2018-06-08

„Nasz chłopak” Daniel Magariel


Wydawca: Pauza

Data wydania: 6 czerwca 2018

Liczba stron: 144

Przekład: Dobromiła Jankowska

Oprawa: miękka

Cena det.: 34,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzina jest najboleśniejsza

To jest książka, która zawłaszcza i pochłania. Nie pozwala się od siebie oderwać z dwóch konkretnych powodów – jest bardzo dynamiczna i nie zwalnia tempa, ale też każe opowiedzieć się wobec wszystkiego, czego jesteśmy świadkami, i unieść to jednorazowo, bo nie można się z tym mierzyć etapami. Daniel Magariel nie oszczędza czytelnika. Natychmiast jest on wrzucony w wir dramatycznych wydarzeń. Szybkość obrotu spraw, konflikt, emocje. Bez żadnych wstępów, żadnych literackich prób nakreślenia tła albo kontekstów. Dwaj synowie i prowadzący samochód ojciec. Klasyczna powieść drogi, ale to jednak kameralny dramat rozpisany na cztery role – tych dominujących i uległych, manipulantów i ofiary manipulacji. Najciekawsze jest to, że „Nasz chłopak” nie daje wytchnienia ani możliwości analizowania przyczyn opisywanego zła. Widzimy tylko bezradność, a potem złość narratora. Nastolatka, który odbiera zmieniającą się rzeczywistość w skomplikowanych rejestrach, całkowicie zagubionego w natłoku wydarzeń. Dochodzimy wraz z nim do momentu, w którym chce – jak trafnie to określa – „wydostać się z siebie”. Podobne wrażenie wywołuje ta krótka i nasycona treścią powieść – naprawdę chce się z niej wydostać, ale jej ślad w pamięci to uniemożliwi.

Magariel pisze o wielu rodzajach przemocy. O formach bezradności i o wstydzie dzieci za rodziców. O postępującym od nich oddaleniu. O opresyjnym charakterze rodziny, gdy przemienia się ona w układ walczących ze sobą sił, dorosłych eksploatujących emocjonalnie siebie i swoje dzieci. Pokazuje, w jaki sposób rozpadają się najważniejsze z ludzkich więzi, co sprzyja temu rozpadowi i dlaczego w miejsce miłości i przywiązania pojawia się nienawiść. Amerykański debiutant chce udowodnić tezę, że rodzina jest najważniejsza i jednocześnie najboleśniejsza, opowiadając historię toksycznych zależności, w których dzieje się rzecz najgorsza z możliwych – nikt nie ma ani poczucia bezpieczeństwa, ani też komfortu obcowania z drugą, rzekomo najbliższą osobą. Ojciec jest królem przemocy i chaosu. Wycofana matka unika odpowiedzialności za swoje decyzje i wyda na nią wyrok każdy, kto zauważy, że nie potrafi tego, co matce nakazane przez atawizmy – nie chroni swoich dzieci. Dwaj dorastający synowie wchodzą w sieć zależności, w których muszą wybierać strony, ich rodzice są skonfliktowani po rozwodzie, nieprzypadkowo nazywanym tu wojną. Obaj muszą także przyjąć jakiś wspólny front działań, kiedy orientują się, że nie mogą polegać na jedynych ludziach, w których powinni mieć oparcie. I tu zaczyna się genialnie – bo szybko – rozegrana psychodrama. Daniel Magariel oszczędza słowa, ale używa ich w takich frazach, że mamy wrażenie, iż z opisanego piekła relacji rodzinnych nie ma dla nikogo wyjścia. Dziecięca ufność, potrzeba pewności otaczającego świata oraz wrodzone zaufanie do rodziców – wszystko zostanie zdruzgotane, a wszelkie próby lojalności okażą się początkiem prawdziwych dramatów…

On zabiera synów do innego stanu. Ona zgadza się na to, choć nie wiemy, jakie są motywy jej postępowania. Oni trzej mają zacząć nowe życie. Wyprzeć to, jakie do tej pory wiedli, i rozpocząć coś mającego wyjątkowe znaczenie. Trzech oddanych sobie mężczyzn. Uwolnionych od złych wpływów jednej kobiety. Teraz będą naprawdę razem i znajdą wspólnie szczęście. W nowym świecie każdy z nich będzie mógł stać się nonszalanckim chłopakiem. Takim swojskim. Bezpiecznym…

Tymczasem narratorowi powieści pomaga przetrwać to, że doskonale znosi ból fizyczny. Plastyczne i przerażające opisy bicia synów skrywają jeszcze bardziej mroczne oblicze. Labilny emocjonalnie ojciec ujawni przede wszystkim własną niedojrzałość życiową. Chłopcy będą musieli szybko dorosnąć. Najpierw wziąć odpowiedzialność za ojca, a potem zrozumieć, że nie pozostaje im nic innego jak odpowiedzialność za samych siebie. I lojalność, której granic ani definicji nie są już pewni. Magariel wydobywa ze swoich bohaterów każdą formę niepewności i lęku, które prowadzą do destrukcyjnych działań. Cała ta powieść jest w swym symbolicznym wymiarze autodestrukcyjna. Intryguje przewrotny epilog, ale odnosi się wrażenie, że autor mierzy się z tak plastycznie opisanymi demonami, iż prawdopodobnie musiał poznać ich toksyczny oddech. Bo chciałoby się wierzyć, że „Nasz chłopak” to po prostu inteligentna i przerażająca fantazja. Czymkolwiek jest, manipuluje także percepcją czytelnika. I jego emocjami, tak zbliżonymi do emocji zagubionych dzieci. Ale to i tak nie wszystko. Ta książka opowiada o rozpadzie świata wartości i przeżyć. Kwestionuje wszystko, co bohaterowie uznają za pewne. Wyzwala wszechobecny chaos i sankcjonuje go narastającą przemocą pod kilkoma postaciami. Nie ma katharsis, nie ma ucieczki od skomplikowanych dramatów. Nie ma oddechu i możliwości zrozumienia jakichkolwiek kontekstów. Jest zaproponowany obraz patologicznych relacji, który momentami jest nie od udźwignięcia. A jednak czyta się Magariela z narastającymi emocjami bez ich ujścia. Tkwimy w emocjonalnym klinczu, ale właściwie czego jesteśmy świadkami?

Każda próba uporządkowania sobie zdarzeń, określenia czytelniczych sympatii czy zrozumienia dla różnych form bezradności może zakończyć się fiaskiem. Nie sugeruję, że autor proponuje nam jakąś moralną dwuznaczność czy kwestionuje oczywiste pojęcie dobra i zła. Istotna jest rola dziecięcego obserwatora, który proponuje nam fragmentaryczny ogląd tego, w czym uczestniczymy. To, co się dzieje, jest pokłosiem wypracowanych latami schematów zachowań w toksycznej rodzinie. Magariel proponuje nam dramatyczną puentę naznaczającą skomplikowany charakter wzajemnych zależności w rodzinie, w której istotna jest walka o wpływy i posiadanie. W takiej rodzinie, w której ukształtowała się forma podległości, zdziwienia i którą usankcjonowały formy manipulacji. Takie rodzaje skutecznych szantaży emocjonalnych, jakich jesteśmy świadkami, wypracowuje się przez dłuższy czas. Magariel nie tylko świetnie odczytuje to, do czego prowadzą zaburzone relacje emocjonalne w rodzinie, ale przede wszystkim mistrzowsko portretuje atrofię uczuć. Są już tylko zależności i układy. A w tym mimo wszystko czytelna forma miłości i przywiązania. „Nasz chłopak” spowoduje, że przytuli się najbliższą osobę i zamknie książkę z ulgą. Czy aby na pewno chodzi w niej tylko o uniesienie okrucieństwa, niesprawiedliwości i zła?

2018-06-06

„Życiorysy z pamięci” Krzysztof Malkiewicz


Wydawca: Poligraf

Data wydania: 31 stycznia 2018

Liczba stron: 276

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Zło i dobre życie

Książka wspomnieniowa Krzysztofa Malkiewicza jest jakby przełamana na pół, obrazując dwa oblicza świata, ludzkiej egzystencji, międzyludzkich relacji i oczekiwań. Autor portretuje siebie przez pryzmat najważniejszych dla niego przeżyć, wychodząc od pierwszych wojennych wspomnień, a zamykając zbiór opowieścią o powrocie do ukochanego Krakowa. Tak, to w pewnym stopniu książka o trudnej, lecz silnej miłości do kraju, który wydał wyrok śmierci na jego wuja, napiętnował matkę, nie chciał powrotu ojca i wydobywał się z trudnego jarzma stalinowskiej opresji, by po latach stać się państwem, dokąd powrót był konieczny. Bo rodzinna kamienica, rodzinne miasto, szereg wspomnień i sentymentów. „Życiorysy z pamięci” to opowieść o długim, pasjonującym życiu człowieka, który zawsze zachowywał kręgosłup moralny, wciąż na nowo ciekawy okoliczności, w jakich się znajdował, wciąż czujny, empatyczny, skłonny do przyjaźni i opowiadający o sile przywiązania do rodziny. Czyta się to z niesłabnącym poczuciem, że człowiek doświadczający różnego rodzaju zła w dzieciństwie i młodości musi ten mroczny bagaż przekuć w coś innego niż pozostające zawsze w cieniu tęsknota, żal, smutek i rozgoryczenie. Ta książka będzie bowiem opowiadać o dobrym życiu pośród złych ludzi i o tym, że można umieć każdy rodzaj zła pokonać. Bardzo sugestywna, pełna empatii i przyciągająca uwagę. To dowód na to, że warto swoje życie podsumować. Jakkolwiek trudne to może być.

Poruszający dwugłos matki i syna, który obrazuje lata dorastania Malkiewicza, jest intymną opowieścią o okrucieństwie, heroizmie i honorze. Matka artysty, uwięziona w 1947 roku, spędziła osiem lat w polskich więzieniach, doświadczając upokorzeń, którym stara się po latach nadać znaczenie. Mokotów, Fordon, Inowrocław. Mroczne przystanki na drodze stygmatyzowanej przez system kobiety, której nieobecność była odczuwana bardzo wyraźnie przez nastoletniego syna mogącego ujrzeć matkę dopiero trzy lata po jej uwięzieniu. Nagrane wyznania zapisane w logicznym porządku portretują nielogiczność, szaleństwo i absurd systemu więziennego, w którym matka autora doświadczyła konfrontacji z istotą ludzkiego zła. To nie tylko obraz tego, co Polacy Polakom byli skłonni robić po wojnie. To przede wszystkim świadectwo ogromnej dojrzałości emocjonalnej, pewnego rodzaju hardości i umiejętności przetrwania w nieludzkich warunkach, w których zachowanie godności stawało się priorytetem. Poznajemy ze szczegółami więzienną codzienność matki i czas, w którym jej osamotniony syn kształtował swój charakter. Oddalenie po latach nabiera symbolicznego znaczenia. Oboje mogą odnieść się do przeszłości, zdefiniować jej charakter, zaznaczyć ślady nieobecności drugiego i opowiedzieć o życiu w cieniu politycznego terroru.

Ta wzruszająca opowieść rozpisana na dwa głosy obrazuje życie, które musiało się toczyć dwutorowo, oraz ludzi konsekwentnie wiernych zasadom, rozdzielonych przez osiem lat i zmagających się z różnymi obliczami powojennej Polski. Intymna relacja matki i syna to także próba ujrzenia konieczności warunkującej przetrwanie. Inne priorytety, te same cele. Nie dać się złamać, pozostać sobie wiernym. Matka wspomina czas uwięzienia w taki sposób, by latom bezsensu i cierpienia nadać jednak znaczenie, bo przecież czas rozłąki z synem i czas jej prywatnej walki o zachowanie godności łączą się po latach w jedno. W historię cierpienia, ale i umiejętności zachowania taktu wobec brutalności życia. Matka i syn – podwójny sposób kwestionowania okrucieństwa dziejów. Te opowieści są bardzo sugestywne, mocno zapadają w pamięć. Na szczęście ta dwójka mogła się odnaleźć w innym, lepszym świecie.

Druga część „Życiorysów z pamięci” to opowieść o możliwościach, jakie dawało nowe życie. Malkiewicz wspomina swoją drogę twórczą, studia filmowe i wyjazdy zagraniczne, a także blisko pół wieku pobytu w Kalifornii. To historie w zupełnie innej tonacji niż wspomnienia z powojennej Polski. Świat filmu pozwolił autorowi na określenie własnego warsztatu twórczego, nazwanie życiowych perspektyw. Dał szansę na ustalenie wartości, oczekiwań, zdefiniowanie właściwego dla siebie stylu życia. Krzysztof Malkiewicz wspomina wielu znanych ludzi, którzy stanęli na jego drodze, i opowiada o dekadach drastycznych amerykańskich przemian naznaczonych wieloma smutnymi wydarzeniami, które wstrząsnęły nie tylko Ameryką. Ale to nie jest już opowieść o odcieniach smutku. To historia niebywałego otwarcia na nowy świat uporządkowany wedle innych zasad, dający możliwość określenia sensownych priorytetów. Opowieść zmierza ku wypunktowaniu, w jaki sposób Malkiewicz chłonął ten świat, jak uczył się w nim szacunku do siebie i do innych. Opresyjny i mroczny charakter pierwszej części publikacji przeradza się w dynamiczną narrację o zdobywaniu i osiąganiu celów. „Życiorysy z pamięci” są zatem książką obrazującą przełom, lecz także opowiadającą o dwóch rodzajach ludzkich relacji. Te pierwsze, naznaczone niepewnością i niepokojem, przeradzają się w bliskość ludzi, których intencji można być pewnym. Tak skonstruowana opowieść jest historią zła oraz dobra, pewnego porządku. Napisana bardzo sugestywnie – zwracająca też uwagę na detale, jak smak gorącego kapuśniaku na początku wojny, dźwięki zakazanego jazzu czy emocjonalna siła portretowanej matki, która w nieludzkich warunkach była w stanie pochłaniać prozę Balzaka.

To też książka o tym, jak człowieka paraliżują różnego rodzaju lęki i w jaki sposób wychodzi się im naprzeciw. Wspomnienia Krzysztofa Malkiewicza pokazują ważne etapy jego życia bez zaznaczania, który z nich był szczególnie przełomowy. Tym niemniej dostrzeżemy, że oboje – matka i syn – w różnych przestrzeniach oraz w różnym czasie wydobywają się z tego, co ich ogranicza, by skosztować życia naprawdę, wyjść mu naprzeciw i zaprzeczyć tezie o tym, że źli ludzie na zawsze pozostawiają w duszy i sercu swój ślad. Mimo całego dramatycznego ładunku jest to opowieść niezwykle budująca i inspirująca. Sportretowana bliska relacja daje okazję do przyjrzenia się temu, w jaki sposób i na jakich zasadach dorastający syn zdobywał sympatię innych ludzi. Wszystko napisane z pamięci – bez ścisłej chronologii, bez detali zbędnych, gdy chodzi o opis krajobrazu emocji i przeżyć. A jednak zaznaczone zostaje wszystko, co najważniejsze: przywiązanie, bunt, piekielna niepewność losu bliskiej osoby, ale także siła, dzięki której z mrocznych doświadczeń można stworzyć coś dobrego, konstruktywnego. Piękna książka o wydobywaniu się z otchłani mrocznych wspomnień. O budowaniu życia świadomego i szczęśliwego. Na przekór wszystkiemu, co złe. Inspirująca lektura.

2018-06-04

„Skrzynecki. Demiurg i wizjoner” Monika Wąs


Wydawca: Mando/WAM

Data wydania: 6 czerwca 2018

Liczba stron: 320

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Pośród ludzi

Na kartach tej książki pojawiają się wątpliwości, które wyraża Jan Kanty Pawluśkiewicz. Kompozytor mówi o pewnej bezradności pojawiającej się wówczas, gdy chce się opisać życie Piotra Skrzyneckiego oraz istotę jego relacji z ludźmi. Monika Wąs zdaje się podejmować wyzwanie, stając w opozycji do tej tezy. Jej książka będzie wnikliwą analizą przede wszystkim dorosłego życia Skrzyneckiego i będzie się starała wyjść naprzeciw bezradności, gdy chciałoby się określić jakoś bardziej zasadniczo to, jak twórca Piwnicy pod Baranami żył, funkcjonował na co dzień, mierzył się z rzeczywistością i zjednywał sobie ludzi. Autorka spotkała się z podmiotem swojej publikacji jako licealistka uczestnicząca w zajęciach teatru szkolnego zainicjowanych i koordynowanych przez Piotra Skrzyneckiego. Latami przyglądała mu się z charakterystycznej perspektywy, a po jego śmierci dojrzewała do decyzji, by napisać pełną i rzetelną biografię. „Skrzynecki. Demiurg i wizjoner” to książka wchodząca w dialog z „Piotrem” Joanny Olczak-Ronikier – nie tylko dosłowny, gdy publikacja jest cytowana przez Wąs. Chodzi przede wszystkim o poszerzenie tego, o czym w „Piotrze” mogliśmy przeczytać. Otrzymujemy opowieść o świadomej drodze twórczej, twórczych poszukiwaniach, specyficznej empatii i wrażliwości, ale przede wszystkim historię człowieka, któremu rodzinę zastąpiły przyjaźnie, a wyjątkowa charyzma spowodowała, że otaczał się różnymi ludźmi, z którymi chciał i Kraków, i cały świat uczynić radośniejszymi.

Autorka wykazuje się wyjątkowymi taktem i empatią, nie tracąc jednocześnie reporterskiej czujności. Zarówno trudny okres dzieciństwa, jak i czas choroby Piotra Skrzyneckiego zaprezentowane są tutaj w półcieniach i celowych niedomówieniach. Monika Wąs stara się przyjąć perspektywę badawczą zgodną ze światopoglądem opisywanego człowieka. Nie podejmuje tematów mrocznych, bolesnych, trudnych. Nie opowiada o tym, o czym sam Skrzynecki nie opowiadał. Sugeruje, że prawdę o nim odkryjemy w tym, co zapamiętane, zasłyszane, widziane, zanotowane i pozostające w pamięci na zawsze, albowiem Piotr Skrzynecki to żywa legenda i mimo ponad dwudziestu lat mijających od jego śmierci wciąż jest to człowiek poruszający wyobraźnię, inspirujący, zaskakująco tajemniczy i wyjątkowo oryginalny w tym, jaką filozofię życia wyznawał w czasach systemowego reżimu, przewidywalności, szarości i smutku.

Konstrukcyjnie książka składa się z dziesięciu rozdziałów będących autorskimi rozwinięciami słów Piotra Skrzyneckiego wydobytymi z różnych kontekstów, ale ogniskujących się wokół czytelnej kwestii otwierającej kolejny rozdział. Monika Wąs przeanalizuje przede wszystkim drogę, jaką przeszedł Skrzynecki od życia wagabundy nieznanego nikomu w Krakowie do czasu, w którym miasto ofiarowało mu pewien honorowy tytuł. Opowie o kilku okresach życia twórcy, ale skupi się na tych najbardziej intensywnie przez niego przeżywanych – siłą rzeczy rozważania skoncentrują się wokół Piwnicy pod Baranami, ale także wokół różnorodnych i bardzo silnych relacji z innymi ludźmi. Relacji, dzięki którym znajomi i przyjaciele Skrzyneckiego rozumieli zagadkę jego bachtinowskiego śmiechu, przejęli część jego niepoprawnego optymizmu; uczynili życie swoje oraz swojego miasta lepszym, bardziej radosnym, przesyconym energią wydobytą z intensywnych spotkań. Każda bowiem forma kontaktu ze Skrzyneckim była intensywna i niosła coś ze sobą.

„Życie to trzeba umieć sobie wyreżyserować” – to cytat z Pana Piotra, jak nazywa go autorka i jak nazywano go w Krakowie. Monika Wąs przywołuje bliskich i znajomych Skrzyneckiego, by opowiedzieli o tym, na ile jego codzienna egzystencja była teatrem jednego aktora, a ile w tej rubaszności, otwartości i serdeczności było skrywanego smutku, pewnej formy wyobcowania. Magia jego konferansjerki oraz działań twórczych wyzwalających w ludziach, z którymi współpracował, chęć i potrzebę zmiany życia, skonfrontowana jest z pewnym monolitem, jaki Piotr Skrzynecki prezentował. Zmieniał ludzi i rzeczywistość wokół, ale sam zdawał się ukształtowany, konkretny, zawsze pewny siebie i czasami w tej pewności niebywale konsekwentny w działaniu. Im więcej dowiadujemy się o tym, jaki był, z kim się trzymał, co komu radził i jak unikał sytuacji konfliktowych oraz dramatycznych, tym mniej możemy się domyślać jego osobistych przeżyć. Żył pośród ludzi i w mieście, które zawsze ogniskowało w sobie serdeczność, awangardowość, antysystemowość i specyficzną demokrację. Pan Piotr w swych relacjach, osądach innych i poradach dawanych znajomym zawsze był liberalny, tolerancyjny i właśnie demokratyczny. Tak jak jego Piwnica pod Baranami, która wymagała, ale jednocześnie stała otworem przed każdym, kto chciał podjąć wysiłek osobistej aktywności twórczej.

Skrzynecki na kartach tej książki to człowiek o niezwykle rozwiniętych umiejętnościach prospołecznych, który będąc doskonałym słuchaczem, tak naprawdę zawsze chronił swą prywatność i niekoniecznie zwierzał się z tego, co naprawdę myśli. Jednocześnie prawdziwy erudyta, wielbiciel Prousta i Montaigne’a, wycofany w głąb lektur i własnych przemyśleń, nie zawsze tak ekstrawertyczny, za jakiego uchodził. Podoba mi się to, że Wąs przytacza różne, czasami sprzeczne opinie o tym, jak Piotr Skrzynecki został zapamiętany w różnych sytuacjach życiowych. Wchodził w naprawdę intensywne związki emocjonalne z ludźmi, którzy go otaczali. Jednocześnie na największą bliskość z nim zasłużyli nieliczni. Monika Wąs sugeruje, że warto zadać sobie pytanie o to, co z materią życia robił twórca – kreował ją czy też mistyfikował. Bezapelacyjnie był duszą towarzystwa. Prawdziwą duszą, nie kompanem od kieliszka czy piwnicznych przyśpiewek. Widać pewną uważność w obserwacji innych ludzi. Teraz to oni muszą się tą uważnością wykazać, przypominając Pana Piotra w wielu jego codziennych odsłonach.

Podoba mi się też zdystansowane portretowanie Skrzyneckiego w relacjach z ludźmi, bo to one go definiowały i one opowiadały o tym, kim był naprawdę. Monika Wąs nie stawia daleko idących tez, nie decyduje się na prywatne śledztwo, nie chce analizować i podsuwać czytelnikom swoich sugestii. Ta biografia odwołuje się do innych ludzi, bo to oni w interakcjach z Piotrem Skrzyneckim uczynili go takim, jakim był dla Krakowa. „Skrzynecki. Demiurg i wizjoner” opowiada o mocy różnego rodzaju tworzenia i kreatywnej wizyjności w czasach ograniczonych do ram określanych przez władzę, uwarunkowania społeczne i te lokalne, typowo krakowskie. To nie tylko pasjonująca opowieść o człowieku, który nie umiał żyć bez innych ludzi, lecz także ciekawa historia o Piwnicy pod Baranami nabierającej kształtu, wartości i celu w służbie człowieka uznającego, że w życiu miał szczęście do przyjaciół, poezji i alkoholu. A te trzy składowe gotowe były stworzyć nie tylko niepowtarzalny charakter miejsca, ale także jego filozofię przywiązywania do siebie. Monika Wąs śledzi poczynania Piotra Skrzyneckiego, by odpowiedzieć na pytanie o to, kim był sam dla siebie i co wspaniałego chciał podarować Krakowowi. Czym go zarazić, a co zwyczajnie zeń wykrzesać. Tak jak z ludzi, którzy dzięki niemu byli uwodzeni. A potem zmieniani. Tak by uśmiechać się do siebie. Bo to książka o uśmiechniętym człowieku stawiającym na witalizm. Dynamicznie napisana narracja o kimś, kto przez całe dorosłe życie starał się wyrwać z każdego dnia to, co najlepsze. Potrafił zamknąć Lenina w klatce, tworzyć sztukę w nowohuckim błocie i kochać każdą intensywną noc życia. Wyjątkowa opowieść o wyjątkowej osobowości. Warta poznania.

2018-06-01

„Kopia doskonała” Małgorzata Rogala


Wydawca: Czwarta Strona

Data wydania: 23 maja 2018

Liczba stron: 352

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,90 zł

Tytuł recenzji: Francuskie tajemnice

Ta książka to bardzo dobry dowód na to, że doświadczona pisarka poszukuje nowych form wyrazu, nie zawęża horyzontów, lekko i bezproblemowo przechodzi z mrocznej tonacji poprzednich książek do całkiem zgrabnej obyczajówki z elementami sensacyjnymi. Tak, „Kopia doskonała” to już nie jest kryminał z rodzaju tych, do których Małgorzata Rogala przyzwyczaiła nas w swym nietypowym, bo aż pięcioczęściowym cyklu o perypetiach stołecznych policjantów. Nowa powieść to przede wszystkim historia o skradzionym dziele sztuki. To motyw bardzo popularnym w kryminalnej literaturze środka, o czym świadczy fakt, że „"Ogrodnik” Agnieszki Płoszaj, wydany tuż przed „Kopią doskonałą”, również podejmuje ten temat. Rogala wykorzysta historię zaginionego obrazu do tego, aby zaprezentować nam nową bohaterkę. Kobietę straumatyzowaną w przeszłości, bezskutecznie walczącą z ciężarem wspomnień, wewnętrznymi demonami i lękami uniemożliwiającymi jej normalne funkcjonowanie. W toku zdarzeń zrozumie ona, że trud konfrontacji z samą sobą jest nieunikniony, a podjęcie wysiłku spowoduje, że rytm, tor i sens życia nabiorą innych znaczeń. Dlatego czyta się to uważnie i kibicuje Celinie, bo kto z nas nie ma jakichś prywatnych obaw przed czymś, co – racjonalnie rzecz biorąc – niczym nie grozi? Lecz „Kopia doskonała” to także ciekawa i przewrotna historia o skomplikowanych relacjach rodzinnych, o niepokojącej przyjaźni, tajemniczym amancie, ale przede wszystkim autotematyczna wesoła fantazja o istocie pisania powieści kryminalnej. Jedną z bohaterek będzie bowiem… pisarka tworząca właśnie nową książkę i bazująca na doświadczeniach głównej bohaterki.

Intryga nie jest jakoś szczególnie skomplikowana i przyznam, że momentami miałem wrażenie, iż Rogala – pewna swoich umiejętności pisarskich – idzie w stronę nadmiernych uproszczeń. Komuś zaskakująco łatwo udaje się uciec od oprawcy i go zwodzić. Ktoś inny bezproblemowo śledzi i podsłuchuje drugą osobę. Część wydarzeń ma oczywisty finał, a niektóre sylwetki bohaterów nie zostały pogłębione. To jednak mankamenty, które nie przeszkadzają w dobrej zabawie, bo choć w „Kopii doskonałej” pojawi się trup, i to nawet niejeden, to konwencja powieści jest na tyle niezobowiązująca, że skłania do przyjemnej rozrywki, eksponując dodatkowo urokliwe zakątki środkowo-wschodniej Francji portretowane z wyjątkową sugestywnością i czarem.

Celina Stefańska pracuje w sklepie jako detektyw. Jej zadaniem jest obserwacja klientów i półek sklepowych. Przewidywalna codzienność daje jej namiastkę poczucia bezpieczeństwa po tym, jak przed dwoma laty wszelkie stabilne fundamenty jej życia runęły. Tymczasem niecodzienny zbieg okoliczności powoduje, że po pierwsze – traci pracę, a po drugie – staje wobec zaskakująco trudnych życiowych wyzwań. Te związane są już z drugą formą zatrudnienia, albowiem bohaterka otwiera własną agencję detektywistyczną. I otrzymuje zlecenie wymagające od niej zmierzenia się z tym, co ją dręczy i komplikuje jej życie. Celina podejmuje się odnalezienia we Francji zaginionej kopistki, której babcia otrzymuje zaszyfrowaną wiadomość i wie, że trzeba działać. Trzeba ruszyć do miejsca, którego malowniczość i bajkowość będzie kontrastowała z kilkoma dramatami. Rogala zgrabnie wykorzysta motyw ściganej i ścigającego, dodatkowo komplikując fabułę, bo okazuje się, że poszukująca zaginionej Dominiki Celina ściąga uwagę mężczyzny, który od pewnego momentu nie odstępuje jej na krok.

Podoba mi się pozytywna tonacja tej książki, jej bezpretensjonalność i świeżość. Widać z jednej strony, w jaki sposób Małgorzata Rogala stworzyła swój warsztat – rozpoznawalne są fraza, łączenie wydarzeń w logiczną całość, niepozostawianie czytelnika z zagubieniem co do motywacji oraz pejzażu emocjonalnego bohaterów. Z drugiej strony – to świadectwo poszukiwania i odnalezienia się w odmiennym sposobie opowiadania o świecie naznaczonym przecież kryminalną intrygą, ale skoncentrowanym na czymś zupełnie innym. Celina ma świadomość tego, jak bardzo zamknęła się w sobie. Jej tendencja ucieczkowa wobec problemów sprzed lat powoduje, że trudno jej wyznaczyć nowe priorytety, uznać jakieś istotne wartości za najważniejsze. Tkwi w takim przedpokoju istnienia, sama nie będąc pewna tego, co dalej, i z zaburzonym poczuciem własnej wartości. Odkryje na nowo siebie, otworzą się przed nią nowe możliwości. Rogala opowiada o kobiecej samoświadomości z czułością wobec detali i dużą wrażliwością. Stąd też pewność, że jej nowa bohaterka – o ile stanie się bohaterką kolejnego cyklu powieści – zdecydowanie przekona do siebie, bo to przecież taka czuła dziewczyna, która dzięki wsparciu najbliższych zacznie cieszyć się życiem. Schematyczne i oczywiste, ale jakże przemawiające do wyobraźni. Tym bardziej że „Kopia doskonała” została napisana w taki sposób, iż zręcznie otwierają się furtki do tego, by kontynuować opowieść o Celinie, nie wszystko przecież zostało opowiedziane.

To, co jeszcze zwraca uwagę, to wypracowana już przez Małgorzatę Rogalę umiejętność zaskakiwania czytelnika. Kiedy czujność jest uśpiona i ma się wrażenie, że zmierzamy już w kierunku uporządkowanego zakończenia, coś okazuje się mieć inne znaczenie, burzy harmonię, rozbija tę pewność finału powieści – w rezultacie daje frajdę czytelniczą, bo okazuje się, że nie wiemy wszystkiego, co dzieje się w trakcie drobiazgowo opisywanych wydarzeń. Przede wszystkim we Francji – topografia wskazanego rejonu tego kraju jest tu niemym bohaterem tej historii. Chce się poznać turystycznie trasę, jaką poruszają się Celina i Dominika, jest to niewątpliwie powieść wyrażająca pewne umiłowanie autorkę rejonu, z którym jest związana emocjonalnie.

Podoba mi się także zbudowanie właściwej dysproporcji między emocjami złymi, destrukcyjnymi, ciągnącymi w dół a tymi, dzięki którym pojawia się wyzwolenie, umiejętność ujrzenia życia w innym świetle. „Kopia doskonała” jest przez to ciekawą powieścią o sferze emocji, z których wydobywają się konkretne działania. Nie tylko Celina będzie musiała opowiedzieć się po czyjejś stronie, wykonać jakieś ryzykowne ruchy, zmienić sposób patrzenia na drugiego człowieka czy odważyć się zrobić coś po raz pierwszy. Pojawia się też ciekawy wątek romansowy, który usatysfakcjonuje czytelniczki spragnione opowieści o tajemniczym adoratorze, konsekwentnym w działaniu i rycerskim wobec adorowanej kobiety. Podsumowując, mamy do czynienia z interesującą nową formą wyrazu siebie pisarki, która udowadnia, że wcale nie wiemy o niej wszystkiego. Ani o jej fantazjach, ani o pomysłach na kolejne narracje.


PATRONAT MEDIALNY

2018-05-30

„Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci” Linda Polman


Wydawca: Czarne

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 208

Przekład: Małgorzata Diederen-Woźniak

Oprawa: twarda

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Należący do państwa

Ta książka to lektura obowiązkowa dla wszystkich, których przejął film Tima Robbinsa „Dead Man Walking”. Linda Polman w swych rozważaniach o amerykańskim wymiarze sprawiedliwości uznającym i wykonującym karę śmierci będzie jednak odnosić się do szerokich kontekstów – dużo szerszych niż te, których można się spodziewać, rozpoczynając czytanie tego wstrząsającego reportażu. W „Laleczkach skazańców” wszystko koncentruje się wokół perspektywy. Holenderska reporterka przygląda się machinie urzędniczej, sądowej oraz więziennej, na końcu której stoi zgon człowieka skazanego na pozbawienie życia. To spojrzenie zaskoczonej i oburzonej Europejki, dla której kara śmierci jest jednym z niewyobrażalnych współczesnych barbarzyństw. Poza tym to także opowieść o empatii – tej wydobywającej się z samej Polman, która odbywa kilka wycieczek do Teksasu, ale także tej, o której nie mówi się często, bo jest światopoglądowo niewygodna. Chodzi o całe spektrum odczuć więźnia uznanego przez państwo za jego własność. Polman nie stara się udowodnić, że mężczyźni w celach śmierci to ludzie bez skazy, choć zdarza się niejednokrotnie, że w amerykańskich więzieniach na uśmiercenie czekają także niewinni. Autorka usiłuje przyjrzeć się bliżej temu, co i na jakich warunkach w społeczeństwie amerykańskim sankcjonuje proces odbierania życia więźniom. Dlaczego tylko jedna trzecia stanów poszła w kierunku standardów wyznaczanych przez Europę? Skąd przywiązanie do kary śmierci i jej specyficzna adoracja? Czym ona sama jest w wymiarze egzystencjalnym?

Tytuł nawiązuje tylko do jednego z opisywanych problemów. Linda Polman przygląda się relacjom kobiet z więźniami, których postanowiły one poślubić. Intrygujące są motywy postępowania. Bohaterki reportażu bardzo często wiodą udane i dostatnie życie w Europie, by w pewnym jego momencie decydować się na emocjonalny związek z mężczyznami oczekującymi na wyrok za oceanem. Na jednej z cytowanych przez autorkę stron internetowych znajduje się taki wpis: „Byłam w związkach z wieloma draniami niewięźniami. (…) Mój obecny mąż siedzi w celi śmierci, ale traktuje mnie jak księżniczkę”. Czy chodzi tylko o wyjątkowość tego, co w przesyłanych zza oceanu listach piszą mężczyźni w pełni świadomi tego, że ich małżeństwo nigdy nie wyjdzie poza dokument prawny? Czy jest to pewna magnetyczna siła przyciągania, jakaś niezdrowa fascynacja? A może działanie dające skazanemu możliwość poczucia się wreszcie podmiotowo?

Bo amerykański więzień oczekujący na stracenie jest jedynie numerem ewidencyjnym. Mieszkańcem betonowej celi, w której spędza niejednokrotnie kilkanaście lat życia. Kimś, kto – jak korespondent jednej z bohaterek – określa siebie mianem „pogrzebanego za życia”. Ma być w pełni świadomy tego, za po ponosi karę, dlatego nie zabija się więźniów z zaburzeniami percepcji i zdolności rozumowania. Taki więzień ma umrzeć tylko na zasadach ustanowionych przez państwo. Jeśli pojawia się ryzyko utraty życia w wyniku choroby, reaguje się natychmiast i skutecznie. W USA skazany nie może umrzeć z powodu zawału albo innego powikłania. Ma umrzeć na warunkach ustalonych przez państwo. Twardych warunkach wytyczających także okrucieństwo codzienności wyczekiwania na śmierć – w izolacji i podporządkowaniu trybowi machiny więziennej.

Polman kreśli dość ponury obraz systemu, w którym skazaniec podlega ściśle określonym, rozłożonym w czasie procedurom. Nie jest łatwo umrzeć, gdy na sali sądowej słyszy się wyrok skazujący. Nie jest też łatwo żyć ze świadomością, że ten wyrok nie zostanie szybko wykonany. Książka portretuje mroczne odcienie niepewności i oczekiwania, ale także przejmujące losy tych, którzy zostają skazani na śmierć, bo nie mieli możliwości, by się temu przeciwstawić. Adwokaci z urzędu to spektakularni dyletanci na salach sądowych. Koszmarne są zbiegi okoliczności, które powodują, że od drobnej kradzieży do śmiertelnego zastrzyku droga staje się długa, ale jak najbardziej realna, naznaczona tym okrutnym końcem. Linda Polman zwraca uwagę na to, gdzie w amerykańskim systemie sądowniczym i karnym ukryte są niebezpieczne absurdy i w jaki sposób Amerykanie starają się zatuszować, że zasadność kary śmierci w wielu przypadkach może być wątpliwa.

Tymczasem Teksas, który odwiedza autorka, to stan wyjątkowo kochający ten najokrutniejszy rodzaj kary. Przyglądamy się temu, jak wygląda życie w jego cieniu, nie tylko odwiedzając miejsca związane z więziennictwem. Komu i czemu ma służyć uśmiercanie ludzi? Okazuje się, że w Houston, które tak chętnie skazuje na śmierć, przemoc ma jedno z najbardziej okrutnych oblicz. Nie ma więc lęku przed tym, co może być orzeczone na sali sądowej? Kara śmierci urasta do rangi swego rodzaju mentalnego fetyszu. Adorowana w miejscach, gdzie ludzie cytują Biblię i zaciskają pięści w gniewie do bliźniego. Sankcjonowana w opresyjnym społeczeństwie, które doznaje różnego rodzaju traum i w żaden sposób nie chce pozwolić na ograniczony dostęp do broni. To obraz Ameryki z jednej strony kategorycznej i stanowczej, z drugiej jednak – będącej miejscem różnego rodzaju zagubienia oraz frustracji. To one dominują w więźniach, których historie portretuje Polman. Najciekawsza część „Laleczek skazańców” opowiada o relacjach między skazanymi i ich bliskimi żyjącymi poza murami więzienia. O obustronnych dramatach i nierzadko skrywanych – dla dobra tego drugiego – emocjach.

Czego mi tu brakuje? Przede wszystkim rozmów z więźniami, którym nie udało się zabłyszczeć w mediach i zwrócić uwagi opinii publicznej na swój dramat wyczekiwania na śmierć. Polman spotyka się tylko z tymi, których biografie i losy są powszechnie znane. Druga sprawa to brak uważniejszego prześledzenia relacji wspomnianych kobiet z mężczyznami, których poślubiają, choć wiedzą, że to tylko ślub wsparcia, nie normalnej relacji. Linda Polman sięga do listów tylko jednej z rozmówczyń. Być może inne rodzaje korespondencji bardziej rozbudowałyby kwestię, która jest jedną z najciekawszych w tym reportażu. Mimo to „Laleczki skazańców” to świetna rzecz opowiadająca o różnego rodzaju krzywdach, które potrafimy sobie wzajemnie wyrządzać, i o śmierci, która w pewnym momencie może stać się wybawieniem, nie karą. Mocna i poruszająca wyobraźnię książka.

2018-05-28

„Ogrodnik” Agnieszka Płoszaj


Wydawca: W.A.B.

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 576

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 36,99 zł

Tytuł recenzji: W imię miłości

Czasami lubię poeksperymentować i zaglądam do książki będącej kontynuacją – z dużą ciekawością tego, czy będę w stanie się w niej odnaleźć, bo pisanie powieści cyklicznych to też duża sztuka, jeśli autor nie chce hermetycznie zamknąć grona odbiorców tylko do grupy ludzi, którzy znają pierwszą część cyklu. „Ogrodnik” był zatem wyzwaniem. Agnieszka Płoszaj nie ułatwia kontaktu z nowymi dla mnie bohaterami, ale tak wprowadza w świat ich doświadczeń, że przy uważnej lekturze można się odnaleźć w tej opowieści. Historii wielowątkowej i naprawdę wymagającej uwagi. Płoszaj buduje symultanicznie dwie pasjonujące historie o miłości, a raczej o tym, do jakich działań może ta miłość prowadzić, jakie pokłady determinacji wydobyć z człowieka i jak zaskakująco kształtować motywy działania tych, którzy dla kochanej osoby są gotowi zrobić wszystko. Jedna z tych historii będzie sentymentalna, lecz niepozbawiona elementów dramatycznych. Druga osadzi się w intrydze kryminalnej, która skradnie tę powieść i odbierze pierwszeństwo śledztwu zaznaczanemu początkowo przez znalezionego trupa młodej dziewczyny, która umyta i pozbawiona elementów piercingu leży w parku na płatkach róż. „Ogrodnik” jest także historią o lojalności, konsekwencji w działaniu, o zamiłowaniu do dzieł sztuki i o bezkompromisowości podłego świata, w którym zagubione są przede wszystkim nastoletnie dziewczyny. Zaskakuje świeżością i dynamiką. Sprawnie operuje językiem potocznym bohaterów, pokazując jego rolę i znaczenie w budowaniu akcji. Jest to kryminał dla koneserów, ale także zgrabnie skonstruowana powieść obyczajowa. O tym, z jakimi brakami i deficytami emocjonalnymi mierzymy się na co dzień, i o konsekwencjach ich niezaspokojenia.

Postacią numer jeden jest Julia Bronicka. Myślę, że ciekawie sportretowana w pierwszej części cyklu, tutaj staje się absolutnym spiritus movens. Julia prowadzi ze swoją wspólniczką kawiarnię, jest w związku z prowadzącym śledztwo policjantem, musi zmagać się z lokalnym gangsterem i zmuszona zostaje do wzięcia udziału w zdarzeniach ogniskujących w sobie chęć zysku połączoną z adoracją piękna pewnego ważnego obrazu. Płoszaj portretuje bohaterkę jako kobietę asertywną, dzielną, niepoddającą się i wyjątkowo inteligentną. Za każdym razem przekonująca i sugestywna – zarówno wówczas, gdy dzielnie walczy z przeciwnościami losu, jak i w momentach zwątpienia, kiedy cała jej siła zdaje się znikać, a Julia nie chce nikomu pokazać, że towarzyszą jej lęk i zagubienie oraz łzy, które stara się ukryć. Julia Bronicka będzie też łącznikiem między dwiema rysowanymi historiami – zupełnie przypadkiem będzie mieć swój udział w wyjaśnieniu zagadki zamordowanej dziewczyny i koncertowo poprowadzi nas przez szereg dramatycznych wydarzeń odciągających na chwilę uwagę śledczych od sprawy denatki, a bezpośrednio związanych z łódzkim światem przestępczym, którego egzemplifikacją jest cyniczny Witold Dales szantażujący Julię.

To także ukochana Tomasza Mielczarka, któremu towarzyszy ogromny dylemat. Jako policjant winien wypełniać obowiązki służbowe. Jako partner Julii wkracza na niebezpieczny teren, w którym to, co dozwolone, łączy się z działaniami, jakich nie powinien podejmować jako śledczy. Tomasz z trudem odnajduje się między światem przestępczym a obowiązkami służbowymi, jednak uczucie do Julii przeważa – będzie zmuszony pomóc jej środkami, jakich nie powinien stosować. Mielczarek funkcjonuje tu zatem jako kochanek, któremu kierunek działań narzuca uczucie, ale także uważny policjant konsekwentnie rozszyfrowujący zagadkę śmierci dziewczyny, z którą powiązani są między innymi prezes banku czy lekarz wykonujący nielegalne zabiegi przerywania ciąży.

Tak, profesor Madecki odgrywa w wydarzeniach dużą rolę. Odnajdziemy zaskakująco dużo punktów wspólnych w tym, co myślą i jak działają Madecki oraz Mielczarek, choć przecież są dla siebie antagonistami i każdy z nich ma inne priorytety. Agnieszka Płoszaj bez dydaktycznego tonu wiąże losy tych dwóch mężczyzn, opowiadając o tym, jak oblicze miłości może zmienić działania oraz system wartości człowieka. Okaże się, że zgon nastolatki będzie powiązany z pewną historią sprzed lat rozgrywającą się w Uzbekistanie. Czas i odległość nie będą tu przeszkodą, bo odnajdziemy wiele powiązań między tym, co wspominane, a tym, co dzieje się właśnie teraz w Łodzi. Mężczyźni walczący o kochające ich kobiety – motyw nieco archaiczny, ale nie w ujęciu, jakie proponuje nam Płoszaj.

„Ogrodnik” to też książka podejmująca trudny temat odpowiedzialności kobiet za siebie w krytycznych momentach ich życia, co obrazują skomplikowane historie bohaterek decydujących się na przerwanie ciąży. Ta powieść to mroczne memento mówiące o uprzedmiotowieniu kobiet – w kontekście seksualności i dramatycznych wyborów będących pokłosiem przypadkowych kontaktów seksualnych. Celowo rozpięty został pomost między Łodzią a Samarkandą, czasami współczesnymi a drugą połową ubiegłego stulecia. Płoszaj sygnalizuje i alarmuje. To, za co czeka kobietę ostracyzm, bywa czasem decyzją okupioną niewyobrażalnym bólem i rozterkami. Retrospekcje dotyczące losów młodych łodzianek pokazują, jak łatwo wpadają one w matnię zależności, których efektem może być ta przerażająca decyzja o przerwaniu ciąży.

To dodatkowo podkreśla, że w kilku wymiarach „Ogrodnik” jest historią ludzkiej desperacji. Zakochany mężczyzna gotów na wszystko. Żądny zysku gangster działający w taki sam sposób. Nieszczęśliwe i zagubione nastolatki usiłujące za wszelką cenę przywrócić życiu normalność. Gotowa do poświęceń kobieta szantażem zmuszona do działań, za którymi stoi dodatkowo zagadka jej pochodzenia. Jest w czym wybierać i nad czym się zastanawiać. Dodatkowo Agnieszka Płoszaj myli tropy i zaskakuje – są momenty, w których nie mamy już pewności, komu ufać, kto działa właściwie, kto czyni coś złego. Krótkie, rwane rozdziały nasilają dynamikę zdarzeń. Wielowątkowość wymusza szczególny rodzaj skupienia. Jednocześnie wciąż na nowo jesteśmy stawiani w sytuacjach granicznych. Razem z bohaterami, którzy muszą sobie z nimi radzić. „Ogrodnik” to zgrabna fantazja o tym, czego o sobie nie wiemy i co z tej niewiedzy zamienia się w konkretne działanie, kiedy życie stawia nas pod ścianą. To nie tylko rozrywkowa powieść kryminalna i sensacyjna. To przede wszystkim historia konsekwencji w działaniu i walki o samego siebie. Opowiedziana z różnych perspektyw – tych podejmujących się tej walki i tych, którzy z różnych powodów podjąć jej nie mogą.

2018-05-25

„Granica zapomnienia” Siergiej Lebiediew


Wydawca: Claroscuro

Data wydania: 28 lutego 2018

Liczba stron: 370

Przekład: Grzegorz Szymczak

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Obecność w pustce

To jedna z tych ambitnych i wymagających książek, które pozostają na zawsze, nie dają się usunąć z pamięci. To, co robi z językiem Siergiej Lebiediew, to sztuka umiejętnego zniewalania. „Granica zapomnienia” jest bardzo intensywną, gęstą prozą. W obrębie jednej strony sytuujemy się wobec bezkompromisowości otaczającego świata i bogatej wyobraźni autora. To, co widzi, przekształcone jest w formie poetyckich wizji na to, czego doświadcza. Lebiediew wychodzi naprzeciw temu, o czym pisali między innymi Sołżenicyn i Szałamow. Portretuje jednak to, co pozostało po narzędziach terroru, i opowiada o tym, jak współczesna Rosja wprawna jest w zapominaniu, czym był jej totalitaryzm, a także czym jest, bo tkwi w świadomości, również we krwi. Wypierany obraz okrucieństwa idzie w parze z wewnętrznym przekonaniem autora, że pamięć jest imperatywem, tylko ona kształtuje tożsamość. Ruszamy zatem w podróż po Rosji radzieckiej, ale znajdujemy się także w krajobrazie uczuć i emocji opowiadającego. Wszystko w niezwykle kameralnej tonacji – wokół dominują pustka i cisza, w zasadzie nic się nie dzieje, obserwujemy martwy albo uległy wobec marazmu świat, w którym jednak rozgrywa się niemy dramat. Dramat wypierania z pamięci tego, czym była totalitarna Rosja, co pochłonęła i jakie są koszty bycia człowiekiem postradzieckim z nieprzepracowanymi traumami i niezadanymi z lęku pytaniami o czas przeszły.

Spektakularna wizyjność tej powieści czyni ją mistyczną, ale tylko w znaczeniu siatki pojęć podległych charakterystycznym dla narratora interpretacjom. Balansując na granicy intymnego zwierzenia, bohater Lebiediewa opowiada nie tylko o narodzie i państwie, ale także szokująco i sugestywnie przedstawia rozpad narodowej tożsamości, uciekanie od niewygodnych faktów, trudnych interpretacji, nierozsądnych porównań czasu przeszłego z tym, co dzisiaj. Przeżywający świadomie rozpad Związku Radzieckiego bohater podąża potem ku dalekiej Syberii, by tam przyjrzeć się, jak rozpadła się kolektywna wiara w porządek i jak szybko zapomniane były opresyjne narzędzia tej wiary, które pozbawiały człowieczeństwa, a potem życia. Dociera do miejsc, w których sam musi odnaleźć jakieś punkty zaczepienia. Zadać pytania o to, co tu się właściwie wydarzyło, co zostało odebrane tej dalekiej mroźnej krainie, na jakich prawach wegetują dzisiaj jej mieszkańcy podporządkowani pracy i piciu, co kryją w sobie bezgraniczna pustka i te groźne przestrzenie ozdobione drutem kolczastym – dzisiaj wyznaczającym inny rodzaj porządku.

Historię rozpoczyna sekwencja wspomnień z dzieciństwa. Bohater, wypoczywając z rodzicami na daczy, poznaje charyzmatycznego sąsiada. W tej bezpiecznej przestrzeni relaksu i ucieczki od codzienności pojawia się ktoś, kto w swej stanowczości i wyobcowaniu każe zadawać pytania o czas przeszły. Drugi Dziadek, ślepy ogrodnik z sąsiedztwa, uosabia tajemniczą rosyjską anonimowość – cechę dystynktywną społeczeństwa, ale i każdego człowieka, który z racji wieku średniego musi pamiętać o czymś, o czym nie chce pamiętać. A Drugi Dziadek jest starszy, musi pamiętać dużo więcej. Od początku widzimy, że niezwykła postać wprowadzająca niepokój do sielskich wspomnień o wypoczynku na daczy będzie mieć ogromny wpływ na dorastającego mężczyznę. Chłopiec wydobywa się z dzieciństwa w miarę bezboleśnie, ale wspomnienie Drugiego Dziadka jest pewnym niepokojącym śladem, który zdeterminuje jego późniejsze działania. Poszukiwania prawdy. Poszukiwania wszystkiego, co tak łatwo zapomniał człowiek radziecki, a dzisiaj nonszalancki Rosjanin bez kontaktu z czasem przeszłym.

Lebiediew traktuje pamięć w bardzo specyficzny sposób. „Pamiętać – to znaczy być w związku z realnością albo samemu być tym związkiem”. Jego bohater usilnie próbuje wskrzesić z pustki i monotonii wszystko to, co kiedyś było żywe, naznaczało tragizm pojedynczego człowieka, ale i całego pokolenia. Chce z pustki i ciszy wokół wydobyć krzyk przeszłości. Wędruje jednak po świecie przypominającym trochę oniryczną przestrzeń zapomnienia. Szuka śladów przeszłości Drugiego Dziadka, lecz przecież nie tylko o niego chodzi – chodzi o całą tę skomplikowaną strukturę umiejętnego odżegnywania się od krzywdy, dzięki któremu kaci i ofiary mają się dzisiaj tak samo, nikt nie chce wyznaczać ról, rozliczać z cierpień, pamiętać o odbieraniu godności. Tymczasem podróżujący po Syberii bohater książki mierzy się z prywatnymi demonami, ale też z wieloma wątpliwościami natury egzystencjalnej. Chce znaleźć drogę wskazującą to, z jakich kontekstów wydobyły się naród rosyjski i współczesna Rosja. Chce wiedzieć, co pchnęło ludzi ku okrucieństwu, ale równie ważne jest to, co spowodowało narodową amnezję. Doskonale widać ją w prowincjonalnym miasteczku zbudowanym na wiecznej zmarzlinie, na opuszczonym cmentarzu, w starym kamieniołomie…

I tu pojawia się kolejny aspekt rozważań o pamięci. Bohater Lebiediewa jest żałobnikiem straty, której nikt właściwie nie nadał znaczenia. Aby iść naprzód i żyć zgodnie z samym sobą, musi zrozumieć, skąd wydobyło się rosyjskie niepamiętanie, a jednocześnie – skąd pochodzi ta silna więź, która ukształtowała tak wprawne w porządku okrucieństwa społeczeństwo. Z jednej strony jest więc „Granica zapomnienia” specyficzną powieścią inicjacyjną, z drugiej jednak – próbą wnikliwej diagnozy stanu mentalności narodu, która wydobywa się z tego, że nienazwane miejsca, niezrozumiałe zdarzenia, niepokojące gesty i słowa trochę obezwładniają, trochę jednak nadają śmiałości, by pytań, wątpić.

Siergiej Lebiediew tworzy powieść zaznaczającą pewne fantazje o obecności w pustce. Zniewala plastycznym stylem, niepokojącymi zdaniami, porywającymi dygresjami budującymi jednak spójną opowieść o poszukiwaniu, goryczy konfrontacji z niedopowiedzeniem oraz o ogromnej determinacji każącej pamiętać za innych, odpowiadać za innych, definiować kształt świata w oparciu o rozumienie przeszłości. To też książka niebywale sugestywnych opisów. Nigdy nie sądziłem, że tak mnie zelektryzuje opis upału czy tego, co widzi się przez okno pociągu podczas podróży. Lebiediew zapisuje się w pamięci każdym niepokojącym i wieloznacznym zdaniem. Chce spojrzeć w twarz zła totalnego, czyli uczynić coś, na co nikt nie ma odwagi w tym narodzie zachowawczo zapominającym prawdę. Tak pisze się wielką literaturę współczesną. Tak opowiada się o kraju, który się kocha – bez względu na to, czy ten kraj kiedykolwiek pokochał swego obywatela.

2018-05-23

„Ferma blond” Piotr Adamczyk


Wydawca: Agora

Data wydania: 23 maja 2018

Liczba stron: 536

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,99 zł

Tytuł recenzji: Wojna i namiętności

Piotr Adamczyk wydobył pożądanie z szafy i napisał świetną powieść o jego roli w życiu społeczeństwa ukształtowanego przez kult jednostki. Jednocześnie wrócił do tematyki wojennej, która była kanwą jego „Domu tęsknot”, ale w zaskakującej odsłonie. Dlaczego? Autor konsekwentnie trzyma się nurtu literatury popularnej i tym razem stawia nas przed nie lada wyzwaniem. Bo czy taki typ literatury jest w stanie udźwignąć tematykę nazizmu zagarniającego wpływy, okrucieństw drugiej wojny światowej, tematykę mrocznej filozofii rozrodu ku chwale agresywnych Niemiec, kradzieży dzieł sztuki, obozów zagłady i tego, w jaki sposób III Rzesza budowała swą ekspansywną siłę, nie tylko krzywdząc inne narody, lecz przede wszystkim ideologicznie rujnując własny? Pojawia się ogromne ryzyko, bo tematy poruszane w „Fermie blond” wymagają taktu, ale nie muszą być opisywane w jednoznacznie dramatycznej konwencji. Piotr Adamczyk jest odważny i potrafi dotknąć przerażających kwestii w innej niż patetyczna tonacji. Opowie przede wszystkim o sile kobiet, bo nie od dziś wiemy, że kocha kobiety. Zaproponuje coś na kształt sensacyjnej narracji, realistycznej i zmyślonej. Łączącej współczesne, pełne niepokoju poszukiwania z dramatami młodych Niemców, których zmuszano do przyjęcia jedynej słusznej ideologii, ginięcia na froncie i do reprodukcji ku chwale jedynego doskonałego narodu świata.

„Ferma blond” to książka bardzo inteligentna, łącząca w sobie wspomnianą już sensacyjność z niezwykłą umiejętnością opowiadania mrocznej historii w barwnej tonacji, ale i w naiwnej konwencji oddającej wzruszenia i porywy serca dojrzewającej dziewczyny. Adamczyk nie opowiada nam w zasadzie niczego nowego – ani o tym, jak hitlerowskie Niemcy przygotowywały swych obywateli do wojny, ani o samych okrucieństwach wojennych, ani też o dramatycznych wyborach etycznych pozbawionych przynależności narodowej czy rasowej, a opartych jedynie na drogowskazach moralnych nieznających żadnych ludzkich podziałów. Wychodzi z tego mimo wszystko fascynująca opowieść, niuansująca nastroje, emocje i uczucia, ale przede wszystkim odnosząca się do sfery cielesności i seksualności bez druzgotania tabu czy ekspresyjnych hiperboli, bo Piotr Adamczyk ma szacunek do kobiecego ciała, a chce opowiedzieć o sile jego oddziaływania. O cielesności pożądania, tęsknot, zguby, wstydu, potęgi, prokreacji i fantazji prowadzących ku zatraceniu. Śmiało, odważnie, a jednocześnie w dobrym guście. O kobiecości jako sile. O męskości, która tylko czuje się wyższa, a przegrywa w wielu wymiarach i na wielu frontach. Bo to książka o tym, co dzieje się z dala od wojennego frontu, ale o wojnach równie okrutnych i pochłaniających ofiary.

Narrator powieści nawiązuje kontakt z niemieckim kuzynem, zwolennikiem skrajnie prawicowej partii rosnącej w siłę za Odrą. Ów kuzyn odkrywa pewne tajemnice rodzinne, które powodują, że ogarnia go wewnętrzny chaos. Dumny ze swej niemieckości odkrywa, że przeszłość nie była tym, z czym mógłby się dzisiaj zmierzyć. Musi się zmierzyć nie tylko z tajemnicami matki i enigmatycznym miejscem, w którym przyszedł na świat. Musi także skonfrontować się ze swym polskim kuzynem na froncie walki o kobiece zainteresowanie. Stają naprzeciw siebie tak, jak kiedyś stanęli ważni mężczyźni w życiu Charlotte, matki Michaela. Odkrywanie zagadki przeszłości stanie się łatwiejsze, gdy pojawi się stwarzana przez narratora historia. Ta zaś zręcznie połączy postacie i wydarzenia rzeczywiste z niezwykłą wyobraźnią autora „Fermy blond”.

Adamczyk bardzo sugestywnie oddaje lata tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej i portretuje to, jak ideologia III Rzeszy zawłaszczała umysły, pustosząc je na tyle, że wojna doprowadza nie tylko do zniszczeń, śmierci i okrucieństw. Owładnięte kuszącą ideologią społeczeństwo dopuściło się w swej świadomości stworzenia ideologii rozrodu. A z nią pojawia się mroczna historia ośrodka Lebensbornu, którego ślady po latach bada narrator powieści. Tematykę Lebensbornu wykorzystali w różny sposób francuscy prozaicy, których tłumaczenia mieliśmy w ostatnich latach okazję poznać – jak na przykład Nicolas d’Estienne d’Orves w „Sierotach zła” czy Valentin Musso w „Zimnych popiołach”. Piotr Adamczyk wykorzystuje ten temat w bardzo specyficzny sposób. Opowieść o hodowli rasowych ludzi ku chwale hitlerowskich Niemiec jest tylko pewnym punktem na drodze poszukiwań i jednocześnie jednym z wątków wyjątkowo skomplikowanej intrygi, która po latach prowadzi dwóch kuzynów w okolice Łodzi. Lebensborn będzie synonimem zawłaszczania i przemocy. O tym w gruncie rzeczy jest „Ferma blond” – powieść opowiadająca o męskiej potrzebie zagarniania, o wydobytej z ideologii społecznej przemocy, ale także o kobiecej inteligencji, przebiegłości… i zemście.

Charlotte jest młodziutką dziewczyną, kiedy podgląda Adolfa Zieglera w intymnej sytuacji. Podglądając, wie jednocześnie, że ona chciałaby się w takiej znaleźć. Z nim. Wielbicielem kobiecych wdzięków, malarzem aktów uwikłanym w kilka enigmatycznych intryg, jednocześnie kusicielem obezwładniającym młodą Charlotte. Za jego działaniem i tym, jak postępuje, stoi nie tylko spaczone pojmowanie świata wpajane wszystkim Niemcom, ale także samcza potrzeba posiadania, której wyjdzie naprzeciw zaskakująca siła kobiecego samostanowienia. Adamczyk opowie o płomiennym romansie i jego dramatycznych konsekwencjach. O człowieku pożeranym przez machinę systemu, w którym się zakochał. Bo Ziegler to zdobywca, a Charlotte zaczyna rozumieć, że miłość może mieć też mroczny rewers. Wówczas, gdy stanie się nienawiścią. I gdy kobieta przestanie czuć się jak modelka wykorzystywana do malowania aktu.

U boku Charlotte stoi także Kristian, drugi mężczyzna erotyczno-emocjonalnego dramatu w trójkącie. Jego losy w zaskakujący sposób splotą się z losami dziewczyny, ale postać Kristiana będzie też nieco innym uosobieniem tego, co III Rzesza uznała w mężczyźnie za właściwe, konieczne, wielbione i słuszne. Bo Piotr Adamczyk opowie o miłości fatalnej z trzech punktów widzenia – tak jak o hitlerowskich Niemcach opowiedzieć trzeba z przynajmniej trzech różnych perspektyw. Po to, by pokazać absurd wojny, niestałość miłości, ale także istotę kręgosłupa moralnego. Tego, że w nieludzkich czasach można było być przyzwoitym człowiekiem. A cała sfera seksualności i erotyzmu? Także ma swoje znaczenie, bo Adamczyk nie serwuje nam przecież tylko pikantnej opowieści o niemieckich podbojach łóżkowych. Cielesność jest wieloznacznym symbolem – ukazuje moc wyzwolenia i destrukcji. Uprzedmiotowiona kobieta okazuje się zwyciężczynią wielu potyczek i zagrań. Charlotte – naiwna dwunastolatka marząca o miłości – będzie gotowa wziąć za siebie odpowiedzialność i powalczyć o godność jeszcze dla kogoś. Większość rozerotyzowanych mężczyzn w tej powieści poniesie mniej lub bardziej spektakularną porażkę.

To też powieść fantazjująca o istocie sztuki… i sztuce jej zawłaszczania. Kolejny i niejedyny aspekt zdobywania czegoś siłą. Autor „Domu tęsknot” buduje wielopiętrową intrygę z obrazami w tle, aby oddać głos wizerunkowi i zwrócić uwagę na to, jak wielkie znaczenie w naszym życiu i w dokonywaniu wyborów ma to, na co i w jaki sposób patrzymy. Ale to jedna z wielu ścieżek interpretacyjnych „Fermy blond”. Powieści zderzającej wielkie dramaty ze specyficznym poczuciem humoru autora i z kameralnymi scenami opowiadającymi o tym, że zgubna może być nie tylko wojna, ale także wywołana w jej trakcie namiętność.

2018-05-21

„Na tropie mordercy. Historia prywatnego śledztwa, które wstrząsnęło Szwecją” Joakim Palmkvist


Wydawca: Burda Książki

Data wydania: 9 maja 2018

Liczba stron: 350

Przekład: Patrycja Włóczyk

Oprawa: miękka ze skrzydełkami

Cena det.: 39,90 zł

Tytuł recenzji: Rodzinne tajemnice

To bardzo przemyślany, napisany z dużą umiejętnością budowania napięcia reportaż, w którym fabularny sznyt wyróżnia dodatkowo opowieść o skonfliktowanej bogatej szwedzkiej rodzinie. Nic dziwnego, że zyskał na popularności – jest swoistym rewersem dla popularnych w Szwecji kryminałów, albowiem opowiada o zdarzeniach naprawdę mających miejsce i ujawnia, co koloryzują i modyfikują powieści kryminalne. „Na tropie mordercy” to bardzo dokładny zapis tego, co w sprawie elektryzującej opinię publiczną mogła zrobić policja. Jakie działania była w stanie podjąć, a jakie okazały się niemożliwe. Palmkvist ukazuje realne procedury policji oraz prokuratury, uzmysławiając czytelnikom, jak trudna do rozwikłania była sprawa zaginięcia Görana Lundblada, która ostatecznie stała się sprawą brutalnego morderstwa. Na kartach tej książki prześledzimy krok po kroku, w jaki sposób szwedzka policja analizowała sprawę najpierw pod kątem zaginięcia, i przyjrzymy się temu, jak trudne było przesunięcie zadań w stronę innego priorytetu – poszukiwania śladów zabójstwa. Wszystko w bardzo dobrym, analitycznym stylu, w którym autor stopniowo odsłania zagadki śledztwa, ale przede wszystkim rekonstruuje trudne relacje rodzinne oraz portretuje Therese Tang – kobietę spoza kręgów policyjnych, której udało się rozwikłać zagadkę.

Joakim Palmkvist jest czuły na detale. Umiejętnie buduje opowieść o tym, jak skomplikowane relacje istniały od dziesięcioleci w szwedzkiej rodzinie Lundbladów – rodzinie naznaczonej podległością, różnymi formami przemocy psychicznej, ale przede wszystkim trudnym do uniesienia napięciem zarysowanym w relacjach stwarzających potem okazję do snucia domysłów, co tak naprawdę stało się z multimilionerem, który pewnego dnia znika bez śladu. Ta mroczna opowieść o zależnościach opartych na pomnażaniu majątku pokazuje nam ludzi nieszczęśliwych, wycofanych, zagubionych w sferach emocji i niezdolnych do prawdziwego kontaktu. Uda nam się poznać sieć zależności, które budowały funkcjonowanie rodziny, relacje między jej poszczególnymi członkami. Pieniądze rodu odgrywają dużą rolę, ale Palmkvist sięga głębiej – obrazuje sieć toksycznych zależności przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Ukazuje dwójkę wyobcowanych ludzi żyjących w pewnej symbiozie charakterów. To zaginiony Göran i jego córka Sara. Bliscy i jednocześnie oddaleni. Wspólnie pracujący, spędzający czas, szukający podobnych form odreagowania emocji. Jednocześnie silnie skonfliktowani. Przedmiotem sporu jest wybór Sary: jej nieakceptowany przez ojca chłopak i zakusy tej dwójki, by dobrać się do majątku Görana…

„Na tropie mordercy” ma jeszcze jedną bardzo ważną bohaterkę. To wspomniana Therese Tang stojąca na czele grupy Missing People. Dynamiczna kobieta o barwnej biografii, która jako jedyna wpada na właściwy trop rozwiązania zagadki. A może działając nieco inaczej niż policja, zbliża do siebie mordercę. Przecież książkę otwiera szalenie sugestywna, pełna napięcia scena, w której Tang oczekuje przyjazdu człowieka w jej mniemaniu mającego zaraz przyznać się do zbrodni. Dlaczego witają się z taką zażyłością? Do czego doprowadziła Tang, co odkryła i przede wszystkim w jaki sposób to osiągnęła? Jej historia i postępowanie będą stanowić pewną przeciwwagę dla policyjnych działań ograniczonych procedurami, których Tang nie musi stosować. Dzięki swoim umiejętnościom prospołecznym i ogromnej empatii zdobywa wiedzę dużo większą niż policjanci. Widzi więcej kontekstów, więcej rozumie. Od początku będzie przekonana, że w sprawie zaginięcia milionera coś jest bardzo nie tak. Zaskakująco sprawnie będzie potrafiła dotrzeć do największych tajemnic.

Palmkvist ustawicznie podkreśla rozbieżności i wymuszone koniecznościami odmienności działań policji oraz zdeterminowanych wolontariuszy z grupy Missing People. Zwraca uwagę na to, że w całej sprawie istotny jest brak ciała. Uniemożliwia to realizację działań prawnych przewidzianych na okres po śmierci Görana Lundblada. Czy komuś zależy na tym, by nikt nie odnalazł denata? By była to stale sprawa zaginięcia i by mnożące się domysły zwyczajnie wygasił upływ czasu? Mimo że część faktów i domysłów pojawia się w umyśle czytającego już na wstępie, lektura tej książki jest wyjątkowo elektryzująca, albowiem Joakim Palmkvist stosuje ciekawe zabiegi narracyjne mające tę opowieść nie tylko zdynamizować, ale pozostawić w pewnym niepokojącym zawieszeniu. Śledzimy losy córek Lundblada – jedna stara się rozwikłać zagadkę zniknięcia ojca, druga wyjątkowo spokojnie przyjmuje wieść o jego zaginięciu. Cała sprawa komplikuje się, kiedy poznajemy szereg wspomnianych już zależności, z których powodu rodzinę Lundbladów można określić jako toksyczną. Autor dodatkowo sugestywnie portretuje stosunki międzyludzkie na szwedzkiej prowincji. Okazuje się, że pośród swoich i na niewielkiej przestrzeni dobrze wszystkim znanej oraz oswojonej może mieć miejsce okrutna zbrodnia. W zaciszu domu, w oddaleniu, na wsi, pośród ludzi znających się od lat. Można zastanawiać się nad tym, na ile komuś mogło zależeć na wyciszeniu sprawy, ale przede wszystkim warto w wyobraźni ocenić, jakie możliwości wyciszania największych podłości ludzkich mogą dawać takie przestrzenie jak ta, w której rozegrała się tragedia.

Jak donosi Palmkvist: „W Szwecji każdego roku znika około 7000-8000 osób. Większość z nich się odnajduje”. Tu będzie mowa o nieco innym odnalezieniu. Także o tym, jak sformułowane są szwedzkie procedury postępowań w sprawach o zaginięcie, a potem w okolicznościach odnajdywania zaginionego – takiego, który jednak jest w tej mniejszości i sam się nie odnajdzie. Podoba mi się umiejętne stopniowanie napięcia w tej książce, a także jej wielowątkowość. Palmkvist obrazuje sprawę zaginięcia Görana Lundblada z naprawdę wielu perspektyw – wszystkich koniecznych do zrozumienia, co się naprawdę wydarzyło. I do przemyśleń o tym, co działo się wcześniej, przed zaginięciem. Historia bogatej rodziny w konflikcie staje się punktem wyjścia do rozważań na temat skuteczności działań szwedzkich służb poszukiwawczych – formalnych i nieformalnych. To historia o ogromnym zaangażowaniu, konsekwencji w działaniu i pod koniec psychologiczny thriller, bo to, co zapowiada zaznaczony wyżej prolog, będzie mieć ekscytującą kontynuację na ostatnich stronach książki. A ta bardzo mocno przykuwa uwagę i nie pozwala się od siebie oderwać.