2026-01-30

„Świnka” Lottie Hazell

 

Wydawca: Wydawnictwo MOVA

Data wydania: 16 stycznia 2026

Przekład: Kaja Gucio

Liczba stron: 344

Oprawa: twarda

Cena det.: 59,99 zł

Tytuł recenzji: Jeść i dorastać

Tę całkiem zgrabnie skonstruowaną obyczajówkę Lottie Hazell powinno się czytać razem z „Głodem” Roxanne Gay. Nieważne, w jakiej kolejności i czy jedną po drugiej, czy na przemian. Twórczynie proponują nam zupełnie inne gatunkowo narracje, bo książka Gay to i pamiętnik, i dziennik, i jednocześnie pewien rodzaj manifestu, ale obie te pozycje albo symbolicznie, albo wprost mówią, że nasycanie ciała pokarmem może być świadectwem prywatnej walki ze światem o samostanowienie. Są to też książki opowiadające – w zupełnie odmiennej tonacji – o tym, że apetyt i spożywanie mają ogromny związek z tożsamością. Zostawmy dalekie od Hazell rozważania Gay na ten temat. Skupmy się na „Śwince”. Książce, przy której chce się jeść, jednocześnie nienawidzi się jedzenia i je kocha, ale przede wszystkim poznaje sposoby przygotowywania potraw, o których czytając, chciałoby się je wszystkie zjeść od razu.

Można powiedzieć, że to, co pisze Hazell, jako czytelnicy jemy, a przede wszystkim trawimy. Ogromny minus tej narracji – co ciekawe, stworzonej jako swoisty apendyks do pracy naukowej – stanowi to, że zasadnicza kwestia ujawniona jest zdecydowanie za wcześnie, bo daje się odszyfrować na pierwszych kilku, może kilkunastu, w najlepszym przypadku kilkudziesięciu stronach. Dlatego pisanie o perypetiach głównej bohaterki mija się z celem, bo ważne jest tutaj to, jakim językiem napisana jest ta historia. Uwielbiam tłumaczenia Kai Gucio i przekład jej autorstwa to dla mnie zawsze wyznacznik literatury niosącej w sobie i barwę, i charakter, i specyficzne rodzaje ironii lub autoironii. Nie wiem, czy w „Śwince” więcej jest pierwszego, czy drugiego. Zazwyczaj nie podbieram określeń innych recenzentów, jednakże „kulinarny snobizm” ujawniany tu z rozdziału na rozdział chyba najlepiej charakteryzuje książkę traktującą o nierozłączności apetytu na jedzenie i braku apetytu na siebie, na swój życiowy plan, na życie tak w ogóle.

Główna bohaterka konsekwentnie nazywana jest słowem użytym w tytule, jakby to miało od początku określać jej tożsamość. Tymczasem pośród opisów przygotowań wszystkich wykwintnych potraw i obok traktowania ich jako wyznaczników bycia lepszym lub bogatszym czytamy o tym, jak ta tożsamość się kształtuje. Bohaterka z jednej strony jest przezabawna, z drugiej – tragicznie samotna, pozostawiona sama sobie. A właściwie sobie i swojemu żołądkowi. Bo Świnka nie tylko zje wszystko, ona też wszystko potrafi przyrządzić. Z pietyzmem i niesamowitą fantazją. Jest tu mowa o kulinariach, które łączą się z komizmem – głównie sytuacyjnym – ale także o tym, co to znaczy przygotować jedzenie, zjeść je, najeść się i przejeść. Bynajmniej nie w znaczeniu dosłownym.

Świnka wywołuje współczucie swoją bezradnością wobec własnych emocji. Bezwolnością. Wewnętrznym pozwoleniem na to, by mężczyźni byli dla niej okrutni – inaczej narzeczony, inaczej ojciec. Wszystko jest tu wyraźnie rozpisane i granica między katem a ofiarą jest wyraźnie nakreślona, stąd też mniej intrygująca jest sama fabuła. Ale już jej zakończenie jak najbardziej, jeśli traktujemy utwór Lottie Hazell jako opowieść o samowyzwalaniu się, odnajdywaniu klucza do własnej klatki, uwalnianiu świadomości i zdobywaniu pewności siebie.

Ona na niektórych etapach życia bohaterki prawie w ogóle nie istnieje. Mówi za nią i pokazuje ją jedzenie. To przygotowane, to pałaszowane. Ale jest to też książka, która w tragikomicznym stylu zmierza do przewidzianej błyskawicznie katastrofy. Piszę to oczywiście ironicznie, bo ironii w tej książce jest bardzo wiele. Mnóstwo mądrego i inteligentnego poczucia humoru. Sporo jednak dydaktyzmu, który wkrada się w przerywniki w ramkach. Trudno określić ich funkcję, później są komentatorskie, ale wcześniej wprowadzają nas dość ciekawie w pogłębiający się proces autodestrukcji związku, który powinien się zakończyć, a nie stwarzać pozory czegoś głębszego.

Bo ile jest małżeństw niosących ze sobą sekrety przedmałżeńskie, o których należy zapominać w imię lepszej przyszłości? Ile razy potwierdzany notarialnie akt to fikcja i obustronny dramat? „Świnka” podąża tokiem rozważań, w jaki sposób związek dwojga ludzi wpływa na ich rodziny. A te Hazell portretuje z mistrzowskimi detalami. Czasem odnieść można wrażenie, że jej niejednoznaczna w zachowaniach bohaterka schodzi zdecydowanie na drugi plan. Albo ma tam schodzić, bo takie jest jej zadanie, taka powinność wobec jej rodziny oraz rodziny wybranka.

„Świnka” to słodko-gorzka opowieść inicjacyjna, w której znajdziemy się pośród ludzi budujących relacje na szeroko pojętym fałszu. I tak jak dla męskich członków danej rodziny opinia jest faktem, tak dla sportretowanych tu kobiet powinność społeczna jest koniecznością. Wątek ciąży, porodu i połogu jedynej przyjaciółki Świnki jest tu zgrabnie wpleciony, bo dzięki niemu ożywa historia o samostanowieniu głównej bohaterki, jednakże za dużo tutaj uproszczeń w metaforyce łączącej kulinaria z egzystencjalnymi dramatami. A przynajmniej ja zauważyłem ich zbyt wiele.

Każdy, kto kiedykolwiek usłyszał z czyichś ust, że jest obrzydliwy, zostaje straumatyzowany na całe życie bez względu na to, co wydarzy się potem. Tytułowa Świnka słyszy pod swoim adresem słowa oceniające: od łagodnych perswazji po stanowcze wyrażanie negatywnych opinii o tym, w jaki sposób żyje. Celowo nie wspominam, co myśli, bo tu autorka przymknęła nam drzwi i bardzo jej za to dziękuję, gdyż enigmatyczność wnętrza bohaterki w miarę rekompensuje przewidywalność fabularną.

Ciekawym zabiegiem jest też to, że początek powieści konsekwentnie prowadzi do końcowej ruiny, choć antycypacje są nieliczne, jednak gdy się pojawiają – stanowią najsłabszy element tej narracji. Książki o tym, co znaczy być pełną w znaczeniu przejedzenia się i być pustą, czyli niegotową na życiowe scenariusze napisane przez innych, gdyż trudno o ten własny, kiedy jakiś problem uniemożliwia prawdziwy kontakt z umysłem. Do gry wkracza wówczas żołądek, żre się często i kompulsywnie, odczuwa się wobec jedzenia więcej emocji niż wobec drugiego człowieka. To jest zabawne, ale chwilami niebezpieczne, wręcz groźne. Dlatego „Świnka” to, jak wspomniałem na wstępie, powieść obyczajowa o bardzo intymnej walce o siebie, gdy ma się niewielu popleczników.

Na szczęście oni są i wszystko zmierza ku katastrofie będącej… katharsis. W tym wszystkim mnóstwo poczucia humoru i dystansu Hazell do samej siebie jako autorki i jako narratorki tej historii. I tak jak suknia ślubna nie chce się tu dopasować do ciała panny młodej, tak stosowane przez nią sposoby, by poczuć się lepiej ze sobą, dodatkowo pogrążają ją w kompleksach i niebezpiecznie zbliżają do stanów lękowych i depresyjnych. Nie można czytać „Świnki” ze śmiertelną powagą, gdyż wielokrotnie wybucha się śmiechem w najmniej spodziewanych momentach, ale jest to niezwykle poważna opowieść o rozdźwięku między tym, czego szukamy w sobie samych, a tym, co koniecznie chcą w nas znaleźć inni. Pod rozwagę bez względu na płeć, choć feministyczny sznyt tej powieści widoczny jest dość wyraźnie.

---

Jeśli podoba Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ 


2026-01-28

„Nadkobieta” Adam Gawłowski

 

Wydawca: IMAGE FACTORY

Data wydania: 20 lutego 2026

Liczba stron: 350

Oprawa: miękka

Cena det.: 49,90 zł

Tytuł recenzji: Wir sensacyjnych wydarzeń

Czasami warto przeczytać coś całkowicie innego, odbiegającego od klasycznych zainteresowań czy pasji. Czasem warto także coś takiego polecić. Powieść z gatunku, po który na co dzień nie sięgam, ale przypominająca mi, jaką konwencję zastosować, by fabuła po prostu płynęła w bardzo szybkim tempie. „Nadkobieta” ze świetnie przemyślaną okładką to dopiero początek estetycznej dbałości o tę książkę. Pozostają jeszcze ilustracje rozpoczynające rozdziały, wszystkie autorstwa Ernesta Błędowskiego. Całość napisana jest w taki sposób, że można z tej powieści stworzyć znakomity komiks. Jest odrobinę slapstickowa. Pisana stylem absolutnie dopasowanym do podążania za biegiem akcji, nie do analizowania (choć w gruncie rzeczy jest to rzecz o wielu ważnych kwestiach, które nakreślę poniżej). Nawiązania do filmów kryminalnych, gangsterskich czy sensacyjnych nasuwają się same, jeśli potraktować „Nadkobietę” jako scenariusz. Czy to dobrze napisana powieść? Najlepiej, jak mogłaby być napisana przez debiutanta, który na co dzień nie zajmuje się literaturą, lecz branżą elektroenergetyczną. W jej przestrzeni przedstawi problemy, dylematy i trudności nie tylko utrzymania się w branży. Przede wszystkim utrzymania człowieczeństwa, moralnego azymutu i tego, by w piekielnym tyglu obowiązków balansujących na granicy prawa zachować się najczęściej jak można jak człowiek prawy. Zatem komiksowy, lekko slapstickowy moralitet. Ze wspomnianym już zabójczym (!) tempem akcji rozgrywającej się w bardzo wielu miejscach.

Pragnę stanowczo podkreślić: omawianie „Nadkobiety” przy zastosowaniu narzędzi omówienia tak zwanej literatury pięknej to kopanie leżącego. Ta książka to przede wszystkim świetnie skonstruowana narracja rozrywkowa dla wszystkich, którzy lubią lekkie historie opowiadające jednak o istotnych problemach. Wszystko w tajemniczej atmosferze szemranych interesów, które rozpoczynają się w Moskwie, a kończą w Petersburgu. Pomiędzy tymi lokacjami znajdziemy bardzo wiele innych, bo Gawłowski proponuje nam nie tylko bohatera „na adrenalinie”. Ale również człowieka, który dużo podróżuje służbowo, serwując nam podstawowe i często przewodnickie informacje o miejscach zachwycających blichtrem i pokazujących, jaki tryb życia wiedzie bohater, co lubi – chodzi o przebywanie w konkretnych lokalach, smakowanie konkretnych potraw oraz rozmowy bynajmniej niezwiązane z biznesami, które mają miejsce gdzieś w tle. Wciąż.

Dlaczego? Dlatego że mężczyzna z tej książki, noszący imię autora, jest typem macho po czterdziestce, który pracuje właściwie zawsze i wszędzie. Pomnażanie majątku swojego lub cudzego to jego chleb powszedni. W zasadzie nie potrafi odpoczywać, choć z odpoczynkiem kojarzą się wszystkie odwiedzane miejsca: od Nicei, przez Wiedeń, po urokliwą Bułgarię (opisaną tutaj w moim odczuciu z największą czułością). Nie umie tkwić w pustce. Takiej relaksacyjnej, dającej przestrzeń na autoanalizę. A jednak są elementy psychologiczne w „Nadkobiecie”, bo to przede wszystkim książka o tym, jak człowiek w szponach mrocznej i trudnej pracy dającej mnóstwo pieniędzy zachowuje się w obliczu zysku i kim może się stać dla zysku właśnie.

Gawłowski w wielu scenach używa hiperbolizacji, jednak nie jest to klasyczna powieść sensacyjna. Nie ma tu właściwie trupów, a osobnik pozbawiony życia w wyniku bezkompromisowej walki interesów nazywany jest „zutylizowanym”. Pośród ludzi, z którymi Adam nawiązuje jedynie biznesowe relacje, pojawiają się kobiety. A przede wszystkim ona, ta tytułowa. Dość szybko można rozszyfrować jej rolę w powieści, gdyż autor napisał pierwszą książkę i jeszcze nie dopracował umiejętności skrywania naczelnej tajemnicy. Nic to. Kusząca, niezwykła, przepełniająca bohatera licznymi emocjami, a przede wszystkim potrafiąca kierować jego zachowaniami femme fatale będzie tutaj osią konstrukcyjną fabuły, jednak nie będzie klasyczną kobietą, która kieruje swego kochanka ku zgubie. Ku niej w pewnym momencie swojego życia kieruje się on sam. A wtedy przychodzi świadomość tego, jak bardzo uwikłał się w niezgodne z zasadami moralnymi i nielegalne w swym charakterze działania.

Mamy tutaj życie w luksusie i luksus jako synonim pustki egzystencjalnej. Mamy człowieka, który przez większość życia budował relacje oparte tylko na realnym zysku. Przyjaciele Adama to ludzie z jego najbliższego zawodowego środowiska. Bliskości szuka pośród kobiet, ale możemy wyraźnie dostrzec, że we wszystkim, co robi, bywa czasem zagubiony, choć zawsze trzyma gardę i nigdy nie pokazuje żadnej słabości. Bezkompromisowo zdobywa coraz więcej pieniędzy, fantazjując o tym, co daje lub odbiera ludziom ich nadmiar lub brak. To cenne w tej książce – pytania o to, w jaki sposób pieniądze wpływają na ludzi. Ile ich naprawdę potrzebujemy, co jesteśmy w stanie dla nich zrobić, jak bardzo mogą nas zgubić i co znaczy: pieniędzy po prostu nie mieć.

„Nadkobieta” to książka, w której bohater stara się znajdować w sytuacjach, w których „można dotknąć rzeczy wielkich”, ale jednocześnie gdzieś podświadomie myśli o tym, jak wyglądałoby jego życie, gdyby ukrył się, oderwał od ciemnych biznesów, znalazł inny model życia, funkcjonowania, przeżywania świata, inny model męskiej wrażliwości. Bo jest klasycznym facetem z krwi i kości, a to, co robi, może wzbudzać irytację choćby samą powtarzalnością. Jednak Adam to postać, którą da się lubić. Jako czytelnik chętnie przebywa się w jego towarzystwie. Jako zwolennik dynamicznej literatury, w której pojawiają się wszystkie klasyczne elementy z lubianego i cenionego przez wielu kina akcji, przeczyta się „Nadkobietę” z przyjemnością lektury z określonego gatunku, a jednocześnie jako książkę o charakterze uniwersalnym. Opowiadającą o świecie, w którym dane jest żyć tylko nielicznym, a to życie naznaczone jest ciągłym niepokojem utraty, choć liczą się przede wszystkim zyski.

To z jednej strony opowieść o tym, że w świecie nie ma moralności, lecz dominują wpływy i układy. Jednak byłoby to banalne, a Adam Gawłowski wcale taki nie jest. Otóż istnieją tutaj pewne etyczne i moralne granice, których przekraczanie niesie ze sobą coś na kształt autodestrukcji. Można odnieść wrażenie, że uległby jej sam bohater, gdyby nagle został z czasem, myślami i miejscem, w którym jest statycznie, nic się nie dzieje, daje ono przestrzeń na bycie tylko ze sobą.

Tylko sobie można ufać – do takiego wniosku powinien dojść Adam, ale nie jestem pewien, czy dochodzi i czy autorowi chodziło o coś takiego. Kwestia zaufania drugiemu człowiekowi wydaje się tu konkretna w modelach biznesowych. Ale za wszystkim stoi czujność. Szczere wydają się tylko relacje damsko-męskie, ale i one (z szowinistycznym tłem, wobec którego niektórzy będą pomstować) pełne są niedomówień i niepewności. Stabilne wydaje się tylko to, co bohater w życiu sobie wypracował. Jednak „Nadkobieta” opowiada, że można zarówno stracić wszystko, ze sobą włącznie, jak i bardzo długo dla rozmaitych celów nie być sobą i odnaleźć się w tym, polubić swoją maskę. Gawłowski w specyficznej konwencji pisze o zwyczajnym poszukiwaniu lepszego siebie. Człowieka, któremu można zaufać. Siebie, na którego odbicie w lustrze można patrzeć z zadowoleniem. To też książka, w której bohaterowie latają do upadłego, więc znakomity smaczek dla takich jak ja, którzy boją się latać samolotami. Dynamiczna i rozrywkowa literatura o tęsknotach za stabilnością i niestabilnością życia, które zaczyna być coraz bardziej przepełnione tęsknotami.

---

Jeśli podobała Ci się ta recenzja, możesz mi postawić kawkę TUTAJ