się w swoich książkach kreować postacie ciekawych bohaterek, przede wszystkim u niego powinienem podpatrywać wzory. Tym razem – ponownie po „Żałobnicy” i „Zmorze” – najistotniejszą postacią i spiritus movens tej emocjonującej powieści będzie kobieta. Dojrzała, doświadczona, przekonana, że najtrudniejsze doświadczenia ma za sobą. W końcu zaraz wejdzie w pięćdziesiąty rok życia i to życie nie powinno jej już niczym zaskoczyć. We „Wstydzie” – książce bardzo społecznie potrzebnej w tym ksenofobicznym kraju – Małecki zobrazuje nam kogoś, kto doświadcza nie tyle sytuacji granicznych, których nigdy by się nie spodziewał, ile poczucia rozpaczy połączonego z bezradnością i zwyczajnym smutkiem. Autor nie musiał szukać daleko. Inspirowany dramatami rozgrywającymi się na co dzień i wszędzie, stworzył wiarygodną postać matki „na adrenalinie”, żony skonfrontowanej z nieznanym jej obliczem związku, kobiety w obliczu bolesnych utrat i nieświadomej tego, że coś może zaboleć jeszcze bardziej, że większy ból w każdym wymiarze jest możliwy.

Julia Karlińska wstydzi się swojego ciała. Odnosi wrażenie, że zaczyna ono odmawiać jej posłuszeństwa. Jest przekonana, że jej biologiczna kobiecość się kończy, że sprawy płci i funkcjonowania organizmu przesądzają o jej życiowej równi pochyłej. Bohaterka nazywana tutaj Karlą od samego początku portretowana jest w trudnym do uchwycenia napięciu, którego obraz z biegiem akcji się wyostrza. Szybko dowiadujemy się, co elektryzuje Karlę, wprawia w stan niepokoju, potem wpędza w rozpacz. Ale zupełnie nie domyślamy się tego, z czym Małecki naprawdę skonfrontuje swoją bohaterkę. Myślę, że „Wstyd” to jedna z tych książek, które rozpoczynają się wprost genialnie – i widać to już w pierwszym zdaniu. Ono robi tu niesamowitą robotę. Tym razem autor oszczędza nam antycypacji, którymi operował w innych powieściach, niemniej tę książkę trzeba czytać z pełną świadomością tego, że za chwilę wydarzy się coś, co nami wstrząśnie, rzuci dodatkowe światło na kształt przeszłości, zdynamizuje akcję, pozostawi w poczuciu bezradności wobec nierozpoznania, co naprawdę się dzieje. Czyli mistrzowsko ukierunkuje emocje czytelników w taki sposób, żeby byli blisko niepewności Karli.

Nie jestem pewien, jak opowiedzieć o „Wstydzie”, żeby nie zajmować się rysem fabularnym. A wszystko powinno być pozostawione w tajemnicy, gdyż wówczas ta książka robi jeszcze większe wrażenie. Wydaje mi się, że to opowieść o lojalności zderzonej z wielką miłością. O tym, że czasem ważniejsze jest bycie uczciwym wobec najbliższej osoby, a czasem uczciwość postawiona zostaje na przeciwnej szali niż miłość i bywa tak, że lepiej wybrać to drugie. Rodzina Karli się rozpada. Wszystko zaczęło się dziewięć lat temu, a teraz dochodzi najbardziej bolesny cios. Małecki wprowadza nas do domu, w którym od lat gości rozpacz, ale to właśnie szokujące zdarzenie, o którym dowiadujemy się już na początku, zacznie nam tę rozpacz obrazować. Ona na naszych oczach rozpadnie się na cząstki stanowiące coś jeszcze bardziej bolesnego. W rodzinie, którą portretuje Małecki, nie można już zrobić niczego, co mogłoby zmienić jej sytuację. Nie można już niczego nowego powiedzieć, można tylko szeptem dopowiadać. A prawda, z którą zostanie skonfrontowana wdowa i matka, i tak będzie czymś, co po rozpaczy będzie nie do uniesienia. Rozpad rodziny Karlińskich przebiega na kartach „Wstydu” dwutorowo. W oczywistym znaczeniu rozpada się relacja, gdy umierają ludzie. W tym drugim, przerażającym i wieloznacznym, następuje destrukcja jednych emocji w wyniku ujawnienia się innych. Wydaje się, że to wyjątkowo skomplikowany proces. A jednocześnie nie ma w nim niczego aż tak zawikłanego; być może w ten sposób funkcjonuje wiele polskich rodzin. Małecki przedstawia nam opowieść o ludziach, którzy chcąc dobra innych, decydują się na konfabulacje albo milczenie o sprawach naprawdę ważnych. Wykreowany tutaj dramat autor rozpisuje na wiele ról, jednak centralną postacią jest Karla. Przez nią przechodzą linie okrucieństwa niedopowiedzeń, które gdzieś poza nią kreślą konkretny kształt skryty za oszustwami. Gdy tam zajrzymy, ujrzymy najintymniejsze i najboleśniejsze oblicze rozpaczy. Robert Małecki nie oszczędza tu nikogo. Karla zaś to kobieta jak z dramatu antycznego, trochę też w swej egzystencjalnej samotności za bardzo widoczna, zbyt odsłonięta.

Tu jednak wszystko jest przemyślane i mam wrażenie, że każdy detal tej powieści to wynik artystycznego uporządkowania, bo Małecki nie lubi w swojej twórczości chaosu. Kiedy nastoletni bohater książki wyznaje, że: „Nie zawsze wszyscy chcą usłyszeć prawdę”, zaczynamy rozumieć, w jaki sposób autor opowiada swą historię. Do pewnego momentu nie chcemy dopuścić do swojej świadomości, że pokłosiem dramatycznych wydarzeń rozpoczynających narrację będzie po prostu tuszowanie prawdy. Że świat tajemnic wyłaniających się z kolejnych stron mógłby choć przez chwilę pojawić się w naszych myślach przewidujących to, co się wydarzy. „Wstyd” z jednej strony jest bardzo uporządkowaną, linearną i pozornie oczywistą narracją. Ale w pewnej chwili staje się czymś zupełnie innym. Traktatem o tym, jak wiele zła możemy uczynić, pragnąc przede wszystkim dobra. I znowu wraca motyw rodziny w rozpadzie. Ona w pewnym sensie rozpada się ponownie, kiedy Karla zaczyna zbliżać się do prawdy o najbliższych jej mężczyznach. Gdy dowiaduje się, że jako żona i matka zawiodła. Ale czy na pewno o nią tutaj chodzi?

Chodzi o ogromną przestrzeń tytułowego wstydu. Staje się on toksyczny, rujnujący. Doprowadza do zdarzeń, których można było uniknąć. Pokłosiem wstydu jest u Małeckiego śmierć. Nagłe odejście pośród pytań bez odpowiedzi. Otrzymujemy wyjątkowo nasycony emocjami bohaterów thriller, w którym matka konfrontuje się z życiem nastoletniego syna oraz wspomnieniami po kimś, kto za wszelką cenę starał się odciągnąć ją od czegoś, za co mogłaby się dodatkowo wstydzić. I Karla to robi, ale przejście między wstydem zobrazowanym na początku książki a tym, który prawie ją zamyka, będzie bardzo specyficznym czytelniczym doświadczeniem. Dość wspomnieć, że tego, co musi unieść na swych barkach Karla, nie jest w stanie unieść mała społeczność. Bo Małecki opowie o tym, co się w dzieje w związkach, w których prawdziwa tożsamość seksualna jest tabuizowana, staje się formą opresji. Tak, „Wstyd” będzie o tych, którzy kochają inaczej, kochają wbrew strukturom społecznym, wbrew definicji i funkcji rodziny, wbrew jej najważniejszemu fundamentowi – szczerości i zaufaniu.

Podoba mi się również sposób, w jaki Małecki zderza ze sobą recepcję kłamstwa, z którym konfrontuje się nastolatek i osoba dojrzała. Ciekawa będzie tu też opozycja szkoły i domu rodzinnego. Nieprzypadkowo zbudowana tak a nie inaczej intryga będzie opowieścią o tym, że bycie odpowiedzialnym rodzicem może być dużo bardziej skomplikowane, niż się to wydaje. Nastolatki ze „Wstydu” to są osoby doświadczone już bardzo mocno, a jednocześnie takie postacie, które z różnych powodów wybierają życie w fałszu, pośród niedopowiedzeń i kłamstw. Małecki buduje opozycję nastolatek-dorosły, ale potem ją rozbija, dezawuuje. Cały czas podkreślając, że w sieci kłamstw zagubić się może przede wszystkim ten, który kłamie. Bardzo wymowna książka o ludzkich tajemnicach, które potrafią zrujnować wiele osób. A jednocześnie opowieść o silnej i niepoddającej się żadnym przeciwieństwom losu miłości, która łączy członków rodziny silniej niż skrywane przed sobą nawzajem sekrety.

2022-04-11

„Usta rzeźbiarki” Magda Knedler

 

Wydawca: Otwarte

Data wydania: 13 kwietnia 2022

Liczba stron: 400

Oprawa: twarda

Cena det.: 49,99 zł

Tytuł recenzji: Wobec artystki

Magda Knedler jest dla mnie artystką. Jak Alina Szapocznikow, o której – chociaż nie tylko o niej – jest ta książka. Zatem Knedler – to nazwisko należy znać! – i jej droga twórcza, która inspiruje. Niszowy debiut, kolejne powieści usilnie wtłaczane w nurt tak zwanej literatury środka, a ostatnio dwie bardzo mocne narracje świadczące właśnie o wspomnianym artyzmie. Obie – „Nikt ci nie uwierzy” oraz „Narzeczone Szopena” – nominowane w tym roku do Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”. Dwa tytuły jednej pisarki! A teraz książka, która jest swobodną kombinacją rytmu i frazy. Mam wrażenie, że ta pisarka powoli osiąga – a może nawet już osiągnęła – doskonałość w tym, co robi. „Usta rzeźbiarki” to historia mająca bardzo zmienną dynamikę i intensywność. Poszczególne partie książki wyraźnie pokazują, jak wielki jest talent pisarski Magdy Knedler: z lekkością i bezpretensjonalnością potrafi snuć opowieść na przemian artystycznie i naturalistycznie. Nazwanie tej prozy powieścią to za mało. To coś więcej niż powieść i w tym „więcej” kryją się ujawniane dopiero teraz z taką mocą umiejętności Knedler. Zasadnicza narracja jest tu uzupełniona relacją bardziej dziennikarską, czymś na kształt reporterskiego prezentowania tych fragmentów biografii Szapocznikow, które doczekały się już wystarczającej liczby omówień, zatem Magda Knedler chce być w tym, co odtwórcze… bardzo twórcza. I wychodzi jej to świetnie. Historyczna dokładność, anegdotyczna niefrasobliwość, w końcu zaskakujący z punktu widzenia odbiorcy dialog dwóch artystek, które odeszły w tym samym wieku i które równie silnie chciały określić własną niezależność, dojrzewając, a potem broniąc prawa osobistej wolności. To wszystko na pewno robi wrażenie i czyni tę książkę nietuzinkową.

W tej ciekawej strukturze wyróżnia się również to, w jaki sposób autorka niejako oddziela imię rzeźbiarki od jej nazwiska. Alina sygnuje tę część książki, która ukazuje ją w drodze ku mrokowi, w ocieraniu się o nieistnienie albo bezpowrotne utraty – bohaterka w dramatycznych okolicznościach traci przecież ojca i brata, a Knedler dodatkowo prowadzi ją w kierunku, w którym można było ulec autodestrukcji, jeśli nie zniszczyła człowieczeństwa druga wojna światowa. Nazwisko Szapocznikow jest tu początkiem narracji stojącej w kontraście do wspomnianej wyżej drogi. Autorka opowiada o kimś, kto po traumatycznych wojennych doświadczeniach walczył nie tylko o wspomnianą przestrzeń wolności, ale także o to, by dać sobie narzędzia wyrażenia samego siebie. Bo Alina Szapocznikow to nie tylko rzeźbiarka, a cała ta książka opowiada o intensywnym i twórczym stawaniu się świadomą artystką. Kiedy łączymy imię z nazwiskiem, otrzymujemy budzącą wzruszenie i podziw historię kobiety, która – w przeciwieństwie do bohaterek dwóch poprzednich powieści Knedler – nie chce być w niczyim cieniu i w nim nie będzie. Można długo funkcjonować w specyficznej introwersji, ale przychodzi w końcu moment, by świat dowiedział się, jakie jest artystyczne życie – w ciągłym poszukiwaniu, pośród ciągłych zmian. Z niebywałą charyzmą i poczuciem, że nigdy nie jest się gotowym człowiekiem, gotowym artystą, skończonym twórcą skończonego dzieła sztuki.

Szapocznikow właściwie nigdy się nie bała. Zawsze, w najbardziej nawet przerażających i granicznych sytuacjach, nawet w obozie zagłady, starała się być zasadnicza, metodyczna i działać racjonalnie. Tego uczyła ją cały czas matka, z którą wędrowała przez piekło doświadczeń wojennych, kiedy najbliżsi im mężczyźni odchodzili. Słowa brata, tego odebranego, brzmią tu znamiennie: „Nie boisz się nawet tego, czego powinnaś się bać (…)”. Alina Szapocznikow nigdy nie miała w sobie pychy Rodina, ale zawsze wiedziała, że to, co tworzy, to twórczość całkowicie świadoma. Jak świadome panowanie nad strachem. Wyjście obronną ręką z doświadczeń, po których trudno było nadal być człowiekiem. O ile ta niepowieściowa narracja zajmuje się czasem, kiedy Szapocznikow uczyła się siebie i narzędzi do przekazywania swoich twórczych wizji światu, o tyle powieść koncentruje się na młodości kogoś, kogo nie zniszczyło to, co rujnowało praktycznie wszystkich wokół. Doświadczenie pisarskie Knedler podpowiada jej, że nie da się już napisać kolejnej wstrząsającej powieści o piekle żydowskich doświadczeń drugiej wojny światowej. Że w zasadzie wszystko na ten temat zostało napisane, a jednak opowiadając o kimś tak wyjątkowym, należy wykorzystać odpowiednie obrazy, sceny lub motywy, aby oddać dorastanie i witalizm, nie zderzając tego z jakimś oczywistym schematem narracyjnym, chociażby o piekle Auschwitz.

A więc brak strachu. Jednocześnie zaś ciągłe wahania dotyczące tego, jak definiować samą siebie. Szapocznikow już w łódzkim getcie zostaje zapytana o to, czy jest artystką. Powojenne lata dają wiele odpowiedzi twierdzących. Ale w okresie, w którym bohaterka Knedler zdobywała życiowe i artystyczne doświadczenia, muszą pojawiać się momenty pewnych niedopowiedzeń, zaskoczeń, nietypowych zdarzeń wynikających choćby z samego charakteru Szapocznikow. I „Usta rzeźbiarki” to wszystko punktują. Jest nieprzewidywalnie, a także zaskakująco lirycznie – są tu naprawdę obszerne fragmenty dalekie od zasadniczości prozy, usiłujące wydobyć z portretowanej postaci każdą jej niezwykłą cechę.

To było krótkie i intensywne życie. Rytm tej książki bardzo dobrze to oddaje. Mężczyźni, którzy tak fascynowali Alinę Szapocznikow, obserwowane trendy w sztuce będące dla niej wzorami albo antywzorami, ludzie z młodości pozostający w pamięci na zawsze dzięki wadze wspólnych doświadczeń. Potrafiąca zdobyć się na bezpośredniość Knedler stawia pytania, czasem retoryczne, wplatając w to wszystko jeszcze Fridę Kahlo. Dlatego „Usta rzeźbiarki” to dynamiczna powieść o tym, ile można mieć w sobie definicji witalizmu i jak dużo twórczego niepokoju wciąż wyraża pozornie oczywisty dramat – jak znaleźć siebie w sztuce.

Jest to także rzecz o tym, jak żyje się w niepokoju. Jak strach, nad którym dawało się zapanować, pojawia się w miejsce egzystencjalnego lęku o to, jakie się ma możliwości, co jeszcze można zrobić. Od pewnej chwili towarzyszy nam mroczne memento wyrażone w zdaniu: „To, czy przeżyjesz, nie zależy od twojego talentu”. Talent mógł się rozwijać, a śmierć przyszła o wyznaczonej przez siebie godzinie. Magda Knedler śledzi intensywne życie twórczyni, która poszukiwała do końca. Kobiety stale dającej mężczyznom do zrozumienia, że sfera sztuki nie jest zarezerwowana dla nich. A jednocześnie kogoś, kto musiał poddać się fizycznym ułomnościom i komu przyszło stoczyć najtrudniejszą walkę – tę ze śmiertelną chorobą. Jak zatem opowiedzieć tylko czterdzieści siedem lat niezwykłego życia, którego nie zdefiniują żadne utarte formuły i o którym – tak myślę – nie wszystko jeszcze napisano? „Usta rzeźbiarki” to bardzo ciekawa książka. Jesteśmy tu nie tylko odbiorcami opowieści, ale w niektórych też uczestniczymy. Knedler wie, że uwagę czytelnika można przykuć na kilka sposobów. Postrzega się tę narrację jako rzecz o tym, że świadoma artystka chce oddać hołd drugiej świadomej artystce, wykorzystując do tego tak wiele technik i sposobów opowiedzenia historii, jak wiele narzędzi stosowała Szapocznikow do wyrażenia związków ciała i emocji.

2022-04-08

„Psi park” Sofi Oksanen

 

Wydawca: Znak

Data wydania: 23 marca 2022

Liczba stron: 496

Przekład: Katarzyna Aniszewska

Oprawa: twarda

Cena det.: 59,99 zł

Tytuł recenzji: Dwa światy i rozpacz

Historia praw do twórczości Sofi Oksanen na polskim rynku wydawniczym jest tak skomplikowana jak fabuła każdej z jej książek, ale mam wrażenie, że te prawa wykupił już na stałe Znak i to tutaj będziemy mieli przyjemność śledzić kolejne dokonania twórcze tej autorki. Mam wrażenie, jakby w „Psim parku” Oksanen odrobiła lekcje z „Normy” – jedynej powieści, którą uznałem za swoisty wypadek przy pracy. Tu wielowątkowości nie będę mógł nazwać chaosem. „Psi park” nie jest również tendencyjny, bo pisarka odważnie sięga w głąb kilku perspektyw spojrzenia na zarysowany problem. Motyw włosów opowiadający o opresyjnej organizacji serwującej ludziom złudzenia zastępuje tu motyw komórek jajowych. Ale tak naprawdę to chyba pierwsza powieść tej autorki, która tak bardzo mnie zaskoczyła. Tym, jak jest panoramiczna i że nie idzie w łatwym kierunku – bycia literacką publicystyką czy narracją jednoznacznych oskarżeń, także tych kierowanych w stronę płci męskiej, gdy feminizm autorki stawał się w niektórych książkach dość niebezpiecznie nasilony, a tu nic takiego się nie dzieje. „Psi park” to ponownie rzecz, w której Oksanen rozpisuje w formie frapującej wiwisekcji relacje matki i córki, jest to też książka dwóch kobiecych punktów widzenia na wspólne cierpienie. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by czytać tę książkę autorki „Oczyszczenia” jak całkowicie nową jakość. Tym bardziej że jest to powieść niezwykle mocno osadzająca się w wyobraźni, kiedy poznaje się ją przez pryzmat ostatnich wydarzeń za wschodnią granicą. Ale to truizm, przejdźmy do konkretów i do tez sugerujących, że od czasu wspomnianego nieco wyżej tytułu jest to chyba najlepsza rzecz Oksanen, jaką przeczytałem.

24 lutego każdy z nas uświadomił sobie między innymi to, że ma bezpieczny dom, bezpieczną przestrzeń do życia, jego dzieci chodzą bezpiecznymi drogami do bezpiecznych przedszkoli, a po godzinach bawią się na bezpiecznych terenach rekreacyjnych, na które nie spadają rakiety sąsiedniego państwa. „Psi park” jest w dużej mierze o tym, jak traci się to poczucie bezpieczeństwa. Nie operuje jednak oczywistymi środkami wyrazu, pojęcie rozpada się w bardzo złożony sposób. Oksanen nie chce wyciągać na pierwszy plan argumentu wojny jako uzasadnienia, że wszystko można w jednej chwili stracić, choć jej powieść opowiada Ukrainę już po tym, gdy została zaatakowana przez Rosję w 2014 roku. A skoro już to zaznaczam, to warto dostrzec, w jaki sposób Oksanen sugeruje, co my wszyscy jako obywatele świata bez wojny przespaliśmy albo niedostatecznie zrozumieliśmy po roku 2014, kiedy to Ukraina została w tak krwawy sposób rozcięta. Gdyż potem, zamiast zajrzeć głębiej, być może ujrzeć to, co pokaże dopiero „Psi park”, mieliśmy wrażenie, że rany powoli się zasklepiają, bo przecież nie da się unieść napięcia agresji i pogromu, które trwało niezmiennie przez osiem lat – do czasu, w którym Rosja uderzyła w taki sposób, że cały bezpieczny świat wreszcie zrozumiał, iż ma bardzo wiele do stracenia.

Ukraińskie młode dziewczęta z tej powieści nie mają niczego poza marzeniami i złudzeniami. Te przybywające z prowincji szukają jakiejkolwiek pracy. W większym mieście aplikuje się zarówno na stanowisko sekretarki, jak i żony bogatego mężczyzny, to nie ma tutaj żadnego znaczenia. W desperacji można zgodzić się również na to, by być dawczynią komórek jajowych albo surogatką. Wszystko odbywa się w oczywistym modelu biznesowym. Tak oczywistym, że Oksanen odbiera nam tutaj dech już od samego początku, kiedy retrospekcje prowadzą nas do świata, z którego uciekły dwie spotykające się później w Helsinkach bohaterki. W tej konfrontacji opowiedziana jest historia kobiecej silnej więzi, której charakter zmieniły okoliczności. Przyjaźń, która przeradza się w nienawiść? To nie jest takie proste, bo z jednej strony Olenka i Daria w Finlandii nie mogą na siebie patrzeć, z drugiej jednak – łączy je zaskakująco wiele. Przede wszystkim rozpacz i desperacja, ale to nam, czytającym, dane będzie osądzić, która z tych kobiet poddała się im bardziej. Kiedy poznajemy istotę relacji tych bohaterek, jednocześnie tkwimy w przestrzeni, w której obie działają kompulsywnie. Jedna z nich przed czymś ucieka, najpewniej i w każdym wymiarze przed samą sobą. Druga nie chce się już ukrywać, chce działać, jest zdeterminowana i gotowa do czegoś, co w swym oczywistym znaczeniu świadczy o rozpaczliwej i desperackiej samotności. Kobiety w tej powieści pozostawione są same sobie – z każdym wyborem i każdą jego konsekwencją. To, co wyjątkowe w „Psim parku”, to te wszystkie sugestie usiłujące wybielić lub oczernić bohaterki w ich działaniach. Nic nie jest tu oczywiste i narracja skonstruowana jest w taki sposób, że w tych znakomitych nieoczywistościach powodujących u czytelników wyjątkowy niepokój, pozostaniemy do ostatniego zdania.

Bo Oksanen przełamuje tutaj gatunki, dynamizuje fabułę na wiele sposobów, dba o wciąż czytelne kontrasty i opowiada o świecie, w którym poczucie bezpieczeństwa i spełnienia zależy w dużej mierze od tego, gdzie się urodziliśmy. Olenka i Daria pochodzą ze wschodu Ukrainy. Tego miejsca, w którym – jak pisał Żadan w „Internacie” – po 2014 roku „wszystko rozjebali”, ale tak naprawdę destrukcja prezentowanej przestrzeni ma miejsce dużo wcześniej. A młode kobiety uciekają z miejsca, w którym widzą tylko hałdy węgla, brzydkie mieszkania, uwikłanych w mafijne zależności ludzi i społeczność stygmatyzowaną przez to, w co i w kogo ta społeczność wierzy. Znakomicie ów światopoglądowy, egzystencjalny i polityczny chaos ukazuje wspomnienie o tym, co robi ukraińska szefowa Olenki. Nie wie, co eksponować – ukraińską flagę czy portret Putina. Ostatecznie obie rzeczy trafiają do szafy. Jakże sugestywnie Oksanen opowiada o niemocy i bezradności ludzi w sferze dwóch silnych wpływów, kiedy potem wyprowadza tę narrację ze wschodniej Ukrainy i pokazuje, jaki bagaż traumy wezmą ze sobą na całe życie uciekające od „toksycznego miejsca” dziewczyny zbyt szybko stające się boleśnie doświadczonymi kobietami.

„Psi park” to również poruszająca powieść o macierzyństwie i nieoczywistym wymiarze bycia matką. Ciotka Olenki szepcze do niej: „Matki nie wolno pozbawiać prawa do dumy ze swoich dzieci”. Tu ujrzymy matki zrozpaczone, naznaczone strachem, matki cierpiące z powodu utrat, ale też i zysków związanych z niecodziennym macierzyństwem. Ten gorzki cytat opowiada także tę część historii, która rozgrywa się w Helsinkach. W tym sytym i bezpiecznym kraju, w którym psy mają lepsze tereny rekreacyjne niż ludzie w Ukrainie. Sofi Oksanen przenosi nas cały czas między dwoma krajami, pokazując różnice, które wcale nie są oczywiste. Opowiadając o losach kobiet albo zdeterminowanych, albo zmuszonych do dramatycznych wyborów. Same muszą potem pojąć, co zrobiły. Czytelnicy „Psiego parku” będą zaskoczeni chwilami drapieżną frazą tej książki, wkraczającej mocno w thriller, ale również dobrej powieści sensacyjnej. Oksanen zapisuje się swoją historią w pamięci, mimo że jest to opowieść bardzo wielu wątków, lecz w tej książce każda dygresja ma znaczenie. Jedna z tych przerażających powieści ukazujących oczywistość, nad którą przestajemy się zastanawiać, gdy jesteśmy po bezpiecznej stronie. „Psi park” opowiada, że świat to ciągłe migracje z powodu przemocy. Dodatkowo o tym, w jaki sposób przemoc naznacza kobietę. I do czego tak naznaczona może być zdolna.

2022-04-05

„Kanska. Miłość na Wyspach Owczych” Urszula Chylaszek

 

Wydawca: Wydawnictwo Poznańskie

Data wydania: 13 kwietnia 2022

Liczba stron: 256

Oprawa: zintegrowana

Cena det.: 44,90 zł

Tytuł recenzji: Zmiany na archipelagu

Odwiedzając Wyspy Owcze, koncentrowałem się na niesamowitych pejzażach. To było oczywiste, kiedy spełniłem swoje turystyczne marzenie i mogłem chłonąć magię tego archipelagu gdzieś między Szkocją a Islandią. Nie myślałem wówczas, co kryje się we wnętrzach uroczych farerskich domków. Zwłaszcza tych najbardziej charakterystycznych, które mają mech na dachu. Urszula Chylaszek zagląda tam, gdzie ja nie zaglądałem. Uzupełnia moją podróż znakomicie, bo widzę teraz Wyspy Owcze pełniej, dokładniej. Robi to jednak dyskretnie i z empatią. Chce pokazać, że społeczeństwo farerskie, od wieków nienawykłe do konfrontacji, dzisiaj umie już rozmawiać – także o rzeczach trudnych, bo nie zawsze jest tam uroczo. W tym świetnym reportażu autorka nie tylko spotka się z Farerkami i Farerami. Opowie ich słowami o tym, czym jest ludzka wspólnota Wysp Owczych. I to poznawanie społeczności będzie równie fascynujące co odwiedzanie tam najpiękniejszych zakątków stworzonych przez naturę. Myślę nawet, że jest to najlepsza książka o tym miejscu, która do tej pory się ukazała. Dlaczego? Bo opowiada nam o ludziach. I pokazuje, że mogą być fascynujący na równi z niezwykłymi krajobrazami tych wysp.

To nie jest zwykła reporterska pogadanka. Nie jest to suche sprawozdanie z rozmów, które przeprowadzono, bo pasowały do tezy albo koncepcji oryginalnego reportażu. Nie znajdziemy tu niczego, co wyraźnie definiuje tak zwane poczytne książki tego gatunku. Jest za to niebywała wrażliwość Chylaszek i jej literacki talent pozwalający na to, by opowiedzieć hermetycznie zamkniętą przez wieki społeczność w taki sposób, że możemy poczuć się jej częścią. Z każdą wyrażoną wprost lub symbolicznie emocją. Ci ludzie przycupnęli na ziemiach, które nie rodzą plonów, poddając się rytmowi natury. „Kanska” będzie opowieścią o tym, co natura w tym rejonie na człowieku wymusiła, a co ukształtowało jego lokalny charakter. Specyficzną wspólnotę gotową do obrony konserwatywnych wartości, a jednocześnie coraz bardziej otwartą na wyzwania współczesnego świata. Książka Chylaszek będzie również dowodem znakomitego reporterskiego kompromisu. Świetnie portretowani rozmówcy koncentrują się na tym, co dla nich samych najważniejsze, ale w tych relacjach z rozmów wyodrębnia się również to, co za ważne uznała sama autorka.

To opowieść o tym, jak intrygująca może być farerska wspólnota. Kraj – celowo tak nazywany, choć to terytorium zależne Danii – w którym większość ludzi ma geny jednego człowieka. „Kanska” będzie jednocześnie opowieścią o tym, co solidaryzowało Farerów przez wieki, i o tym, co ich w ostatnich dekadach mocno spolaryzowało. Ogólnie widzimy bardzo wyraźną tendencję: zwrócenie uwagi na to, że specyficzna wspólnota jest gotowa do zmian i że te zmiany dostrzega się dziś bardzo wyraźnie. Wyspy Owcze zdają się wychodzić ze swojej strefy komfortu. Farerzy nienawykli do konfrontacji tutaj w pewnym stopniu jej ulegają. Urszula Chylaszek nie jest konfrontacyjna, ale znakomicie pokazuje, w jaki sposób ci ludzie nauczyli się ze sobą rozmawiać. Ten reportaż traktujący o miłości, seksualności, zachowawczości i odwadze prezentuje jednocześnie ludzkie wątpliwości oraz pewność tego, kim należy być, w jaki sposób postępować z innymi członkami wspólnoty. Ona jest niezwykle ważna, ale autorka uwypukla, niuansuje i prezentuje z różnych stron oblicza różnorodności i wyjątkowości. To, czego każda wspólnota trochę się boi, ale również to, co na nowo zaczyna ją definiować.

Podoba mi się pomysł na przedstawienie historii dwóch kobiet, która prezentowana jest fragmentarycznie, lecz jednocześnie buduje bardzo mocny fundament tego reportażu. Chylaszek skoncentruje się na tym, jak intensywna i wielowymiarowa może być miłość na archipelagu, który zarówno miłości, jak i każdej innej emocji wyznaczył przez lata dość prostą definicję. Opowiadając o środowisku LGBT na Wyspach Owczych, a także o sprawach tak trudnych jak molestowanie seksualne nieletnich, autorka daje dowód na to, że jej reporterska opowieść nie będzie oczywista. Wyspy Owcze wcale nie są przecież tak oczywiste, jak można byłoby przypuszczać, czytając o nich w turystycznych przewodnikach. Zbliżając się do ludzi, Urszula Chylaszek chce opowiedzieć archipelag intymnie, ale również głośno wyrazić problemy i dylematy, o których na co dzień Farerzy między sobą szeptali.

„Tu zawsze trzeba było uważać, co się mówi i robi”. Te słowa wejdą w naszą świadomość już na samym początku książki. Potem będziemy poznawać bardzo różne punkty widzenia na pozornie oczywiste sprawy. Chylaszek spróbuje wydobyć z tych opowieści współczesny obraz farerskiego statusu społecznego. Bardzo ciekawie nawiązywać będzie także do historii Wysp Owczych, by podkreślić lub uzasadnić sugerowane tezy. Na uwagę zasługuje spójność tej książki. „Kanska” wie, jak opowiedzieć o tym, co Farerów wyróżnia, ale również o sprawach, które od pewnego czasu na nowo definiują ich społeczność. Będzie tu mowa przede wszystkim o różnorodności. O tym, w jaki sposób Wyspy Owcze w dosłownym i symbolicznym znaczeniu otwierają się na świat, który przecież zawsze geograficznie był gdzieś daleko. Ale dzisiaj myśli się, czuje i odbiera złożoność tego świata inaczej niż choćby pół wieku temu. Umiejętnie stworzony balans między historią a teraźniejszością daje Chylaszek jednocześnie pewną otwartość. Autorka pokazuje społeczność, która jest w trakcie przemiany, staje się, będzie za jakiś czas inna, lecz cały czas stara się utrzymać swoje związki z tradycjami, bo one w bardzo dużym stopniu ukształtowały specyfikę farerskiego spojrzenia na rzeczywistość.

Poznamy bardzo różnych ludzi i bardzo różne punkty widzenia, kiedy rozważane będą kwestie ludzkiej wolności oraz tego, czy i kto ustala na Wyspach Owczych jej granice. Są rozdziały wręcz śmiertelnie poważne, ale i takie nasycone specyficznym poczuciem humoru. Są to opowieści o ludziach poszukujących siebie w drugim człowieku. Ale jest też miejsce na historię pewnej twórczej samotności. Okazuje się, że wyspiarska wspólnota znajdzie w sobie miejsce dla każdego. Może dlatego, że mimo konserwatywnych poglądów wielu Farerów ich domy są wciąż otwarte, stoły dla gości duże, a po drugiej w nocy są gotowi przytulać się z każdym, bo w gruncie rzeczy jak każdy potrzebują miłości i czułości.

Urszula Chylaszek opowie taką historię. Pokaże, w jaki sposób miłość kształtują surowe farerskie warunki. Jak jednocześnie ta miłość jest czuła, jednocząc, dając możliwość innego spojrzenia na świat określany przez surowe prawa natury. Będzie w tej książce sporo na temat tego, co znaczy budowanie zaufania do ludzi. Zwłaszcza wtedy, kiedy nie trzeba już być sobą po cichu, a milczenie o problemach nie jest sposobem na ich rozwiązywanie. „Kanska” to opowieść o ludziach łagodnych jak ich owce, a jednocześnie o silnych ludzkich namiętnościach. O dojrzewaniu do tolerancji i otwartości, a jednocześnie o wspólnocie wyraźnych zasad. Dla Farerów ważna jest kontrola, jednakże tytułowy zwrot sugeruje ich swoistą niefrasobliwość. Chylaszek opowie o tym, co znalazło się w ostatnich latach między poczuciem kontroli emocji a tym, że można w nie swobodnie wejść, po prostu przeżywając. Bardzo ciekawy wizerunek ludzi z niezwykle ciekawego kraju.